Powieściopisarka i hrabia - Ann Hawthorne - ebook

Powieściopisarka i hrabia ebook

Ann Hawthorne

2,0

Opis

Bohaterka w niewoli obowiązku. Bohater w niewoli dziedzictwa. Czy zaaranżowane małżeństwo może przynieść szczęście?

Jedyny raz, gdy Isabella Rivers złamała reguły dobrego wychowania, to chwila, w której zaczęła pisać powieści gotyckie — a i wtedy ukryła się pod pseudonimem, by nie przynieść wstydu swej szacownej rodzinie. Gdy rodzice aranżują jej małżeństwo ze szkockim hrabią Airth, jest posłuszna ze zwykłą sobie cichą rozwagą. Wkrótce jednak odkrywa, że jest obcą w obcym kraju — a jej nowo poślubiony mąż skrywa przed nią niejedną tajemnicę…

George McGregor odziedziczył hrabiowski tytuł po śmierci swego błyskotliwego starszego brata. Niekorzystne porównania z czarującym nieboszczykiem są jednak jego najmniejszym zmartwieniem — majątek podupada, podatki rosną, a on, by wyżywić tych, którzy są od niego zależni, wplątuje się w niebezpieczne przedsięwzięcia. Postanawia dźwigać ten ciężar w pojedynkę. Lecz jego małżonka okazuje się zbyt dociekliwa — i zbyt piękna — by mu na to pozwolić…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 121

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



POWIEŚCIOPISARKA I HRABIA

POTĘŻNIEJSZE NIŻ MIECZ

CZĘŚĆ TRZY

ANN HAWTHORNE

Powieściopisarka i hrabia

Tytuł oryginalny: A Novelist and an Earl

Autor: Ann Hawthorne

Korekta: Cowper Author Services

© Copyright by Ann Hawthorne, Berlin 2024

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.

Wydanie I Berlin 2026

Wydawnictwo Cowper Publishing

ISBN 978-3-912281-62-0

ROZDZIAŁ 1

„Nie bądź niemądra, Belindo, nie przyjdzie tu.” Isabella Rivers odwróciła się od młodszej siostry i zerknęła za okno. Z ich pokoju w hotelu Blackwood roztaczał się widok na ciężkie, szare niebo u góry i świat ciężkich, szarych kamieni na dole.

„Skąd wiesz?” Belinda nie dawała za wygraną. „Byłoby to całkiem logiczne, gdyby pan hrabia postanowił zaskoczyć swoją narzeczoną, zanim urządzą ceremonię.”

„Jestem pewna, że tak by było, gdyby był postacią z romansu rycerskiego albo szczególnie głupiej współczesnej powieści. O ile wiem, nie jest ani jednym, ani drugim.”

„Takie rzeczy zdarzały się naprawdę” – odparła Belinda. „Też czytałam swoją historię, dobrze o tym wiesz. Za panowania ósmego Henryka szkocki król Jakub zaskoczył swą narzeczoną, Małgorzatę, galopując jej na spotkanie, przebrany za prostego minstrela, z lutnią na karmazynowym dublecie.”

„Ciekawe, czy ktoś rzeczywiście dał się na to nabrać. Minstreli zwykle nie było stać na karmazynowe dublety.”

„Nie o to chodziło i doskonale o tym wiesz. Nie możesz zaprzeczyć, że sam pomysł ma w sobie coś dość romantycznego.”

„To było królewskie małżeństwo. Być może chciał zrobić dobre wrażenie na dyplomatach nie mniej niż na samej damie. Poza tym królowie mają skłonność do osobliwych rzeczy. Zawsze mieli. Na szczęście nie wychodzę za żadnego króla.”

„Nie, tylko za zwykłego hrabiego” – droczyła się z nią Belinda.

„Nie narzekam.”

„Nigdy nie narzekasz. Doprawdy trudno mi uwierzyć, że nie ma w tobie ani krzty romantyzmu, Isabello; czytałam przecież twoje powieści. Pełno w nich dramatycznych zrządzeń losu i kochanków, którzy się odnaleźli.”

„A także morderstw, otruć i rodzinnych sekretów. Strach pomyśleć, co wywnioskowałaś o moim charakterze z tej części.”

„Cóż, to też było całkiem porywające w lekturze.”

„Właśnie o to chodziło. O wszystko: i o trucizny, i o kochanków. Piszę to, co publiczność uważa za porywające, siostro. Nie ma to nic wspólnego z moimi skrytymi tęsknotami.”

„A teraz porzucisz kałamarz?”

„Słucham?”

„Chodzi mi o to, że kiedy zostaniesz hrabiną Airth, będziesz chyba bardzo zajęta. Poza tym, nawet jeśli będziesz mieć wolny czas, nie jestem pewna, czy twój mąż zniesie widok nazwiska własnej żony w druku.”

„W gruncie rzeczy wcale nie musiałby tego widzieć. Mam przecież pseudonim, pamiętasz? Dla czytającej publiczności jestem Signora Fiume.” Isabella wolała nie zastanawiać się zbyt długo ani zbyt wnikliwie nad tym, jak wielką rolę w jej powodzeniu odegrał ów pseudonim o włoskim brzmieniu. Po dramatycznych powieściach Ann Radcliffe osadzonych w epoce renesansu publiczność łaknęła opowieści o włoskich zamkach, a Isabella uznała, że skoro i tak musiała ukrywać własne nazwisko, by oszczędzić rodzicom kłopotu, równie dobrze może wybrać takie, które pomoże jej książkom lepiej się sprzedawać. „Poza tym nie mamy żadnego powodu, by przypuszczać, że podziela poglądy Peryklesa na cnotę niewieścią. Ojca trudno nazwać radykałem pokroju Williama Godwina, ale pozwolił mi nadal publikować pod przybranym nazwiskiem. Być może pan hrabia okaże się równie rozsądny.”

Przez otwarte okno wlewał się zapach deszczu, woń szarej wody na pradawnych kamieniach.

Gdzieś w oddali Isabella słyszała stukanie młotów — z tego, co słyszała przy obiedzie, w Edynburgu wznoszono wiele nowych budynków, a miasto powoli rozkwitało ku dostatkowi niczym niegdyś zapomniany kwiat.

„Mimo wszystko” – upierała się Belinda – „to dość chłodne ze strony pana hrabiego, że nie przyjechał tu, by się z tobą spotkać, i po prostu czeka, aż dotrzesz do jego posiadłości. Wie przecież, że nigdy nie zapuszczałaś się tak daleko na północ. Gdybym była dżentelmenem, zrobiłabym wszystko, by uspokoić przyszłą żonę i zadbać o jej wygodę.”

„Cóż za troskliwego zalotnika by z ciebie był” – zażartowała Isabella. „Niestety, mój przyszły mąż nie ma większego powodu, by postępować podobnie. Widział mnie całe trzy razy, i to krótko. To za mało, by taka czułość zdążyła wyrosnąć.”

„Nie smuci cię, że wychodzisz za człowieka, który nie czuje do ciebie żadnej czułości?”

„Zawsze wiedziałam, że będzie właśnie tak.” Isabella wzruszyła ramionami. „Poza tym to wcale nie znaczy, że nigdy nie poczuje do mnie przywiązania. W małżeństwie można znaleźć słodkie zadowolenie bez romantycznych gestów i dramatycznych przygód. W istocie większość ludzi właśnie tak żyje.”

„Czy naprawdę jesteś pewna, że masz dziewiętnaście lat? Czasami mówisz jak matrona z co najmniej czterdziestoma latami za sobą, i to taka, która wiodła bardzo smutne życie.”

„Jestem zupełnie pewna swojego wieku” – odparła Isabella, być może nieco zbyt sztywno. „Ale znam swój obowiązek. Nie mogę się od niego uchylić; nigdy nie było takiej możliwości. Po co więc oddawać się próżnym marzeniom? Lepiej uszyć coś pięknego z materiału, jaki się otrzymało.”

Mimo to nie mogła się oprzeć, by jeszcze raz nie spojrzeć na zewnątrz, gdzie daleko w dole ciągnął się ruchliwy trakt Princes Street.

Nie spodziewała się, że George McGregor, hrabia Airth, pojawi się na niej lada chwila, pędząc konno. Ale skoro Belinda nie mogła słyszeć jej myśli, mogła przynajmniej przed sobą przyznać, że taki widok wcale nie byłby jej niemiły.

„Czy mam poprosić kuchnię, żeby przygotowała coś na drogę, Panie Hrabio?”

George McGregor, hrabia Airth, odwrócił się gwałtownie. Stara gospodyni stała w progu oddzielającym westybul od dalszych pomieszczeń — Castle Airth, choć teraz już całkiem wygodny, nie miał rozłożystych schodów, jakie spotyka się w wiejskich rezydencjach na południu.

„Co pani ma na myśli, pani McKenzie?”

„Przecież zgłodnieje pan w drodze do Edynburga! Chyba że zamierza pan jadać wyłącznie w zajazdach? Ten wydatek…”

George westchnął z czułym zniecierpliwieniem. Stara gospodyni była niegdyś piastunką jego ojca, a kiedy zmarły hrabia dorósł, została z rodziną… O mało co nie powiedział: aż do gorzkiego końca. Ale zrobi wszystko, co w jego mocy, by ów gorzki koniec nigdy nie nadszedł.

„Nie jadę do Edynburga. W istocie nie miałem takiego zamiaru. A po cóż?”

„Bo pańska przyszła żona właśnie tam przebywa.”

„Ale wkrótce i tak tu przyjedzie. Po cóż miałbym jechać jej naprzeciw?”

„Jestem pewna, że pani by to doceniła” — odparła pani McKenzie z całym taktem, na jaki było ją stać.

„Nie sprawiała wrażenia kobiety lubiącej nagłe, kosztowne gesty.”

Prawdę mówiąc, Isabella Rivers nie miała wielu okazji, by wywrzeć na nim jakiekolwiek wrażenie. Jego pobyt w Londynie był dość krótki i nie objął nawet całego sezonu towarzyskiego. Szukał kobiety dobrze wychowanej i rozsądnej, nie greckiej bogini w ludzkim ciele, której zwykli poszukiwać niektórzy młodzi mężczyźni. Dobrze się ożenić było jego obowiązkiem, a zapewnić posiadłości dobrą panią — jego potrzebą.

Bardzo się ucieszył, gdy się dowiedział, że wicehrabia Rivers ma dwie córki i że starsza jest już po debiucie. Podczas tych kilku wieczorów, które George spędził w londyńskim domu rodziny, wicehrabia mówił więcej niż jego córka przez cały ten czas. George dobrze ją pamiętał — stojącą ze spuszczonym wzrokiem albo siedzącą z robótką na kolanach. Utkwił mu zwłaszcza ten drobny szczegół: poświęcała czas na robienie czegoś ciepłego i pożytecznego, a nie na pozornie imponujące, lecz w istocie czysto ozdobne umiejętności, które tyle matek kazało rozwijać swoim córkom.

Miała też bardzo piękne szare oczy. Ich pełną siłę odczuł tylko raz, kiedy podczas rozmowy pod należytym nadzorem przyzwoitki w salonie porzuciła owo nieco z ukosa rzucane, nieco zbyt skromne spojrzenie i popatrzyła mu w twarz z nową szczerością. Kątem oka George dostrzegł, jak jej matka mierzy ją gniewnym wzrokiem, zapewne uznając takie wpatrywanie się za nieprzystojne; jemu samemu nic nie mogło być bardziej obce od takiej myśli.

Tego ranka mówił o… O czym, u licha, właściwie mówił? O czymś związanym ze swoją zmarłą matką; o letnich miesiącach, gdy zabierała chłopców, by pokazać im miejsce, gdzie poległ jeden z jej nordyckich przodków, bo zmarła hrabina Airth była równie dumna ze swojej dawno już rozwodnionej wikińskiej krwi, jakby drakary przybiły do tych brzegów ledwie rok temu. George nie przypuszczał, by cokolwiek z tego mogło zainteresować młodą kobietę, lecz najwyraźniej się mylił. Czcigodna panna Isabella Rivers zamieniła się w słuch. I właśnie wtedy odkrył, że jej oczy nie są czysto szare, lecz wokół tęczówek widnieją drobne błękitne plamki.

Czysty nonsens, oczywiście. Żaden rozsądny mężczyzna nie opierałby decyzji o małżeństwie na podobnych rzeczach. On tym bardziej nie — gdy się oświadczał, brał pod uwagę ich pochodzenie, wychowanie i sytuację finansową. Nie myślał o jej oczach. Z całą pewnością nie myślał o nich teraz i już na pewno nie zamierzał wyruszać na trzydniową podróż na południe tylko po to, by zobaczyć je wcześniej, niż było to przewidziane.

Jakby usłyszała jego myśli, stara gospodyni cmoknęła z dezaprobatą.

„To młoda dama, Panie Hrabio. Nigdy wcześniej tu nie była. Zapewne ma pewne wyobrażenia o tym, jak powinien się zachować mężczyzna dobrze wychowany. Jakieś nadzieje.”

„W takim razie lepiej będzie, jeśli jak najprędzej wyprowadzę ją z tego błędu. Oczywiście nie mam zamiaru źle jej traktować; Bóg mi świadkiem, nie byłem nigdy okrutny wobec żadnej kobiety i nigdy nie będę. Ale cóż to za miłosierdzie, pozwolić jej wierzyć, że jestem jakimś bohaterem z powieści?”

„Zmarły hrabia zrobiłby to.”

„Ma pani na myśli mojego ojca?”

„Nie, Panie Hrabio. Pańskiego brata.”

Miała rację. Andrew zapewne rzeczywiście by to zrobił. Popędziłby do Edynburga, by ruszyć jej na spotkanie; pewnie przywiózłby jeszcze podarki i zabawiał przy kolacji całą jej rodzinę, z tym swoim ciepłym uśmiechem, jakby stworzonym po to, by panny czuły się swobodnie.

Andrew zrobiłby to i jeszcze wiele więcej. Ale George nie był swoim bratem. Co więcej, wcale nie zamierzał stawać się do niego bardziej podobny. Jeśli wyprawa na południe dla pustego gestu była krokiem w tamtą stronę, tym mniej miał ochoty go stawiać.

„Nie jestem nim, pani McKenzie” — powiedział George niższym głosem. Lubił gospodynię i wiedział, że zawsze leży jej na sercu dobro rodziny. Ale to, że pamiętała jeszcze czasy, gdy nad głową były tu nagie krokwie, a w przyłatanej kuchni z czarnego torfu było tylko otwarte palenisko, nie dawało jej prawa kierować jego postępowaniem. „A teraz, jeśli pani wybaczy, mam sprawy do załatwienia.”

„Dokąd się pan hrabia wybiera?” Gospodyni porzuciła temat. Wiedziała, kiedy nie da się go już skłonić do zmiany zdania. Zapewne wiedziała też, jakie sprawy ma na myśli.

„Nad jezioro” — odparł George i wyszedł szerokim krokiem.

Oboje wiedzieli, o które jezioro chodzi; żadne z nich nie musiało wymieniać z nazwy loch ukryty głęboko pośród rozległych ziem. Nie musieli też omawiać jego celu.

ROZDZIAŁ 2

Naturalnie zapowiedzi odczytano zgodnie ze wszelkimi regułami. Oczywiście obie rodziny mogły po prostu uzyskać dyspensę od miejscowego biskupa, lecz żadna ze stron nie chciała ryzykować plotek, jakoby ślub trzeba było przyspieszyć. Isabella w duchu zgadzała się z tą decyzją.

Belinda, ubrana teraz na biało, tak jak sama Isabella, wspomniała kiedyś, że letni ślub to coś cudownego, skoro droga do kościoła i z powrotem powinna być prawdziwą przyjemnością. Nie wzięła jednak pod uwagę tego, że lato w Highlands bynajmniej nie przypominało lata w hrabstwach otaczających Londyn. W rezultacie zarówno panna młoda, jak i druhna drżały teraz z zimna w jasnych satynach, a Isabella w szczególności usiłowała przyspieszyć kroku, licząc, że tym prędzej dotrze na miejsce.

Nie zaszła daleko. Dłoń matki zacisnęła się na jej łokciu, łagodnie, lecz stanowczo.

„Idź z godnością — szepnęła Lady Rivers. — Nie jesteś pomywaczką biegającą na posyłki. Jesteś szlachetnie urodzoną panną młodą w drodze do kościoła.”

W tej właśnie chwili podmuch zimnego wiatru potargał kilka rudych pasm włosów Isabelli, wymykających się spod kapoty. Nie pozostało jej jednak nic innego, jak skinąć głowę — więc skinęła.

Jej stosunek do tej wielkiej zmiany, która miała ją odmienić — do zmiany, która miała się w tym kościele dokonać — był osobliwie tak samo odrętwiały jak jej dłonie. Dobrze ułożone małżeństwo było po prostu czymś, co spotykało dziewczęta jej urodzenia; równie naturalnym jak śmierć kwiatów w grudniu i równie nieuchronnym.

Kościół był przystrojony oszczędnie. Był surowy, zrodzony w tyglu Reformacji, zbudowany z szarego kamienia i drewna, rozciągający się na kształt ostrej litery T. Z okazji ślubu tonął w białych liliach, jak w morskiej pianie, lecz, co osobliwe, kwiaty niewiele czyniły, by złagodzić surowość wnętrza.

Isabella szła powoli nawą, starając się nie rozglądać na boki zbyt ciekawie, zbyt nachalnie. Jednak nawet kątem oka widziała, że gości ze strony pana młodego jest raczej jak na lekarstwo.

Co było, jak przypuszczała, zrozumiałe. W końcu, skoro rodzice i brat hrabiego Airth nie żyli, nie mógł zgromadzić równie imponującej rodzinnej reprezentacji jak Riversowie. Dostrzegła niewielką grupę — małżeństwo w średnim wieku i kilkoro schludnie ubranych dzieci — którą wcześniej opisano jej jako Grantów z Rothiemurchus. Cóż, pomyślała, to dobrze, że jej przyszły mąż ma dobrych przyjaciół. Wszyscy jej przyjaciele pozostaną przecież na południe od granicy i będzie musiała zadowolić się jego przyjaciółmi.

Hrabia stał i czekał na nią, z plecami prostymi jak ostrze. Jego rysy przywodziły na myśl coś wykutego w kamieniu, i to ręką zręcznego mistrza; ta myśl przyszła Isabelli do głowy przed miesiącami, podczas ich pierwszego spotkania, i nic dotąd nie zdołało jej zmienić.

„Umiłowani, zgromadziliśmy się tutaj w obliczu Boga i wobec tego zgromadzenia, aby połączyć tego mężczyznę i tę kobietę świętym węzłem małżeńskim...” — zaczął duchowny, gdy Isabella stała już u boku pana młodego.

Spróbowała uśmiechnąć się pokrzepiająco do mężczyzny, za którego właśnie wychodziła, lecz on nie odpowiedział. Wtedy uświadomiła sobie, że przez welon, choćby z najdelikatniejszej koronki, ledwie mógł dostrzec jej wyraz twarzy, i w duchu skarciła się za głupotę.

Potem nastąpiła ta część przemowy, której sens matka wyjaśniła Isabelli jeszcze przed podróżą na północ — ta o tym, że małżeństwo jest „środkiem przeciw grzechowi i sposobem, by uniknąć nierządu”.

„Jeśli tedy ktokolwiek może wskazać słuszną przyczynę, dla której nie mogą oni zostać zgodnie z prawem połączeni, niech przemówi teraz, albo odtąd na zawsze zamilknie”.

Upłynęło kilka chwil w uroczystej ciszy. Przez sekundę, przez jedną szaloną sekundę, owładnął Isabellą poryw fantazji, na jaki pozwalała sobie zwykle jedynie w swoich powieściach, i zapragnęła, by drzwi kościoła rozwarły się, a jakiś młody mężczyzna obwieścił, że ten ślub nie może się odbyć, ponieważ hrabia jest prawowicie zaślubiony z jego siostrą. Wówczas mogłaby z powrotem wsiąść do powozu, nawet bez przebierania się w coś bardziej praktycznego, i nie cierpieć nic ponad upokorzenie pospiesznego powrotu do domu dzieciństwa. Z powrotem do dziewczęcych lat, z powrotem na południe.

Ale, rzecz jasna, nic podobnego się nie wydarzyło, bo życie nie było powieścią. Duchowny zapytał oboje, czy wiedzą o jakiejkolwiek przeszkodzie do zawarcia małżeństwa, i naturalnie oboje pokręcili głowami.

„George’u Peterze McGregorze, czy chcesz pojąć tę kobietę za prawowitą żonę, aby żyć z nią wedle Bożego ustanowienia w świętym stanie małżeńskim? Czy będziesz ją miłował, pocieszał, czcił i strzegł w chorobie i zdrowiu oraz, wyrzekłszy się wszystkich innych, zachowasz dla niej wyłączną wierność, póki oboje żyć będziecie?”

„Chcę” — odparł równo ciemnowłosy mężczyzna.