Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bohaterka w poszukiwaniu natchnienia. Bohater w poszukiwaniu samotni. I lato w odludnej posiadłości…
Mroczna, namiętna poezja Felicity Deacon znana jest w księgarniach Londynu i w buduarach arystokratek… dopóki tajemnicza tragedia nie odbiera jej woli pisania. Poetka przyjmuje zaproszenie zamożnej wdowy po dziedzicu, licząc, że ciche lato z dala od miasta przyniesie jej ukojenie. Nazwa wiejskiej rezydencji nie jest jej jednak obca — to miejsce należy teraz do przyjaciela z dzieciństwa, który niegdyś złamał jej serce…
Życie Edmunda Wintersa zostało wytyczone przez ambitnego ojca: miał uczynić wszystko, by uciec od kupieckich korzeni i dowieść, że jest dżentelmenem w każdym calu. Jeśli ceną za przyjęcie do wytwornego towarzystwa ma być ślub z wyniosłą córką miejscowego możnowładcy — to niewielka cena za małżeństwo bez miłości. Dawny młodzieńczy bunt dawno już zapomniał. Aż jego plany legną w gruzach, gdy w Morwood Hall, na zaproszenie macochy, zjawia się żywe, urzekająco piękne wspomnienie tamtego buntu…
Lecz jakkolwiek Edmund stara się być obowiązkowy i nienaganny, nie potrafi uciec od prawdziwych uczuć. Nie wie jednak, że Felicity skrywa mroczny sekret…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 143
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
POTĘŻNIEJSZE NIŻ MIECZ
CZĘŚĆ DWA
Poetka i dziedzic
Tytuł oryginalny: A Poetess and an Heir
Autor: Ann Hawthorne
Korekta: Cowper Author Services
© Copyright by Ann Hawthorne, Berlin 2024
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.
Wydanie I Berlin 2026
Wydawnictwo Cowper Publishing
ISBN 978-3-912281-61-3
Felicity Deacon od niemal dziesięciu lat nie widziała wnętrza Morwood Hall. O ile wiedziała pani domu, nie widziała go nigdy, a Felicity uważała, że tę błogą niewiedzę najlepiej byłoby pozostawić przy życiu.
Choć jej wspomnienia częściowo zatarł nieuchronny upływ lat, a częściowo stłumiła je znaczną siłą własnej woli, Felicity i tak nie mogła nie dostrzec zmian. Ciemne, ciężkie dywany aubusson, które niegdyś dusiły podłogi, zastąpiono jaśniejszymi axminsterami. Albo pan Winters zainteresował się w ostatnich latach życia subtelnościami mody, albo też — co znacznie bardziej prawdopodobne — uczyniła to jego druga żona.
Salon jednak pozostał w większości taki, jak Felicity go pamiętała — odrobinę bardziej wystawny, niż ściśle wymagałby tego pokój przeznaczony do kameralnych spotkań, luksusowy niczym gęsta śmietana, z zasłonami z brokateli okalającymi okna.
Pani Abigail Winters, zaskakująco młoda, uśmiechnęła się życzliwie, zapewne dostrzegłszy ciekawość swojej gościni. Określenie „gość" było jednak aż nazbyt hojne — choć zachowywano wszelkie uprzejmości, nikt nie mógł udawać, że Felicity stoi na choćby zbliżonej stopie z filigranową panią Winters. Pierwsza mogła być prawdziwą ozdobą londyńskich spotkań literackich, druga zaś wdową po bogatym dzięki handlowi dziedzicu, którego nazwisko ledwie było znane poza Somerset, ale to nie miało znaczenia. Pierwsza musiała zarabiać na życie, choćby nawet w zawodzie tak dystyngowanym; druga nie musiała.
„Tak się cieszę, że przyjęła pani moje zaproszenie, panno Deacon" — powiedziała Abigail, nalewając im obu po filiżance herbaty — kwiatowej pomarańczowej pekoe, rzecz jasna, najwyższego gatunku. „Lato na wsi potrafi być tak doprawdy strasznie nudne. Kiedy mój drogi mąż jeszcze z nami był, mieszkaliśmy przeważnie w mieście. Wymagały tego, rzecz jasna, jego interesy. Edmund mógł swobodnie korzystać z Morwood Hall".
„Przypuszczam, że to się zmieniło, skoro pani pasierb jest już dorosłym mężczyzną i zapewne potrzebuje już żony". Wspomnienia Felicity o Edmundzie Wintersie, towarzyszu jej dziecięcych zabaw, którego niegdyś uważała za bratnią duszę stworzoną dla niej przez samego Wszechmogącego, zachowały się znacznie lepiej niż wspomnienia jego domu. Pamiętała uparte szare oczy, ciemne włosy miękkie pod jej palcami, gdy droczyła się z nim przy tym czy owym żarcie, i te niezgrabne, tyczkowate kończyny.
Nigdy nie był olśniewającym stworzeniem, od którego zatrzepotałoby serce niejednej damy rozczytanej w romansach. To mogła dziś ocenić z bezwzględnością i doświadczeniem lat. Mimo to łatwo było sobie wyobrazić, że nie brakowałoby mu zaproszeń od znacznie bardziej trzeźwo myślących matek owych pań. Jego ród mógł być świeżej daty, a Morwood Hall bynajmniej nie należało do jego rodziny od pokoleń, lecz perspektywa zięcia, który naprawdę potrafi opłacić rachunki kupcom i rzemieślnikom, musiała być dla niejednej matki wysoce kusząca.
To również Felicity mogła ocenić z doświadczenia.
„Och, Edmund wcale o czymś takim nie chce słyszeć" — odparła nagle pani Winters. „Trudno byłoby znaleźć młodego człowieka mniej niż on zainteresowanego urokami miasta czy czymkolwiek, co ma związek z jarmarkiem matrymonialnym. Gdyby go słuchać, byłby całkiem szczęśliwy, rozmawiając wyłącznie z drzewami, strumieniami i dzierżawcami".
Gdyby okoliczności były inne, Felicity obruszyłaby się na to, że pani Winters najwyraźniej zaliczała to wszystko do jednego porządku. Musiałaby stłumić tę reakcję w ponurych granicach własnej głowy, lecz obruszyłaby się mimo wszystko.
Tymczasem jednak musiała odstawić filiżankę bardzo, bardzo ostrożnie, z obawy, by nie rozlać jej zawartości na dywan — taki dreszcz ją przeszył.
„Czy chce pani powiedzieć, że pan Winters jest tutaj?" — spytała Felicity, mając nadzieję, że jej głos brzmi równie pewnie i dwornie, jak nauczyła go brzmieć w kontaktach z wpływowymi mecenasami.
„Ależ tak. Proszę się nie martwić, panno Deacon, raczej nie będzie pani przeszkadzał. Poezja mało go obchodzi, a ludzkie towarzystwo jeszcze mniej".
Felicity zdobyła się jedynie na odpowiedź tak wymijającą, że słowa nie zdążyły nawet musnąć jej myśli w drodze na usta.
Edmund Winters był tutaj, na tym majątku. Być może w tym samym domu. Co pomyśli, kiedy ją zobaczy — a pewnego dnia nieuchronnie ją zobaczy, choćby przelotnie, choćby z daleka? Czy w ogóle będzie ją pamiętał? A jeśli tak, czy spojrzy na nią ze współczuciem? Niegdyś córka ambitnego ojca, sąsiadka, ktoś, kto usiłował być mu równy, a teraz petentka przed patronką?
Być może, pomyślała, to był błąd, że przyjęła to nagłe zaproszenie. Była jednak tak pewna, że młody człowiek o znacznym majątku nigdy nie zechce spędzić lata na wsi. Poza tym była przecież zdesperowana…
Z drugiej strony Edmund Winters nigdy nie był typem dżentelmena, jakiego ma się przed oczami na wieść o młodym człowieku o znacznym majątku. Nawet jako dziecko, nawet jako młodzieniec, zawsze był raczej samotnikiem, lubił wyczerpujący ruch i był dumny aż po posępność.
Samotnikiem, to znaczy z jednym wyjątkiem. Tym wyjątkiem była córka sąsiadów, dziewczynka o niesfornych ciemnych lokach i energii tak wielkiej, że nie zdołałoby jej zaspokoić nawet bieganie z obręczą dla poprawy figury, na co nalegała matka.
Ale to było bardzo dawno temu, przypomniała sobie Felicity. Od tamtej dziewczyny, z jej niewinną dzikością, oddzielała ją wielka przepaść lat. Równie dobrze mógł być teraz skończonym hulaką albo przynajmniej bywalcem salonów.
„Lawendowy Domek przygotowano dla pani, panno Deacon" — nadmieniła pani Winters. „To prawda, leży odrobinę daleko od głównego domu, ale…"
Felicity przywołała na usta uśmiech, który, jeszcze zanim pani Winters dokończyła zdanie, wydawał się fałszywy jak imitacja porcelany. Była oczywiście wdzięczna za niewielki domek na terenie posiadłości — wdzięczna, och, jakże wdzięczna! Ona, która niegdyś niezliczone razy piła herbatę ze znacznie surowszą poprzedniczką tej kobiety, która jeździła na łaciatych koniach z dziedzicem majątku, teraz była wdzięczna, że przeznaczono jej Lawendowy Domek, bezpiecznie daleko od samej rezydencji.
Nie zdążyła jednak wypowiedzieć rzekomych podziękowań — tak samo zresztą jak pani Winters nie zdążyła dokończyć zdania. W tej właśnie chwili drzwi do salonu otworzyły się gwałtownie i wkroczył wysoki młody mężczyzna. Choć ubrany był z surową nienagannością, miał potargany wygląd kogoś, kto dopiero co wrócił z jazdy konnej.
„Pani Winters" — zwrócił się do starszej kobiety. „Musimy porozmawiać o…"
Abigail Winters odchrząknęła z najwyższą delikatnością.
„Edmundzie, mamy gościa".
Na te słowa Edmund Winters — bo, rzecz jasna, nie mógł to być nikt inny — odwrócił się i spojrzał Felicity prosto w oczy.
Odwzajemniła spojrzenie.
Zmienił się, to prawda. Choć wciąż nie był doskonałym elegantem z powieści wicehrabiny Granville, ostatnie lata obeszły się z nim łaskawie. Nie miał już w sobie tamtej krępującej tyczkowatości; teraz był szczupły w sposób sugerujący, że wyprawy konne zdarzają mu się dość często.
Szare oczy nadal miały w sobie upór, lecz Felicity nie pamiętała, by kiedykolwiek były aż tak jasne, tak przenikliwe.
„Edmundzie" — zawołała bez namysłu. Na jedną sekundę lata przestały istnieć, tak samo jak wyobrażenia o tym, co wypada — oraz świadomość, że zwracanie się imieniem chrzestnym do mężczyzny stojącego teraz tak nieskończenie wysoko ponad nią z pewnością nie figurowało na tej liście.
Jego oczy rozszerzyły się niemal niedostrzegalnie.
„Felicity". Jego głos był równie miękki jak jej. Ktoś, kto by jej nie widział, lecz oceniał całe zajście wyłącznie po jego minie, pomyślałby raczej, że ujrzał bezgłowego ducha Anny Boleyn sunącego korytarzami Tower, nie zaś żywą kobietę w różowej satynie, stojącą w zalanym słońcem salonie.
Choć być może to drugie było istotnie straszliwszą wizją. Albo przynajmniej bardziej osobistą. Edmund Winters w końcu sam nie ściął głowy Annie Boleyn.
Ta myśl pomogła Felicity odzyskać nad sobą panowanie.
„Panno Deacon" — poprawiła go tonem, którego zawsze używała wobec swoich lepszych, kiedy nie chciała, by się zorientowali, że ich poprawia.
„Panno Deacon. Czemu zawdzięczam tę przyjemność?" I do niego wróciło opanowanie, to było jasne. Opanowanie, które kiedyś porównywała do szczególnie sztywno wykrochmalonego kołnierzyka, znów wróciło na swoje miejsce.
„Naturalnie mojemu zaproszeniu" — wtrąciła pani Winters. „Doprawdy, Edmundzie, czyżbyś o nim nie pamiętał?"
„Nie, matko, nie pamiętam".
Nazywał macochę matką, bez wątpienia po to, by ją ułagodzić. Jak zawsze nienaganny.
„Jestem wręcz pewna, że o tym z tobą rozmawiałam" — upierała się Abigail Winters. „Czy nie mówiłam ci, że letnie ennui jest doprawdy nieznośne?"
„Tak, matko. To akurat pamiętam. Istotnie, rozmawialiśmy o twoim ennui tak często, że to pojęcie odcisnęło się w mojej pamięci niczym druk ulotny".
„Cóż to osobliwego. Byłam pewna, że powiedziałam ci także, iż postanowiłam zaradzić tej niedogodności, oddając się nieco mecenatowi artystycznemu".
„To również mówiłaś, lecz sądziłem raczej, że zamierzasz zamówić u pana Lawrence'a kolejny portret, nie zapraszać gości".
„Panna Deacon ma zamieszkać w Lawendowym Domku. Nie martw się, Edmundzie, nie będzie ci przeszkadzała w twoich niezmiernie ważnych sprawach".
„Nie sądziłem, żebyś była tak żarliwą wielbicielką poezji panny Deacon" — powiedział cicho Edmund Winters. W jego głosie pobrzmiewała podejrzliwość i ledwie muśnięcie urazy, jak smuga czerwonej farby.
Felicity była przede wszystkim poetką. Umiała rozpoznawać odcienie uczuć u tych rzekomo nienagannych mężczyzn i kobiet wokół siebie równie dobrze, jak znała nazwy różnych odcieni kwiatów.
W ostatnich latach oglądała te kwiaty głównie na rycinach botanicznych, ale to akurat nie miało najmniejszego znaczenia.
„Nawet nie wiedziałam, że znasz jej imię, Edmundzie" — odparła Abigail Winters. „Czy i ty byłeś jednym z tych żarliwych wielbicieli podczas pobytu w Oksfordzie? Wiem, że studenci szaleli za jej pierwszymi wierszami, kiedy jeszcze publikowała jako »Wesoła«".
„Nawet nie wiedziałem, że »Wesoła« to kobieta" — odrzekł pan Winters. „A tym bardziej, że była nią osoba, którą niegdyś znałem".
Felicity wiedziała, że nie powinna czuć się zraniona tymi słowami — w końcu Edmund Winters nigdy nie należał do mężczyzn, którzy nawet w najlepszych czasach zadręczali się ukrytymi znaczeniami poetyckich wersów. Poza tym byłoby czystym szaleństwem wyobrażać sobie, że z samego sposobu wersyfikacji zdołałby odgadnąć tożsamość młodej kobiety, której nie widział od jej dziewczęcych lat.
Lecz tak — była zraniona.
„Znaliście się?" — wykrzyknęła Abigail Winters ze zdumieniem tak wiarygodnym, że tym samym zdjęła z siebie podejrzenie. „Ale jak?"
Tym razem Felicity mogła odpowiedzieć sama.
„Mój ojciec wynajmował niegdyś doprawdy wspaniały dom niedaleko stąd. Miałam zaszczyt od czasu do czasu bywać u pana Wintersa".
„Mój Boże, skoro państwa położenie było tak pomyślne, cóż skłoniło panią do zarabiania na życie piórem?"
Felicity wzdrygnęła się w duchu. Druga pani Winters nie była złośliwą kobietą, bynajmniej, lecz najwyraźniej nie grzeszyła taktem.
Nie spuściła wzroku, lecz spojrzała prosto w bezchmurne błękitne oczy młodej wdowy.
„Wojna amerykańska zrujnowała niejedno źródło utrzymania, pani Winters. Ten wiejski dom był najmniej ważną z rzeczy, których musieliśmy się wyrzec".
A sępy już czekały przy drzwiach.
„Nie wiedziałem o pani… okolicznościach" — powiedział Edmund Winters, patrząc na Felicity. Jakże precyzyjny dobór słów. Okoliczności. Inny mężczyzna mógłby powiedzieć: ruina, lecz w wyważonym świecie Morwood Hall nie było miejsca na tak dramatyczne określenia.
Stary pan Winters był taki sam, o ile Felicity pamiętała. Syn dorósł, idąc śladami ojca.
Ale przecież powinna była się tego domyślić.
„Nie ciążył na panu żaden obowiązek, panie Winters". Felicity uśmiechnęła się z takim oficjalnym wdziękiem, na jaki było ją stać — a na tym froncie dysponowała niemałymi zasobami. „Wszak nie jest tak, jakbym kiedykolwiek była pańską narzeczoną".
Edmund jeszcze przez kilka chwil nie mógł oderwać wzroku od zamkniętych drzwi po tym, jak Felicity Deacon wyprowadzono z pokoju. Towarzyszył jej lokaj, któremu polecono zaprowadzić ją do nowej kwatery. Edmund zastanawiał się, czy ze strony macochy wynikało to z uprzejmości, czy z niewiedzy. Rzadko interesowała się czymkolwiek poza samym Morwood Hall i mogła po prostu nie wiedzieć, gdzie znajduje się Lawendowy Domek.
Boże, cóż to było za położenie.
„Mam nadzieję, matko" — zwrócił się do pani Winters, cedząc słowa krótko i wyraźnie — „że rozumiesz, iż panna Deacon nie może zostać u nas długo".
„Mam nadzieję, że rozumiesz, iż nie mogę cofnąć danej obietnicy. Obiecałam jej ten domek do dyspozycji do końca lata i właśnie to otrzyma".
„Do końca lata. Które ledwie się zaczęło".
„Istotnie. Czy wolno mi spytać, dlaczego aż tak sprzeciwiasz się jej obecności? Czy nie powiedziała, że niegdyś się znaliście? Nawet jeśli dzieliła was jakaś dziecięca rywalizacja, ufam, że potrafisz odłożyć ją na bok, będąc już dorosłym mężczyzną".
Dziecięca rywalizacja. Mógłby się roześmiać, gdyby tylko był w nastroju do śmiechu. Nie, nie było żadnej rywalizacji, żadnej młodzieńczej wrogości. Jeśli już, było oczarowanie.
Ale Edmund dokonał wyboru przed laty, w gabinecie ojca. Już wtedy pojął, że oczarowania są dla dzieci i zabaw na łąkach. Mężczyzna musi podejmować trudne decyzje i, jeśli trzeba, wypić kielich goryczy do samego dna.
„Nie wyobrażam sobie, by panna Cadogan patrzyła na to tak samo" — powiedział na głos zamiast tego. „Nie mówiąc już o Sir Jonathanie".
„Przecież panna Deacon nie ma mieszkać z tobą pod jednym dachem". Macocha machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę. „Nie odpowiem za córkę sir Jonathana, ale on sam jest człowiekiem rozsądnym".
„Może uznać moją znajomość z panną Deacon za niestosowną".
„Z tego, co słyszałam, sam nie jest kaznodzieją".
„Ale nie wtedy, gdy chodzi o jego córkę. W takim wypadku będzie wymagał od jej zalotnika najwyższej poprawności. I całkiem słusznie".
Edmund z trudem potrafił wyobrazić sobie, że ma córkę w wieku odpowiednim do zamążpójścia, ale przypuszczał, że gdyby tak było, nigdy nie dopuściłby, by zalecał się do niej mężczyzna o hulaczych skłonnościach. Zwłaszcza — dorzuciła jego bardziej pragmatyczna strona — jeśli owe skłonności szłyby w parze ze świeżo nabytą posiadłością ziemską i faktem, że od handlu dzieliło go ledwie jedno pokolenie.
Nietrudno było sobie wyobrazić, że i Priscilla Cadogan mogłaby powziąć własne podejrzenia. Nie żeby sama nie była urodziwa — jej dłonie miały barwę spokojnej bladości, a jasne włosy mogłyby należeć do pastereczki z Miśni. Brakowało jej jednak tej nienazwanej cechy, która pulsowała w żyłach panny Deacon nawet wtedy, gdy była tylko żywą, rzutką dziewczynką. Edmund pamiętał, jak Felicity Deacon czytała Homera w lśniącej nowością, prawie nieużywanej bibliotece jego ojca i oświadczała, że nie chciałaby umrzeć inaczej niż w rozbiciu okrętu.
Zmieniła się z biegiem lat, jak — jak przypuszczał — zmienia się większość kobiet, gdy dorastają i naginają się do koniecznych wymagań świata. W jej sposobie bycia pojawił się ślad ogłady, a w głosie rodzaj opanowania, którego dawniej w nim nie było. Ale wciąż miała te ciemne włosy, skręcające się same z siebie, i te oczy tak głęboko brązowe, że niemal czarne, niby dwa bliźniacze stawy.
Wyraz, który zobaczył w tych oczach, kiedy po raz pierwszy od lat w nie spojrzał, nie mógł oznaczać nic prócz osłupienia. Nawet to było w niej jasne i intensywne. Barwa podstawowa.
„Panna Deacon jest, w pewnym sensie, moim gościem. Ona również będzie oczekiwała, że jako gospodyni zachowam się z najwyższą poprawnością. Zaoferowałam jej naszą gościnność i naszą gościnność właśnie otrzyma. Oczywiście" — dodała pani Winters — „możesz mi przypomnieć, że jestem tylko wdową, a nie twoją prawdziwą matką; że tylko dzięki twojej łasce sama nie mieszkam w jednej z tych chatek…".
Edmund zmarszczył brwi z lekkim rozdrażnieniem. Z jej strony było to dość toporne narzędzie.
Co nie znaczyło, że nieskuteczne.
„Doskonale wiesz, że nigdy bym ci nie wyrządził krzywdy. Nigdy nie wyraziłem nawet cienia chęci, by wyrzucić cię z domu ojca, i nigdy tego nie zrobię. To twój dom tak samo jak mój… matko".
Uśmiechnęła się jak miękki biały kot, który właśnie trafił na miseczkę białej śmietany.
„W takim razie, skoro to mój dom tak samo jak twój, jestem pewna, że nie będziesz mi miał za złe mojego wyboru gości".
Boże, cóż to było za położenie.
„Jutro dołączę do polowania sir Jonathana" — przypomniał jej Edmund. „Serdecznie mam nadzieję, że nie spyta mnie, dlaczego kobieta niezwykłej urody mieszka obecnie na moim majątku właśnie wtedy, gdy staram się o względy jego córki. Na twoim miejscu żywiłbym tę samą nadzieję".
„Wiesz doskonale, co sądzę o Sir Jonathanie Cadoganie i jego córce".
„Wiem i nie potrafię tego pojąć".
„To takie karykatury snobizmu, jakby sam Hogarth je namalował".
„Mają do tego prawo. Prawo Cadoganów do tej ziemi sięga czasów kasaty klasztorów za króla Henryka. Nie ma w tej części Somerset rodu bardziej dumnego".
„Dumnego — to właściwe słowo".
„Bardziej dumnego, a zarazem bardziej godnego połączenia z naszym rodem. Ojciec zawsze był tego zdania".
„Edmundzie, drogi mój, nawet ja nie zawsze zgadzałam się z opiniami twojego ojca, choć jako żona ślubowałam mu cześć i posłuszeństwo. Nie widzę powodu, dla którego miałbyś się z nimi zawsze zgadzać".
„To" — Edmund uśmiechnął się — „dlatego że odpowiedzialność za dobro naszej rodziny nie spoczywa na tobie. Spoczywa na mnie".
A jednak gdy wypowiadał te słowa, w umyśle nagle zapłonęła mu myśl o Felicity Deacon. Tak jak jego macocha, nie miała w rodzinie żadnego mężczyzny; nie była nawet kobietą, kiedy po raz pierwszy wzięła pióro do ręki, lecz zaledwie podlotkiem. Lecz jeśli opowiedziała im całą swoją historię — a cóż było tu do pominięcia? — sama wzięła na siebie trud odbudowania rodzinnego dobrobytu i podźwignięcia go, nie mając ani brata, ani męża, a wkrótce i ojca, który mógłby ją wesprzeć.
Niezależnie od tego, co sądził o właściwym porządku rzeczy, nie mógł nie szanować takiej wytrwałości.
F
