Kiedy serce czyta na głos - Marta Wiczuk - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Kiedy serce czyta na głos ebook i audiobook

Marta Wiczuk

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

833 osoby interesują się tą książką

Opis

Dafne kocha audiobooki. Słucha ich bardzo często, także w swojej nowej pracy. Pracy, którą otrzymała dzięki bratu – i nie tak to sobie wszystko wyobrażała. Przecież miała nabierać doświadczenia, by móc zarządzać firmą po rodzicach. Gdy sprzątając łazienki w biurowcu, niespodziewanie wpada na nagiego prezesa, wydaje się, że sama stała się bohaterką jednego z romansów, które stale jej towarzyszą. A to dopiero początek serii dziwnych zdarzeń. I spory w nich udział będą miały pandy.

 

Graham znany jest z tego, że zawsze psuje wszystkim zabawę. To on jest tym odpowiedzialnym szefem, za to jego brat tym lubianym. Gdy spotyka dziewczynę sprzątającą w jego firmie, nie potrafi wyrzucić jej z głowy, właściwie tylko czeka na okazje, by móc znów się z nią zobaczyć. A grupa jego najbliższych przyjaciół zdaje się realizować wobec niego plan, którego Graham nie rozumie. Jednak to tylko kwestia czasu.

 

Gdy zbliży się do Dafne, odkryje, że dziewczyna ma wiele tajemnic i nic nie jest takie, jakie wydawało się na początku. Czy oboje, już doświadczeni przez los, będą potrafili podołać wyzwaniom, które dopiero nadejdą, i odnaleźć drogę do siebie?

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 52 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kim Sayar

Oceny
4,7 (29 ocen)
25
1
1
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ankaaaa23

Nie oderwiesz się od lektury

❤️
30
zaczytana__romantyczka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna zabawa gwarantowana! 🩷🐼
30
basiabozydar

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała, śmiałam się i płakałam. Zabawna, a zarazem rozczulająca. Mam nadzieję, że w przyszłości stado się powiększy, a my będziemy mogli w tym uczestniczyć. Gratuluje ❤️❤️❤️
30
Jovikoc
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciepła i zabawna historia. Zgrabnie napisana, momentami nieco naiwna,ale warta przeczytania. Na miłe, lekkie popołudnie w sam raz😉, Polecam i jeszcze sięgnę po pozycje autorki.
30
marrgolcia

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna!
30



Prolog

Dafne

Nie jestem Kopciuszkiem, chociaż kiedyś wierzyłam w bajki. Urodziłam się w bajce, tylko zbyt szybko pojawiły się napisy końcowe.

Śmierć rodziców była dla czternastoletniej dziewczyny końcem i zamek zmienił się w pokój w internacie. Nie miałam wtedy nikogo… Chociaż nie – to kłamstwo. Miałam brata i to on wyznaczył mi ścieżkę życia. Pokazywał mi, jak sobie radzić, podobno tego samego uczył go nasz ojciec. Podobno, bo jak sięgam pamięcią, to nie przypominam sobie, żeby Will musiał pracować na swoje utrzymanie, żeby musiał walczyć z dozorcą o ciepłą wodę. Ale może tak było, więc też nie mogę mu zarzucić kłamstwa.

Mój tato zbudował imperium, wszystko przejął Will, a ja miałam dołączyć w odpowiednim momencie, gdy będę mogła pochwalić się doświadczeniem, które oczywiście musiałam zdobyć samodzielnie. Jednak taka była wola naszego ojca i szanowałam ją. Chyba.

Miałam dwadzieścia trzy lata, mieszkałam Chicago w pięknej kamienicy, choć wyszczerbione cegły stanowiły jej nieodzowny element architektoniczny. Dobroć mojego brata była namacalna, bo to właśnie on kupił mi tu mieszkanie. Byłam i wciąż jestem mu wdzięczna za taki start. On podobno nie miał tak dobrze. Czy jest coś, co jeszcze powinnam wam o sobie powiedzieć? Ach, no tak, zapomniałam dodać, że mój starszy braciszek załatwił mi pracę. Pracę marzeń, gdzie podobno miałam zdobyć to wymagane doświadczenie. Dlaczego „podobno”? Bo jak się okazało, mój dyplom z zarządzania i komunikacji strategicznej dał mi możliwość pracy na odpowiedzialnym stanowisku. Można by rzec, że bez tego stanowiska firma Elysion przestałaby istnieć.

Brat został prezesem firmy, którą otrzymał po rodzicach, a ja po znajomości dostałam szansę na rozwój pod czujnym okiem jego znajomych. Mój tytuł to młodszy asystent do spraw trudnych i brudnych, główne narzędzie pracy to mop. A mój szef? Cóż, nie znam go, bo nasz grafik się nie pokrywa. Kiedy on opuszcza biurowiec, wtedy wkraczam ja, cała ubrana na kolorowo, bo mnie dress code nie obowiązuje. Zapraszam do mojego życia.

Rozdział 1

Graham

Wiedziałem, od początku czułem, że nie obędzie się bez problemów. Kiedy tylko poszerzaliśmy obszar, to one się pojawiały, wystarczyło dać znać, że Schmidt wkracza na nowy rynek. I nie trzeba było szukać kłopotów, bo te same pukały do drzwi mojego biura. Byliśmy prężnie działającą firmą, która oferowała swoim klientom nowoczesny sprzęt medyczny. Wciąż staraliśmy się znajdować nowe rynki zbytu, ale za każdym razem trafialiśmy na problemy takie właśnie jak ten. Biurokracja nas stopowała, w efekcie ponosiliśmy straty.

– Musimy czekać, aż wniosek przejdzie przez wszystkich urzędników. – Głos mojego brata był spokojny, chociaż wiedziałem, że i on liczył na szybsze załatwienie sprawy.

– Jak zawsze – parsknąłem pod nosem, spoglądając na leżące na biurku papiery.

– To będą niewielkie straty, patrząc z perspektywy czasu. Odrobi się szybko, więc już zluzuj trochę – mruknął Mason.

– Czy ty się słyszysz? Straty nie powinny być wpisane w nasz profil! – Oparłszy dłonie o blat, wstałem z fotela i popatrzyłem na brata. – Nie po to inwestujemy, aby w tabelach widzieć minusy! – podniosłem głos.

– Okres ci się zbliża czy co? Nerwowy jak zwykle. Nie przeskoczysz biurokracji. Dystans, chłopie, dystans.

– Czy ty umiesz podejść do tej pracy poważnie?

– Wystarczy, że ty masz kij w dupie. Jeden z nas musi być tym fajniejszym i wiesz, to przypadło akurat mnie. Nie mogę zawieść swoich fanów.

– O czym ty mówisz? Jesteś prezesem, a nie celebrytą! – fuknąłem.

– Według portali plotkarskich jestem celebrytą do wzięcia, ale i o tobie się rozpisują, więc już nie bądź zazdrosny.

Wybuchnął śmiechem, a ja padłem na fotel. Nie dało mu się nic przetłumaczyć.

– Temat zakończony. Jak będziesz chciał mnie następnym razem odwiedzić w moim gabinecie, to miej chociaż dobre wieści – burknąłem. – Możesz odejść.

– Jest jeszcze coś – rzucił. – Simson prosi nas o jedną rzecz.

Spojrzałem na niego z kamiennym wyrazem twarzy, bo to nazwisko działało na mnie jak płachta na byka.

– A co to takiego? Czego może od ciebie chcieć największy krętacz na rynku?

– Od nas – poprawił.

– Do rzeczy, mam robotę.

– Jego siostra szuka pracy.

– Nie rozumiem. Jak to szuka pracy? Przecież mają firmę.

– Podobno chce się rozwijać. Ambicje czy jakoś tak.

– Czy dobrze rozumiem? Chcesz dać jej pracę? – spytałem ostrym tonem. Może zbyt ostrym.

– Nie ja, tylko my, braciszku. – Uśmiechnął się w typowy dla siebie sposób. – I zaproponowałem, aby przesłała podanie. Coś dla niej znajdziemy.

Mieliśmy dać jej pracę? Czułem, że lada moment coś mnie strzeli. Mojego brata cechowała jedna rzecz. Głupota. Odziedziczyliśmy firmę po rodzicach. Najpierw studia, potem staż u ojca, a następnie zajęcie jego miejsca. Byłem starszy od Masona o dwa lata i zdecydowanie bardziej rozważny. Kiedy ja poświęcałem pracy czternaście godzin na dobę, on balował – i pech chciał, że robił to z nieodpowiednimi ludźmi.

– Dlaczego myślisz, że ją zatrudnimy? Nie jest nam potrzebna panna, która zapewne myli pojęcie pracy z zakupami. – Popatrzyłem na niego i już wiedziałem. Cholerny Simson miał na niego haka. – A nie mówiłem? – rzuciłem.

– Mówiłeś, i co?! Załatwisz to czy sam mam się wybrać do kadr?

– Na jakim stanowisku widzisz pannę Simson?

– Mojej asystentki. – Jego brwi powędrowały ku górze.

– Nie.

– Ty masz asystentkę.

– Ty też! – zripostowałem.

– Leo jest mężczyzną!

– I się sprawdza, więc mówię „nie”.

Wstał z fotela i ruszył w stronę drzwi. Wiedział, że na to nie pójdę i że dalsza dyskusja jest bez sensu. Musiałem przyznać, że miał jaja o to prosić. Mason wiedział dokładnie, jak przynieść rozgłos firmie, szkoda tylko, że w kanałach plotkarskich, a nie branżowych. Stawiał na akcje w stylu rozrywkowym. O tak, on i reszta chłopaków umieli zabłysnąć na imprezach.

Dlaczego Simson nie posadzi własnej siostry obok siebie, tylko szuka dla niej pracy u innych?, zastanawiałem się. Coś mi tu śmierdziało. Fakt, nie byliśmy dla siebie konkurencją. Działaliśmy na innych polach – my w domowym sprzęcie medycznym, a on w nowoczesnych zegarkach – więc po co? Co mógł na tym zyskać? Bo to, że robił to dla siebie, było bardziej niż pewne.

Mój braciszek miał problemy na studiach. Nawiązywał znajomości z nieodpowiednimi ludźmi i jednym z nich był właśnie Will Simson. Człowiek, który do celu szedł po trupach.

– Amanda, połącz mnie z kadrami! – rzuciłem do słuchawki.

– Już się robi, panie prezesie.

Czekałem chwilę na linii.

– Dzień dobry, panie prezesie, w czym mogę pomóc? – odezwała się główna kadrowa przesłodzonym głosem.

– Simson – odpowiedziałem. Przez chwilę się zastanawiałem, jak dziewczyna ma na imię, czy w ogóle padło ono podczas rozmowy z bratem. – Panna Simson złożyła u nas podanie. Proszę ją zatrudnić tam, gdzie jest jakiś wakat, tylko tak, aby miała odpowiednie kwalifikacje na dane stanowisko! Rozumiemy się?

– Oczywiście, panie prezesie.

Rozłączyłem się bez słowa. Lubiłem konkrety i te przekazałem. Kiedy chodziło o pracę, nie spoufalałem się z pracownikami.

Skupiłem się w końcu na robocie.

***

Przez kilka następnych dni przyglądałem się ludziom i nie zauważyłem nikogo nowego. Wiedziałem, że trudno jest dostrzec wszystkich, ale przecież zajmowaliśmy tylko sześć pięter w wieżowcu. Nikt nowy nie przykuł mojej uwagi, więc widocznie pannie Simson nie odpowiadało stanowisko. Jasne, że mogłem zadzwonić do kadr, ale robiłem to bardzo rzadko i teraz też nie miałem zamiaru tego zmieniać.

Dziś opuściłem biuro jako ostatni. Wysiadłem z windy i dostrzegłem ochroniarza, który dyskutował z dziewczyną ubraną w różowy sweterek i legginsy. Brunetka mnie nie dostrzegła, a już tym bardziej starszy mężczyzna siedzący za kontuarem. Podszedłem do nich.

– Lorenzo, a co to za żywna dyskusja? Chętnie się przyłączę – rzuciłem.

– Panie Schmidt, przepraszam! – odpowiedział ochroniarz, a nieznajoma spuściła głowę i bez słowa ruszyła w stronę wind.

– Kopciuszku! – krzyknął Lorenzo w stronę dziewczyny. – Twoja torba!

Co tu się działo? Kopciuszku? Spojrzałem na ochroniarza, który zaś patrzył na młodą kobietę, a ta ze wzrokiem wbitym w podłogę zawróciła i podeszła do nas. Uniosła leciutko głowę, by spojrzeć na mężczyznę, i uśmiechnęła się do niego.

– Dziękuję! – szepnęła.

Dobra, mogła być jego córką. Nie wnikałem nigdy w życie innych. Ile miała lat? Dwadzieścia? A on był spokojnie po sześćdziesiątce.

– Udanej pracy! – rzucił do niej, ignorując moją obecność.

Jakiej udanej pracy? Przecież to dziecko! Ciekawy byłem, która firma zdecydowała się zatrudnić kogoś bez wykształcenia. W tym wieżowcu mieściło się ich kilkanaście, ale żadna z nich nie zajmowała się artykułami dla dzieci, żeby taką młodzież przyjmować.

– To w naszym biurowcu zatrudniają dzieci? – Pozwoliłem sobie na tę uwagę, bo znałem Lorenza i liczyłem, że pociągnie temat.

– Nie, panie prezesie. Kopciuszek już nie jest dzieckiem i tak się składa, że pracuje dla pana.

Moja mina musiała wiele mówić, bo mężczyzna uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Dla mnie? – Chyba faktycznie w moim przypadku wiek robił swoje, z czego często nabijał się mój brat, bo dałbym sobie rękę uciąć, że usłyszałem, iż Kopciuszek… wróć!, to dziecko miało u mnie pracę!

– Dokładnie tak powiedziałem, panie prezesie. Jak jest taka potrzeba, to was ze sobą poznam – nabijał się. Jak nic facet się ze mnie nabijał.

– Racja, jak mogłem zapomnieć! Do widzenia.

Jasne, zapomnieć! Nie miałem o tym bladego pojęcia!

Opuściłem budynek. Powiedzieć, że byłem zaskoczony, to jak nic nie powiedzieć. Poczułem się totalnie zażenowany faktem, że nie kojarzę własnych pracowników i pokazałem to przy jednym z nich. Skoro tak dobrze się znali, to dziewczyna musiała pracować tu od dłuższego czasu.

Dafne

Stałam przed wieżowcem, który znali wszyscy w Chicago. Imponował rozmiarami, ale mnie trochę przerażał. Pracowałam tu już dwa tygodnie, a raczej sprzątałam, bo właśnie takie stanowisko załatwił mi mój kochany braciszek, bym nabierała doświadczenia, aby móc poprowadzić firmę po naszych rodzicach. Jedyny plus tej pracy był taki, że mogłam ją wykonywać wieczorami, kiedy biura opustoszały. Jak powiedziała wytapetowana larwa, która przeprowadzała ze mną rozmowę, warto się wykazać, bo awans jest możliwy. Wykazać się przy mopie to dopiero sztuka, ale oczywiście jej przytaknęłam, bo co innego miałam zrobić? Musiałam ogarniać trzy piętra i kompleks rekreacyjny obejmujący siłownię i basen, z którego korzystali pracownicy.

Od dziecka bałam się ciasnych pomieszczeń, a firma Elysion mieściła się na trzydziestym szóstym piętrze i wyżej, co oznaczało, że podczas jazdy windą musiałam znosić dyskomfort, ale dało się przeżyć, jak miałam ją tylko dla siebie. Nikt nie był świadkiem mojego lęku, no, może ochroniarz, ale nie komentował niczego, przynajmniej do dzisiaj.

Za kontuarem siedział Lorenzo, jak co wieczór. Starszy pan pierwszego dnia nazwał mnie Kopciuszkiem, bo spiesząc się na rozmowę, tak się pogubiłam, że nawet nie zauważyłam, kiedy zgubiłam buty. Zostałam Kopciuszkiem, w sumie to nawet lubiłam ten przydomek, bo zawsze mogło być gorzej!

– Czekałem na ciebie! – odezwał się Lorenzo, kiedy tylko przekroczyłam próg budynku.

– O, jak miło.

– To co dzisiaj masz w tej magicznej torbie?

Wybuchnęłam śmiechem.

– To czekałeś na mnie czy na moją torbę?

– Na ciebie, Kopciuszku, na ciebie i torbę. – Jego uśmiech mógłby stopić lód. Gdybym miała dziadka, to zdecydowanie chciałabym, by był taki jak Lorenzo.

– Owsiane z rodzynkami i migdałami, pasuje?

– Bardzo.

Wyciągnęłam ciasteczka i wręczyłam mężczyźnie. Miałam dziwne hobby: kochałam piec ciasteczka, ale za nimi nie przepadałam, to znaczy niespecjalnie lubiłam je zjadać, więc obdarowywałam nimi każdego, z kim miałam jakiś kontakt. Lorenzo dwa tygodnie temu dołączył do tej grupy.

Ruszyłam do windy i wybrałam trzydzieste szóste piętro, gdzie mieścił się pokój socjalny dla pracowników. Właśnie tam przebierałam się w strój wymagany na to stanowisko, czyli fartuszek. Tak, chodziłam w fartuszku, błękitnym.

Sprawdziłam na tablicy, czy wszystkie pomieszczenia są wolne. Czysto. Jeśli któryś z pracowników zgłosił, że zostaje do późna, to zostawiałam jego pomieszczenie na sam koniec. To samo dotyczyło kompleksu basenowego, ale dzisiaj moja tablica była pusta, co oznaczało, że mogę pracować bez pomijania danego piętra.

Udałam się do strefy relaksu, bo tam zawsze było najmniej do ogarnięcia. Założyłam słuchawki, włączyłam ostatnio odtwarzanego audiobooka i rozpoczęłam pracę przy akompaniamencie średniowiecznego romansu.

Posprzątałam siłownię i przeszłam na basen, gdzie zebrałam pozostawione ręczniki, po czym ruszyłam w stronę pryszniców. W uszach usłyszałam obawy głównej bohaterki powieści, tylko czego się bała? Co z tego, że właśnie przyłapała go na masturbacji pod wodą? I że niby zabrakło jej tchu, kiedy to zobaczyła? Taaa… Banał, takie rzeczy nie mają miejsca w rzeczywistości.

– Na litość boską, idź na całość, dziewczyno, taka okazja się nie powtórzy – powiedziałam głośno do głównej bohaterki, otwierając drzwi do łazienki.

– Też tak myślę – wybrzmiał ostry ton głosu. I nie pochodził z audiobooka.

Uniosłam wzrok i zobaczyłam nagą postać, a dokładniej mojego szefa – jak go Pan Bóg stworzył!

Rozdział 2

Graham

Patrzyłem na kobietę, która w szoku zapomniała się obrócić, a mój sprzęt jak na złość drgnął, zachęcony całą tą sytuacją. Stałem zupełnie nagi, a oczy kobiety nieśmiało lustrowały moje ciało.

– Przepraszam! – Po dłuższej chwili doszła do siebie i stanęła do mnie plecami.

– Prosiłbym o opuszczenie łazienki, o ile jest jeszcze pani na siłach.

– Tak, oczywiście, ale myślę, że nie na miejscu jest paradowanie w takim stanie w miejscu pracy!

– A mnie się wydaje, że nie na miejscu jest wpadanie do męskiej łazienki, nie upewniwszy się uprzednio, czy jest pusta. – To jakiś żart? Tak, uznałem, że to musi być żart mojego brata, on zawsze miał głupie pomysły. – I rzucanie takich dwuznacznych tekstów! – dodałem na koniec.

– Nie chciałabym pana zdenerwować, ale słuchałam audiobooka i tam to się działo. Pana nagość wypadła słabo w tym zestawieniu.

To już było bezczelne! Spojrzałem w lustro wiszące obok – wydawało mi się, że ciało mam niczego sobie. Na litość boską, który trzydziestolatek może pochwalić się kaloryferem?

– Sugeruje pani, że nie działam na kobiety?

– Niczego takiego nie powiedziałam. Prezes sam już sobie dopowiedział.

Aha, czyli mnie znała. Sięgnąłem po wiszący na haczyku ręcznik i zakryłem tę zdradziecką część mojego ciała, której akurat cała sytuacja się podobała.

– Pozwoli pani, że się ubiorę? – Tymi słowami próbowałem subtelnie zasugerować, by opuściła pomieszczenie.

– Oczywiście, tylko proszę się pospieszyć, bo mam pracę do wykonania.

Czy ona mnie poganiała? Tak, zdecydowanie, właśnie to zrobiła. Stałem oszołomiony przez kilka chwil i patrzyłem na drzwi, za którymi zniknęła dziewczyna. Zbeształa mnie jak małe dziecko, co zdarzyło się pierwszy raz od… Tak właściwie to nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy któryś z pracowników zwrócił się do mnie w ten sposób. Żaden z nich nie widział mnie też zupełnie nagiego. Może i nie miałem za dużo czasu, aby się przyjrzeć nieznajomej, ale byłem prawie pewny, że reprymendę dostałem od Kopciuszka. Musiałem pamiętać, by sprawdzić ją w kadrach.

Ogarnąłem się i ruszyłem do szatni po ubrania. Rozglądałem się na boki, czy przypadkiem nie napotkam dziewczyny, ale nie było po niej śladu. Zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.

Potem przeszedłem przez basen i siłownię już w pełni ubrany i tam też jej nie znalazłem, chociaż tak właściwie po jaką cholerę jej szukałem? Nie mogłem tego zrozumieć. Opuściłem budynek, rozmyślając o tym, co przed chwilą miało miejsce.

***

Następnego dnia poprosiłem brata o przyjście i o dziwo zjawił się bardzo szybko.

– Słucham, panie prezesie! Wzywałeś! – rzucił na wejściu.

– Siadaj. Co ci tak wesoło? – Spojrzałem na Masona uważnie, bo podejrzewałem, że jednak mógł maczać palce we wczorajszej akcji.

– A to już nie można mieć dobrego humoru? Braciszku, nie każdy ma kij w dupie jak prezes naszej firmy – powiedział z uśmieszkiem.

– Wiesz coś na temat wczorajszego wieczoru?

– A powinienem coś wiedzieć? – odbił piłeczkę.

– Pytam poważnie, masz z tym coś wspólnego?

– Ooo, robi się ciekawie. Ploteczki w tej firmie to moja specjalność. – Pochylił się ku mnie.

– Mason, weź się w garść! Pytam poważnie! – podniosłem głos, bo jego szczeniackie zachowanie doprowadzało mnie do furii.

– Słuchaj, najpierw mówisz półsłówkami, z czego nic nie można zrozumieć, a później się wkurzasz, że nie wiem, o co chodzi. Nie możesz powiedzieć wprost?

– Wczoraj w łazience na basenie wpadła na mnie dziewczyna.

– Kurwa, dlaczego to mnie się takie akcje nie trafiają! – Złapał się za głowę. – Pierdolony szczęściarz, ja to muszę się napracować, a do ciebie same przychodzą.

Oparłem się o fotel i obserwowałem brata. Wiedziałem już, że nie miał z tym nic wspólnego, że to czysty przypadek. Potarłem dłońmi twarz.

– Dobra, koniec tematu, możesz już iść. – Obróciłem się w stronę okna.

– O nie, tak tego nie zostawię. Słucham! Nie możesz rzucać takim smaczkiem i oczekiwać, że odpuszczę.

– Już skończyłem!

– Nie, nie, nie wydaje mi się, braciszku. Opowiadaj.

– Ona dla nas pracuje. Sprzątała, kiedy brałem prysznic. – Ponownie okręciłem się w stronę Masona. – Tylko ani słowa chłopakom.

– Milczę jak zawsze.

Nie wierzyłem mu, zwłaszcza że wykonał ten typowy dla siebie ruch sznurowania ust, a to już jasno świadczyło o tym, że zaraz podzieli się z resztą.

– Wpadła na mnie, kiedy opuszczałem kabinę.

– Czekaj, byłeś zupełnie nagi? Ale taki nagusieńki? – Wstał nagle i jak dla mnie zrobił to zbyt entuzjastycznie.

– Nie no, pod prysznic chodzę w garniturze. Jasne, że byłem nagi!

– A ona?

– A ona była w pracy! Rzuciła jakimś dwuznacznym tekstem i zbeształa mnie, że jestem goły.

– Czekaj, czekaj. Dobrze rozumiem? Ona dla nas pracuje… Może nie wiedziała, kim jesteś?

– Nazwała mnie prezesem.

– Kurwa, chłopaki będą miały pożywkę. – Wybuchnął śmiechem.

– Tu nie ma nic śmiesznego! Zbeształa mnie jak małe dziecko!

– No tak, biedny nasz prezesik, dostał naganę. Muszę ją poznać, kurwa. Ukłonię się w pas za odwagę. Dobra, lecę, bo mam kilka telefonów do wykonania. – Wstał i ruszył w stronę szklanych drzwi.

– Mam nadzieję, że to telefony do naszych kontrahentów!

– Zwariowałeś, dzwonię do chłopaków w sprawie tatuśka, taki news nie może czekać! – Po tych słowach opuścił mój gabinet.

Tak właśnie wyglądało „tylko ani słowa chłopakom”. Nathan, Jackson i Daniel będą mieli z tego ubaw przez najbliższy miesiąc. Znałem się z nimi od dziecka za sprawą naszych rodziców i o dziwo znajomości te przetrwały próbę czasu. Każdy z nas wybrał inne studia, ale ostatecznie wszyscy wróciliśmy do korzeni. Do Chicago.

Dzisiaj był wtorek, co oznaczało, że do piątku zostało jeszcze trochę czasu – miałem nadzieję, że zdążą zapomnieć o całym incydencie.

Zabrałem się do pracy nad nowym oddziałem, który planowaliśmy otworzyć. Nowy Jork był dla naszej firmy w tym momencie nieosiągalny, ale to już niedługo miało się zmienić. Nie mogłem się jednak skupić, musiałem się czegoś dowiedzieć.

– Kadrowa na linii, łączę – powiedziała moja sekretarka.

– Tak, panie prezesie? – odezwała się kobieta.

– Czy we wczorajszym grafiku była naniesiona informacja o zajętym basenie?

– Chwileczkę, sprawdzę. – Słyszałem w słuchawce, jak klika coś na komputerze. – Tak, była taka informacja. Czy coś się stało? Czy Dafne panu przeszkodziła?

Ta, raczej pobudziła. Więc tak miała na imię. Dafne.

– Nie, wszystko w porządku, tak się chciałem upewnić. To tyle, dziękuję.

Wróciłem do swoich zajęć. Tego dnia nie znalazłem już nawet chwili, by odetchnąć. Spotkanie za spotkaniem i stos papierów. Miałem ochotę na relaks, ale zdecydowanie nie zamierzałem korzystać z basenu. Chociaż gdybym miał pewność, że spotkam tam niejaką Dafne, to i może bym zajrzał, by się upewnić, że dalej gada sama do siebie, słuchając audiobooka.

Gdy po południu chciałem opuścić budynek i ruszyć w stronę parkingu, w pewnym momencie ktoś wpadł na mnie z takim impetem, że wytrącił mi teczkę z ręki.

Dafne

Teraz to już na bank mnie zwolni. Byłam tego bardziej niż pewna. Moich wczorajszych tekstów nie można było nazwać normalnymi. Ja sama nie byłam normalna, bo wpatrywałam się w jego nagie ciało. W jedną zabłąkaną kroplę sunącą ku dołowi. Potrząsnęłam głową, by wyrzucić te jakże nieproszone wspomnienia. Teraz miał na sobie garnitur, który skrywał… Wróć! Tak, miał na sobie garnitur, a pod nim ciało jak każdy inny. No, może nie każdy, ale ja zdecydowanie nie powinnam o tym myśleć.

– Najmocniej przepraszam! – W popłochu schyliłam się po teczkę i wręczyłam ją prezesowi.

– Nasz Kopciuszek w życiowej formie – rzucił Lorenzo.

Zerknęłam na twarz szefa i nie dostrzegłam złości. Raczej ciekawość? Nie odrywał ode mnie wzroku. Poczułam się bardzo niekomfortowo, uciekłam więc spojrzeniem, jak to miałam w zwyczaju, kiedy uwaga skupiała się na mnie. Ruszyłam w stronę wind. Ogólnie szczęście rzadko mi dopisywało, ale dzisiaj postanowiło zrobić mi niespodziankę, bo właśnie ta jedna winda, która miała mnie zawieźć do pracy, była otwarta. Wbiegłam do środka i szybko wybrałam swoje piętro.

Zamknęłam oczy, ciesząc się ciszą, chociaż tak naprawdę jej nie słyszałam, bo krew dudniła mi w uszach, przypominając o kompromitacji, nie tylko dzisiejszej, ale i wczorajszej. Drzwi już prawie się zasunęły. I nagle ktoś stanął obok mnie w ciasnej windzie. Nie był mi potrzebny wzrok, wystarczył węch. Kardamon, lekko pikantny i zarazem słodki. Jasna cholera, w audio te opisy męskiego zapachu nabierały głębszego sensu.

Wróć, Dafne! Nie podążaj tą ścieżką! Jaki kardamon? Facet jak facet i tyle! Ta, jasne, może gdybym nie widziała, co tam się skrywa…

Popadałam w obłęd, rozmawiałam sama ze sobą! Tak, byłam żałosna.

Poczułam szarpnięcie, winda ruszyła, a ja w dalszym ciągu miałam zamknięte oczy. Mój oddech mieszał się z oddechem intruza, bo tak go teraz postrzegałam. Mocniej zacisnęłam dłonie na torbie. Robiło się ciasno, coraz ciaśniej. Wdech, wydech, zostało jeszcze kilkanaście sekund. Byłam już blisko celu. Na jedną chwilę zapomniałam o moim towarzyszu, ale on postanowił przypomnieć o sobie chrząknięciem.

– Chciałem porozmawiać o wczorajszym wydarzeniu – rzucił, jednak nie byłam w stanie odpowiedzieć. Nie kiedy tkwiłam w tej puszce, która trzymała się jedynie na linach. – To był niefortunny wypadek i rozumiem, że wyszło trochę niezręcznie, może jednak mieć pani pewność, że nie zostanie to odnotowane.

Niefortunny wypadek? Przecież ja widziałam go nago!

Milczałam, bo gardło miałam zaciśnięte. Winda w końcu się zatrzymała, a drzwi rozsunęły, uwalniając mnie. Wyskoczyłam z metalowego pudła i w końcu pozwoliłam sobie na otwarcie oczu. Obróciłam się w stronę kabiny, w której w dalszym ciągu stał prezes. Patrzył na mnie z zaskoczeniem. Co mogłam poradzić na to, że byłam dziwakiem? Wystarczyło na mnie spojrzeć – i on to właśnie robił. Patrzył, jakby odkrywał moje wszystkie dziwactwa. Tak, bałam się windy, ale to nie była klaustrofobia. Zwyczajnie bałam się awarii. Podobno miało to nawet swoją nazwę. Elevatophobia. Nazwa tak dziwna, że idealnie do mnie pasująca.

– Tak, niefortunny wypadek. Przepraszam za głupoty, którymi pana uraczyłam. – Po tych słowach uciekłam. To cała ja. Bałam się konfrontacji.

W końcu dotarłam do pomieszczenia socjalnego. Sprint nie był mi obcy, zwłaszcza w sytuacjach stresowych, a taka właśnie miała miejsce przed chwilą.

– A co ty, dziecinko, taka wystraszona? – rzuciła Susan z rogu pomieszczenia. Pracowała tutaj od kilkunastu lat.

– Ja? Można powiedzieć, że uciekam od samego demona – odparłam prześmiewczo.

– A jest nim kto? Może Lorenzo?

– Nie, nie. Lorenzo jest teraz zajęty jedzeniem – odpowiedziałam. – Mój demon nosi garnitur i wygląda, jakby miał kołek, no, może ołówek w… Wiesz, co mam na myśli. – Uśmiechnęłam się do kobiety, która mimo wieku potrafiła zrozumieć żart, a raczej moje starania, by opowiedzieć to zabawnie.

– Z opisu, który przedstawiłaś, to mój dozorca, ale raczej nie o niego ci chodzi – parsknęła.

– Też ma ołówek?

– Skarbie, raczej kłodę. – Zbliżyła się do mnie. Miała taką aurę, że nie sposób było nie poczuć otaczającego ją ciepła.

– To faktycznie mógł być on!

– A teraz poważnie: kto cię wystraszył?

– Bałam się, że się spóźnię. To mój pierwszy miesiąc, nie chciałabym podpaść. – Nie musiała wiedzieć, że już to zrobiłam.

– Przez tyle lat pracy tutaj Graham nikogo nie wyrzucił za lekkie spóźnienie, możesz mi wierzyć. Ten człowiek ma wielkie serce dla ludzi, chociaż tego nie pokazuje.

Ta, nie tylko serce!

Co mi chodziło po głowie!

– Raczej nie wygląda na takiego, co to się lituje nad pracownikami – burknęłam pod nosem.

– Nie wierz we wszystko, co o nim czytasz. Nazywają go rekinem biznesu, ale go nie znają. Jeśli chodzi o pracę, jest bardzo konsekwentny, ale rodzice wychowali go na człowieka pełnego empatii – zapewniła, po czym zmieniła temat: – Praca sama się nie zrobi. Zaczynamy, Kopciuszku.

– Już wiesz?

– Chyba wszyscy słyszeli o twoim wejściu do firmy. Lorenzo to plotkarz – rzuciła i opuściła pomieszczenie.

Przejrzałam swój grafik. Jedynie dział handlu był zajęty, więc te pomieszczenia zostawiłam sobie na koniec. Przebrałam się, odpaliłam kolejną historię i ruszyłam sprzątać przy akompaniamencie romansu, tym razem biurowego.

Gdy byłam bliżej końca nie tylko pracy, ale i historii lecącej w tle, poziom mojego zażenowania sięgnął zenitu. Może bardziej na miejscu byłoby określenie sufitu, bo właśnie stałam na jednym z krzeseł i wycierałam akrylowe drzewo, które ciągnęło się od podłogi do stropu. Ten, kto stworzył historię, którą kończyłam słuchać, nigdy nie pracował w biurze. Bo w prawdziwym życiu prezes nie jest słodkim misiaczkiem, ale raczej wilkiem, który szykuje zasadzki. Jak się okazało, miałam się o tym przekonać już w piątek.

Rozdział 3

Dafne

Nie mogłam narzekać, byłoby to z mojej strony głupotą. Praca nie była ciężka, a pieniądze dużo lepsze niż na przykład w kawiarniach, w których do tej pory się zatrudniałam, tylko… Właśnie, miałam przecież firmę, choć ta według indeksów giełdowych od kilku lat nie radziła sobie za dobrze. Dokładnie jak ja. Ostatnio ponownie skontaktowałam się z prawnikiem. Facet chyba miał już mnie dość, bo ile razy można czytać to samo, ale ja musiałam, chociaż znałam to już na pamięć – musiałam ponownie się upewnić co do treści. Dlaczego tato, dla którego zawsze byłam oczkiem w głowie, zrobił taki zapis? Dlaczego? Nie chodziło o pieniądze, bo te nigdy nie były dla mnie najważniejsze, zapis o doświadczeniu również rozumiałam. Ojciec sam doszedł do wszystkiego, ale nie mogłam pojąć, dlaczego nie mogę zdobywać doświadczenia pod okiem specjalistów z naszej firmy…

Dźwięk telefonu oderwał mnie od myśli o spadającej krzywej na giełdzie. Firma, której tata poświęcił życie, teraz praktycznie przestawała istnieć. NeoTime chyliło się ku upadkowi, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. Spojrzałam na wyświetlacz i zobaczyłam imię brata, który zapewne już wiedział, że ponownie przeglądałam testament.

– Mało ci? – rzucił na przywitanie.

– Nie rozumiem, Will, co masz na myśli.

– A to, że po raz kolejny zjawiłaś się w firmie i nagabywałaś naszego prawnika.

– Jeśli dobrze pamiętam, to firma należy do nas, a nie tylko do ciebie, więc nie mam pojęcia, w czym widzisz problem. – Byłam spokojna, jak zawsze, i chyba ten mój spokój napędzał jego gniew.

– Zarządzam nią ja, a ty w tym momencie nic do niej nie masz.

– Dlaczego nie pozwalasz mi zdobyć doświadczenia u nas? Dlaczego, Will? Ty pracowałeś od samego początku w firmie, dlaczego więc ja mam pracować gdzie indziej? Przecież nawet w dziesięć lat nie zdobędę tego doświadczenia! – Podniosłam głos.

– Aż tak ci źle u mojego przyjaciela? – Zaczął się śmiać. – Obserwuj, jak działają, ta wiedza ci się przyda. I nie marudź! Załatwiłem ci przecież robotę, a ty dalej widzisz jakiś problem! Zero wdzięczności! Ja nie miałem tak dobrze jak ty.

– Ale…

Nie pozwolił mi dokończyć:

– Nie ma żadnego „ale”! Weź się do roboty, a nie tylko marudzisz. I ty chcesz prowadzić firmę? Chyba raczej plac zabaw, bo tylko tam cię widzę w tym momencie. Nie nachodź pracowników, tam ludzie ciężko pracują, nie to co ty. Nie wiem, jakim cudem ukończyłaś szkołę z wyróżnieniem, chociaż mogę się jedynie domyślać. – Nie dał mi dojść do słowa i rozłączył się nagle, tak jak zawsze.

Po każdej rozmowie z Willem byłam roztrzęsiona. Wywoływał we mnie jakieś dziwne emocje i nie należały one do tych dobrych. Był jedyną osobą, jaka mi pozostała, więc jego brak wiary we mnie podcinał mi skrzydła. Czułam się głupia, a on na każdym kroku udowadniał, że naprawdę tak jest. Miałam ogromny problem, by mu się postawić, a on potrafił to wykorzystać. Od śmierci rodziców udowadniał, że moje życie to zwykła pomyłka. Nie byłam mu potrzebna, a już tym bardziej nie byłam mile widziana w jego towarzystwie. To tak, jakby świat zapomniał, że państwo Simson mieli jeszcze córkę.

Po wypadku potrzebowałam wsparcia, potrzebowałam uścisku i słów: „Damy sobie radę!”. Jedyne, co wypłynęło z ust mojego brata, to: „Pakuj walizki!”. Nie rozumiałam tego wtedy. Byłam jedynie czternastoletnią dziewczyną i potrzebowałam bliskości drugiej osoby, ale otrzymałam jedynie pusty pokój w internacie.

– Niech zgadnę. Dzwonił? – Głos Sary przedarł się przez wspomnienia.

– Dzwonił – szepnęłam.

– Zablokuję jego numer w twoim telefonie! Uwierz, w końcu tak zrobię! Nie daj sobie wmówić, że twoje osiągnięcia są dziełem przypadku!

– Ale skąd…

– Skąd wiem, o czym rozmawialiście? Zawsze to robi, zawsze! Ani razu nie powiedział, że jest z ciebie dumny, a to dlatego, że ma małą fujarę i chce się na kimś wyżyć. Zawsze pada na ciebie! – rzuciła Sara.

– Małą fujarę? A wiesz to z…? – Spojrzałam na nią z ukosa.

– Wystarczy popatrzeć na jego zdjęcia w sieci, widać to na pierwszy rzut oka. Na twoim miejscu kopnęłabym brata w dupę, jego prawnika też, i znalazła kogoś innego, bo coś mi tu śmierdzi.

– Kiedy odłożę pieniądze, to pomyślę nad tym, by skonsultować testament z innym specjalistą – mruknęłam, na co Sara zerknęła na mnie spod rzęs. Czułam, że mi nie uwierzyła. – Obiecuję! A teraz powiedz mi, jak w pracy. – Spojrzałam jej w oczy i już wiedziałam, że usłyszę bardzo dobre wieści.

Pracowała jako asystentka pacjenta onkologicznego. Pomagała ludziom w potrzebie. Chociaż na samym początku, kiedy robiła kursy, byłam temu przeciwna, to teraz widziałam, że spełnia się w tej pracy. Nie zawsze dało się dostrzec uśmiech na jej twarzy, bo bardzo się zżywała ze swoimi podopiecznymi, ale dzisiaj promieniała, a to znaczyło tylko jedno – Sonia, jej rówieśniczka, której pomagała od roku, usłyszała magiczne słowa: „Jest pani zdrowa”.

– Jutro mam ostatni dzień. – Łzy zaczęły wzbierać w kącikach jej oczu. – Wyszła z tego, udało się!

Już nie wstrzymywała szlochu. Złapałam przyjaciółkę w objęcia, by nie dusiła w sobie szczęścia, by zawsze wiedziała, że jestem jej kotwicą, w smutku i radości. Szczęście to nie tylko uśmiech, to także łzy, które uwalniają emocje, a u Sary były one potrzebne. Kiedyś wpajano jej, że to słabość, i dawniej nie potrafiła płakać, ale dzisiaj była osobą, która uzewnętrzniała to, co czuje.

– To jutro świętujecie?

– Tak, obiecałam jej przecież, że jak pokona tego potwora, to razem pójdziemy na te babeczki Louisy.

– Pamiętaj, że masz mi przynieść od niej przepis. Będziecie we dwie, to może jakiś podryw?

Louisa to genialna właścicielka cukierni, która otrzymała chyba wszystkie możliwe nagrody. Fakt, jej wypieki były bardzo drogie, ale warte swojej ceny. Jeden jedyny raz pozwoliłam sobie na to szaleństwo i po wszystkim stwierdziłam, że się opłacało.

– Wariatko, przecież to kobieta!

– I w czym widzisz problem?

– Powtarzam: to kobieta! Ja też nią jestem!

– Tak, jesteś, i w dodatku piękną, więc masz szanse. Bez przepisu nie wracaj!

– Czas poszukać nowego lokum. – Zaczęła śmiać się w głos.

– Dobra, ja muszę lecieć do pracy. Mój szef to gbur i jeszcze gotów mnie zwolnić za spóźnienie.

– Gbur, powiadasz? Ale ciało boga, więc nie marudź, u mojego szefa włosy z tyłka wystają.

– Sara! Nie racz mnie takimi smaczkami!

– Ty tylko o tym słyszysz, a mnie wypaliła się dziura w głowie od tego widoku! Na szczęście tylko raz w tygodniu jestem w biurze, bo inaczej zakończenia nerwowe by się zapaliły.

– To pal się dalej, ja uciekam.

Szybko zebrałam swoje rzeczy i ruszyłam na przystanek. Z Sarą mieszkałam od trzech lat. Nasza znajomość nie była typowa, raczej daleka od tych, które nawiązuje się na studiach czy w miejscu pracy. Podczas nauki, kiedy szukałam zatrudnienia, obeszłam chyba wszystkie miejsca w okolicy i nic. Pewnego dnia, siedząc na ławce, dostrzegłam budynek, przed którym zbierali się ludzie. Kolejka z każdą minutą stawała się coraz dłuższa i to chyba był dla mnie znak. Ruszyłam wprost do bramy.

Nie miałam wpływu na własne życie, ale zawsze mogłam wpływać na czyjeś, chociaż w małym stopniu. I tak też zrobiłam, kiedy przeczytałam napis na drzwiach: „Potrzebni wolontariusze”.

Właśnie w tamtym momencie zrozumiałam, co chcę robić. Pomagać, bo mnie nikt nie był w stanie pomóc, kiedy krzyczałam, nie wydając z siebie dźwięku.

Kierowniczką w schronisku była Laura, opowiedziała o zasadach w nim panujących i wręczyła regulamin, który miałam wykuć na blachę. Nie rozumiałam, po co był potrzebny, jednak tylko do czasu. Kiedy weszłam w to środowisko, uświadomiłam sobie, jakie mogą być konsekwencje porzucenia zasad.

To właśnie tam poznałam Sarę. Była niczym zalęknione zwierzę i zupełnie tam nie pasowała. Przychodziła codziennie, z nikim nie rozmawiała, bała się własnego cienia. Na samo jej wspomnienie z tamtych czasów coś dziwnego działo się z moim sercem. W końcu uciekła od toksycznego chłopaka, który odciął ją od świata. Była zamknięta w mieszkaniu i chociaż drzwi pozostawały otwarte, bała się konsekwencji przekroczenia progu. Gdybym mogła, zapukałabym do tego sadysty z kijem do bejsbola.

Ten jeden jedyny raz odważyłam się na złamanie regulaminu i gdyby ktoś mnie zapytał, czy było warto, to usłyszałby: „Zrobiłabym to ponownie, gdyby było trzeba!”.

Pamiętałam tamten dzień, jakby działo się to wczoraj. Ostatnie wolne miejsce w schronisku, a Sara stała jako druga. Drzwi zatrzaśnięto jej przed nosem. Została tam, bo nie wiedziała, gdzie indziej miałaby się podziać. Kilka godzin później skończyłam swój dyżur, a ona dalej stała, wpatrując się w zamknięte drzwi. Jedyne dwie opcje życia, jakie znała, to to u boku sadysty albo to w przytułku.

To wspomnienie bolało mnie do dzisiaj. Młoda kobieta, która pragnęła żyć… Tak, Sara pragnęła żyć. Gdyby było inaczej, nie uciekłaby od niego! Stała przed schroniskiem, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, i to był ten moment, w którym nie liczył się dla mnie regulamin, nie liczyły się konsekwencje, liczyła się ona – dziewczyna, która w oczach miała jedynie ból. Zabrałam ją do siebie. Z biegiem czasu zaczęła się otwierać. Prawdopodobnie dzięki terapii, na którą wysłała ją Laura. W schronisku mieli różne programy dla osób w potrzebie. Pomogli jej. Chociaż na samym początku nie przyznałam się do tego, co zrobiłam, to Laura nie potrzebowała wyjaśnień. Bo zwyczajnie wiedziała.

Więc od trzech lat miałam przyjaciółkę.

W pośpiechu wpadłam do lobby, gdzie Lorenzo już wypatrywał ciasteczek.

– Dzień dobry, głodny? – rzuciłam na przywitanie.

– Jak zawsze, kiedy cię widzę – powiedział z uśmiechem.

– Dzisiaj mniejsza porcja, ale wydaje mi się, że w końcu dopracowałam przepis.

– Biorę wszystko, co mi dasz!

Wręczyłam mu malutki pakunek.

– Wyszedł? – Nie musiałam dopowiadać, o kogo chodziło, mężczyzna już wiedział.

– Przykro mi, Kopciuszku, dzisiaj jest piątek i dzieciaki już są.

– O kim mówisz? – Ciekawość zżerała mnie od środka.

– Myślę, że sama to odkryjesz. Uciekaj już, bo będę jadł. A, i one nie gryzą. Rzucisz im kilka smakołyków, a padną do twoich stóp – dodał, kiedy byłam już blisko windy.

Dzieciaki? A może prezes miał rodzinę? To by miało sens, chociaż już współczułam jego wybrance. Skoro był przyjacielem mojego brata, to raczej nie potrafił przekazać dobrych wzorców.

Wkrótce miałam przyjemność poznać owe dzieciaki – i raczej nie tak je sobie wyobrażałam.

Graham

Siedziałem za biurkiem i właśnie zamykałem program, kiedy to na korytarzu wybrzmiał huk. Poderwałem się na równe nogi, wcześniej zerknąwszy na zegarek. O tej porze raczej nikogo nie powinno być na piętrze. Huk zyskał melodię, widocznie ktoś puszczał muzykę. Ruszyłem w stronę holu i może powinienem poczuć się zaskoczony, ale było wręcz odwrotnie. Bo czego innego mogłem się spodziewać po moim bracie i naszych przyjaciołach?

Mason z głośnikiem na barku i kołem ratunkowym w pasie prowadził grupę turystów w cholernych klapkach i hawajskich koszulach. Nathan w różowych szortach z akcesoriami do nurkowania stawiał kroki w takt muzyki. Przetarłem dłońmi twarz. Tego było dla mnie za dużo, przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki zza rogu nie wyłonił się Daniel w płetwach.

– Czy wyście powariowali?! – wycedziłem.

– Uuu, tatuś jak zwykle taki poważny! – odparł Nathan. – Mamy piątek, a to oznacza, że w końcu po ciężkiej pracy możemy się rozluźnić i tobie też tego życzymy. Dlatego, żebyś nie czuł się pominięty, kupiliśmy ci ponton.

– Różowy ponton w kształcie jednorożca! – dodał Mason.

– Jakim cudem zajmujecie tak wysokie stanowiska? – spytałem zrezygnowany, bo to byli ludzie, którzy zarządzali holdingami, więc jak to możliwe, że stali na korytarzu mojej firmy ubrani we wszystkie kolory tęczy?

– A ty to tylko praca, praca. – Daniel przewrócił oczami. – Dalej, lecisz z nami na fali! – Odwrócił się na pięcie i zaczął kołysać biodrami. – Kierunek: basen!

Patrzyłem na nich i się zastanawiałem, co tu się przed chwilą zadziało. Czy miało to swoją nazwę? Patrzyłem to na swój gabinet, to na przyjaciół, którzy w tym właśnie momencie stanowili kontrast dla mojego życia. Rozumiałem odrobinę szaleństwa, ale wszyscy byli w okolicach trzydziestki.

Spojrzałem w róg, gdzie wisiała kamera monitoringu skierowana centralnie na mnie. Oczywiście świadkiem tej kompromitującej sytuacji byli wszyscy w pokoju ochrony. Musiałem pamiętać, by dać im premie, wtedy może nie rozniesie się po biurze, że jeden z prezesów pomylił miejsce pracy z plażą.

Wróciłem do gabinetu po torbę i ruszyłem w ślad za przedszkolem, bo innego określenia na nich nie miałem. Cóż, dostarczali mi rozrywki, której w moim życiu brakowało. Zawsze podchodziłem do wszystkiego poważnie, huczne zabawy nie były dla mnie. Dążyłem do tego, by osiągnąć perfekcję, a to wiązało się z nauką, i to właśnie jej poświęciłem życie. Rodzice zawsze stawiali mnie za przykład, natomiast Mason był tym, który rozrabiał na każdej płaszczyźnie. Robił to, nawet o tym nie wiedząc. Żył beztrosko i często mu zazdrościłem takiego podejścia, ale nigdy się do tego nie przyznałem. A nasi przyjaciele? Oni zdecydowanie nadawali na tych samych falach co mój brat. Wymagano od nich wiele, a oni spełniali się zawodowo, jednak gdzieś wewnątrz nich tkwiły chochliki i dość często się pokazywały, tak jak dzisiaj.

Daniel był dyrektorem w firmie spedycyjnej. Tak, właśnie ten mężczyzna, który przed chwilą paradował w płetwach po moim korytarzu.

Nathan z kolei prowadził rodzinny biznes, tak jak ja i Mason.

Nie mogłem też zapomnieć o Jacksonie, którego dzisiaj nie było. On chyba z nas wszystkich miał najtrudniej, ale się nie poddał. Cała jego rodzina zginęła w katastrofie lotniczej. Wszyscy lecieli do niego na rozdanie dyplomów, gdy ukończył studia. Byliśmy tam, cała nasza paczka, i trzymaliśmy go w objęciach. Nie pozwoliliśmy mu upaść, chociaż sami ledwo dawaliśmy radę.

Tamten dzień wspominam jako najgorszy w swoim życiu. Mój brat, chociaż nie z krwi i kości, ubrany w togę, przed samą ceremonią krzyczący rozdzierająco. To był bardzo ciężki czas, ale nie pozwoliliśmy, by się poddał, chociaż był tego bliski.

Tak prezentowała się nasza malutka rodzina: ja, którego zwali tatuśkiem, i moje dzieciaki, zachowujące się raczej jak nieokrzesane małolaty, ale za to ich uwielbiałem. No, może nie po tym, co właśnie mieli mi zaprezentować na basenie.

Piątkowe wieczory zawsze staraliśmy się spędzać razem, chociaż każdy z nas miał swoje obowiązki. Niestety nie zawsze mogliśmy się zgrać, a zwłaszcza Jackson, który koncertował po Stanach i nasze piątkowe spotkania kolidowały mu z trasą. Przed nim ostatnie występy, a ten finałowy miał się odbyć właśnie w Chicago. Chociaż z każdym z chłopaków byłem bardzo zżyty, to jednak Jackson był mi najbliższy. Jego żałoba stała się moją. Gdy cierpiał, byłem z nim, nie odstępowałem go na krok. Miałem wtedy przejąć firmę, ale stało się to dopiero pół roku później. Nie to, że nie byłem na to gotów, po prostu nie chciałem zostawić przyjaciela samego.

Rodzice wpoili mi pewne wartości, między innymi to, że pieniądze nie są najważniejsze. Przez pół roku mieszkałem z Jacksonem, zaprowadzałem go na terapię i odbierałem z niej. Przyjaciel skończył ekonomię, ale po stracie rodziny nawet nie chciał słyszeć o cyferkach. Terapeuta zasugerował mu, by wyrzucał z siebie emocje w formie piosenek, by wrócił do muzyki, którą kiedyś tak bardzo lubił. Właśnie tak powstały jego przeboje. Z gitarą w pokoju tworzył swój pamiętnik, a ja byłem tym, który siedział tuż za ścianą i słuchał go jako pierwszy.

Teraz, siedząc na basenie z nogami w wodzie, obserwowałem, co też właśnie kombinowała zgraja niesfornych dzieciaków.

– Możecie mi wyjaśnić, co wy, do cholery, robicie? – rzuciłem.

– Nie widzisz? Przecież podłączamy sprzęt! – odparł Nathan.

– To widzę, ale po co wam projektor i kamera?

– Za dużo pytań! Jakiś taki marudny przy piątku się zrobiłeś! Rusz tyłek, popływaj i daj nam się w spokoju przygotować do transmisji. – Mason zbył moje pytanie.

– Boję się waszych pomysłów, zwłaszcza że paradujecie w różowych gaciach.

– No tak, bo ty nie masz jaj, by założyć coś krzykliwego – wtrącił Daniel, majstrując przy laptopie.

Wskoczyłem do wody, by już nie dyskutować. Wiedziałem, że jak oni wpadną na jakiś pomysł, to pozostaje jedynie czekać na efekt, a raczej na kolejne odklejenie od rzeczywistości, bo ci wariaci bywali nieprzewidywalni.

Przepłynąłem kilka długości i wróciłem na swój leżak. Widziałem, że kumple zakończyli zmagania z projektorem, a teraz szeptali między sobą – i to już powinno stanowić dla mnie sygnał, że coś kombinowali, a ja miałem być ich celem.

– Dobra, to lecimy! – krzyknął Daniel podekscytowany.

– Jak puścicie mi pornosa, to uwierzcie, że to ostatnie nasze spotkanie na basenie! – powiedziałem stanowczo, bo byłem pewny, że są do tego zdolni.

– Panie prezesie, ja rozumiem, że jest pan wygłodniały, ale takie pomysły, i to można by rzec w miejscu pracy?! Serio, brat, musisz coś zaliczyć, bo zaczyna mnie martwić twoja obsesja na punkcie seksu. Tydzień temu napastowałeś jedną z pracownic, i to też na basenie, a teraz myśl o pornusach?!

Z projektora rozbrzmiał śmiech. Spojrzałem na niego i na prowizorycznym ekranie pojawiła się twarz Jacksona.

– To gdzie ta mamuśka? – rzucił na powitanie.

Po basenie poniosło się echo śmiechu zebranych. Nie rozumiałem, co jest takie zabawne, najwyraźniej nie zostałem wtajemniczony w plany na dzisiejszy wieczór.

– Jak widzisz, tatusiek czeka, a my razem z nim – odpowiedział mu Mason.

– Czy wy macie różowe gacie? – Jackson zbliżył twarz do kamery. – Jasna cholera, a dla mnie też są?

– Daniel kupił wszystkim, ale przecież pan poważny zrezygnował z ich założenia. Mięczak – skwitował Nathan.

– Mam godzinkę, wyrobicie się ze wszystkim? – rzucił Jackson.

– Myślę, że jak wszystko pójdzie po naszej myśli, to się wyrobimy – odpowiedział mój brat.

– O czym wy mówicie? Już mam dość tych podchodów. – Spojrzałem na zebranych i projektor.

– Chcieliśmy obgadać twoje zbliżające się urodziny, dziadku! – odezwał się Daniel.

– Nie ma mowy! O nie, już mi wystarczy waszych pomysłów – obruszyłem się.

– Dobra, w zeszłym roku trochę nas poniosło i przecież przyznaliśmy, że ta impreza była bardziej pod nasze upodobania, dlatego w tym roku zamierzamy zrobić coś na poziomie dojrzałego faceta. – Mason dumnie wypiął pierś i już widziałem, że ten pomysł mi się nie spodoba.

– Zabraliście mnie do wesołego miasteczka i kręciliście się w cholernych filiżankach! – odpowiedziałem. – W tym roku nie planuję żadnego wyjścia, rozumiecie?! – Podniosłem głos.

– Już nie bocz się tak, bo dorobisz się więcej zmarszczek – wytknął mi Jackson. – A filiżanki były zajebiste.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, zapewne wspominając najbardziej żenujący moment tamtego dnia.

Zwróciłem uwagę, że nie ma z nami już Daniela, który jeszcze chwilę temu majstrował przy laptopie, ale nie skupiłem się za długo na jego nieobecności. Podczas trasy koncertowej Jacksona rzadko mieliśmy okazję porozmawiać, więc zacząłem wypytywać przyjaciela, co u niego słychać. Wydawał się szczęśliwy, ale wiedziałem, że jako jedyny potrafi tak dobrze zakładać maski, by nie zwracać na siebie uwagi. Dzisiaj jednak wyglądał naprawdę dobrze. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, jak mi go brakowało.

– Dobra, panowie, zaczynamy! – Na basen wpadł Daniel. Reszta usiadła na swoich leżakach, a Jackson zamilkł.

– Kogo zaprosiliście? – spytałem, bo ewidentnie na kogoś czekali.

– Zamilcz, bo zniszczysz nam zabawę – powiedział ściszonym głosem Mason.

Skarcony niczym dziecko ucichłem i czekałem na to, co miało się wydarzyć. Słyszałem kroki i chyba… rozmowę? Na basen weszła dokładnie ta sama dziewczyna co tydzień temu. Spojrzałem na brata zaskoczony, bo przecież zgłaszałem, że to miejsce będzie zajęte tego wieczoru, a ten jedynie pokazał mi zęby w uśmiechu. Był z siebie tak cholernie dumny, że już widziałem, co zrobił!

Wróciłem wzrokiem do dziewczyny, brunetki o imponujących kształtach. Podczas naszego ostatniego spotkania nie miałem czasu, by się jej przyjrzeć, ale teraz bez skrępowania skanowałem jej ciało. Nie była wysoka, raczej przeciętnego wzrostu, za to jej biodra kusiły.

O czym ja myślę? Jakie kształty!, skarciłem się w duchu.

Na głowie tak jak ostatnio miała niebieskie słuchawki. Nie zwróciła uwagi na to, że ktoś tu jest, nie interesowało jej otoczenie. Skupiona, nie zauważyła projektora ani czterech facetów. Przez to zacząłem się martwić, czy aby na pewno wszystko z tą dziewczyną w porządku.

Spojrzałem na Jacksona, który z ekranu śledził każdy krok nieznajomej, następnie na resztę – i brakowało im jedynie popcornu. Wpatrywali się w nią z niekrytą ciekawością.

– Też mi coś, raczej nie będzie zainteresowany złodziejką, wymyśl inny sposób na podryw policjanta! – Nagle zaczęła mówić do siebie. – Kto pisze takie głupoty!

– Przepraszam, ręcznik pani wypadł! – odezwał się Mason tuż przy niej.

Po pomieszczeniu poniósł się krzyk. Dziewczyna obróciła się na pięcie, wyrzucając wszystkie dotąd zebrane ręczniki w górę. Stała zdecydowanie za blisko leżaka.

– Uważaj! – zdążyłem jedynie krzyknąć, ale było za późno.

Właśnie się o niego potknęła i runęła do wody. Spojrzałem na chłopaków. Podnieśli się z miejsc, ale coś ich powstrzymało przed tym, by ruszyć na pomoc dziewczynie. Wszyscy zgodnie spojrzeli na mnie, dając znak, że to ja powinienem za nią wskoczyć. Cholera. Zrobili to specjalnie.

 

© Copyright by Marta Wiczuk, 2026

© Copyright by Wydawnictwo JakBook, 2026

 

Wydanie I

ISBN: 978-83-68535-49-5

 

Redakcja: Beata Kostrzewska

Korekta: Dominika Kamyszek/Opiekunka Słowa

Skład: Monika Pirogowicz

Okładka: Maciej Sysio

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Fotografia na okładce:

Zdjęcie wygenerowane przez OpenAI

 

Wydawnictwo JakBook

ul. Lipowa 61, 55-020 Mnichowice

www.wydawnictwojakbook.pl