Póki lato nas nie rozłączy - Meghan Quinn - ebook

Póki lato nas nie rozłączy ebook

Meghan Quinn

0,0

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Scottie Price właśnie rozpoczęła nową pracę. Jest jedyną kobietą w zespole, dlatego w biurze spodziewa się raczej atmosfery kawalerskiego mieszkania. Szybko zostaje wyprowadzona z błędu. Dowiaduje się bowiem, że wszyscy żyją w szczęśliwych małżeństwach.
 
Chcąc zaimponować szefowej podczas spotkania firmowego, Scottie wspomina o swoim nieistniejącym mężu. W panice wymyśla historię o problemach małżeńskich. Na jej nieszczęście szefowa ma rozwiązanie – indywidualną sesję z najlepszym doradcą dla par.
 
Scottie nie ma wyjścia i zgadza się na spotkanie. Zdesperowana prosi o pomoc najlepszego przyjaciela, która umawia ją ze swoim bratem. Wilder jest aż nazbyt chętny, by wziąć udział w tym „przedsięwzięciu”. Uczy Scottie głównej zasady improwizacji: zawsze mów „tak”, i jakimś cudem zapisuje ich na ośmiodniowy letni obóz małżeński, w którym uczestniczą wszyscy współpracownicy Scottie.
Jak dziewczyna przetrwa w jednym domku ze swoim zdecydowanie zbyt przystojnym „mężem”?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 529

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2025 by Meghan Quinn

Published by arrangement with Bookcase Literary Agency and Book/lab Literary Agency.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Copyright © for the Polish translation by Natalia Gawrońska-Miszuk, 2026

Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Magdalena Białek, Magdalena Kawka

Projekt okładki: © Letitia Hasser

Ilustracje na okładce i wewnątrz książki: © Gerard Soratorio

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-86-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

www.czwartastrona.pl

PrologScottie

– Spierdalaj, dupku!

– Sam spierdalaj!

– Chuj ci w oko, frajerze!

Boże, jak ja kocham Nowy Jork.

Nie ma nic lepszego od czekania na śniadaniowe burrito przed sklepikiem na rogu i obserwowania, jak taksówkarz i motocyklista z Uber Eats skaczą sobie do gardeł. Poważnie, uwielbiam to.

I nie chodzi mi jedynie o głośne awantury kierowców, tylko o namacalną atmosferę nerwowości podczas porannej drogi do pracy.

Dzisiaj podkręcał ją dodatkowo letni zaduch, któremu towarzyszył oczywiście smród spoconych ludzi wypełniających po brzegi ulice śródmieścia.

Mówię wam, coś niezwykłego.

*klakson samochodu*

– Patrz, jak jeździsz, głąbie!

Uśmiechnęłam się, upijając łyk kawy.

To mój dom.

Nie ma to jak lato w mieście.

– Scottie, twoje zamówienie! – zawołał Vincent, podając mi jedzenie przez okienko.

– Dziękuję – odpowiedziałam, celując w niego palcami ułożonymi w pistolet. – Widzimy się jutro o tej samej porze?

Zignorował mnie i jak gdyby nigdy nic wrócił do przyrządzania jajecznicy i smażenia bekonu. Nie szkodzi. Wkrótce pozna mnie lepiej. Planowałam wpadać tu każdego ranka, żeby zakumplować się z nim na tyle, że jak podejdę do jego okienka obklejonego zdjęciami bajgli, on zawoła: „Doberek, Scottie! To, co zawsze?”.

A ja odpowiem: „No raczej, nie inaczej. Jak tam dzieciaki?”.

A on rzuci jakimś frazesem, na przykład: „Rosną jak na drożdżach”.

Pośmiejemy się, zapłacę, stanę z boku i będę cierpliwie czekała na burrito. Włożę słuchawki do uszu i puszczę jakiś klasyk, choćby Cranberries – Dreams.

Tak wyglądałaby idealna scena otwierająca w każdej komedii romantycznej w stylu Nory Ephron1, rozgrywającej się w Nowym Jorku, w której miłość czekała tuż za rogiem.

Ale to nie tak, że marzyłam o idealnym, przypadkowym spotkaniu, podczas którego wpadam na mężczyznę przed biurowcem i oblewam się kawą, którą on po chwili wyciera swoim krawatem. Moja historia miała wyglądać inaczej. To nie była opowieść o kobiecie zakochującej się w mężczyźnie.

Tylko o tym, jak na nowo odnajduję miłość do samej siebie.

Tak, gdy jest się dwudziestodziewięcioletnią rozwódką, wpada się na takie pomysły.

Obecnie pragnęłam kochać siebie i tylko siebie.

A samo to, że byłam w Nowym Jorku, czyli miejscu, do którego marzyłam się przenieść po studiach, i to, że szłam betonowymi chodnikami z kubkiem kawy w ręce, zmierzając do…

– Z drogi, suko.

Czyjś łokieć wytrącił mi z dłoni czarną kawę, która na sekundę poleciała w powietrze, po czym wylądowała na przodzie mojej kremowej jedwabnej bluzki, zostawiając na niej koszmarną plamę.

– O mój Boże – powiedziałam, odklejając materiał od skóry.

Przechodnie mijali mnie, posyłając mi krzywe spojrzenia. Rozejrzałam się w poszukiwaniu spieszącego ku mnie mężczyzny, gotowego otrzeć mi klatkę piersiową, ale żaden się nie zatrzymał, żeby mi pomóc. Najwyraźniej miałam pecha.

Co ja mówiłam o Nowym Jorku?

Ach tak… kocham to miasto.

Powtarzałam to sobie w kółko, trzymając burrito w jednej dłoni, a drugą próbując osuszyć bluzkę energicznymi ruchami. Przebiorę się w pracy. Moja firma bez wątpienia ma sporo koszulek polo na zbyciu, bo wszyscy w biurze noszą je praktycznie na co dzień.

Smuciło mnie tylko to, że straciłam kawę. Ale hej, to też jakieś doświadczenie, prawda? Tak wygląda życie w Nowym Jorku. Uznałam, że to moja inicjacja. Mój chrzest bojowy. Jestem z północnej części stanu Nowy Jork i od zawsze marzyłam o mieszkaniu w mieście, które nigdy nie śpi. Nie w akademiku, tylko na Upper East Side. A teraz, gdy tu wróciłam, nic nie mogło popsuć mojego dobrego humoru.

Nic a nic.

Bo to był mój nowy początek.

Przeprowadziłam się do miasta, żeby być bliżej przyjaciół, znalazłam pracę w Butter Putter (gdzie redagowałam teksty marketingowe oraz artykuły) i wiodłam życie singielki, próbując odzyskać pewność siebie, którą straciłam podczas małżeństwa z Mattem.

Jasne, wypadek z kawą niespecjalnie dodał mi wiary w siebie, ale mogło być gorzej. Teraz przynajmniej będę miała o czym opowiadać. To będzie świetny sposób na przełamanie lodów.

Będę mogła pogadać o tym z moimi nowymi kolegami z pracy, z którymi dotąd nie miałam żadnych wspólnych tematów.

Tak jak wspominałam, postanowiłam, że nic nie odbierze mi radości z rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu.

Scottie Price wreszcie odzyskała kontrolę nad swoim życiem.

Była singielką.

Była mądra, charyzmatyczna i czarująca.

I wiodła życie jak z bajki, ponownie zakochując się w sobie.

Tak, nic nie mogło jej tego zepsuć.

Nic.

Rozdział pierwszyScottie

– Za dziesięć minut spotkanie – powiedział Duncan, pukając w ościeżnicę drzwi do mojego biura.

– Jakbym nie wiedziała – wymamrotałam pod nosem, przyciskając palce do brwi. Nie potrzebowałam przypomnienia.

Czekało mnie kolejne cholerne czwartkowe spotkanie, z którego nikt nigdy niczego nie wyniósł, bo polegało na bezmyślnym ględzeniu moich przygłupich, pyszałkowatych współpracowników.

Świetnie.

Pracowałam tu od trzech miesięcy i co czwartek, jak w zegarku, spotykaliśmy się w sali konferencyjnej. Brad S. zaczynał chodzić wokół stołu niczym Król Artur, dzierżąc kij golfowy, i gadać o osiemnastu dołkach, które planował zaliczyć w weekend. Za to Brad F. – albo, jak go nazywaliśmy, Finky – i Chad od razu zabierali się do dopingowania swojego idola niczym para licealnych cheerleaderek.

Tak, Brad, Brad i Chad.

Chad Bradowie.

Ogarnęłam wzrokiem open space wyłożony sztuczną trawą i rzędy biurek ze szklanymi blatami, przyozdobione przeróżnymi figurkami sportowców, których główki trzęsły się za każdym razem, gdy mijały je penisy.

Tak, dobrze przeczytaliście… penisy wciśnięte w wąskie nogawki spodni.

Powiem wprost – pracowałam w otoczeniu samych facetów.

I to nie byle jakich, ale najgorszego sortu.

Młodzi mówią na nich… rekiny biznesu.

Brrr. Aż mnie ciarki przeszły.

Jasne, technicznie rzecz biorąc, nie pracowali w typowym korpo, bo była to firma golfowa, ale adekwatny sposób ubierania się opanowali do perfekcji.

Każdego dnia otaczali mnie faceci odziani w kamizelki z wyhaftowaną nazwą firmy, obcisłe szorty w kolorze khaki i buty żeglarskie. Jakby tego było mało, codziennie rano wymieniali braterskie uściski i nabijali się z siebie nawzajem.

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego mi to przeszkadzało. Cóż, po pierwsze, byli potwornie irytujący dla swojego otoczenia (czyli dla mnie), a po drugie, byłam jedyną kobietą w firmie poza prezeską, która bardzo rzadko bywała w biurze. Zwłaszcza ostatnimi czasy, gdy firma szykowała premierę nowych pól do minigolfa.

Ale tak naprawdę istniał jeszcze jeden powód, dla którego przynajmniej raz w tygodniu hiperwentylowałam przy biurku: wszyscy byli żonaci.

Wszyscy.

I pewnie, to nic złego, ale tak szczerze mówiąc, to nie ich małżeństwa były problemem. Tylko ja. Bo też kiedyś byłam w szczęśliwym związku małżeńskim.

Na początku był przepełniony miłością, ekscytacją i pasją. Ale wraz z upływem lat zaczęłam dostrzegać, że mój mąż traci mną zainteresowanie. Przestało mu zależeć na przytulaniu się i na trzymaniu mnie za rękę. Nie całował mnie już na dobranoc. Nasza miłość usychała, aż wreszcie w ostatnim roku małżeństwa zapomniał o moich urodzinach. Zjadłam w samotności kawałek tortu, który sama sobie kupiłam, podczas gdy on grał w gry w drugim pokoju.

Tak że przebywanie w biurze z ludźmi, którzy trwali w szczęśliwych małżeństwach, było… trudne. Przez moich współpracowników przypominał mi się Matt i bez przerwy myślałam o tym, jaka jestem nieidealna, i o tym, że nie byłam wystarczająco interesująca, żeby utrzymać jego uwagę.

Na domiar złego nie miałam z kolegami z pracy żadnych wspólnych tematów. Mogłam powiedzieć im jedynie o gumie, która przykleiła mi się do podeszwy buta, gdy poszłam w weekend na spacer do Central Parku.

Albo o swojej niedzielnej kolacji, składającej się z dwóch korniszonów, jednego krakersa i szklanki soku jabłkowego, którą zjadłam samotnie, oglądając Historię braci Menendezów na Netfliksie.

Byli jak małżeńska sekta, a ja do niej nie należałam. Byłam outsiderką. Nie daj Boże, żeby się dowiedzieli, że jestem rozwódką, bo pewnie złapaliby się za kamizelki, a na ich świeżo ogolonych twarzach wymalowałby się szok.

Scottie Price, singielka, pracująca w odosobnieniu w swoim biurze. Lepiej nie zbliżać się do niej, gdyż istnieje ryzyko zarażenia się rzadką chorobą zwaną rozwództwem.

– Idziesz? – zapytał Finky, wskazując głową na salę konferencyjną.

Moje nozdrza rozszerzyły się z irytacji.

– Tak.

– To dobrze, lepiej się nie spóźnij, bo Ellison przyszła do biura.

Mój radar estrogenu natychmiast się ożywił.

– Ellison tu jest? Serio?

– Serio, więc pewnie wolałabyś nie być ostatnia w sali.

Rzeczywiście nie.

Szybko złapałam notes i długopis, wzięłam kawę i wyszłam na otwartą przestrzeń biurową, po czym ruszyłam do sali konferencyjnej, gdzie zgromadzili się już moi koledzy. Gdy obchodziłam stół, żeby znaleźć wolne miejsce, mój redaktorski mózg podsumował każdego z nich.

Brad S.: nigdy nie pisze „T-shirt” wielką literą, mimo że przypominałam mu o tym tysiąc razy.

Duncan: nigdy nie pamięta o cytowaniu źródeł. Ciągle muszę za nim ganiać.

Finky: zabawny, ale kiedy ma opisać kij golfowy w tekście, zwykle ogranicza się do słów „twardy” i „srebrny”.

Chad: ach, Chad, firmowy artysta. Musiałam przeglądać jego wersje robocze z lupą, bo gość potrafił walnąć byka nawet w swoim imieniu.

Byli jeszcze Kyle, Ben i Shawn – przygłupi stażyści, którzy chyba sądzili, że są tu po to, żeby zdobyć darmowe gadżety, a nie doświadczenie w zawodzie.

A to zaledwie namiastka naszej wesołej ekipy.

– Jak tam plany na weekend? – zapytał Chada Finky, gdy czekaliśmy na Ellison.

– Jedziemy z Danielle na koncert na Fire Island. Wszystko już zaplanowała. A ty?

– Degustacja win za miastem – odparł Finky. – Lindsey powiedziała mi rano, że planuje się upić tak, żeby niczego nie pamiętać.

– Kto taki? – zapytała Ellison, wchodząc do sali konferencyjnej. Wyglądała zjawiskowo. Włożyła dopasowany garnitur, który podkreślał jej sylwetkę, a długie blond włosy związała w kucyk.

Okej, to się dzieje naprawdę. Zachowajmy spokój. Przyszła.

W firmie była tylko jedna osoba, której chciałam zaimponować: ona.

Finky odsunął się i odparł:

– Moja żona. Zabieram ją nad Finger Lakes na degustację win.

– Byłam tam niedawno z Sandersem – powiedziała Ellison i zajęła miejsce u szczytu stołu. Piękna i pełna gracji. Boże, co za sylwetka! Wyprostowane plecy, aura autorytetu, a do tego potrafiła wzbudzić szacunek jak nikt. – Zatrzymaliśmy się w uroczym pensjonacie. Mieli tam cynamonki, które dosłownie rozpływały się w ustach.

– W tym, który wam polecałem? – zapytał Brad S. z nadzieją w oczach.

– Zgadza się – potwierdziła Ellison. – Wybraliśmy ofertę dla zakochanych i naprawdę było warto.

Cholerna oferta dla zakochanych.

Ciekawe, co obejmowała – gładzenie się nawzajem fioletową króliczą łapką na szczęście, patrząc sobie głęboko w oczy?

– Myślałem o zabraniu tam męża – wtrącił Duncan, desperacko próbując zwrócić na siebie uwagę Ellison. – Może z okazji urodzin?

– A kiedy je obchodzi?

– W przyszłym miesiącu – odpowiedział.

– Jeśli lubi wino i cynamonki, to będzie zachwycony. – Odwróciła się do Chada i zapytała: – A co słychać u Danielle?

Durna twarz Chada natychmiast się rozpromieniła.

– Wszystko dobrze. Nadal próbujemy zajść w ciążę. Mam nadzieję, że trochę się odpręży w weekend na Fire Island. Myślę, że za bardzo się tym przejmuje.

– Trochę odpoczynku dobrze jej zrobi – stwierdziła Ellison. – Jeśli jesteście otwarci na alternatywne metody relaksacji, to mogę polecić wam świetną specjalistkę od akupunktury.

– Poproszę o maila. – Chad puścił do niej oczko.

Nie no, teraz to się zirytowałam.

Puszczanie oczek, polecajki, podlizywanki…

Oczywiście, że wszyscy trzymają się z Ellison, bo wszyscy są po ślubie.

Tak jak mówiłam, to istna sekta. Pieprzona sekta. A ja, jak na starą pannę przystało, patrzę na to wszystko z boku. Nawet stażyści są żonaci albo zaręczeni. Gdybym tu nie pracowała, to uznałabym, że posiadanie małżonka to warunek zatrudnienia w Butter Putter.

– Jenna zrobiła ostatnio obiad z tego przepisu, który nam wysłałaś – oznajmił Brad S. – Skrzydełka w sosie Buffalo z wolnowaru.

– I jak jej wyszły? – zapytała Ellison.

Dlaczego ja nie dostałam tego przepisu?

Lubię kurczaka w sosie.

Brad S. zaśmiał się i pokręcił głową.

– Powiem tylko, że żona trochę przesadziła z ilością pikantnego sosu. – Pogładził się po brzuchu jak jakiś czterdziestoletni ojciec w dżinsowych szortach, wysokich skarpetkach i adidasach. – Miałem przeboje z żołądkiem.

Ellison się skrzywiła.

– Pewnie wylizałeś talerz do czysta, bo taki z ciebie dobry mąż.

– Masz mnie!

To jakiś koszmar.

Byłam otoczona szczęśliwymi małżonkami, którzy chwalili się planami na weekend i mówili o swoich drugich połówkach w samych superlatywach. Znacie to uczucie? Bo ja nie.

Postawmy sprawę jasno. Byłam zazdrosna.

Szaleńczo zazdrosna.

Muszę być z wami szczera. Życie jak z komedii romantycznej Nancy Meyers2, o którym marzyłam, przeprowadzając się do miasta, mi nie wyszło. Co prawda miałam śliczne, estetyczne mieszkanie z przytulną kanapą i ziołami w doniczkach na parapecie. Ale pokochanie się na nowo trochę mnie przerosło.

Sąsiadka powtarza, że chodzę tak, jakbym jedną nogę miała dłuższą od drugiej. Jest po osiemdziesiątce i używa miotły zamiast laski, więc raczej ma gdzieś to, co myślą o niej inni, a co za tym idzie, nie przebiera w słowach.

Poza tym jakoś w zeszłym tygodniu zobaczyłam swoje odbicie w szybie i wiecie co? Wyglądałam jak stuknięta bezdomna, która dokarmia gołębie, bo tylko one chcą z nią przebywać.

Przerażające.

A najgorsze było to, że dokładnie trzy dni temu obudziłam się w nocy, dusząc się własnym oddechem. Tak, otworzyłam oczy, łapczywie chwytając powietrze, i zorientowałam się, że *szept* ten przykry zapach wydobywał się z moich ust.

Więc tak… nici z pokochania siebie.

– A ty masz jakieś plany, Scarlett?

Głos Ellison wyrwał mnie nagle z zamyślenia i ku swojemu zdziwieniu zauważyłam, że wszyscy gapią się na mnie.

Czy ona właśnie nazwała mnie Scarlett?

– Eee… – zaczęłam. – Jestem Scottie.

– O rany, przepraszam – powiedziała, przyciskając dłoń do piersi. – Nie wiem, dlaczego powiedziałam „Scarlett”. Przecież wiem, jak masz na imię.

Ale na Brada nie powiedziała Bueford, a Chada nie nazwała Charlesem.

Nie, pomyliła imię kulejącej bezdomnej miłośniczki gołębi z oddechem smoka.

– Jakie masz plany na weekend? – zapytała mnie z uśmiechem.

Rozejrzałam się po sali, obejmując wzrokiem brody i puchate kamizelki mężczyzn czekających na moją odpowiedź. Pewnie spodziewali się historyjki o zajęciach z jogi w parku, na które rzekomo uczęszczam, chociaż prawda jest taka, że siadam sobie tylko na ławce i zajadam się czekoladowymi croissantami.

Zaśmialiby się, ale o nic by mnie nie dopytali. Zapomnieliby o tym i przeszli do kolejnego tematu, a ja po spotkaniu czmychnęłabym do swojego biura i dalej poprawiałabym ich artykuły i opisy postów na media społecznościowe.

A może tym razem zrobię coś inaczej? Może uda mi się wkraść w łaski grupy?

Ellison wreszcie pojawiła się w biurze. Miałam szansę, żeby zabłysnąć.  M o ż e  zwróci na mnie uwagę, jeśli znajdziemy wspólny język.

Może uzna, że jestem interesująca, i rozważy, czy by mnie nie awansować, na przykład na redaktorkę czasopisma „Golf Galaxy”. To by było coś. Zamiast pracować nad treściami, które lądują w internecie, mogłabym redagować teksty, które będą drukowane, co z kolei dałoby mi doświadczenie potrzebne do pracy w innych magazynach, takich jak „Better Homes and Gardens”3, które było prawdziwą mekką dla osób w mojej branży.

A wtedy nie tylko miałabym mieszkanie rodem z komedii Nancy Meyers, ale też bym o nich pisała.

To był szczyt moich marzeń.

A więc postanowione.

Podjęłam kluczową decyzję.

Czas stać się częścią grupy.

Uśmiechnęłam się do mojej widowni, założyłam nogę na nogę i powiedziałam:

– Mam zamiar odwiedzić z mężem kilka sklepów z antykami.

Kiedy tylko z moich ust padło słowo „mąż”, dotarło do mnie, że popełniłam ogromny błąd, bo szok, który wymalował się na twarzach wszystkich moich współpracowników, nie był reakcją, na którą liczyłam.

– Mężem? – dopytała Ellison. – Nie wiedziałam, że jesteś mężatką.

– Cóż…

– Tak, my też nic nie wiedzieliśmy – rzucił Chad, krzyżując ręce na piersi. Patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć „przyłapałem cię”.

– Tak, cóż, to dlatego, że…

– Nie masz nawet obrączki – kontynuował Chad.

Wszystkie oczy w saunie, w którą zamieniła się sala konferencyjna, wpatrywały się w moją lewą dłoń.

Co mogę na to odpowiedzieć?

Uśmiechnęłam się nerwowo i zsunęłam lewą dłoń, na której oczywiście nie było pierścionka, pod stół, gdzie położyłam ją na trzęsącej się nodze.

– No właśnie, bo…

– Scottie – zaczął Chad, mierząc mnie takim spojrzeniem, jakby był moim ojcem i przyłapał mnie właśnie na kłamstwie. – Wiemy, że nie masz męża. Jeśli próbujesz w ten sposób się wpasować, to uwierz mi, że nie tędy droga.

Co za tupet!

Słuchaj, nie wiesz nawet, jak używa się przecinka, ty głąbie, więc z łaski swojej wara od mojego życia miłosnego.

– Czy to prawda? – zapytała Ellison, ściągając brwi. – Naprawdę nie masz męża?

I dlatego, moi mili, się nie kłamie.

Bo znajdzie się taki dupek jak Chad, który będzie zgrywał Sherlocka Holmesa i przejrzy wasz blef.

Miałam dwie możliwości. Mogłam potaknąć ze wstydem, schować dumę do kieszeni i wyznać prawdę, pozwalając Chadowi skąpać się w blasku chwały. Mogłam wyznać im, że tak desperacko pragnęłam zostać częścią grupy, że wymyśliłam sobie męża, dzięki któremu miałam nie wyjść na żałosną starą pannę.

Albo mogłam brnąć w to dalej, wyjść z całej sytuacji z twarzą i kazać Chadowi odszczekać to, co powiedział, dzięki czemu poczuje się winny i zażenowany.

Pierwsza opcja była szlachetna i pokazałaby, że nie boję przyznać się do błędu.

Druga byłaby okrzykiem bojowym zagrzewającym do walki kobiety, którym żaden Brad czy Chad nie mógł odebrać marzeń!

Chyba wiemy, którą wybrałam.

Poprawcie staniki, dziewczyny. Pora wyjaśnić tego typa.

– Dziękuję, Chad, że zwróciłeś wszystkim uwagę na to, że nie mam obrączki – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy, i zadarłam brodę. – Nie planowałam dzielić się tym z grupą, ale przechodzimy akurat z mężem przez ciężki okres. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę i stąd brak obrączki.

Ha-ha!

Łyso ci, Chad?

Wal się!

A masz, gnojku.

Udław się swoimi słowami.

Tak, udław się.

W sali zapadła grobowa cisza. Słychać było tylko odległy, cichy szum komputerów z open space’u.

Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona, ty kochająca małżeństwo sekto. Mam nadzieję, że spojrzycie w lustro i pomyślicie, jakie to okropne, że tak upokorzyliście biedną Scottie i doprowadziliście do tego, że musiała opowiedzieć o swoich problemach w małżeństwie przy całym biurze. Tak, Chad uwielbia pokazywać, że ma długiego.

Tyle że wiesz co, Chad? Masz małe dłonie i chude palce, więc chyba wiemy, co to oznacza?

– Scottie – odezwała się Ellison, ściągając mnie z powrotem na ziemię. – Mogę pomówić z tobą na osobności?

Gdy poczułam na sobie jej wzrok, włoski na karku stanęły mi dęba. Eee, serio prosiła mnie na stronę?

To było niepokojące, bo mogło potoczyć się na dwa sposoby.

Pierwszy: Ellison miała zamiar oznajmić, że przejrzała mnie na wylot.

Drugi: zamierzała przeprosić mnie za szczeniackie zachowanie mojego współpracownika.

Pierwszy mnie przerażał, a drugi… no, to by było coś.

Drugi mógł prowadzić do wielu długich spotkań Chada z HR-em. Powinnam mieć pewnie wyrzuty sumienia, ale nie miałam. Jakby nie igrał z ogniem, to by się nie poparzył.

– Na korytarzu? – Odchrząknęłam. – Oczywiście.

Ellison wstała i zaprosiła mnie gestem do drzwi. Zebrałam swoje rzeczy, mając cichą nadzieję, że puści mnie do domu. Zostało mi jeszcze trochę ciasteczek i końcówka filmu dokumentalnego o Menendezach. Fajnie, gdyby cała sytuacja skończyła się dodatkowym czasem poświęconym na leniuchowanie na kanapie.

Kiedy mijałam Chada, korciło mnie, żeby pokazać mu język, ale w porę się zorientowałam, że to dziecinne zachowanie. Lepiej było zostawić takie infantylne zagrywki jemu i zachować godność, w razie gdyby sprawa nie potoczyła się po mojej myśli.

Wyszłam z sali, a Ellison odciągnęła mnie na bok i położyła mi dłoń na ramieniu.

– Tak mi przykro słyszeć, że masz problemy małżeńskie.

Uff, czyli kłamstwo uszło mi na sucho. No to co? Jeszcze pora złożyć odpowiednią skargę. HR-y, szykujcie się, bo nadciągam.

Pokiwałam z powagą głową.

– Dziękuję. Nie jest łatwo, ale przynajmniej próbujemy.

– To godne pochwały. Domyślam się, że trudno pracować w środowisku, w którym wszyscy są w udanych związkach.

– Bywa ciężko – przyznałam, bo taka była prawda.

– Cóż, znam sekret ich szczęśliwych małżeństw.

Co?

Spojrzałam na nią, a ona mówiła dalej:

– Moim mężem jest Sanders Martin.

Eee, powinnam wiedzieć, kto to?

– Podobno to najbardziej prestiżowy terapeuta dla par na północnym wschodzie kraju. Udziela porad wszystkim z biura, którzy są chętni i gotowi na terapię. – Ellison ścisnęła moje ramię, po czym dodała: – Jakby co, to wszyscy zgodzili się, żebym otwarcie o tym mówiła, bo są bardzo zadowoleni z jego usług.

Tylko nie to.

Bałam się, bo wiedziałam, do czego zmierza ta rozmowa.

– O, to naprawdę fajnie – powiedziałam, chcąc zapaść się pod ziemię. Powinnam obejrzeć jakiś filmik dla dzieci o tym, dlaczego kłamanie jest złe.

– Chciałabym, żebyście z nim porozmawiali. Wiem, że wam pomoże.

I proszę bardzo, oto grób, który sama sobie wykopałam. Teraz wystarczy, że się w nim położę.

– Wiem też, że to bardzo nagła propozycja, i nie chcę na ciebie naciskać, ale czuję, że próbujecie się z mężem pogodzić. Dobre mam wrażenie? W razie czego możesz śmiało powiedzieć, żebym nie wściubiała nosa w twoje życie osobiste.

Eee, tak, Ellison, mogłabyś go nie wściubiać. Powinnaś prowadzić teraz spotkanie, a nie próbować naprawić moje zmyślone małżeństwo.

Niestety, nie mogłam jej tego powiedzieć.

– Widzę, że nie bardzo masz ochotę o tym rozmawiać – odezwała się. – Nie szkodzi.

– Och, nie, to nie tak, że nie chcę o tym mówić. – Oblała mnie fala paniki, gdy dostrzegłam na jej twarzy rozczarowanie. – Po prostu nie spodziewałam się, że będę miała do pomocy taki cudowny umysł.

„Cudowny umysł”? Weź wyluzuj, dziewczyno, kto tak w ogóle mówi?

– Miło mi to słyszeć. Sanders faktycznie potrafi zdziałać cuda. Czekaj, napiszę do niego.

Serio? Zamierzała to zrobić od razu? Zamiast wrócić na spotkanie?

Wyciągnęła telefon z kieszeni i… zgadza się, zaczęła pisać SMS-a.

– Dalibyście radę przyjść do niego jutro rano?

– Jutro? – zapytałam nerwowo. – Eee… przecież pracuję.

Ellison machnęła lekceważąco ręką.

– Możesz zrobić sobie przerwę.

– Super. – Przełknęłam z trudem ślinę.

– Wspaniale, ma akurat okienko o dziewiątej.

– Oj, to niestety nie damy rady, bo mąż pracuje. – Dobra robota, zrzuć to na męża.

– Sanders mówi, że może poprowadzić sesję o siódmej trzydzieści, żebyście na spokojnie wyrobili się do pracy. Masz farta. Rzadko kiedy proponuje ludziom wizytę tak wcześnie.

Siódma trzydzieści? Rano? Jezu, przecież ludzie o tej porze dopiero parzą sobie kawę i czekają, aż załaduje im się system. A skoro ten gość jest rzekomo najlepszy na północnym wschodzie, to czy nie powinno być długiego czasu oczekiwania na wizytę? Zwykle żeby umówić się do specjalisty w mieście, trzeba poczekać jakieś pół roku i oddać swojego pierworodnego, a nie wysłać esemeska.

– Zapytaj męża, czy by mu to pasowało – zaproponowała, wskazując głową komórkę.

– Eee, tak, już do niego piszę.

Wyjęłam telefon i ustawiłam ekran pod takim kątem, żeby go nie widziała, a potem zaczęłam stukać w klawiaturę, udając, że piszę wiadomość i mówiąc do siebie w myślach: Bip, bop, bop, piszę do swojego męża, bip, bip, bop, swojego nieistniejącego męża.

– Odpisał już coś? Siódma trzydzieści czy dziewiąta? – Ellison podskoczyła, jakby jej szczęście zależało od tej jednej chwili.

Wszystko wskazywało na to, że się nie wywinę. Nie ma wycofki, na to już za późno. Wykopałam sobie grób, więc teraz muszę wymyślić, jak się z niego wydostać… i to najlepiej w taki sposób, żebym nie musiała wychodzić z domu o siódmej.

– Eee, dziewiąta mu pasuje – powiedziałam, przyklejając uśmiech do twarzy.

– Wspaniale, przekażę to Sandersowi.

Gdy Ellison pisała do swojego męża, ja zerknęłam na ekran swojego telefonu, na którym zamiast wiadomości do prawdziwej osoby otworzyłam pasjansa. Już czułam, że cała ta sytuacja nie skończy się dobrze.

– Jesteście umówieni. Wyślę ci później maila z adresem. Mój mąż nie może się doczekać na wasze spotkanie.

– Świetnie. – Uśmiechnęłam się, w pełni świadoma tego, że to najsztuczniejszy uśmiech w moim życiu. – J-ja też nie mogę się doczekać.

Ellison wskazała na salę konferencyjną i powiedziała:

– A teraz wracajmy do pracy, dobrze?

Do pracy?

Poważnie myśli, że dam radę pracować po tym, jak dokonałam sabotażu na swoim życiu?

Dobrze, że nie zemdlałam ze stresu, bo właśnie zgodziłam się na terapię małżeńską u męża mojej szefowej. Z nieistniejącą osobą, która musi się zmaterializować w… jakieś dwadzieścia trzy godziny.

Co, do diabła, jest ze mną nie tak?

– Tak, praca, hurra! – powiedziałam, wyrzucając pięść w powietrze. – Uwielbiam ją.

Ellison uśmiechnęła się łagodnie.

– To dobrze, bo my, dziewczyny, musimy trzymać się razem. – Puściła do mnie oczko, po czym wróciła do sali konferencyjnej.

A niech mnie. Dostałam to, o co prosiłam. Zakolegowałam się z moją szefową.

Będzie mnie to kosztowało jedynie… znalezienie męża do jutra.

Rozdział drugiScottie

– Daj mi coś mocnego – rzuciłam, odkładając torebkę na kontuar i wskakując na stołek barowy.

– Ojej, co się stało? – Mika, mój najlepszy przyjaciel, podał mi serwetkę i postawił przede mną miskę precelków.

Nachyliłam się nad barem i odparłam:

– To był najgorszy dzień w moim życiu.

Bolała mnie głowa i zaradzić na to mogły tylko płonące drinki i wieczór spędzony w Stockings, czyli najlepszym barze dla gejów w całym mieście. Uzależniłam się od tego miejsca, gdy odkryłam je na studiach, i uwielbiałam tu przychodzić, zwłaszcza w weekendy, kiedy odbywały się występy drag queens. Nie dość, że były genialne, to na dodatek bar miał niesamowitą estetykę. Betonowe posadzki, czarne ściany, a do tego wszędzie rajstopy. W każdym rodzaju, rozmiarze i kolorze. Zwisały z sufitu, były oprawione w ramki, a nawet służyły za kurtynę na scenie.

Jeśli chcecie się dobrze bawić, pójdźcie do Stockings; nie pożałujecie.

Mika się skrzywił i napełnił shaker alkoholem – nie wiedziałam nawet jakim, ale miałam to gdzieś. Byłam gotowa wypić wszystko, co mi da.

– Chad zapomniał o przecinkach czy co?

– Chciałabym, żeby chodziło o coś tak trywialnego. – Wyrzuciłam ręce w powietrze, akurat gdy ktoś usiadł na stołku obok mnie.

– Świętujemy! – powiedziała moja najlepsza przyjaciółka, Denise, uderzając dłonią w bar. – Zgadnijcie, kto dostał duże zlecenie na wesele w ten weekend? Ta laska. – Wskazała na siebie. – Makijażystka, którą Coopertart zarezerwowała na weekend, zachorowała, więc zadzwonili do mnie, żebym ją zastąpiła.  D o   m n i e!  To znaczy, mam nadzieję, że szybko minie jej ta grypa, ale o Boże, ale mam farta! Mówię wam, to wszystko zmieni. Zrobię z tego całą relację na mediach społecznościowych. W końcu mowa o Brie Coopertart. BRIE! – zawołała.

Zapadła cisza. Denise oczywiście nie mogła tego wiedzieć, ale trafiła na kiepski grunt z tym swoim wybuchem radości.

– Co się dzieje? Dlaczego nie piszczycie z ekscytacji tak jak ja? Mika, przecież uwielbiasz Brie – powiedziała zdziwiona.

– Prawda, ale Scottie ma kiepski humor.

– O cholera, serio? – Denise odwróciła się do mnie. – Co się stało?

– Nic. – Uśmiechnęłam się, próbując wykrzesać z siebie choć szczyptę entuzjazmu dla przyjaciółki. – Wow, Brie Coopertart, ale ekstra. Całe miasto mówi o tym ślubie. Ceremonia odbędzie się w bibliotece, prawda?

– Tak. – Denise przyjrzała mi się badawczo. – To wydarzenie sezonu i będą o nim mówić wszystkie media. Panna młoda miała mnie na liście rezerwowej, w razie gdyby coś stało się jej makijażystce, no i kto by pomyślał, rzeczywiście zachorowała. Jakby co, jeszcze raz chcę podkreślić, że wcale nie cieszę się z jej nieszczęścia, bo choroby są do dupy, ale jestem podekscytowana zleceniem. – Denise radośnie zaklaskała.

Jako że byłam dobrą przyjaciółką, odwróciłam się w jej stronę i ją przytuliłam.

– To naprawdę cudownie. Gratulacje.

Denise była makijażystką od kilku lat. Robiła modelom make-up na wybiegi dla projektantów mody. A tak właściwie to zaczęła od malowania paznokci; zgłosiła się kiedyś do robienia modelkom manicure’u. No a potem pięła się po drabinie. Obecnie była całkiem popularna w sieci. Zyskała pewność siebie i wyrobiła sobie markę; byłam przekonana, że ze swoją determinacją zajdzie naprawdę daleko. Cieszyłam się z jej sukcesu – nawet jeśli zakładało to radość z choroby innej makijażystki.

– Dziękuję. Dzisiaj zrobiłyśmy z Brie i jej druhnami makijaż próbny, żeby się upewnić, że wiem, czego oczekują. Dobrze, że mam zadbać tylko o nią i jej dwie przyjaciółki. Wesele będzie małe, ale ekstrawaganckie. Nie mogę się doczekać. Jutro cały dzień będę wszystko planować, wyczyszczę pędzle i upewnię się, że mam, co trzeba, na sobotę. Jejku, ale się cieszę!

Mika postawił przede mną drinka i wyszeptał:

– Pij powoli. – Potem odwrócił się do Denise i zapytał: – To, co zawsze?

– Poproszę. – Denise wrzuciła sobie do ust precelka. – Achhh, ale jestem podekscytowana. Boże, co on ci tam nalał? Smołę i kwas żołądkowy? Czuję siarkę nawet stąd.

Uniosłam kieliszek do nosa i wykrzywiłam twarz w grymasie.

– Jezu, Mika. Czy to benzyna?

– Sama mówiłaś, że chcesz coś mocnego. To jest najmocniejszy drink w ofercie.

Mika był barmanem w Stockings, odkąd sięgam pamięcią. To tutaj się poznaliśmy. Wpadłam do baru, żeby się rozerwać, a on serwował drinki. Oczywiście, próbowałam go poderwać, bo byłam pijana i ciężko było mi nie ślinić się na widok jego czarnych włosów i szarych oczu. Na moje nieszczęście okazał się gejem. Tak czy inaczej, tego wieczoru nawiązaliśmy więź i tak został moim przyjacielem.

– Powinien być nielegalny – skomentowała Denise, wachlując się dłonią, żeby odgonić przykry zapach mojego drinka. – Pewnie przeżre ci przełyk.

Mika postawił przed Denise cydr i powiedział:

– Nie dramatyzuj.

– Nie dramatyzuję. – Denise upiła łyk. – Po prostu boję się o naszą przyjaciółkę. – Dźgnęła mnie palcem w ramię. – Co się stało, że potrzebujesz tak zabójczego drinka?

– Przygotujcie się, bo zaraz padniecie…

Kiedy odstawiłam kieliszek i podniosłam wzrok na przyjaciół, na ich twarzach malował się kompletny szok. Obojgu opadła szczęka.

Nasza ulubiona drag queen, Miss Guided, weszła właśnie na scenę, więc wokół nas wybuchła wrzawa. Jednak moi przyjaciele w ogóle nie zwrócili na to uwagi, bo próbowali ogarnąć umysłem moje perypetie.

Po chwili odezwała się Denise:

– Dlaczego, do diabła, powiedziałaś, że masz męża?

– Nie wiem – jęknęłam. – Spanikowałam. Ellison była w mieście pierwszy raz od dawna i pomyślałam, że fajnie byłoby jej zaimponować. A kiedy zobaczyłam, jak gawędzi sobie z Bradami i Chadem, to coś we mnie pękło.

– Tak się nie nawiązuje przyjaźni, Scottie. Trzeba było zapytać, skąd ma bluzkę, a nie brać fikcyjny ślub.

– Teraz to wiem – powiedziałam i przycisnęłam dłoń do czoła. – Boże, co ja zrobię? To jakiś koszmar. A najgorsze jest to, że jej mąż najwyraźniej jest jakimś genialnym terapeutą ze stuprocentową skutecznością. Więc teraz dostanę łatkę tej nienormalnej, która nie umie sobie ułożyć życia z mężem.

Denise podrapała się po uchu.

– Nie, dostaniesz łatkę tej nienormalnej, która przyszła na sesję z dmuchaną lalką w garniturze, bo nie ma męża.

Potarłam ściągnięte brwi, a mój lęk wzniósł się na nowe wyżyny.

– Podjęłam dzisiaj tak wiele złych decyzji…

Mika odszedł na bok, żeby kogoś obsłużyć, a ja przeanalizowałam pomysł z dmuchaną lalką. Cóż, przynajmniej gdybym powiedziała, że tego związku nie da się uratować, to Sanders by mi uwierzył. Tyle że prawie na pewno pomyślałby, że mi odbiło…

– Jak myślisz, jak poważnie ten gość traktuje tajemnicę zawodową? Myślisz, że powie swojej żonie, że jej pracowniczka przyniosła dmuchaną lalkę na sesję terapeutyczną? – zapytałam.

Denise zadumała się na chwilę.

– Hej, ty to jednak masz łeb. Wydaje mi się, że nie mógłby jej nic powiedzieć, więc jeśli jesteś odważna, możesz faktycznie wziąć lalkę i zmyślić historię o tym, jak to twój „mąż” boi się, że go przebijesz, i dlatego wasz związek chwieje się w posadach.

W sumie niezły pomysł. Możecie sobie myśleć, że oszalałam, ale serio zaczęłam rozważać zrobienie tego.

– Po moim trupie. Moja przyjaciółka nie będzie udawała, że wyszła za mąż za plastikową lalkę-dymalkę – oznajmił Mika, wracając do rozmowy.

– Ej, mówisz o jej mężu. – Denise uderzyła pięścią o bar z rozbawioną miną. – Waż słowa.

– Lalka-dymalka to beznadziejny pomysł.

– Dobra, rezygnujemy z niego, ale miał coś w sobie – rzuciła Denise, prostując się. – Hej! Chwila moment. Weź Mikę. Może udawać twojego męża.

– Ooo, to świetny pomysł – powiedziałam, odwracając się do swojego przyjaciela, i po raz pierwszy dostrzegłam dzisiaj światełko w tunelu.

– Może i nie wiedziałaś od początku, że jestem gejem – zaczął Mika – ale twój terapeuta na pewno się pozna. Będzie wiedział, gdy tylko otworzę usta.

– Nie szkodzi. Dzięki temu od razu będzie wiadomo, dlaczego jej małżeństwo nie działa – zauważyła Denise.

– Tak! Jesteś geniuszką.

Obie oparłyśmy się o bar, mierząc wzrokiem Mikę, który ciężko westchnął i zapytał:

– O której ta wizyta?

Klasnęłam w dłonie i odpowiedziałam:

– Jutro rano o dziewiątej.

– Uuu, to będzie doskonałe. Mogę przyjść popatrzeć? Chcę zobaczyć, jak to się skończy – rzuciła Denise.

– Przecież musisz przygotować się na sobotę – przypomniałam.

– Aaa, racja. – Skrzywiła się. – Jezu, przyjaciółka jest w opałach i już zapominam o swoich obowiązkach. Ojć, niedobrze…

– Nie dam rady – powiedział Mika, patrząc w telefon.

– Co? Dlaczego? – zapytałam.

– Bo o tej godzinie mam prawdziwą wizytę u terapeuty.

– O nieee – jęknęłam przeciągle. – To znaczy super, cieszę się, że dbasz o swoje zdrowie psychiczne, ale nieee.

Denise postukała palcem brodę.

– Może przyczepię sobie wąsy i będę udawać, że jestem miłością twojego życia?

– Taaa, to wcale nie będzie podejrzane. To równie zły pomysł, co ten z dmuchaną lalą – zauważyłam. – Ech, nie chcę, żebyś przekładał swoją wizytę, nawet nie chcę o to prosić, ale myślisz, że mógłbyś…

Pokręcił głową.

– Za późno. Zostało mniej niż dwadzieścia cztery godziny, więc nawet gdybym ją odwołał, to i tak by mi za nią policzyli.

– Pieprzony kapitalizm – podsumowałam, uniosłam swoją margaritę i ją wyzerowałam.

Okej, trzeba podjąć decyzję. Denise z wąsami czy dmuchana lalka?

– Wiem! – rzucił Mika. – Może weźmiesz mojego brata?

Poderwałam głowę.

– Twojego brata? Pewnie ma ciekawsze rzeczy do roboty niż chodzenie na sesję terapeutyczną z dziewczyną, której nawet nie zna.

– Przeszedł już na emeryturę.

– Że co? – spytałam. – A on nie jest czasem od nas młodszy? Chyba że masz jakiegoś innego, sekretnego brata, o którym nic nie wiem?

– Mam tylko jednego brata i jest od nas o dwa lata młodszy – odpowiedział Mika.

– Czekaj, on sprzedał jakąś apkę, co nie? – dopytałam.

– Tak, dlatego ma dużo wolnego.

– Przyznaj, to kusząca propozycja. Energiczny, młody, dwudziestosiedmioletni brat Miki. – Denise trąciła mnie łokciem. – Poza tym nie możesz wybrzydzać, bo jesteś w kropce.

Miała rację, ale serio miałam wziąć ze sobą brata Miki?

Pokręciłam głową.

– I tak pewnie nie będzie chciał mi pomóc.

Mika wzruszył ramionami.

– Kto wie. Zapytam go.

– O mój Boże, nie pisz do swojego brata. To upokarzające.

Ale Mika mnie nie słuchał, tylko dalej stukał w ekran.

– Mika, serio, przestań. Nie chcę robić problemu twojemu bratu. – Pochyliłam się nad barem, próbując wyrwać mu telefon z ręki, ale zrobił krok w tył, żebym nie była w stanie go dosięgnąć.

– Przecież to nie tak, że prosisz go o kasę, tylko o chwilę jego czasu, którego ma pod dostatkiem – powiedział Mika, uśmiechając się do urządzenia, po czym przeniósł spojrzenie na mnie. – Zgodził się.

– Co?! – niemal krzyknęłam. – Co mu napisałeś?

– Że moja przyjaciółka potrzebuje udawanego męża na wizytę u terapeuty jutro rano i czy w to wchodzi, a on odpisał: „Może być zabawnie. Napisz mi, co i jak”.

– No i proszę bardzo. – Denise uniosła butelkę cydru i stuknęła nią o mój pusty kieliszek. – Problem rozwiązany.

– Wcale że nie. Przecież go nie znam. To przepis na katastrofę.

– I co z tego? – rzuciła. – Pójdziesz tam ze świadomością, że nic o sobie nie wiecie. Może to nawet lepiej. Sanders pomyśli, że jesteście przegraną sprawą, i ani się obejrzysz, a się podda. Wyjdzie idealnie.

– Ona ma rację – powiedział Mika. – Rozpętacie chaos i wyjdziecie.

– Ale nie chcę rozpętać zbyt dużego chaosu, w końcu to mąż mojej szefowej.

– Wiesz co? Spotkajcie się z Wilderem kwadrans przed wizytą, żeby obgadać wspólną wersję historii. To powinno załatwić sprawę.

– Twój brat ma na imię Wilder? – zapytałam. – Jakim cudem tego nie wiedziałam?

– Bo kiepsko ci idzie uważne słuchanie – odparł Mika i pstryknął mnie w nos. – Może wykorzystaj to na terapii. Podam mu twój numer. Skontaktuje się z tobą.

Kiedy Mika skończył pisać, schował telefon do kieszeni i poszedł obsłużyć nowo przybyłą parę.

Odwróciłam się do Denise i wyszeptałam:

– To zły pomysł.

– Po prostu przetrwaj jutrzejszą sesję, zwal wszystko na Wildera, żeby wyjść z niej z twarzą, a potem o tym zapomnij. Proste. Kiedy szefowa zapyta cię, dlaczego wam nie wyszło, wiń męża. Ty wyjdziesz na tę dobrą, a potem ruszysz dalej ze swoim życiem.

Potaknęłam.

– Wiesz co, może jednak to nie jest taki zły plan.

– No właśnie! I dlatego się z nami przyjaźnisz.

Odetchnęłam głęboko.

– Tak, to może się udać. – Zaśmiałam się nerwowo. – Przez chwilę myślałam, że podczas wizyty u Sandersa będę musiała zadzwonić do Matta.

Denise potrząsnęła głową.

– Nigdy w życiu. Nie zadajemy się już z tym szatanem.

Zachichotałam.

– Tak. Święte słowa.

Rozdział trzeciWilder

– Lornetko, lornetko, gdzie jesteś, lorne… aha! Mam cię, ty cholerna paskudo. Ukośnie, a do tego od dołu w górę. Powinienem był się domyślić.

Zaznaczyłem słowo „lornetka” w wykreślance na zielono. Zakreślacze, których używam, są najlepsze na rynku, bo część końcówki jest przezroczysta, dzięki czemu widać dokładnie tekst, który się wyróżnia.

Wziąłem swoją dietetyczną colę z limonką, upiłem łyk i zacząłem szukać słowa „fular”. Dzisiejszym motywem przewodnim wykreślanki były rzeczy, które można założyć na szyję.

Wieczór nabrał mroczniejszego charakteru, kiedy musiałem znaleźć słowo „pętla”. Uznałem, że to naprawdę niestosowne, ale w sumie i tak zwykle wybierałem wykreślanki innej marki. Tę dostałem od Miki; przywiózł mi ją, gdy odwiedzał kolegę w okolicy. Rozbawiło go, że wśród haseł zdarzały się przekleństwa. Nie jestem świętoszkiem – niektórzy mogliby nawet powiedzieć, że klnę gorzej od przeciętnej osoby – ale są na to odpowiedni czas i miejsce. Wykreślanka nie powinna zawierać wulgaryzmów.

Rozsiadłem się właśnie wygodnie, poprawiając wyciągnięte przed siebie nogi, gdy nagle usłyszałem dźwięk przychodzącej wiadomości. Zerknąłem na ekran, na którym wyświetliło się imię mojego brata, więc od razu ją sprawdziłem.

Mika: Scottie potrzebuje udawanego męża na wizytę u terapeuty jutro rano o dziewiątej. Wchodzisz w to?

Nie wiem, czego się spodziewałem, ale na pewno nie czegoś takiego.

Intrygujące. Odłożyłem wykreślankę i mu odpisałem.

Wilder: Dziwna jest?

Mika: Jest moją przyjaciółką. Jak myślisz?

Wilder: Trochę dziwna, ale ma świetną osobowość.

Mika: No właśnie. To jak, wchodzisz w to?

Potrzebowałem chwili na zastanowienie. Brat kiepsko wyjaśnił mi cały kontekst sytuacji, ale w sumie ostatnio się nudziłem i przydałoby mi się jakieś nowe doświadczenie dla urozmaicenia życia.

Dlaczego by nie dać szansy moim zdolnościom improwizacji? Brakowało mi tego, odkąd rzuciłem zajęcia. A wykorzystanie zdobytej na nich wiedzy w prawdziwej sytuacji może dać mi niezły zastrzyk adrenaliny.

Odpowiedź nasuwała się sama.

Wilder: Może być zabawnie. Napisz mi, co i jak.

Mika: Super. Załączam jej numer. Spotkanie jest jutro o dziewiątej. Scottie jest głupio, że cię o to poprosiłem. Napisz do niej.

Wilder: Jasne.

Kliknąłem w załączony kontakt. Wyskoczyła mi miniaturka zdjęcia pięknej dziewczyny z długimi, jasnobrązowymi włosami. Z tego, co widziałem, końcówka jej nosa była leciutko zadarta. Miała upstrzone piegami policzki, a w prawym widać było dołeczek. Niezła laska. Trudno uwierzyć, że potrzebuje udawanego męża.

Telefon ponownie zawibrował, odrywając mnie od gapienia się na zdjęcie.

Mika: Pewnie właśnie ją obczajasz i dostrzegłeś, że jest atrakcyjna. Scottie jest w trakcie picia drinków i kwestionowania swoich decyzji życiowych, więc lepiej będzie, jak napiszesz do niej później.

Wilder: Jasna sprawa.

Mika: Dobrej zabawy.

Odłożyłem telefon i wbiłem wzrok w obraz płonącego kominka w telewizorze, który wraz z muzyką Led Zeppelin umilał mi każdy wieczór.

Udawany mąż.

Sesja terapeutyczna dla małżeństw.

Z dziewczyną o imieniu Scottie.

Uznałem, że to coś dla mnie.

Uśmiechając się do siebie, sięgnąłem po notes i długopis, które zawsze miałem pod ręką. Pociągnąłem zębami za kolczyk w wardze i zacząłem zapisywać w punktach, jak mogę odegrać swoją rolę.

Może to właśnie coś, czego potrzebowałem w swoim życiu.

– Stary, dlaczego się spóźniłeś? – zapytałem Dereka, kiedy się zbliżył, zawiązując w pośpiechu krawat.

– Sorki, musiałem ogarnąć Denise. – Zajął miejsce przy stoliku przy oknie, który nam zaklepałem, i sięgnął po kawę, którą mu zamówiłem. – Dzięki. Właśnie tego mi trzeba.

– A co się dzieje z Denise? – zapytałem swojego najlepszego przyjaciela i księgowego w jednej osobie.

– Przyjęła duże zlecenie na makijaż ślubny na ten weekend, dla influencerki, Brie Copperhead czy jakoś tak. Wiem tylko, że panikuje, więc musiałem ją uspokajać całą noc i poranek. A to, że wróciła pijana z baru, wcale nie ułatwiało sprawy, bo gadała jak potłuczona.

Wgryzłem się z radością w kawałek kawowego ciasta, który sobie kupiłem – to mój deser na ten tydzień. Starałem się jeść mądrze, ale raz w każdym tygodniu pozwalałem sobie na coś niezdrowego. W tym padło na śniadanie i kawowe ciasto.

– Co takiego mówiła? – Obróciłem nadgarstek, żeby sprawdzić godzinę na Apple Watchu. Miałem dziesięć minut, a potem musiałem spadać. Dobrze, że byłem blisko miejsca, w którym spotykałem się ze Scottie.

– Najpierw paplała o Brie, a potem o Scottie, która została żoną Miki albo coś takiego. Nie wiem, dosłownie bełkotała.

Uśmiechnąłem się.

– Chyba chodziło jej o mnie.

– Co? – spytał Derek ze zdziwioną miną.

– Szkoda, że się spóźniłeś, stary. Mielibyśmy o czym gadać. Muszę zaraz uciekać, ale tak w skrócie: Mika napisał wczoraj wieczorem, że Scottie potrzebuje kogoś, kto będzie udawał jej męża i… – wzruszyłem ramionami – zgodziłem się, bo dlaczego nie?

– Chwila… co? – powtórzył, odstawiając kawę. – O czym ty mówisz?

– Wiem jedynie, że Scottie potrzebuje męża, więc…

– Wilder, oszalałeś? – zapytał. – Czy ty w ogóle znasz Scottie?

– Nie poznałem jej, ale jest przyjaciółką Miki, więc zakładam, że jest co najmniej w porządku.

– W sensie no tak, jest, ale po co w ogóle miałbyś się zgadzać na udawanie cudzego męża?

Zjadłem kolejny kęs ciasta.

– Nie żebym narzekał, ale emerytura bywa nudna. Pomyślałem, że to przełamie rutynę.

– A nie udzielasz się czasem codziennie jako wolontariusz?

– Tak, ale to tylko kilka godzin w ciągu dnia. Muszę zapełnić czymś resztę, a nie chcę brać na siebie zbyt wielu obowiązków.

– No dobra, to rób więcej wykreślanek. Przecież je uwielbiasz.

– Wiesz, że to mój święty wieczorny rytuał. Poza tym co ci tak zależy? – zapytałem, unosząc dłoń. – Przecież to nie ty będziesz udawał.

– Nie, ale jestem twoim księgowym i wiem, ile zainwestowałeś w różne firmy. Masz mnóstwo udziałów w wielu miejscach, a jeżeli zostaniesz przyłapany na czymś tak głupim, to możesz odstraszyć od siebie inwestorów.

– Jezu. – Przewróciłem oczami. – Nie jestem na tyle ważny, a tak poza tym to tylko jeden dzień. Nie rozdmuchuj tego.

– Co w ogóle będziecie robili?

– Mamy sesję terapeutyczną dla małżeństw. – Wzruszyłem ramionami.

Derek zbladł i poprawił sobie okulary na nosie.

– Idziesz na terapię dla małżeństw z kobietą, która nie jest twoją żoną i której nawet nie znasz?

– Tak, a co to za problem?

– Problem jest taki, że terapeuta będzie was wypytywał o siebie nawzajem, a ty nie znasz nawet jej nazwiska.

– Nie nazywa się czasem Prince?

– Price – poprawił mnie.

Wzruszyłem ramionami.

– Od tego mam swoje umiejętności improwizacji. Szczerze mówiąc, to nie mogę się już doczekać.

Mój przyjaciel złapał się za nasadę nosa.

Musicie coś wiedzieć o Dereku Hansonie. Znam go od liceum i jedno mogę powiedzieć na pewno: nigdy nie wychodzi ze swojej strefy komfortu. Nigdy. Od lat pod koszulami nosi te same bawełniane podkoszulki od jednej firmy. Słucha tych samych trzech playlist: soundtracku Harry’ego Pottera, soundtracku Gwiezdnych wojen i składanki najlepszych hitów Dolly Parton. Zna się na liczbach; od dziecka lubił matematykę, więc został księgowym. Wszystko, co wychodzi poza obszar jego zainteresowań i rzeczy, które zna, jest obcym terytorium, na które on nigdy nie wkroczy.

Dlatego właśnie nie był w stanie zrozumieć, co mną kierowało.

Poza tym nie rozumiał, czym jest nuda.

Lubił rutynę. Raz za razem powtarzał, że chciałby, żeby jego życie było tak zorganizowane jak moje. Za to ja chciałbym być bardziej spontaniczny.

Pewnie, mam pieniądze, więc mógłbym podejmować spontaniczne decyzje, ale nie chcę wykorzystywać swoich funduszy w ten sposób. Pragnę więcej życiowych doświadczeń… a przekonywanie kogoś, że jestem czyimś mężem, i kłamanie mu w żywe oczy to doświadczenie, jakich mało.

– Nie ma w tym nic złego. Wydaje mi się, że to idealny sposób, żeby się rozerwać.

Derek pokręcił głową.

– Gdyby Denise nie była tak zestresowana tym ślubem, to zapytałbym ją, jakim cudem na to pozwoliła. Ale w obecnym stanie pewnie udusiłaby mnie za samą ciekawość.

– Tak, trzymałbym się od niej z dala – stwierdziłem, wsadzając do ust duży kawałek ciasta.

Derek patrzył, jak przeżuwam przez kilka sekund, po czym zapytał:

– Robisz sobie cheat day4?

Przełknąłem ślinę i skinąłem głową.

– Tak, czekałem na to cały tydzień.

– Smaczne?

– Ciut suche.

– Szkoda.

– Ech, raz na wozie, raz pod wozem. – Wziąłem jeszcze jeden kęs i wstałem. – Muszę się zbierać. Nie chcę się spóźnić na spotkanie z żoną.

Derek przewrócił oczami i również wstał.

– Stary, błagam cię.

Zaśmiałem się.

– Nie przewracaj na mnie oczami. Wczuwam się w postać.

– Wiedziałem, że te zajęcia z improwizacji nie wyjdą ci na dobre.

– Poważnie? – Prychnąłem i poprawiłem wełnianą czapkę na głowie. – Derek, ja tu ratuję życia, i to właśnie dzięki tym zajęciom.

– Ta, jasne, ratujesz życia. – Uniósł kubek w moją stronę. – Dzięki za kawę. Sorki, że się spóźniłem. Za tydzień widzimy się o tej samej porze?

– Tak. – Wziąłem resztę ciasta na (krótką) drogę i ruszyłem do drzwi.

Gdy się pożegnaliśmy, skierowałem się w stronę Trzeciej Alei, gdzie miałem spotkać się ze Scottie. Napisałem do niej późnym wieczorem, przedstawiłem się i wysłałem swoje zdjęcie, żeby wiedziała, kogo się spodziewać. Odpisała, że wyglądam jak bardziej umięśniona wersja Miki. Uznałem, że to pijackie wyznanie, bo jakoś wątpię, że powiedziałaby tak osobie, której nie zna. Potem ustaliliśmy, że spotkamy się przed Anthropologie. Uznała, że to odpowiednie miejsce, bo na wystawie sklepu są suknie ślubne.

I to by było na tyle z informacji, które miałem.

Rozważałem, czy nie dopytać Miki o coś więcej, ale jako że pracował do późna, nie zdążyłby mi odpowiedzieć. Poza tym chciałem, żeby spotkanie było owiane nutką tajemnicy. Denise znałem od lat, ale jeszcze nigdy nie poznałem Scottie. Mika chyba wspominał, że przeprowadziła się do miasta kilka miesięcy temu.

Dokończyłem ciasto, wyrzuciłem talerzyk do kosza i spojrzałem na drugą stronę ulicy.

Przed Anthropologie stała kobieta ze skrzyżowanymi ramionami na piersi i rozglądała się dokoła, jakby na kogoś czekała. W jej pozie i rozgorączkowanym spojrzeniu czuć było niepokój, więc to musiała być Scottie. Zatrzymałem się na chwilę, żeby się jej przyjrzeć.

Na gołych nogach miała klasyczne szpilki, w których mierzyła pewnie około metra siedemdziesięciu. Wyglądała bardzo profesjonalnie w czarnej, ołówkowej spódnicy, do której dobrała białą bluzkę z podwiniętymi do łokci rękawami. Idealnie ułożone włosy z podkręconymi końcówkami założyła za uszy. Wydawała się opanowana, gotowa podbić świat, ale z jej ściągniętych brwi i zaciśniętych warg mogłem wyczytać, że coś ją martwi.

Ciekawe co…

Przeszedłem na drugą stronę z dłońmi w kieszeniach, a gdy tylko dotarłem do chodnika, nasze spojrzenia się spotkały.

Wyprostowała się i poprawiła pasek torebki na ramieniu.

– Wilder?

– Zgadza się – odpowiedziałem, widząc, że całkiem otwarcie przygląda się moim znoszonym czarnym jeansom, T-shirtowi w odcieniu butelkowej zieleni z dziurą pod szyją i luźnej czapce.

– Ja… spodziewałam się, że będziesz inny – powiedziała, kolejny raz mierząc mnie od stóp do głów.

– To znaczy?

– Cóż, że będziesz bardziej… – Wskazała na mnie dłonią, ale nie dokończyła zdania.

– Musisz mi wyjaśnić, co masz na myśli, bo jak na razie nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi.

Odchrząknęła.

– Przepraszam. Po prostu biorąc pod uwagę twoją sytuację życiową, spodziewałam się, że będziesz wyglądał trochę… bardziej profesjonalnie.

– Ach. – Potaknąłem i zerknąłem na swoje ubrania. – Nie lubię się stroić. Po co wydawać pieniądze na coś, co w ogólnym rozrachunku nie ma znaczenia?

– Niektórzy uważają, że wygląd ma znaczenie.

– A inni, że nie ocenia się książki po okładce – zripostowałem i posłałem jej krzywy uśmieszek.

Przyglądała mi się przez chwilę, podczas gdy ja nerwowo przygryzałem kolczyk w wardze. Nie spodziewałem się takiego powitania. Myślałem, że przyjdę, ona wyrazi swoją wdzięczność, a potem będziemy się przednio bawić na sesji. Jej chłodne, zdystansowane oblicze ostudziło nieco mój zapał.

Odchrząknęła i powiedziała:

– No trudno, nie mam lepszej alternatywy.

Lepszej alternatywy?

Wow, cieszę się, że w ogóle na coś się przydam…

Dopiero po tych słowach wyciągnęła do mnie rękę i się przedstawiła:

– Hej, jestem Scottie.

Uścisnąłem jej dłoń, przypominając sobie, że i tak nie miałbym nic lepszego do roboty o tej porze.

– A ja Wilder. Miło cię poznać.

Zabrała dłoń i przycisnęła ją do spódnicy. Zaczęła bawić się materiałem i unikać mojego spojrzenia.

– Przykro mi, że po raz pierwszy spotykamy się w takich okolicznościach.

– A mnie wcale – odparłem z uśmiechem, przez co spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

– Słucham?

Wzruszyłem ramionami.

– Dobrze jest czasem wyrwać się ze szponów rutyny. No i dzięki tobie mogę poćwiczyć improwizację.

– Eee… improwizację?

– Tak, Mika nic ci nie mówił? To moje hobby i nie mogę się doczekać, żeby sprawdzić swoje umiejętności w prawdziwym życiu. Nie wspominając już o tym, że podoba mi się cały ten motyw. Może powinienem zawodowo udawać męża i zbić na tym kokosy?

Scottie rozchyliła usta w zdziwieniu i znowu poprawiła pasek.

– Jasne, a tak jakbyś się zastanawiał, to dla mnie nie ma w tej sytuacji nic zabawnego ani ekscytującego. Rano, gdy wstałam, niemal zwróciłam całą zawartość żołądka…

– Przez nerwy czy wczorajsze picie?

Zadarła podbródek, pokazując mi, że jest pełna dumy i nie zamierza tego nigdy ukrywać.

– Nerwy. Wypiłam tylko dwa drinki.

– Jeśli zrobił je Mika, to liczą się jak sześć zwykłych.

– To bez znaczenia – ucięła, zbywając mnie machnięciem ręki. – Ważne jest to, że z całego serca pragnę mieć to już za sobą. Żałuję, że w ogóle się w to wpakowałam, a skoro muszę jakoś się z tego wyplątać, to byłabym wdzięczna, gdybyś nie znajdował radości w moim upadku.

– Upadku? – powtórzyłem po niej, kołysząc się na piętach. – Skarbie, upadek oznaczałby, że na końcu czeka cię zderzenie z ziemią i śmierć. A nie wyglądasz na kogoś, kto szykuje się na własny pogrzeb.

– Po pierwsze – zaczęła wyliczać na palcach – nie mów do mnie „skarbie”. Po drugie, jeśli to spieprzę, to równie dobrze mogę rzucić się z klifu, bo nie wyobrażam sobie, żebym po porażce miała wrócić do biura.

– Wow, to brzmi jak poważna sytuacja.

– Bo taka jest. Więc byłoby miło, gdybyś trzymał się mojego planu, a w zamian zrobię wszystko, co zechcesz. Oczywiście w granicach rozsądku. Nie płacę za przysługi w naturze.

Uniosłem kącik ust.

– Dobrze wiedzieć, ale niczego od ciebie nie chcę. Mam wszystko, czego mi trzeba.

– Musisz coś z tego mieć.

Wzruszyłem ramionami.

– Nie. Fajnie, że mam co robić w piątkowy poranek.

– To nie ma sensu. Na pewno jest coś, czego byś chciał.

Pokręciłem głową.

– Nie ma. – Spojrzałem na zegarek i powiedziałem: – Jeśli nie chcesz się spóźnić, to lepiej nakreśl mi sytuację. Rozumiem, że ma wyjść realistycznie. Wiesz, w jakim konkretnie nurcie to zagramy?

Scottie zmarszczyła nos.

– O czym ty, do cholery, mówisz?

– O nurtach improwizacji.

– Na litość boską, to nie jest… to nie jakiś skecz. To prawdziwe życie.

– Okej, czyli po prostu realizm. Jasna sprawa.

Przycisnęła dłoń do czoła i rozejrzała się dookoła, jakby próbowała ochłonąć. Po kilku sekundach odezwała się ponownie:

– Słuchaj, jesteśmy małżeństwem od pięciu lat. Poznaliśmy się w barze. Mieliśmy burzliwy romans, pobraliśmy się zbyt młodo i teraz oboje chcemy czegoś innego od życia.

– Czego ja chcę?

– Nie wiem – odpowiedziała.

– Nie sądzisz, że gość o to zapyta?

– Nie wiem. Dobra, powiedzmy, że ja chcę dzieci, a ty nie.

– Osobiście uważam, że dzieci są ekstra. Nie pogardziłbym kilkoma.

– Okej, ale w tej sytuacji nieważne jest to, co uważasz – powiedziała. – To twoja postać i historia. A więc Wilder, który wejdzie tam ze mną, nie chce mieć dzieci.

– Dobra. To znaczy nie podoba mi się to, ale niech będzie. Jestem elastyczny.

– Świetnie. Chodźmy.

– Jak zarabiam na życie? – zapytałem, nie ruszając się z miejsca, mimo że Scottie już wystartowała.

– Eee, nie wiem… Jesteś farmaceutą – powiedziała, odwracając się z powrotem w moją stronę.

– Nie znam się na lekach.

– Nie możesz czegoś zmyślić?

– Trudna dziedzina.

– Okej, to na czym się znasz?

– Na wykreślankach. Umiem też ułożyć kostkę Rubika w kilka sekund. Znam różnicę między Coca-Colą, Coca-Colą Light i Coca-Colą Zero oraz kompletnym gównem, jakim jest Pepsi.

– Dobry Boże – wymamrotała pod nosem i odwróciła wzrok.

– Znam się też na zielonych dachach – kontynuowałem, lekceważąc jej oczywistą irytację.

– Czym są zielone dachy?

– To dachy, które w pewnej części albo w całości pokryte są roślinami. Świetnie nadają się do miast, bo łagodzą zjawisko miejskiej wyspy ciepła. Chłodzą powietrze i okoliczne budynki. Nie wspominając już o tym, że poprawiają jakość powietrza, redukują zużycie energii i skutecznie retencjonują wodę opadową. Poza tym mają pozytywny wpływ na zdrowie psychiczne.

– Okej, fajnie, to uznajmy, że tym się właśnie zajmujesz.

– Widzę, że kogoś nie bardzo obchodzi los naszej planety – rzuciłem bez namysłu.

– Błagam cię, Wilder. – Scottie wzięła głęboki wdech. – Ja chcę tylko przetrwać tę godzinę. Potem każde z nas może pójść w swoją stronę i już nigdy więcej się nie zobaczymy.

– Nie byłbym tego taki pewny. Jesteś najlepszą przyjaciółką mojego brata. Jeśli kiedyś będzie brał ślub, to znów się zobaczymy. No chyba że w międzyczasie się pokłócicie.

– Wiesz, o co mi chodzi. O to, o nas. Drugi raz nie będziemy musieli odgrywać tych ról, okej?

– A co, jeśli kiedyś będę potrzebował, żebyś zrewanżowała się udawaniem mojej żony?

– To wtedy oczywiście zobaczymy się ponownie, ale wyłącznie dlatego, że będę czuła się do tego zobowiązana.

– Dobrze wiedzieć.

– To jesteś już gotowy czy masz jeszcze jakieś pytania?

– Nie, możemy iść. – Potarłem dłonie i podążyłem za swoją udawaną żoną na naszą pierwszą terapię małżeńską.

Czas rozpocząć zabawę.

1 Amerykańska reżyserka takich filmów jak Masz wiadomość czy Kiedy Harry poznał Sally [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

2 Amerykańska scenarzystka i reżyserka, twórczyni m.in. The Holiday.

3 Jeden z najpopularniejszych magazynów w USA m.in. o gotowaniu, wystroju wnętrz czy ogrodnictwie.

4 Odstępstwo od diety.