Zanim zgaśnie dzień - Luna Velevitka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zanim zgaśnie dzień ebook i audiobook

Velevitka Luna

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

110 osób interesuje się tą książką

Opis

Mason Scott żyje szybko, głośno i bez hamulców. Jest kolorowym ptakiem, ale też mistrzem udawania – przed rodziną, światem i samym sobą. Za pewnością siebie i ironią ukrywa uczucia, których nigdy nie miał prawa poczuć, i coraz trudniejszą do zniesienia samotność.

Ana Grace zaczyna od nowa. Po rozwodzie odbudowuje swoje życie kawałek po kawałku, próbuje być silna dla siebie i swojego syna. Nie chce zawiłości. Potrzebuje spokoju. Miłość nie znajduje się na liście jej planów, zwłaszcza taka, która mogłaby wszystko skomplikować.

Oboje są zmęczeni codziennością – i oboje nie wierzą już, że coś może ich jeszcze zaskoczyć.

Do czasu.

Między nimi rodzi się napięcie i… nie są w stanie się mu oprzeć. Spotkanie, w teorii nic nieznaczące, okazuje się początkiem drogi pełnej emocji, wyborów, konsekwencji i protestów ludzi ceniących bardziej wygodę od zrozumienia.

Czy uczucie, które najgłośniej wybrzmiewa wypowiadane, zanim zgaśnie dzień, będzie silniejsze niż pęta otaczającej obłudy i strachu przed porzuceniem bolesnej, ale jednak oswojonej rzeczywistości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 375

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 38 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mikołaj JodlińskiMagdalena Wojatcha

Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Angelika9315

Nie oderwiesz się od lektury

najlepsza ze wszystkich 🩷
10
Dominika1bak12

Nie oderwiesz się od lektury

REWELACJA!!
10
Aga1229

Nie oderwiesz się od lektury

Ja nawet nie wiem jak skomentować tą książkę 💔 serce pękło mi nie raz czy dwa 🥹😢 Na szczęście zostało sklejone 🩷 Dziękuję autorko za tą książkę👏 to jest zdecydowanie mój NR.1 z całej serii 🥇🥰
00
madzialegmi

Nie oderwiesz się od lektury

kocham Masona, ta książka jest idealna
00



Dla tych, któ­rzy czu­ją się sa­mot­ni w tłu­mie…

Od autorki

Ksi­ążka prze­zna­czo­na jest dla pe­łno­let­nich czy­tel­ni­ków i za­wie­ra tre­ści, któ­re mogą być ob­ci­ąża­jące emo­cjo­nal­nie. Po­ja­wia­ją się w niej sce­ny zbli­żeń, trud­ne re­la­cje ro­dzin­ne oraz mo­tyw uży­wek.

Tekst ma na celu uka­za­nie zło­żo­no­ści ludz­kich do­świad­czeń, a nie ich glo­ry­fi­ka­cję.

Pro­si­my o roz­wa­gę przy lek­tu­rze i za­dba­nie o wła­sny kom­fort psy­chicz­ny.

Prolog

Mason

– Och, Ma­so­nie… – Dzia­dek z wy­si­łkiem do­tknął mo­jej dło­ni. Jego pal­ce były po­marsz­czo­ne, szczu­płe i za­trwa­ża­jąco chłod­ne.

Wci­ąż nie umia­łem się po­go­dzić z tym, że go tra­ci­my.

– Dziad­ku… – Głos ugrzązł mi w gar­dle. Za­zwy­czaj sło­wa wy­pły­wa­ły z mo­ich ust jak rwąca rze­ka, ale te­raz nie po­tra­fi­łem skle­cić na­wet zda­nia.

– Je­steś świa­tłem tej ro­dzi­ny – po­wie­dział. – Two­ja bab­cia za­wsze to wie­dzia­ła. Ja… ja rów­nież, cho­ciaż mo­głeś sądzić ina­czej.

Nie chcia­łem spo­wie­dzi, nie ocze­ki­wa­łem, by wy­zna­wał mi grze­chy swo­je­go ży­cia. Nie mnie, nie czło­wie­ko­wi, któ­ry ka­żde­go dnia gnał ku za­tra­ce­niu.

– Prze­stań, pro­szę. To nie jest czas na ta­kie wy­zna­nia, bo…

– Umie­ram? – Ochry­pły śmiech wy­pe­łnił po­kój. – Wła­śnie dla­te­go to jest ide­al­ny czas, byś mnie wy­słu­chał. Mój pi­ęk­ny, ko­lo­ro­wy pta­ku… – do­dał z no­stal­gią, a moje ser­ce za­bi­ło szyb­ciej niż za­zwy­czaj. Tyl­ko on mnie tak na­zy­wał i tyl­ko wte­dy, gdy by­li­śmy sami. – Two­je skrzy­dła nie trze­po­czą jak kie­dyś, mam ra­cję? Są ci­che. Ci­chut­kie. Od daw­na ich nie sły­szę. – Po­kręcił gło­wą. – Nie po­zwól, by ci je za­bra­li. Nie po­zwól, by twój oj­ciec i brat ci je za­bra­li. By ten podły świat ci je ode­brał…

– Ale…

– Ży­cie to spek­takl. Moja rola wła­śnie do­bie­ga ko­ńca, ale to nie ozna­cza, że przed­sta­wie­nie się ko­ńczy. Ko­cham mo­je­go syna i Oli­ve­ra, ale… – Urwał, bio­rąc głębo­ki od­dech. – Ma­so­nie, nie daj się ze­pchnąć ze sce­ny, sły­szysz? – Ści­snął moją dłoń moc­niej. – Ni­g­dy nie po­zwól, by ode­bra­no ci głów­ną rolę. Wiem, że je­steś nie­szczęśli­wy. Czu­ję to ka­żdą cząst­ką sie­bie, ale mu­sisz zro­zu­mieć, że ona nie jest dla cie­bie.

Ogrom­na gula ufor­mo­wa­ła się w moim gar­dle. Nie by­łem w sta­nie po­wie­dzieć ani sło­wa.

– Po­wi­nie­neś od­po­cząć – oznaj­mi­łem, wy­mu­sza­jąc uśmiech. Przy­szło mi to z ła­two­ścią, bo prze­cież ro­bi­łem to ka­żde­go dnia. Nie­ustan­nie. Ma­son Scott był na­dwor­nym bła­znem sza­no­wa­nej ro­dzi­ny. Tak było pro­ściej. – Ko­cham cię.

Wsta­łem i po­pra­wi­łem ma­ry­nar­kę. Dzia­dek spoj­rzał na jej ma­te­riał i lek­ko się uśmiech­nął.

– Szko­da, że two­ja du­sza nie jest rów­nie ko­lo­ro­wa – stwier­dził smut­no.

– Cze­rń to też ko­lor. – Po­chy­li­łem się i zło­ży­łem po­ca­łu­nek na jego czo­le.

– Będę się tobą opie­ko­wał – obie­cał.

– Ko­niecz­nie, dziad­ku, ko­niecz­nie.

Wy­co­fa­łem się i wów­czas roz­dzwo­nił się mój te­le­fon. Si­ęgnąłem po nie­go i, wi­dząc, że to z fir­my, prych­nąłem pod no­sem. Nikt nie za­wra­cał gło­wy ojcu czy Oli­ve­ro­wi, za to ja by­łem trak­to­wa­ny tak, jak­by stan dziad­ka mnie nie in­te­re­so­wał.

Od­rzu­ci­łem po­łącze­nie.

– Wpad­nę do cie­bie pó­źniej pod wa­run­kiem, że nie będziesz ga­dał jak po­tłu­czo­ny.

Hen­ry się ro­ze­śmiał.

– Będę się pil­no­wał – obie­cał. – Tro­chę.

Przy­tak­nąłem i ru­szy­łem do wy­jścia. Gdy do­tknąłem klam­ki, dzia­dek znów się ode­zwał:

– Ma­so­nie… Mu­sisz prze­stać ją ko­chać. Wiem, że to trud­ne, ale ona nie jest dla cie­bie. Lin­da ni­g­dy nie od­wza­jem­ni two­ich uczuć.

Prze­łk­nąłem ci­ężko.

Te­le­fon znów za­czął dzwo­nić.

Zer­k­nąłem na dziad­ka przez ra­mię.

– Wiem o tym…

Rozdział 1

Mason

– Ko­la­no! Ko­la­no! Ło­kieć! Tem­po! Bro­da do klat­ki! – Krzy­ki Aj­ra­na dźwi­ęcza­ły mi w uszach i do­cie­ra­ły pra­wie do trze­wi. – Ma­son! Stop! – wark­nął w ko­ńcu i to chy­ba pierw­sza emo­cja, jaka za­wład­nęła nim dzi­siej­sze­go po­ran­ka. Opu­ścił tar­cze i wes­tchnął. – Co się dzie­je?

Roz­lu­źni­łem mi­ęśnie kar­ku i przy­wdzia­łem na usta sze­ro­ki uśmiech. Do­kład­nie taki, ja­kim ra­czy­łem wszyst­kich do­oko­ła. Ka­żde­go dnia.

– Jest cho­ler­na szó­sta rano. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. – Na­wet mój fiut się jesz­cze nie obu­dził.

Aj­ran nie wy­da­wał się za­sko­czo­ny moją od­po­wie­dzią… ale za­do­wo­lo­ny też nie. Zsu­nął z rąk tar­cze i od­rzu­cił je na bok.

– Po co tu przy­cho­dzisz? – spy­tał po­wa­żnie, sta­jąc w lek­kim roz­kro­ku. Mimo prze­kro­cze­nia sze­śćdzie­si­ąt­ki wci­ąż pre­zen­to­wał się ca­łkiem nie­źle. – Do­brze się za­sta­nów nad od­po­wie­dzią – do­dał, gdy otwie­ra­łem usta, by się ode­zwać.

Zmarsz­czy­łem brwi. Si­ęgnąłem po le­żący na ław­ce ręcz­nik i wy­ta­rłem nim spo­co­ną twarz, a na­stęp­nie prze­wie­si­łem go so­bie przez bark.

– Tre­no­wać, to oczy­wi­ste. Nie je­steś aż tak przy­stoj­ny – do­rzu­ci­łem nie­co po­bła­żli­wie.

– Nie przy­cho­dź wi­ęcej.

Sło­wa Aj­ra­na ude­rzy­ły we mnie z siłą hu­ra­ga­nu, a uśmiech mo­men­tal­nie zsze­dł mi z ust. Tre­no­wa­li­śmy ra­zem już szmat cza­su i by­łem pe­wien, że to będzie trwa­ło znacz­nie dłu­żej. Ni­g­dy nie za­da­wał py­tań – sta­wał na­prze­ciw­ko mnie i po­zwa­lał ude­rzać, wy­krzy­ku­jąc te cho­ler­ne ko­men­dy. To mi po­ma­ga­ło. Oczysz­cza­ło. Ko­iło. I co? Te­raz mia­łem szu­kać no­we­go Aj­ra­na? Nie, wy­klu­czo­ne. Mowy nie ma!

– Co to zna­czy? – Unio­słem brwi. Uda­wa­nie głup­ka wy­cho­dzi­ło mi per­fek­cyj­nie.

– Do­kład­nie to, co po­wie­dzia­łem. Je­steś nie­sku­pio­ny, nie­uwa­żny i chy­ba nie­wy­spa­ny. Nie tre­nin­gu ci po­trze­ba. – Po­kręcił gło­wą, a w jego oczach do­strze­głem coś, cze­go nie­na­wi­dzi­łem.

Wspó­łczu­cie.

– Nie mogę mieć gor­sze­go dnia? – rzu­ci­łem pro­wo­ku­jąco.

– Nie pod­czas mo­ich za­jęć – od­pa­rł oschle, a po­tem się od­wró­cił i ru­szył pro­sto do wy­jścia.

A ja zo­sta­łem sam.

Ci­sza ni­g­dy nie była moim sprzy­mie­rze­ńcem, więc lgnąłem do lu­dzi i miejsc, gdzie ha­łas był na po­rząd­ku dzien­nym. Za­tło­czo­ne uli­ce, knaj­py, do któ­rych wpa­da­li mi­ło­śni­cy hap­py ho­urs, noc­ne klu­by, po­dej­rza­ne ka­sy­na i bary ze strip­ti­zem. Szu­ler­nia w Sa­int Po­ison. Tre­nin­gi, pod­czas któ­rych Aj­ran wrzesz­czał po­le­ce­nia. Na­wet biu­ro ro­dzin­nej fir­my Po­wer­Tech wy­da­wa­ło mi się lep­szym miej­scem od wła­sne­go apar­ta­men­tu, gdzie w upior­nym mil­cze­niu mo­żna było po­stra­dać ro­zum.

Po prysz­ni­cu wy­mknąłem się z bu­dyn­ku tyl­ny­mi drzwia­mi. Wrzu­ci­łem do ba­ga­żni­ka tor­bę, a na­stęp­nie wsko­czy­łem za kie­row­ni­cę i spoj­rza­łem we wstecz­ne lu­ster­ko. Fak­tycz­nie nie wy­gląda­łem naj­le­piej, ale to dla­te­go, że od dwóch dni kiep­sko sy­pia­łem. Cóż, wła­ści­wie wca­le. Znów.

Wy­jąłem ze schow­ka te­le­fon i spraw­dzi­łem go­dzi­nę. Było wcze­śnie, ale mimo to po­sta­no­wi­łem, że udam się pro­sto do biu­ra. O tej po­rze pew­nie nie za­sta­nę tam ni­ko­go, ale po­cze­kam cier­pli­wie, aż gwar roz­mów wy­pe­łni ko­ry­ta­rze, a nadąsa­na mina Oli­ve­ra przy­wi­ta mnie jak ka­żde­go ran­ka.

– Lin­da po­wie­dzia­ła, że nie może się do cie­bie do­dzwo­nić. – Brat po­słał mi jed­no z tych idio­tycz­nych spoj­rzeń, któ­ry­mi ob­da­rzał nie­mal wszyst­kich oprócz Lin­dy i ich syna, a na­stęp­nie za­jął miej­sce na­prze­ciw­ko mnie. Za­trzy­mał wzrok na fi­ku­śnej mi­nia­tu­ro­wej fi­gur­ce tan­cer­ki hula, któ­ra sta­ła tuż obok ro­dzin­ne­go zdjęcia. – Skąd masz to pa­skudz­two? – Skrzy­wił się i wzi­ął ją do ręki, by le­piej przyj­rzeć się de­ta­lom.

– Od Etha­na – skła­ma­łem. Sam ją so­bie ku­pi­łem, by uda­wać, że do­sta­ję ró­żne dro­bia­zgi od przy­ja­ciół…

– Nie­wa­żne. – Od­sta­wił przed­miot. – Dla­cze­go nie od­bie­rasz te­le­fo­nów od mo­jej żony?

Oli­ver z ła­two­ścią na­zy­wał Lin­dę żoną, mimo że prze­cież na­dal nią nie była. Nie oświad­czył się, cho­ciaż Hen­ry miał już sze­ść lat.

– Lin­da nie jest ani two­ją żoną, ani moją opie­kun­ką – stwier­dzi­łem, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi, i otwo­rzy­łem lap­to­pa, go­to­wy, by za­jąć się nud­ną pra­cą. Z ka­żdym dniem moje po­czu­cie wy­pa­le­nia tą fir­mą przy­bie­ra­ło na sile i za­sta­na­wia­łem się, kie­dy osi­ągnie punkt kry­tycz­ny.

Oli­ver si­ęgnął po chu­s­tecz­kę i do­kład­nie wy­ta­rł nią dło­nie, jak­by bi­be­lot z lot­ni­ska miał go czy­mś za­ra­zić. Na­praw­dę go nie ro­zu­mia­łem. Lu­bi­łem dro­bia­zgi i pa­mi­ąt­ki. My­ślę, że to bab­cia za­szcze­pi­ła we mnie chęć zbie­ra­nia wszyst­kie­go, co może przy­wo­ły­wać po­zy­tyw­ne wspo­mnie­nia. Nie uda­ło jej się to z Oli­ve­rem, któ­ry był na to zbyt zim­nym dra­niem, ale ja? Za­wsze czu­łem dziw­ną po­trze­bę ota­cza­nia się tym, co do­brze mi się ko­ja­rzy. Tan­cer­kę ku­pi­łem, po­nie­waż przy­po­mi­na­ła mi o Ha­wa­jach, a te z ko­lei o żo­nie i cór­ce Etha­na Mo­ore’a.

– Pa­mi­ętasz o spo­tka­niu? – Oli­ver wstał i po­pra­wił ide­al­nie do­pa­so­wa­ną gra­na­to­wą ma­ry­nar­kę. Po­słał mi też zna­czące spoj­rze­nie, któ­re­go szcze­rze nie­na­wi­dzi­łem. Było w nim coś kar­cące­go i ostrze­gaw­cze­go. Mój brat za­cho­wy­wał się, jak­by uwa­żał się za mądrzej­sze­go ode mnie. To nie była praw­da.

– Tak. Bar ze strip­ti­zem na rogu Ri­ving­ton i Lu­dlow Stre­et, do­kład­nie o pó­łno­cy – od­pa­rłem ca­łkiem po­wa­żnie tyl­ko po to, by go wku­rzyć. Do­sko­na­le pa­mi­ęta­łem o spo­tka­niu biz­ne­so­wym, na któ­rym mia­łem za­stąpić Oli­ve­ra. Za­wa­li­łem w ży­ciu na­praw­dę wie­le spraw, ale ni­g­dy nie da­łem pla­my, je­śli w grę wcho­dzi­ła fir­ma.

Po­kręcił gło­wą i wy­sze­dł.

Wów­czas na­sta­ła ci­sza, któ­rą prze­ry­wa­ły tyl­ko prze­ska­ku­jące wska­zów­ki du­że­go ze­ga­ra za­wie­szo­ne­go na ścia­nie. Na­tych­miast po­de­rwa­łem się z miej­sca. Prężnym kro­kiem pod­sze­dłem do drzwi i otwo­rzy­łem je na oścież. Świat ru­szył. Wci­ąż jak­by obok mnie, ale ru­szył, dzia­łał da­lej.

Po spo­tka­niu z idio­tą, z któ­rym mie­li­śmy pod­pi­sać kon­trakt, wró­ci­łem do domu. Zrzu­ci­łem z sie­bie ubra­nia i kom­plet­nie nagi pod­sze­dłem do bar­ku, gdzie od razu na­la­łem so­bie al­ko­ho­lu. Włączy­łem rów­nież mu­zy­kę, by wy­pe­łnić jej dźwi­ęka­mi nie­zno­śną ci­szę, a po­tem opa­dłem na ka­na­pę i si­ęgnąłem po te­le­fon. Wer­tu­jąc li­stę kon­tak­tów, szu­ka­łem cho­ćby jed­ne­go nu­me­ru, pod któ­ry mó­głbym za­dzwo­nić, by za­mie­nić z kim­kol­wiek parę słów. Jak zwy­kle za­trzy­ma­łem się przy imie­niu Lin­dy. Za­wa­ha­łem się tyl­ko przez mo­ment, a po­tem mój pa­lec prze­śli­zgnął się po ekra­nie, by na­wi­ązać po­łącze­nie.

– Ma­son? – ode­zwa­ła się.

– Cze­ść, ma­le­ńka…

– Coś wa­żne­go? Wła­śnie mia­łam kła­ść Hen­ry’ego do łó­żka i po­czy­tać mu baj­kę.

– Nie, w su­mie to nie. Za­sta­na­wia­łem się tyl­ko, czy… – Urwa­łem, gdy po dru­giej stro­nie roz­brzmiał głos mo­je­go bra­ta.

– Po­cze­kaj chwil­kę, do­brze? – Lin­da zwró­ci­ła się do mnie, a se­kun­dę pó­źniej sły­sza­łem już tyl­ko szep­ty. Wku­rzo­ny Oli­ver py­tał, cze­go od niej chcę.

Sa­mo­lub­ny su­kin­syn.

Gdy­by mój brat wie­dział, cze­go na­praw­dę chcę od jego ko­bie­ty, pew­nie by mnie za­bił. Dla­te­go mil­cza­łem, uda­wa­łem i cier­pia­łem, cie­sząc się je­dy­nie z krót­kich roz­mów z nią, spo­tkań na lunch, gdy aku­rat zna­la­zła czas, i z uro­czy­sto­ści w gro­nie ro­dzi­ny, pod­czas któ­rych mo­głem bez­kar­nie się na nią ga­pić. I czuć, że coś zna­czę.

– Prze­pra­szam, ale twój brat bywa na­praw­dę wścib­ski – po­wie­dzia­ła roz­ba­wio­na. – Coś się sta­ło? Dziw­nie brzmisz.

– Za­sta­na­wia­łem się tyl­ko… co ku­pić Hen­ry’emu na uro­dzi­ny. – Wy­my­śli­łem to na po­cze­ka­niu, bo nie mo­głem prze­cież po­wie­dzieć, że chcia­łem usły­szeć jej głos. To by­ło­by że­nu­jące.

– Och… – Lin­da się ro­ze­śmia­ła. – Czy ja wiem? My­ślę, że wy­star­czy mu two­ja obec­no­ść. Wiesz, że cię uwiel­bia.

Hen­ry uwiel­biał mnie, a ja ko­cha­łem jego. Czy­stą, ni­czym nie­zmąco­ną i szcze­rą mi­ło­ścią, na jaką za­słu­gu­je ka­żde dziec­ko. Dość często wy­obra­ża­łem so­bie, jak by to było, gdy­bym pew­ne­go dnia zo­stał oj­cem – i ta myśl za ka­żdym ra­zem na­pe­łnia­ła mnie przy­jem­nym cie­płem. „Tata”. Mo­żna usły­szeć coś pi­ęk­niej­sze­go?

– W ta­kim ra­zie będę mu­siał coś wy­my­ślić. – Wes­tchnąłem. – Je­steś bez­u­ży­tecz­na – za­żar­to­wa­łem, na co Lin­da za­chi­cho­ta­ła. Kur­wa, mó­głbym tego słu­chać na okrągło.

– Pew­nie masz ra­cję. Je­śli chcesz, mo­że­my ju­tro wy­sko­czyć na lunch. Mam wol­ną go­dzin­kę.

– Ja­sne. Zdzwo­ni­my się?

– Ode­zwę się. Do zo­ba­cze­nia.

Roz­łączy­łem się z my­ślą, że chcia­łbym sły­szeć jej „Do­bra­noc” wy­szep­ta­ne do ucha.

Po­czuć to, co czu­je mój brat ka­żde­go wie­czo­ru i w ka­żdej pie­przo­nej mi­nu­cie swo­je­go ży­cia.

Chcia­łbym żyć jak on.

Od­rzu­ci­łem te­le­fon i opró­żni­łem szklan­kę. Było pó­źno, ale nie na tyle, bym mógł za­snąć, dla­te­go po­sze­dłem pro­sto pod prysz­nic, a pó­źniej uda­łem się do gar­de­ro­by. Przez chwi­lę prze­kła­da­łem wie­sza­ki, aż w ko­ńcu zde­cy­do­wa­łem się na ró­żo­wą ko­szu­lę i je­an­sy. Cho­le­ra, nie­zno­śnie nud­no jak na mnie.

– Na­praw­dę, kur­wa, nuda… – wy­mam­ro­ta­łem, ale mimo to ru­szy­łem do wy­jścia.

Je­śli dud­ni­ące w pier­si pierw­sze dźwi­ęki Lose Con­trol Ted­dy’ego Swim­sa nie były tym, cze­go po­trze­bo­wa­łem, to niech mnie szlag tra­fi. Po­wie­trze w klu­bie było gęste, ci­ężkie i dusz­ne, a za­pach per­fum mie­szał się z wo­nią al­ko­ho­lu.

Usia­dłem przy ba­rze. Nie­mal na­tych­miast obok mnie po­ja­wi­ła się dłu­go­no­ga blon­dyn­ka w ob­ci­słej kiec­ce. Po­sła­łem jej sze­ro­ki uśmiech, pro­po­nu­jąc drin­ka w loży, a po­tem za­pro­wa­dzi­łem na górę. Do­sko­na­le zna­łem ta­kie ko­bie­ty. Łak­nęły emo­cji i aten­cji, a ja po­tra­fi­łem da­wać i jed­no, i dru­gie.

– Sze­fie. – Ochro­niarz, któ­re­go mi­ja­li­śmy, kiw­nął mi gło­wą na przy­wi­ta­nie, a ja sta­rym zwy­cza­jem uści­snąłem mu dłoń i po­kle­pa­łem go po ple­cach. Lu­bi­łem go­ścia.

– Sze­fie? – za­szcze­bio­ta­ła moja to­wa­rzysz­ka, gdy we­szli­śmy do prze­stron­ne­go po­ko­ju, któ­ry skrom­nie na­zy­wa­łem lożą. W rze­czy­wi­sto­ści było to po­miesz­cze­nie, w któ­rym za­tra­ca­łem się nie­mal ka­żdej nocy. Te ciem­ne ścia­ny wi­dzia­ły nie­jed­no. Od mo­ich wzlo­tów po upad­ki.

Ge­stem za­pro­si­łem, by usia­dła, a sam na­la­łem nam po drin­ku. Zbyt in­ten­syw­ny za­pach jej per­fum wy­wo­ły­wał u mnie mdło­ści, ale zi­gno­ro­wa­łem to uczu­cie i po chwi­li za­jąłem miej­sce obok niej.

– Jak masz na imię? – wy­mru­cza­łem, po­cie­ra­jąc no­sem jej po­li­czek.

– Tal­ly – od­pa­rła i upi­ła łyk al­ko­ho­lu. Nie umknęło mi, że na jej cie­le po­ja­wi­ła się gęsia skór­ka. – A ty?

– Ma­son.

Przez kil­ka chwil przy­gląda­łem się, jak po­pi­ja al­ko­hol, a po­tem ostro­żnie za­bra­łem jej szklan­kę i od­sta­wi­łem na sto­lik. Czub­kiem języ­ka do­tknąłem ko­bie­cej szyi. Kre­śli­łem mo­krym ko­niusz­kiem wzo­ry na de­li­kat­nej skó­rze, czu­jąc, jak Tal­ly za­czy­na drżeć. Jej od­dech przy­spie­szył, a przez cien­ki ma­te­riał su­kien­ki do­strze­głem ster­czące sut­ki. Moje pal­ce na­tych­miast za­wędro­wa­ły w tam­to miej­sce.

– Ugh… – sap­nęła, wier­cąc się w miej­scu.

– Twar­de… – mruk­nąłem z uzna­niem i uszczyp­nąłem je­den z nich, wci­ąż li­żąc jej skó­rę. – Jak mój ku­tas. Chcesz spraw­dzić, skar­bie?

Za­wa­ha­ła się, ale w ko­ńcu po­ki­wa­ła gło­wą, kie­dy tyl­ko za­ssa­łem skó­rę. By­łem pe­wien, że gdy ju­tro spoj­rzy w lu­stro, uj­rzy na niej in­ten­syw­nie ró­żo­wy ślad mo­je­go za­in­te­re­so­wa­nia.

Po­tem wszyst­ko po­to­czy­ło się bły­ska­wicz­nie. Obo­je by­li­śmy nadzy i pie­przy­li­śmy się na ka­na­pie. Sie­dzia­łem z ręka­mi sze­ro­ko roz­ło­żo­ny­mi na opar­ciu, a Tal­ly uje­żdża­ła mnie z pa­sją.

Spoj­rza­łem w jej zie­lo­ne, za­mglo­ne po­żąda­niem oczy i wy­obra­zi­łem so­bie, że są brązo­we.

Do­tknąłem jej ja­snych wło­sów, wma­wia­jąc so­bie, że są ciem­ne.

Uda­wa­nie we­szło mi w na­wyk tak bar­dzo, że cza­sem sam się w tym za­tra­ca­łem.

– Prze­pra­szam za spó­źnie­nie. – Lin­da usia­da­ła na­prze­ciw­ko mnie i za­mó­wi­ła wodę, gdy bły­ska­wicz­nie pod­sze­dł do nas ktoś z ob­słu­gi.

Spoj­rza­łem na nią, uno­sząc jed­ną brew, i si­ęgnąłem po moją kawę.

– Zre­zy­gno­wa­łam z kawy – wy­ja­śni­ła. – Jak się mie­wasz? – Odło­ży­ła to­reb­kę i po­pra­wi­ła fry­zu­rę.

Wy­gląda­ła ślicz­nie. Ktoś mó­głby po­wie­dzieć, że to za spra­wą ele­ganc­kich ubrań czy per­fek­cyj­ne­go ma­ki­ja­żu, ale ja uwa­ża­łem, że nie o to cho­dzi­ło. Lin­da błysz­cza­ła czy­mś nie­ma­te­rial­nym – pie­przo­nym szczęściem.

– Zre­lak­so­wa­ny. Wczo­raj na przy­kład…

– O nie! – Po­kręci­ła gło­wą, chi­cho­cząc. Jej oczy roz­bły­sły bla­skiem, któ­ry mó­głbym po­dzi­wiać ka­żde­go dnia. – Nie chcę słu­chać, co zro­bi­łeś ja­kie­jś bied­nej dziew­czy­nie.

Przy­ło­ży­łem dłoń do ser­ca.

– Wca­le nie była bied­na – za­pro­te­sto­wa­łem. – Ra­czej dość… ra­do­sna.

– Wie­rzę. Dla­cze­go nie było cię w ze­szły pi­ątek na ko­la­cji? Isa­bell wy­da­wa­ła się zmar­twio­na.

Kel­ner przy­nió­sł dla niej wodę. Lin­da po­dzi­ęko­wa­ła i uśmiech­nęła się do nie­go pro­mien­nie, a gdy się od­da­lił, znów utkwi­ła we mnie wzrok.

– Co się dzie­je? – spy­ta­ła, po­wa­żnie­jąc.

Cza­sem to, że zna­ła mnie tak do­brze, było moim prze­kle­ństwem. Uda­wa­nie przed ca­łym świa­tem przy­cho­dzi­ło mi ła­twiej niż przed nią.

– Wiem, że ostat­nio nie mam dla cie­bie zbyt wie­le cza­su, ale je­śli coś się dzie­je, mo­żesz mi po­wie­dzieć, Ma­so­nie. Je­ste­śmy przy­ja­ció­łmi.

Wy­mu­si­łem uśmiech.

– Nic się nie dzie­je, ma­le­ńka. Ostat­nio mam tro­chę wi­ęcej pra­cy.

Nie po­wie­dzia­łem jej, że Sa­int Po­ison w jed­nej trze­ciej na­le­ży do mnie i po­chła­nia znacz­nie wi­ęcej mo­jej uwa­gi niż ro­dzin­na fir­ma. To była moja mała ta­jem­ni­ca, któ­rą nie za­mie­rza­łem się dzie­lić z ni­kim. Mat­ka pew­nie skrzy­wi­ła­by się z od­ra­zą, uzna­jąc, że to mi nie przy­stoi, oj­ciec z miej­sca by mnie skry­ty­ko­wał, a Oli­ver wy­śmiał. Nie­na­wi­dzi­łem ta­kie­go trak­to­wa­nia.

– Ale będziesz na uro­dzi­nach Hen­ry’ego? – upew­ni­ła się.

– Oczy­wi­ście. Nie mó­głbym tego prze­ga­pić.

Kiw­nęła gło­wą i na­pi­ła się wody. Zde­cy­do­wa­nie jej ulży­ło.

– Jak fun­da­cja? – Sły­sząc to py­ta­nie, roz­pro­mie­ni­ła się na­tych­miast. – Opo­wia­daj – za­chęci­łem ją, cie­ka­wy po­stępów.

Lin­da z ra­do­ścią dzie­li­ła się ze mną szcze­gó­ła­mi – do mo­men­tu, gdy za­dzwo­nił jej te­le­fon. Zmarsz­czy­ła brwi i si­ęgnęła do to­reb­ki po ko­mór­kę. Krót­kie spoj­rze­nie na wy­świe­tlacz wy­star­czy­ło, by jej usta uło­ży­ły się w olśnie­wa­jący uśmiech, któ­ry był za­re­zer­wo­wa­ny wy­łącz­nie dla jed­nej oso­by. I nie by­łem to ja.

– Tak, ko­cha­nie? – ode­bra­ła. – Och… Do­brze, już jadę. Mhm… Mo­że­my. – Przez chwi­lę przy­słu­chi­wa­ła się temu, co Oli­ver ma jej do po­wie­dze­nia, a po­tem się roz­łączy­ła i zro­bi­ła smut­ną minę. Si­ęgnęła też przez sto­lik, by do­tknąć mo­jej dło­ni. – Wy­bacz, Ma­so­nie. Mu­szę pędzić. Zo­ba­czy­my się in­nym ra­zem. – Wsta­ła po­spiesz­nie i na po­że­gna­nie po­ca­ło­wa­ła mnie w po­li­czek, a po­tem wy­bie­gła z re­stau­ra­cji.

– In­nym ra­zem… – po­wie­dzia­łem do sie­bie. – Za­wsze, gdy będziesz chcia­ła…

Rozdział 2

Ana Grace

Spoj­rza­łam na sie­dzące­go obok pi­ęt­na­sto­lat­ka, któ­ry od­kąd tyl­ko wsia­dł do auta pięć mi­nut temu, zdążył fuk­nąć osten­ta­cyj­nie ja­kieś sie­dem­dzie­si­ąt razy. Ręce skrzy­żo­wa­ne miał na klat­ce, a wzrok utkwio­ny za szy­bą. Wma­wia­łam so­bie, że ob­ser­wu­je spor­to­wy wóz ja­dący obok, ale praw­da była taka, że nie chciał pa­trzeć na mnie.

– Jak mi­nął dzień, ko­cha­nie? – Za­trzy­ma­łam auto na świa­tłach i spraw­dzi­łam go­dzi­nę. Cu­dow­nie, je­śli da­lej będzie­my po­ru­sza­li się w ta­kim tem­pie, nie zdążę na czas do ga­bi­ne­tu. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Nic nie jest w po­rząd­ku – burk­nął pod no­sem.

Trud­no po­wie­dzieć, dla­cze­go wci­ąż się łu­dzi­łam, że okres bun­tu w ja­kiś ma­gicz­ny spo­sób omi­nie na­szą ro­dzi­nę i nie będę mu­sia­ła do­świad­czać tego, co moja mama z pi­ąt­ką dzie­cia­ków. Chy­ba by­łam na­iw­na.

– Je­śli coś się dzie­je, po­roz­ma­wiam z pan­ną Dway­er i z pew­no­ścią…

– Ty nic nie ku­masz, co? – W ko­ńcu Josh na mnie zer­k­nął. Mi­ęsień na jego szczęce drgnął, a w oczach oprócz zło­ści do­strze­głam też żal. To moja wina, że zna­la­zł się w ta­kiej sy­tu­acji. I to bo­la­ło znacz­nie bar­dziej niż ja­ki­kol­wiek cios.

– Chcia­ła­bym, ale mu­sisz mi na to po­zwo­lić. – Świa­tło zmie­ni­ło się na zie­lo­ne, więc ru­szy­łam. – Wiem, że ta szko­ła być może nie jest…

– Nic nie wiesz – prze­rwał mi. – Nic nie wiesz, mamo. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go nie mo­głem zo­stać w Scars­da­le z tatą – jęk­nął. – W czym Bro­ok­lyn jest dla mnie lep­szy, co?

– Roz­ma­wia­li­śmy o tym, Josh. Ja i tata się roz­wie­dli­śmy i po­sta­no­wi­li­śmy, że…

– Mam gdzieś, że się roz­sta­li­ście. Za­bra­łaś mnie z na­sze­go domu, ze szko­ły i od mo­ich przy­ja­ciół! Nie masz pra­wa pie­przyć, że roz­mo­wa z pan­ną Dway­er zmie­ni co­kol­wiek, bo tak się nie sta­nie!

– Wy­ra­żaj się, mło­dy czło­wie­ku! – rzu­ci­łam, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc płacz. Ni­g­dy nie oka­zy­wa­łam sła­bo­ści przy synu. Wła­ści­wie, od­kąd si­ęga­łam pa­mi­ęcią, po­zwa­la­łam so­bie na łzy je­dy­nie wte­dy, gdy by­łam sama. Nie chcia­łam, by Josh wi­dział mnie kom­plet­nie za­ła­ma­ną, a Ri­char­do­wi po pro­stu nie za­mie­rza­łam da­wać sa­tys­fak­cji. – Ko­cham cię i, wierz lub nie, ale ro­bię wszyst­ko, by­śmy ja­koś uło­ży­li so­bie ży­cie. Mnie też jest trud­no.

Żad­ne z nas nie po­wie­dzia­ło już nic wi­ęcej. Josh wró­cił do ga­pie­nia się przez okno, z ko­lei ja sku­pi­łam się na dro­dze, mo­dląc się w du­chu, by zdążyć na se­sję z pa­cjent­ką. Nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na po­tkni­ęcia, gdy za­czy­na­łam tu­taj prak­tycz­nie od zera. Do­tych­czas pro­wa­dzi­łam prak­ty­kę w Scars­da­le, w ga­bi­ne­cie urządzo­nym spe­cjal­nie dla mnie w domu. Ale tam­to ży­cie zo­sta­wi­łam już za sobą, dla­te­go prak­ty­ka na Bro­okly­nie to był mój pierw­szy krok, gdy pod­jęłam de­cy­zję, że odej­dę od Ri­char­da. Ca­łkiem mo­żli­we, że bar­dzo chcia­łam udo­wod­nić mu, że po­ra­dzę so­bie bez nie­go.

Za­par­ko­wa­łam nie­da­le­ko ce­gla­nej ka­mie­ni­cy, w któ­rej wy­naj­mo­wa­łam nie­wiel­ką prze­strzeń. Co­dzien­nie w du­chu dzi­ęko­wa­łam ro­dzi­com za po­moc fi­nan­so­wą, gdy na start mu­sia­łam wpła­cić kau­cję i pod­re­mon­to­wać lo­kal. Josh przy­po­mi­nał w tej chwi­li gra­do­wą chmu­rę, ale wci­ąż po­wta­rza­łam so­bie, że to mi­nie. Ko­chał ojca i nie mo­głam go wi­nić, że za nim tęsk­ni – że tęsk­ni za daw­nym ży­ciem.

Gdy tyl­ko zga­si­łam sil­nik, na­tych­miast wy­sia­dł z auta i, nie ogląda­jąc się za sie­bie, ru­szył w kie­run­ku we­jścia do bu­dyn­ku, po dro­dze ko­pi­ąc ze zło­ścią ka­mień. Przez chwi­lę przy­gląda­łam się jego gniew­nym kro­kom, aż w ko­ńcu ja rów­nież wy­sia­dłam.

– To mi­nie… – po­wie­dzia­łam do sie­bie.

Wszyst­ko, co złe, kie­dyś mija. Ucze­pi­łam się tej my­śli, bo na­pa­wa­ła mnie na­dzie­ją.

– Po­win­naś się wy­lu­zo­wać. – Mar­ga­ret opa­rła się bio­drem o ku­chen­ną szaf­kę i si­ęgnęła po kie­li­szek z wi­nem.

Po­sta­no­wi­ła wpa­ść do mnie z nie­za­po­wie­dzia­ną wi­zy­tą, by po­pra­wić mi hu­mor. Gdy spy­ta­łam, skąd po­my­sł, że mój hu­mor jest zły, od­pa­rła, że nie mie­wam w ostat­nim cza­sie do­brych. Cóż, ra­cja.

– Je­stem mat­ką. Już ni­g­dy nie będę wy­lu­zo­wa­na – od­pa­rłam, ob­ra­ca­jąc w pal­cach nó­żkę od kie­lisz­ka. Tru­nek znaj­du­jący się w środ­ku lek­ko się za­ko­ły­sał.

– I co z tego? – prych­nęła. – Je­steś go­rącą ma­mu­śką i za­słu­gu­jesz na odro­bi­nę przy­jem­no­ści. Josh nie ma pi­ęciu lat. To na­sto­la­tek. Te­raz sądzisz, że tak po­win­na wy­glądać two­ja co­dzien­no­ść, ale za kil­ka lat się obu­dzisz i stwier­dzisz, że twój do­ro­sły syn ma swo­je ży­cie, a ty wci­ąż tkwisz w na­praw­dę po­sra­nej rze­czy­wi­sto­ści. Nie chcę cię wte­dy oglądać. – Skrzy­wi­ła się i jed­nym ły­kiem opró­żni­ła szkło, a na­stęp­nie si­ęgnęła po do­lew­kę.

– Josh jest wście­kły, że nie miesz­ka z oj­cem.

– Nie by­łby, gdy­by miał po­jęcie, jaki su­kin­syn go spło­dził.

– Nie chcę do tego wra­cać, po­wa­żnie. Chcę żyć. Po pro­stu.

– Roz­wie­dli­ście się pół roku temu. – Mar­ga­ret od­sta­wi­ła al­ko­hol i usia­dła obok mnie. Za­ci­ęto­ść w jej spoj­rze­niu zmie­ni­ła się w coś mi­ęk­kie­go, przy­po­mi­na­jące­go wspó­łczu­cie. – Ży­jesz jak za­kon­ni­ca – wy­tknęła mi.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi. To zda­nie pa­da­ło z jej ust dość często i mia­ło na celu zmu­sić mnie do wy­jścia z domu i zna­le­zie­nia mężczy­zny, któ­ry „spe­łnia­łby moje sek­su­al­ne za­chcian­ki”, któ­rych na­wet nie po­sia­da­łam.

– Mam syna.

– I wa­gi­nę, któ­ra po­trze­bu­je to­wa­rzy­stwa. Kie­dy ostat­ni raz ktoś ją od­wie­dził?

– Jezu… – Po­chy­li­łam się i przy­tknęłam czo­ło do chłod­ne­go bla­tu, po czym wes­tchnęłam ci­ężko. Kum­plo­wa­nie się z Mar­ga­ret by­ło­by znacz­nie prost­sze, gdy­by cza­sem umia­ła się po­wstrzy­mać od mó­wie­nia tego, co my­śli.

– Wiesz, że mam ra­cję. – Po­czu­łam na ple­cach jej dłoń, któ­rą wy­ko­ny­wa­ła po­wol­ne i ko­li­ste ru­chy. – Nikt nie każe ci się wi­ązać z ko­lej­nym mężczy­zną, ale nie mo­żesz tak żyć. Je­steś le­kar­ką, za­pew­ne wiesz, że brak re­gu­lar­nych or­ga­zmów pro­wa­dzi do nie­od­wra­cal­nych zmian w mó­zgu.

– Po­win­naś już iść – wy­mam­ro­ta­łam.

– Po­win­naś ko­goś bzyk­nąć, Ana.

– Idź już, na Boga – jęk­nęłam z gło­wą wci­ąż opar­tą o wy­spę.

Mar­ga­ret wsta­ła i, śmie­jąc się jak wa­riat­ka, za­rzu­ci­ła na sie­bie swój gru­by, wzo­rzy­sty swe­ter, a na­stęp­nie ru­szy­ła do wy­jścia, mam­ro­cząc pod no­sem coś o tym, że je­stem mil­fem. A ja zo­sta­łam sama z tymi wszyst­ki­mi idio­tycz­ny­mi my­śla­mi, któ­re wci­ąż za­le­wa­ły mój umy­sł. Same py­ta­nia, żad­nych od­po­wie­dzi.

Po­sprząta­łam kie­lisz­ki, a nie­do­pi­te wino wsta­wi­łam do lo­dów­ki. W dro­dze do ła­zien­ki zaj­rza­łam jesz­cze do po­ko­ju Jo­sha. Spał. I na­wet wte­dy był iry­tu­jąco po­dob­ny do swo­je­go ojca. Pro­sty nos, pe­łne usta i kręco­ne, nie­mal czar­ne wło­sy. Ten dzie­ciak na­wet w jed­nym pro­cen­cie nie przy­po­mi­nał mnie. Pie­przo­ne geny Cal­lo­way­ów. W ko­ńcu się wy­co­fa­łam i po­szłam pro­sto pod prysz­nic, by zmyć z sie­bie to, co po­zo­sta­wił na mo­jej skó­rze ko­lej­ny par­szy­wy dzień. Mo­żli­we, że ra­zem z wodą po mo­jej twa­rzy spły­nęło też kil­ka łez.

Na­stęp­ne­go ran­ka Josh był wy­jąt­ko­wo mil­czący. Nie mia­łam po­jęcia, czy wy­ni­ka­ło to z na­szej kłót­ni, czy może znów roz­ma­wiał z oj­cem. Ri­chard był świet­nym kar­dio­lo­giem, ale nie­ste­ty jesz­cze lep­szym ma­ni­pu­la­to­rem. Po ka­żdej roz­mo­wie z nim syn przez kil­ka dni za­cho­wy­wał się wo­bec mnie ina­czej.

– O któ­rej ko­ńczysz? – spy­ta­łam ła­god­nie i wgry­złam się w tost po­sma­ro­wa­ny ma­słem orze­cho­wym oraz dże­mem. – Nie wiem, czy zdążę po cie­bie przy­je­chać, mam dziś pa­cjen­tów do pó­źna.

– Luz. – Josh wzru­szył ra­mio­na­mi, na­wet na mnie nie pa­trząc. – Wró­cę sam.

– Wpad­niesz do ga­bi­ne­tu?

– Ra­czej nie – mruk­nął, si­ęga­jąc po sok.

– Mo­gli­by­śmy pó­jść gdzieś wspól­nie na obiad.

– Nie chcę, może in­nym ra­zem. – Wstał i ru­szył do wy­jścia, na­wet na mnie nie pa­trząc.

Po­win­nam zwró­cić mu uwa­gę, że nie po­sprzątał po so­bie ta­le­rza, ale uzna­łam, że by­ło­by to jak do­le­wa­nie oli­wy do ognia.

Spędzi­łam w domu jesz­cze pół go­dzi­ny, a po­tem po­je­cha­łam pro­sto do pra­cy.

Oko­li­ca, w któ­rej znaj­do­wał się mój ga­bi­net, wy­da­wa­ła się wręcz ba­jecz­nie pi­ęk­na. Mnó­stwo zie­le­ni, rze­źbio­ne fa­sa­dy bu­dyn­ków, uro­kli­we ka­wiar­nie, skle­py i pie­kar­nie. Ci­sza, spo­kój. Czy­li do­kład­nie to, cze­go było mi po­trze­ba. Na trze­cim pi­ętrze jed­nej z ka­mie­nic przy Mon­ta­gue Stre­et mia­łam do dys­po­zy­cji dwa prze­chod­nie po­miesz­cze­nia. W pierw­szym urządzi­łam przy­tul­ną po­cze­kal­nię z mnó­stwem ro­ślin oraz miej­sce dla Brie, mo­jej asy­stent­ki, w dru­gim zaś znaj­do­wał się ga­bi­net, gdzie przyj­mo­wa­łam pa­cjen­tów. Umiesz­czo­na na drzwiach zło­ta pla­kiet­ka z wy­gra­we­ro­wa­nym moim na­zwi­skiem była jak wi­sien­ka na tor­cie i ka­żde­go dnia nie­zmien­nie na­pa­wa­ła mnie ogrom­ną dumą. Po la­tach ży­cia w cie­niu uta­len­to­wa­ne­go męża w ko­ńcu mo­głam za­bły­snąć. Sta­łam się „dok­tor Whi­tlow”, a nie tyl­ko „żoną dok­to­ra Cal­lo­waya”. To przy­jem­na od­mia­na, z któ­rą nie­ste­ty zwle­ka­łam zbyt dłu­go.

– Brie, dzień do­bry. – Uśmiech­nęłam się na wi­dok drob­nej bru­net­ki za biur­kiem.

Pra­co­wa­ła ze mną od dwóch mie­si­ęcy. Za­trud­ni­łam ją, po­nie­waż pa­pier­ko­wa ro­bo­ta odro­bi­nę mnie prze­ra­sta­ła, a ta dziew­czy­na oka­za­ła się na­praw­dę świet­na. Była by­stra i su­mien­na.

– Ana! Je­steś dziś wcze­śniej – za­uwa­ży­ła, uno­sząc ide­al­nie wy­pie­lęgno­wa­ną ciem­ną brew. Si­ęgnęła po plik ko­pert i wręczy­ła mi je.

– Mam kil­ka rze­czy do nad­ro­bie­nia, za­nim po­ja­wi się pierw­szy pa­cjent. – Po­bie­żnie przej­rza­łam pocz­tę, stwier­dza­jąc, że są to głów­nie re­kla­my i w za­sa­dzie na­da­ją się je­dy­nie do wy­rzu­ce­nia.

Brie przy­gląda­ła mi się uwa­żnie, jak­by się nad czy­mś za­sta­na­wia­ła.

– Coś się sta­ło? – Zer­k­nęłam na nią.

Po­kręci­ła gło­wą, a ja ru­szy­łam do ga­bi­ne­tu.

– Tyl­ko się na mnie nie gnie­waj! – za­wo­ła­ła za mną.

Nie mia­łam po­jęcia, o co jej cho­dzi, do­pó­ki nie otwo­rzy­łam drzwi. Na szkla­nym sto­li­ku cze­ka­ła na mnie nie­spo­dzian­ka – ogrom­ny bu­kiet. Czer­wo­ne róże, któ­rych za­pach wy­pe­łniał po­miesz­cze­nie i dra­żnił nos. Mo­men­tal­nie na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia, bo te kwia­ty przy­słał oczy­wi­ście mój były mąż. My­śla­łam, że w ko­ńcu da so­bie spo­kój, ale naj­wi­docz­niej uznał, że lata spędzo­ne u jego boku to za mało, bym mia­ła go dość.

– Brie? – jęk­nęłam. – Dla­cze­go ich nie wy­rzu­ci­łaś?

Po pierw­szym bu­kie­cie, któ­ry przy­słał Ri­chard, po­pro­si­łam moją asy­stent­kę, by ni­g­dy wi­ęcej nie przyj­mo­wa­ła żad­nych upo­min­ków od nie­go, ale – jak wi­dać – mia­ła to gdzieś. Brie była nie­po­praw­ną ro­man­tycz­ką, któ­ra nie wie­dzia­ła, jaki był po­wód mo­je­go roz­wo­du, dla­te­go wy­da­wa­ło jej się, że w ten spo­sób przy­czy­ni się do po­now­ne­go wy­bu­chu wiel­kiej mi­ło­ści mi­ędzy mną a Ri­char­dem.

– Nie gnie­waj się, są ta­kie pi­ęk­ne – za­szcze­bio­ta­ła. – Wiem, wiem, nie chcesz ich, ale…

– Brie… – wzi­ęłam głębo­ki od­dech – …za­bierz je stąd. Pro­szę.

Dziew­czy­na szyb­ko kiw­nęła gło­wą i po chwi­li ulot­ni­ła się ra­zem z tymi cho­ler­ny­mi cha­ba­zia­mi. Nie­ste­ty ich za­pach wci­ąż uno­sił się w po­miesz­cze­niu, dla­te­go na­tych­miast otwo­rzy­łam okno na oścież. To nie tak, że nie lu­bi­łam kwia­tów, ale czer­wo­ne róże wy­wo­ły­wa­ły we mnie wspo­mnie­nia zwi­ąza­ne z Ri­char­dem, a chcia­łam się ich po­zbyć.

Mniej wi­ęcej w po­rze lun­chu do ga­bi­ne­tu wpa­ro­wał Josh. I pew­nie by mnie to ucie­szy­ło, gdy­by nie gi­gan­tycz­ny si­niak na jego twa­rzy.

– Chry­ste, Josh! – Ze­rwa­łam się z miej­sca i w dwóch kro­kach zna­la­złam tuż przy nim. Chwy­ci­łam jego twarz w dło­nie, by le­piej mu się przyj­rzeć. – Josh…

– Nic mi nie jest – mruk­nął, a po chwi­li się skrzy­wił. – Tyl­ko tro­chę pie­cze.

– Co ci się sta­ło? – Po­mo­głam mu usi­ąść i kuc­nęłam przy nim. – Boże, Josh… Coś ty na­ro­bił…?

– Ja? A nie po­my­śla­łaś, że to nie jest moja wina? Tyl­ko tej cho­ler­nej szko­ły?! – wrza­snął. – Nie­na­wi­dzę tego miej­sca. – Spoj­rzał mi w oczy. Nie kła­mał. – Nie­na­wi­dzę.

Po­zwo­li­łam mu po­je­chać do domu, cho­ciaż wo­la­ła­bym go mieć na oku. Nie po­wie­dział, co się wy­da­rzy­ło, ale mia­łam za­miar wró­cić do tej roz­mo­wy.

Gdy ostat­ni pa­cjent opu­ścił ga­bi­net, wy­bra­łam nu­mer wy­cho­waw­czy­ni Jo­sha.

– Pani Cal­lo­way. – Pan­na Dway­er ode­bra­ła po trze­cim sy­gna­le. Sły­sza­łam prze­ra­źli­wy wrzask jej pu­pi­li. Za­zwy­czaj nie oce­nia­łam lu­dzi, ale sze­śćdzie­si­ęcio­let­nia sin­giel­ka, któ­ra miesz­ka­ła z kil­ko­ma ko­ta­mi, ra­czej nie wzbu­dza­ła mo­je­go za­ufa­nia w kwe­stii po­rad ro­dzi­ciel­skich. – Mia­łam do pani te­le­fo­no­wać.

– Whi­tlow – po­pra­wi­łam ją. – Pro­szę mi po­wie­dzieć, co się dziś wy­da­rzy­ło. Mój syn wró­cił ze szko­ły po­si­nia­czo­ny. Na­praw­dę się sta­ram, by ja­koś…

– Josh wsz­czął bój­kę – oznaj­mi­ła. – Po­bił ko­le­gę z kla­sy. Po­dob­no już wcze­śniej do­cho­dzi­ło mi­ędzy nimi do ja­ki­chś prze­py­cha­nek, ale dziś… no cóż, zda­je się, że pro­blem eska­lo­wał.

– Wcze­śniej? Jak to? Chry­ste… – Od­chy­li­łam gło­wę i za­trzy­ma­łam wzrok na su­fi­cie. Josh ani sło­wem nie wspo­mniał, że ma z kimś pro­ble­my. Ow­szem, na­rze­kał na szko­łę i na­uczy­cie­li, ale sądzi­łam że jest po pro­stu zły, bo mu­siał się prze­pro­wa­dzić.

– Po­win­na się pani po­ja­wić w szko­le. Wiem, że jest pani psy­cho­lo­giem, ale naj­trud­niej po­ma­ga się bli­skim. Poza tym mu­si­my omó­wić, jak Josh nad­ro­bi za­le­gło­ści.

– Za­le­gło­ści? – Usia­dłam pro­sto.

– Tak, omi­nęły go dwa duże pro­jek­ty w gru­pach. Ty­dzień nie­obec­no­ści to ca­łkiem spo­ro, ale cie­szę się, że już wy­zdro­wiał.

Ty­dzień. Nie było go w szko­le przez ty­dzień…

Wzi­ęłam głębo­ki od­dech, sta­ra­jąc się za­brzmieć swo­bod­nie.

– Czy po­win­nam prze­słać ja­kieś… za­świad­cze­nie od le­ka­rza?

Po­win­naś dać gnoj­ko­wi szla­ban!

Ale tego nie zro­bisz.

– Och, nie, pan Cal­lo­way już się wszyst­kim za­jął. Na przy­szło­ść pro­szę pa­mi­ętać, że nie­obec­no­ść ucznia zgła­sza­my na­tych­miast.

Przez ko­lej­ne kil­ka mi­nut pan­na Dway­er opo­wia­da­ła mi o mo­żli­wych for­mach wspar­cia, ja­kie ofe­ru­je dzie­ciom szko­ła, a ja po pro­stu przy­ta­ki­wa­łam, by jak naj­szyb­ciej się roz­łączyć, bo o tym wszyst­kim wie­dzia­łam, wie­lo­krot­nie wspó­łpra­co­wa­łam z pe­da­go­ga­mi szkol­ny­mi, gdy pro­wa­dzi­łam te­ra­pię dla dzie­ci.

Kie­dy się po­że­gna­ły­śmy, od razu wy­bra­łam nu­mer Ri­char­da.

– Gra­ce, ko­cha­nie – ode­zwał się uprzej­mie, a ja, sły­sząc ten ton, po­czu­łam prze­bie­ga­jące po kręgo­słu­pie ciar­ki. – Coś się sta­ło?

– Po­wie­dzia­łeś, że ko­chasz Jo­sha… – Nic nie mo­głam po­ra­dzić na to, że mój głos się za­ła­mał, a do oczu na­pły­nęły łzy.

– Ko­cham was obo­je.

– Prze­stań – syk­nęłam. – Roz­ma­wia­łam z jego wy­cho­waw­czy­nią. Gdy­byś go ko­chał, nie za­cho­wa­łbyś się w ten spo­sób.

– Och, o to cho­dzi – rzu­cił lek­ce­wa­żąco, jak­bym po­in­for­mo­wa­ła go o po­go­dzie. – Josh chciał od­po­cząć.

– On musi cho­dzić do szko­ły.

– Mój syn cier­pi, Gra­ce. Ja cier­pię. Je­stem pe­wien, że ty rów­nież, ale je­steś zbyt upar­ta, by się do tego przy­znać. Ten wy­jazd do No­we­go Jor­ku był skraj­nie nie­roz­sąd­ny i tyl­ko utwier­dził mnie w prze­ko­na­niu, że po­trze­bu­jesz po­mo­cy, ko­cha­nie. Josh cię znie­na­wi­dzi, to tyl­ko kwe­stia cza­su.

– Wiesz co? Pieprz się!

Roz­łącza­jąc się, sły­sza­łam śmiech Ri­char­da.

– Pieprz się, dra­niu… – wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem, czu­jąc, jak po po­licz­kach spły­wa­ją mi łzy.

Rozdział 3

Mason

– Cze­ść, okrusz­ku – przy­wi­ta­łem się i po­ło­ży­łem na nie­wiel­kiej pły­cie z brązu bia­łe­go mi­sia z czer­wo­ną ko­kar­dą na szyi. Za­bra­łem też tego, któ­ry le­żał tu od mo­jej ostat­niej wi­zy­ty i wy­glądał, jak­by ktoś wy­ci­ągnął go z ka­na­łu ście­ko­we­go. – Wu­jek Ma­son przy­nió­sł ci coś eks­tra. Ten jest ład­niej­szy niż po­przed­ni.

Usia­dłem na wąskiej, drew­nia­nej ław­ce, któ­rą wy­ko­na­no na po­le­ce­nie mo­jej mat­ki. Char­lot­te, daw­na dziew­czy­na Oli­ve­ra, i jej ro­dzi­ce przy­je­żdża­li tu­taj raz w roku, w rocz­ni­cę śmier­ci ma­łej Lily, ale Isa­bell Scott była bar­dziej su­mien­na i po­ja­wia­ła się raz w ty­go­dniu, ni­ko­mu o tym nie wspo­mi­na­jąc. Tak wła­ści­wie ja też się tym nie chwa­li­łem. Do­wie­dzie­li­śmy się o tych na­szych po­ta­jem­nych wi­zy­tach zu­pe­łnie przy­pad­kiem, gdy za­miast na lunch przy­je­cha­łem na cmen­tarz, choć za­zwy­czaj by­wa­łem tu­taj rano. Mat­ka sie­dzia­ła wte­dy na ław­ce i ga­pi­ła się w pły­tę, co chwi­la ocie­ra­jąc zły.

Tyl­ko Oli­ver nie po­tra­fił się prze­móc.

Gdy cór­ka mo­je­go bra­ta przy­szła na świat, by­łem gów­nia­rzem, ale do­sko­na­le pa­mi­ętam dzień, w któ­rym zma­rła. I ka­żdy na­stęp­ny – pe­łen bólu, roz­pa­czy i cier­pie­nia. Coś się wte­dy ze­psu­ło w na­szej ro­dzi­nie, ale wszy­scy uda­ją, że tak się nie sta­ło.

– Je­steś. – Mama usia­dła obok mnie i uśmiech­nęła się na wi­dok no­we­go mi­sia. – Pi­ęk­ny, Ma­so­nie. Na­praw­dę prze­ślicz­ny.

Kiw­nąłem gło­wą i po­zwo­li­łem jej po­ca­ło­wać się w po­li­czek.

– Prze­sta­łeś nas od­wie­dzać. Co się dzie­je?

– Nic. Je­stem za­jęty – od­pa­rłem. Mi­nąłem się z praw­dą, ale za­le­d­wie o cal, więc nie mo­głem uznać tego za kłam­stwo.

– Nie pa­mi­ętam, kie­dy ostat­nio je­dli­śmy wspól­nie ko­la­cję. Hen­ry wci­ąż o cie­bie pyta.

Na wspo­mnie­nie bra­tan­ka na mo­ich ustach po­ja­wił się sze­ro­ki uśmiech. Czy by­łem idio­tą, ma­rząc o du­żej ro­dzi­nie i gro­mad­ce dzie­ci? To był mój cel. Ro­dzi­na i szczęście.

– Po­ja­wię się na jego uro­dzi­nach. Prze­cież to oczy­wi­ste, że wa­sze pre­zen­ty będą bez­na­dziej­nie edu­ka­cyj­ne i cho­ler­nie nud­ne. Ktoś musi po­ka­zać temu dzie­cia­ko­wi, co ozna­cza praw­dzi­wa za­ba­wa.

Po­kręci­ła gło­wą, nie kry­jąc roz­ba­wie­nia. Przy­su­nęła się do mnie i opa­rła mi gło­wę na ra­mie­niu. Po­tem żad­ne z nas już nic nie mó­wi­ło. W kom­plet­nej ci­szy spędzi­li­śmy nie­mal go­dzi­nę, po upły­wie któ­rej mama wsta­ła i po­czo­chra­ła mnie po wło­sach, jak­bym był nie­sfor­nym kil­ku­lat­kiem.

– Mogę li­czyć, że wpad­niesz ju­tro na ko­la­cję?

– A co jest w menu?

– Nie­straw­no­ść. – Prze­wró­ci­ła ocza­mi. – Lin­da go­tu­je. Ostat­nio przy­rządza tyl­ko to, co ocie­ka tłusz­czem. Nie mam ser­ca po­wie­dzieć jej, żeby prze­sta­ła.

– Py­cha. – Chwy­ci­łem dłoń mamy i zło­ży­łem na niej po­ca­łu­nek. – Przy­ja­dę, obie­cu­ję.

– Nie idziesz jesz­cze? – Prze­wie­si­ła przez ra­mię to­reb­kę na cien­kim, zło­tym ła­ńcusz­ku.

– Nie. Zo­sta­nę tu jesz­cze tro­chę. Po­tem zaj­rzę na grób dziad­ka.

– Do­bry z cie­bie dzie­ciak, Ma­so­nie. Naj­lep­szy.

W fir­mie od sa­me­go rana pa­no­wał cha­os, ale wca­le mi to nie prze­szka­dza­ło. Wręcz prze­ciw­nie – to ci­sza była dla mnie za­trwa­ża­jąca i nie­zno­śna. Wszy­scy uwi­ja­li się jak w ukro­pie, Oli­ver wrzesz­czał do te­le­fo­nu, a oj­ciec ulot­nił się pod pre­tek­stem wi­zy­ty u le­ka­rza. Kła­mał. Od­był ją wczo­raj, ale mój brat był zbyt roz­tar­gnio­ny, by za­uwa­żać coś ta­kie­go.

– Ma­son… – Sa­man­tha zaj­rza­ła do mo­je­go ga­bi­ne­tu. – Za­mó­wić ci lunch?

Zer­k­nąłem na ze­ga­rek i z za­sko­cze­niem stwier­dzi­łem, że fak­tycz­nie, pora coś zje­ść.

– Je­steś anio­łem. Chęt­nie coś prze­kąszę. Czy nie­tak­tem będzie, je­śli po­pro­szę cię, byś zo­sta­ła moim ta­le­rzem?

Ko­bie­ta za­chi­cho­ta­ła, a na jej po­licz­kach po­ja­wi­ły się ru­mie­ńce. Od daw­na się we mnie pod­ko­chi­wa­ła, ale nie chcia­łem psuć at­mos­fe­ry w fir­mie, gdy­by nam nie wy­szło, dla­te­go ogra­ni­czy­łem się do nie­win­ne­go flir­tu.

– Tak. My­ślę, że to mo­gło­by zo­stać uzna­ne za nie­takt.

Wes­tchnąłem te­atral­nie.

– Pie­przo­ne kon­we­nan­se. Niech żyją he­do­nizm i bo­he­ma!

Gdy Sa­man­ta się od­da­li­ła, prze­ci­ągnąłem się i si­ęgnąłem po zim­ną już kawę. Nie zdąży­łem się na­pić, bo w pro­gu po­ja­wił się Oli­ver. Ca­łkiem mo­żli­we, że z jego uszu bu­chał dym, a noz­drza fa­lo­wa­ły pod wpły­wem ci­ężkie­go od­de­chu.

– Mu­sisz je­chać do… – prze­rwał, marsz­cząc brwi. – Co ty masz na so­bie?

Spoj­rza­łem w dół. Mo­żli­we, że fak­tycz­nie tro­chę prze­sa­dzi­łem z tą ko­szu­lą w kwia­ty, ale na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie do­dam, że świa­tło w mo­jej gar­de­ro­bie prze­sta­ło dzia­łać, a ja na­praw­dę się spie­szy­łem.

– O co ci cho­dzi? – Wy­szcze­rzy­łem się. – Nie lu­bisz kwia­tów?

Oli­ver pod­sze­dł do biur­ka i usia­dł na fo­te­lu.

– Nie mam ocho­ty wy­słu­chi­wać two­je­go pie­prze­nia. Mu­sisz po­je­chać na Man­hat­tan. Bel­le­vue Ho­spi­tal. Twier­dzą, że jest ja­kiś wy­ciek da­nych.

– To pro­śba?

– Po­le­ce­nie słu­żbo­we. – Prze­ta­rł dło­nią twarz. Zde­cy­do­wa­nie nie miał ocho­ty na żar­ty. – Po pro­stu tam jedź, Ma­son. Nikt inny tego nie za­ła­twi.

– Auć! – Skrzy­wi­łem się.

– Co?

– Zda­je się, że wła­śnie wcho­dzisz mi w ty­łek.

– Ma­son. Jedź. Tam. Do. Kur­wy. Nędzy.

– Nie uży­łeś lu­bry­kan­tu – stwier­dzi­łem po­wa­żnie, od­chy­la­jąc się w fo­te­lu. Gra­nie mu na ner­wach na­le­ża­ło do jed­nej z wie­lu przy­jem­no­ści w moim ży­ciu.

– Lu­bryk… – Nie do­ko­ńczył, a po chwi­li mi­ędzy jego brwia­mi po­ja­wi­ła się pio­no­wa zmarszcz­ka. Naj­wy­ra­źniej wła­śnie do­ta­rło do nie­go, co mia­łem na my­śli. Przy­mknął na mo­ment po­wie­ki i wzi­ął głębo­ki od­dech, a po­tem po­wie­dział: – Pro­szę, po­je­dź do tego cho­ler­ne­go szpi­ta­la i to za­łatw.

– Ha! – Wy­ce­lo­wa­łem w nie­go dłu­go­pi­sem. – Wi­dzisz? Wśli­zgnąłeś się nie­mal nie­po­strze­że­nie.

Oli­ver na­tych­miast wstał i wy­bie­gł z mo­je­go ga­bi­ne­tu, mam­ro­cząc coś o cho­ro­bach psy­chicz­nych w ro­dzi­nie i o ko­niecz­no­ści ba­dań. Nie by­łem cho­ry. By­łem obrzy­dli­wie zdro­wy i świa­do­my tego, co mnie ota­cza­ło.

Zgod­nie z wy­mu­szo­ną pro­śbą bra­ta uda­łem się na Man­hat­tan w to­wa­rzy­stwie na­szych dwóch naj­lep­szych in­for­ma­ty­ków. Wpusz­czo­no nas we­jściem dla per­so­ne­lu i wręczo­no prze­pust­ki.

W biu­rze dy­rek­to­ra spędzi­li­śmy po­nad go­dzi­nę, mimo że nasi pra­cow­ni­cy zlo­ka­li­zo­wa­li pro­blem w ci­ągu kil­ku mi­nut. Gdy mia­łem pew­no­ść, że sy­tu­acja jest opa­no­wa­na, uda­łem się na spo­tka­nie z za­rządem szpi­ta­la, by wy­tłu­ma­czyć, co do­kład­nie się wy­da­rzy­ło i przede wszyst­kim – dla­cze­go. Po­cząt­ko­we prze­ra­że­nie prze­szło jed­nak w wes­tchnie­nie ulgi, gdy za­pew­ni­łem, że ża­den wy­ciek nie miał miej­sca, a to, co uzna­li za wła­ma­nie, było je­dy­nie nie­ty­po­wym ru­chem sie­cio­wym. Mu­sia­łem jed­nak na­świe­tlić na­sze dzia­ła­nia krok po kro­ku i obie­cać prze­sła­nie w ci­ągu kil­ku dni pe­łne­go au­dy­tu bez­pie­cze­ństwa.

Wró­ci­łem do fir­my dwie go­dzi­ny pó­źniej. W ga­bi­ne­cie cze­kał na mnie zim­ny lunch wraz z nie­do­pi­tą kawą. I Oli­ver. Sie­dział przy biur­ku i wy­glądał na zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zre­lak­so­wa­ne­go niż wcze­śniej.

– Uda­ło ci się – stwier­dził.

– Nie. Zro­bi­łem to, co do mnie na­le­ża­ło, i jak zwy­kle świet­nie so­bie po­ra­dzi­łem. Złaź. – Sta­nąłem nad nim. – Chcesz wie­dzieć, co ro­bi­łem, sie­dząc na tym fo­te­lu?

– Je­steś po­pie­przo­ny. – Oli­ver po­de­rwał się z miej­sca i z obrzy­dze­niem otrze­pał ciem­ne spodnie. Tyl­ko reszt­ka­mi sił po­wstrzy­ma­łem się od ryk­ni­ęcia śmie­chem. – Będziesz na ko­la­cji? Mat­ka się o cie­bie mar­twi.

– Nie­po­trzeb­nie. – Roz­sia­dłem się wy­god­nie w fo­te­lu. – Mam się świet­nie.

– To samo jej po­wie­dzia­łem. Ale do­brze by było, gdy­byś wpa­dł. Lin­da się ucie­szy, Hen­ry też. Pyta o cie­bie. Poza tym mamy wam coś wa­żne­go do po­wie­dze­nia.

– Co?

– Do­wiesz się, je­śli wpad­niesz.

Oli­ver wy­sze­dł, zo­sta­wia­jąc mnie z dziw­nym uczu­ciem nie­po­ko­ju, któ­re­go nie po­tra­fi­łem wy­ja­śnić. Osia­dło się na dnie ser­ca i na­gle sta­ło się nie­zno­śnie uci­ążli­we.

Jego sło­wa nie­przy­jem­nie hu­cza­ły mi w gło­wie przez resz­tę dnia.

– Ma­son! – Lin­da ode­tchnęła z ulgą, gdy mnie zo­ba­czy­ła, a chwi­lę pó­źniej pod­bie­gł do nas Hen­ry.

– Wu­ja­szek! – krzyk­nął chło­piec na mój wi­dok. Wci­ąż sta­li­śmy w pro­gu, a ja w dło­ni trzy­ma­łem tor­bę z cu­kier­ni, do któ­rej wstąpi­łem po dro­dze. Po­da­łem Lin­dzie pa­ku­nek z cia­stem, a na­stęp­nie wzi­ąłem Hen­ry’ego na ręce. – Bab­cia po­wie­dzia­ła, że je­śli nie przyj­dziesz, to sama po cie­bie po­je­dzie.

– Tak? – Zmarsz­czy­łem brwi, kie­ru­jąc się pro­sto do ja­dal­ni. Wszędzie uno­sił się za­pach je­dze­nia.

– Tak! – Ener­gicz­nie po­ki­wał gło­wą. – Ale ja wie­dzia­łem, że nas od­wie­dzisz. Po­dob­no obie­ca­łeś, a jak ty coś obie­casz, to za­wsze do­trzy­mu­jesz sło­wa.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu u szczy­tu sto­łu nie sie­dział tata, lecz Oli­ver. Niby nic wiel­kie­go, ale od­kąd si­ęga­łem pa­mi­ęcią, to miej­sce na­le­ża­ło albo do dziad­ka, albo do ojca. Dziś dum­nie zaj­mo­wał je mój brat. Sie­dział jak król i sączył wino. To do­pie­ro było za­sko­cze­nie, po­nie­waż nie przy­po­mi­na­łem so­bie, by kie­dy­kol­wiek pił. Raz. Tak, to był tyl­ko raz, gdy wy­szło na jaw, że przez trzy lata wma­wiał ro­dzi­nie, że Lin­da go zdra­dzi­ła.

Zer­k­nął na mnie, a po­tem na mój ró­żo­wy swe­ter i prze­wró­cił ocza­mi.

– Ma­son – ode­zwał się oj­ciec. – W ko­ńcu. By­łem pe­wien, że się nie po­ja­wisz. Mat­ka wy­le­wa przez cie­bie łzy.

– Wu­ja­szek za­wsze do­trzy­mu­je sło­wa. – Hen­ry moc­niej do mnie przy­lgnął. – Jest eks­tra!

Oj­ciec i Oli­ver wy­mie­ni­li po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, a po­tem obaj się uśmiech­nęli. Nie było w tym nic przy­ja­zne­go. Po­czu­łem się, jak­bym nie­spo­dzie­wa­nie zna­la­zł się w miej­scu, w któ­rym w ogó­le nie po­win­no mnie być.

Po­sta­wi­łem Hen­ry’ego na podło­dze, a ten od razu po­bie­gł do kuch­ni. Swo­bod­nym kro­kiem pod­sze­dłem do bar­ku i na­la­łem so­bie whi­sky, czu­jąc na so­bie wzrok za­rów­no taty, jak i bra­ta, a na­stęp­nie za­jąłem miej­sce przy sto­le. Oj­ciec opo­wia­dał o ja­ki­mś jach­cie i pla­nach na wa­ka­cje, a Oli­ver słu­chał go uwa­żnie, co chwi­lę wtrąca­jąc coś o pod­ró­ży, któ­rą od­by­li z Lin­dą w ubie­głym roku. Przy­gląda­łem się im z za­zdro­ścią i nie mo­głem po­zbyć się wra­że­nia, że tam nie pa­su­ję. Do nich, do tej ro­dzi­ny. Jak­bym był ku­ku­łczym ja­jem, któ­re­go nie po­zby­li się w porę.

Do ja­dal­ni we­szła mat­ka, dum­nie nio­sąc przed sobą pó­łmi­sek z mi­ęsem.

– Nie ma go­spo­si? – spy­ta­łem zdzi­wio­ny.

– Nie ma – od­pa­rła Lin­da, któ­ra podąża­ła tuż za Isa­bell. Trzy­ma­ła w dło­niach mi­skę z wa­rzy­wa­mi. – Pod­czas ro­dzin­nej ko­la­cji je­ste­śmy tyl­ko my. Poza tym Hen­ry po­wi­nien wie­dzieć, skąd się bie­rze po­si­łek na sto­le i jak się go przy­rządza.

– Ko­cha­nie, prze­cież pro­si­łem… – Oli­ver wstał i pod­sze­dł do Lin­dy. Do­słow­nie wy­rwał jej z rąk na­czy­nie, a po­tem usta­wił je na sto­le i od­su­nął krze­sło, by jego „nie­żo­na” mo­gła usi­ąść. W my­ślach tak wła­śnie na­zy­wa­łem Lin­dę, bo to brzmia­ło zno­śniej niż na przy­kład „uko­cha­na”. „Nie­żo­na” było w po­rząd­ku.

– Nuda – oznaj­mi­łem w po­ło­wie je­dze­nia. – Co po­wie­cie na roz­bie­ra­ne­go po­ke­ra?

Mama się za­krztu­si­ła, oj­ciec zbla­dł, a Oli­ver spoj­rzał na mnie z po­li­to­wa­niem. Tyl­ko Lin­da za­chi­cho­ta­ła i pu­ści­ła do mnie oko. No i Hen­ry wy­da­wał się za­cie­ka­wio­ny, ale on nie miał po­jęcia, na czym po­le­ga roz­bie­ra­ny po­ker. Nie wiem, dla­cze­go to za­pro­po­no­wa­łem. Chy­ba uzna­łem, że po pro­stu mu­szę po­wie­dzieć coś, co wszyst­kich roz­cza­ru­je albo wpra­wi w kon­ster­na­cję. To tro­chę jak ro­dzin­na tra­dy­cja.

– My­ślę, że tym ra­zem mamy coś, co prze­bi­je na­wet two­je wy­głu­py – oznaj­mił Oli­ver z wy­ższo­ścią, któ­rej u nie­go szcze­rze nie­na­wi­dzi­łem, a na­stęp­nie na­krył swo­ją dło­nią dłoń Lin­dy i ści­snął lek­ko, jak­by tym ge­stem chciał jej coś prze­ka­zać. Obo­je wy­mie­ni­li też zna­czące uśmie­chy.

– Oli­ver… – Mat­ka odło­ży­ła sztu­ćce i wy­ta­rła usta ser­wet­ką. Wy­da­wa­ła się odro­bi­nę za­nie­po­ko­jo­na.

– Ja czy ty? – szep­nęła Lin­da. – Może ty?

Oli­ver ski­nął gło­wą i wstał, po czym unió­sł kie­li­szek z wi­nem.

– Ta ko­la­cja jest wy­jąt­ko­wa i cie­szę się, że je­ste­śmy tu wszy­scy.

Za­sa­lu­to­wa­łem, co nie­sa­mo­wi­cie roz­ba­wi­ło Hen­ry’ego, ale Isa­bell szyb­ko go uci­szy­ła.

– Tak więc… – Oli­ver od­chrząk­nął. – Chcie­li­śmy po­wie­dzieć wam, że wkrót­ce… – głos mu za­drżał – …że ja, my… będzie­my mie­li dru­gie dziec­ko.

Szloch mat­ki prze­ci­ął chwi­lo­wą ci­szę, któ­ra na­sta­ła po tym wy­zna­niu. Na­tych­miast się wy­rwa­ła, by zło­żyć im gra­tu­la­cje. Oj­ciec z dumą po­kle­pał Oli­ve­ra po ple­cach, a w jego oczach do­strze­głem łzy. Lin­da z ko­lei spoj­rza­ła na mnie nie­pew­nie, więc wsta­łem, opró­żni­łem szklan­kę z al­ko­ho­lem i pod­sze­dłem do niej, sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc.

– Nic nie po­wiesz? – szep­nęła, mru­ga­jąc szyb­ciej niż zwy­kle, by od­go­nić łzy. – Nie cie­szysz się? – Do­tknęła swo­je­go brzu­cha, któ­ry był już lek­ko za­okrąglo­ny. Wcze­śniej nie zwró­ci­łem na to uwa­gi, po­nie­waż no­si­ła ob­szer­niej­sze ubra­nia. Wi­docz­nie nie chcia­ła, by ktoś za­uwa­żył, nim ogło­szą to ofi­cjal­nie.

Wierz­chem dło­ni mu­snąłem jej po­li­czek. Ostro­żnie i de­li­kat­nie, jak­by była ze szkła. Dla mnie taka wła­śnie była. Kru­cha.

– Ma­le­ńka… – szep­nąłem i przy­tu­li­łem ją do sie­bie, za­ci­ąga­jąc się za­pa­chem jej szam­po­nu i ta­nich per­fum, któ­rych uży­wa­ła nie­zmien­nie od lat. Wszyst­kie dźwi­ęki wo­kół na­gle uci­chły. By­li­śmy tyl­ko my. – Cie­szę się. Cie­szy mnie wszyst­ko, co spra­wia, że na two­jej twa­rzy go­ści uśmiech. Chcę go wi­dzieć za­wsze.

Gło­śne chrząk­ni­ęcie Oli­ve­ra spra­wi­ło, że świat, któ­ry dla mnie na mo­ment się za­trzy­mał, wła­śnie ru­szył. Od­su­nąłem się od Lin­dy.

– Tak się cie­szę – po­wie­dzia­ła mat­ka, ocie­ra­jąc łzy. – To… Mój Boże, to cud. Znak. Nie wiem na­wet, jak to na­zwać.

– Nie chcę sio­stry. – Hen­ry się skrzy­wił, jak­by ktoś wła­śnie pod­sta­wił mu pod nos coś cuch­nące­go.

– A ja ma­rzę, by to była dziew­czyn­ka! – Mat­ka z en­tu­zja­zmem kla­snęła w dło­nie. – Albo naj­le­piej bli­źnia­ki! Tak!

– Isa­bell… – Oj­ciec po­słał jej po­bła­żli­wy uśmiech. – Daj już spo­kój. Synu – zwró­cił się do Oli­ve­ra – je­stem dum­ny. Wie­le prze­sze­dłeś, by być w tym miej­scu, w któ­rym się znaj­du­jesz.

– Dzi­ęki, tato. – Oli­ver po­now­nie unió­sł kie­li­szek. – Dziś na­wet ja mu­sia­łem wznie­ść to­ast. Lin­do… – prze­łk­nął ci­ężko. – Ko­cha­nie, dzi­ęku­ję.

Ich usta się złączy­ły, a ja – mo­żli­we, że by­łem ma­so­chi­stą – nie po­tra­fi­łem od­wró­cić wzro­ku.

„Ko­cha­nie, dzi­ęku­ję”.

„A ja ma­rzę, by to była dziew­czyn­ka!”

„Synu, je­stem dum­ny”.

„Nic nie po­wiesz? Nie cie­szysz się?”

Pod­sze­dłem do bar­ku i do­la­łem so­bie al­ko­ho­lu. Po na­my­śle wró­ci­łem na miej­sce z całą bu­tel­ką, a py­ta­jące spoj­rze­nia skwi­to­wa­łem zwi­ęzłym:

– Ktoś musi po­rząd­nie to uczcić, mi­ęcza­ki.

Po­tem już nikt nie zwra­cał na mnie uwa­gi. Nie żeby mnie to ja­koś szcze­gól­nie zdzi­wi­ło.

Nie za­uwa­ży­li na­wet, jak go­dzi­nę pó­źniej wy­mknąłem się na ze­wnątrz i tam za­mó­wi­łem tak­sów­kę – uzna­łem, że pro­wa­dze­nie auta w ta­kim sta­nie to nie jest naj­lep­szy po­my­sł. Nie chcia­łem da­wać Ju­nio­ro­wi złe­go przy­kła­du.

Gdy od­je­żdża­łem, ostat­ni raz spoj­rza­łem w kie­run­ku ogrom­ne­go okna.

Lin­da sie­dzia­ła wtu­lo­na w Oli­ve­ra.

To ja po­wi­nie­nem tam być. To ja po­wi­nie­nem był dać jej ko­lej­ne dziec­ko.

Nie on.

Co­py­ri­ght © for the text by Luna Ve­le­vit­ka

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Gra­fi­ka na okład­ce:

Ka­mil Ko­rze­niow­ski @ko­rze­niow­ski.art

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-89-0

Spis treści

Od autorki

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka