Tak, panie Donatello - Katarzyna Kasmat-Łyskaniuk - ebook
NOWOŚĆ

Tak, panie Donatello ebook

Kasmat-Łyskaniuk Katarzyna

0,0

340 osób interesuje się tą książką

Opis

Cassandra Blanco to kobieta o smutnej przeszłości, o której nie lubi rozmawiać. Życie nauczyło ją, że może liczyć wyłącznie na siebie, a żeby przetrwać, musi być twarda i uparcie walczyć o swoje.

        Uciekając od kolejnych problemów, znajduje pracę z zakwaterowaniem u państwa Donatello. To pomaga Cassandrze złapać oddech i schronić się przed tymi, którzy nie dają jej spokoju.

        Kiedy zostaje przyjęta na stanowisko osobistej służącej Marcusa Donatello, wie, że nie będzie to łatwe zadanie. Ten uroczy mężczyzna przyciąga ją do siebie swoim charakterem, ale odrzuca tym, jak wiele ich dzieli.

 

        Czy to bajka o Kopciuszku ze szczęśliwym zakończeniem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 485

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Wiolka0870

Nie oderwiesz się od lektury

Książka super, jak wszystkie pani Kasi, naprawdę warto przeczytać, to taka wersja współczesnego kopciuszka ale dobrze dopracowana.
00



Tak, panie Donatello

Katarzyna Kasmat-Łyskaniuk

Rozdział 1

Marcus

Marynarkę przewiesiłem przez ramię, poluźniłem niebieski krawat, a następnie spocząłem na twardym, niewygodnym krześle i zacząłem podwijać rękawy koszuli. Siedzący obok adwokat naszej rodziny uderzał rytmicznie palcami o swoją teczkę, zachowując spokój w równym stopniu, co ja. Okazywałem im wręcz, w jak głębokim poważaniu ich mam. Nie była to do końca prawda. Moje nerwy zostały zszargane. Życie mnie jednak nauczyło, że należy kontrolować się do końca.

– Czy możemy w końcu zacząć? – powiedział facet, który chciał nam nabruździć.

Mało mnie obchodziło, gdzie pracuje i jak wysoką ma rangę. Ważne, że próbowali znaleźć na nas haka po tym, jak do internetu wypłynęły nieprawdziwe informacje, jakoby nasza firma oszukiwała ludzi na wynagrodzeniach i dopuszczała do sprzedaży produkty łamiące standardy żywności.

– Oczywiście. – Posłałem uroczy uśmiech kobiecie, którą chyba zbyt mocno uwierał ściśnięty koczek, bo co chwilę drapała się po głowie długopisem. – Od czego mam zacząć?

– Najlepiej od początku – burknął jej kolega po fachu, widocznie niezadowolony z tego, że się w nią wpatruję.

– W porządku. – Odchyliłem się na krześle, złączając dłonie. – Więc jest nas pięcioro. Właściwie sześcioro, licząc moją siostrę, chociaż to nie do końca tak. Rodzice przestali się dogadywać po moim urodzeniu i – pokiwałem głową na boki – można to chyba nazwać separacją. W każdym razie każde z nich miało swoje życie i tak powstała Athena. Jedyna siostra. Jedyna córka mojego ojca.

– Panie Donatello… – warknął. – Nie rozumiem.

– Ja też nie. – Rozłożyłem ręce. – Co dziwniejsze, zeszli się z powrotem. Nie rozwiedli. Tak powstał Ares, a później Landon. Niestety rodzice zginęli w wypadku, gdy najmłodszy miał ledwie dwa latka, więc zamieszkaliśmy z dziadkami.

– Panie Donatello. – Westchnął przeciągle. – Znamy historię pańskiej rodziny.

– Kazał pan zacząć od początku. – Uśmiechnąłem się szyderczo.

– Nad waszą rodzinną firmą wiszą ciemne chmury. Jesteście oskarżani o niewypłacanie całości wynagrodzeń, jak również o używanie środków, które w takim stężeniu nie powinny być dopuszczone do produkcji. A będzie tego więcej…

– Coś panu powiem. – Oparłem się łokciami o stół.

– Marcus, nie musisz nic mówić. Wszystko jest w dokumentach. – Adwokat przesunął teczkę po stole.

– A jednak powiem. – Patrzyłem twardo na mężczyznę. – Doceniam, że tak skrupulatnie sprawdzacie anonimowe doniesienia, ale wylewanie takiego szamba na nasze nazwisko w mediach ma swoje konsekwencje.

– Och, sprzedaż spadła? – Tym razem to on uśmiechnął się szyderczo.

– Mój pradziadek sprzedawał ciasteczka, które piekła prababcia. Wie pan o tym?

– Mówiłem już, że znam historię pańskiej rodziny. Wszyscy ją znają – odparł z lekceważeniem. – Od zera do bohatera. Ale takim gigantom często odbija.

– Nie nam. Dziadek by nas wypatroszył. A ja wypatroszyłbym tego, który dopuściłby się takich zaniechań.

– Czy to groźby karalne? – spytał z błyskiem w oku. – Chyba muszę zanotować, że padły takie słowa.

– Mówiłem, żebyś milczał – wyszeptał do mnie adwokat.

– Mam dla pana inną groźbę. – Oczywiście, że się nie zamknąłem, a wręcz poklepałem teczkę palcem. – Tu ma pan wszystkie potrzebne dokumenty. Daję wam trzy dni na zapoznanie się z nimi. Później media, które puszczały te plotki, będą musiały to wyprostować na wizji. Inaczej posypią się pozwy. Nigdy nie oszukiwaliśmy ludzi.

– Uważam, że to wszystko, co możemy powiedzieć. – Adwokat wstał, łapiąc mnie za ramię. – W razie pytań proszę dzwonić pod numer podkreślony na czerwono w dokumentach.

– Może jeszcze się spotkamy, panie Donatello. – Pajac się uśmiechnął.

– Mam taką nadzieję. – Odwzajemniłem kwaśny uśmiech, a następnie skinąłem głową kobiecie. – Do widzenia.

– Do widzenia – odpowiedziała melodyjnym głosem. Gdyby przyszła sama, na pewno sprawa byłaby już wyjaśniona. Wyglądała na miłą. Razem stanowili duet „dobry i zły glina”.

Wróciłem do domu zmęczony całym tym dniem i użeraniem się z wciąż narastającymi plotkami. W dobie internetu teorie spiskowe rosły w niewyobrażalnym tempie i nabierały ogromnych rozmiarów. I tak, mogły nas zniszczyć.

Ledwo zdążyłem przekroczyć próg, a już pojawiła się Amelia. Głównodowodząca w domu, zaraz po babci.

– Marcusie. – Wręczyła mi jakąś kartkę, a ja musiałem potrzeć oczy, żeby jej się przyjrzeć, bo zlewały mi się literki. To chyba jakieś CV. – Mam dobrą wiadomość. Znalazłam idealną kandydatkę. Nigdy nie pracowała u żadnego z pańskich przyjaciół. Sprzątała w domu spokojnej starości, w hospicjum, a jej ostatnie miejsce pracy to hotel…

– Dobrze, dobrze. – Oddałem jej kartkę, tak naprawdę nie przeczytałem z niej niczego. – Skoro się nadaje, to ją przyjmij. Ufam ci.

– Nie chce pan jej poznać?

– Przecież i tak poznam. – Posłałem jej uśmiech mimo fatalnego dnia. Wziąłem głęboki wdech, patrząc starszej kobiecie w oczy. Miałem wrażenie, że pracuje tu od zawsze, i jakoś nie potrafiłem jej odmawiać. – Dobrze, zaprowadź mnie do niej.

Poszedłem za Amelią do kuchni, w której stała drobna brunetka z wyraźnym zmieszaniem na twarzy.

– Marcus Donatello. – Wyciągnąłem w jej stronę dłoń.

– Cassandra Blanco. Dzień dobry.

– Mogę mówić ci Cassie? Śliczne imię.

– Oczywiście, panie Donatello.

Skinąłem jej głową z uśmiechem, bo wyglądała na sympatyczną.

– Witamy na pokładzie. Nie mam dziś czasu, więc pracę zaczniesz od jutra. To znaczy Amelia ci wszystko wyjaśni, dobrze? Przygotujemy umowę.

– Tak, panie Donatello.

– Świetnie. W takim razie do jutra. Do widzenia.

Odwróciłem się, mając ochotę na prysznic, bo znów musiałem wyjść. Cassie na pierwszy rzut oka wydawała się w porządku. Miałem nadzieję, że się nie mylę i zostanie z nami na dłużej, bo dobra osobista służąca to prawdziwy skarb dla tak zapracowanego człowieka jak ja.

Z kuchni udałem się prosto do łazienki. Gdy się odświeżyłem, wyszedłem z kabiny, wytarłem się ręcznikiem, który następnie wrzuciłem do kosza na pranie, wyszorowałem zęby, ułożyłem włosy, po czym wyszedłem nago do swojego pokoju. Miles, Olivier, Ares i Landon stali przede mną. Wszyscy już gotowi do drogi.

– Poważnie? – Wskazałem na swój negliż.

– Ja i Olivier widzieliśmy twojego siusiaka, odkąd chował się w pampersie. – Wyszczerzył się Miles, mój najstarszy brat. – Naprawdę nie masz się czego przy nas wstydzić. Nikomu nie powiemy, jak wiele ci brakuje do mężczyzny.

– Wal się. – Wyminąłem go, by sięgnąć do komody po bokserki. – Po co się zjawiliście w komplecie?

– Musimy omówić wszystkie szczegóły w drodze na spotkanie z dziadkiem – przemówił Olivier, najspokojniejszy z nas wszystkich i młodszy od Milesa o rok. – Nie chcemy go denerwować bardziej, niż to konieczne.

– Ugasimy ten płomień. – Ares z dumą zaplótł ręce na torsie, zdecydowany i pewny swego. A to ciekawe, bo był tym najbardziej rozrabiającym bratem.

Posłałem mu spojrzenie pełne niedowierzania, otwierając szafę.

– Swoją drogą – drążył. – Masz fajną nową służkę.

– Ani się waż – warknąłem, szukając paska. – Przedostatnia odeszła przez ciebie, bo zrobiłeś jej nadzieję i złamałeś serce.

– A ostatnia? – W końcu odezwał się Landon, bujając się na krześle jak dzieciak. W sumie był nim. Miał dopiero osiemnaście lat, ale już go wciągaliśmy w nasz świat.

– Ostatnia jest w ciąży i ma płatny urlop. – Ares uśmiechnął się szeroko.

– Z tobą?! – krzyknął najmłodszy, spadając z wrażenia z krzesła, które z hukiem uderzyło o podłogę.

– Oczywiście, że nie ze mną, pajacu – warknąłem, gotowy do wyjścia. – Jeszcze mi brakuje pozwu o molestowanie pracownic.

– A ja słyszałem, że wielu romansuje ze służkami. – Ares oblizał usta. – Są prawie jak żona.

– Prawie. – Uniosłem palec, po czym sprawdziłem, czy mam wszystko, czego mi trzeba. – Dbają o nas jak żony, ale nimi nie są. Nie sypiamy z nimi, jasne, kurwa? – Spojrzałem na każdego z braci po kolei.

Miles wzruszył ramionami.

– Moja żona jest córką naszego firmowego prawnika. Puściliby mnie z torbami, w których schowaliby moje ucięte jaja, gdybym ją zdradził.

– I dobrze, bo dość nam skandali na następne dziesięć lat. – Olivier westchnął, chowając ręce do kieszeni.

Wyszliśmy po kolei z mojego pokoju. Pokonaliśmy hol i jeden po drugim schodziliśmy po schodach, pogrążeni we własnych myślach. Uniosłem głowę, mając wrażenie, że ktoś na mnie patrzy. Cassie siedziała na jednym z foteli, na których czasem czekali niezapowiedziani goście. Czujnie obserwowała każdego z nas, a jej mózg pracował na najwyższych obrotach, jakby już wkładała widziane osoby do odpowiednich szuflad w swojej głowie. Nasze spojrzenia się spotkały, a kartki ze wstępnym zarysem umowy zadrgały w jej dłoniach.

Uśmiechnąłem się, pokonując ostatni schodek. Nie odwzajemniła tego. Nie z powodu bycia niegrzeczną, raczej wydawała się zbyt zajęta swoimi myślami.

Rozdział 2

Cassie

Przeglądałam warunki umowy zdanie po zdaniu. Słyszałam o ostatnich skandalach ich firmy. Produkowali żywność na ogromną skalę. Głównie słodycze, ciasteczka, gotowe ciasta, ale również płatki śniadaniowe, batoniki i słone przekąski, takie jak precle. Logo „Donatello” można było zobaczyć na półkach sklepowych niemal na całym świecie. Zmartwił mnie fakt, że aktualnie podobno zalegali z wypłatami, więc podpisanie tej umowy wiązało się z niemałym ryzykiem. Miałam jednak ostatnio problemy finansowe, a tu proponowali stały pobyt w domku dla pracowników, z wyżywieniem. Oczywiście to również na ich korzyść, bo byłabym dostępna całą dobę. Dlatego mogłam wybrać jedną z opcji. Pracę na określoną wcześniej umówioną liczbę godzin tygodniowo lub zamieszkanie tutaj. Gryzłam końcówkę długopisu, rozważając, co okazałoby się dla mnie lepsze.

Jeszcze raz sprawdziłam zakres obowiązków. Nie wydawał się tragiczny. Moim głównym zadaniem byłoby dbanie o pana Marcusa. Musiałabym sprzątać mu pokój i prywatną łazienkę, dbać o to, żeby w szafie zawsze znajdowało się kilka czystych i wyprasowanych kompletów ubrań. W tym sama wynosić brudne rzeczy, prać w pralni, prasować i wnosić z powrotem na górę. Dodatkowo w umowie zawarte było spełnianie jego innych poleceń. Na biurku szefa zawsze miały się znajdować: naładowany laptop, słuchawki i powerbank, naostrzone ołówki, piszące długopisy… Cała lista przyborów biurowych, których nie mogło zabraknąć. Podobnie jak używanych przez niego produktów w łazience. Rano powinnam go budzić, stawiając szklankę z wodą i wyciśniętą cytryną na jego szafce nocnej. W pokoju zawsze miało być czysto i pachnieć świeżością. Pościel powinnam zmieniać średnio co cztery noce lub częściej, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Podrapałam się po głowie, przewracając kartkę. To były moje podstawowe obowiązki.

Gdybym chciała tu zamieszkać za darmo, dochodziły kolejne. Musiałabym wtedy pomagać w sprzątaniu części wspólnych, według wytycznych Amelii lub pani Donatello, a w czasie przyjmowania gości pomagać w obsłudze.

Przerwałam czytanie, gdy dotarł do mnie śmiech. Pięciu mężczyzn wkroczyło na schody. Sprawdziłam ich wcześniej w internecie, więc wiedziałam, że są braćmi, ale na żywo okazali się o wiele przystojniejsi. Trzeba przyznać, że razem z bogatym życiem wygrali na loterii również dobre geny. Każdy z nich wyglądał jak model z kalendarza. Pewni siebie, wysportowani, ciemnowłosi i z uroczymi uśmiechami. Nie mogłam oderwać wzroku od ich ruchów przepełnionych nieuchwytną siłą i gracją. Wpatrywałam się w nich jak oczarowana, skupiając się na każdym po kolei. Byli jak najpiękniejsza sukienka, której nigdy nie kupisz i możesz sobie tylko popatrzeć na nią na wystawie. Jak edycja specjalna ukochanej książki, na którą cię aktualnie nie stać, a gdy nakład się wyczerpie, okaże się za późno. Jak smak lodów w ulubiony dzień, który nigdy się nie powtórzy. Byli grzesznie piękni i obrzydliwie bogaci, więc równie dobrze mogli być bardzo zepsuci w środku.

Pan Marcus się do mnie uśmiechnął, a mój mózg zrobił zdjęcie jego perfekcji. Czułam się co najmniej tak, jakbym spotkała na żywo gwiazdę z telewizji.

Cholera. Trzepnęłam się ręką w czoło, kiedy zniknęli mi z oczu. On się do mnie uśmiechnął, a ja się gapiłam z rozdziawianymi ustami. Co za wtopa…

– Jeśli czegoś nie rozumiesz, wytłumaczę.

Podskoczyłam na dźwięk głosu Amelii za moimi plecami.

– Rozumiem, po prostu… Odrobinę boli mnie głowa – skłamałam gładko, bo jak inaczej miałam wytłumaczyć przykładanie dłoni do czoła?

– Aha. – Wyminęła fotel i stanęła przede mną, obserwując mnie czujnie. – Ale to nie kac? Nie jesteś od niczego uzależniona? Tam masz zapisane, że będziesz musiała wypełnić ankietę z osobistymi pytaniami i musisz odpowiadać szczerze.

– Nie jestem uzależniona. – Starałam się ją uspokoić delikatnym uśmiechem, lecz ona zmrużyła powieki, sprawdzając mnie niczym chodzący wykrywacz kłamstw.

– Doczytaj tam wszystko porządnie. – Wskazała na kartki w moich dłoniach. – Za kłamstwo mogą wytoczyć ci proces i nic z ciebie nie zostanie.

– Wytoczyli już kiedyś proces jakiemuś pracownikowi? – spytałam, czując dreszcz na plecach. Niby nie miałam nic do ukrycia, ale, cholera, z takimi jak oni na pewno się nie wygra.

Oni byli wielką, stabilną górą, ja przy nich kamyczkiem.

– A co ty taka ciekawska? – Złapała się za biodra. – Tu nie wściubiamy nosa w nie swoje sprawy. Dla ciebie to tylko praca, dla rodziny Donatello codzienne, prawdziwe życie.

Odwróciła się na pięcie z głową dumnie uniesioną, a jej mocne kroki sugerowały, że chyba się na mnie obraziła. Zmarszczyłam brwi, po czym wróciłam do czytania umowy. Wiedziałam, że jeżeli ją podpiszę, z panią Amelią nie będę mieć łatwo.

Sprawdziłam dokładnie wszystkie kruczki, a następnie zabrałam się za wypełnienie ankiety. Musiałam odpowiedzieć na pytania osobiste, o których mówiła. Na przykład: czy kiedykolwiek byłam uzależniona od jakiejkolwiek substancji, czy palę/paliłam papierosy, w jakich ilościach i przy jakich okazjach sięgam po alkohol, czy na coś choruję przewlekle (tu znajdował się dopisek, że rodzina Donatello zapewnia opiekę medyczną i potrzebne leki), czy jestem zamężna, czy mam dzieci, czy jestem spokrewniona z którąś z rodzin (tu lista najbogatszych ludzi świata) lub czy łączy/łączyła mnie z nimi jakakolwiek relacja, w tym relacja służbowa.

Parsknęłam cicho pod nosem, zaznaczając odpowiedzi.

– Spokrewniona z miliarderami, dobre sobie.

Zagryzłam wargę, zastanawiając się, czy pytanie o choroby nie wydaje się podchwytliwe. Niby pytali dla mojego dobra, bo musieliby zapewnić mi potrzebne leki, ale równie dobrze mogli od razu odrzucić takiego pracownika, podając zupełnie inną przyczynę. Albo byli dobrymi ludźmi, albo tak przebiegłymi. Pewnie połowy tych pytań nie powinni zadawać, ale było tam jakieś pouczenie napisane przez prawnika, że to na potrzeby chronienia prywatności i dobra rodziny. Nie musiałam tego wypełniać, ale to oczywiste, że w takim wypadku nie otrzymałabym tej pracy.

– Dzień dobry.

Uniosłam głowę i w sekundzie się poderwałam, rozpoznając, kto przede mną stoi. Ją też znalazłam w sieci.

– Dzień dobry, pani Donatello.

Starsza pani, bardzo zadbana, o ciepłym uśmiechu, wyciągnęła do mnie dłoń.

– Nowa pracownica, prawda? Jak masz na imię?

– Cassie. – Odchrząknęłam. – To znaczy Cassandra, proszę pani. I nie jestem jeszcze pracownicą. Właśnie zapoznaję się z warunkami umowy.

– Wahasz się? – Wskazała na mój fotel, a sama zajęła ten po drugiej stronie małego, okrągłego stolika.

– Chyba nie – przyznałam, wiedząc, że i tak nie mam wyjścia. – Raczej wybiorę opcję z zakwaterowaniem.

– Bardzo się cieszę. – Uśmiechnęła się. – Niczego ci u nas nie zabraknie. Pracy jest sporo, ale nie wyliczamy nikomu posiłków. Możecie korzystać ze wszystkiego, co znajduje się w kuchni, o ile nie dostaniecie po łapach od Candice. – Zaśmiała się.

– Od kogo?

– Od naszej kucharki. Nie przejmuj się, nawet mi nie pozwala podjadać posiłków przygotowanych na uroczystości i kolacje. – Znów się serdecznie zaśmiała. Wydawała się bardzo sympatyczna. Westchnęła z ciężkością, rozglądając się po swoich włościach. – Kiedyś lubiłam tu sprzątać i gotować dla chłopców. Wiek już mi nie pozwala skakać po tych wszystkich meblach, więc potrzebujemy wsparcia.

– Rozumiem. – Od razu zauważyłam, że nie wspomniała o Athenie, a ona chyba wyczytała to z moich oczu.

– Kiedyś ten dom tętnił życiem. Gromadka dzieci, Athena do nas często przyjeżdżała. Teraz każdy zapracowany, a ja już niedołężna.

– Proszę tak nie mówić, wygląda pani świetnie.

– Ale w środku się sypię – stwierdziła, kiedy Amelia postawiła przed nami herbatę. Nawet o nic wcześniej nie zapytała.

– Dziękuję – powiedziałyśmy jednocześnie z panią Donatello.

Posłała mi uśmiech, jakby wyczuła między nami więź porozumienia. Dobra była. Prawie mnie miała. Albo ta rodzina okaże się naprawdę cudowna, albo ostro porąbana, a ja zaraz podpiszę swój udział w horrorze.

– Cassandro… – Złapała swoją filiżankę. – Nie mam nic lepszego do roboty, więc mogę cię oprowadzić po domu i opowiedzieć, na czym będzie polegała twoja praca, nim zdecydujesz się na podpis.

– Chętnie. – Jakoś nie umiałam jej odmówić, chociaż nadal coś we mnie się wahało. Może to ze względu na jej wiek, może przez ciepłe usposobienie, ale z tą kobietą nie chciało się dyskutować.

Dom był ogromny. Zajrzałyśmy do każdego pomieszczenia, o którym opowiadała. Przy okazji poznałam Miriam i Rachel, które akurat się krzątały. Obie w podobnym wieku do mojego. Jedna z nich pracowała jako osobista służąca Aresa, druga Landona, choć ten bywał tu tylko od czasu do czasu, bo nadal się uczył. Miles i Olivier już się wyprowadzili na swoje, a Athena wpadała coraz rzadziej. Starsza pani Donatello chyba naprawdę się nudziła, bo wspominała mi o wszystkim.

Faktycznie sporo tu było sprzątania. Długie hole, wszędzie jakieś lampki, pokoje domowników i te dla gości, łazienki, siłownia, salon, biblioteka. Praca na całe dnie.

– A teraz pokażę ci ogród. – Wskazała, w którym kierunku mam iść. – A ty może opowiesz mi coś o sobie?

– Niewiele tego – przyznałam. – Jestem sierotą. Rodziny zastępcze, różne placówki, ośrodki, takie tam… Radzę sobie.

– Przykro mi. – Zacisnęła usta, jakby się zawstydziła. Ona opowiadała mi o swojej wielkiej rodzinie, ja nie miałam nikogo.

– Mnie już nie. – Wzruszyłam ramionami, wchodząc do ogrodu. – Jasne, mogłam się urodzić w dobrej rodzinie, ale mogłam też w o wiele gorszym miejscu, prawda? A miałam to szczęście, że nie było tak źle. Trafiałam raczej pod opiekę dobrych ludzi.

– Hm… – Zamyśliła się. – Ciekawe podejście, przyznam. Jesteś bardzo silną młodą damą. – Posłała mi uroczy uśmiech. – Ile właściwie masz lat?

– Dwadzieścia trzy. Zostawiłam przeszłość za sobą i staram się myśleć o przyszłości.

– Podobasz mi się, Cassandro.

Pochyliłam głowę, lekko się zawstydzając, bo dawno nie poczułam się doceniona.

– Przepiękny ogród.

– Możesz z niego korzystać w wolnym czasie. Tam jest oddzielona część wypoczynkowa dla pracowników.

Pokiwałam głową, a ona kontynuowała:

– Teraz obejrzysz swój pokój, o ile oczywiście zechcesz przyjąć tę pracę.

Obejrzałam dom dla służby, swoją sypialnię i wróciłyśmy do willi, gdzie znów zasiadłyśmy na fotelach. Upiłam łyk herbaty. Wypełniłam resztę potrzebnych dokumentów i podałam je pani Donatello.

– Świetnie. Bądź tu jutro na ósmą. Marcus będzie na ciebie czekał z gotową umową przygotowaną pod to, co zaznaczyłaś. Na spokojnie przeczytasz ją sobie raz jeszcze. Oczywiście zabierz już ze sobą rzeczy osobiste.

Podziękowałam, pożegnałam się, a gdy opuściłam dom, zerknęłam w niebo, biorąc głęboki oddech. Od jutra moje życie się odmieni.

Rozdział 3

Cassie

Spakowałam się w stary plecak, bo niewiele miałam rzeczy osobistych. Nigdy nigdzie tak naprawdę nie należałam, nie zbierałam też pamiątek, bo nie było za bardzo po czym. Żyłam raz tu, raz tam, a ewentualne lepsze i gorsze wspomnienia nosiłam w sobie. Po prostu mnie ukształtowały. Uważałam, że każdy z nas jest zbiorem swoich życiowych chwil.

Stanęłam na środku wynajmowanego małego mieszkania, które miałam opuścić do końca tygodnia. Wiedziałam, że nie będę za nim tęsknić. Przez rok nie zżyłam się z sąsiadami, bo trafiłam na typ ludzi, których wiedziałam, że lepiej unikać. Poza tym droga z biednej do bogatej dzielnicy zajmowała czterdzieści minut jazdy samochodem. Dwa razy dziennie podróż z Compton do Bel Air mogłaby mi się opłacać, gdybym chociaż miała do kogo wracać. Lepszym wyjściem było zamieszkanie w posiadłości państwa Donatello.

Sprawdzono mnie i wpuszczono za bramę. Zaparkowałam tam, gdzie ostatnio. Z dala od głównego wejścia, żeby mój grat nie rzucał się nikomu w oczy. Zerknęłam na zegarek, była siódma piętnaście, a powinnam się pojawić na ósmą. Miałam więc chwilę dla siebie, żeby odetchnąć.

W końcu zadzwoniłam do głównych drzwi. Otworzyła mi Amelia, z szerokim uśmiechem zapraszając do środka.

– Pan Marcus czeka na ciebie w gabinecie.

– Dziękuję. – Skinęłam jej głową.

Wiedziałam, dokąd iść, dzięki zwiedzaniu domu z panią Donatello. Zapukałam w drzwi gabinetu należącego do najstarszego z rodu, a ciepły, lecz stanowczy głos pozwolił mi wejść.

– Witaj, Cassie. – Pan Marcus wstał, poprawiając marynarkę.

– Dzień dobry, panie Donatello.

Podeszłam bliżej, a on wyminął biurko, żeby podać mi rękę. Przez chwilę przytłoczył mnie sobą, górującą nade mną sylwetką i zniewalającym zapachem. Chwycił swoją dużą dłonią moją i zrobił to z zaskakującą delikatnością.

– Proszę, usiądź. – Wskazał na krzesło przed sobą, więc musiałam się otrząsnąć.

Usiadłam wygodnie i dopiero wtedy on zajął swoje miejsce za biurkiem. Może to był zbieg okoliczności, ale przypomniał mi się film, na którym dżentelmeni czekali, aż dama spocznie. Nie byłam damą, tylko służącą.

– Przygotowałem umowę według tego, co zaznaczyłaś w przedstawionych ci wczoraj dokumentach. – Położył kartki przede mną. – Proszę, przejrzyj sobie wszystko w spokoju. Jeżeli się w czymś pomyliłem, coś ci nie odpowiada, zaznacz ten fragment. Poprawię i wydrukuję od nowa. – Przysunął również długopis. – Piłaś już dziś kawę?

– Proszę? – To ostatnie wybiło mnie z rytmu.

– Chyba nie. – Uśmiechnął się serdecznie. – Jaką lubisz?

– Słodką.

Kiwnął mi głową, po czym chwycił słuchawkę telefonu stacjonarnego.

– Prosimy dwie kawy do gabinetu plus cukier – powiedział do kogoś. Nagle na mnie spojrzał. – Życzysz sobie mleko?

– Ymm… Może być. To znaczy… Poproszę.

– Tak, mleko też. Dziękuję, Candice.

Zaczęłam czytać umowę, trochę oszołomiona tym, że będę sobie po prostu pić kawkę z kimś tak bogatym i wpływowym. Gdy analizowałam zapisy na drugiej stronie, ktoś zapukał, przyszły szef się odezwał i po chwili przede mną pojawiła się filiżanka kawy, cukierniczka, mleko i… słodka bułka.

– Dziękujemy. – Uśmiechnął się do młodej dziewczyny, której jeszcze nie znałam.

– Dziękuję. – Spojrzałam jej w oczy; wydawały się spokojne, więc miałam nadzieję, że mnie również będzie się tu spokojnie pracować.

Pracownica zapytała, czy czegoś jeszcze nam trzeba, a gdy pan Donatello zapewnił, że nie, wyszła.

– Gdy skończysz czytać, spróbuj bułki. Candice każdego ranka sama piecze chleb i inne pyszności.

– Dobrze, proszę pana. – Uśmiechnęłam się do niego znad dokumentów i wróciłam do lektury.

Będąc na czwartej kartce, znów na niego zerknęłam. Wpatrywał się we mnie z rękami złączonymi na blacie.

– Nie śpiesz się. Zarezerwowałem dla ciebie dość czasu. Czytaj spokojnie.

Przytaknęłam głową, ale zauważyłam, że odruchowo spojrzał na zegarek na nadgarstku. Jakieś dwie minuty później skończyłam.

– Wszystko się zgadza?

– Tak. – Sięgnęłam po długopis i podpisałam wszystkie miejsca, które były zaznaczone.

W tym czasie pan Donatello podpisywał drugi egzemplarz dla mnie, a później się nimi wymieniliśmy.

– Świetnie. – Schował jeden zestaw dokumentów do teczki, po czym mi ją podał. Drugi włożył do segregatora. – Teraz to uczcijmy. – Wskazał na pięknie pachnące bułki.

Wgryzłam się w nią, przymykając powieki, bo okazała się doskonała.

– Cudowne, prawda? – Puścił mi oczko. – Niestety tych nie robi codziennie. Uważa, że są zbyt kaloryczne, a my powinniśmy jeść zdrowe, pełnowartościowe śniadania. Będziesz musiała przywyknąć. Niewiele śmieciowej żywności tu znajdziesz.

– Na pewno mi to nie zaszkodzi – odpowiedziałam trochę skrępowana.

– Powiem ci, że to prawda. Na wyjazdach czasem jadam byle co, podobnie żywiłem się na studiach. Kiedy wróciłem tu, do kuchni Candice i jej przemyślanych posiłków, już po kilku dniach poczułem się jak inny człowiek. O wiele lżej, zdrowiej, miałem więcej siły i chęci.

– Więc nie mam co liczyć na płatki śniadaniowe „Donatello”? – palnęłam, nim zdążyłam to przemyśleć. Na szczęście on załapał żart.

– Nie wymawiaj przy niej takich bluźnierstw jak: płatki śniadaniowe. Nasłuchasz się o cukrze tyle, ile nie nasłuchałaś się w całym życiu.

– Ale ja lubię wasze płatki.

– Które najbardziej? – zaciekawił się, gdy skończył bułkę i sięgnął po kawę.

– Choco World. Są tak intensywnie czekoladowe, że mam wrażenie, iż jem kakao z płatkami. I nie tracą aż tak chrupkości jak produkty innych firm. W przypadku tamtych szybko robi się breja w miseczce. – Skrzywiłam się, na co się zaśmiał.

– Choco World. Zapamiętam. Ale jeśli ci jakieś przemycę, nie zdradź mnie.

– Słowo. – Również się zaśmiałam, bo rozmawiało mi się z nim jak z kumplem, nie jak z pracodawcą i człowiekiem o zupełnie innym życiu od mojego.

Podał mi pudełko z chusteczkami, żebym mogła wytrzeć palce z lukru. Wiadomo, że najłatwiej byłoby je oblizać, ale nie przy kimś takim. Pan Marcus miał ogładę charakterystyczną dla osób z wyższych sfer.

– Skoro zjedliśmy śniadanie, zapraszam za mną. Pokażę ci mój pokój i porozmawiamy o twoich obowiązkach.

Wstałam, a szef otworzył dla mnie drzwi. Poszliśmy do jego sypialni. Stanął na środku i zaczął po krótce omawiać każdy punkt umowy, którą podpisaliśmy, mimo że tam już wszystko zostało dokładnie określone. Gdy skończył, rozłożył ręce i dodał:

– Jeśli to jasne, dziś możesz zacząć. – Uśmiechnął się i dopiero teraz ośmieliłam się uważniej mu się przyjrzeć. – Chyba że masz jakieś pytania, to słucham.

Rozejrzałam się wokół i zauważyłam, że próbował ładnie pościelić łóżko, co było urocze. Mimo wszystko to moje zadanie i mógł zostawić skotłowaną pościel.

– Chyba na razie nie mam pytań, panie Donatello.

– Tu znajduje się moja prywatna łazienka. – Wskazał na drzwi, a następnie drugą ręką zrobił półokrąg po pokoju. – Biurko, komoda, szafki nocne, szafa. Oczywiście nie krępuj się, możesz grzebać, w czym chcesz. Przywykłem, bo wiem, że to twoja praca.

Ogromna szafa – dodałam w myślach.

Klasnął w dłonie.

– W sumie będziemy się widywali codziennie, więc zawsze możesz ze mną porozmawiać, gdybyś czegoś nie wiedziała – zapewnił, na co kiwnęłam głową. – W takim razie, Cassie, rozpakuj się, znajdź Amelię, ona da ci ubrania służbowe, i możesz zaczynać.

– Dobrze. Dziękuję za szansę, panie Donatello.

– Mam nadzieję, że będzie nam się razem dobrze żyć.

Też mam taką nadzieję.

***

Dostałam pięć mundurków. Cztery czarne, z zamkiem od kolan po obojczyki i atłasowym obszyciem na krótkich rękawach i kieszeniach. Wyglądały podobne do tych, które już nosiłam w innych miejscach pracy. Jeden był bardziej elegancki i przeznaczony na szczególne okazje. Składał się z granatowej spódnicy i białej bluzki.

Poszłam do schowka, sięgnęłam po jeden z koszyków i wybrałam odpowiednie płyny, ścierki i inne potrzebne przybory. Czułam się tu trochę jak w sklepie. W pełni gotowa zapukałam w drzwi pokoju pana Marcusa. Nikt mi nie odpowiedział, więc nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. W pierwszej kolejności musiałam zabrać się za to źle pościelone łóżko, bo kłuło mnie w oczy. Kiedy tylko trzepnęłam poduszką, oszałamiający męski zapach przeniknął pod moją skórę.

Nie, najpierw musiałam otworzyć szeroko okno. Potrzebowałam świeżego powietrza. Kiedy do niego podeszłam, zauważyłam, że pan Donatello wsiada do czerwonego, sportowego auta. Podążałam za nim wzrokiem, aż zniknął za bramą posiadłości.

Wzięłam głęboki wdech, wiedząc, że ten mężczyzna niejednokrotnie zrobi na mnie piorunujące wrażenie. I jak ja miałam normalnie spojrzeć na innych facetów?

– Proszę, miej jakieś wady w stylu bogatego dupka – powiedziałam pod nosem, wracając do pracy.

Rozdział 4

Marcus

Główna siedziba firmy Donatello mieściła się tuż przed wjazdem do Los Angeles. Dziadek wiele lat temu uznał, że tak będzie lepiej. Nie widział sensu kręcenia się po zatłoczonym mieście, tylko dla prestiżu i sąsiedztwa kilku największych przedsiębiorstw. Po co nam to?

Od domu dzieliło nas około dwudziestu minut drogi, co teraz doceniłem, bo mieliśmy chwilę, żeby porozmawiać na głośnomówiącym i ustalić, jak poprowadzić konsultację z dziadkiem.

Kiedy parkowałem przed firmą, dwa samochody już tam stały. To Miles, który wyjechał z posiadłości pierwszy, i Ares, który lubił prędkość. Nie czekaliśmy długo na resztę. Kolejno weszliśmy do środka, gdzie zostaliśmy przywitani przez recepcjonistkę. My skierowaliśmy się do windy, ona od razu złapała za słuchawkę. Zapewne już powiadamiała o naszym przybyciu. Na trzecim i ostatnim piętrze znajdował się gabinet dziadka. Miał dla siebie całą przestrzeń, nikt nie mógł wejść tutaj tak po prostu, mimo że poza biurem szefa wszystkich szefów mieścił się tu również jego osobisty sekretariat, kuchnia, łazienka z prysznicem, pokój z łóżkiem i sala konferencyjna.

– Pan Henry już na panów czeka. – Jego asystent kiwnął nam głową i zaczął prowadzić przez hol, zupełnie jakbyśmy nie biegali po nim od dziecka.

Minęliśmy sekretariat, gdzie przywitały się z nami dwie zapracowane kobiety, i udaliśmy się prosto do gabinetu.

Był całkiem spory, ale miałem wrażenie, że za mało tam powietrza dla mnie, mojego rodzeństwa, dziadka i armii prawników.

– Siadajcie, chłopcy. Powymieniamy się informacjami i pomysłami.

Bracia zajęli skórzane kanapy, fotele, gdzie tylko znaleźli miejsce. Ja krążyłem w kółko. Tak lepiej mi się myślało. A potrzebowaliśmy prawdziwej burzy mózgów.

– Zacznijmy od tych strasznych oskarżeń. Kto mógłby chcieć nam zaszkodzić? I skąd wziął spreparowane dowody?

***

Do domu wracałem w ślimaczym tempie, radio cicho grało, koszulę rozpiąłem, a rękawy podwinąłem. Czułem okropne zmęczenie. Kłopoty firmy zawsze odbijały się na mnie stresem. Nie wszyscy tacy byliśmy, ale ja i Oliver tak. Chyba najbardziej zdawaliśmy sobie sprawę, że firma to wszystko, co mamy. Jesteśmy nią, urodziliśmy się w niej, stała się częścią naszych charakterów, a jeśli zacznie upadać… My razem z nią.

Na szczęście mieliśmy odpowiedni plan, lecz dopóki nasze straty nie zaczną się zmniejszać, ja nie osiągnę spokoju.

Dotarłem do posiadłości, zaparkowałem i z rękami w kieszeniach ruszyłem w stronę drzwi wejściowych.

– Ciężki dzień? – przywitała mnie Amelia. – Mogę jakoś pomóc?

– Nie, pójdę popracować.

– Nie sprawdziłam jeszcze pokoju po nowej, nie miałam czasu. Nie sądziłam, że wróci pan tak wcześnie. Proszę dać mi chwilę.

– Nie trzeba. – Machnąłem ręką, wymijając ją. – Jeśli zrobiła coś źle, to z nią porozmawiam. Nauczy się. To jej pierwszy dzień.

Otworzyłem drzwi do swojego pokoju. Firanka poszybowała, wpuszczając więcej świeżego powietrza przez przeciąg. Zamknąłem za sobą i rozejrzałem się wokół, idąc w stronę łazienki. Pachniało pięknie, nie tylko świeżością, ale czymś jeszcze, czego nie potrafiłem określić. I niby było tak samo, a jednak inaczej. Czego też nie umiałem ubrać w słowa.

Po szybkim, odświeżającym prysznicu, przebrany w spodnie dresowe i koszulkę usiadłem za biurkiem i uruchomiłem komputer. Przeciągnąłem się, zerkając w okno.

Podniosłem się, żeby podejść bliżej. Cassie rozmawiała w ogrodzie z Martinem, naszym ogrodnikiem. Był zapewne od niej starszy, ale wciąż przystojny, opalony i dobrze zbudowany od ciężkiej pracy. Uśmiechał się do niej szeroko i szczerze, gdy ona ściskała w dłoniach jakieś zioła. Obserwowałem ich dłuższą chwilę. Wydawali się coraz bardziej pochłonięci rozmową. Miałem nadzieję, że właśnie na moich oczach nie tworzy się zalążek romansu. Nie potrzeba nam tu było miłosnych dramatów. Jeśli Cassie zależało na pracy, lepiej dla niej, żeby nie okazała się kobietą skaczącą z kwiatka na kwiatek…

Pokręciłem głową, przywołując się do rzeczywistości, i chciałem wrócić do pracy, lecz zamiast tego wciągnąłem się w przeglądanie sieci i bezsensowne czytanie komentarzy na nasz temat. Wielu już podłapało smaczek dramy, uwierzyło i życzyło nam wszystkiego najgorszego. Zasłużyliśmy. W końcu urodziliśmy się bogaci, więc czas zaznać życia biedaka. Znalazłem nawet takie komentarze, które miały być dowodem w sprawie. Ciotka babci albo sąsiadka z trzeciego piętra dla nas niby pracowały i faktycznie nie płaciliśmy pracownikom. Bzdura. Ktoś inny też znał naszego pracownika i niby pod groźbą zwolnienia kazaliśmy przymykać oczy na nietrzymanie się norm, syf na magazynach i biegające szczury, które czasem wpadały do mieszadeł. „Smacznych ciasteczek, ludzie!” – tak kończył się wpis z dodaną obrzydzoną emotką.

Potarłem czoło, nie dowierzając w to, co czytam. Nie zgadzałem się z tymi opiniami, ale nie wolno mi było wchodzić w internetowe dyskusje, więc sam nie wiem, dlaczego się tym katowałem.

Westchnąłem, patrząc na dzwoniący telefon. Paula. Moja była. Odebrałem, mimo że wcale nie miałem dziś ochoty na rozmowy z nią.

– Tak?

– Hej – zaczęła cicho.

– Hej.

– Słyszałam…

– Dopiero dziś? – Uniosłem brew.

– Wiesz, że nie oglądam programów informacyjnych – sapała. Zapewne ćwiczyła ze słuchawkami na uszach. Katowała się na bieżni lub innym sprzęcie, bo fantastyczna figura stanowiła jej trofeum.

– Będzie dobrze – stwierdziłem z mocą.

– Chcesz gdzieś wyskoczyć? Rozerwać się?

– To nie jest dobry pomysł.

– Bo? – Trochę się oburzyła. – Nie bój się, nie zakuję cię w kajdanki.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Paula kiedyś nie radziła sobie z naszym rozstaniem. Podczas jednej z kłótni wykrzyczałem jej, że nie dam się zakuć w kajdanki. Od tamtej pory minęło trochę czasu i zaczęliśmy znów ze sobą normalnie rozmawiać.

– Nie o ciebie chodzi. Po pierwsze, mam masę pracy. Po drugie… wolałbym nie pokazywać się publicznie, gdy hieny gotowe są zrobić wszystko, żeby mieć dobry nagłówek artykułu w szmatławcu.

Rozległo się pukanie, więc powiedziałem głośniej: „proszę”.

– Panie Donatello… – Cassie stanęła z miną, jakby nie wiedziała, czy uciekać, czy schować się pod łóżko, czy mówić dalej. Nie ustaliliśmy, czy wolno jej przerywać mi podczas pracy lub rozmów telefonicznych. Kiwnąłem głową, żeby mówiła, więc przełknęła ślinę i ścisnęła usta wyraźnie zakłopotana. – Czy mogę coś dla pana zrobić?

– Nie, dziękuję. Wszystko mam.

– Więc nie jestem potrzebna?

Zmrużyłem powieki, przyglądając się jej uważniej. Miałem ochotę zapytać, jakie ma plany i czy ujęła w nich ogrodnika, ale to byłoby bardzo niemądre, gdy wciąż rozmawiałem z Paulą.

– Możesz odpocząć. Zawołaj mnie, proszę, na obiad.

– Dobrze, panie Donatello. – Kiwnęła i wyszła, zostawiając w pokoju to coś, czego nie mogłem określić, a co nie dawało mi spokoju.

– Jesteś tam? – przemówiła Paula.

– Tak. Jak mówiłem…

– Masz nową służącą? – przerwała mi.

– Skąd wiesz?

– Poznałam po głosie. To nikt z twoich pracowników.

– Poznajesz ich wszystkich po głosie?

– Oczywiście. Wolałam wiedzieć, jakie kobiety się wokół ciebie kręcą, gdy… się spotykaliśmy. Ty nie byłeś o mnie zazdrosny?

– W sumie… Nie wiem, chyba nie… Nie wiem. Nie przypominam sobie.

Dźwięk wciągniętego przez nią powietrza ostrzegał, jak bardzo przegiąłem. Znałem go aż za dobrze. Za trzy, dwa, jeden… wybuchłaby awantura, potok łez lub foch i konieczność zapewnienia jej, że jest wyjątkowa i jedyna. Na szczęście już nie musiałem jej niańczyć.

– Przepraszam cię, Paula, ale mam sporo pracy. Muszę ratować firmę, sama rozumiesz.

– Tak… Do zobaczenia. – Rozłączyła się niezadowolona. Jak dobrze, że nie zamierzałem już się o nią martwić.

Odczytałem maile, sprawdziłem tabelki i wykresy. Widok spadającej kreski na prawie wszystkich raportach strasznie mnie dołował. Traciliśmy nie tylko dobre imię, renomę i kasę, ale również z dnia na dzień mogliśmy stracić dobrych pracowników i partnerów biznesowych. Jakoś nie miałem do tego siły. A jednocześnie nie mogłem nie pracować, bo czułbym, że roztrwoniłem czas.

Kiedy zacząłem zabierać się za dokumenty, wpadł mi do głowy pewien pomysł. Znów otworzyłem komentarze na różnych stronach, zrobiłem notatki, a następnie przesłałem wytyczne do odpowiednich działów, informując ich, jakich raportów oczekuję.

Rozległo się pukanie, powiedziałem, że można wejść, jednocześnie zerkając na zegarek. Nawet nie wiedziałem, kiedy minęły ponad dwie godziny.

– Panie Donatello, czy zejdzie pan na obiad? – Delikatny głos Cassie dotarł do mojego ucha, tworząc coś na wzór balsamu dla duszy.

Zwróciła tym moją uwagę, więc na nią zerknąłem. Ten wyraz twarzy, służalcza postawa, jakby pokazywała, że wie, gdzie jej miejsce, idealnie wyprasowany strój, spięte włosy, duże, czujne oczy, zdrowo zaróżowione policzki… Zastanawiałem się, czy ta delikatność to jej rola w pracy, czy jest taka prywatnie? Przy rozmowie z ogrodnikiem wyglądała na kogoś zupełnie innego.

– Panie Donatello? – powtórzyła z tym delikatnym drganiem w głosie, który wdzierał się gdzieś głęboko we mnie. – Czy zrobiłam coś nie tak, że mi się pan przygląda? Mam poprawić?

– Nie – odpowiedziałem z chrypką, bo zrozumiałem, czym było to niezidentyfikowane „coś” w moim pokoju. To Cassandra. Jej osobowość.

– Zejdzie pan na obiad czy przynieść tutaj?

– Zejdę.

– Dobrze, już nakrywam dla pana. – Kiwnęła głową, po czym wyszła.

A ja wciąż gapiłem się w drzwi. Większości moich osobistych służących nawet nie zauważałem, odkąd skończyłem piętnaście lat i przestały mi matkować. Po prostu gdzieś tu krążyły, sprzątały po mnie i dbały, żeby niczego mi nie zabrakło. Działaliśmy jak dobrze naoliwiony mechanizm. Cassie okazała się inna. Zauważałem ją.

Bo było w niej coś dziwnego…

Rozdział 5

Cassie

Schodziłam po wielkich schodach, w jednej ręce trzymając koszyk ze środkami czystości, w drugiej z brudnymi ścierkami i innymi pierdołami, które musiały od razu trafić do pralki. Dmuchnęłam w kosmyk włosów, który wyślizgnął się z niskiego kucyka i wkurzał mnie niemiłosiernie. Zrobiłam to znów, bo bezczelnie opadł na oko, zasłaniając mi kolejne schodki. Kiedy dotarłam do przedostatniego, zderzyłam się spojrzeniem z Amelią, która z uwagą obserwowała moje poczynania. Mogłaby pomóc, a nie zgadywać, czy zlecę z tych cholernych schodów.

– Ogarnij się – powiedziała stanowczo. – Mamy dziś niespodziewaną kolację. Będziesz obsługiwać.

– Oczywiście. – Uśmiechnęłam się, mimo że w środku mnie skręcało.

Spodziewałam się, że praca nie okaże się lekka, nikt tu nie będzie mnie karmił za obijanie się, ale mimo wszystko… Zrzucili na mnie masę obowiązków już pierwszego dnia. A ja wykonywałam je z największą starannością, żeby nie podpaść.

Odłożyłam kosze, uruchomiłam pralkę, po czym poszłam do siebie, żeby się ogarnąć, jak kazała Amelia. Zaczęłam się zastanawiać, czy włożyć odświętny uniform, czy zwykły. Wolałam zapytać, więc zarzuciłam na siebie spodnie dresowe i bluzę, nim poszłam szukać którejś z dziewczyn. Wpadłam na Rachel.

– Hej, słyszałaś o tej kolacji dziś wieczorem? – Złapałam ją w holu oddzielającym nasze pokoje, gdy chciała wejść do swojego.

– Tak, a co? – Spojrzała dziwnie, jakby mi nie ufała. W sumie co się dziwić. Jeśli pracowała tu długo, zapewne znała mnóstwo sekrecików państwa Donatello, a lepiej nie dzielić się plotkami z nową.

Postanowiłam się nie zrażać i przybrać przyjazny wyraz twarzy.

– Który uniform powinnam włożyć? To coś ważnego?

– Spokojnie. – Uśmiechnęła się i odetchnęła. – Zwykły. To tylko najbliższa rodzina. Ten elegancki mamy nosić tylko na święta lub na większe imprezy. Amelia zawsze o tym informuje.

– Dzięki. – Klasnęłam w dłonie. – Nie chciałam dać plamy tak od razu.

– Nie ma sprawy. – Puściła mi oczko. – Jeśli będziesz miała z czymś problem, to daj znać.

– Długo tu pracujesz? – zagadałam, mimo że dostrzegłam, jak jej się śpieszy.

– Niecałe dwa lata. Tylko na początku jest tak trudno. Nie łam się. – Machnęła mi na pożegnanie i zamknęła się u siebie, a ja wróciłam do swojego pokoju, żeby się przygotować.

***

Poszłam do kuchni w willi szefa, gdzie Amelia już rozdawała zadania. Spojrzała na mnie karcąco, ale przecież się nie spóźniłam… Nie podała nawet konkretnej godziny, a poza tym wcale nie odpoczywałam. Kazała mi się ogarnąć, więc to zrobiłam i od razu tu przyszłam. Stanęłam w rządku, a żołądek upomniał się o brak posiłku, bo wszystko tu pachniało przecudownie.

– Liczę na to, że potrafisz nakrywać? – Wskazała na mnie palcem.

– Nie mam doświadczenia – przyznałam. – Nauczę się.

Westchnęła, po czym klasnęła w dłonie.

– Do roboty, dziewczęta.

Coś tam wiedziałam o nakrywaniu i obsłudze, bo czasem pomagałam innym w poprzednich pracach, ale postanowiłam nie mówić o tym przełożonej. Lepiej, żeby się okazało, że szybko się uczę, niż żeby ochrzaniała mnie za każdą pomyłkę.

Podpatrywałam Rachel i Miriam, by wszystko ustawiać w taki sposób, w jaki one to robiły. Na koniec westchnęłam, pocierając czoło. Chciało mi się pić. Wróciłyśmy do kuchni, gdzie pochłonęłam całą szklankę wody.

– Zmęczona? – zażartowała chamsko Amelia, patrząc przez ramię pomocnicy kucharki, gdy ta pięknie układała potrawy w misach i na talerzach.

– Głodna – odpowiedziałam, bo coś we mnie pękło. Ileż można udawać posłuszną? – Nic jeszcze dziś nie jadłam.

Poza porannymi bułeczkami – dodałam w myślach.

– Teraz nie mamy na to czasu. – Znów klasnęła w dłonie. – Zacznij wynosić.

Zrobiłam, co kazała, czując, że się przyczepi, bo zaraz sprawdzi i stwierdzi, że wszystko źle rozłożyłam. Trudno. Jeszcze nie wiedziała, w jakich miejscach byłam i co przetrwałam. Miałam do czynienia z gorszymi od niej. Nawet Amelia nie dorastała do pięt niektórym wychowawcom w bidulu.

– Bardzo ładnie. – Pani domu złapała mnie za ramię. – Dobrze sobie radzisz, Cassandro.

– Dziękuję. – Posłałam jej uśmiech, a później zauważyłam nadąsaną Amelię.

Cóż… teraz się nie przyczepi. Odsunęłam krzesło dla seniorki i zaprosiłam ją do stołu.

– Czy coś już pani podać? Może nalać czegoś do picia?

– Dziękuję, dziecko. Poradzę sobie. Masz sporo pracy.

Wróciłam na kuchnię. Candice, tutejsza kucharka, machnęła na mnie ręką, więc podeszłam. Podała mi kubek, puszczając oczko.

– Mój bulion postawi cię na nogi.

Zajrzałam do środka, a sam zapach znów przypomniał mi o głodzie. Wzięłam łyk, mrucząc cicho.

– Jest pani genialna.

– Dlatego jeszcze mnie nie wyrzucili. – Zaśmiała się. – Wracaj do pracy, a w wolnych chwilach popijaj.

– Dziękuję. – Upiłam szybko kolejny łyk i odłożyłam kubek, bo rozległ się dzwonek do drzwi.

Po kilkunastu minutach przy wielkim stole siedziała już cała rodzina Donatello, łącznie z dziadkiem, żonami i wnukami. Rozmawiali o sprawach firmy i o tym, jak się z tego wykaraskać. Byłam w szoku, że są tak spokojni i wymieniają się grzecznie spostrzeżeniami, bo przywykłam do bardziej wybuchowych reakcji, szczególnie gdy miało się kłopoty. Być może hamowali się przy dzieciach… Zajadali się posiłkiem, a my dbałyśmy o to, żeby niczego im nie zabrakło.

Nagle znów rozległ się dzwonek, ale ten przy bramie. Wszyscy równo odwrócili głowy w stronę drzwi, a ja szybko spojrzałam na liczbę miejsc. To był raczej ktoś niezapowiedziany. Mój szef wyciągnął z kieszeni telefon i coś kliknął.

– Paula – stwierdził sucho, a jego najstarszy brat, Miles, się roześmiał. Marcus spiorunował go wzrokiem.

– Zachowaj się jak dżentelmen. – Dziadek kiwnął mu głową, więc wstał od stołu.

– Dobry wieczór – witała się nowo przybyła i nie uszło mojej uwadze, że po kolei mierzy wzrokiem służące, a na mnie zatrzymała go najdłużej. Zaśmiała się, kładąc dłoń na klatce piersiowej, jakby jej ulżyło.

– Panuj nad mimiką – wyszeptała Rachel.

– Co? – spytałam, marszcząc brwi.

– Właśnie samym spojrzeniem dałaś jej w mordę.

Musiałam się odwrócić, niby po coś sięgając, bo zachciało mi się śmiać.

– Co tak stoicie? – warknęła Amelia. – Przyszykujcie miejsce dla panienki Pauli.

Wzięłyśmy się do roboty. „Panienka” Paula wskazała, żeby dodać krzesło obok Marcusa, więc tak zrobiła Rachel. Wszyscy musieli się przesunąć, by zrobić jej miejsce. Następnie Miriam podała talerz i sztućce, a ja zaczęłam układać różne szkła, do każdego trunku według nich pasowało inne. Dla mnie było to bez różnicy. Mogłam pić bulion z kubka, ale mój świat mocno różnił się od wyższych sfer.

– Nie w tej kolejności – upomniała mnie Paula.

– Słucham?

– Źle. – Zaczęła poprawiać zastawę. – Tak powinno to być ułożone.

Przełknęłam dumę, grzecznie pochylając głowę.

– Przepraszam.

– Nic nie szkodzi – wtrącił Marcus. – To twój pierwszy dzień.

– Och, naprawdę? – Uśmiechnęła się do mnie, poprawiając boskie włosy. Naprawdę wyglądały bosko. Aż chciało się ich dotknąć, żeby sprawdzić, czy nie są z aksamitu! – Nigdy wcześniej nie byłaś w takim domu?

– Nie, proszę pani.

– Nigdy nie pracowałaś jako służąca?

– W moich poprzednich miejscach pracy miałam podobne obowiązki, ale inaczej nazywano moją stanowisko.

– Jak?

– Sprzątaczka. – Wyprostowałam się, bo nie uważałam, że w czymkolwiek mi to ujmuje.

– W jakich miejscach pracowałaś?

– Między innymi w domu spokojnej starości i hotelu, proszę pani.

– Rozumiem. Cóż… – Dotknęła ramienia Marcusa. – Więc chyba można to uznać za awans? Podawanie do stołu jest na pewno przyjemniejsze niż zmienianie pieluch w domu starców.

– W domu starców sprzątaczki nie zmieniają pieluch, proszę pani. Od tego jest odpowiedni personel.

– Więc co tam robiłaś? – W spojrzeniu kobiety dostrzegłam, że nie spodobała jej się moja bezpośredniość. Powinnam pewnie stać jak kołek i przytakiwać.

– Sprzątałam. – Znów o mało się nie uśmiechnęłam. – Ścierałam kurze, myłam okna i podłogi, ściągałam pajęczyny, a przy okazji rozmawiałam z mieszkańcami, bo to lubili.

– Każdy zawód jest potrzebny – wtrącił Marcus.

– Zgadzam się – dodała pani Donatello. – Bez naszych pracowników bylibyśmy nikim.

– Tak pani uważa? – zdziwiła się Paula.

– Nasi pracownicy nie tylko podają nam właśnie kolację, ale również ciężko pracują, żeby nasze produkty były najwyższej jakości. Na przykład bez ludzi na produkcji nie moglibyśmy tworzyć…

Dziadek Donatello kiwnął głową, zgadzając się z żoną, i uniósł kieliszek.

– Za dobrych pracowników.

Pozostali dołączyli do toastu, a ja mogłam się w końcu ulotnić.

Kolacja trwała dość długo, donosiliśmy ciepłe potrawy, pieczywo, soki dla dzieci. Przy Pauli nikt już nie wrócił do tematu firmy, mimo że ona gorąco zapewniała o swojej lojalności. Powtarzała, że nie wierzy w te kłamstwa i stoi po ich stronie. Dziękowali, ale nie zagłębiali się w temat. Musiałam przyznać, że dla nich była bardzo sympatyczna. Zawsze wiedziała, co powiedzieć, zagadywała dzieci i żony. Można by ją polubić, gdyby nie to, że od czasu do czasu dziwnie na mnie patrzyła, jakby obserwowała każdy mój ruch, co utrudniało mi i tak stresujący wieczór.

Na szczęście wkrótce kolacja dobiegła końca. Pierwsi zbierali się ci z dziećmi, następnie dziadkowie Donatello stwierdzili, że pora, aby szykować się do snu. Czekaliśmy, aż będzie można sprzątać ze stołu, bo podobno nie powinnyśmy tego robić, dopóki nie odejdzie od niego ostatnia osoba. Przysiadłam na chwilę, a wtedy stanęła przede mną Amelia.

– Idę pomóc przygotować się mojej pani do snu, dziś ty sprzątasz.

– Słucham? – Przekrzywiłam głowę.

– Czego nie zrozumiałaś? Kuchnia i jadalnia muszą błyszczeć, bo niby jak podamy śniadanie? – Odwróciła się i zaczęła instruować pozostałych: – Reszta może iść do siebie, gdy zakończy się kolacja. Candice, Payton, wy już macie wolne, nie będziemy podawać nic więcej.

Wzięłam głęboki wdech. Nie wiedziałam, czy to jakiś sprawdzian, czy co… Ale musiałam czekać, aż wszyscy sobie pójdą, a następnie posprzątać cały ten syf. A rano wstać bardzo wcześnie…

Obiecałam sobie, że dam radę. Przetrwam. Początki zawsze są trudne, a ja nie zamierzałam się poddawać.

Kucharka i jej pomocnica zaczęły sprzątać w kuchni, ale Amelia znów je upomniała:

– Powiedziałam, że macie wolne. Cassie to zrobi.

– Pochowaj resztki do lodówki – wyszeptała Payton. – Wszystko w pojemniki, każde osobno, ułożone ładnie i równo. Resztki z talerzy lub nieapetycznie wyglądające do białego kubła – poinstruowała szybko, nim ściągnęła z siebie fartuszek.

– Dzięki.

Spojrzałam na Amelię i wyżej uniosłam podbródek. Tak szybko mnie nie złamie. Potrafiłam ciężko pracować. W głowie powtórzyłam sobie swoje przekonania: Nic nie jest na zawsze. Nawet ten dom był tylko przystankiem w moim życiu. Lekcją. A kiedy ją odrobię, pójdę naprzód.

Gdy wszyscy już zniknęli, zaczęłam od ogarniania kuchni. Najpierw nienaruszone resztki z garnków przepakowałam i zamknęłam w pojemnikach, napisałam datę markerem na specjalnej karteczce i starannie ułożyłam na półce w lodówce. Przyniosłam kilka półmisków z jadalni i maczając sobie pieczywo w obłędnym sosie, jednocześnie sprzątałam. Lubiłam sprzątać. To był mój żywioł. I tak to przyjęłam. Już wyobrażałam sobie, jak zaraz wszystko będzie lśnić. Pochyliłam się nad blatem, znów namoczyłam chleb w sosie i wzięłam porządny gryz, przymykając oczy. Ta kucharka była genialna.

– Smacznego. – Głos Marcusa sprawił, że szybko rozchyliłam powieki i z ledwością przełknęłam.

– Dziękuję. – Wytarłam usta, prędko podchodząc do szefa, który trzymał w dłoniach pełno talerzy.

– Spokojnie, odłożę to, jedz. – Powoli kładł wszystko na blat, a następnie oparł się o niego tyłkiem. – Ciężki pierwszy dzień, co? Nie zawsze tak tu jest, więc po prostu źle trafiłaś. To nie było wcześniej planowane.

– Taka praca – odparłam, napełniając zmywarkę pierwszymi naczyniami, żeby zrobić wokół siebie trochę miejsca.

– Nie uciekniesz? – zażartował.

– Nie tak łatwo mnie wystraszyć, panie Donatello.

– Naprawdę?

Spojrzałam na niego, sięgając po talerze, które przyniósł, żeby wyrzucić resztki do białego kubła.

– Tak, panie Donatello.

– Czuję, że kryje się za tym jakaś historia.

– Każdy jakąś ma, prawda? Nie istnieją ludzie bez historii.

– Tak sądzisz?

– Mhm…

– A ci nudni? Obrzydliwie bogaci? Mający wszystko?

– Nie rozumiem, co ma pan na myśli. – Wciąż się krzątałam, gdy on stał oparty o blat. – Nasze historie oczywiście mają związek ze statusem materialnym, ale pieniądze to nie wszystko. Można nadal nie mieć nic, mając mnóstwo kasy.

– Zgadzam się. Ale niektórzy żyją jak królowie, nie mają żadnych większych nieprzyjemnych przeżyć, spokojne dni, kochające rodziny… Wszystko.

– Może zasłużyli w poprzednim życiu?

– Wierzysz w reinkarnację?

– Moja duchowość jest dość skomplikowana. – Zmarszczyłam nos. – Wierzę, a jednocześnie nie pasuję chyba do żadnej społeczności religijnej.

– Faktycznie skomplikowane. – Uśmiechnął się szeroko. – Rozwiń, proszę.

Wzruszyłam ramionami, naciskając odpowiednie przyciski na zmywarce. Nie chciałam się przed nim otwierać. Był moim szefem, nie przyjacielem. Zastanawiałam się więc, jak odpowiedzieć grzecznie i zgodnie z prawdą, nie zdradzając, co tak naprawdę we mnie siedzi.

– Wydaje mi się, że dobrze jest czuć, że ktoś się nami opiekuje, czuwa, wskazuje drogę… Nie robimy tym nikomu krzywdy, a skoro pomaga, to dlaczego nie? Wiara w to, że nasza siła, zaciętość w walce ze słabościami i ciągłe doskonalenie ducha nie pójdzie na marne, też ma sens. Inaczej wszyscy moglibyśmy kraść i zabijać, prawda? Moglibyśmy mieć wszystko gdzieś, że tak to ujmę, i całe życie spędzić w podróży. Po co na przykład panu ciężka praca i firma, skoro życie jest jedno i każdy dzień w pracy jest czasem zmarnowanym?

– Nie jest.

– Bo wierzy pan w jej sens. To również kwestia wiary lub jej braku.

Milczał, więc przystanęłam, żeby sprawdzić dlaczego. Patrzył na mnie intensywnie, długo i wtedy zrozumiałam, że ta rozmowa była swego rodzaju testem. Wyglądał na zadowolonego, więc chyba zdałam.

– Będzie nam się dobrze pracować, Cassie. Dobranoc.

– Dobranoc, panie Donatello.

© Katarzyna Kasmat-Łyskaniuk

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68677-45-4

Wydanie pierwsze

Redakcja

Anna Łakuta-Rudzka

Korekta

Justyna Szymkiewicz

Danuta Perszewska

Magda Adamska

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.