Hiding from the Rain - Ewa Remek - ebook
NOWOŚĆ

Hiding from the Rain ebook

Remek Ewa

5,0

82 osoby interesują się tą książką

Opis

Spin-off hokejowej serii „Thin Ice Games”!

 

Sienna Sullivan ucieka od swojego dawnego życia i od przekonania, że zawsze robiła coś niewłaściwie. Stara się być niezależna i… dzielna. Ale nie jest to takie proste, kiedy w pracy chcą dać ci czternastogodzinną zmianę, szef to obrzydliwy seksista, rachunki rosną z miesiąca na miesiąc, zakupy same się nie zrobią, a do tego ocenia cię najważniejszy członek jury: własny czteroletni syn. 

 

Jakby tego było mało, jest jeszcze mieszkający obok przystojny hokeista. Kiedy ten facet stał się dla niej tak bliski? Jak doszło do tego, że ma klucze do jej mieszkania?

 

Tymczasem mogłoby się wydawać, że Rainerowi Rhodesowi niczego nie brakowało. Kariera sportowa w jednym z najlepszych klubów NHL, uwaga płci przeciwnej, pieniądze, ciągłe wycieczki i ludzie robiący o nim materiały w mediach społecznościowych.

 

A jednak to życie nagle zaczyna mu się wydawać puste… dopóki nie zjawia się ona. 

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. 

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 636

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:



Copyright © for the text by Ewa Remek

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Strączyńska

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Kamila Grotowska, Aga Dubicka

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-826-2 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

OD AUTORKI

Wydarzenia przedstawione w książce są fikcją literacką. Inspiracją dla elementów fabuły pozostaje istniejąca liga hokejowa NHL, lecz nazwy niektórych drużyn zostały zmienione na potrzeby historii. Jakakolwiek zbieżność imion, nazwisk i numerów zawodników jest przypadkowa.

Książka to spin-off serii Thin Ice Games. W treści mogą pojawić się spojlery do czterech podstawowych części serii. Aby bliżej poznać bohaterów pobocznych tej historii, należy zaznajomić się z poprzednimi książkami z tego uniwersum hokejowego.

Seria Thin Ice Games:

Tom 1: For Good Luck

Tom 2: For The Cheer

Tom 3: For Your Love

Tom 4: For Our Future

OSTRZEŻENIE

W książce występują treści mogące mieć wpływ na wrażliwych czytelników, jednak ich opis może zdradzić elementy fabuły i wywrzeć wpływ na ogólny odbiór historii, w związku z czym nie zostały umieszczone tutaj, tylko na ostatniej stronie. Jeżeli jesteś wrażliwym czytelnikiem, zapoznaj się z ostrzeżeniem dotyczącym treści na końcu książki.

MINNESOTA WILDCATS – SKŁAD:

Imię i nazwisko – numer – pozycja

NAPASTNICY:

Brayden Wyatt – 39 – środkowy (kapitan)

Carter Hollenbeck – 22 – lewoskrzydłowy

John Calley – 67 – prawoskrzydłowy

Kevin De Rossa – 26 – prawoskrzydłowy

Marco Moreau – 46 – środkowy

Chad Hughes – 41 – lewoskrzydłowy

Ulrich Novak – 14 – środkowy

Felix Rouz – 81 – lewoskrzydłowy

Lennox Hansson – 94 – środkowy

Colton Reyes – 24 – lewoskrzydłowy

Bo McQueen – 19 – prawoskrzydłowy

OBROŃCY:

Rory Delgado – 15 – defensywny

Garrett Becker – 10 – ofensywny

Rainer Rhodes – 6 – ofensywny

Sebastian Reyes – 8 – defensywny

Søren Lund – 52 – ofensywny

Ville Jokinen – 28 – defensywny

BRAMKARZE:

Petro Melnyk – 31 – bramkarz

Shay Keller – 33 – bramkarz rezerwowy

SZTAB TRENERSKI:

Chris Marshall – trener główny

Mack Weston – zastępca trenera

Richard Rutherford – asystent trenera

Benjamin Todds – asystent trenera

Rozdział 1Nowa sąsiadka

RAIN

Brayden:

zbierać tyłki, panowie

za dwie godziny widzę was w Saint Paul na treningu

nie bądźcie cipki

halo? czy ktoś tu jest?

Seth:

Przypominam, że ja nie gram już w waszej drużynie, czy ktoś mógłby mnie usunąć z tej grupy?

Beck:

daj spokój, tatuśku, to nie jest grupa drużynowa, tylko nasza prywatna, na grupie drużynowej częściej cię obgadujemy

możesz usuwać siebie samego dowolną liczbę razy, a i tak będziemy cię tu przywracać z powrotem

Brayden:

Kto pamięta, jak Ollie opowiadała o Shadow Daddy?

Rain:

miałeś o tym nie mówić głośno

Rory:

czy jak powiem, że pamiętam, nie muszę jechać na trening?

Brayden:

bardzo zabawne

*zmienił nazwę użytkownika Seth na Shadow Daddy*

Shadow Daddy:

*zmienił nazwę użytkownika Shadow Daddy na Seth*

Brayden:

kiedyś zrobię to w środku nocy i zamienię cię w niego chociaż na te kilka godzin

koniec żartów, NA TRENING, PANOWIE, DZIECIAKI MILE WIDZIANE

– Chcę rozwodu – oznajmia Elis, żona Becka, mojego kumpla z drużyny.

Delikatny kobiecy głos roznosi się echem po pomieszczeniu. Odnoszę wrażenie, że jestem tutaj intruzem i chyba nie powinienem słyszeć tej rozmowy, ale siedzę i udaję, że nie słucham. Tak naprawdę słucham bardzo uważnie i sam jestem zszokowany.

Jamie robi wielkie oczy.

– Nie mówisz poważnie – stwierdza.

Po policzku Elis spływa wielka łza.

Och, nie, nie znoszę widoku płaczących kobiet. Serce mnie wtedy boli.

– Mówię całkowicie poważnie – szlocha Elis. – Nie dam rady już dłużej. Jestem totalnie beznadziejna.

– Elis… – pociesza ją Jamie. – Przestań. Denerwujesz się. To pewnie przez hormony.

– Sama już nie wiem. Czy to rzeczywiście hormony? Czy może po prostu moje wariactwo? Nie mam pojęcia, jakim cudem Beck jeszcze ze mną wytrzymuje.

Jamie wzdycha ciężko i podrzuca delikatnie w rękach małego Ashtona, który zaczyna powoli gaworzyć i ostatnio coraz częściej otwiera buźkę.

Po tym, jak w ostatnich latach rozwinęła się sytuacja u moich kumpli z drużyny, tym trudniej uwierzyć mi w słowa Elis.

Każdy z nich – Beck, Brayden, Rory i Seth – ma żonę. Pojawiły się też już dzieciaki. Oni wszyscy są uosobieniem tego, o czym ja mogę na razie tylko pomarzyć, więc zachowanie Elis nie mieści mi się w głowie.

– Dziękuję za pomoc, Rain – mówi do mnie Jamie i uśmiecha się ciepło. – Kaden chce mieć taką samą koszulkę jak ty. – Zerka pobieżnie na mój T-shirt z logo Jurassic Park. – Naprawdę się cieszę, że nie zawracał ci za bardzo głowy, gdy wyszłam nakarmić Ashtona.

– To nic takiego. – Wzruszam ramionami i wsuwam dłonie do kieszeni. – Dwójka dzieci to musi być coś.

– Och, tak, jest. Jeszcze Kaden jest wciąż w fazie buntowniczego trzylatka i daje popalić, a wśród obcych zawsze jest bardziej cierpliwy.

Kaden wyłania się zza moich nóg, gdzie ukrywał się przed mamą.

– Mam cię, mały łobuziaku! – Jamie delikatnie rzuca się na syna, a on podskakuje z piskiem.

Elis siada zrezygnowana na stołku, a jej łzy stają się coraz większe, gdy obserwuje całe zajście.

– A jeśli nie będę taką fajną matką? – pyta chyba sama siebie.

– Przestań gadać głupoty – mówi Jamie, po czym bierze Kadena za rączkę. Na drugiej ręce balansuje sześciomiesięcznego Ashtona. – Będziesz świetną matką. Najlepszą dla swoich dzieci.

– Bardzo chciałam tego dziecka, ale teraz wszystko mi się już miesza. Jestem kompletnie rozsypana, nerwowa, nic mi nie wychodzi. Wczoraj próbowałam ugotować obiad, spaliłam wszystko, a potem wkurzyłam się sama na siebie i pokłóciłam się przez to z Beckiem. I jakby tego było mało, nie rozmawiałam z nim przez cały wieczór.

– Okej. I co on zrobił? – podpytuje Jamie.

– Nic. – Elis chowa twarz w dłoniach. – Przez cały wieczór udawałam, że jestem zajęta. Czytałam książkę na Kindle’u. Jakiś słodki romans. Wtedy zrobiło mi się jeszcze gorzej, bo tam też było coś o ciąży, nawet o niespodziewanej, i bohaterka nie zachowywała się tak w stosunku do swojego mężczyzny. Jestem okropna!

– Beck prawdopodobnie chciał dać ci trochę przestrzeni – wtrącam niezręcznie. Masuję swój kark. – Na pewno nie zamierzał cię zignorować ani nic z tych rzeczy.

– Skąd wiesz? – Elis patrzy na mnie zaczerwienionymi oczami.

– Bo go znam. Nie jest taki. Kocha cię nad życie. Nie odrzuci cię przez jedną sprzeczkę.

– Był taki spokojny, gdy na niego krzyczałam, że miałam ochotę rzucić w niego drewnianą łyżką! – szlocha Elis. – Nic mi teraz nie wychodzi, do cholery. Ollie przeszła dwie ciąże całkiem dobrze, prawda? I ty też, Jamie. A ja nie mogę nawet wystać pół godziny w kuchni przy garnkach, bo zaraz lecę wymiotować. Wiecznie jest mi niedobrze. Ciągle leżę na kanapie. Jest mi zbyt gorąco. I ciągle płaczę.

Ramiona kobiety podrygują żałośnie.

Jamie wzdycha i zaczyna głaskać ją po głowie. Na chwilę jeszcze puszcza Kadena, który natychmiast wraca do mnie.

Ten chłopiec uwielbia hokeistów, lodowisko, krążki i wszystko, co z tym związane. Gdyby mógł, prawdopodobnie dałby mi się ukraść.

– Kochanie, spokojnie. Nic się nie dzieje. Masz pełne prawo do tego, żeby płakać, ale nadal nie rozumiem, dlaczego chcesz przez to rozwodu.

– Bo jak mogę skazać Cartera na takie życie? Na ciągłe słuchanie mojego płaczu i narzekań? Nie potrafię inaczej! Jestem rozdrażniona, choć próbuję się powstrzymywać. Chcę rozwodu, bo uważam, że powinnam być lepszą… lepszą… – pociąga głośno nosem – …żoną.

Wyciera twarz w materiał koszulki na ramieniu.

Ma już lekki brzuszek – widać jego zarys pod obcisłą bluzką, ale wciąż jest to dopiero drugi trymestr. Wygląda tak smutno.Gdybym był na miejscu Becka, chyba właśnie bym ją zanosił na rękach do samochodu i poświęcił jej całą resztę wieczoru, by poczuła się chociaż trochę lepiej. Elis, mimo tendencji do przesadzania i histerii, jest naprawdę dobrą osobą. Znamy się zbyt długo, bym mógł pomyśleć inaczej.

– Popełniam błąd za błędem. Carter chciał mieć niespodziankę, jeśli chodzi o płeć, ale ja dowiedziałam się przypadkiem z papierów u lekarza. Postanowiłam, że nie będę mu mówić, bo bardzo ekscytował się pomysłem poznania płci dopiero podczas porodu. Milczałam jak grób. Aż pewnego dnia… pewnego dnia rozmawialiśmy o dziecku i nagle wymknęło mi się: ciekawe, czy nasza córeczka będzie miała tak samo piękne rzęsy jak twoje, a do tego moje blond włosy, i będzie wyglądała jak księżniczka…

Słowa grzęzną jej w gardle.

– Elis, jestem pewna, że Beck nie ma nic przeciwko poznaniu płci dziecka nieco wcześniej – zapewnia miękko Jamie i nie przestaje głaskać przyjaciółki po głowie.

– No, był bardzo zadowolony, gdy się dowiedział, co nie zmienia faktu, że miałam milczeć! Zrujnowałam mu niespodziankę, a on pewnie nie chciał mnie martwić, dlatego udawał, że nie jest rozczarowany. Przekazaniem informacji, oczywiście, a nie płcią, bo jest taki słodki, że chciał mieć właśnie córeczkę.

– To kochane. Beck zawsze był kochany. Gwarantuję, że nie ma ci niczego za złe – kontynuuje Jamie. Spotyka się ze mną wzrokiem, więc natychmiast się obracam i biorę Kadena na ręce, by pokazać mu wszystkie zakamarki lodowiska.

Nie mogę jednak nie usłyszeć dalszej rozmowy dziewczyn.

Chociaż zwykle nie wtrącam się w nie swoje sprawy i jestem raczej ugodowy, mam ochotę podejść do Elis i wbić jej do głowy, że Beck nie przestaje gadać o niej i o tym, że będzie miał dziecko, dosłownie na każdym treningu. Na dzisiejszym też. On jeszcze jest gdzieś w szatni, a ja stoję tu jak kołek i modlę się, by szybko przyszedł.

– Kaden – mówię poważnie do chłopca, który natychmiast raczy mnie spojrzeniem swoich wielkich, jasnoniebieskich oczu, takich samych jak u jego tatusia. – Spraw, żeby wujek Beck szybko wyszedł z szatni, okej? Wypatrujemy go razem, dobrze? Jak tylko go dostrzeżesz, krzycz.

Chłopczyk kiwa ochoczo głową i się śmieje. Unosi rączkę, po czym przykłada ją sobie do czoła, jakby był na statku i wypatrywał lądu. Całkiem niezła ze mnie niańka.

– Posłuchaj uważnie, Elis. Ciąża wygląda różnie. Mogę ci powiedzieć wiele, chociaż nie będę ściemniać, ja całkiem nieźle czułam się w obu. Ale powinnaś pogadać z Ollie. Podczas ciąży z Cole’em było jej niedobrze aż do szóstego miesiąca. A gdy nosiła w brzuchu Vaughna, kopał jej żebra tak, że czasami ledwie była w stanie się ruszać.

– Ale ona jest jak maszyna do rodzenia dzieci. Nawet jak się źle czuje, to tego po niej nie widać.

Słyszę za plecami westchnienie Jamie.

– Każdy jest inny. Serio, Elis, nie zamartwiaj się. Pogadaj z Beckiem i wszystko będzie w porządku. On zrozumie twoje… rozstrojenie. Masz prawo być smutna, sfrustrowana, masz prawo się złościć, ale jedyne, z czego nie możesz zrezygnować, to rozmowa z drugim człowiekiem, bo jeśli mu tego nie wyjaśnisz, tym bardziej nie poczujesz się lepiej. Tylko mu zaufaj.

Gdzie się znajduje takie kobiety?

Odkąd zacząłem grać w NHL, dobierają się do mnie tylko takie, które chcą zaliczyć albo skorzystać z przywilejów. Albo się pokazać. Na początku wchodzenia w świat sportowy próbowałem się dopasować, ale to totalnie nie dla mnie. Lubię wizję rodziny. Lubię wizję wąskiego, zaufanego grona przyjaciół. Kocham wizję ciepła, wzajemnego szacunku i wsparcia. I staram się nie martwić tym, że przez siedem lat od przeprowadzki do Minneapolis nikogo sobie nie znalazłem, bo mam cholernego pecha.

Mały Kaden, który wierci się w moich ramionach, nagle woła na cały głos:

– Tatuś!!! – Próbuje skakać i mnie odpychać, co niespecjalnie mu wychodzi. – I wujek Beck!!!

Za sobą słyszę ciche sapnięcie. To chyba Elis.

– Och, nie. Idzie tu. A ja jestem w rozsypce. Szykujcie papiery rozwodowe.

Nie mogę się powstrzymać i parskam cichym śmiechem. Rozumiem, że dla niej to chyba bardzo poważna sprawa, ale jednocześnie cała sytuacja i jej komentarze nieco mnie bawią. Ten jej chaos ma w sobie nawet coś słodkiego. Ciekawe, jak się żyje z takim chaosem na co dzień. Elis Hollenbeck, królowa dram.

Brayden przykłada dłonie do ust i wyje niczym wilk, czym jeszcze bardziej ekscytuje syna. Iii… ja już nie istnieję. Kaden rozkazuje wypuścić się z powrotem na podłogę i biegnie w stronę ojca, rzuca mu się w ramiona, jakby nie widzieli się sto lat. Ashton w ramionach Jamie również zaczyna wesoło piszczeć na widok taty.

Brayden jest całkowicie zajęty trzyletnim synkiem, a Beck… właśnie w tym momencie dostrzega Elis. I jej stan.

– Skarbie? – Rzuca się naprzód sprintem i gdy tylko do niej dobiega, pada od razu na kolana, przy czym zapewne solidnie je obciera. – Skarbie, Elis, kochanie, proszę, mów do mnie. Co się dzieje? – Patrzy na Jamie, jest w totalnym amoku. – Co się dzieje? To dopiero szósty miesiąc. Co się stało? Jakieś skurcze? Boże, musimy jechać do szpitala, prawda? Ja…

– Beck – przerywa mu łagodnie Jamie. – Spokojnie. Nie potrzebujemy tu drugiej panikary. Nic się nie stało. Prawda, Elis?

Elis nie jest w stanie spojrzeć mu w oczy.

Pociąga gwałtownie nosem i próbuje wyregulować oddech.

Beck przesuwa dłońmi po każdej części jej ciała.

– Elis, skarbie, błagam, mów do mnie. Powiedz mi, że wszystko w porządku, bo oszaleję.

Dziewczyna smutno unosi głowę, jej oczy są już całe czerwone.

– Ch-chcę ro-rozwodu.

Beck na moment sztywnieje, a potem… wybucha głośnym śmiechem, odchylając głowę.

Jamie zaciska usta, próbując się nie roześmiać.

Brayden jest w swoim świecie i bawi się z Kadenem, ganiając po trybunach w górę i w dół. Rory jeszcze nie wyszedł z szatni, pewnie rozmawia z kimś z drużyny, być może z Sethem, bo jego też tu nie ma.

Jestem świadkiem bardzo dziwnej sceny niemal jako jedyny. Oprócz Jamie, oczywiście.

– Słucham? – pyta w końcu Beck.

– Powinieneś… powinieneś się ze mną rozwieść. Jestem okropna. I ciągle płaczę. I przytyłam już ponad trzynaście funtów!

Beck znów się śmieje, tym razem nieco ciszej.

– Ale gadasz głupoty, Elis. Nigdy się z tobą nie rozwiodę, głuptasie. – Całuje dziewczynę w nos. – Kocham cię. Wszystko w porządku, tak?

– Nie. Chciałam zrobić w domu ciasto na gofry i totalnie je zniszczyłam. Dodałam za dużo oleju, potem próbowałam dosypać mąki, ale jednak trzeba było wody i masła i…

– Kupimy gofry po drodze – zapewnia Beck. – Wszystko w porządku, Elis? Nic ci się nie dzieje? Nic nie dzieje się naszej córce?

Elis pociąga nosem.

– Wszystko w porządku. Mamy się dobrze. Oprócz tego zepsutego ciasta na gofry i rozbitego kubka, który był twoim ulubionym, oraz twojej białej koszulki, którą wrzuciłam do prania z czarnymi rzeczami…

– Baby brain – odzywa się Beck. – Chyba tak na to mówią. Nie czujesz się dzisiaj najlepiej, co? – Znów daje dziewczynie całusa w nos i pieści kciukiem jej policzek.

Aż muszę westchnąć.

I chyba odwrócić wzrok, bo czuję się jak intruz.

– Niezbyt dobrze. Nie chcesz się ze mną rozwieść?

– Nie dam ci nigdzie uciec – mówi Beck. – Chodź, wezmę cię do auta, kupimy po drodze gofry, a wieczorem zjemy jakąś sałatkę z pieczonymi batatami.

Na usta Elis wpływa delikatny uśmiech.

– Z dressingiem śmietanowo-ziołowym?

– Właśnie tak.

– A te gofry to bez niczego? Bo nadal mi niedobrze i nie zjem z żadnymi dodatkami.

– Oczywiście. Kupimy bez niczego. Same gofry.

Elis po raz ostatni pociąga nosem i wyciera go znów w ramię.

– Okej.

Oddycham z ulgą.

Temat rozwodu porzucony.

Beck robi to, o czym pomyślałem wcześniej – zabiera żonę dosłownie na rękach, wynosi ją z areny i pewnie pakuje do auta, by jechać po te gofry.

– Było blisko. – Śmieje się Jamie. – Dzięki za wsparcie, Rain. I nie przejmuj się. Przejdzie jej.

Dołącza do nas Brayden.

– Hej, mały bohaterze, zamęczyłeś dzisiaj Raina na śmierć? – mówi do synka, który podbiega z powrotem do mamy.

– Nie! Bawiliśmy się w statek, tsymał mnie na lękach! – odpowiada entuzjastycznie Kaden.

Brayden uśmiecha się do mnie jakoś tak błogo. Przebywanie z dzieciakami zawsze mu służyło, ale z jego własnymi? Cholera, ten facet ma obsesję na punkcie swojej rodziny.

– Dzięki za niańczenie, stary. – Klepie mnie po ramieniu. – Jak zawsze Kaden docenia twój wkład w jego wychowanie. I my też. Może chciałbyś zrobić sobie z nim wieczór filmowy jakoś w tym tygodniu, żebyśmy mogli z Jamie pobyć trochę sam na sam? – Unosi kilka razy brwi.

– Brayden! – szepcze Jamie, kręcąc głową i się śmiejąc. – No coś ty!

– Jeśli chcecie, możecie go do mnie kiedyś podrzucić – odpowiadam luźno. – Dla mnie żaden problem. I tak nudzę się w domu.

– Zaaaaajebiście – komentuje zadowolony Bray. – Ups. To znaczy… ekstra.

– Ale macie przecież jeszcze Ashtona.

– Och, Ashton chodzi spać o siódmej i jest spokojny tak do pierwszej–drugiej w nocy. Dopiero potem zaczynają się pobudki. To oznacza, że jak Kaden wpadnie do ciebie… i możemy go odebrać tak o dziesiątej… to daje mi jakieś… trzy cudowne godziny sam na sam z moją żoną.

Parskam śmiechem.

Jamie mamrocze coś pod nosem i zabiera od nas Kadena. Zakłada mu na głowę czapkę z daszkiem z logiem Minnesoty.

– A jak zaśnie? – dopytuję.

– Tym lepiej. Przeniesiemy go do domu na śpiocha.

– Bray, może Rain ma inne plany… – odzywa się delikatnie Jamie.

– Nie mam – zapewniam. – Serio, będzie mi bardzo miło, jeśli oddacie mi Kadena jako kompana.

– Wiecól filmowy! – ekscytuje się Kaden. – Tak! Z wujkiem Lainem?! Ja chcę!

– Sprzedany – oznajmia Brayden.

Jamie przewraca oczami, ale gdy łapie się wzrokiem z Braydenem, jest wyraźnie zadowolona. Uwielbiam ich relację. Bray bywa bezczelny, a ona to prawdopodobnie najbardziej wyrozumiała i cierpliwa osoba na świecie. Emanuje takim spokojem, że wokół mogłoby się palić, a ona by nas poprowadziła bezpiecznie w kierunku wyjścia.

– Rain, w sumie jak już cię mamy – mówi do mnie jeszcze Jamie. – Może chciałbyś z nami wyskoczyć dzisiaj na obiad? Właśnie zamierzaliśmy jechać. Mamy rezerwację w fajnej włoskiej knajpce. Będą Seth i Ollie z dzieciakami. Mieli być też Beck i Elis, ale chyba już o nas zapomnieli i pojechali do domu. Chętnie spędzimy z tobą więcej czasu.

Bray maskuje śmiech kaszlem.

– I oddamy ci pod opiekę – kaszlnięcie – wszystkie dzieci – kaszlnięcie – żeby móc spokojnie zjeść.

– Hej! To totalnie nieprawda! – wtrąca od razu Jamie. – Nie słuchaj mojego męża. Wcale nie będziemy zawracać ci głowy.

– Hm. Jasne. Czemu nie?

Wcale nie zostałem niańką, chociaż bardzo tego chciałem.

Lubię dzieciaki, a dzieciaki lubią mnie.

Ja mam z tego korzyści, moi kumple mają z tego korzyści. Sytuacja jest wygrana dla obu stron.

Ale teraz zostałem pozbawiony swojej roli, bo odebrano mi wszystkie cztery małe szkraby. Same chłopaki. Brayden i Seth zaraz po zjedzeniu obiadu wstali od stołu i udali się na plac zabaw obok patio, by pobawić się z synami. Nastąpiła jednak mała wymianka. Czteroletni Cole i dwuletni Vaughn, synowie Setha i Ollie, okupują ramiona Braydena, udając wspólnie, że są samolotem z turbodoładowaniem. Seth natomiast stoi przy dużej zjeżdżalni z drewna i obserwuje, jak jedyny trzylatek, Kaden, zjeżdża w dół i wychodzi z powrotem po raz pięćdziesiąty. Dodatkowo Seth odciążył Jamie z roli mamy, żeby mogła w spokoju zjeść, więc oprócz czujnej obserwacji Kadena zajmuje się trzymaniem na przedramieniu Ashtona, ale w ten śmieszny odwrócony brzuchem do dołu sposób, co wszyscy wokół nazywają pozycją leniwca. Dziecko ma główkę wygodnie ułożoną w zgięciu jego łokcia, a Seth jest tak postawny, że trzymanie w ten sposób Ashtona jedną ręką nie sprawia mu problemu, choć chłopiec nie należy do najdrobniejszych dzieci.

Dzieci Setha były znacznie mniejsze – chyba po Ollie. Przez ostatnie cztery lata widziałem go z dzieckiem na ręce w ten sposób milion razy. Od początku mówił mi tylko: dzięki temu masujesz mu brzuszek i jest mniejsze ryzyko kolki.

Dzięki, stary. Mam nadzieję, że ta rada kiedyś mi się jednak przyda.

Całkowicie i niezaprzeczalnie jestem w stanie wyobrazić sobie swoje życie w ten sposób. Gdy trafiłem do Minneapolis, przeprowadziłem się tutaj i rozpocząłem karierę w drużynie Wildcats siedem lat temu. Spodziewałem się, że będę musiał bardzo się zmienić, by przetrwać. Obawiałem się, że cały ten testosteron wokół zrobi ze mnie dupka. Szybko się jednak okazało, że ludzie, którzy nagle stali się moimi przyjaciółmi, zakładali właśnie rodziny jeden po drugim, więc nie musiałem uciekać z innymi zawodnikami w beztroski żywot sportowca.

Nie chcę beztroskiego życia.

Chcę mieć do kogo wracać, jak wszyscy tu zebrani.

Na razie jednak muszę zadowolić się rolą niańki, bo życie uczuciowe mi nie wychodzi. Ale jestem cierpliwy. To popłaca. Poza tym wiem, że gdzieś czeka na mnie prawdziwy skarb, być może mocno ukryty, który będę musiał wykopywać głęboko spod ziemi dniami i nocami. I jeśli już zobaczę choć cień szansy na to, że wpadnie w moje ręce, nigdy się nie poddam.

Tak więc jedyne, co zmieniło się po tych siedmiu latach, to moja pewność siebie. Zniknęła wszechogarniająca mnie nieśmiałość, bo zbyt często przebywam wśród żon swoich kumpli, by teraz bać się kobiet. Kiedyś nie mogłem pozbierać przy nich myśli. Teraz, gdyby przede mną stanęła kobieta moich marzeń, prawdopodobnie już bym się nie zająknął.

Nauczyłem się, jak rozmawiać z płcią przeciwną, chodziłem na niezliczoną ilość pierwszych randek, jednak kobiety w sportowcach szukają chyba czegoś innego niż spotkanie w przytulnej restauracji albo wypad na oglądanie gwiazd. Na pewno nie zadowala ich randka, która opiera się na rozmowie, dobrej zabawie i nie kończy się w łóżku. Aż z trudem przechodzi mi to przez myśl, ale za każdym razem, gdy randka kończyła się w moim albo jej łóżku, miałem wyrzuty sumienia. A one… odchodziły dalej. Albo miały inny cel niż ja. Prędzej czy później takie przelotne relacje po prostu się nudzą.

Chcę rozmowy. Chcę czegoś głębszego. Chcę drugiego człowieka, który ma takie priorytety jak ja.

– A więc – Ollie wyrywa mnie z zamyślenia – Rain. Mam dla ciebie bardzo ważne informacje.

Jamie i Ollie pałaszują obiad. Ollie je pizzę, Jamie kurczaka z warzywami i dzikim ryżem. Brayden i Seth przepadli na placu zabaw i raczej nie zamierzają do nas dołączyć w najbliższym czasie.

– Jakiś czas temu zgadałam się z moją dawną koleżanką z Monticello – opowiada Ollie. – Właściwie… hm, kiedyś nie byłyśmy bliskimi koleżankami. Ona była trochę zgryźliwa, wydawała się mało przystępna i nie przepadała za moim usposobieniem, ja też miałam o niej swoje zdanie. Nasi rodzice też się nie lubili. Natomiast ostatnio podczas wizyty z dzieciakami u dziadków spotkałam ją zupełnie przez przypadek. I… wiesz, jak to jest, ludzie się zmieniają i w ogóle. Popatrzyłam jej w oczy raz i wiedziałam już, że jest innym człowiekiem. Potem porozmawiałam z rodzicami, którzy wyjaśnili mi, że jej ojciec zmarł jakiś czas temu.

Ollie opowiada to bardzo swobodnie, skupiając się jednocześnie na jedzeniu.

– Czy ta historia ma jakiś koniec? – pytam nieco rozbawiony.

– Poczekaj, jeszcze nie dotarliśmy tym statkiem do brzegu – fuka dziewczyna. – W każdym razie zrobiło mi się bardzo przykro, zdobyłam do niej kontakt i porozmawiałam z nią raz. A potem ona… ona do mnie wróciła. Wyobrażacie to sobie? Pewnego wieczoru po prostu do mnie zadzwoniła. Najpierw cisza w telefonie. Następnie pytanie: czy znasz jakieś mieszkania do kupienia w Minneapolis?

– Kupiła mieszkanie? – mamroczę. – Na kredyt?

– Malutki. Miała jakieś pieniądze po śmierci ojca. Do tego sprzedała jego dom. Pieniądze z tego chciała przeznaczyć na swoje mieszkanie. Dowiedziałam się o niej trochę więcej, ale nie chcę was zasypywać szczegółami i wolę uszanować też jej prywatność.

– Chcesz go znów umówić na randkę w ciemno? – podpytuje Jamie.

Ollie parska śmiechem.

– Nie, tym razem nie. Brzeg jest nieco inny. Chodzi o to, że ona z moją pomocą kupiła to mieszkanie obok ciebie, Rain, i niedługo będzie się tam wprowadzać.

– Trzeba pomóc nosić jej rzeczy? – pytam od razu.

– Nie – odpowiada nieco podejrzliwie Ollie. – Ale wolę cię uprzedzić, że twoją sąsiadką niedługo będzie moja koleżanka.

– Mówiłaś, że się nie lubiłyście.

– To było kiedyś. Byłyśmy młode. Niedoświadczone. I ona… ona jest teraz w innej sytuacji życiowej. W każdym razie… być może chciałam cię też delikatnie prosić, żebyś miał na nią oko.

To nieco zbija mnie z tropu.

– Nie rozumiem.

– Ja też nie – wzdycha Ollie. – Po prostu mam wrażenie, że ona nigdy by do mnie nie zadzwoniła, gdyby nie była całkowicie zdesperowana, wiecie? I to mnie przeraża. Przeraża mnie to, że coś popchnęło ją do zwrócenia się w kierunku osoby, z którą od lat praktycznie nie miała kontaktu. I której nawet nie lubiła w młodości. Ja zwyczajnie… nie potrafię tak zostawić ludzi. A co, jeśli nie miała nikogo innego, kto by jej pomógł?

W moim brzuchu też zawiązuje się ciasny supeł. Jamie patrzy na Ollie wyraźnie zaintrygowana i jednocześnie mocno zmartwiona.

– Przestań – mówi nagle. – Jestem pół roku po porodzie i moje hormony jeszcze się nie uspokoiły. Naprawdę nie miała do kogo zadzwonić?

Ollie odkłada widelec na talerz.

– Tak myślę. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Ten moment, w którym wiecie, że musicie coś zrobić, ale nie macie nikogo, kto mógłby wam pomóc. I dlatego, Rain, potrzebuję, żebyś miał na nią oko. A jeśli zauważysz cokolwiek podejrzanego…

Mrużę powieki.

– Podejrzanego pod jakim względem? Czy ona ma… przeszłość kryminalną?

– Nie – odpowiada niechętnie Ollie. – Jest dorosłą i na pewno też dojrzałą kobietą, ale mam przeczucie, że przydadzą jej się w życiu ludzie, którzy chcą dla niej dobrze.

– Nawet jej nie znamy – przypominam.

– Ja ją znam – oponuje Ollie. – Może nie jakoś wybitnie, ale będę pomagać w przeprowadzce i uważam, że znalezienie jej mieszkania tuż obok ciebie było najlepszym, co mogłam zrobić.

Uśmiecha się do mnie jakoś tak cwaniacko.

– Dlaczego?

– Ponieważ, Rain, jesteś wspaniałym człowiekiem. I wiem, że obok ciebie będzie bezpieczna.

– Ja jej nawet…

– Będzie się wprowadzać jeszcze w tym miesiącu, podpisała wszystkie papiery – oznajmia Ollie. – Ale ponieważ wiem, że jest uparta jak osioł i drugi raz o pomoc nie poprosi, stwierdziłam, że będziemy jej potajemnie pilnować. Ty będziesz jej pilnował.

Śmieję się głośno.

Brayden akurat niesie małego Ashtona w naszym kierunku. Podaje go Jamie. Seth gdzieś z tyłu dalej zabawia trzech chłopców.

– Ollie, nie będę szpiegował swojej sąsiadki – mówię po chwili.

Dziewczyna przewraca oczami.

– Może chociaż tak troszkę… ja i Grace możemy udzielić ci kilku lekcji, jak skutecznie…

– Ollie – naciskam. – Serio, nie będę nikogo szpiegować. Miło, że mi ufasz i pozwolisz jej się wprowadzić do mieszkania obok mnie, ale nie zamierzam jej sprawdzać ani nic z tych rzeczy. Jeśli ktokolwiek z moich sąsiadów miałby problem, byłbym pierwszym, który pomoże. Bezwzględnie. Wiesz to.

Ollie wzdycha. Przesuwa palcem po talerzu. Chłopcy lecą do stolika, po kolei Cole, Kaden i Vaughn obsiadają nas z każdej strony. Kaden oczywiście wdrapuje się na moje kolana, by ukraść mi z talerza skrzydełko w sosie barbecue.

– Wiem. Trochę przesadzam, bo mam wrażenie, że ona chciała złapać ze mną kontakt, ale… nie wiem… może nie potrafi? I teraz ciągle o niej myślę.

– O kim? – Seth stoi nad Ollie.

– O mojej koleżance z Monticello.

– Ach, o niej.

A więc on też jest wtajemniczony.

A ja… będę miał nową sąsiadkę.

Wolę kogokolwiek od tego fana siłowni, który mieszkał tam wcześniej i brzdąkał żeliwnymi talerzami przez pół dnia, czasami też w nocy. Gość ważył chyba z trzysta funtów, a jego nadgarstek był zapewne wielkości mojej głowy.

A więc sąsiadka może być.

Ollie nie musi się martwić.

Ale moja intuicja dzisiaj chyba trochę szaleje, podpowiadając mi, że po tej jednej niepozornej informacji powinienem przygotować się na więcej.

Rozdział 2Totalny chaos

SIENNA

Ollie:

cześć, to znów ja, chciałam spytać, czy w mieszkaniu wszystko w porządku?

Sienna:

Hej

jestem trochę zaskoczona, że piszesz, ale tak, wszystko w porządku

Ollie:

dlaczego zaskoczona?

Sienna:

nie mam tu jeszcze żadnych znajomych

ale to nic takiego

nie chciałam zabrzmieć żałośnie

teraz już nie ma odwrotu, prawda?

Ollie:

ja mogę być twoją nową koleżanką

mam super przyjaciółki, które na pewno polubisz

ale bez presji, teraz chciałam podpytać, czy wszystko w porządku i czy Calebowi podoba się jego nowy pokój

Sienna:

tak. Caleb jest zachwycony. I ja też. Naprawdę dziękuję za wszystko i jeszcze nie mam pojęcia, jak się odwdzięczę…

mogę na przykład zrobić wam zapas ravioli do zamrażarki na jakieś pół roku.

Ollie:

Hmmm… możesz dać mi znać, jak poznasz już jakichś sąsiadów. To zawsze najlepsza część przeprowadzania się w nowe miejsca.

Jak przeprowadziłam się do Minneapolis na studia, zamieszkałam w akademiku i sąsiedzi byli okropni. Ale nie martw się. Twoi na pewno będą lepsi!

– Ona jest totalnym chaosem – komentuje ktoś z innego stanowiska w kuchni.

Pewnie nie jest świadom tego, że łatwo mi wyłapać rozmowy nawet z daleka oraz doskonale zdaję sobie sprawę, że jestem wdzięcznym tematem dla ludzi, których hobby opiera się na dołowaniu ludzi lepszych od nich.

Zaczynam jeszcze szybciej zbierać z podłogi kawałki ceramiki. Z jednej strony dla potwierdzenia tego, że wprowadzam w ich kuchni chaos, a z drugiej – niech wypchają się tymi swoimi uwagami, żaden z nich nie posprząta tego w moim tempie.

– Ten rozbity talerz to jeszcze nic. Wyobraź sobie, jak będzie się zachowywać w piątek wieczorem, gdy cała restauracja będzie miała już rezerwacje i nie nadążymy nawet z wrzucaniem ravioli na wrzątek.

Wrzucanie ravioli na wrzątek to nic trudnego,kpię w myślach. Jakbyście przynajmniej potrafili to ravioli zrobić od podstaw. Domowej roboty makaron jajeczny. I farsz, który nie będzie smakował jak karton.

Mają czelność w ten sposób komentować moje jedno potknięcie, a tak naprawdę zupełnie brakuje im wyczucia smaku i przede wszystkim serca, jeśli chodzi o kuchnię. Gadanie i rzucanie innym kłód pod nogi to nie wszystko.

– A w ogóle będzie tu w piątki wieczorami? Nie wiesz tego. Ma w domu bachora. Takim się często wydaje, że należy im się więcej.

Resztką sił powstrzymuję się przed tym, by kolejnym talerzem nie rzucić już przez blaty kuchenne prosto w tego dupka i jego koleżankę, z którą bzykają się w toalecie na zapleczu średnio dwa razy dziennie.

Gastronomia to bardzo specyficzne środowisko, zwłaszcza jeśli trafisz gdzieś, gdzie nie wyrobiono żadnej kultury pracy. Część ludzi pracujących w kuchni lub na sali znalazła się tu z przypadku – jak na przykład Aria, blondynka z tatuażami i kolczykiem w nosie, która właśnie siedzi na jednym ze sterylnych srebrnych blatów w kuchni i myśli, że jej nie słyszę. A być może ma mnie po prostu tak głęboko gdzieś, że jednak robi to specjalnie. To pasuje na zagrywki psychologiczne. Coś potrafię, więc chcą się mnie pozbyć.

Jej kolega, czyli jeden z naszych głównych kucharzy – dzisiaj prowadzący zmianę – to Raul. Raul ma trzydzieści osiem lat i zero perspektyw na przyszłość. Nienawidzi tego, że pracuje w kuchni. Codziennie po wejściu do pracy narzeka i zaczyna marudzić, a potem wyżywa się na podwładnych, między innymi na mnie. Ale jestem w stanie zagryźć zęby. Jestem odporna na ból fizyczny i psychiczny. Muszę być.

Mam w domu czteroletniego syna. Caleb jest wspaniały, jednak musi mieć dobry przykład oraz być pewny, że dam mu wszystko, co tylko będę mogła, i nigdy nie zrezygnuję z walki o naszą dwójkę. Nie walczę z nikim o prawa do opieki. Walczę po prostu o… względny spokój. Tego jakoś nigdy nie mogę osiągnąć.

– Hej, Sienna! – woła Aria, machając nogami w powietrzu. – Jak przed chwilą sprzątałaś ten rozbity talerz, to nie widziałaś, że pod szafką rozlał się sos rybny?

Znów biorę głębszy wdech.

Nurkuję pod półkami na środku kuchni i posyłam kobiecie wymuszony uśmiech.

Ten oblech, Raul, trzyma spuchnięte łapsko na jej chudym udzie.

To brak poszanowania dla miejsca pracy i przede wszystkim dla innych pracowników. Ale oni trzymają się ekipą i w większości po prostu się lubią, a jak ktoś do nich nie pasuje albo jest nowy, to z automatu staje się gorszym sortem. Zostałam zatrudniona jako asystentka szefa kuchni, a czuję się jak pomywaczka, sprzątaczka i goniec w jednym.

Skończyły się pomarańcze?

Sienna pobiegnie. Zawsze szybko jej to idzie.

Zszedł nam beszamel?

Sienna robi go najszybciej.

Ktoś zgłosił, że ravioli nie mają smaku?

Sienna się tym zajmie, przeciągnie makaron przez prasę i przerobi farsz.

Mamy zlew pełen naczyń, a gość ze zmywaka siedzi na fajce już półtorej godziny, bo podobno nie ma dzisiaj ruchu?

Sienna jest dobra w takim ogarnianiu spraw na ostatnią chwilę. Dajcie jej drucianą myjkę!

Ktoś z pracowników ma kaca i zwymiotował w pracowniczej łazience, więc nie da się tam wejść?

Sienna podejmie się każdego zadania, żaden zapach jej niestraszny.

Ten sos rybny też czułam, ale miałam cichutką nadzieję, że zdążę skończyć pracę, zanim ktokolwiek inny zwróci na niego uwagę. Tak jakby wiedziałam o istnieniu plamy od siedmiu godzin, odkąd wkroczyłam do kuchni, a inni albo jej nie wyczuwali, albo ją ignorowali. Wszystko jest równie prawdopodobne.

W restauracji, w której pracuję, szajka stałych pracowników przegania każdego nowego. Ja się jednak nie dam. Płacą mi tu całkiem dobrze, dostałam niezłą umowę, do tego mogę manewrować odpowiednio czasem pracy – niekiedy mogę wyjść po sześciu godzinach, innego dnia zrobić zamiast tego dziesięć. To dla mnie bardzo ważne, bo nie zawsze mam z kim zostawić na tak długo Caleba. Raul, Aria i cała ich kompania z chęcią by mnie stąd wywalili. Uwielbiają patrzeć, jak zmywam z podłogi sos rybny, z myślą z tyłu głowy, że zaraz muszę biec po Caleba, więc nie mam czasu zrobić tego ostrożnie i się nie pobrudzić. Mimo to nie zamierzam rezygnować z tej pracy.

Męczę się, jednak plusy przeważają nad minusami. Muszę myśleć głównie o Calebie i o tym, by nie zwariować z niepewności. Sama przeprowadzka do Minneapolis była dla nas wystarczająco stresująca, by teraz przejmować się głupimi spojrzeniami i komentarzami.

Gdy Raul podchodzi do szafki, aby sprawdzić, czy udało mi się posprzątać plamę, jakimś cudem jego łydka popycha moje ramię, przez co mój łokieć wpada prosto na szmatkę, którą zbierałam sos. Oznacza to, że moja odsłonięta ręka została porządnie zamoczona w sosie rybnym. Wątpię, bym zdołała w niedługim czasie pozbyć się tego zapachu.

– Sorry. Nie zauważyłem cię – mamrocze gdzieś nade mną szef kuchni.

Podnoszę się i już nawet nie uważam z tą szmatą, bo i tak cała śmierdzę.

– To nie jest zabawne! – zwracam mu uwagę.

– Ale co?

– To, że mnie popchnąłeś, Raul.

– Szefie – poprawia. – W kuchni mówisz do mnie tak, jak mi się należy.

Czyli zjebie?

– Oczywiście – wzdycham sfrustrowana. Odgarniam kosmyki włosów do tyłu, bo wyskoczyły z upięcia, gdy grzebałam pod niską szafką. – Jasne. Pewnie. Będę tak do ciebie mówić, szefie.

Och, nie.

Zapomniałam, że mam brudne, śmierdzące ręce i dotknęłam włosów.

Robi się coraz gorzej.

Jestem wykończona, bo dzisiaj szef kuchni dał mi milion zadań, a do tego czeka mnie jeszcze przeprawa autobusem przez miasto, aby odebrać Caleba z przedszkola. Istnieje szansa, że na nogach dotrę tam szybciej, więc może powinnam zastanowić się, czy w ogóle warto wsiadać w jakikolwiek publiczny środek transportu.

– Udało się posprzątać?

– Oczywiście – potwierdzam ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. – Czy teraz mogę już schodzić ze zmiany? Kończę za trzy minuty. Dzisiaj naprawdę się spieszę.

– Jak słusznie zauważyłaś, kończysz za trzy minuty.

– Ale kuchnia jest wysprzątana, Dennis wyszedł półtorej godziny temu jako asystent, a wszystkie zamówienia zostały wydane i na razie nie spłynęło nic nowego oprócz deserów.

– Mamy jeden nowy stolik na sali! – woła Aria zza blatów kuchennych.

Zerkam ponownie na zegar.

Dwie minuty.

Dla mnie w tym momencie liczy się każda sekunda.

– Hej, serio, została minuta – żalę się znów. – Nie możecie być poważni.

– Musisz nauczyć się punktualności i konsekwencji…

– Nie jestem spóźniona dlatego, że nie potrafię być punktualna, tylko dlatego, że mam dużo na głowie!

Bywam nieco roztrzepana. Przytłoczona. Staram się rozdzielać różne czynności, ale zdarza się też tak, że nie mogę skupić się na jednej – jest ich zwyczajnie za dużo. Mój umysł jest nie do zatrzymania, gdy wchodzi na wysokie obroty. Chciałabym nad tym zawsze panować, ale to chyba niemożliwe.

Daję radę. Wszystko mam załatwione. Radzę sobie, a przecież nie było mi łatwo.

Wybija godzina zero.

Natychmiast zrywam się z miejsca i pędzę w stronę wyjścia na zaplecze, lecz Raul łapie mnie za nadgarstek i ciągnie z powrotem w swoim kierunku. Pokazuje palcem podłogę przy szafce.

– Pominęłaś jedno miejsce.

Trzęsie mi się broda.

Chyba żartuje.

Wyrywam z całej siły rękę z jego uścisku.

– To niech ktoś inny to posprząta. Ja jestem już po zmianie.

Cofam się o krok.

– Nie chcesz mieć więcej problemów. Podobno zależy ci na tej pracy, co?

Szukam już czegoś innego na boku, jednak nie mogę znaleźć nic z podobną płacą. Oprócz mojego komfortu czy wychodzenia z pracy o odpowiedniej porze, muszę też myśleć o pieniądzach. Rachunki nie są niskie. Zarobki nie rosną proporcjonalnie do wydatków. Ostatni rachunek za prąd przyprawił mnie o zawrót głowy, a to było jeszcze w Monticello, gdy mieszkałam w ciasnym studiu – i to tylko tymczasowo.

– Jasne. Ale nie będę sprzątać plamy, którą wszyscy ignorowali przez cały dzień.

– Lepiej zastanów się, czy nie chcesz jednak jej posprzątać. Szkoda byłoby, gdybyś nie miała jutro pracy już w ogóle.

Rozglądam się po innych twarzach. Aria specjalnie kręci się wokół, by nas słuchać i kibicować swojemu kochankowi, który przestaje być przystojny, gdy zgrywa takiego dupka na siłę. Tylko że ten pokaz testosteronu na mnie nie zadziała.

– Szkoda byłoby, gdybyście nie byli w stanie zrobić tego beszamelu, który syn właściciela chwalił na potęgę przedwczoraj podczas kolacji z dziewczyną – przypominam luźno. Wycofuję się o kolejny krok. – Szkoda byłoby, gdyby czerwone pesto zniknęło z naszego menu, bo nikt nie potrafi odtworzyć tych proporcji. Szkoda byłoby, gdyby ta włoska restauracja zaczęła kupować znów pakowany makaron, bo byłam pierwszą zatrudnioną tu osobą, która potrafi zrobić taki od podstaw. Jeśli mnie zwolnicie, staniecie się z powrotem żałosną, podrzędną knajpką z makaronem z paczki, i to zawsze gotowanym o trzydzieści sekund za długo.

Raul jest już tak zdenerwowany, że zaraz pęknie mu żyłka.

Kłaniam się niczym pod koniec przedstawienia.

– A teraz przepraszam bardzo wszystkich, ale mój najważniejszy szef czeka na mnie w przedszkolu.

– Mama, spóźniłaś się – przypomina mi po raz kolejny Caleb.

Ma dopiero cztery latka. Mówi już pełnymi zdaniami, chociaż czasem jeszcze trochę nieskładnie, ale bardzo się stara i bywa, że buzia mu się nie zamyka. Lubi się wymądrzać. Jeśli milknie, to raczej tylko wtedy, gdy zaczyna zabawę wymagającą całkowitego poświęcenia uwagi. Czasami sepleni albo wymawia wyrazy niepoprawnie – poza tymi szczegółami jest naprawdę dobrze rozwinięty w mowie.

Fizycznie też, chociaż jest malutkim dzieckiem. To drobny, szczupły chłopiec, niższy praktycznie od wszystkich kolegów w przedszkolu. Ma ciemne, prawie czarne włosy – zupełnie jak moje. Na tym na szczęście podobieństwa się nie kończą. Ma mój kształt oczu i czasami podobną mimikę. Bardzo się obawiałam, że będzie nadmiernie przypominał tatę, ale z upływem lat widzę w nim coraz więcej siebie.

– Kochanie, jeszcze raz bardzo cię przepraszam. W pracy dzisiaj było naprawdę… intensywnie.

– Hmm. – Caleb spokojnie obserwuje moje ruchy. – Pachniesz jak lyba?

– Wiem, kotku, wiem. – Chcę złapać jego głowę i pocałować go w czoło, ale się uchyla, pociągając śmiesznie nosem. – Przepraszam. Nie chciałam… no, tak, muszę się najpierw umyć.

– Smaziłaś lyby?

– Nie.

– Patlosyłaś?

– Ooo, to nowe słowo! Nie pamiętam, czy kiedykolwiek już je mówiłeś. Skąd znasz takie słowo? Uczyliście się nowych rzeczy w przedszkolu? A, tak, pytanie – reflektuję się, gdy Caleb pospiesza mnie z odpowiedzią. – Nie do końca, nie smażyłam ani nie patroszyłam – wyjaśniam, grzebiąc w torebce zaciekle, bo nie mogę znaleźć kluczy. I wnętrze torebki też będzie śmierdzieć, bo nadal nie umyłam porządnie rąk. Zapach nie chce zejść. – To skomplikowane. Mamy w kuchni taki jeden sos rybny, który jest bardzo intensywny, i ten sos wylał się na podłogę. Musiałam go posprzątać. Schylić się głęboko pod szafkę. Trochę się ubrudziłam.

Ten kutas, Raul, wepchnął mnie w ten smród, uważając, że to zabawne i wydłuży mu penisa.

Muszę uderzyć się w czoło, by przypadkiem nie powiedzieć nic takiego głośno.

Torebka spada z mojego ramienia.

Okazuje się, że klucze miałam w kieszeni.

Wyciągam je, a one też spadają.

Caleb mruga intensywnie.

– Chyba jesteś zmęcona, mama.

Unoszę gwałtownie wzrok.

Chyba ma rację.

Jestem zdenerwowana, śmierdzę sosem rybnym, jakbym wyszła z rynsztoku, na domiar złego po drodze do domu wdepnęłam w ogromną kałużę i jeden but mam cały mokry. Klucze leżą na podłodze, bo wypadły, torebka też, a z małej siatki, w której niosłam pomarańcze, wszystko się wysypuje, bo materiał pęka w wyniku moich akrobacji.

– Kuuuuuuuuuuu… rczę. Kurczę. Cholera.

– Pomalańce wypadły! Ooo!

Caleb zaczyna zbierać owoce, jakby uważał to za zabawę.

– Tak, kochanie, czy mógłbyś je, proszę, pozbierać dla mamy? Wszystkie?

– Ale mieliśmy wejść do domu? – przypomina słodkim głosem.

Do domu.

Jesteśmy tu zaledwie od kilku dni. To kolejny raz, gdy wracam z pracy do właśnie tego mieszkania. Jeszcze nawet nie potrafię dopasować klucza do odpowiedniego zamka, a gdy jestem już w środku, nie wiem, gdzie włącza się światło. Za każdym razem szukam.

– Zaraz wejdziemy, tylko muszę otworzyć mieszkanie. – Schylam się po klucze i je podnoszę. – A ty w tym czasie zrób… konkurs!

Oczy Caleba błyszczą.

– Konkuls?!

– Tak. Nagrodą będzie… budyń czekoladowo-pomarańczowy na kolację.

Caleb otwiera szeroko usta.

– Jeeest!

– Ale wygrasz tylko wtedy, gdy wszystkie pomarańcze będą zebrane z korytarza, wiesz?

– Jasne!

Caleb usłyszał coś o czekoladzie i przepadł.

Jest dopiero szósta, a ja już mam kompletnie dość i chciałabym położyć się spać. Niestety to nie takie proste, bo ze względu na zmiany i ilość bodźców w naszym życiu Caleb często zasypia zdecydowanie za późno.

Mój syn zbiera pomarańcze, a ja mocuję się z zamkiem. Pod nosem idzie wiązanka czegoś na wzór przekleństw, ale tak, by Caleb nie zrozumiał, że jestem już naprawdę zdenerwowana. Wewnętrznie lekko panikuję, jednak gdy mam dziecko u boku, muszę się powstrzymać.

Na podłodze zostawiłam też torebkę. Sięgam po nią, lecz potem uświadamiam sobie, że bez niej będzie chyba łatwiej. Znów próbuję zanurkować kluczem do dziurki, ale coś mi nie wychodzi.

Caleb zbiera pomarańcze, lecz jest ich sporo, a jego rączki są małe, więc ta ostatnia na samej górze cały czas mu wypada.

– Cholera jasna! – rzucam w rozsypce.

– Buuudyń, buuudyń, buudyń – nuci zadowolony chłopiec.

Pomarańcze lecą w dół korytarza jedna po drugiej.

Klucze znów wypadają mi z ręki, bo jednak próbowałam podnieść torebkę, którą przez przypadek kopnęłam, gdy postawiłam krok w tył i chciałam dopilnować Caleba.

– Będziemy jeść buuudyyyń – powtarza znów maluch.

Nagle do tego wszystkiego dołącza jeszcze nieznany męski głos:

– Dlaczego tu tak śmierdzi rybą?

Rozdział 3Królestwo lizaków

SIENNA

Owen:

Nie wiem, czy na najbliższy weekend dam radę odebrać Caleba z przedszkola o czasie.

Mam bardzo ważne spotkania.

A ty miałaś mieć w piątek wolne, więc może jednak dasz radę go odebrać i przywieźć do mnie tak około ósmej wieczorem?

Czy ty zamierzasz mi kiedyś odpisać?

Tak myślałem, że niewiele się zmieniło;)

Sienna:

Mamy awarię zamka, a twoje sto wiadomości nie sprawi, że odpiszę szybciej

Owen:

Chyba awarię życia;) Standardowo.

Szokujące. Trochę jak dziecko zajmujące się swoim dzieckiem.

– Dlaczego tu tak śmierdzi rybą?

Podnoszę wzrok znad ekranu telefonu. Nowy przybysz przynajmniej sprawia, że tym bardziej nie mam już czasu, by odpisać ojcu Caleba, i jakoś z tego powodu płakać nie będę.

To ja, proszę pana.

To ja tak śmierdzę.

Do tego jestem już tak sfrustrowana, że zaraz zacznę krzyczeć, jeśli usłyszę jeszcze jedną spadającą na podłogę pomarańczę albo brzdęk kluczy wypadających z moich rąk, najwyraźniej aspirujących do roli durszlaka.

– Dzień dobry, bardzo przepraszam – mówię od razu, nie chcąc być typem sąsiadki z piekła rodem. – Mamy sytuację kryzysową. Potrzebuję minutki i już nas nie będzie.

– Pomalańce! – jęczy Caleb totalnie zawiedziony, że jednak mu się nie udało.

Z dziećmi tak już jest. W jednej chwili są radosne, podekscytowane i chcą z tobą współpracować, w drugiej robią aferę, bo pomarańcza nie była idealnie okrągła albo wpadła nie pod te drzwi, które podobały im się najbardziej.

– Rany, rany. Houston, mamy problem – mamroczę.

– Nieee! – dodaje Caleb. Biegnie po kolejny owoc, który mu wypadł, prosto na przybysza, z pewnością naszego sąsiada, bo wyszedł z jednego z mieszkań.

Wyszedł z tego tuż obok.

Z drzwi numer dwadzieścia siedem, a moje mają numer dwadzieścia osiem. I pierwsze, co skomentował, to zapach sosu rybnego, który będę musiała zszorować pod prysznicem.

– Naprawdę bardzo pana przepraszam, jestem… spieszę się… jestem spóźniona.

Caleb jest pewny siebie i leci po swoją pomarańczę. Gdy zderza się z nogami obcego mężczyzny, nagle unosi główkę, chowa wszystkie emocje i w końcu się wycofuje. Dociera do moich nóg i z całych sił obejmuje jedną z nich.

Nieznajomy kuca i podnosi dwie pomarańcze, które znalazły się tuż pod jego drzwiami.

– Jesteś spóźniona do własnego domu? – pyta, podnosząc się.

Nie brzmi to jak kpina, nie słyszę też nieprzyjemnego tonu – to zwykłe pytanie, być może takie, które ma zaaranżować small talk.Bo moje stwierdzenie o spóźnieniu było odrobinę głupie.

– Już dawno powinniśmy wrócić. Spóźniłam się z wyjściem z pracy, a potem z odebraniem syna, a potem… w sklepie była kolejka, a ja muszę zrobić naleśniki… nie, nie naleśniki, tylko budyń…

Nieznajomy podchodzi z pomarańczami w dłoniach i ostrożnie kładzie je na rękach Caleba, na stosie z reszty owoców.

– Tylko teraz uważaj, kolego. Jak dobrze utrzymasz balans, dasz radę donieść je wszystkie do domu. Co ty na to? Myślisz, że dasz radę?

Caleb uśmiecha się niemrawo i kiwa głową.

– A ja teraz pomogę twojej mamie – dodaje mężczyzna. – Czy jest jakiś problem z kluczami?

– Zamek jakoś opornie chodzi – mówię, brzęcząc kluczami w dłoni. – I moje predyspozycje wzrokowo-ruchowe szwankują.

– Proszę mi to dać. Pomogę.

– Naprawdę nie trzeba. Dam sobie radę.

Przytulam do siebie klucze.

– Nalegam. Mieszkam tu już trochę i wiem, że poprzedni lokator miał kilka miesięcy temu problem z zamkiem, ale to był facet dwa razy od pani większy. Wkładał klucz, przekręcał i równie dobrze mógłby wejść, wyważając drzwi barkiem. Zamek potrzebuje trochę siły…

– …którą ja zdecydowanie posiadam! – Ponownie próbuję wcisnąć klucz w dziurkę.

Mężczyzna stoi obok mnie. Staram się ignorować jego aparycję, lecz nie potrafię. Ma w sobie coś, co od razu przytłacza nawet Caleba, choć jest raczej odważnym dzieckiem. Facet przewyższa mnie spokojnie o głowę, opiera się o ścianę i chowa dłonie do kieszeni, a mój syn obserwuje jego ruchy sto razy uważniej niż ja. Caleb pewnie zauważa, jak gęste mężczyzna ma włosy, jak ładnie przycięte są po bokach, a u góry gładkie i lekko pofalowane, zaczesane do tyłu, w odcieniu mokrego piasku. Mimo że nie jest mężczyzną z rozkładówki, to dziwnym trafem przyciąga za dużo mojej uwagi.

– Naprawdę mogę pomóc. Zakładam, że bardzo szybko to otworzę. – Pochyla głowę, spoglądając na Caleba. – Jak masz na imię, kolego?

Caleb nie odpowiada.

Nie jest specjalnie wstydliwy, ale bywa onieśmielony przy pierwszych spotkaniach właściwie ze wszystkimi.

– Daj mu jakąś godzinę, a opowie ci historię każdego dinozaura w koszu z zabawkami – usprawiedliwiam syna. – Naprawdę dziękujemy za te pomarańcze i przepraszamy za kłopot. Małe rączki, małe moce przerobowe.

Mężczyzna śmieje się pod nosem.

– Nie dasz sobie pomóc, prawda?

– Zaraz to przecież otworzę…

Oczywiście klucze znów się zacinają i żeby je wyciągnąć z zamka, muszę pociągnąć bardzo mocno. Co oznacza, że w efekcie nie osiągam nic, a tylko opadam w tył. Ciągnę za sobą Caleba, przez co upuszcza wszystkie pomarańcze, ląduje na pupie i niezbyt komfortowo odbija się od twardej podłogi.

– O rany. Kolejny problem. – Klękam przy nim natychmiast. – Przepraszam cię najmocniej. Nie chciałam. Byłam nieuważna. Wszystko w porządku?

Caleb pociąga nosem. Przeze mnie robi się coraz bardziej zdezorientowany. Czasami zastanawiam się, jak mogłabym bardziej wziąć się w garść, by nie musiał patrzeć, jak jego mama próbuje rozwiązać trzy problemy naraz. Potem jednak przypominam sobie, jak wtula się we mnie wieczorem przed zaśnięciem, jak uwielbia wszystkie wymyślane przeze mnie bajki, bo moja wyobraźnia nigdy się nie zatrzymuje, jak ufa mi, gdy skacze z zagłówka na materac i miękkie poduchy…

Zdarza mi się popełniać błędy. Sporo błędów. Oczywiście każdy z nich mnie prześladuje, lecz przynajmniej już nikt nie patrzy mi przy tym na ręce i nie komentuje.

Ale teraz znów mam świadków.

Już wyobrażam sobie opinię, która rodzi się w głowie przystojnego sąsiada: co z niej za matka?

I odpowiadam sobie od razu w głowie: najlepsza dla swojego dziecka.

Podnoszę Caleba, który jęczy żałośnie i płacz ma już na końcu nosa, a w tym czasie klucze lądują gdzieś na podłodze. Mężczyzna sięga do nich jako pierwszy. Podnosi. Nadzwyczaj spokojnie, wyrównując mój chaos, podchodzi do drzwi i wsuwa klucz do połowy do zamka. Rusza nim. Metodycznie, bez pośpiechu, w skupieniu. Ale jego nie rozprasza sto rzeczy jednocześnie – dziecko, pomarańcze, brzdęk kluczy i do tego myśli o tym, czy znów zostawił ładowarkę od wczorajszego wieczoru w kontakcie, ryzykując niszczenie środowiska i pobieranie niepotrzebnej energii elektrycznej.

Przystojny sąsiad w końcu otwiera zamek. Jego dłonie poruszają się tak powoli i tak silnie, że żyły na nich napinają się pod skórą, jakby dawały mi do zrozumienia, że oprócz otwarcia zamka potrafi też kogoś udusić. Ciekawe, kim jest i co robi. Strzelam, że jest w podobnym wieku co ja, na pewno nie starszy. Może młodszy? To też możliwe, bo ubiera się naprawdę dobrze. Bardzo modnie, ale zdecydowanie sportowo – te dresy wyglądają na takie z wyższej półki, a T-shirt jest do bólu normalny, z niepozornym nadrukiem na plecach.

I te włosy… nawet z tyłu wydają się nadzwyczaj gęste i miękkie. W ciepłym świetle lamp z korytarza kosmyki mienią się jak świeżo prażony karmel. I jest wysoki. Zarazem bardzo proporcjonalny. Pod nieco luźniejszą koszulką nie mogę wiele dostrzec, więc poświęcam chwilę, gdy znów zbiera z Calebem pomarańcze, by przyjrzeć się jego ramionom i silnym nogom. Kuca, a materiał dresów napina się na udach.

Fuckboy.

Musi być fuckboyem.

Albo jakimś sportowym świrem z priorytetami życiowymi, które w ogóle mnie nie interesują.

Wygląda zbyt dobrze, jest za bardzo atrakcyjny i przyjazny, by nie mieć jednocześnie wad, których nie da się przeskoczyć. Caleb patrzy na niego tak, jakby był dla niego potencjalnym kolegą. W dodatku mężczyzna zaczyna podrzucać trzy pomarańcze i żongluje nimi.

– Wooow! Mama! Patrz! – Caleb pokazuje palcem całą tę akcję.

Może jednak facet jest dużo młodszy, tylko gabaryty sprawiają wrażenie dorosłości.

Sąsiad się śmieje.

Muszę odwrócić wzrok.

Ma dołeczki.

I w dodatku lśniące podczas uśmiechu szare oczy – to głęboki, niezbyt jasny kolor, przypominający trochę deszczową pogodę.

Ma też ładne, symetryczne uzębienie, przez które ja nie chcę nawet otwierać ust, bo kiedyś ukruszyłam sobie lekko lewy kieł i gdy uśmiechnę się w pełni, widać ten ubytek. Ale przecież mnie to nie obchodzi. Nie mam czasu zastanawiać się nad ukruszonym zębem, który nic nie zmienia i – jak powiedział dentysta – może sobie w ten sposób żyć, chyba że zacznie mnie boleć.

– Mama! Mama! – woła Caleb. – Spójrz! Ja też chcę tak rzucać!

– To żonglowanie – wyjaśnia sąsiad. – Jeszcze nigdy nie żonglowałeś?

– Nigdy. Ale chcę.

– To kiedyś cię nauczę, jeśli najpierw zdradzisz mi swoje imię.

– Caleb! – wypala od razu mój syn. Przekupstwo w najlepszym wydaniu.

– Ach, cześć, Caleb. Jestem Rain.

Rain.

Czy przypadkiem przed chwilą nie stwierdziłam, że kolor jego oczu przypomina ulewę?

Zabawne.

Ale poza tymi oczami to chyba nic w nim nie pasuje do deszczu. Raczej do słońca. W dodatku jest lekko opalony, lecz nie powinnam się dziwić, bo mamy przecież środek lata. Zapewne jeździ ze znajomymi gdzieś za miasto i wyleguje się tam na materacu na środku jeziora. Albo codziennie biega w pełnym słońcu w samych szortach i opala klatkę piersiową na piękny złoty kolor, który podkreślony jest tylko przez pot, spływający po jego ciele po wysiłku.

Wiem jedno – to naprawdę atrakcyjny młody facet, który na pewno ma sto razy lepsze zajęcia niż otwieranie drzwi samotnej wariatce z dzieckiem. Inteligentnej i niezależnej wariatce, oczywiście.

Spuszczam wzrok.

– Bardzo dziękuję za pomoc – odzywam się nieco chrapliwie. – I jeszcze raz przepraszam za zamieszanie. Mieliśmy ciężki dzień.

– Nie ma sprawy – mówi Rain. – Skoro już poznajemy się jako sąsiedzi, może zdradzisz mi też swoje imię?

– Jasne. Jestem Sienna.

Rain stoi naprzeciwko mnie, jakby czegoś oczekiwał.

– Sienna Sullivan – dodaję.

Marszczy lekko brew.

– Rainer Rhodes, jeśli jesteśmy już tak szczegółowi – przedstawia się w pełni.

Rainer Rhodes. Mam wrażenie, że gdzieś już słyszałam coś takiego, ale imię jest tak specyficzne… może to jednak moje złudzenia. Jakieś halucynacje. Mózg, który chce mi wmówić, że posiadacz tak pięknego imienia powinien mieć wady widoczne na pierwszy rzut oka. Gdy przyglądam mu się przez kolejne sekundy, może i jestem w stanie odnaleźć te wady, niemniej jego nastawienie sprawia, że one wszystkie giną na starcie. Skoro jest taki spokojny, wygadany i zorganizowany, mógłby chociaż mieć na imię Cooper, jak pięćdziesięcioletni policjant z Alabamy ze standardowym atrybutem w postaci pączka z dziurką i z resztkami lukru na gęstym, niemodnym już wąsie.

– Ale możecie mówić mi Rain – dodaje.

Nadal stoimy.

Drzwi uchylają się lekko i skrzypią, przez co na nie zerkam. Powinnam tam zanurkować, a jednak to, jak Rain mi się przygląda, sugeruje mi, że o czymś zapomniałam.

– Czekam, aż pierwsza wyciągniesz dłoń – informuje po krótkiej chwili.

Chichoczę. Boże, Sienna, zamknij się. Jesteś dojrzałą mamuśką, a nie piętnastolatką zapatrzoną w takie piękne uśmiechy z dołeczkami.

– Rozumiem. Chociaż nie… nie do końca. Dlaczego na to czekasz?

– Bo przy poznawaniu się zwykle powinno się uścisnąć dłoń na przywitanie, ale ogólne zasady dobrych manier mówią, że to kobieta wyciąga dłoń pierwsza. Jeśli jej nie wyciągasz, być może nie chcesz być dotykana. Więc nie stoję i nie gapię się na ciebie bez przyczyny, czekałem tylko…

Urywa na moment i cicho wzdycha. Mam wrażenie, że na jego policzkach tańczy minimalny rumieniec, ale może to też już sobie wyobrażam, bo chyba dzisiaj przegrzałam mózg w tamtej gorącej kuchni.

– Och. Okej. Okej. W takim razie… – Wyciągam rękę, by nie było już nam tak głupio. – Miło mi cię poznać, sąsiedzie.

Uśmiecha się i podaje mi dłoń. Uścisk jest silny, ale spokojny – taki sam jak jego ruchy przy manewrowaniu kluczem. Muszę przełknąć ciężko ślinę, która zbiera się w ustach. Denerwuję się. Nie pamiętam, kiedy ściskałam dłoń jakiegoś fajnego faceta, co chyba mówi o mnie dostatecznie dużo. I przez to się krępuję. Przez ostatnie lata skupiałam się na nieco innych rzeczach.

Rzeczach?

Osobach, Sienna. Na twoim synu, który stoi obok z rękami pełnymi pomarańczy.

– Jeszcze raz dziękuję za pomoc z zamkiem – mówię do sąsiada, posyłając mu uśmiech pełen wdzięczności.

– Mogę pomóc z jego naprawą. Poprzedni sąsiad miał to gdzieś, ale wam się chyba przyda. Bardzo dobrze znam tutejszą administrację budynku. Jeśli ich poproszę, szybko to zrobią.

Ciekawe, ile taka naprawa kosztuje.

– Na razie chyba nie trzeba, jakoś sobie radzę – odpowiadam pewnie. – Mieszkam tu już od kilku dni i to pierwsza taka sytuacja.

Pierwsza tak krytyczna.

Codziennie siłuję się z zamkiem, tylko zawsze szybko odpuszczał.

– Zamek nie działa – wtrąca Caleb słodkim dziecięcym głosikiem. – Jutlo też nie działał.

– Wczoraj – poprawiam.

– Wcolaj – mówi dumnie mój syn. – No. Wcolaj też nie działał! Bo ja dotykałem kluca, ale on się nie lusał. W ogóle… w ogóle się nie lusał.

Czasami, gdy coś tłumaczy, brzmi wyjątkowo entuzjastycznie. Jakby zdradzanie moich sekretów sprawiało mu ogromną radość.

– Może jednak umówię jakiegoś technika na naprawę zamka? – proponuje znów Rain. – Co ty na to, Caleb? Umówimy serwis?

– Selwis, tak. Selwis! Co to jest selwis?

– To taka usługa, która ma na celu naprawę czegoś, w tym wypadku waszego zamka. Żeby mama już nie musiała się siłować z wejściem do własnego mieszkania.

Własnego. Kupiłam je. Udało mi się. Ale co z tego, skoro brakuje w nim jeszcze chyba połowy mebli? Wszystko przyjdzie z czasem – tak to sobie tłumaczę. O ile ten czas będę mieć.

– Naprawdę dziękuję, może po prostu znajdę sama jakiegoś serwisanta i…

– Administracja ma obowiązek naprawić takie usterki za darmo i są w stanie zorganizować kogoś już na następny dzień – informuje spokojnie Rain. – Szkoda nie skorzystać. Naprawdę. Dobrze się już z nimi znam, bo mieszkam tu od siedmiu lat. Chętnie pomogę.

Siedem lat to kawał czasu.

– W porządku. To… no, dobrze.

– Jutro?

– O której?

– Zwykle pracują między dziewiątą a piątą po południu.

Krzywię się.

– Chyba będę w domu dopiero około szóstej. I musimy wyjść do przedszkola przed dziewiątą. Widzisz? Świat raczej mi nie sprzyja, Rain.

Facet się uśmiecha. Dziwi mnie, że jest taki chętny, by mi pomóc. Powinien myśleć o tym, który klub zaliczyć w piątkowy wieczór albo jakie zdjęcia na Instagrama wstawić, żeby dostać najwięcej wiadomości prywatnych.

– W tym też mogę pomóc – oznajmia swobodnie. – Rano podejdę zgarnąć od ciebie klucze i otworzę mieszkanie, a potem przypilnuję serwisantów, gdy będą naprawiać zamek. W ten sposób w ogóle nie będziesz musiała się tym martwić.

Mój uśmiech znika praktycznie całkowicie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego chciałby mnie w tym wyręczać. Nawet się nie znamy.

– Nie kłopocz się. Serio. Poradzę sobie. Może spróbuję najpierw naprawić ten zamek sama, zanim zaangażuję w to pięć innych osób.

Rain przygląda mi się coraz intensywniej.

– Caleb – odzywa się. – Jak przekonać twoją mamę, żeby naprawiła zamek w swoich drzwiach?

– Nie wiem… – mamrocze Caleb.

Wcale nie jest znudzony, bo sam Rain jest dla niego wystarczającą rozrywką.

– No dobrze. – Śmieje się Rain. – A gdybym powiedział, że codzienne słuchanie, jak drzwi skrzypią i jak zamek się tłucze, może przeszkadzać sąsiadom wokół?

Mrużę oczy.

– To cios poniżej pasa.

Rain stara się powstrzymać uśmiech.

– A przekona cię, żebyś pozwoliła mi to jutro naprawić?

– Może.

Nie chcę, by ludzie w budynku gadali, że to znów ta od skrzypiącego zamka i kluczy spadających na podłogę.

I od okazyjnych przekleństw, gdy sytuacja mnie przytłacza.

– Nie znam cię. Może ukradniesz te klucze i zabierzesz mi z mieszkania telewizor.

– Mogę się wylegitymować – odpowiada spokojnie Rain. – Albo mogę dać ci w zastaw mój najdroższy sprzęt sportowy.

Jeszcze mocniej się krzywię. Z jednej strony to nieodpowiedzialne, ale z drugiej – dobrze patrzy mu z oczu, a ja mam już trochę dosyć. W mieszkaniu nie mam nawet nic cennego. Zamek w pewnym momencie wysiądzie całkiem i już w ogóle nie dostaniemy się do środka, i do kogo się wtedy zwrócę? Do Owena? Aż mam dreszcze. Na dodatek słyszę ponownie dźwięk przychodzącej wiadomości i wiem, że to on.

Rain chce mi oddać w zastaw sprzęt sportowy albo to takie żarty, sama nie jestem już pewna. Czuję zmęczenie, kręci mi się w głowie, marzę tylko o tym, by po całym dniu na nogach usiąść, schować się pod kocem i jakoś przeżyć do jutra. Zasnąć. Nie martwić się tym, że kolejny dzień to następne możliwości rozczarowania samej siebie.

– Powiedz tylko godzinę – dodaje jeszcze Rain.

Nie zastanawiam się dłużej, bo znów zacznę odmawiać, a zwyczajnie nie mam już na to siły.

– Ósma trzydzieści.

– Świetnie. O ósmej trzydzieści jestem tylko wasz.

Cofam się w kierunku drzwi. Posyłam sąsiadowi niepewny uśmiech i uciekam wzrokiem. Jego spojrzenie w końcu przesuwa się po moim całym ciele, co czuję każdą cząstką siebie, i chcę uciec, bo jestem dzisiaj kłębkiem zniszczenia i desperacji. Marzę o prysznicu i chwili ciszy, a czeka mnie jeszcze kupa roboty.

– Caleb, idziemy. Powiedz Rainowi pa, pa.

– Paaaa! – Caleb chce pomachać mężczyźnie, ale natychmiast przyciągam go do siebie razem z pomarańczami, przez co jedna spada już do mieszkania. Uff.

– Jutro, ósma trzydzieści, będę po klucze! – przypomina Rain.

Macham mu jeszcze, żeby nie zamykać drzwi przed nosem, a potem dopiero rygluję się wewnątrz mieszkania.

Pomarańcze znów spadają na podłogę.

Caleb znów jest na skraju płaczu, rozczarowany, przebodźcowany po zajęciach w przedszkolu, zapewne też głodny i nastawiony tylko na budyń czekoladowo-pomarańczowy.

Opieram się o drzwi i oddycham głęboko, żeby nie stracić jeszcze cierpliwości.

Wszystko jest w porządku. Jesteśmy bezpieczni, nikt nas nie ocenia, a ja zaraz usiądę przy Calebie na podłodze, pocieszę go, a później rozłożę mu obok kuchni klocki, by miał coś do roboty podczas czekania na budyń.

A potem przypominam sobie, że nie kupiłam skrobi, więc nie mam pojęcia, jak ten budyń zrobię.

Jedno krótkie załamanie humoru Caleba za nami. Byłam w stanie ograniczyć je do cichego chlipania przez chwilę. Potem podczas chaotycznych prób uspokojenia go i szukania rozwiązania przypomniałam sobie, że mam jeszcze trochę nasion chia, więc z ich pomocą będę w stanie zrobić coś na wzór klasycznego budyniu.

Caleb bawił się klockami tuż obok niewielkiego aneksu kuchennego, a ja przygotowałam budyń z nasion chia, pomarańczy i gorzkiej czekolady. Może nie jest to najzdrowsza kolacja, ale Caleb jest dzielnym chłopcem, dobrze znosi przeprowadzkę i wszystkie zmiany w naszym życiu, więc zawsze pragnę mu się w ten sposób odwdzięczać. Życie mamy jedno. Jak czasami zje budyń czekoladowy na kolację, nic mu nie będzie. Balans. Już dawno przestałam czytać te wszystkie blogi z poradami dla matek o holistycznym podejściu do życia, bo inaczej czułabym presję, by budyń zrobić z jarmużu, a nie z prawdziwej surowej czekolady.

Pierwsza część wieczoru była ciężka. Caleb rozpłakał się jeszcze podczas jedzenia budyniu, bo miska spadła mu na podłogę. Jestem z siebie dumna, że pomyślałam nawet o takim wypadku i zrobiłam po prostu dwa razy więcej. Dostał dokładkę i wszystko było już w porządku.

Chłopiec miewa takie dni. Rozumiem to. Każdy ma prawo do gorszego humoru – i dziś nadeszła właśnie jego kolej.

To nie wina Caleba, że ja też jestem dzisiaj po prostu cholernie zmęczona i za każdym razem, gdy on się złości, ja też się denerwuję. Zaciskam zęby i staram się nie wybuchnąć.

Gdy miał trzy latka, było znacznie gorzej. Częściej się irytował. Jest bardzo emocjonalny i otwarty, ale ma też w sobie spore pokłady wyrozumiałości i mimo wszystko w porównaniu z innymi dziećmi jest naprawdę cierpliwy – chyba bardziej niż ja – i całkiem łatwo się z nim dogadać.

Jednak wieczór zdaje się nie kończyć. Przez chwilę się bawimy, później sprawdzam, czy na jutro nie mam ważnych spraw do załatwienia, a następnie zerkam na ogłoszenia z przedszkola. Wydaje mi się, że o niczym nie zapomniałam.

Staram się posprzątać kuchnię po kolacji, gdy Caleb wybiera zabawki do kąpieli. Już prawie kończę.

– Mam już wsystko! – oznajmia dumnie, po czym wychodzi z pudełkiem z pokoju.