Czarujący Anglik - Anna Margot - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Czarujący Anglik ebook i audiobook

Margot Anna

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Thomas J. Anderson to współwłaściciel prestiżowej kliniki chirurgii plastycznej w Anglii. W przeciwieństwie do swoich kolegów nie szpanuje kasą i udziela się charytatywnie. Często wydaje pieniądze, jednak to człowiek z sercem na dłoni.

 

Sam Taylor to najbardziej skryta kobieta, która stanęła na jego drodze. Jedyna, która nie chciała od niego niczego więcej niż jedna noc. Problem w tym, że tak bardzo go zauroczyła, że to właśnie z nią Tom chciałby czegoś więcej.

 

Trudna przeszłość sprawiła, że Sam otoczyła się grubym murem, a jej zamknięcie się na ludzi i świat sprawia, że nie pozwala nikomu się do siebie zbliżyć. Anderson jednak jest uparty i ciekawski, ale również nieustępliwy.

 

Czy mężczyźnie uda się oczarować Sam, zburzyć ten mur i sprawić, że nie tylko otworzy się przed nim, ale również zacznie na nowo żyć pełnią życia?

 

Czy cierpliwość Anglika będzie wystarczająca, aby w końcu zdobyć i rozkochać w sobie najbardziej niedostępną i wycofaną kobietę?

 

UWAGA:

Czarujący Anglik to trzecia powieść z cyklu Bogaci Brytyjczycy. Każda część to odrębna, zamknięta historia i można je czytać samodzielnie.

 

W skład cyklu Bogaci Brytyjczycy wchodzą:

Arogancki Anglik

Bezczelny Anglik

Czarujący Anglik

 

Jedna noc, kilka lat ciszy i uczucie, które nie wygasło.

Czarujący Anglik to emocjonalna, pełna napięcia historia o miłości, która musi odnaleźć się na nowo – w świecie po zmianach, bólu i życiowych próbach. Wciąga od pierwszej strony i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Gorąco polecam!

Edyta Kene

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 374

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 17 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ewa JakubowiczMateusz Kwiecień

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WAŻNA INFORMACJA OD WYDAWCY I AUTORKI DLA CZYTELNIKÓWCzarujący Anglik to trzecia powieść z cyklu Bogaci Brytyjczycy.Każda część to odrębna, zamknięta historia i można je czytać samodzielnie.

Prolog

Tom

Sylwester, trzy i pół roku wcześniej

– Słabo wyszło u Alexa – zagaił Eliot Evans, częstując się szampanem z tacy kelnerki.

– Ano słabo – przyznałem. – Nie dość, że jego ojciec miał rozległy zawał serca i jest w śpiączce, bo krwiak nie chce się zmniejszać – upiłem łyk swojej szkockiej – to jeszcze spadło na niego prowadzenie całej kancelarii.

– A do tego musi trzymać się w pionie przed matką, która też się posypała po tym wszystkim – dodał William Wood i również się napił. – To już nie jest ta sama Barbara Harris co zawsze.

– Serio nic więcej nie można zrobić? – Eliot posłał mi pytające spojrzenie. – Jesteś chirurgiem.

– Ale plastycznym. Ja operuję cycki bogatym babom, a nie rozległe choroby serca. Richard jest pod opieką najlepszych kardio- i neurochirurgów.

– Ale w zwykłym szpitalu też pracujesz.

– Raz w tygodniu na ogólnej chirurgii dziecięcej – przypomniałem. – A stary Harris jest pod opieką najwybitniejszych profesorów.

– No tak – przyznał. – Może odwiedzimy go jutro? To znaczy Alexa – zaproponował Evans.

– Możemy – zgodziłem się. – Gdzie on w zasadzie teraz jest?

– Na balu charytatywnym. Z matką. Zastępuje ojca – wyjaśnił William.

– Jezu, zanudzi się tam – stwierdził Eliot, teatralnie się przy tym wzdrygając.

– A my co? Nie lepsi – odparłem. – Stoimy tu i robimy jakieś durne pierdolamento, zamiast wyrywać fajne ciała – mówiłem, cały czas obserwując grupkę pięciu kobiet.

Seksownych jak cholera kobiet. A szczególnie jedną, w dopasowanej, jasnobeżowej sukience z dekoltem, który eksponował idealne piersi. Kurwa, to musiała być moja robota. Nikt w tym kraju nie robił lepszych cycków niż ja.

– Rezerwuję najjaśniejszą sukienkę – rzuciłem do kumpli.

Oczywiście, że zauważyłem też inne atuty tej kobiety, duże ciemne oczy, włosy w kolorze hebanu i cera… Śniada jak u jakiejś egzotycznej istoty. Jej korzenie musiały sięgać znacznie dalej niż granice Zjednoczonego Królestwa.

– Ale że jak to? Nie dzielimy się? – rzucił Will.

– Macie cztery pozostałe, wymieniajcie się. Ta jest tylko moja – dodałem i skierowałem się w stronę tańczących kobiet.

– Uuuu. – Will nie krył zdziwienia. – Czyżbyś się starzał?

– W końcu jestem od ciebie starszy. – Wypiąłem dumnie pierś z głupkowatym uśmiechem na ustach.

– Kurwa, dwa lata tylko – prychnął William.

Miał rację.

Ja i Eliot byliśmy dwa lata starsi od Alexa i Williama, jednak nasi rodzice dobrze się znali. Chodziliśmy do tego samego prestiżowego liceum, potem wspólne uczelnie Oxbridge1, bankiety, środowisko i zainteresowania sprawiły, że zakumplowaliśmy się na dobre, mimo że zawodowo każdy z nas realizował się inaczej. Alexander Harris był cholernie dobrym adwokatem, William Wood maklerem, ja lekarzem, a Eliot Evans przygotowywał się, aby zostać prezesem największej agencji medialnej w kraju.

– Spoko. Nie tkniemy. – Eliot uniósł ręce w geście poddania. – Pozostałe są równie dobre.

Jeszcze raz omiotłem wzrokiem całą grupkę. Owszem, wszystkie były atrakcyjne, nawet bardzo, ale tylko ta jedna miała w sobie jakiś magnetyzm.

Naturalnie wmieszaliśmy się w ten mały tłum i po prostu przyłączyliśmy do zabawy. Tańczyłem po trosze z każdą dziewczyną, raz po raz zerkając ukradkiem na tę, która stanowiła mój dzisiejszy cel. Ją zostawiłem sobie jako ostatnią. Byłem cierpliwy, ale w końcu odwróciłem się od jej koleżanki i stanąłem twarzą w twarz z tą najpiękniejszą.

– Już myślałam, że mnie pominiesz – powiedziała kokieteryjnie, kiedy moje biodra zaczęły ocierać się o jej.

– Nie w tym życiu. Najlepsze zawsze należy zostawić na koniec. Im dłużej czekasz, tym lepiej smakuje – wymruczałem seksownie.

– Jesteś bardzo pewny siebie.

– Wiem. A ty jesteś piękna.

– Wiem – przyznała, zarzucając mi rękę na szyję. – I wiesz, co jeszcze wiem? – szepnęła, a włoski na moim karku stanęły dęba.

– Hm? – mruknąłem zaciekawiony, nachylając się, aby mieć do niej jeszcze bliżej.

– Że chcesz postawić mi drinka.

– A skąd wiesz, że nie chcę od razu cię przelecieć?

– Bo wiesz, że jeśli poczekasz, to będzie ci dużo bardziej smakowało – odparła i przejechała czubkiem języka po moim policzku. Wiedziała, jak kusić, i robiła to idealnie. – A teraz skończmy tańczyć, a ty zrób to jak cywilizowany człowiek. Chyba potrafisz?

– Czyli jak?

– Bez gapienia się w moje piersi.

Kurwa, przyłapała mnie.

– Bądź grzecznym chłopcem, a może zobaczysz je na żywo. – Przejechała paznokciami po mojej potylicy. – Rozegraj to dobrze, a może nawet ich dotkniesz.

– Tylko ręką czy językiem też?

– Ręką – szepnęła. – Językiem. – Oblizała zmysłowo usta. – Penisem.

Jaaasna cholera.

Odkąd ją ujrzałem i dostrzegłem ten biust, mój fiut o niczym innym nie myślał, jak tylko o tym, żeby znaleźć się między tymi dwiema idealnymi kulami w rozmiarze podwójne D. A teraz, po tej obietnicy, to nie potrafiłem już nie patrzeć się w nie. Naprawdę się starałem. Z całych, calutkich sił. Zebrałem w sobie całą moją silną wolę. Ale ani wypite już szklaneczki alkoholu, ani uwodzicielskie ruchy nieznajomej nie pomagały mi w tym. A kiedy obeszła mnie, stanęła tyłem i zaczęła tymi jędrnymi piłkami ocierać się o moje plecy, nie wytrzymałem. Odwróciłem się, złapałem ją za biodra i już chciałem ją pocałować, kiedy przystopowała mnie, kładąc delikatnie palec na moich wargach.

– Coś słabo ci idzie to czekanie. Postaw mi drinka – powiedziała stanowczo.

Nie czekając na nic więcej, odwróciła się i kręcąc biodrami idealne ósemki, udała się w stronę baru.

Pobiegłem za nią jak pies. Znała swoje atuty i umiejętnie je wykorzystywała. Małpa.

To ja miałem ją uwieść, nie odwrotnie.

– Co pijesz? – zapytałem, siadając obok niej na wysokim hokerze.

– Whiskey irlandzką na lodzie poproszę – rzekła pewnie.

– Dwa razy – rzuciłem do barmana, chociaż ja wolałem szkocką.

– Możesz przestać gapić się na mój dekolt, proszę?

– Przepraszam, skrzywienie zawodowe.

– Nie rozumiem.

– Jestem chirurgiem plastycznym.

– I co? Chciałbyś je poprawić? – Uniosła kokieteryjnie brew.

– Nigdy w życiu. Są idealne. Dałbym sobie nawet rękę uciąć, że to moja robota. – Zawiesiłem się na chwilę.

Zauważyła moje zawahanie.

– Ale?

– Twoją twarz też bym zapamiętał. Na pewno.

Uśmiechnęła się kącikiem ust, więc kontynuowałem.

– Dobra. Czyja to sprawka? – Wskazałem na jej biust.

– Nie znasz.

– Może nie osobiście, ale na pewno skojarzę. Ktoś od nas? Albo Stany Zjednoczone. Doktor McCormic?

– Nie i nie.

– Powiedz mi.

– I tak nie znasz.

– W Anglii poza mną i moim ojcem tylko doktor Anthony Tunner przychodzi mi do głowy – wspomniałem o Tonym, kumplu ze studiów.

Do tej pory często sobie pomagaliśmy. Chciałem go nawet zatrudnić u nas, ale za każdym razem mi odmawiał.

– Proszę, powiedz mi kto – błagałem.

Musiałem zaspokoić swoją ciekawość. Nigdy potem nie zasnąłbym już spokojnie.

Wtedy pochyliła się bliżej mnie.

– Matka Natura – wyartykułowała szeptem.

– Co? – oniemiałem.

– A nie mówiłam? Nie znasz. – Odsunęła się na dwa kroki i spojrzała mi w twarz.

– Ściemniasz.

– Kilka razy widziałam, jak wygląda taka operacja. Cieszę się, że jeszcze nie musiałam tego robić. Ale jeśli dopadnie mnie grawitacja – zaśmiała się, lecz jakoś tak dziwnie sztucznie, wymuszenie, może z jakby nutką żalu – znajdę cię – dodała i mrugnęła do mnie.

– W Internecie i telewizji często jest to naciągane. Nie zawsze tak to wygląda na sali operacyjnej – wyjaśniłem. – Serio są w stu procentach naturalne?

– Mówiłam, że może później pozwolę ci sprawdzić. – Nagle bardzo szybko dopiła swojego drinka. – Jeszcze raz to samo – rzuciła do barmana.

Kiwnąłem głową, dając znak, że dla mnie też.

– Jak masz na imię?

– Sam – odparła krótko.

– To pełne imię czy skrót od Samanthy?

– Rany, ty serio jesteś ciekawski – zauważyła.

– Jestem – przyznałem. – To jak?

– Dla ciebie po prostu Sam. Na dzisiejszą noc to wystarczy. A ty?

– Tom.

– To pełne imię czy skrót od Thomasa?

– Na dzisiejszą noc tylko Tom. – Wzniosłem szklaneczkę w geście toastu.

Postanowiliśmy zostać anonimowi, poza imionami; ona wiedziała, że jestem chirurgiem plastycznym i dziecięcym, a ja dowiedziałem się, że jej babcia pochodzi z Gruzji, stąd ta urzekająca uroda. No i, co ciekawe, Sam była dwa lata starsza ode mnie, choć wyglądała na młodszą. Albo mnie zwyczajnie okłamała.

Dlaczego przeszło mi to przez myśl? Bo na imprezie zgrywała chętną i otwartą, a gdy przyszło co do czego, wydawała się spięta i jakby nie do końca przekonana, że na pewno chce to zrobić. Mimo że wypiliśmy sporo tego wieczoru i zamówiliśmy jeszcze butelkę do pokoju. Ta noc była zupełnie inna od moich wcześniejszych. Na początku coś kazało mi prowadzić tę kobietę i zająć się nią delikatnie. Od razu wyczułem, że przygodny seks nie jest jej znany. A już na pewno nie tak dobrze jak mnie. Osobiście miałem już nieźle w czubie, ale pamiętałem, jak drżała na każdy, nawet najdelikatniejszy dotyk. Doskonale pamiętałem gęsią skórkę pojawiającą się pod moimi opuszkami i dreszcze podniecenia, kiedy mój język pieścił jej uda. Pamiętałem jej subtelny dotyk, gdy dłońmi niepewnie poznawała moje ciało. Nie była wtedy już taka harda i pewna siebie, jak przy barze czy podczas tańca.

Mimo to ta noc była zajebista. Po tym pierwszym sensualnym akcie pieprzyliśmy się, już znacznie śmielej, jeszcze ze dwa razy. Albo trzy. A potem nad ranem. I około południa też. Sam pozwalała mi bawić się tymi idealnymi cyckami i ciągnąć za swoje gęste, kruczoczarne, niebywale lśniące włosy.

Pamiętałem, że wykupiłem kolejną dobę w hotelu i do późnego popołudnia nie wychodziliśmy z łóżka. W przerwach od seksu sporo też rozmawialiśmy na neutralne tematy i to też był zajebiście spędzony czas, bo ta kobieta była nad wyraz inteligentna.

Dopiero późnym wieczorem pożegnaliśmy się przed hotelem i każde z nas wsiadło w swoją taksówkę.

Rozdział 1

Tom

Kiedy myłem ręce po udanym zabiegu pomniejszania piersi, do łazienki wszedł mój ojciec, dyrektor całego tego kurwidołka.

– Jak ci poszło?

– Jak zawsze – odparłem luźno. – To była rutynowa mammoplastyka.

Chociaż więcej razy powiększałem cycki, to pomniejszanie też robiłem dosyć często.

– To dobrze. Masz jeszcze coś dzisiaj? – zapytał, jakby nie miał wglądu do mojego grafiku.

– Pośladki, ale to za dwie godziny dopiero.

– Szybki lunch? – zaproponował.

– Jasne. Przebiorę się i przyjdę – zgodziłem się.

Nie pytałem dokąd, bo zawsze jadaliśmy w tym samym miejscu, w restauracji oddalonej jedynie o przecznicę od naszej kliniki.

Kiedy wszedłem do lokalu, ojciec siedział już przy stoliku. Popijał wodę z cytryną i czekał.

– Zamówiłem ci rybę z frytkami – oznajmił.

– Dzięki – odrzekłem.

Nie byłem zły, bo lubiłem to danie, w tym konkretnym bistro zamawiałem głównie to, a ojciec dobrze o tym wiedział.

Zająłem miejsce naprzeciwko niego.

– Widziałem w kalendarzu, że na czerwiec zaplanowałeś sobie znacznie mniej godzin. Dzieje się coś?

– Nie. Joshua – wspomniałem o znajomym, z którym robiłem moją drugą specjalizację – poprosił mnie o zastępstwo u siebie, bo wyjeżdża na urlop, a wiesz, jak to wygląda w państwowych szpitalach.

– Zgodziłem się, żebyś praktykował tam w piątki, chociaż sam nie wiem po co ci to – westchnął – ale nie trzy dni w tygodniu. Tak nie można.

– Dlaczego? Nie chcę tylko poprawiać urody bogatych damulek. Jestem też chirurgiem dziecięcym i nie chcę stracić tego dyplomu. Muszę od czasu do czasu wykonywać też takie zabiegi.

– Wystarczy raz na kilka miesięcy, żeby nie wyjść z wprawy, a nie trzy razy w tygodniu.

– Tylko przez pół miesiąca. Na zastępstwie.

– Ale potem w każdy piątek dalej będziesz poza naszą kliniką. Mógłbyś to ograniczyć do jednego dnia w miesiącu.

– Mógłbym – przyznałem. – Ale jak już wspomniałem, nie chcę.

Ojciec ponownie westchnął.

– Naprawdę nie wiem, dlaczego to robisz. Praca za grosze, u nas masz kilkukrotnie więcej. Tracisz czas i pieniądze.

– Nie uważam tak. A pieniędzy i tak mam sporo. Poza tym jako lekarz pomagam ludziom. Muszę czasem zrobić coś innego niż liposukcja czy inne wybryki bogatych celebrytek, bo bym zwariował.

– Chirurgia plastyczna to nie tylko widzimisię snobistycznych panien. To nie tylko usuwanie czasem wyimaginowanych kompleksów. To też poprawa jakości i komfortu życia osób po przeżytych tragediach.

– Tak, ale nie u nas. Na nasze usługi nie stać każdego.

– Ale ty i na to znalazłeś rozwiązanie, uruchamiając program pomocy dla fundacji, którą założyły siostra i żona twojego kumpla, Williama Wooda. Nie wystarcza ci to?

– Widocznie nie. – Wzruszyłem ramionami. – Co? – zapytałem, bo bacznie mi się przyglądał.

– Nic. Mam tylko nadzieję, że nie postanowisz nagle prysnąć na misję do Afryki, samarytaninie.

– Na razie nie zamierzam. Ale za kilka lat… – Zamyśliłem się na moment. – Dzięki za pomysł.

– Ja podpierałem się nazwiskiem swojego ojca całe życie i równie ciężko jak on pracowałem na tę markę. Ty przyszedłeś praktycznie na gotowe. I co? Odbiło ci od tego dobrobytu.

– To nie było do końca tak. Wyuczyłem się, swoją wartość i markę osobistą budowałem sam. Doświadczenia też nie da się dostać, kupić czy zasłonić nazwiskiem.

– Zgadza się. I dlatego, dzięki swojej ciężkiej pracy, możesz zarabiać duże pieniądze. W publicznym szpitalu działaj sobie sporadycznie, a nie co tydzień. To za często.

– Pomyślę o tym – powiedziałem dla świętego spokoju.

Temat wałkowaliśmy praktycznie od momentu, kiedy otrzymałem dyplom chirurga dziecięcego.

Na studiach byłem zbuntowanym młodzikiem, który ciągle kłócił się z rodzicami. Pod koniec pierwszej specjalizacji na złość ojcu zacząłem drugą, żeby mieć w razie czego jakąś alternatywę. Akurat był wakat na chirurgii dziecięcej, a ja byłem po kolejnej kłótni z ojcem, więc nawet się nie zastanawiałem. A potem okazało się, że to jest bardzo fascynujące. Dlatego też, kiedy w końcu zdobyłem dyplom plastyka, nie zrezygnowałem z praktyk w państwowym szpitalu. Lubiłem pracę na chirurgii dziecięcej. To było dobrą odskocznią od modelowania sylwetek. Dzieciaki zawsze poprawiały mi humor, kiedy po operacji odwiedzałem je na oddziale. Wtedy miałem poczucie, że robię coś dobrego, coś bardziej wartościowego niż korekta nosa.

– Poprosiłem cię o spotkanie, bo jest pewna delikatna sprawa – zaczął ojciec, przywracając mnie do rzeczywistości. W międzyczasie, kiedy podawano nasze dania, wyciągnął z torby teczkę i mi ją podał.

– Co to?

– Otwórz i sprawdź. – Ponaglił mnie ruchem dłoni.

Otworzyłem i rzuciłem pobieżnie okiem na dokumenty.

– Nic nie rozumiem – przyznałem, patrząc w kartki jak szpak w pizdę.

– Kojarzysz tę kobietę? – zapytał, wskazując palcem na dane osobowe wpisane na pierwszej kartce.

– Chyba tak. Była u nas. Chciała kolejną liposukcję. Odmówiliśmy. I ty, i ja. I z tego, co pamiętam próbowała też u Zacha – wspomniałem o jednym z naszych chirurgów.

– Właśnie – przyznał. – Więc skąd, kurwa, są papiery na to, że ten zabieg był wykonywany u nas i że to my go spartoliliśmy? – zapytał, a ja przerzucałem kolejne kartki dokumentów.

– I nas pozywa? – zdziwiłem się, patrząc na jedną z nich.

Nic z tego nie rozumiałem.

– Tak. Pojedź z tym do Harrisa. Niech się temu przyjrzy i zacznie działać.

– Jasne. Zrobię to jeszcze dzisiaj. – Zamknąłem teczkę i odłożyłem ją obok mojego talerza. – Cipa chyba nie wie, z kim zadarła.

***

Późnym popołudniem podjechałem do Richmond, gdzie mieszkał najlepszy prawnik w Londynie, a może i w całej Anglii, a zarazem jeden z moich przyjaciół, Alexander Harris.

Zaparkowałem na podjeździe i wszedłem na bardzo zadbaną posesję. Laura, jego żona, lubiła bawić się w ziemi i sama dbała o ogród.

Mało tego, żona jednego z bardziej wpływowych ludzi w Londynie zrobiła sobie na tyłach domu warzywniak i szklarnię. Zawsze powtarzała, że ją to relaksuje. Do tego sama kisiła w słoikach wyhodowane przez siebie ogórki. A nie, sorki, nie sama. Robiła to z Amelią, żoną mojego drugiego kumpla, Williama Wooda, najlepszego finansisty w Europie.

Zabawne, jak to się życie układa. Alex z Willem byli dwa lata młodsi ode mnie i Eliota, a już zdążyli się hajtnąć i zapłodnić swoje kobiety. Harris, który do niedawna był chyba największym przeciwnikiem monogamii, nawet dwukrotnie.

– Cześć, panie doktorze. – Laura wychyliła się zza domu i pomachała do mnie zapraszającym gestem.

Zapewne pili na patio popołudniową herbatę. Podszedłem do niej, pocałowałem w policzek i pogładziłem brzuch.

– Cześć, ciężarówko. Jak tam maleństwo? Znacie już płeć?

– Nie. Nie chciało się pokazać. Za tydzień idziemy na kolejną wizytę, to może się uda. Woodowie też idą. A potem zrobimy wspólny baby shower, ale to za jakiś miesiąc, bo Alex potrzebuje podwójnego potwierdzenia. – Zaśmiała się. – Czuj się zaproszony.

– Nie omieszkam przyjść – odparłem z szerokim uśmiechem. – Za nic bym tego nie przegapił.

Laura poprowadziła mnie na taras, gdzie siedział jej mąż i tłumaczył coś stojącemu przed nim synkowi.

– Cześć, Alex – przywitałem się z kumplem, a ten wstał, gdy zauważył, że wszedłem do ogrodu.

– Wujek Tom! Wujek Tom! – Usłyszałem piskliwy, donośny głosik na wysokości około metra od ziemi.

– Siema, młody – zwróciłem się do małej kopii Alexa, niespełna trzyletniego Adama. – Cieszysz się na rodzeństwo?

Poczochrałem jego blond włosy. Normalnie skóra zdjęta z tatusia.

– Nie – odparł buńczucznie.

– Nie? – zapytałem szczerze zdziwiony. – Dlaczego? Bycie starszym bratem jest świetne.

– Nie, jeśli to będzie dziewczyna. Nie chcę siostry. Chcę brata – mówił, wypowiadając niektóre słowa jeszcze niewyraźnie.

– Rozumiem – odparłem z udawaną powagą.

– Zrobisz mi samolot? – Trzylatek wyciągnął dłonie w moją stronę. – Proszę.

– Oczywiście, że ci zrobię.

Chwyciłem go za rękę i nogę i okręciłem się kilkukrotnie wokół własnej osi, podnosząc go i opuszczając co pół okrążenia. Potem bezpiecznie posadziłem go na trawie. Zachichotał wesoło.

Zerknąłem na altanę. Laura się śmiała, a Alex popadał w stan hiperwentylacji. Nadal był cholernie przewrażliwiony, jeśli chodziło o syna. Jeżeli teraz urodzi im się córka, pewnie będę musiał co miesiąc wypisywać kumplowi receptę na leki uspokajające.

Czasami kłuła mnie lekka zazdrość. Łapałem się na myślach, że fajnie byłoby mieć dziecko, ale potem gdy przychodziłem tu i dawałem się wymęczyć małemu Adamowi, cieszyłem się, że wracam do mojego cichego i spokojnego domu. Wystarczały mi cudze dzieci i moi mali pacjenci. I na razie musiało tak zostać, bo jakoś nie widziałem na horyzoncie żadnej, która mogłaby aspirować na matkę moich dzieci.

Z siedzącym mi na kolanach Adamem wypiłem mrożoną herbatę z przyjaciółmi, a następnie udałem się z Alexandrem do jego gabinetu.

Podałem mu teczkę.

– Mirella McCanzie – przeczytał dane tej suki. – Znam.

– Co?! Skąd?!

– Jesteście drudzy, których pozywa w podobnej sprawie. A ogólnie trzeci, bo jeszcze próbowała wymusić odszkodowanie drogowe. Pech chciał, że koleś, w którego celowo wjechała motorowerem, miał rejestrator i wszystko się nagrało.

– Do wygrania? – zapytałem, chociaż już po jego minie widziałem, że tak.

– Jakby to powiedział Will-Wood: proste jak jebanie. – Zamknął teczkę i wyjął jakąś kartkę z szuflady. – Podpisz mi tylko pełnomocnictwo. Pewnie nawet nie dojdzie do procesu. Wystraszy się i będzie szukać innych naiwnych, z których można wyciągnąć kasę.

– Naprawdę tacy ludzie jeszcze istnieją? – zdziwiłem się.

– Nawet nie wiesz, jak wielu ich jest. – Zaśmiał się. – Ale utemperujemy ją i to my wysuniemy akt oskarżenia o zniesławienie.

– Ja pierdolę, jakbym za mało miał na głowie.

– Tym akurat martwić się nie musisz. Zostaw to mnie.

– Dzięki, stary. – Wstałem, wyciągając do niego dłoń.

– Podziękujesz, kiedy wystawię ci rachunek. – Uśmiechnął się przebiegle. – A teraz chodź, Laura na pewno podaje kolację i nie wypuści cię, dopóki cię nie nakarmi.

– To dobrze – uśmiechnąłem się – bo uwielbiam polską kuchnię twojej żony. Czy tym razem również zrobiła tę zupę ze skisłych ogórków?

– Kiszonych – poprawił mnie lekko zirytowany.

– Wiem, ale lubię naśmiewać się z ciebie i Willa i wypominać wam przy każdej okazji, że nie potrafiliście przyswoić, że ogórki są kiszone, a nie skisłe.

– Nawet jeśli Laura ją przygotowała – warknął przez zęby – powiem jej, żeby cię nią nie częstowała.

– Tylko spróbuj. – Uśmiechnąłem się do niego sztucznie, po czym zawołałem w stronę krzątającej się po strefie kuchennej żony przyjaciela. – Lauro! Czy w dzisiejszym menu znajduje się ta pyszna zupka z ogórków?!

– Masz dziś szczęście, doktorze. Jest, jest – odparła, idąc w naszą stronę, czyli do otwartej na salon jadalni. – Odkąd jestem w drugim trymestrze, to w zasadzie jem tylko tę zupę lub kotlety mielone, ziemniaki i buraczki. Alex narzeka na mało urozmaiconą dietę i nawet jemu już przejadła się zupa ogórkowa, więc załapiesz się nawet na dokładkę.

Wyszczerzyłem się zadowolony, znów spojrzałem na kumpla i, jak na dojrzałego trzydziestoczteroletniego faceta przystało, pokazałem mu język.

Rozdział 2

Tom

– Tom, mam pilną prośbę – powiedział przez telefon Anthony Tunner, kumpel po fachu, który pracował w innej prywatnej klinice chirurgii plastycznej. – Pojutrze mam pogrzeb. Przełożyłem kilku pacjentów, ale wszystkich nie mogę. Mógłbyś mnie zastąpić na godzinę?

– O której?

– Z samego rana.

– Na dziesiątą mam pierwszy zabieg.

– Tylko trzy pacjentki, rutynowa kontrola po operacji. Same implanty piersi. Na siódmą trzydzieści. Proszę, uratuj mi tyłek. W godzinę się wyrobisz.

– Też tak myślę – przyznałem po chwili. – Najwyżej przesunę u siebie o kwadrans czy dwa. Dam radę – uspokoiłem go.

Tony był moim kumplem ze studiów, ale pracował u konkurencji. Często jednak pomagaliśmy sobie nawzajem. Czasem ja zastępowałem jego, czasem on mnie. Był cholernie dobry, ale nadal był nieugięty i nie chciał pracować dla nas, dla Anderson’s Beauty Clinic. Mówił, że nie będzie kumplował się z szefem, a w Implant-Medzie, gdzie obecnie pracował, też nie zarabiał źle.

– Super. Będę bardzo wdzięczny.

– Nie ma sprawy. Kiedyś się odwdzięczysz.

– Jak zawsze. Rilla da ci klucz od gabinetu i karty pacjentów.

– Jak zawsze. – Uśmiechnąłem się pod nosem. – Słuchaj, jakby zgłosiła się do was Mirella McCanzie, uważajcie na nią. Odmówiliśmy jej kolejnej liposukcji. Spreparowała dokumenty, że niby jednak ją wykonaliśmy i oskarża nas o partactwo. „O znaczny uszczerbek na zdrowiu i narażenie życia” – zacytowałem z niesmakiem urywek aktu oskarżenia.

– O kurwa. Dzięki. Uprzedzę dyrektora.

– Podobno nie jesteśmy pierwsi – dodałem. – Harris dobrze zna jej sprawę.

– Dzięki, że mi o tym mówisz. W razie czego też go wynajmiemy, to znaczy szef pewnie też się do niego zgłosi. – Zaśmiał się. – Lecę, bo zaraz mam podniesienie opadających powiek.

– Trzymaj się.

Po zakończeniu połączenia zadzwoniłem do mojej asystentki, żeby przesunęła mi pierwszą operację za dwa dni o pół godziny. Tak profilaktycznie, żebym zdążył wrócić z zastępstwa Anthony’ego i na spokojnie się przygotować. Następnie poszedłem na spotkanie z ojcem, aby omówić z nim zaplanowane na ten tydzień zabiegi.

***

Dwa dni później siedziałem w gabinecie kumpla po drugiej pacjentce i czekałem na ostatnią. Spojrzałem w jej kartę. Samira Taylor. Zapewne kolejna imigrantka, która złapała jakiegoś Brytyjczyka dla obywatelstwa, wizy czy innych benefitów. Albo zwyczajnie dla kasy, bo usługi tutaj, w Implant-Medzie, też do najtańszych nie należały.

Westchnąłem, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Uprzejmie zaprosiłem pacjentkę i… prawie dostałem zawału, widząc wchodzącą kobietę. Jej włosy były dużo krótsze niż kiedyś, ale twarz taka, jak ją zapamiętałem. Ujrzałem kobietę, o której mimo upływu lat myślałem nawet kilka razy w miesiącu. Zamrugałem, aby upewnić się, czy to nie mara, a moje dotychczas pewne dłonie chirurga lekko zadrżały.

Moja Sam… Niby jednonocna przygoda, i to dość dawno temu, a mimo znacznie skróconych włosów rozpoznałbym ją nawet za dekadę. Zrobiła wtedy na mnie takie wrażenie, że nawet próbowałem ją odszukać, ale niewiele to dało, bo tamtej nocy postawiliśmy na anonimowość. Znajomy detektyw powiedział, że te informacje, które mu dałem, to za mało. I może znalazłby kogoś takiego na bezludnej wyspie, a nie w niespełna dziewięciomilionowym mieście. Nawet nie miałem pewności, że dziewczyna jest z Londynu, mogła na przykład przyjechać tylko na sylwestra ze znajomymi. Jedyne, co wiedziałem, to to, że jest dwa lata starsza ode mnie. Chyba. I że jej babcia była Gruzinką. I ma na imię Sam, ale mógł to być też skrót od Samanthy.

Do gabinetu weszła jedyna kobieta, która mnie zaintrygowała i została w mojej głowie na dłużej. Chyba jedyna, która sama wolała pozostać jednonocną przygodą.

Chciałem szukać Samanthy, a przyszła do mnie Samira.

– Sam – wydukałem, wstając.

Powiedzieć, że byłem w szoku, to jak nazwać Mount Everest delikatnym pagórkiem.

– T-Tom?

Ona była w niemniejszym osłupieniu. Czyli dla niej to też nie mogła być nic nieznacząca noc. Musiała o mnie myśleć, skoro mnie pamiętała. I również tak na mnie zareagowała.

– Zapraszam. – Wskazałem jej krzesło na przeciw mnie.

– Gdzie Tony? – zapytała lekko speszona. Nie, nie lekko. Mocno.

– Tony? – zdziwiłem się. – A nie doktor Tunner?

– Znamy się też prywatnie – wyjaśniła oględnie. – Może jednak przełożę wizytę.

– To nie jest konieczne. Usiądź.

Usiadła niepewnie. Zalogowałem się do systemu i przejrzałem jej historię. Jeszcze trzy i pół roku temu miała idealne cycki. Zastanawiałem się, dlaczego zdecydowała się na implantację. Bardzo szybko znalazłem odpowiedź. I znowu zamarłem. Kilka miesięcy po najlepszej nocy w naszym życiu – tak, naszym, bo uważałem, że dla niej też taka była – przeszła zabieg mastektomii. Czytałem dalej. Kurwa! Sam miała nowotwór piersi. Wziąłem ukradkiem dwa głębsze oddechy i odchrząknąłem.

– Jak się czujesz? Musisz jeszcze brać leki przeciwbólowe?

– Staram się nie.

– Mogę przepisać ci słabszą dawkę niż ta, którą Anthony zapisał ci zaraz po operacji.

– Nie trzeba. Daję radę.

– Gorączka?

– Nie.

– Coś cię niepokoi lub może masz jakieś pytania?

– Nie.

– Dobrze, wyniki też są w porządku. Idź zatem za parawan i przygotuj się do badania.

– Myślę, że to nie jest konieczne. Nie mam żadnych stanów zapalnych, nie boli mnie jakoś mocno.

– Sam, ja muszę sprawdzić, jak to wygląda po operacji.

– Przyjdę za kilka dni pokazać to mojemu lekarzowi.

– Twój lekarz poprosił mnie o pomoc. Dlatego to właśnie ja siedzę teraz na jego miejscu.

– N-nie sądzę…

– Daj spokój. Przecież już je kiedyś widziałem – rzuciłem, żeby rozładować wiszące w powietrzu napięcie.

I to chyba był mój błąd, bo brunetka spięła się jeszcze bardziej, zagryzła wargi, a w jej oczach… Jezu Chryste.

– Sam, przepraszam.

Z prędkością światła wstałem z fotela, podszedłem do niej w dwóch wielkich krokach i przykucnąłem przy jej nogach.

– To było nieprofesjonalne. Przepraszam. Obiecuję patrzeć na ciebie tylko jak lekarz na pacjentkę.

Złapałem ją za dłonie. Były bardzo spocone. Spojrzałem na jej twarz, a ona wbijała wzrok w moje palce trzymające jej.

– Posłuchaj, ja muszę sprawdzić, czy na pewno wszystko jest dobrze. Pozwolisz mi się zbadać, proszę? Obiecuję pełny profesjonalizm.

– Dobrze – skapitulowała.

Kiedy się od niej odsunąłem, wstała i udała się za parawan. Po chwili bardzo cicho powiedziała, że jest gotowa. Wyjąłem z pudełka parę jednorazowych rękawiczek i podszedłem do niej. Stała plecami do mnie.

Chciałem złapać ją za ramię i obrócić w moją stronę, ale powstrzymałem się, zaciskając pięść.

– Odwróć się, proszę – wyszeptała z dziwnie ściśniętym gardłem.

Zrobiła to bardzo, bardzo powoli i niepewnie. Spodnie z wysokim stanem kończyły się powyżej pępka, jakbym miał zobaczyć tylko tyle, ile powinienem jako lekarz.

Oczy miała przymknięte, a powieki drgały jej jak przy niedoborze magnezu. Niestety, podejrzewałem, że to jednak reakcja na mnie.

Wziąłem głęboki wdech i usiadłem na krześle obrotowym. Starałem się nie zerkać na jej twarz. Na pierwszy rzut oka piersi wyglądały jak typowe piersi dwa tygodnie po operacji. Ale musiałem zobaczyć każdą przy linii cięcia i manualnie zbadać całość.

– Teraz cię dotknę, okej?

Skinęła ledwo zauważalnie. Jej powieki nadal były opuszczone.

Dobra, Anderson, pełny profesjonalizm. To jest zwykła pacjentka. Dasz radę.

Wzdrygnęła się, kiedy moje odziane w lateks opuszki dotknęły jej skóry.

– Boli cię w tym miejscu? – zdziwiłem się, bo tam akurat nie powinno.

– N-nie.

– Na pewno? – Odjechałem krzesłem do tyłu, żeby widzieć jej twarz.

– T-tak – szeptała, mając cały czas przymknięte oczy. – Miejmy to już za sobą, proszę.

– Dobrze. – Wróciłem krzesłem bliżej i uniosłem najpierw jedną pierś.

Wiedziałem, że Tony jest zajebistym fachowcem i na pewno by tego nie spartolił, ale organizmy są różne, więc musiałem sprawdzić wszystko dokładnie. Starałem się być bardziej delikatny niż zwykle, choć wszystko wyglądało tak, jak powinno na tym etapie gojenia.

Wstałem i dotykowo sprawdziłem implanty. Również były okej.

– Unieś lewą rękę – poprosiłem.

Zrobiła to, nadal na mnie nie patrząc. Zbadałem i poprosiłem, aby zrobiła to samo z drugą ręką.

– Wygląda na to, że wszystko jest dobrze – stwierdziłem. – Zapraszam jeszcze na USG.

Dopiero wtedy uchyliła lekko powieki. Jej oczy błyszczały łzami. Miałem prawie pewność, że podczas zabawy sylwestrowej tylko grała taką łatwą i otwartą. W tym momencie przypominała mi Sam, która dopiero co przekroczyła próg pokoju hotelowego. Nieśmiałą, niepewną, lekko przestraszoną.

– M-może umówię się, kiedy Tony już wróci.

Tony Srony.

– Nie – odparłem. – Obiecuję, że będę delikatny. Jestem lekarzem. Zaufaj mi – mówiłem łagodnie.

– Dobrze. Masz rację. Przepraszam – mamrotała pod nosem, zajmując miejsce na leżance.

– Nie przepraszaj. Naprawdę nie masz za co. – Uśmiechnąłem się pokrzepiająco.

Znowu przymknęła oczy i leżała nieruchomo podczas badania. Wiedziałem, że dwa tygodnie po operacji wszystko jest jeszcze świeże, może boleć, i byłem naprawdę bardzo delikatny.

A Samira zachowywała się jak robot. Ręka do góry, ręka na dół, jedna dłoń za głowę, potem druga. Obie wzdłuż ciała, obie nad głowę.

Kiedy już upewniłem się, że wszystko jest w najlepszym porządku, wytarłem ją dokładnie – tak, zrobiłem to osobiście – i powiedziałem, że może się ubrać.

– Wszystko jest tak, jak powinno – potwierdziłem, kiedy ponownie usiadła naprzeciw mnie.

– Dziękuję – odparła słabo i nieznaczenie pokiwała głową. Oczywiście ze wzrokiem wbitym w podłogę.

Już chciałem rzucić, że w swoim gabinecie mam ładniejsze płytki, ale w porę zacisnąłem usta.

– Posłuchaj, jeśli chciałabyś… jeśli potrzebujesz z kimś pogadać…

– Nie – weszła mi w słowo. – Dzięki. Nie musisz. Radzę sobie.

– Nie miałem na myśli siebie. Spokojnie. Chciałem zaproponować ci pewną fundację, w której spotkasz kobiety, które przeszły to samo, a nawet więcej.

– Dziękuję. Udzielam się już w podobnej społeczności i jestem pod opieką psychologa.

– Rozumiem. – Odchrząknąłem.

– Czy to już wszystko? – zapytała, nie zaszczycając mnie nawet krótkim spojrzeniem.

– Tak. W recepcji Rilla umówi cię na kolejną wizytę, już do Anthony’ego – wyjaśniłem z lekkim uśmiechem.

– Dziękuję, doktorze. – Wstała i wyciągnęła do mnie dłoń.

– Tom – poprawiłem ją. – Byliśmy po imieniu, a ty dobrze pamiętasz moje, bo użyłaś go, wchodząc do gabinetu.

– Dobrze, Tom. Dziękuję. – Nadal na mnie nie spoglądała.

– Życzę ci zdrowia, Sam. Samiro. – Poczułem przyjemne ciepło, kiedy uścisnąłem jej rękę. – Dasz się zaprosić na kawę?

– Nie. – Wyrwała się z mojego uścisku.

– Masz kogoś?

– Przepraszam, ale to nie jest twoja sprawa.

– Nie masz – wydedukowałem. – Gdybyś miała, od razu byś to powiedziała.

– Mam – powiedziała, próbując brzmieć pewnie, ale nie wyszło jej. – Jeszcze raz dziękuję, doktorze Anderson. Życzę spokojnej pracy. – Odwróciła się na pięcie i opuściła gabinet.

A ja czułem, że nie tylko najbliższe godziny, ale i dni wcale nie będą spokojne.

Dlaczego od razu nie wyszukała mnie? Dlaczego wybrała Implant-Med. A nie moją klinikę? Czy coś ją łączyło z Tunnerem?

Rozdział 3

Sam

– Jesteś dziś dziwnie milcząca – zauważyła Vanessa, moja przyjaciółka, z którą siedziałam właśnie w kawiarni. – Coś nie tak z piersiami? Byłaś dziś na kontroli, prawda?

– Tak. I wszystko w porządku, tylko… – Zawiesiłam się na chwilę.

– Tylko? – dopytała się.

– Nie było Tony’ego.

– No to byłaś w końcu czy przełożyli ci wizytę? Bo nic nie rozumiem.

– Tony zorganizował zastępstwo – mówiłam, mieszając łyżeczką w swojej szklance.

– I co? Ten drugi lekarz nie przyłożył się do badania? Czy o co chodzi? Mów, bo nic nie rozumiem.

– To był Tom – rzuciłam bezwiednie, gapiąc się w piankę na mojej kawie.

– Jaki Tom?

– No Tom. Ten Tom – zaakcentowałam.

– Dobra. Czy ty, mówiąc „ten Tom”, chcesz mi powiedzieć, że badał cię ten, o którym myślę? I o którym ty myślisz dosyć często od kilku lat? Kilkadziesiąt razy googlowany przez nas po tym pamiętnym sylwestrze?

– Ten sam. Chirurg plastyk Thomas J. Anderson – wyjaśniłam. Chociaż sądząc po jej minie, zrozumiała.

– Jak to?

– Doktor Thomas Anderson, współwłaściciel Anderson’s Beauty Clinic, nie jest konkurentem Tony’ego. Oni się, kurwa, przyjaźnią! – pisnęłam z irytacją.

– O cholerka. – Van aż podskoczyła na swoim krześle. – Ale może to dobrze? Może moglibyście zacząć się spotykać.

– Nie. To jest absolutnie niemożliwe. Minęło trzy i pół roku. Moje życie wygląda zupełnie inaczej. Poza tym to była jednonocna przygoda.

– Tak, ale w tobie została do dziś.

– Dzięki temu wiem, że ja się do takich akcji nie nadaję. Dla mnie to była jedyna taka sytuacja w życiu. Raz jeden postąpiłam w ten sposób. On takich nocy miał pewnie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset.

– Nie poznał cię?

Spuściłam głowę.

– Poznał – przyznałam. – Kiedy tylko weszłam do gabinetu. Mimo że mam dużo krótsze włosy.

– O cholera. Może ty też zostałaś w jego głowie na dłużej? No nie powiesz mi, że pamiętałby imiona wszystkich lasek, z którymi spał.

– Zapamiętał wtedy moje atuty – przypomniałam. – Mam trochę inny typ urody niż kobiety z centrum Europy.

Oddałam się chwili wspomnień, kiedy Tom tak bardzo zachwycał się moimi piersiami, a teraz musiałam pokazać mu je sine, spuchnięte i z zaognionymi jeszcze bliznami po cięciach. I włosy, które gładził, gdy leżałam wtulona w jego tors, teraz były sporo krótsze.

Teraz nie miałam już żadnych atutów.

– Mówił coś?

– Na początku zgrywał cwaniaka. Ale potem, widząc, że ja nie jestem już tą Sam, którą poznał… którą wtedy tak naprawdę udawałam… Był bardzo profesjonalny i zbadał mnie z najwyższą starannością.

– To chyba dobrze, nie?

– Niby tak. – Wzruszyłam ramionami.

– A może to znak? Może nie bez przyczyny znalazł się na twojej drodze? Może wtedy nie był wasz czas, ale teraz, kiedy już jesteś zdrowa, może los chce was połączyć?

– Czy ty masz wódkę w tej kawie? – Chwyciłam za jej filiżankę i powąchałam.

– Nie. I mówię poważnie. Skoro on pamiętał twoje imię…

– Pamiętał moje spektakularne cycki i przypasował do nich imię. Teraz nie ma już czego pamiętać. Poza tym to była tylko jedna noc. Postanowiłam zabawić się i korzystać z życia, kiedy dostałam diagnozę.

– Tylko że dla ciebie to noc, która wraca do twojej głowy jak bumerang.

– Tym bardziej potwierdza to, że ja się do tego po prostu nie nadaję.

– A może powinnaś się z nim umówić? Pogadać? Wyznać mu wszystko? Że nietrudno było go znaleźć w necie, ale nie odezwałaś się, bo nie wiedziałaś, czy przeżyjesz?

– Po co? Spędziłam z nim tylko kilkanaście wyjątkowych godzin. Tak naprawdę nawet go nie znam.

– Przecież dla ciebie to było coś więcej, a skoro on też pamiętał, to myślę, że dla niego też.

– Nie, Van. To był epizod, fajnie przeżyta chwila. Teraz spotkałam go przypadkiem. Już więcej go nie spotkam.

– Uważam, że to znak. A nawet jeśli nie znak, to szansa.

– Zmieńmy temat, dobrze? – poprosiłam i przeczesałam włosy dłońmi.

Do długości, którą miałam przed chemią, długości, którą miałam pamiętnej nocy, potrzebowały jeszcze kilku lat.

– Dobrze. To kiedy wracasz do pracy?

– Za miesiąc – odparłam już z radością w głosie.

– Cieszysz się?

– No pewnie – potwierdziłam, szczęśliwa, że zmieniłyśmy temat.

Kiedy byłyśmy w najlepsze pochłonięte rozmową, zadzwonił mój telefon.

– Obcy numer – zdziwiłam się, patrząc na ekran, jednak odebrałam. – Halo.

– Sam?

Ja pierdzielę, nie wierzę.

Poznałam ten głos nawet przez komórkę, a moje ciało od razu zareagowało gęsią skórką.

– To ja, Tom – wyznał, jakbym miała wątpliwości.

– Tom? – zdziwiłam się. – Coś się stało, że dzwonisz? Coś nie tak z moimi wynikami? – zapytałam, czując nagle dziwny niepokój.

– Nie. Skąd? Mówiłem ci rano, że wszystko jest w najlepszym porządku.

– Więc dlaczego dzwonisz?

– Chciałem zaprosić cię na kawę.

– Właśnie piję.

– Nie dziś. Może być jutro lub za kilka dni. Dostosuję się.

– Myślę, że to nie jest dobry pomysł.

– To na drinka.

– To już w ogóle jest fatalny pomysł.

– Dlaczego? – Jego głos brzmiał naprawdę szczerze.

– Mam bardzo napięty grafik. W najbliższym czasie będę niedostępna. Muszę wyjechać. Możemy zdzwonić się za kilka miesięcy, jak wrócę, dobrze?

– Sam.

– Wszystkiego dobrego, Tom. – Zakończyłam połączenie, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Odłożyłam komórkę i ukryłam twarz w dłoniach.

– Czy to był on? – zapytała zdziwiona Vanessa.

– Tak – westchnęłam.

Chwyciłam za łyżeczkę i znowu zaczęłam mieszać w swojej filiżance. Nie wiedziałam, co zrobić z rękami.

– Skąd miał twój numer?

– Pewnie z karty pacjenta.

– Dlaczego do ciebie dzwonił? Dlaczego tak szybko go zbyłaś? Chciał się z tobą umówić? Dlaczego mu odmówiłaś? – strzelała pytaniami jak Al-Kaida.

– Bo to nie ma sensu. Przecież my się nawet nie znamy.

– Wydaje mi się, że on właśnie chciał to zmienić. Masz okazję go poznać, Sam. I sprawdzić, czy jest taki, jak go sobie wyobrażałaś.

– Na pewno nie. I serio, ostatnie, czego teraz potrzebuję, to facet.

– Najważniejsze, czego teraz potrzebujesz to facet. Jesteś zdrowa, wygrałaś z paskudną chorobą, twoje życie wraca do normy, za chwilę wracasz do pracy. To jest właściwy moment, aby znaleźć sobie faceta.

– Wiesz, że w moim przypadku nie jest to takie proste.

– Jest. Tylko musisz komuś pozwolić się do siebie zbliżyć, a właśnie na twojej nowej drodze stanął mężczyzna, który sprawił, że byłaś szczęśliwa. Mało tego. Widział twoje ciało, wie, czym jest rak, a mimo to zadzwonił i chciał się umówić.

– Byłam pijana. I jak sama powiedziałaś, nowa droga, więc nie będę zawracać do kogoś z przeszłości.

– Przed chwilą mówiłaś, że nawet go nie znasz. Nie możesz go więc nazwać facetem z przeszłości – powiedziała sarkastycznie.

– Dobra, skończ. Wiem, do czego pijesz.

– Tak. Dobrze wiesz, co chcę powiedzieć, i dodam, że tym bardziej powinnaś się z nim umówić.

– Właśnie dlatego nigdy się z nim nie umówię. Postawiliśmy wtedy na anonimowość. Oboje tak zdecydowaliśmy. Tylko dlatego ta noc była cudowna. A prawdziwe życie wygląda jednak nieco inaczej. Moje piersi już nie będą go tak zachwycać, jak wtedy. Wystarczy, że mój świat stał się pokręconą sinusoidą i rollercoasterem.

– Ale już wraca na prostą. I właśnie stawia ci na drodze jego. Akurat jego. Faceta, z którym przeżyłaś kilkanaście cudownych godzin. Faceta, który sprawił, że na chwilę zapomniałaś o diagnozie.

– To nieważne. Nie wierzę w przeznaczenie.

– A powinnaś. W tym przypadku powinnaś.

– Posłuchaj. Ja nie znam jego, on nie zna mnie.

– Właśnie zjebałaś być może jedyną okazję, żeby to zmienić.

– Sama mówiłaś, że wychodzę na prostą. Nie potrzebuję znowu wprowadzać chaosu w moje życie.

– Skąd wiesz, że Anderson jest chaosem?

– Poczytałyśmy o nim trochę, pamiętasz? Kilka lat temu prawie co tydzień wypisywali, jak hucznie bawi się z kolegami.

– Właśnie, kilka lat temu. Już nie. Czyżby wydoroślał? Czyżby on też potrzebował stabilizacji?

– Van, nie pomagasz.

– Pomagam. Właśnie próbuję ci uświadomić, że w twoim nowym życiu brakuje już tylko mężczyzny, a on wydaje się odpowiedni i jest tobą zainteresowany.

– Jest zainteresowany Sam z nocy sylwestrowej. Wyuzdaną dziewczyną, którą tak naprawdę nie jestem i którą nigdy nie byłam.

– Nie jesteś? A może właśnie taka jesteś? Może właśnie tamtej nocy byłaś sobą, bo nie myślałaś o niczym dokoła, tylko skupiłaś się na sobie?

– Van… – westchnęłam, kiedy moja koleżanka spojrzała na swoją komórkę.

– Muszę lecieć. – Wstała. – Zdzwonimy się jutro.

– Jasne. – Dopiłam kawę i również wstałam.

***

Trzy dni później byłam na spotkaniu w Shakti2, fundacji dla kobiet po przebyciu nowotworu. Przychodziłam w to miejsce dopiero od kilku miesięcy, ale z całą mocą mogłam powiedzieć, że poznałam tu prawdziwe przyjaciółki. Spotkania odbywały się raz w tygodniu, ale mogłyśmy dzwonić do siebie o każdej porze. I pomimo tego, że naprawdę dużo czasu minęło, zanim sama potrafiłam się otworzyć i opowiedzieć o swojej chorobie, dziewczyny nie skreśliły mnie, nie naciskały. Po prostu były i czekały.

Fundacja była organizacją non profit, ale ja nie zarabiałam źle, więc co miesiąc, jeszcze zanim przyszłam tu pierwszy raz, regularnie robiłam przelewy na jej konto.

– Chciałabym robić coś więcej niż przychodzenie tutaj i mówienie – powiedziałam po spotkaniu do Wendy Wood, siostry maklera giełdowego Williama Wooda, jednej z dwóch założycielek fundacji.

Dziewczyna przeżyła większe piekło od mojego, bo mnie wycięto tylko piersi, jej dodatkowo całą macicę. Ona, pomimo tego, jak bardzo kocha dzieci, nigdy ich nie urodzi. Do tego ja miałam przy sobie bliskich, ona nie miała prawie żadnego wsparcia. Poradziła sobie znakomicie, a nawet znalazła mężczyznę, który kochał ją taką, jaką jest.

– Przecież ty nie tylko mówisz. – Wendy uśmiechnęła się serdecznie. – Przede wszystkim słuchasz, dajesz rady. No i myślisz, że nie widzę, skąd są te comiesięczne wpłaty na nasze konto?

– Tak, ale czuję, że chciałabym zrobić coś jeszcze.

– Okej. – Przyjrzała mi się czujnym okiem. – W lipcu wystawiamy się na festynie. Amelia – wspomniała o swojej wspólniczce i szwagierce zarazem – i jedna z wolontariuszek są w zaawansowanych ciążach. Nie wyślę ich. Pojedziesz ze mną i siostrą mojej wspólniczki, Emilią. Piszesz się? Tylko że tam będzie pełno ludzi. Dasz radę się pokazać? Reprezentować nas swoją twarzą? Zrozumiem, jeśli nie.

– Pojadę – powiedziałam od razu. – Tylko muszę znać termin, żeby sobie zaplanować odpowiednio inne sprawy.

– Tak, wiem, wracasz do pracy – odparła z uśmiechem. – Gratuluję. Jeszcze kilka tygodni, ból po operacji minie i będziesz mogła żyć normalnie, jak przed chorobą.

– Bardzo bym chciała.

– Jesteś na dobrej drodze. – Wendy przytuliła mnie serdecznie.

Nagle usłyszałyśmy otwieranie drzwi i głośne wołanie.

– Wendy?! Wendy, wiedźmo gdzie jesteś?

Zmroziło mnie na ten głos. Cholera, ponad trzy lata karmienia się wspomnieniami, a teraz już trzeci raz go słyszałam.

– To doktor Anderson – szepnęła kobieta, odsuwając mnie na odległość ramion. – Nie bój się – dodała, bo chyba musiałam mieć nietęgą minę. – Jest wspólnikiem w Anderson’s Beauty Clinic, z którą też współpracujemy.

– Och. – To było jedyne, co udało mi się wydobyć z gardła.

– Dzwoniłem do Amelii, ale wylatują gdzieś z Will-Woodem – ciągnął Tom, wchodząc głębiej.

Tak przypuszczałam, bo jego głos wydawał się coraz głośniejszy.

– Prosiła, żebym tutaj podrzucił dokumen…ty. Ooo, przepraszam, myślałem, że już po spotkaniu – dodał lekko zmieszany.

– Tak, tak. Wejdź, Tom. To jest Sami…

– Wiem – przerwał jej. – My się znamy. – Podszedł bliżej i uśmiechnął się przyjaźnie. Ujął moją dłoń i pocałował jej wierzch.

Przeszył mnie delikatny prąd. Taki o natężeniu kilku tysięcy amperów.

– Miło cię znowu widzieć, Samiro.

– Tak. – Odchrząknęłam. – Cześć.

– A ciebie nie operował Anthony? – zdziwiła się Wendy.

– Operował – przytaknął Tom. – A ja go zastępowałem na kontroli. Ale z Sam poznaliśmy się już wcześniej. Dużo wcześniej.

– A. Chyba że tak. To co tam dla nas masz?

– To co zwykle. Faktury z ostatniego miesiąca. U pani Hudson wyszły pewne komplikacje, ale wszystko, co dodatkowo było potrzebne, uwzględniłem w kosztach i dałem rabat, więc przekaż to waszej księgowej.

– Jesteś najlepszy. – Wendy podeszła i cmoknęła go w policzek.

– No, no. Lepszy niż Matt? – Puścił jej oko, a ja poczułam lekkie ukłucie zazdrości.

– Na pewno nie. I nie zamierzam sprawdzać. – Odsunęła się i pokazała mu język.

– Ja nawet nie zamierzałbym ci pokazywać. Jeszcze byś zmieniła zdanie i co wtedy?

– Nigdy w życiu – odpowiedziała mu. – Ty możesz jedynie na nas patrzeć i zazdrościć. Albo w końcu sobie kogoś znaleźć. Za chwilę będziesz siwy jak twój ojciec.

– Nie grozi mi to. Mam zbyt dobre geny. – Przeczesał palcami swoje idealnie ułożone, brązowe włosy.

– Właśnie. Najwyższy czas przekazać je dalej.

– Dobra. Bierz te dokumenty i spadam. – Wręczył jej teczkę. – Podrzucić cię gdzieś, Sam?

– Dzięki. Jestem swoim samochodem – odpowiedziałam grzecznie.

A on stał i gapił się na mnie jak na jakiś okaz w muzeum.

– Słyszałeś? – wtrąciła Wendy. – Uciekaj, bo my tu jeszcze mamy coś do obgadania.

Mężczyzna posłał mi długie, powłóczyste spojrzenie, którego nie potrafiłam odczytać, i wyszedł z fundacji.

Rozdział 4

Tom

Przez cały tydzień nie było wieczoru, żebym nie poświęcił choć chwili na rozmyślanie o Sam. Trzy i pół roku ciszy, a tu nagle dwa przypadkowe spotkania w tak krótkim czasie. Musiałem się komuś wygadać.

W sobotę pojechaliśmy z chłopakami do The Grove pograć w golfa.

Ja i Alex bardzo to lubiliśmy. Eliot i Will woleli pójść na stadion na jakiś mecz, jednak udawało nam się we czwórkę robić i jedno, i drugie, choć ostatnio rzadziej. Alex i Will mieli swoje rodziny i nasze beztroskie czasy odeszły na zawsze. Skończyła się pewna epoka.

Czy miałem żal? Nie.

Wyszumiałem się już i momentami nawet zazdrościłem chłopakom tego, że ustatkowali się i znaleźli sobie naprawdę cudowne kobiety. Na razie były to jednak sporadyczne momenty. Na szczęście.

– Coś ci dzisiaj kij nie leży, Anderson – skomentował Alex, który wyprzedzał mnie już o dwa dołki.

Zazwyczaj szliśmy łeb w łeb, a Eliot i Will zostawali w tyle. Dzisiaj jednak zrównałem się z nimi.