Nasze Dni - A.P. Mist - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Nasze Dni ebook i audiobook

Mist A.P.

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

891 osób interesuje się tą książką

Opis

Zaaranżowane małżeństwo miało być tylko umową. Bez uczuć, bez bliskości – jedynie chłodny układ dla pieniędzy. Po jednej stronie Claire – delikatna, wychowana w złotej klatce córka wpływowego człowieka. Po drugiej Chase – mężczyzna z traumatyczną przeszłością, zamknięty w sobie i pozornie niezdolny do miłości.

Nikt nie spodziewał się, że pod powierzchnią tej układanki narodzi się coś prawdziwego. Że cisza we wspólnym domu stanie się schronieniem. Że dotyk, który miał być obowiązkiem, przemieni się w pragnienie czułości.

Kiedy świat Claire rozpada się na kawałki, to właśnie Chase staje się jej jedynym azylem. Między bólem przeszłości a delikatnymi nadziejami na przyszłość budzi się uczucie, które wymyka się logice i planom. W świecie, gdzie wszystko zostało narzucone, oni wybierają siebie nawzajem.

To opowieść o tym, że miłość nie zawsze przychodzi łatwo, ale kiedy już zapuści korzenie, staje się najpotężniejszą siłą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 323

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 9 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia BełcikSzymon Kukla

Oceny
4,4 (18 ocen)
11
5
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Ach, ale było miło i sympatycznie podczas słuchania Fajny tekst i Fajni lektorzy Wiadomo AP.Mist 😉
20
niqvs_89

Nie oderwiesz się od lektury

❤️
10
egrambor

Nie oderwiesz się od lektury

Piękne, takie inne, delikatne.
10
Dora6

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
MagdalenaZwolinska

Nie oderwiesz się od lektury

♥️
00



Spis Treści

Pro­logRoz­dział 1Roz­dział 2Roz­dział 3Co­py­ri­ght

Prolog

Claire

Wsalikon­fe­ren­cyj­nejpa­no­wa­ła ci­sza – ci­ężka i du­sząca, jak­by ścia­ny na­słu­chi­wa­ły, co się wy­da­rzy. Sie­dzia­łam przy dłu­gim ma­ho­nio­wym sto­le, ze sple­cio­ny­mi dło­ńmi na ko­la­nach i go­tu­jącą się zło­ścią pod że­bra­mi. Ze­gar na ścia­nie ty­kał gło­śniej niż zwy­kle. Kli­ma­ty­za­cja sy­cza­ła. Mój oj­ciec zer­k­nął na mnie, jak­by ocze­ki­wał, że za­raz się uśmiech­nę i przy­tak­nę. Ale nie mo­głam. Nie te­raz. Nie po tym, co usły­sza­łam.

– Ma­łże­ństwo to for­mal­no­ść – oznaj­mił chłod­no. – Je­den rok. Tyle po­trze­bu­je­my, by trans­ak­cja prze­bie­gła bez za­kłó­ceń. Po­tem mo­że­cie się roz­wie­ść, je­śli będzie­cie chcie­li.

Użył licz­by mno­giej. Jak­by­śmy z Cha­se’em Blac­kwel­lem już ist­nie­li jako „my”. Jak­by łączy­ło nas coś poza przy­mu­sem i po­li­ty­ką ro­dzin­ną. Jak­by ta de­cy­zja była na­tu­ral­nym na­stęp­stwem lo­gi­ki, nie­zła­ma­nym gło­sem mo­jej wol­nej woli.

Spoj­rza­łam na nie­go. Sie­dział wy­pro­sto­wa­ny po dru­giej stro­nie sto­łu, bez cie­nia emo­cji na twa­rzy. Miał na so­bie gar­ni­tur w od­cie­niu gra­na­tu, man­kie­ty ko­szu­li były spi­ęte zło­ty­mi spin­ka­mi. Ide­al­nie wy­stu­dio­wa­ny chłód. Jego spoj­rze­nie było uwa­żne, ana­li­tycz­ne. Oce­niał mnie. Mie­rzył. Jak­by sza­co­wał, ile je­stem war­ta – nie jako oso­ba, ale jako pio­nek w jego grze.

Zna­łam go tyl­ko z me­diów i szep­tów. Pre­zes po­tężnej fir­my Blac­kwell In­du­stries, bez­li­to­sny ne­go­cja­tor, któ­ry prze­jął już trzy ro­dzin­ne im­pe­ria, za­nim sko­ńczył czter­dzie­ści lat. A te­raz… mój przy­szły mąż.

– To nie jest śre­dnio­wie­cze – syk­nęłam przez za­ci­śni­ęte zęby. – Nikt nie bie­rze dziś ślu­bu dla in­te­re­sów.

Oj­ciec na­wet nie drgnął.

– Nie cho­dzi tyl­ko o in­te­re­sy – od­po­wie­dział. – To fu­zja dwóch firm ro­dzin­nych. Dwa po­ko­le­nia pra­cy. Dwa na­zwi­ska ma­jące szan­sę ra­zem pod­bić ryn­ki, któ­rych od­dziel­nie ni­g­dy by nie do­tknęły. Ma­łże­ństwo to sy­gnał. Sta­bil­no­ść. Jed­no­ść. Za­ufa­nie. Ak­cjo­na­riu­sze chcą wi­dzieć, że je­ste­śmy zgra­ni. A nie… roz­dzie­le­ni. Emo­cje mu­szą ze­jść na dal­szy plan.

Emo­cje. Tak, wła­śnie one mu­sia­ły znik­nąć. Moje pra­wo do nie­zgo­dy. Do lęku. Do tego, by oznaj­mić gło­śno, że nie chcę wi­ązać ży­cia z mężczy­zną, któ­ry nie zna mo­je­go ulu­bio­ne­go ko­lo­ru, nie wie, jaką kawę piję i na­wet nie pró­bo­wał spoj­rzeć mi w oczy przez ostat­nie pół go­dzi­ny.

– Nie je­stem to­wa­rem – szep­nęłam, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od sto­łu.

– Nikt tak nie mówi – ode­zwa­ła się ci­cho mat­ka, jak­by jej głos miał zła­go­dzić wszyst­ko, co bru­tal­nie oczy­wi­ste. – Ale mu­si­my my­śleć przy­szło­ścio­wo. To tyl­ko rok. Rok, Cla­ire. Po­tem wszyst­ko będzie, jak chcesz.

Chcia­łam za­py­tać, co je­śli przez ten rok wszyst­ko się roz­pad­nie? Co, je­śli znik­nie to, kim je­stem? Co, je­śli… przez ten rok nie będę sobą?

I wte­dy ty­pek się ode­zwał.

– Nie po­trze­bu­ję żony, ale po­trze­bu­ję gwa­ran­cji. – Jego głos był głębo­ki, po­zba­wio­ny cie­nia emo­cji. – I je­śli to cena, by ochro­nić swo­je udzia­ły i po­zy­cję fir­my, za­pła­cę ją. Nie je­stem tu, żeby się ba­wić w sen­ty­men­ty i się za­ko­chi­wać.

Po­czu­łam, jak coś we mnie za­ma­rza. Nie dla­te­go, że usły­sza­łam coś szo­ku­jące­go. Bo prze­cież wie­dzia­łam, na czym to ma po­le­gać. Ale usły­szeć na głos, że je­stem ceną za coś i na­wet sym­pa­tia nie wcho­dzi w grę, bo­la­ło bar­dziej, niż chcia­łam przy­znać.

– Cie­szę się, że je­ste­śmy tego sa­me­go zda­nia – od­pa­rłam, pod­no­sząc wzrok. Wbi­łam spoj­rze­nie w jego oczy, ciem­ne jak noc­ne nie­bo. – Bo ja też nie pla­nu­ję się za­ko­chać.

Na mo­ment w po­wie­trzu za­wi­sła ci­sza, a po­tem on ski­nął gło­wą.

– W ta­kim ra­zie… pod­pisz­my ten cho­ler­ny pa­pie­rek – mruk­nął.

Wy­ci­ągni­ęto do­ku­men­ty. Czte­ry ko­pie. Zło­te pió­ro. Nie­ru­cho­ma ręka ojca. Twar­dy głos praw­ni­ka. To wszyst­ko re­je­stro­wa­łam me­cha­nicz­nie, jak­by dzia­ło się bez mo­je­go udzia­łu.

Pod­pi­sa­łam. Punkt po punk­cie. Cla­ire Ben­nett. Na­rze­czo­na z kon­trak­tu. Przy­szła pani Blac­kwell. I choć moje na­zwi­sko nie zmie­ni­ło się jesz­cze na pa­pie­rze, w środ­ku czu­łam, że już coś tra­cę. Sie­bie i wła­sną wol­no­ść, a może na­wet ucie­ka­ły moje ma­rze­nia? Za­częłam się prze­ko­ny­wać, że to tyl­ko układ.

Rok ży­cia w klat­ce z mężczy­zną, któ­ry trak­to­wał mi­ło­ść jak stra­tę cza­su.

Dwa­na­ście mie­si­ęcy, któ­re mia­ły prze­mi­nąć bez śla­du.

Tyl­ko że wte­dy nie wie­dzia­łam, że wszyst­ko, co we mnie uśpio­ne, za­cznie bu­dzić się wła­śnie przez nie­go, a to był po­czątek na­szych dni.

Rozdział 1

Chase

Lu­dziebacz­nieob­ser­wo­wa­li.Z kie­lisz­ka­mi szam­pa­na w rękach, sztucz­ny­mi uśmie­cha­mi i ocza­mi, któ­re błysz­cza­ły nie z ra­do­ści, a z czy­stej, bez­wstyd­nej cie­ka­wo­ści. Uda­wa­li, że in­te­re­su­je ich mi­ło­ść – to ro­man­tycz­ne kłam­stwo, któ­re wła­śnie wy­sta­wia­li­śmy na sce­nie. Ale ja zna­łem praw­dę. I wie­dzia­łem, że oni też ją zna­li.

To był spek­takl. Świa­tło. Mu­zy­ka. Szum roz­mów i mi­gaw­ki apa­ra­tów. A po­środ­ku tego wszyst­kie­go – my. Cla­ire i ja. „Ide­al­na para no­we­go po­ko­le­nia biz­ne­so­we­go im­pe­rium”. Tak przy­naj­mniej gło­sił dzi­siej­szy na­głó­wek w „Fi­nan­cial We­ekly”.

Idio­ci.

Sta­łem przy mar­mu­ro­wym ba­rze z krysz­ta­ło­wą szklan­ką whi­sky w dło­ni, zer­ka­jąc ukrad­kiem na dziew­czy­nę, któ­ra roz­ma­wia­ła z ja­kąś ko­bie­tą w czer­wo­nej suk­ni. Wy­da­wa­ła się wy­lu­zo­wa­na, jak­by na­praw­dę do­brze się ba­wi­ła – ale zna­łem ten gry­mas. To była gra. Taka sama jak moja. Tyl­ko że ona ro­bi­ła to z wi­ęk­szą gra­cją.

Cla­ire Ben­nett. Dwa­dzie­ścia sze­ść lat. Naj­star­sza cór­ka Tho­ma­sa Ben­net­ta – czło­wie­ka, któ­ry z po­zo­ru wci­ąż trzy­mał w ga­rści swo­ją fir­mę, ale w rze­czy­wi­sto­ści ła­pał się brzy­twy, by nie uto­nąć. Jej mat­ka z ko­lei mia­ła ten ro­dzaj uśmie­chu, któ­ry mó­wił: „Nie za­wie­dź mnie, bo zruj­nu­jesz na­sze na­zwi­sko”. Cała ta uro­czy­sto­ść mia­ła je­den cel – prze­ko­nać świat, że po­łącze­nie Blac­kwell In­du­stries i Ben­nett Gro­up to nie tyl­ko trans­ak­cja, a ro­man­tycz­ny sen, któ­ry stał się rze­czy­wi­sto­ścią.

I wła­śnie dla­te­go mu­sie­li­śmy za­ta­ńczyć.

Mi­mo­wol­nie za­ci­snąłem zęby. Ten ta­niec miał być kul­mi­na­cją wie­czo­ru – mo­men­tem, w któ­rym Cla­ire wpad­nie mi w ra­mio­na, a ja spoj­rzę na nią tak, jak­by na­praw­dę była ko­bie­tą mo­je­go ży­cia. Jak­by to wszyst­ko mia­ło zna­cze­nie.

– Cha­se. – Głos mo­jej mat­ki wy­ci­ągnął mnie z my­śli. – Już czas. Go­ście cze­ka­ją.

Spoj­rza­łem na nią. Per­fek­cyj­na jak za­wsze. No­si­ła pro­stą su­kien­kę od Dio­ra, sznur pe­reł i nie­na­gan­ny ma­ki­jaż. Ona rów­nież po­tra­fi­ła grać. Tyle że jej rola za­częła się jesz­cze za­nim się uro­dzi­łem.

Ski­nąłem gło­wą. Od­sta­wi­łem szklan­kę na bar, po­pra­wi­łem man­kiet ko­szu­li i ru­szy­łem przez tłum, któ­ry roz­stępo­wał się przede mną z tą nie­zno­śną mie­sza­ni­ną re­spek­tu i chci­we­go po­dzi­wu. Cla­ire sta­ła już przy środ­ku par­kie­tu, z dło­nią de­li­kat­nie unie­sio­ną, go­to­wą do ge­stu. Jej ciem­no­gra­na­to­wa, opi­na­jąca bio­dra su­kien­ka, błysz­cza­ła w świa­tłach jak ta­fla spo­koj­ne­go mo­rza. I przez krót­ką, głu­pią chwi­lę po­my­śla­łem, że na­praw­dę wy­gląda… pi­ęk­nie.

Za mło­da. Za do­bra na to wszyst­ko. Zbyt am­bit­na, by być na­rzędziem w rękach swo­ich ro­dzi­ców.

Ale było już za pó­źno.

Wzi­ąłem ją za rękę. Była chłod­na, ale pew­na. Dziew­czy­na nie drża­ła. Nie oka­zy­wa­ła emo­cji. Tak jak ja. Tyl­ko jej oczy zdra­dza­ły, że pod tą ma­ską coś się tli­ło. Może gniew. Może bunt. A może… roz­cza­ro­wa­nie, że to wła­śnie ja je­stem tym, któ­re­go jej wy­bra­no.

Po­ci­ągnąłem ją lek­ko do sie­bie, pro­wa­dząc do ryt­mu spo­koj­ne­go wal­ca. Mu­zy­ka wy­pe­łni­ła prze­strzeń. Par­kiet był nasz.

– Uśmiech­nij się – mruk­nąłem przez za­ci­śni­ęte zęby.

– Uśmie­cham się – wy­ce­dzi­ła. – Ty też mó­głbyś spró­bo­wać, je­śli nie chcesz, żeby świat zo­ba­czył, jak bar­dzo cier­pisz.

Wbrew so­bie par­sk­nąłem ci­cho. Mia­ła pa­zur. I język ostry jak brzy­twa.

– Nie cier­pię – od­pa­rłem. – Po pro­stu… nie je­stem fa­nem te­atrzy­ków.

– Cie­ka­we, bo gra­my w jed­nym z naj­wi­ęk­szych. – Unio­sła za­czep­nie pod­bró­dek.

Prze­chy­li­łem ją de­li­kat­nie w bok. Była lek­ka, gi­ęt­ka, per­fek­cyj­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­na. I na­wet nie za­uwa­ży­łem, kie­dy z ryt­mu ta­ńca prze­szli­śmy w rytm wspól­nej gry.

Wo­kół roz­le­gły się okla­ski. Fo­to­gra­fo­wie ro­bi­li zdjęcia, mi­gaw­ki bły­ska­ły. Cla­ire unio­sła dłoń i do­tknęła lek­ko mo­jej bro­dy, jak­by ro­bi­ła to z czu­ło­ścią. Od­po­wie­dzia­łem po­wol­nym, in­tym­nym prze­ci­ągni­ęciem kciu­kiem po jej ta­lii. Tłum był za­chwy­co­ny.

– My­ślisz, że to ku­pi­li? – szep­nęła, przy­su­wa­jąc się jesz­cze bli­żej.

– Je­śli nie – mruk­nąłem – mo­że­my się po­ca­ło­wać, żeby mieć pew­no­ść.

Przez se­kun­dę jej oczy za­lśni­ły czy­mś, co trud­no było roz­szy­fro­wać – roz­ba­wie­niem? Za­sko­cze­niem? Po­gar­dą?

– Na­wet nie pró­buj – za­war­cza­ła ci­cho.

Uśmiech­nąłem się. Szcze­rze. Może po raz pierw­szy tego wie­czo­ru.

Za­ko­ńczy­li­śmy ta­niec w ide­al­nej po­zie. Cla­ire lek­ko za­dy­sza­na, ja z dło­nią na jej ple­cach. Okla­ski ude­rzy­ły jak fala. Spek­takl się udał, ale kie­dy od­pro­wa­dzi­łem ją za ku­li­sy sce­ny, gdy tyl­ko świa­tła przy­ga­sły i zo­sta­li­śmy sami na kil­ka se­kund, od­su­nęła się ode mnie.

– Nie rób tego wi­ęcej – rzu­ci­ła chłod­no. – Nie do­ty­kaj mnie tak, je­śli nie mu­sisz.

Przy­tak­nąłem, choć nie po­wie­dzia­ła nic, cze­go sam bym wcze­śniej nie po­my­ślał.

Bo to była gra.

Tyl­ko gra.

W głębi du­szy jed­nak wie­dzia­łem, że je­śli będzie­my grać w to wy­star­cza­jąco dłu­go, prze­sta­nie­my roz­ró­żniać, co było uda­wa­ne, a co jest praw­dzi­we. I chy­ba wła­śnie to mnie nie­po­ko­iło naj­bar­dziej.

Ko­lej­ne­go dnia od­by­wał się na­stęp­ny spek­takl. Sala kon­fe­ren­cyj­na wy­gląda­ła jak de­ko­ra­cja z ka­ta­lo­gu dla zde­spe­ro­wa­nych mi­lio­ne­rów pró­bu­jących sprze­dać świa­tu złu­dze­nie kla­sy i po­tęgi. Bia­łe ob­ru­sy, kwia­ty w to­na­cji kre­mu i zło­ta, a za na­szy­mi ple­ca­mi roz­świe­tlo­ny ekran z logo Blac­kwell-Ben­nett Hol­dings. Gdy­by nie świa­do­mo­ść, że wła­śnie pod­pi­su­je­my pakt z dia­błem, po­my­śla­łbym, że wszyst­ko wy­gląda per­fek­cyj­nie.

Przy­ci­ągnąłem man­kiet ko­szu­li, po­pra­wi­łem spin­ki i zer­k­nąłem na Cla­ire, któ­ra sie­dzia­ła obok, nie­co bo­kiem, z dło­ńmi zło­żo­ny­mi na ko­la­nach. Wy­gląda­ła jak po­sąg. Nie­na­gan­nie ucze­sa­na, z lek­ko pod­nie­sio­ny­mi brwia­mi i uśmie­chem, któ­ry mó­wił: „Wiem, jak grać w tę grę i za­mie­rzam wy­grać”. Mia­ła na so­bie kre­mo­wy gar­ni­tur z sa­ty­no­wym wy­ko­ńcze­niem, któ­ry pod­kre­ślał li­nię jej szyi i ko­ści po­licz­ko­wych. Na­wet ja mu­sia­łem przy­znać, że wy­gląda­ła pie­kiel­nie do­brze.

Ale w tych oczach, tak samo, jak wczo­raj na par­kie­cie, wci­ąż tli­ło się to samo – za­wód. I wście­kło­ść. Nie na mnie. Na to, w czym mu­sia­ła uczest­ni­czyć.

– Dwie mi­nu­ty – po­in­for­mo­wał ktoś z ob­słu­gi tech­nicz­nej. Świa­tła pa­da­ły na nas z góry, a przed sto­łem pre­zy­dial­nym kłębił się tłum dzien­ni­ka­rzy. Dźwi­ękow­cy re­gu­lo­wa­li mi­kro­fo­ny, ope­ra­to­rzy te­sto­wa­li ujęcia. Ka­żdy chciał mieć swo­je pięć se­kund praw­dy. Albo fa­łszu. Nikt nie za­mie­rzał do­cie­kać ró­żni­cy.

– Cha­se. – Na­than przy­sia­dł obok mnie. Mój szef PR-u i je­den z nie­wie­lu lu­dzi, któ­rym na­praw­dę ufa­łem. – Mo­żesz jesz­cze uciec. He­li­kop­ter cze­ka na da­chu. Kie­ru­nek: Mek­syk. Po­tem łódź i ślad po to­bie za­gi­nie.

– I zo­sta­wię ci Cla­ire do tłu­ma­cze­nia wszyst­kie­go? – mruk­nąłem z prze­kąsem.

– Nie mia­łbym nic prze­ciw­ko – za­śmiał się krót­ko, po czym spo­wa­żniał. – Wiem, że to nie­ła­twy wy­bór. Ale sko­ro już tu je­ste­śmy… po­sta­raj się wy­glądać, jak­byś tego bar­dzo chciał.

Spoj­rza­łem na nie­go spod byka.

– Czy­li mniej jak czło­wiek sto­jący nad kra­wędzią eg­zy­sten­cjal­nej prze­pa­ści?

– Do­kład­nie tak. – Po­kle­pał mnie po ra­mie­niu. – I pa­mi­ętaj, mów krót­ko, pew­nie, nie zdra­dzaj emo­cji. Lu­dzie i tak wi­dzą tyl­ko to, co chcą zo­ba­czyć. Wy­star­czy, że damy im ram­kę, a resz­tę so­bie do­po­wie­dzą.

Od­chy­li­łem się w fo­te­lu i skrzy­żo­wa­łem ręce. By­łem do­bry w ram­kach. W two­rze­niu ob­ra­zów, któ­re nie mia­ły nic wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią. Tyl­ko że dziś po raz pierw­szy ten ob­raz miał rów­nież do­ty­czyć ko­goś in­ne­go. Cla­ire. Ko­bie­ty, któ­ra nie po­win­na tu sie­dzieć. Któ­ra gdy­by mia­ła wy­bór, pew­nie ni­g­dy nie spoj­rza­ła­by na mnie wi­ęcej niż raz.

Świa­tła przy­ga­sły, mi­kro­fo­ny włączy­ły się z cha­rak­te­ry­stycz­nym trza­skiem.

– Wi­ta­my pa­ństwa ser­decz­nie na wspól­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej Blac­kwell In­du­stries i Ben­nett Gro­up – za­częła pro­wa­dząca. – Dzi­siej­szy dzień to nie tyl­ko po­czątek stra­te­gicz­ne­go so­ju­szu, ale też, jak pa­ństwo wie­cie, ogło­sze­nie wy­jąt­ko­wych za­ręczyn na­szych dzie­dzi­ców: Cla­ire Ben­nett i Cha­se’a Blac­kwel­la.

Okla­ski. Błysk fle­szy. I moje dło­nie ści­ska­jące podło­kiet­ni­ki krze­sła tak moc­no, że aż zbie­la­ły mi kłyk­cie.

Cla­ire uśmiech­nęła się sze­rzej. Kie­dy na­chy­li­ła się lek­ko w moją stro­nę, jej wło­sy mu­snęły mój po­li­czek. Pach­nia­ła ja­śmi­nem i czy­mś ostrzej­szym – jak bez­gło­śna woj­na w szkla­nej bu­tel­ce.

– Go­to­wy? – za­py­ta­ła pó­łgło­sem.

– Czy to ma ja­kieś zna­cze­nie? – Od­wró­ci­łem się w jej stro­nę i pod­nio­słem dłoń, by de­li­kat­nie ją ująć. Wszyst­ko dla ka­me­ry.

Cla­ire nie za­re­ago­wa­ła. Przy­su­nęła się nie­co bli­żej, aż na­sze ra­mio­na się ze­tknęły. W obiek­ty­wie wy­gląda­li­śmy jak za­ko­cha­ni. Jak para, któ­ra wła­śnie pod­jęła wspól­ną de­cy­zję o przy­szło­ści.

– Pan­no Ben­net, jak się pani czu­je z de­cy­zją o za­ręczy­nach? – pa­dło pierw­sze py­ta­nie z sali.

Cla­ire na­chy­li­ła się do mi­kro­fo­nu ze sło­wa­mi:

– To ogrom­ny za­szczyt być częścią tak wa­żne­go kro­ku. Za­rów­no dla na­szych ro­dzin, jak i dla firm, któ­re re­pre­zen­tu­je­my. Cie­szę się, że to Cha­se… – spoj­rza­ła na mnie – …jest oso­bą, z któ­rą mogę we­jść w ten nowy roz­dział.

Sztu­ka. Mi­strzo­stwo. Na­wet ja po­czu­łem przez mo­ment, że to brzmi praw­dzi­wie.

– Cha­se? – Ko­lej­ne py­ta­nie skie­ro­wa­no do mnie. – Czy to była mi­ło­ść od pierw­sze­go wej­rze­nia?

Uśmiech­nąłem się, po­zwa­la­jąc so­bie na krót­ką pau­zę.

– My­ślę, że kie­dy ktoś po­ja­wia się w two­im ży­ciu w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie i kom­plet­nie je prze­wra­ca, trud­no nie zwró­cić uwa­gi. Cla­ire… – od­wró­ci­łem gło­wę w jej stro­nę – …jest ko­bie­tą, któ­rej się nie za­po­mi­na. Od po­cząt­ku wie­dzia­łem, że będzie kimś wa­żnym.

Praw­da. Przy­naj­mniej po­ło­wicz­na. Bo Cla­ire rze­czy­wi­ście była kimś, kogo się nie za­po­mi­na, na­wet je­śli całe to przed­sta­wie­nie mia­ło trwać tyl­ko krót­ką chwi­lę.

Po kon­fe­ren­cji, gdy już ze­szli­śmy z po­dium i prze­szli­śmy do tyl­ne­go foy­er, Cla­ire od razu od­su­nęła się na bez­piecz­ną od­le­gło­ść. Na­than na­to­miast pod­sze­dł do mnie z wy­ra­zem twa­rzy, któ­ry su­ge­ro­wał, że ma mi coś do po­wie­dze­nia.

– Nie sądzi­łem, że to po­wiem, ale… nie by­łeś tra­gicz­ny.

– Dzi­ęki. – Po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu. – Może kie­dyś spró­bu­ję sił w ak­tor­stwie.

– A tak po­wa­żnie – zni­żył głos i spoj­rzał zna­cząco – ona ci się po­do­ba.

Za­mru­ga­łem.

– O czym ty mó­wisz?

– Wi­dzia­łem, jak na nią pa­trzysz. Nie pró­buj za­prze­czać. Znasz mnie.

Ode­tchnąłem ci­ężko.

– Może i jest pi­ęk­na – przy­zna­łem. – Może na­wet… zbyt do­bra na ten świat. Ale to nie ma zna­cze­nia. Bo to wszyst­ko to gra. Usta­lo­ne re­gu­ły. Umo­wa. Kon­se­kwen­cje.

Na­than spoj­rzał na mnie z po­bła­ża­niem.

– A je­śli te re­gu­ły cię kie­dyś zła­mią?

– Wte­dy – po­wie­dzia­łem ci­cho – zła­mię je pierw­szy.

Rozdział 2

Claire

Gdytyl­koza­mknęłysię za mną drzwi apar­ta­men­tu, opa­rłam się o chłod­ną ścia­nę i po­zwo­li­łam so­bie na pierw­szy głębo­ki od­dech tego dnia. Su­kien­ka, ide­al­nie skro­jo­na i wy­pra­so­wa­na przez oso­bi­stą sty­list­kę mamy, na­gle za­częła mnie du­sić, jak­by ka­żdy jej szew przy­po­mi­nał o tym, co wła­śnie zro­bi­łam.

Za­ręczy­łam się. Pu­blicz­nie. Na oczach dzie­si­ątek dzien­ni­ka­rzy, ka­mer i in­we­sto­rów. Z mężczy­zną, któ­ry – choć nie mógł być bar­dziej od­po­wied­ni w oczach na­szej rady nad­zor­czej – był dla mnie nie­mal ca­łko­wi­cie obcy. A jed­nak trzy­mał moją dłoń, jak­by­śmy ro­bi­li to od lat. Pa­trzył na mnie z czu­ło­ścią tak prze­ko­nu­jącą, że sama za­częłam wąt­pić, co jest praw­dą, a co grą.

Ru­szy­łam w stro­nę sy­pial­ni, zdej­mu­jąc po dro­dze kol­czy­ki i rzu­ca­jąc je na mar­mu­ro­wy blat ko­mo­dy. Szpil­ki kop­nęłam pod fo­tel, a po­tem usia­dłam na skra­ju łó­żka, trzy­ma­jąc się za kark, jak­bym pró­bo­wa­ła roz­ma­so­wać na­pi­ęcie, któ­re tam za­kwi­tło jesz­cze przed śnia­da­niem.

– Nie­źle się dziś spi­sa­łaś. – Głos mo­jej sio­stry roz­le­gł się z sa­lo­nu. – Po­win­naś roz­wa­żyć ka­rie­rę ak­tor­ki. Może w ja­ki­mś se­ria­lu o bo­ga­tych i znu­dzo­nych?

Wes­tchnęłam, pod­no­sząc gło­wę. Nel­lie. Oczy­wi­ście, że tu­taj była.

– Nie wiesz, kie­dy się pod­dać, co?

– Ni­g­dy – rzu­ci­ła z za­do­wo­le­niem, zja­wia­jąc się w pro­gu z kie­lisz­kiem Pro­sec­co w dło­ni i zbyt sze­ro­kim uśmie­chem. Jej wło­sy spi­ęte były w nie­dba­ły kok, a dżin­sy z wy­so­kim sta­nem i bia­ły top su­ge­ro­wa­ły, że dla niej to był po pro­stu ko­lej­ny czwar­tek, nie dzień wy­stąpie­nia jej sio­stry na pierw­szych stro­nach ga­zet. – Poza tym przy­szłam zo­ba­czyć, czy jesz­cze ży­jesz.

– Nie wiem. Jesz­cze to roz­wa­żam.

Prze­szła przez po­kój, usia­dła obok mnie i po­da­ła mi kie­li­szek.

– No już. Za­słu­ży­łaś. To­ast za nową pa­nią Blac­kwell.

Za­wa­ha­łam się, ale wzi­ęłam łyk. Al­ko­hol był lek­ki, orze­źwia­jący. Nie ro­bił jed­nak nic, by uga­sić ten we­wnętrz­ny ogień, któ­ry tlił się gdzieś pod most­kiem.

– Czy ty na­praw­dę tego nie wi­dzisz? – za­py­ta­łam, od­sta­wia­jąc szkło na sto­lik. – To wszyst­ko… to cyrk. Ma­ska­ra­da, bo nasi ro­dzi­ce nie po­tra­fią przy­znać, że prze­gra­li.

– Oczy­wi­ście, że wi­dzę – po­wie­dzia­ła Nel­lie z nutą obu­rze­nia. – Ale Cla­ire… spójrz na to z in­nej stro­ny. Masz przy­stoj­ne­go, wpły­wo­we­go na­rze­czo­ne­go. Będziesz żoną naj­po­tężniej­sze­go mężczy­zny w tej części kon­ty­nen­tu. Na two­im miej­scu wi­ęk­szo­ść dziew­czyn by się cie­szy­ła.

Spoj­rza­łam na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Ty też?

– Może. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Nie wiem. Ja je­stem dla nie­go za mło­da, ale ty… Na pew­no nie na­rze­ka­ła­bym tak gło­śno. Cha­se Blac­kwell to nie jest byle kto, Cla­ire. To fa­cet, o któ­rym pi­szą w „For­be­sie”, a nie na plot­kar­skich por­ta­lach. I pa­trzył dziś na cie­bie, jak­byś była wszyst­kim, cze­go kie­dy­kol­wiek chciał.

Za­ci­snęłam dło­nie na ko­la­nach.

– Bo mu­siał.

– Może. Ale nie uda­waj, że to nie dzia­ła w obie stro­ny. Wi­dzia­łam cię, Cla­ire. Jak pa­trzy­łaś na nie­go, jak słu­cha­łaś, kie­dy mó­wił. Je­steś zła. Fru­stro­wa­na. Ale też… chy­ba tro­chę za­fa­scy­no­wa­na.

Opu­ści­łam wzrok.

– Nie o to cho­dzi. Cho­dzi o to, że nie mam wy­bo­ru. Mama i tata wma­new­ro­wa­li mnie w coś, z cze­go nie mogę się wy­co­fać. Je­śli to wszyst­ko się roz­pad­nie, upad­nie też fir­ma. A z nią cała na­sza ro­dzi­na. Na­sze na­zwi­sko.

– Więc to dźwi­gasz. Jak za­wsze.

At­mos­fe­ra mi­ędzy nami zgęst­nia­ła. Po chwi­li mil­cze­nia moja młod­sza sio­stra ode­zwa­ła się cich­szym gło­sem.

– Wiem, że to dla cie­bie trud­ne. Wiem, że ni­g­dy nie chcia­łaś być pion­kiem. Ale cza­sem… może war­to za­grać rolę, póki nie sta­nie się praw­dą.

Spoj­rza­łam na nią. Jej oczy były ła­god­ne. Nie­zwy­kle jak na nią.

– On ci się po­do­ba, Cla­ire. Nie za­prze­czaj.

– Jest… fa­scy­nu­jący – przy­zna­łam po chwi­li. – In­te­li­gent­ny. Po­wści­ągli­wy. Ma tę swo­ją lo­do­wa­tą ma­skę, ale… cza­sem coś spod niej prze­bi­ja. I nie mogę prze­stać się za­sta­na­wiać, co tam jest.

– To już coś.

Wsta­ła i po­de­szła do okna. Za szy­bą świa­tło mia­sta mi­go­ta­ło ty­si­ącem re­flek­sów.

– Wiesz, Cla­ire… ja nie za­zdrosz­czę ci tej far­sy. Ale za­zdrosz­czę ci szan­sy. Bo je­śli już masz ko­goś uda­wać, do­brze, że to ktoś taki jak Cha­se Blac­kwell ci w tym to­wa­rzy­szy.

– A je­śli to wła­śnie pro­blem? Je­śli za­cznę wie­rzyć w to, co mamy tyl­ko uda­wać?

Nel­lie od­wró­ci­ła się, uśmie­cha­jąc się pó­łgęb­kiem.

– Wte­dy może wca­le nie będzie trze­ba uda­wać.

Nie sko­men­to­wa­łam tego. Nie dla­te­go, że nie mia­łam słów – po pro­stu się ich ba­łam. Ba­łam się, że są zbyt praw­dzi­we. Że z ka­żdym ko­lej­nym wy­stąpie­niem, ko­lej­nym spoj­rze­niem, ko­lej­nym do­ty­kiem jego dło­ni, ta fik­cja prze­sta­nie być tyl­ko rolą, a sta­nie się czy­mś, cze­go nie będę mo­gła już kon­tro­lo­wać.

***

Deszcz bęb­nił le­ni­wie w szy­by, roz­ci­ąga­jąc mlecz­ną za­sło­nę na tle pa­no­ra­my mia­sta. Sie­dzia­łam przy sto­li­ku w sa­lo­nie, prze­wra­ca­jąc stro­ny ma­ga­zy­nu, któ­re­go tre­ść kom­plet­nie mnie nie ob­cho­dzi­ła. Zdjęcia mo­de­lek, ar­ty­ku­ły o tren­dach, wy­wia­dy z kimś, kto miał wła­śnie pięć mi­nut sła­wy. Nic, co mo­gło­by za­jąć moje my­śli na dłu­żej niż kil­ka se­kund.

My­śla­łam o kon­fe­ren­cji. O spoj­rze­niach Cha­se’a. O tym, jak ła­two przy­szło mu kła­mać. I jak ła­two mi przy­szło uda­wać, że w to wie­rzę.

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie dźwi­ęk do­mo­fo­nu. Zdez­o­rien­to­wa­na unio­słam wzrok, bo nie spo­dzie­wa­łam się ni­ko­go. Nel­lie była u chło­pa­ka, a moi ro­dzi­ce… cóż, ra­czej nie na­le­że­li do osób wpa­da­jących bez za­po­wie­dzi.

Pod­nio­słam słu­chaw­kę.

– Tak?

– Zej­dź na dół. Mamy re­zer­wa­cję. – Jego głos był chłod­ny, pew­ny sie­bie.

– Słu­cham? Co? Jaką re­zer­wa­cję?

– Ko­la­cja. Pół go­dzi­ny temu wy­sła­łem ci wia­do­mo­ść.

Spoj­rza­łam na te­le­fon, gdzie nie­od­czy­ta­ne po­wia­do­mie­nie rze­czy­wi­ście cze­ka­ło w rogu ekra­nu. Skrzy­wi­łam się.

– A co, je­śli mam inne pla­ny?

– W ta­kim ra­zie będziesz mu­sia­ła je od­wo­łać. Cze­kam przy we­jściu. – Roz­łączył się.

Sta­łam chwi­lę, wpa­tru­jąc się w słu­chaw­kę, jak­by mo­gła udzie­lić mi od­po­wie­dzi, co wła­śnie się wy­da­rzy­ło. Wes­tchnęłam. Z jed­nej stro­ny mia­łam ocho­tę udo­wod­nić mu, że nie może po pro­stu zja­wiać się na­gle i roz­ka­zy­wać, jak­by był re­ży­se­rem ca­łe­go tego spek­ta­klu. Ale z dru­giej… do­brze wie­dzia­łam, że po­win­nam tam pó­jść. Dla do­bra ukła­du. Ro­dzi­ny. Na­zwi­ska.

Szyb­ko prze­szłam do gar­de­ro­by, szu­ka­jąc cze­goś od­po­wied­nie­go. Nie chcia­łam wy­glądać, jak­bym się sta­ra­ła, ale też nie mo­głam wy­glądać, jak­bym nie sta­ra­ła się wca­le. Osta­tecz­nie si­ęgnęłam po czar­ną je­dwab­ną su­kien­kę o pro­stym kro­ju i na­rzu­ci­łam na ra­mio­na be­żo­wy płaszcz. Wło­sy spi­ęłam nie­dba­le, tusz po­pra­wi­łam w win­dzie. Gdy drzwi się otwo­rzy­ły, Cha­se stał na­prze­ciw­ko w czar­nym płasz­czu i gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze, z te­le­fo­nem przy uchu.

Spoj­rzał na mnie, roz­łącza­jąc roz­mo­wę. Jego wzrok prze­su­nął się po mnie po­wo­li, nie na­chal­nie, ale z taką do­kład­no­ścią, że po­czu­łam, jak żo­łądek za­ci­ska mi się w su­peł.

– Go­to­wa?

– Za­le­ży, do­kąd mnie wy­wo­zisz.

– Na ko­la­cję. Z part­ne­ra­mi. Nic oso­bi­ste­go.

Oczy­wi­ście, że nie. Wes­tchnęłam i ru­szy­łam za nim do sa­mo­cho­du. Otwo­rzył mi drzwi, a kie­dy wsu­nęłam się do środ­ka, po­czu­łam zna­jo­my za­pach skó­ry, ce­dru i cze­goś, co przy­po­mi­na­ło la­wen­dę. Cha­se nie­mal bez­sze­lest­nie za­jął miej­sce obok.

– Mo­głeś uprze­dzić wcze­śniej – mruk­nęłam, za­pi­na­jąc pas.

– Chcia­łem zo­ba­czyć two­ją na­tu­ral­ną re­ak­cję. – Od­wró­cił się w moją stro­nę. – I wy­glądasz na ca­łkiem za­sko­czo­ną.

– Może dla­te­go, że je­stem za­sko­czo­na.

– A jed­nak wsia­dłaś.

Spoj­rza­łam przez okno, nie od­po­wia­da­jąc. Dro­ga była spo­koj­na, świa­tła ulic od­bi­ja­ły się w mo­krym as­fal­cie. Ci­sza mi­ędzy nami była gęsta, ale nie nie­wy­god­na. Ra­czej na­ła­do­wa­na czy­mś, co wi­sia­ło w po­wie­trzu od kon­fe­ren­cji.

– Dla­cze­go nie po­wie­dzia­łeś, że to ko­la­cja z part­ne­ra­mi? Może nie je­stem od­po­wied­nio ubra­na – ode­zwa­łam się po chwi­li.

– Bo nie chcia­łem, że­byś się wy­co­fa­ła.

Prych­nęłam ci­cho.

– Mó­wisz to, jak­bym była nie­sta­bil­na emo­cjo­nal­nie.

– Nie. Mó­wię to, jak­byś była in­te­li­gent­na i świa­do­ma, kie­dy coś za­czy­na cię prze­ra­stać.

Zer­k­nęłam na nie­go kątem oka. Sie­dział opar­ty wy­god­nie, jak­by wszyst­ko w tej sy­tu­acji było dla nie­go co­dzien­no­ścią. Może było. Ale ja na­dal czu­łam, że moje ży­cie ktoś na­pi­sał w nie­zro­zu­mia­łym dla mnie języ­ku.

– A ty? Nie masz dość uda­wa­nia?

– Nie uda­ję. – Jego głos był spo­koj­ny. – Po pro­stu re­ali­zu­ję plan.

– Cza­sem za­sta­na­wiam się, co jest dla cie­bie pla­nem, a co praw­dą.

Od­wró­cił gło­wę, a na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły. W jego oczach nie było ani kpi­ny, ani chło­du. Było coś… in­ne­go.

– Może jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem.

Za­mil­kłam. Bo wbrew lo­gi­ce, wbrew wszyst­kie­mu, co po­win­nam czuć, po­ja­wi­ło się cie­pło, któ­re wpe­łzło mi gdzieś pod skó­rę. I na­gle nie wie­dzia­łam już, co jest tyl­ko grą.

Rozdział 3

Chase

Kie­dyza­pi­ąłemostat­nigu­zik man­kie­tu, prze­su­nąłem spoj­rze­niem po wła­snym od­bi­ciu w lu­strze. Ide­al­nie skro­jo­na ko­szu­la, nie­na­gan­nie uło­żo­ne wło­sy, chłod­ny wzrok. Pa­trzy­łem w twarz czło­wie­ka, któ­ry wszyst­ko kon­tro­lu­je. Tyl­ko że tego wie­czo­ru kon­tro­la nie przy­nio­sła mi sa­tys­fak­cji. Tego wie­czo­ru czu­łem… na­pi­ęcie. I zło­ść. Tę nie­zno­śną, dra­żni­ącą iry­ta­cję, z któ­rą nie po­tra­fi­łem so­bie po­ra­dzić.

Cla­ire wy­gląda­ła zja­wi­sko­wo. Już od chwi­li, gdy sta­nęła przede mną, kie­dy zja­wi­łem się bez za­po­wie­dzi, wie­dzia­łem, że jej obec­no­ść będzie pro­ble­mem. Nie dla­te­go, że nie pa­so­wa­ła do tego biz­ne­so­we­go świa­ta. Prze­ciw­nie – wy­gląda­ła tak, jak­by uro­dzi­ła się, by w nim ist­nieć. Ale pod tą ele­gan­cją, pod per­fek­cyj­nym ma­ki­ja­żem i dro­gą kiec­ką było coś, cze­go nie mo­głem zi­gno­ro­wać. Ona wci­ąż mia­ła… wia­rę. W lu­dzi, w sło­wa, w ge­sty. I to dzia­ła­ło mi na ner­wy.

W re­stau­ra­cji wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem. Do­bre świa­tło, od­po­wied­nie twa­rze do­oko­ła, uści­ski, to­ast, na­wet ta­niec. Ob­ser­wo­wa­łem ją kątem oka – nie wy­mknęła się ani na mo­ment. Uśmie­cha­ła się w od­po­wied­nich mo­men­tach, śmia­ła wte­dy, gdy na­le­ża­ło. Do­sko­na­ła part­ner­ka w tej far­sie. Ale kie­dy do­tknęła mo­je­go ra­mie­nia pod­czas ta­ńca i szep­nęła coś o czu­ło­ści, coś we mnie drgnęło. A nie po­win­no.

Nie mamy tego luk­su­su. Nie je­ste­śmy w tej grze z wy­bo­ru. Ona robi to, bo musi. Ja ro­bię to, bo… so­bie ją wy­bra­łem. Jako po­ręcze­nie.

W dro­dze po­wrot­nej mil­cza­łem. Ka­żde sło­wo wy­da­wa­ło się zbęd­ne, ka­żde spoj­rze­nie nie­bez­piecz­ne. Czu­łem, jak gro­ma­dzi się we mnie coś nie­zro­zu­mia­łe­go. Wście­kło­ść? Za­zdro­ść? Li­to­ść? Wszyst­kie te uczu­cia były zbęd­ne. Bez­u­ży­tecz­ne. A mimo to bu­zo­wa­ły w moim wnętrzu.

Za­trzy­ma­łem auto i rzu­ci­łem jej prze­lot­ne spoj­rze­nie. Ta­kie samo, ja­kim ob­da­rzy­łbym ka­żde­go wspó­łpra­cow­ni­ka, któ­re­go chcę trzy­mać na dy­stans.

– Ślub od­będzie się za dwa ty­go­dnie – oznaj­mi­łem. – Moi lu­dzie wszyst­kim się zaj­mą. Ty masz się tyl­ko po­ja­wić.

Wi­dzia­łem, jak za­ma­rła. Jej oczy, do­tąd pe­łne iskier i cie­pła, przy­ga­sły. A ja… na­wet nie drgnąłem. Nie dla­te­go, że nie ob­cho­dzi­ło mnie, jak za­re­agu­je. Tyl­ko dla­te­go, że gdy­bym po­zwo­lił so­bie na chwi­lę sła­bo­ści, nie zdo­ła­łbym już wró­cić na bez­piecz­ną po­zy­cję.

– Dwa ty­go­dnie? – Jej głos był ci­chy, le­d­wie sły­szal­ny.

– Im szyb­ciej, tym le­piej.

– Za­ła­twi­my to jak kon­trakt z ter­mi­nem wa­żno­ści, tak?

Bez­na­mi­ęt­nie ski­nąłem gło­wą.

– Do­kład­nie tak.

Otwo­rzy­ła drzwi i wy­sia­dła bez sło­wa. Wi­dzia­łem w lu­ster­ku, jak się od­da­la. Znik­nęła, jak­by jej obec­no­ść ni­g­dy nie była ni­czym wi­ęcej niż drob­nym przy­pi­sem w moim po­ukła­da­nym ży­ciu.

Od­je­cha­łem, czu­jąc w klat­ce pier­sio­wej na­pi­ęcie, któ­re­go nie po­tra­fi­łem roz­ła­do­wać. Pal­ce za­ci­ska­ły się na kie­row­ni­cy moc­niej niż trze­ba, a szczęka była na­pi­ęta. W gło­wie ko­tło­wa­ły się zda­nia, któ­re mo­głem wy­po­wie­dzieć, ale nie prze­szły mi przez gar­dło.

Nie je­steś tyl­ko pion­kiem.

To nie two­ja wina.

Nie za­słu­gu­jesz na to.

Ale mil­cza­łem. Bo tak było ła­twiej. Bo to były kłam­stwa…

Po­dzi­wia­łem ją. To fakt. Była pi­ęk­na, od­wa­żna, mia­ła w so­bie coś… ży­we­go. I być może wła­śnie dla­te­go chcia­łem to zdu­sić. Bo przy­po­mi­na­ła mi, że ist­nia­ło coś wi­ęcej niż obo­wi­ąz­ki, kon­trak­ty, ter­mi­ny i gra po­zo­rów. Przy­po­mi­na­ła o tym, co ja daw­no po­sta­no­wi­łem wy­ci­ąć z ży­cia.

Gdy wró­ci­łem do domu, spoj­rza­łem na szkla­ną bu­tel­kę sto­jącą na ko­mo­dzie, ale jej nie do­tknąłem. Wie­dzia­łem, że je­śli za­cznę, nie sko­ńczę na jed­nym drin­ku. Zdjąłem ma­ry­nar­kę, roz­pi­ąłem ko­łnie­rzyk i usia­dłem w fo­te­lu, bez mu­zy­ki, bez świa­tła. I po raz pierw­szy od daw­na nie my­śla­łem o fir­mie, o in­we­sty­cjach ani o naj­bli­ższych kro­kach.

My­śla­łem o niej.

I to wła­śnie wkur­wia­ło mnie naj­bar­dziej.

***

Dzień w biu­rze był pie­kiel­nie zwy­czaj­ny. Wy­pe­łnio­ny do­ku­men­ta­mi, spo­tka­nia­mi, pod­pi­sa­mi i mil­cze­niem. Słu­cha­jąc pre­zen­ta­cji dzia­łu fi­nan­so­we­go, nie re­je­stro­wa­łem na­wet po­ło­wy tego, co mó­wi­li. Prze­sta­wi­łem się na tryb au­to­ma­tycz­ny – przy­ta­ki­wa­łem, za­da­wa­łem py­ta­nia, od cza­su do cza­su pod­kre­śla­łem coś na ekra­nie, choć tak na­praw­dę my­śla­mi by­łem gdzieś da­le­ko.

A wła­ści­wie z kimś.

Nie­na­wi­dzi­łem tego, że imię Cla­ire prze­my­ka­ło mi przez my­śli jak echo nie­chcia­ne­go wspo­mnie­nia. Mia­ła po­ja­wić się w moim domu, za­miesz­kać wśród mar­mu­rów, któ­re przez lata były moją osto­ją. I choć to wszyst­ko było za­pla­no­wa­ne, usta­lo­ne, lo­gicz­ne – nie mo­głem po­zbyć się uczu­cia, że tra­cę kon­tro­lę.

Za­mknąłem lap­to­pa z nie­co zbyt ostrym trza­skiem, przez co asy­stent­ka spoj­rza­ła na mnie ner­wo­wo. Ski­nąłem gło­wą, da­jąc znak, że może już wy­jść.

– Wszyst­ko, pa­nie Blac­kwell? – za­py­ta­ła ostro­żnie.

– Na dziś wy­star­czy. Ju­tro za­czy­na­my od au­dy­tu. Nie chcę spó­źnień.

– Oczy­wi­ście.

Gdy drzwi się za­mknęły, opa­rłem się o skó­rza­ny za­głó­wek fo­te­la, pa­trząc przez prze­szklo­ną ścia­nę biu­ra na pa­no­ra­mę mia­sta. Wy­so­kie wie­żow­ce to­nęły w po­po­łu­dnio­wym sło­ńcu, któ­re od­bi­ja­ło się od szyb i zło­tych fa­sad. Wszyst­ko wy­gląda­ło jak z ka­ta­lo­gu. Do­kład­nie tak jak moje ży­cie. Aż do te­raz.

Kie­dy wresz­cie wró­ci­łem do domu, było już po zmro­ku. Kra­wat zsu­nąłem za­raz po we­jściu, ma­ry­nar­kę rzu­ci­łem nie­dba­le na kon­so­lę w holu. Mój dom był chłod­ny, per­fek­cyj­ny, po­zba­wio­ny ży­cia. Ob­słu­ga prze­my­ka­ła bez­gło­śnie, jak­by nikt nie śmiał tu od­dy­chać pe­łną pier­sią. I tak mia­ło być – nikt, poza mną, nie miał się tu czuć jak u sie­bie.

Wkrót­ce jed­nak mia­ło się to zmie­nić.

Za­trzy­ma­łem się na ko­ńcu ko­ry­ta­rza pro­wa­dzące­go do skrzy­dła dla go­ści i ski­nąłem gło­wą w stro­nę go­spo­dy­ni, któ­ra po­ja­wi­ła się bez­sze­lest­nie.

– Pan­na Ben­nett wkrót­ce przy­je­dzie. Przy­go­tuj­cie dla niej sy­pial­nię na ko­ńcu po­łu­dnio­we­go ko­ry­ta­rza.

Ko­bie­ta unio­sła de­li­kat­nie brwi, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie, ale zna­łem ją na tyle dłu­go, by wy­ła­pać ka­żdy cień re­ak­cji.

– Naj­dal­sza od pa­ńskiej? – do­py­ta­ła drżącym gło­sem.

– Do­kład­nie. Ma mieć wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­je. Gar­de­ro­ba, osob­na ła­zien­ka, świe­że kwia­ty. I pro­szę za­dbać, żeby za­wsze ktoś był w po­bli­żu, gdy­by cze­go­kol­wiek za­żąda­ła. Bez żad­nych py­tań.

– Ro­zu­miem. Czy mam przy­go­to­wać rów­nież wspól­ną prze­strzeń…?

– Nie będzie po­trzeb­na – prze­rwa­łem jej chłod­no. – Wspól­ne będą tyl­ko na­zwi­ska i zdjęcia w pra­sie. Nic wi­ęcej.

Za­mru­ga­ła szyb­ko i ski­nęła gło­wą, za­nim się od­da­li­ła.

Sta­łem przez chwi­lę w ko­ry­ta­rzu, spo­gląda­jąc w głąb pu­ste­go domu. Z ja­kie­goś po­wo­du wy­da­wał się jesz­cze bar­dziej roz­le­gły, jesz­cze bar­dziej obcy. Może dla­te­go, że pierw­szy raz mia­łem go dzie­lić z kimś in­nym. A może dla­te­go, że do­brze wie­dzia­łem, że ten ktoś nie jest ko­bie­tą, któ­rą mo­żna było zi­gno­ro­wać.

Mia­ła w so­bie spo­kój i siłę jed­no­cze­śnie. I choć pró­bo­wa­łem jej to wy­bić z gło­wy chło­dem i mil­cze­niem, wie­dzia­łem, że ona to czu­je. Że do­strze­ga te rysy, przez któ­re cza­sem coś prze­cie­ka­ło. A do tego nie mo­głem do­pu­ścić.

Uda­łem się do swo­jej sy­pial­ni i za­mknąłem za sobą drzwi. Zdjąłem ze­ga­rek, wrzu­ci­łem go do szu­fla­dy i roz­pi­ąłem ko­szu­lę. W ła­zien­ce prze­my­łem twarz zim­ną wodą i spoj­rza­łem na sie­bie w lu­strze. Oczy mia­łem zmęczo­ne, ale czuj­ne jak za­wsze.

Po­my­śla­łem o re­ak­cji Cla­ire, gdy po­wie­dzia­łem o ślu­bie. O tym, jak moc­no za­ci­snęła usta, by nie za­re­ago­wać im­pul­syw­nie. Za­cho­wa­ła twarz. Tak, jak ją wy­cho­wa­no.

To był te­atr. Ow­szem. Ale gdzieś w głębi mia­łem świa­do­mo­ść, że za­gra­li­śmy już kil­ka scen zbyt prze­ko­nu­jąco. Za ty­dzień będzie mie­rzyć suk­nię, wy­bie­rać kwia­ty. Mój świat, mój dom, moje za­sa­dy – wszyst­ko to mia­ła do­stać na tacy. I choć po­wta­rza­łem so­bie, że to tyl­ko układ, że nie ma w tym nic oso­bi­ste­go, nie mo­głem wy­zbyć się tego dziw­ne­go, ro­ze­dr­ga­ne­go na­pi­ęcia, któ­re czu­łem, od­kąd po­ja­wi­ła się przede mną w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Za­pre­zen­to­wa­na jak to­war na ulicz­nym tar­gu.

Mia­ła być tyl­ko na­rzędziem.

A tym­cza­sem… coś drgnęło. Mi­ni­mal­nie. Nie­zau­wa­żal­nie. Ale wy­star­cza­jąco, bym to po­czuł.

Po­ło­ży­łem się w zim­nej po­ście­li i pa­trzy­łem w ciem­no­ść. Nie wie­rzy­łem w prze­zna­cze­nie ani zna­ki, ale tej nocy po­my­śla­łem, że może ten ślub wca­le nie będzie naj­trud­niej­szym eta­pem, a naj­trud­niej­sze do­pie­ro przede mną.

Ciem­no­ść była gęsta jak smo­ła. Wo­kół nie było nic poza mar­twą, dusz­ną ci­szą, któ­ra zda­je się opla­tać swo­imi mac­ka­mi i dła­wić. Sta­łem po­środ­ku pust­ki, choć nie wie­dzia­łem, gdzie do­kład­nie się znaj­du­ję. Grunt pod mo­imi sto­pa­mi był zim­ny i wil­got­ny, jak­by ob­le­pia­ła go krew, bło­to albo coś znacz­nie gor­sze­go.

Wi­dzia­łem tyl­ko urwa­ne frag­men­ty, cha­otycz­ne ob­ra­zy, jak­by moje wła­sne wspo­mnie­nia były po­roz­rzu­ca­ne i spląta­ne w coś, cze­go nie po­tra­fi­łem po­skła­dać. Ko­bie­ta. Jej syl­wet­ka zni­ka­ła za drzwia­mi, któ­re ni­g­dy się nie do­my­ka­ły. Głos dziec­ka i płacz, któ­ry wbi­jał się w moją czasz­kę jak nóż.

– Nie te­raz – wy­szep­ta­łem, nie wie­dząc, do kogo mó­wię. Mój głos od­bił się od ni­co­ści i wró­cił do mnie znie­kszta­łco­ny, jak­by na­le­żał do ko­goś in­ne­go.

Za­cząłem iść. Nogi po­ru­sza­ły się wol­no, jak­by coś trzy­ma­ło mnie za kost­ki, pró­bu­jąc za­trzy­mać. Ale mu­sia­łem tam do­jść. Mu­sia­łem zo­ba­czyć. Zro­zu­mieć. Mimo że ka­żda ko­mór­ka mo­je­go cia­ła krzy­cza­ła, by za­wró­cić. Uciec.

W mro­ku po­ja­wi­ły się drzwi. Drew­nia­ne, sta­re, z wy­ry­ty­mi śla­da­mi pa­znok­ci. Kie­dy wy­ci­ąga­łem dło­nie, by ich do­tknąć, za­drża­ły. Były go­rące. Zza nich do­bie­gał głos.

– Cha­se… Ucie­kaj.

Drzwi otwo­rzy­ły się same, a za nimi zo­ba­czy­łem ciem­ną po­stać.

Wszyst­ko było znisz­czo­ne. Po­kój. Ścia­ny. Łó­żko. Cie­nie ta­ńczy­ły w czer­wo­nym świe­tle jak upio­ry, któ­re wró­ci­ły po coś, co im ode­bra­łem. Sta­łem nie­ru­cho­mo, z ło­mo­czącym ser­cem i sztyw­ny­mi ko­ńczy­na­mi. Przede mną znów za­mi­go­ta­ła ciem­na syl­wet­ka. Ktoś… ktoś na mnie pa­trzył.

Nie mo­głem się po­ru­szyć.

Nie mo­głem nic zro­bić.

Głu­chy huk. Krzyk. I ci­sza, któ­ra po nim za­pa­dła, była jesz­cze bar­dziej złow­ro­ga niż ogień.

Ze­rwa­łem się z łó­żka gwa­łtow­nie, z gar­dła wy­rwał mi się jęk, a po kar­ku spły­nął pot. Gar­dło mia­łem su­che jak pa­pier, a ser­ce wa­li­ło ni­czym młot o klat­kę pier­sio­wą. Po­kój był ciem­ny, ale zna­jo­my – su­ro­wy, po­zba­wio­ny cie­pła, do­kład­nie taki, ja­kim go urządzi­łem. Moja sa­mot­nia.

Od­dech po­wo­li wra­cał do nor­my, choć w gło­wie wci­ąż sły­sza­łem echo imie­nia, któ­re wy­po­wie­dział ktoś we śnie. Imie­nia, któ­re­go nie po­tra­fi­łem już so­bie przy­po­mnieć.

Usia­dłem na brze­gu łó­żka, opie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach, dło­nie zło­ży­łem w pi­ęści.

To tyl­ko sen.

Ale wie­dzia­łem, że to nie­praw­da. To nie był zwy­kły sen, bo wra­cał do mnie zbyt często i zna­łem go nie­mal na pa­mi­ęć.

Prze­sze­dłem do ła­zien­ki i opłu­ka­łem twarz zim­ną wodą. Spoj­rza­łem w lu­stro. Zo­ba­czy­łem w nim mężczy­znę, któ­ry co­raz rza­dziej roz­po­zna­wał sa­me­go sie­bie.

Była trze­cia w nocy, a ja wie­dzia­łem, że już nie za­snę.

Co­py­ri­ght © by A.P. MISTCo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Fo­to­gra­fia na okład­ce: Fre­epik.com Po­my­sł na okład­kę: Moje wy­daw­nic­two

ISBN Pa­pier: 978-83-68837-08-7 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-10-0 ISBN Au­dio: 978-83-68837-09-4

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two