Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
828 osób interesuje się tą książką
Od kiedy nasze życie posypało się niczym domek z kart, jedyne, co się dla mnie liczy, to stworzenie dobrych warunków mojemu synowi. Zbudowanie życia, w którym byłby szczęśliwy i bezpieczny. Nigdy nie przypuszczałam, że odnajdę to przy boku hokeisty, słynącego z brutalnej dominacji na lodzie i lekkomyślności poza lodowiskiem.
A jednak Cope Colson to ktoś więcej.
Ma w sobie czułość i dba o nas. Nosi w sobie ogrom radości i troskę, którą okazuje mojemu synowi. I naprawdę widzi mnie i moje potrzeby.
Gdy życie rozpada mi się na nowo, to właśnie Cope pomaga mi je uporządkować. Teraz mieszkamy w jego domu i łapię się na tym, że nie tylko mój syn zaczyna go uwielbiać.
Ja również.
Bo wystarczy jeden dotyk tego faceta, a ja tracę rozum. Przestaję przejmować się bezpieczeństwem. Myślę tylko o tym, jak rozpalam się na każde jego spojrzenie, jak zatracam się nawet w najdelikatniejszym muśnięciu jego palców. Dlatego kiedy w końcu ulegamy pokusie… Jestem stracona.
Tyle że Cope, tak samo jak ja, ma swoje tajemnice. Gdy przeszłość powraca i daje o sobie znać, okazuje się, że może bezwzględnie zakończyć nasze szczęście…
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 507
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Broken Harbor
Copyright © Catherine Cowles 2024
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Grabowska
Korekta: Aleksandra Krasińska, Kamila Grotowska, Aleksandra Płotka
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Projekt okładki: Hang Le
ISBN 978-83-8418-812-5 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Sutton
Dwa lata temu
– Jeśli będę wyjadać wszystkie warzywka, urosnę tak duży, żeby grać w hokeja? – zapytał Luca, przy czym z powodu morzącego go snu słowa zabrzmiały trochę niewyraźnie.
Usta mi zadrgały. Poprawiłam pościel dookoła dziecka.
– Myślę, że dobrze od tego zacząć.
Ostatnie, o czym chciałam w ogóle myśleć, to mój delikatny pięciolatek grający w tak brutalny sport jak hokej. Tak naprawdę w jakikolwiek sport kontaktowy, jeśli miałabym być szczera, bo bardzo dobrze wiedziałam, z czym to się mogło wiązać.
– Możemy… wybrać się… jutro… na lodowisko? – ciągnął Luca, ziewając w międzyczasie.
– Zobaczymy – odpowiedziałam.
W głębi aż się skrzywiłam, zastanawiając się nad tym, jak mam zapłacić za wstęp na lodowisko, wypożyczenie łyżew i kupienie czegoś do zjedzenia dla Luki, bo z tym właśnie wiązało się takie wyjście. W restauracji, w której pracowałam, dostawałam dobre napiwki, ale życie w Baltimore było drogie, a przecież nie mogłam pracować w godzinach, kiedy mieliśmy najwięcej klientów. Nie mogłam też zaufać Romanowi i zostawić Luki pod jego opieką.
W trakcie przerw od pracy – między zmianą śniadaniową i lunchową – przechadzałam się często po pobliskim parku, marząc o zamieszkaniu gdzieś, gdzie powietrze byłoby zawsze świeże, a Luca miałby podwórko, po którym mógłby biegać. Chciałam być gdzieś, gdzie było bezpiecznie.
Przez jakiś czas właśnie tak żyliśmy, jednak potem wszystko się zmieniło. A teraz się zapracowywałam, byle tylko utrzymać nas na powierzchni.
– Mamusiu? – zapytał ledwo słyszalnym już głosem Luca.
– Tak, skarbie?
– Kocham cię.
Poczułam bolesny ścisk w piersi.
– Kocham cię bardziej niż pszczoły miodek.
Luca mi nie odpowiedział, bo w końcu zasnął. Każdego wieczoru stosowaliśmy się do tej samej rutyny: jedna książka, a potem niekończące się pytania, aż wreszcie dziecko zasypiało.
Lecz nawet gdy byłam niewyobrażalnie zmęczona, napawałam się każdą chwilą tego czasu. Ponieważ wiedziałam, że te momenty są ulotne.
Pochyliłam się nad Lucą i odgarnęłam jego jasnobrązowe kosmyki z twarzy. Kolor włosów odziedziczył w całości po ojcu. Ale oczy miał moje – unikalny odcień niebieskiego, wyglądający bardziej na turkusowy. Roman mówił, że moje oczy kiedyś zrobiły na nim niemałe wrażenie.
Po części chciałabym, żeby moje spojrzenie było nudne, ponieważ wtedy Roman w ogóle by mnie nie zauważył. Jednak to oznaczałoby, że nie miałabym Luki, a przecież był moim najcudowniejszym darem.
Powoli wstałam z łóżka i odczekałam jeszcze chwilę, obserwując, czy Luca się nie wierci. Nic. Jego niewielka klatka piersiowa unosiła się i opadała w spokojnym rytmie. W końcu zachrapał cichutko. Na to od razu się uśmiechnęłam.
Wiedziałam, że to jedyny moment, gdy mogę posprzątać i osiągnąć jakiś zadowalający efekt. Odkurzać i myć podłogi mogłam tylko wtedy, kiedy Luca spał. W przeciwnym razie deptałby mi po piętach niczym istny diabeł tasmański, i to taki przetaczający się jak huragan po domu i zostawiający za sobą zabawki, książki i puzzle. Albo użyłby świeżo przemytej podłogi jako lodowiska.
Złapałam za zmiotkę przy drzwiach i zaczęłam przemieszczać się po niewielkim pokoju. Kiedyś, gdy wszystko wyglądało inaczej i nasze życie było dobre, pokój Luki był czterokrotnie większy niż ten tutaj. A potem wszystko się posypało.
Ale nie chodziło o metraż, to nie tego mi brakowało. Chodziło o rodzinę, którą tworzyliśmy. O tatę, którym był Roman. O faceta umiejącego się bawić, droczyć i opowiadać świetne historie do poduszki. O to, jak było, zanim nadużywanie opiatów zmieniło go na zawsze.
Spojrzałam na lewą dłoń, na której kiedyś znajdowała się obrączka. Na palcu nadal odznaczała się delikatna linia. Może już miała tam pozostać, upamiętniać to, co zostało utracone – a raczej to, czego tak naprawdę nigdy nie mieliśmy.
Nawet jeśli Roman chodził teraz na terapię, to i tak zbyt wiele się wydarzyło, by można było to jeszcze naprawić. Przynajmniej w przypadku naszej relacji. Nadal jednak miałam nadzieję, że mógłby stać się ojcem, na którego Luca zasługiwał.
Przejechałam zmiotką do kurzu po figurkach i robociku. Po piłce futbolowej, podarowanej Luce przez jego tatę, na widok której się skrzywiłam, bo to właśnie z powodu urazu nabytego w trakcie gry Roman zszedł na tę straszną drogę. Przetarłam cały rząd zdjęć przedstawiających zarówno nasze szczęśliwe, wspólne momenty dawno temu, jak i te nowsze, gdy byliśmy tylko ja i Luca.
Podeszłam do komody z kwadratowymi szufladami, w których znajdowały się wszystkie zabawki Luki, i wrzuciłam kilka zebranych z podłogi pluszaków. Zaraz zrobiłam skrzywioną minę, bo dojrzałam zwisający luźno kabel ładowarki. Musiał się poluzować, kiedy Luca coś stąd wyciągał. Byłby jutro zły, gdyby nie mógł używać tableta w trakcie podróży autobusem do szkoły.
Otworzyłam szufladę i zamarłam. Nie było tam urządzenia.
A niech to.
Odłożyłam zmiotkę i szybko otworzyłam każdą szafkę. Nadal go nie znalazłam. Nie był to nie wiadomo jak drogi tablet, ale odkładałam na niego tygodniami, specjalnie dla syna. Pospiesznie przeszłam do nocnego stolika. Tam też ani śladu.
Ogarnął mnie niepokój. Przymknęłam oczy, gdyż było to zbyt znajome uczucie. Znikanie wartościowych przedmiotów. Oskarżenia ze strony Romana, że byłam roztrzepana i wszystko gubiłam. Lecz to nie była prawda, to on odsprzedawał nasz dobytek, żeby zyskać pieniądze na pokrycie kosztów swojego uzależnienia.
Wyprostowałam się i niemo zapewniłam samą siebie, że tablet jest prawdopodobnie pod poduszką na kanapie lub gdzieś w mojej torbie, w której nosiłam wszystkie potrzebne każdego dnia rzeczy. Wyszłam przez drzwi, a potem zamknęłam je cicho za sobą.
Oddałam Luce sypialnię w naszym małym mieszkaniu, a sama spałam na łóżku wyciąganym ze ściany w salonie. To było najpraktyczniejsze rozwiązanie, do tego najbezpieczniejsze. Ale wiązało się z tym, że moje ubrania i niewielka reszta naszego mienia, które miało jakąś wartość, zostały rozmieszczone po różnych, niespodziewanych miejscach. W szafie w przedpokoju. W szafce radiowo-telewizyjnej, którą znalazłam na wyprzedaży garażowej i własnoręcznie naprawiłam. Nawet w jednej z szafek w kuchni.
Przeszukałam szybko niewielką przestrzeń, lecz nie odnalazłam tableta. Nagle zauważyłam, że szuflada szafki pod telewizorem jest uchylona, a wtedy moje serce zaczęło bić mocniej, choć tym razem nie z powodu niepokoju. Zrobiło mi się niedobrze, czułam gorzki posmak podchodzącej mi do gardła żółci.
Pospiesznie podeszłam do mebla i otworzyłam szufladę do końca. Nie miałam drogiej biżuterii. Wszystko, co podarował mi kiedyś Roman, zostało już dawno temu sprzedane – czy to przez niego w próbie ulżenia bólowi, czy przeze mnie, gdy starałam się z powrotem stanąć na nogi. Teraz miałam jedynie sztuczną biżuterię, która choć wyglądała dobrze w pracy, to nie miała żadnej wartości.
Jedyna cenna rzecz, która mi została, to naszyjnik po mojej babci. Nie był usiany kamieniami szlachetnymi, ale za to wykonano go ze złota. Miał wisiorek z wygrawerowanym trzmielem, symboliczne przedstawienie tego, co babcia zawsze powtarzała mnie i mojemu dziadkowi: „Kocham cię bardziej niż pszczoły miodek”. W środku zawieszki znajdowało się zdjęcie babci i dziadka, wykonane zaraz przed tym, jak powołano go na front II wojny światowej. Właśnie ta fotografia była prawdziwym skarbem, bo można było na niej ujrzeć miłość, jaką darzyli się dziadkowie. Taką, o której kiedyś marzyłam, lecz której nigdy nie odnalazłam.
Sięgnęłam w głąb szuflady, bo to tam znajdowało się pudełko. Gdy tylko wyczułam je pod palcami, odetchnęłam głęboko. Wyciągnęłam je i pospiesznie otworzyłam, a wtedy cały świat zamarł. W środku nie było złotego wisiorka, nie było obietnicy wiecznej miłości. Wnętrze świeciło pustką.
Poczułam ogarniający mnie ból. Roman wpadł dzisiaj na trzydzieści minut. Nie został ani chwili dłużej, ale tyle wystarczyło, by zabrał biżuterię. Po tym wszystkim, co się stało, nie pozwalałam mu na odwiedzanie Luki bez obecności osoby trzeciej. Zawsze też sprawdzałam mu źrenice po przyjeździe. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że będę kiedyś zmuszona do takiej czynności.
Jednak dzisiaj nie był naćpany. Przynajmniej nie mogłam tego jednoznacznie stwierdzić. Cieszył się ze spotkania z Lucą i zachowywał się serdecznie w stosunku do mnie.
Powróciłam w myślach do przebiegu tej wizyty. Do przekąski, którą im zaserwowałam, kiedy Luca opowiadał o szkole i pokazywał tacie wideo o hokeju na swoim tablecie. Lecz wtedy zadzwonił mój menedżer z restauracji i wyszłam na pięć minut do pokoju Luki.
Pięć minut, podczas których Roman mógł robić, co tylko chciał, w moim mieszkaniu.
Ale byłam naiwna. Jeśli czegokolwiek nauczyły mnie ostatnie lata, to tego, że nikomu nie mogę ufać. Zacisnęłam palce na pustym pudełku, a do oczu zaczęły cisnąć mi się łzy. Wyglądało na to, że powinnam w końcu przyswoić sobie tę konkretną wiedzę i zapamiętać, co robić, a czego nie.
Usłyszałam pukanie do drzwi, więc otarłam twarz. Miała wpaść do mnie Marilee na seans jednego z seriali dla nastolatek o trójkącie miłosnym pomiędzy wampirem, wilkołakiem i głupiutką dziewczyną. Wydawało mi się, że w naszych realiach to ja sama byłam głupia.
Podeszłam szybko do drzwi. Próbowałam się uśmiechnąć, bo nie chciałam, żeby Marilee się denerwowała. Na pewno tak by zareagowała, gdyby tylko odkryła, jak Roman znowu mnie potraktował. Przekręciłam zasuwkę i bez sprawdzania przez wizjer, kto znajdował się po drugiej stronie, pociągnęłam pospiesznie za klamkę.
– Przepraszam, ja…
Nie dokończyłam, gdyż przed sobą ujrzałam dwóch rosłych mężczyzn. Mieszkanie w… cóż, nienajlepszej części miasta pozwoliło mi wykształcić radar na ludzi, których powinnam unikać. Gdybym zobaczyła tych dwóch na ulicy, przeszłabym na drugą stronę. Obaj byli przysadziści, z grubymi karkami, widocznie umięśnieni, a do tego pokryci wytatuowanymi rysunkami oraz słowami w języku, którego nie umiałam rozczytać.
– Czy zastaliśmy Romana? – zapytał ten odrobinę wyższy, ze wschodnim, prawdopodobnie rosyjskim akcentem.
Na to pytanie zacisnął mi się żołądek.
– On tu nie mieszka. Nigdy tu nie mieszkał.
Facet uśmiechnął się krzywo.
– Nie kłam. Słyszałem, że od tego robią się zmarszczki, a ty jesteś taka śliczna.
Czułam podchodzącą do gardła żółć, ale mimo to wyprostowałam się i próbowałam nie pokazać po sobie ani krztyny strachu.
– Sprawdźcie w dokumentach Sądu Okręgowego w Baltimore. Rozwiedliśmy się ponad rok temu. Roman mieszka w dzielnicy Pulaski.
Oczy odrobinę niższego powiększyły się w zdziwieniu, lecz szybko to zatuszował.
– Eksmitowano go stamtąd ponad trzy miesiące temu. Mówił, że teraz zatrzymał się tutaj.
Eksmitowano go?
Natychmiast powróciły do mnie wszystkie kłamstwa, które mój były mąż opowiadał mi przez ostatni miesiąc.
– Z tego, co mi wiadomo, tam właśnie mieszkał. Nie mam pieniędzy, żeby spłacić jego długi, które pewnie u was ma. Gdyby tu był, wyrzuciłabym go. Od trzech lat tylko mnie okłamuje…
– Dowiedzieliśmy się z naszego źródła, że był tu dzisiaj – przerwał mi ten wyższy.
Na to znieruchomiałam.
Cholera.
Kimkolwiek byli ci kolesie, dużo wiedzieli; wyglądało na to, że obserwowali moje mieszkanie. Miałam nadzieję, że któryś z sąsiadów zaraz otworzy drzwi. Najlepiej, gdyby zrobił to ten mieszkający na końcu korytarza dwudziestoparolatek, który trenował mieszane sztuki walki.
– Był tu. Przez jakieś trzydzieści minut. A potem wyszedł – oznajmiłam. Dłonie zaczynały mi już drżeć. – Teraz go tu nie ma. Nie wiem, dokąd się wybrał.
Wyższy mężczyzna popatrzył na mnie wilkiem.
– To dobrze, bo nie jest nam teraz potrzebny. Posłużysz jako ostrzeżenie dla twojego męża. I jeśli nas po tym nie posłucha, następnym razem zajmiemy się synem.
Zaczęłam ruszać się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej w swoim życiu. Spróbowałam zamknąć drzwi, ale mi się nie udało. Jeden z facetów zatrzymał je butem, a następnie mnie popchnął i wepchnął do mieszkania. Byłam gotowa krzyczeć, lecz zanim wydałam z siebie jakikolwiek dźwięk, oberwałam prosto w skroń, przez co zrobiło mi się ciemno przed oczami.
Nie miałam szans dojść do siebie po tym uderzeniu, bo zaraz otrzymałam kolejny cios z pięści, tym razem prosto w żebra. Aż zabrakło mi tchu. Nie myślałam jednak o bólu. Mogłam skupić swoje myśli jedynie na Luce, śpiącym zaledwie kilka metrów dalej. Nikt oprócz mnie nie walczyłby o niego. Miał tylko mnie.
Wyrzuciłam dłoń na oślep, w efekcie czego udało mi się uderzyć któregoś z kolesi. Facet przeklął, gdyż z nosa popłynęła mu krew. Drugi zaśmiał się i skomentował to w obcym języku, po czym szybko wyprowadził cios i trafił mnie w kość policzkową.
Poczułam rozdzierający ból twarzy, ale nadal próbowałam dosięgnąć również drugiego mężczyznę. Nie byłam wystarczająco silna. Pierwszy wypluł krew na podłogę korytarza, a potem kopnął mnie tak mocno, że upadłam.
Nie przestali mnie bić nawet wtedy. Uderzali raz za razem, aż zaczęłam powoli tracić przytomność. Przez cały ten czas myślałam wyłącznie o Luce.
Sutton
Dwa lata później
– Masz ze sobą wszystko? – zapytał Luca. – Moje ochraniacze, kij, kask, łyżwy i…?
– Młody – przerwała mu z rozbawieniem Thea – widziałam, jak twoja mama aż TRZYKROTNIE sprawdza tę listę. Spakowała wszystko.
Posłałam przyjaciółce pełen wdzięczności uśmiech, chociaż wiedziałam, że było w nim widoczne również zmęczenie. Nie spałam od trzeciej nad ranem. Piekłam zwyczajowe zapasy do The Mix Up, a oprócz tego także czterdzieści babeczek na czyjeś szesnaste urodziny. Ze zmęczenia szczypały mnie oczy. Byłam żywa wyłącznie dzięki bardzo mocnej kawie, najintensywniejszej, jaką mogliśmy zaparzyć.
Ale i tak było warto, bo spełniałam swoje marzenie – własna cukiernia z mieszkaniem nad lokalem. A to oznaczało, że mogłam pracować od wczesnych godzin porannych i w międzyczasie po prostu korzystać z niani elektronicznej, żeby wiedzieć, kiedy Luca się obudzi. Gdy przyjęłam ugodę w sprawie nieszczęsnego ataku, otrzymałam odszkodowanie, dzięki któremu miałam wystarczająco pieniędzy, by wyjechać na drugi koniec kraju i wskrzesić The Mix Up.
Luca przechylił głowę na bok w ten słodki sposób, w jaki tylko on potrafił. Jednocześnie przyjrzał się uważnie mojej pracownicy.
– Jesteś tego pewna, Thee Thee?
Kobieta posłała mu udawane srogie spojrzenie.
– A czy kiedykolwiek wprowadziłabym cię w błąd?
Dziecko uśmiechnęło się do niej szeroko.
– Przemyciłaś babeczkę z Ciasteczkowym Potworem do mojej śniadaniówki?
Thea wyciągnęła pięść, żeby Luca przybił żółwika.
Na to mój syn uśmiechnął się jeszcze szerzej i odwzajemnił jej gest.
– Jesteś cudowna!
Zarzuciłam sobie na ramię wielką torbę. Znajdował się w niej sprzęt, na który odkładałam miesiącami, choć i tak większość rzeczy była z drugiej ręki.
– A za kogo ty mnie miałeś? Za amatorkę?
Luca zmarszczył nos.
– Mamo – zwrócił się do mnie.
Przestał nazywać mnie mamusią ponad rok temu, a mnie nadal tego brakowało.
– Chodź, przyszła supergwiazdo hokeja. Musimy się pospieszyć, bo inaczej się spóźnimy.
Luca ruszył pędem w kierunku tylnego korytarza.
Thea uścisnęła mi ramię.
– Wszystko w porządku?
– A czy to nie ja powinnam zapytać o to ciebie? – odpowiedziałam pytaniem.
Kilka tygodni temu Thea przeżyła własne ciężkie chwile, które naprawdę mogły ją wiele kosztować. Lecz nie dziwiło mnie, że pomimo wszystkiego powróciła już do pracy. I nieważne były protesty ani moje, ani jej chłopaka, Shepa.
Thea przewróciła oczami.
– Lekarze pozwolili mi wrócić do pracy już dwa tygodnie temu. Przez wzgląd na prośby Shepa zgodziłam się na dodatkowy tydzień odpoczynku, ale przecież wiesz, że tylko sekundy dzieliły mnie od szaleństwa.
Otoczyłam ją ramionami.
– Rozumiem cię. Jednak wiedz, że będziemy się o ciebie martwić jeszcze przez długi czas.
Odpowiedziała mi uściskiem.
– Ale ze mnie szczęściara, że mam was w swoim życiu.
– Masz cholerne szczęście – odparłam i wypuściłam ją z objęć.
– Maaaaaaaaaamo! – krzyknął spod tylnych drzwi Luca.
Thea się zaśmiała.
– Lepiej idź, bo Wayne Gretzky1 gotowy jest zabrać ci kluczyki i sam pojechać na lodowisko.
Pokręciłam głową, chociaż nie mogłam się z tym nie zgodzić. Być może miała rację, że mój syn zrobiłby wszystko, byle dojechać na trening.
– Dzwoń, jeśli ty lub Walter napotkacie na jakiś problem – rzuciłam na odchodne.
– Wszystkim się zajmiemy, szefowo – zawołała za mną, kiedy szłam już korytarzem.
Luca nie mógł wystać w miejscu. Praktycznie cały chodził z podekscytowania, a mimo to nie złamał naszej zasady i nie wybiegł sam na parking.
– No dobrze – powiedziałam, a wtedy Luca pchnął drzwi i wpuścił do środka poranne promienie słońca.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, wzięłam głęboki wdech. Pozwoliłam, by świeże, pachnące sosnami powietrze wypełniło moje płuca. Spełniłam swoje kolejne marzenie, osiadając w Sparrow Falls. To niewielkie miasteczko pomiędzy górami środkowego Oregonu, w którym nie brakowało świeżego powietrza, było czymś, czego chciałam i poszukiwałam. Ludzie stąd pomagali swoim sąsiadom, a ja… Ja czułam się bezpieczna.
Jakby na przekór temu poczuciu zawibrował mi telefon.
Zacisnęłam powieki, modląc się, żeby to nie był Roman. Wyciągnęłam urządzenie z kieszeni i kiedy zobaczyłam, że to wiadomość od przyjaciółki, ogarnęła mnie ulga.
Rhodes:
W niedzielę organizujemy rodzinną kolację. Piszesz się? Zgódź się. Muszę spędzić trochę czasu z moim ulubieńcem.
Uśmiechnęłam się, czytając te słowa. Siostra Shepa, Rhodes, naprawdę się napracowała, żeby wciągnąć mnie w szeregi rodziny Colsonów. Rodziny, która była powiązana ze sobą nie tylko więzami krwi, ale również przez adopcję i opiekę zastępczą. Tutaj miłość była silniejsza niż cokolwiek innego. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego wsparcia.
Ja:
Z chęcią przyjdziemy. Zapytaj Norę, czy mogę przynieść deser.
Rhodes:
Byłoby świetnie. Uratowałoby to nas przed „brownie” od Lolli.
Zaśmiałam się i otworzyłam swojego małego SUV-a. Babcia Rhodes, Lolli, słynęła z tego, że próbowała przemycić swój sekretny składnik – czyli marihuanę – do swoich różnych wypieków.
Ja:
Obiecuję, że oszczędzę wszystkim gastrofazy.
Podeszłam do bagażnika auta, a Luca w tym czasie wspiął się do swojego fotelika. Nagle dostałam kolejną wiadomość. Gdy zerknęłam kątem oka na ekran telefonu, zauważyłam imię Romana. Nie wiedziałam, jak to możliwe, ale wciąż odnajdywał mój numer, nieważne, ile razy go nie zmieniałam. Powtarzałam sobie, że jesteśmy tu bezpieczni, dopóki on nie wie, gdzie mieszkamy. Jednak nie uspokajało mnie to w żaden sposób, a z każdym kolejnym SMS-em pojawiała się nowa fala przerażenia.
Nieznany numer:
Proszę cię, niebieskooka, pomóż mi. Przez wzgląd na stare dobre czasy. Kiedy tylko ureguluję ten dług, oboje będziemy wolni. Całusy, Roman.
Problem polegał na tym, że dług Romana sięgał dziesiątków tysięcy dolarów, i to wyłącznie ten u Petrovów. Nikt nie wiedział, ile zdążył jeszcze napożyczać lub wyciągnąć od innych, obiecując, że wszystko spłaci. Tak czy siak, nawet gdybym dysponowała takimi środkami, spłacanie jego długów nie miałoby końca.
Wcisnęłam telefon do kieszeni – co z oczu, to z serca – i otworzyłam bagażnik, po czym ze stękiem wrzuciłam wielką torbę do auta. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, ile ważył sprzęt dla dorosłych, skoro ten dla dzieci był taki ciężki.
Westchnęłam pod nosem, zamknęłam bagażnik, a potem ruszyłam do otwartych drzwi Luki. Wiedział, jak wygląda sytuacja z jazdą samochodem. Mógł sam zapiąć pas, ale i tak zawsze musiałam się upewnić, czy zrobił to odpowiednio. Sprawdziłam szybko fotelik i zapięcia.
– Wszystko dobrze.
– No jaha, mamo.
Usta mi zadrgały. Niby miał tylko siedem lat, lecz zachowywał się, jakby był już nastolatkiem.
– No to jedziemy, supergwiazdo.
Wsiadłam za kółko. Słońce przyświecało wprost na nas. Dziwnie było udawać się na zajęcia z hokeja na lodzie w połowie lipca, ale cieszyłam się, że mogę przekazać dziecko w ręce opiekunów. W lecie Luca musiał spędzać czas na półkoloniach, ponieważ nie miałam możliwości zrobić sobie wolnego. Na szczęście cieszył się z zajęć, zwłaszcza że jedne z nich dotyczyły tego, na punkcie czego miał obsesję.
Skręciłam w prawo w Cascade Avenue, główną ulicę miasteczka, na której znajdowały się – jedyne w okolicy – trzy skrzyżowania z sygnalizacją świetlną. Większość budynków w tym miejscu była ceglana, teraz doświadczona przez czas i pogodę, dzięki czemu panował klimat starego Dzikiego Zachodu, zupełne przeciwieństwo Baltimore. Tutaj na każdym rogu kwitły kwiaty, a okna wystawowe udekorowane były skrzyniami i doniczkami z kolorowymi kompozycjami roślinnymi. Sparrow Falls miało swój urok, którego nie dało się z niczym porównać.
Do tego piękno natury otaczającej miasteczko przemawiało do mnie jak nic innego. Jeśli to zależałoby wyłącznie ode mnie, nigdy nie opuściłabym tego miejsca. Od wschodu widoczne było pasmo górskie Monarch o czterech szczytach, które były pokryte śniegiem nawet teraz, mimo że panowało lato. Na zachodzie znajdowało się Castle Rock, miejsce o kamiennych klifach, które były niczym spełnienie marzeń dla miłośników wspinaczki. Ten teren zapewniał wszystko, co tylko było potrzebne każdemu, kto lubił spędzać czas na świeżym powietrzu. Ale ja zyskałam tu coś innego. Tę jedną jedyną rzecz…
Spokój.
Osiągnęłam go po wszystkim, co przeszłam w Baltimore: atak, miesiące powrotu do zdrowia, kiedy Marilee spała na podłodze w moim mieszkaniu i pomagała mi zająć się Lucą, okłamywanie syna, że uległam wypadkowi samochodowemu podczas jazdy taksówką, oraz to przerażenie, które łapało mnie za każdym razem, gdy ktoś pukał do drzwi… Bardziej niż świeżego powietrza potrzebowałam właśnie spokoju.
– Mamo, wiesz, że Kosiarz zaczął grać w wieku SZEŚCIU lat? – zapytał mnie Luca, tym samym przerywając mój nagły natłok myśli.
– Możliwe, że o tym wspominałeś – odpowiedziałam, próbując się nie roześmiać.
Dzięki Luce zapamiętałam tak naprawdę wszystko na temat jego ulubionego zawodnika, który grał dla najbliższej nam drużyny, Seattle Sparks.
– Zdobył trzecie miejsce pod względem strzelonych goli w całej lidze, mamo. Będę tak dobry jak on. Zobaczysz. Będę też tak bojowy. Raz uderzył jednym kolesiem o bariery lodowiska z taką siłą, że złamał mu rękę.
Skrzywiłam się.
– Krzywdzenie ludzi to nie jest coś dobrego, Luca. Nie podoba mi się też, że mówisz o tym w taki sposób.
Syn prychnął.
– Nie próbował złamać mu ręki specjalnie. Ale koleś zagrał nieczysto przeciwko drużynie Kosiarza. Teddy naprawdę oberwał, a Kosiarz chciał po prostu chronić swojego ziomka.
Swojego ziomka?
Aż wstrząsnął mną dreszcz.
– Przecież są mniej brutalne sporty… A co z piłką nożną, nie podoba ci się?
– Jest głupia, mamo.
– Dla niektórych nie jest – sprzeczałam się.
Luca tylko popatrzył na mnie w lusterku wstecznym. Ja w tym czasie skierowałam się w stronę Roxbury, pobliskiego miasteczka, gdzie znajdowały się lodowisko i większe sklepy, które często odwiedzaliśmy.
– A co powiesz na golf? – zapytałam z nadzieją.
Golf wydawał mi się bezkontaktowym sportem.
– Maaaaaamo, widziałaś, co oni muszą nosić?
Cóż, miał rację. Oparłam się mocno o fotel.
Może po tych treningach zda sobie sprawę, że nie lubi hokeja. Noszenie całego sprzętu musi być uciążliwe. Do tego na lodowisku jest zimno.
Luca nie przestawał mówić o meczach, Kosiarzu, Seattle Sparks i wszystkim, co chociaż w najmniejszym stopniu było związane z lodem. A ja jak zawsze nie miałam serca go uciszać, powstrzymywać przed opowiadaniem o czymś, co sprawiało mu radość, powodowało, że cały się rozpromieniał. Z tego samego powodu odkładałam cent do centa na sprzęt, zaciskałam pasa, żeby wykupić przesadnie drogą półkolonię, a teraz zawoziłam syna ponad dwadzieścia minut drogi od domu na lodowisko, żeby mógł spełniać swoje marzenie.
Zatrzymaliśmy się na parkingu przed budynkiem. Udało mi się znaleźć miejsce na końcu jednego z rzędów. Na widok Evelyn Engel, która pomagała swojemu synowi Danielowi wysiąść z auta, skrzywiłam się okropnie. Ta kobieta w każdym calu była… idealna. Nawet kiedy chodziło o jej imię i nazwisko. Nie obnosiła się z tym, ale po prostu było widać, że ma w życiu wszystko poukładane.
Na jej SUV-ie ze średniej półki nie widziałam ani jednej plamki brudu. Byłam też pewna, że na tylnej kanapie nie dałoby się odnaleźć ani okruszka krakersów. Evelyn ubrana była w nieskazitelnie wyprasowane szorty khaki do połowy uda i koszulkę w odcieniu jasnego różu. Oczywiście do tego dobrała idealną biżuterię.
Byłam zła na samą siebie za to, że pojawiła się we mnie zazdrość. Nieważne, jak bardzo się starałam, nie byłam w stanie po prostu żonglować wszystkim naraz. Spojrzałam na swój strój – usiane mąką dżinsy i ubrudzoną odrobiną lukru koszulę. To drugie na pewno miało zostawić po sobie ślad na stałe. Blond włosy upięłam w kok, przy czym byłam prawie pewna, że do ułożenia go dzisiaj rano użyłam noża do masła.
Westchnęłam i wyłączyłam silnik.
– Gotowy?
Luca milczał przez chwilę, przygryzając wargę.
Poczułam odzywającą się we mnie obawę. Odwróciłam się w fotelu i spojrzałam na swoje dziecko.
– Co się dzieje?
Nie odpowiedział mi od razu, ale poczekałam cierpliwie, bo wiedziałam, że w odpowiednim momencie przełamie się i zacznie mówić.
Luca wbił spojrzenie w swoje kolana.
– A co, jeśli się okaże, że nie jestem w to ani trochę dobry?
Serce zacisnęło mi się boleśnie.
– Cóż, próbowanie nowych rzeczy zawsze jest trudne, co nie?
Luca uniósł swoje turkusowe oczy.
– Pamiętasz, jak uczyłam się pieczenia sufletów? – zapytałam go.
Na ustach Luki zaczął pojawiać się uśmieszek.
– Mówiłaś wtedy naprawdę dużo brzydkich słów.
Choć mnie rozbawił, skrzywiłam się lekko.
– Takich, których nie powinniśmy powtarzać, prawda?
– Prawda – zgodził się ze mną szybko.
– A mimo to wciąż ćwiczyłam i w końcu mi się udało. Nikt nie oczekuje od ciebie, żebyś znał się na wszystkim zaraz po tym, jak coś zaczniesz. Dlatego właśnie zapisałeś się na zajęcia. Przecież nie byłoby w tym żadnej frajdy, gdybyś już wszystko umiał.
Luca zwiesił ramiona.
– Gdybym już wszystko umiał, mógłbym grać dla Sparks. I to byłoby super.
Posłałam mu szeroki uśmiech. On już marzył o opuszczeniu rodzinnego gniazda, kiedy ja tak desperacko próbowałam łapać każdą uciekającą chwilę jego dzieciństwa.
– Wiesz, założę się, że tym przyjemniejsze będzie powołanie do Sparks, jeśli przypomnisz sobie, jak ciężko pracowałeś, by się tam dostać.
Luca myślał nad tym przez chwilę.
– Kosiarz sam mówił, że najbardziej podobało mu się granie w lidze juniorów.
– No widzisz?
Nie miałam pojęcia o istnieniu takiej ligi, ale dopóki moje dziecko było szczęśliwe, nie zamierzałam zaprzeczać.
– Dobra, jestem gotowy – oświadczył Luca, po czym odpiął pas z wyraźną już teraz pewnością siebie.
– I to mi się podoba. – Sięgnęłam do tyłu i złapałam go za kolano. – Kocham cię bardziej niż pszczoły miodek.
Luca przewrócił oczami, lecz mimo wszystko odpowiedział mi słowami, które chciałam usłyszeć.
– Ja ciebie też kocham, mamo.
Zabrałam rękę z kolana Luki i wysiadłam. Od razu zostałam powitana przez uśmiechniętą Evelyn.
– Cześć, Sutton. Jak się masz?
– Dobrze, dzięki, że pytasz. A ty jak się miewasz?
– Cudownie. Nie mogę się doczekać rozpoczęcia półkolonii. Zostaniesz, żeby popatrzeć, jak sobie radzą?
To było niewinne pytanie, a jednak poczułam, jakby ktoś wbijał mi sztylet prosto w serce, bo mogłam zostać jedynie przez kilka minut, nie dłużej. Musiałam wracać na spotkanie z dostawcą w cukierni. Ciągle miałam wrażenie, że coś tracę. Chwile, które miały mnie bezpowrotnie ominąć.
– Dzisiaj nie, ale na pewno zostanę dłużej pod koniec tygodnia – odparłam.
Chociaż Evelyn pokiwała głową, widziałam, jak zacisnęła usta, gdy usłyszała moje słowa.
Byłam przekonana, że nie pochwala tego. A przecież nie potrzebowałam kolejnego powodu, by poczuć, jak następna rzecz właśnie wymyka mi się spod kontroli. Dlatego odwróciłam się i ruszyłam w kierunku bagażnika.
Stał tam Luca i podskakiwał z podekscytowania. Zaśmiałam się cicho na ten widok. Uwielbiałam obserwować go tak przepełnionego radością.
Otworzyłam bagażnik i wyjęłam z niego torbę.
– Gotowy, supergwiazdo?
– Będę ich wszystkich powalać i rozbijać o bariery lodowiska jak sam Kosiarz! – krzyknął wesoło.
Poczułam, że robi mi się niedobrze, a jednak zmusiłam się do uśmiechu.
– Albo możesz po prostu poćwiczyć naprawdę szybką jazdę na łyżwach.
Luca wzruszył ramionami.
– To też.
– Sutton? – zawołała z boku mojego SUV-a Evelyn.
Zarzuciłam sobie torbę na ramię i próbowałam się nie skrzywić.
– Tak? – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
Posłała mi współczujące spojrzenie.
– Twoja opona. – Wskazała na tylne koło. – Wygląda, jakby zaczynało uciekać z niej powietrze.
Natychmiast zerknęłam w tamtą stronę. Opona była prawie całkiem sflaczała. Poczułam pieczenie pod powiekami, kiedy tak wpatrywałam się w samochód. Przecież to oznaczało, że muszę zamontować nowy zestaw, a naprawdę ciężko pracowałam na auto z napędem na cztery koła. W Sparrow Falls zimą pojawiał się śnieg, więc takie auto lepiej sprawdzało się przy niekorzystnych warunkach na drodze. Ale samochód z napędem na cztery koła oznaczał, że nawet przy jednej felernej oponie trzeba było wymienić wszystkie.
Przymknęłam oczy na sekundę, próbując w głowie obliczyć, jaki byłby koszt takiego przedsięwzięcia. Większość swoich oszczędności wydałam już na półkolonię Luki. Przy zakupie opon wydałabym wszystkie odłożone pieniądze.
– Mamo?
Głos syna przedarł się przez moje myśli. Zmusiłam się do szerszego uśmiechu i odwróciłam wzrok w stronę swojego dziecka.
– Wszystko w porządku. Muszę po prostu szybko wymienić to koło.
– Mam wykupioną pomoc drogową – zaoferowała Evelyn.
– Nie, w porządku. – Czułam, jak pieką mnie policzki ze wstydu. – Poradzę sobie z tym.
– Daj mi torbę – odpowiedziała. – Mogę wpisać chłopców na listę, a ty w tym czasie zajmiesz się tą sprawą.
Poczułam ścisk w piersi, a jednak pokiwałam głową i przekazałam kobiecie torbę.
– Dziękuję. – Odwróciłam się do Luki. – Pójdziesz z nimi?
Dziecko tylko się uśmiechnęło i skinęło główką.
– Zdominujemy lodowisko z Danielem!
Próbowałam się zaśmiać, ale nie do końca byłam w humorze.
– Dołączę do was za chwilę. Do tego czasu bawcie się dobrze w dominowanie lodowiska.
Evelyn pomachała mi lekko ręką, a potem poprowadziła chłopców w kierunku budynku.
Wszystko mnie bolało. Czułam, jakbym trzymała swoje życie w jednym kawałku przy pomocy jedynie taśmy klejącej i modlitwy, z nadzieją, że się nie rozpadnie. Przecież nie mogłam się teraz poddać. Musiałam dalej przeć do przodu.
Wyciągnęłam część ścianki bagażnika, za którą ukryte było koło zapasowe. Takie nadające się na jakieś sto kilometrów podróży. Westchnęłam ciężko. Zdawałam sobie sprawę, że po drodze do domu będę musiała pojechać do warsztatu samochodowego. Przygryzłam wargę i po cichu zaczęłam obliczać, ile czasu może mi to wszystko zająć. Pozostało mi jedynie mieć nadzieję, że wrócę do cukierni na czas spotkania.
Wyciągnęłam koło wraz z podnośnikiem. Po dokładnym zapoznaniu się z instrukcją umieściłam lewarek w odpowiednim miejscu i zaczęłam podnosić auto. Jakby mało mi było znaków, że coś mi się nie udaje, po kilku sekundach już dyszałam jak szalona. Ćwiczenia to kolejna sprawa, którą zaniedbałam. Przynajmniej mięśnie rąk miałam wystarczająco silne ze względu na pracę w cukierni.
Nagle dłonie ześlizgnęły mi się z rączki lewarka.
– A niech to kura i gęś kopną, co za cholerne cholerstwo.
Usłyszałam za sobą cichy śmiech i aż zamarłam. W tym głosie było coś specyficznego. Miałam wrażenie, jakby przemykał po mnie i otulał moją skórę przyjemnym dreszczem.
Cholera jasna.
Próbowałam pozostać wkurzona, a jednocześnie rozglądałam się za źródłem śmiechu. Jednak cały gniew bardzo szybko ze mnie wyparował, gdy dostrzegłam mężczyznę. Stał za mną, ubrany w sportowe joggery i koszulkę opinającą jego szeroką klatkę piersiową. Potrzebowałam paru sekund, żeby w końcu przesunąć spojrzenie na jego twarz, bo był tak cholernie wysoki. Wszystkie jego mięśnie były pięknie wyćwiczone. Wyglądał niczym dzieło sztuki lub broń masowego rażenia.
Miał gęsty zarost i delikatnie nierówny nos. Ciekawe, czy to z powodu złamania w przeszłości. Część twarzy ukrywał pod daszkiem czapki, ale udało mi się dojrzeć jego oczy – o tak ciemnoniebieskim kolorze, że podobnego odcienia można by szukać jedynie na dnie oceanu.
– Muszę przyznać: ciekawy sposób na przeklinanie – stwierdził.
Cholera, barwa jego głosu była tak samo niezła jak jego śmiech. Spowodowała, że moja skóra od razu pokryła się gęsią skórką.
– Nie wiedziałam, że ktoś tu mnie podgląda jak jakiś bezwstydnik – odpowiedziałam ostro.
Uniósł dłonie w geście poddania. Dłonie, które wyglądały na silne. O długich, grubych palcach i zrogowaciałej skórze po wewnętrznej stronie. Były to ręce, które mogły cię podnieść i rzucić na łóżko…
Cholera.
Musiałam naprawdę szybko przestać tak myśleć.
– Właśnie chciałem zapytać, czy nie potrzebuje pani pomocy – dodał. – Wyglądało, jakby nieźle pani walczyła z tym kołem.
– Daję sobie radę – odparłam, ale w moim głosie słychać było spięcie, więc z całej siły zacisnęłam zęby.
Mężczyzna wygiął brew.
– Jest pani pewna? Naprawdę nie chciałbym, żeby jakiekolwiek gęsi czy kury ucierpiały w tej sytuacji.
Popatrzyłam na niego groźnie.
Na serio?
Czy on się ze mnie naśmiewał, kiedy ja tak jawnie byłam na wyczerpaniu swoich zasobów cierpliwości?
– Już nad tym pracuję. I nie potrzebuję, żeby w drogę wchodził mi jakiś przerośnięty sportsmen.
Usta mężczyzny zadrgały.
– Sportsmen?
Wskazałam na niego.
– Widać, że jest pan sportowcem. Sprzęt sportowy. Mięśnie…
– Mięśnie, tak? – powtórzył rozbawionym tonem.
Popatrzyłam na niego z jeszcze większym gniewem.
– Nie jestem zainteresowana.
Znowu się zaśmiał.
– Rozumiem. Życzę powodzenia i pani, i gęsiom, i kurom. Proszę uważać z tymi cholerami.
– Ta – mruknęłam pod nosem.
– Aha, jeszcze jedno, Pani Wojowniczko.
Zerknęłam na niego ze złością, tym razem nawet jeszcze większą ze względu na to, jak się zwrócił.
Mężczyzna posłał mi uśmiech, w którym było coś rozbrajającego. Jednak wolałam nie roztrząsać powodów, dlaczego to tak na mnie działało.
– Ma pani coś tutaj – powiedział, wskazując na swój policzek.
Zdębiałam całkowicie.
Tymczasem on się odwrócił i odszedł. Nawet sposób, w jaki chodził, był seksowny. Pewnie dlatego, że jego tyłek tak dobrze wyglądał i odznaczał się w tych cholernych joggerach.
Naprawdę potrzebowałam seksu.
Podniosłam się z ziemi i pospiesznie podeszłam do drzwi po stronie kierowcy. Opuściłam osłonkę przeciwsłoneczną i zobaczyłam w lusterku, że bok twarzy miałam ubrudzony smarem.
No cudownie. Po prostu cudownie.
Cope
Kiedy odchodziłem od kobiety, miałem wrażenie, że uśmiecham się prawdziwie po raz pierwszy od wielu miesięcy. Te hipnotyzujące, niebieskie niczym turkus oczy nadal powracały do mnie w myślach. Była charakterna, to na pewno. Temperamentna i trochę zdeterminowana. Cholernie to szanowałem, nawet jeśli wolałbym, żeby pozwoliła mi sobie pomóc.
Nie mogłem się powstrzymać przed zerknięciem przez ramię ten ostatni raz, w wyniku czego prawie potknąłem się o własne nogi, gdyż zobaczyłem, jak kobieta pochyla się do wnętrza auta i przegląda w lusterku. W tej pozycji dżinsy opinały jej pięknie kształtny tyłek i pełne biodra, w które chciałbym móc wbić palce, kiedy…
Cholera.
Za takie myśli czekało mnie wieczne potępienie.
Z trudem oderwałem od niej wzrok i zmusiłem się do patrzenia na budynek, w stronę którego zmierzałem. Nawet z zewnątrz miejsce wyglądało o wiele lepiej, niż kiedy sam przyjeżdżałem tu pojeździć na łyżwach za dzieciaka. Nie tak dobrze jak nasze profesjonalne lodowisko w Seattle, lecz nieliczne tylko tory mogły mu dorównać. Roxbury, Sparrow Falls i pobliskie miejscowości miały szczęście, że Arnie zdecydował się wybudować nowe kompleksy jak ten tutaj.
Gdy już miałem sięgnąć do drzwi, usłyszałem dźwięk telefonu. Poprawiłem torbę ze sprzętem na ramieniu i wyciągnąłem komórkę z kieszeni. Na ekranie widniało imię mojego kolegi z drużyny.
Teddy:
Nie chcę być posłańcem złych wieści, ale ktoś dorwał się do filmiku z bójki.
Przekląłem pod nosem. Nie tak ciekawie, jak ta Wojowniczka od gęsi i kur, tylko bardzo, bardzo siarczyście.
Zamknąłem wiadomość i wszedłem na blog hokejowy. Na stronie głównej wyświetliło mi się rzeczone wideo, więc kliknąłem na nie. Marcus i ja jeździliśmy dookoła siebie. Spiker w filmiku ogłaszał: „Przyzwyczailiśmy się do kłótni i przepychanek na lodzie, ale nieczęsto trafiają się nam takie sytuacje między kolegami z drużyny”.
Na nagraniu było widać, jak zerwałem rękawice i uderzyłem Marcusa pięścią. Ewidentnie był to zapis z kamer monitoringu na lodowisku. Można to stwierdzić po niewyraźnym obrazie i braku dźwięku. A z racji nieobecności tego drugiego nikt nie wiedział, jak okropne słowa wypowiedział do mnie ten dupek, zanim mu przywaliłem.
Spiker dopytywał, co ostatnimi czasy jest ze mną nie tak. Cóż, bardzo dobre pytanie. Z chęcią podzieliłbym się odpowiedzią, lecz nie byłem w stanie jasno stwierdzić. Tylko co do jednego miałem pewność – materiały, które ktoś przekazywał prasie na mój temat, na pewno mi nie pomagały.
Wydawało mi się, że każde moje możliwe potknięcie było brane pod lupę mediów. Jednak gorsze były te zmyślone historie. I tu pojawiała się cała gama tego, co wypisywano i wygadywano na mój temat – od mojego niby niemiłego zachowania względem kelnera, do oskarżeń o to, że spałem z kimkolwiek popadło. A ja nie byłem taki. Może i miałem swoje za uszami, ale nie byłem psem na baby. Poza tym przez większość życia wychowywały mnie dwie cudowne kobiety, które nauczyły mnie szacunku do płci pięknej.
Gdyby mama lub babcia Lolli się dowiedziały, że zachowałem się źle w stosunku do jakiejkolwiek kobiety, nieźle dałyby mi popalić.
Nie byłem pewny, kto tak się na mnie uwziął w mediach, lecz sprawa była poważna. Ktoś przeglądał moje śmieci, włamał się na prywatne konta mojej eks na mediach społecznościowych i wykradł stamtąd zdjęcia, a teraz do tego wszystkiego wypuścił to nagranie.
Telefon znowu się odezwał, informując o przyjściu kolejnej wiadomości.
Linc:
Nie przejmuj się tym filmikiem. Nie spierdol tego. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, zyskasz sobie tą półkolonią odrobinę przychylniejszej prasy.
Naciągnąłem czapkę mocniej na czoło, jakby to mogło mnie ochronić przed całą skierowaną na mnie uwagą. Poszczęściło mi się, bo właściciel Seattle Sparks trzymał moją stronę. Był nie tylko dobrym szefem, ale także stał się moim przyjacielem. Może dlatego, że obaj wyczuliśmy, iż każdy z nas przeszedł przez swoje trudności. No i pewnie przyczyniło się do tego również to, że tak samo mocno kochaliśmy hokeja i prawdziwą grę bez zbędnej otoczki. Tak czy siak, byłem wdzięczny za jego wsparcie.
Ja:
Robi się, szefie.
Linc:
Nie denerwuj mnie.
Uśmiechnąłem się lekko, lecz zaraz powrócił do mnie problem filmiku. To ostatnie, czego było mi trzeba, kiedy stąpałem po cienkim lodzie. Strzeliłem kręgami szyjnymi, by złagodzić trochę napięcie mięśni, gdyż po urazie ramienia często mi dokuczało. Następnie otworzyłem drzwi na lodowisko.
Gdy uderzył mnie zapach tego miejsca, powróciła setka wspomnień: tata pomagający mi zawiązać łyżwy, on wraz z mamą i resztą ekipy Colsonów na widowni, to, jak wszyscy dopingowali mnie, ile sił w płucach, kiedy brałem udział w meczach dla najmłodszej ligi. Tęskniłem za tym. Brakowało mi tego, jak wyglądały czasy, zanim stałem się profesjonalnym sportowcem i pojawiło się to całe obciążenie zawodowe.
Przeszedłem przez kompleks i podziwiałem, co stworzył Arnie. Umieścił tu dwa lodowiska, restaurację, stoisko z przekąskami, kilka szatni, a nawet siłownię. Ruszyłem do wypożyczalni łyżew, gdzie za ladą stała młoda dziewczyna, wyglądająca na piętnastolatkę.
– Możesz mi wskazać drogę do biura Arniego? – zapytałem.
– Jasne… – odpowiedziała, po czym zamilkła, przypatrując mi się uważnie. Jej oczy zrobiły się większe. – Copeland Colson? – zapiszczała.
Skrzywiłem się.
– Mów mi „Cope” i zachowajmy to, że tu jestem, między naszą dwójką.
Wiedziałem, że mogłem o tym marzyć jeszcze jedynie przez chwilę. Już zaraz wydałoby się, że powróciłem i zgłosiłem się na ochotnika do pomocy jako trener półkolonii dla dzieci. Arnie obiecał mi, że pozbędzie się wszystkich nieustępliwych fanów. Chciałem po prostu zachować trochę dłużej swoją anonimowość.
Na moje słowa dziewczyna zrobiła jeszcze większe oczy.
– O-oczywiście. Nie wydam pana. Ja tylko… Ja… – Przymknęła na chwilę powieki, próbując się uspokoić. – Gram na środkowej pozycji, tak jak pan. Analizowałam pracę pana nóg, próbowałam się jej nauczyć. A te podania wychodzące z nadgarstka? Są mistrzowskie.
Uniosłem brwi w zdziwieniu. Obstawiałem, że jej dziedziną była jazda figurowa. Pewnie pracowała tutaj za ladą, żeby opłacić swój czas na lodzie.
– Grasz?
Dziewczyna przytaknęła.
– Arnie próbuje zebrać dziewczęcą drużynę hokejową na przyszły rok.
– Nieźle. W trakcie tego lata będę trenował dzieci, więc jeśli któregoś dnia zostałabyś po zajęciach, mógłbym poświęcić ci trzydzieści minut swojego czasu.
Oczy dziewczyny się rozjaśniły, jakbym właśnie obiecał jej podarować kucyka.
– Naprawdę?
Potwierdziłem skinieniem głowy.
– To nic takiego. W zamian proszę tylko, żebyś mi powiedziała, jak znaleźć biuro Arniego.
Dziewczyna oblała się rumieńcem.
– Przepraszam, już. Na końcu korytarza znajdują się schody, proszę wejść na górę. Jego biuro to pierwsze drzwi na prawo.
– Dzięki.
Skinęła mi w odpowiedzi, przez co przypominała zabawkę kiwającą głową. Nie mogłem powstrzymać lekkiego śmiechu, kiedy zacząłem iść we wskazanym kierunku.
Niecałe dwie minuty dotarłem do biura Arniego. Na plakietce na drzwiach napisane było: „Właściciel i Główny Dupek”. Pasowała do tego zrzędy.
Zapukałem trzykrotnie.
– Wchodź – dobiegł głos z wnętrza – i przestań wybijać mi te pieprzone drzwi.
Uśmiechnąłem się, wchodząc do środka.
– Jeszcze nikt cię nie nauczył, że powinieneś uważać na to, co mówisz? – powiedziałem. – Tu wszędzie kręci się pełno dzieci.
Arnie popatrzył na mnie krzywo.
– A ciebie nikt nie nauczył, że powinieneś odnosić się z szacunkiem do starszych od siebie? To, że jesteś mistrzem, nie daje ci prawa do bycia złamasem.
Na te słowa uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Podszedłem do jednego z krzesełek stojących przed biurkiem i usiadłem. Rzuciłem swoją torbę na podłogę.
– Jak się miewasz? – zapytałem.
– Lepiej od ciebie, patrząc na to, co się dzieje – odparł i wygiął brew, jakby tylko czekał, żebym zaczął się z nim sprzeczać.
– Prasa to same dupki – wymamrotałem pod nosem.
Odchylił się w siedzeniu. Byłem prawie pewny, że nadal miał ten sam fotel biurowy, na którym siadywał, gdy miałem sześć lat i zaczynałem trenować na jego pierwszym lodowisku.
– Mogą tacy być, jeśli sam podtykasz im dobry materiał pod nos.
Poczułem, jak mięsień szczęki mi drgnął.
– Staram się najlepiej, jak umiem.
Arnie fuknął.
– Nie chce mi się wysłuchiwać całej listy wymówek, chłopcze. Wykonuj tylko swoją pracę i rób to dobrze.
– Nie wydaje mi się, że tę fuchę tutaj można podciągnąć pod pracę, jeśli będę ją wykonywał za darmo.
Mężczyzna popatrzył na mnie gniewnie. Zmarszczki na jego twarzy pogłębiły się przy tej minie.
– Zważaj na słowa. Może i jestem stary, ale nadal mogę skopać ci tyłek.
Uniosłem kącik ust w uśmiechu.
– Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Opowiesz mi coś więcej o tej półkolonii?
Przytaknął szybko.
– W tej grupie zebraliśmy dzieci do dziesięciu lat. Będziesz musiał je podzielić na mniejsze grupki na czas treningów, pomoże ci nasz stały trener. Pomyślałem, że wasza dwójka może działać jako drużyna.
– Nie wydaje się to trudnym zadaniem.
– Nawet tobie powinno się udać.
Zaśmiałem się.
– Och, Arnie, ja też za tobą tęskniłem.
– Spadaj – wymamrotał.
– Ej, o co chodzi z dziewczyną za ladą? Mówiła, że jest hokeistką.
Na twarzy mężczyzny pojawiła się ponura mina.
– Nazywa się Hayden. Dobra z niej dziewczyna. Jej matka to niezłe ziółko. Hayden pracuje tutaj w trakcie wakacji i po szkole. Często przyprowadza swoje dwie młodsze siostry. Wydaje mi się, że jest dla nich bardziej jak matka niż starsza siostra.
Cholera.
– Wiesz, że zawsze możesz zadzwonić do Fallon w takich sprawach – przypomniałem.
Moja młodsza siostra była pracownikiem opieki społecznej. Miała dobre serce, co oznaczało, że walczyłaby do ostatka sił w imieniu każdego dziecka, którego sprawa wylądowałaby na jej biurku.
– Czasami system przynosi więcej zła niż korzyści. Nie każdy ma takie szczęście, że ląduje u Colsonów – stwierdził Arnie.
Od kiedy tylko sięgałem pamięcią, moi rodzice byli zaangażowani w system opieki zastępczej. Miałem jednego adoptowanego brata, Shepa, i czwórkę rodzeństwa z opieki zastępczej: Trace’a, Kylera, Rhodes i Arden. Fallon była moją jedyną rodzoną siostrą. Oprócz brata, którego straciliśmy lata temu. Stłumiłem w sobie myśli o Jacobie. Nie mogłem zaprzątać sobie tym dzisiaj głowy.
– Rozumiem. Ale gdybyś wyczuł, że źle się tam dzieje, ZADZWOŃ do niej – upierałem się.
W przeciwnym razie ja bym się tym zajął.
Arnie zbył mnie machnięciem ręki.
– Wiesz, że tak zrobię. A teraz pakuj cztery litery na lód.
Uśmiechnąłem się i wstałem. Zgarnąłem torbę z podłogi. Dobrze było tu wrócić. Znajoma, trochę ostra troska Arniego była czymś przyjemniejszym niż polityka, z którą zmagałem się w Sparks. Przynajmniej w jego przypadku wiedziałem, że mu zależy. W Seattle natomiast każdy dbał wyłącznie o siebie.
Ruszyłem w dół schodów, a wtedy dobiegły mnie podekscytowane głosy. W półkolonii miało uczestniczyć dwadzieścioro czworo dzieci. Nie tak wiele, lecz i tak za dużo. Byłem przekonany, że okiełznywanie ich przez prawie cały dzień będzie nie lada wyczynem.
Ruszyłem w stronę hałasów, ale nagle zatrzymałem się w miejscu. Zobaczyłem kobietę z parkingu. Kucała przed małym chłopcem o takich samych turkusowych oczach. Pochylała głowę w jego kierunku i wydawała się delikatnie go do czegoś zachęcać. Na policzku nadal miała nie do końca starty ślad smaru.
Chłopiec uśmiechnął się do niej promiennie, jakby była najcudowniejszą osobą na ziemi. Cóż, nie mogłem go za to winić.
Zacząłem składać sobie wszystko w całość. Posyłała dziecko na moją półkolonię. A to oznaczało, że pewnie była mężatką lub miała partnera.
Poczułem ukłucie rozczarowania. Nieźle mnie to zdziwiło, bo moja ostatnia próba zbudowania relacji skończyła się totalną porażką. Związki nie były dla mnie. Inni ludzie starali się do mnie zbliżyć, chcieli poznać moje sekrety, które tak skrzętnie ukrywałem. Lepiej, że Wojowniczka była zajęta.
Ponieważ pewnej prawdzie nie mógłbym w żaden sposób zaprzeczyć – bycie samemu to moja przyszłość.
Sutton
Luca podskakiwał na ławce z niecierpliwości. Trener Kenner, którego kojarzyłam z darmowych zajęć łyżwiarstwa, stanął przed trybunami.
– Witam was wszystkich – powiedział mężczyzna.
Dzieci odpowiedziały wiwatem.
Kenner się uśmiechnął.
– Cieszę się, że nie możecie się już doczekać zajęć.
Zerknął pobieżnie na tłum i zatrzymał spojrzenie na mnie. Uśmiechnął się ciepło. Mógł mieć na oko z dziesięć lat więcej niż ja, czyli około czterdziestu, ale był przystojny i wysportowany.
Próbowałam wykrzesać z siebie choć odrobinę jakiegoś zainteresowania jego osobą, lecz nie poczułam niczego. A właśnie takiego mężczyzny potrzebowałam w swoim życiu – dobrego, odpowiedzialnego, ze stabilną pracą i radzącego sobie z dziećmi. A jednak nic we mnie się nie zadziało. Miałam wrażenie, jakbym całkiem umarła w środku.
I wtedy przypomniałam sobie, jak się poczułam, gdy usłyszałam głos mężczyzny na parkingu. Jak moja skóra się rozgrzała i mrowiła…
Cholera.
Powinnam była wziąć się w garść, bo doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie jest mi pisany.
– No dobrze, jeśli jesteście już tak podekscytowani, to zobaczymy, co się będzie działo za chwilę – kontynuował Kenner. – Mam dla was naprawdę niesamowitą niespodziankę… Chciałbym wam przedstawić naszego drugiego trenera na czas półkolonii. Powitajcie, proszę, Copelanda Colsona, znanego też jako…
– Kosiarz! – wykrzyknęło wiele dzieci naraz, w tym również moje.
Luca podniósł się z ławki. Krzyczał i wiwatował, lecz ja potrafiłam jedynie unieść wzrok i spojrzeć w te ciemnoniebieskie oczy. Od razu wszystko zrozumiałam. Wiedziałam przecież, że jeden z braci Colsonów jest hokeistą, ale myślałam, że mieszka w Seattle i przyjeżdża do domu tylko od czasu do czasu, i to jedynie na parę dni. Jednak stał tu teraz. W dodatku był zawodnikiem, na punkcie którego mój syn miał obsesję. A ja insynuowałam mu na parkingu, że mnie podgląda.
Chciałam paść między ławki i umrzeć ze wstydu.
– Cześć wszystkim – przywitał się. – Możecie zwracać się do mnie „trener Cope” lub „trener Kosiarz”, jeśli chcecie. Zawsze marzyłem o tym, by mówiono do mnie „trenerze”.
Wszyscy zaśmiali się na te słowa. Byłam prawie pewna, że kobieta obok mnie wręcz westchnęła tęsknie.
– Nie mogę się doczekać wspólnie spędzonego miesiąca. Będziemy naprawdę dobrze się bawić i dużo grać w hokeja!
Wszyscy znów zaczęli wiwatować.
– Dobra, dzieciaki – zawołał trener Kenner – wskakujcie na lód i robimy małą rozgrzewkę.
Dookoła mnie zaczęło się poruszenie. Złapałam Lucę za rękę.
– Jesteś tego pewny?
Miał rozbiegany wzrok, zupełnie jak po zjedzeniu zbyt dużej ilości cukru.
– Żartujesz sobie, mamo? To jak MARZENIE!
Wyrwał dłoń z mojego uścisku i podreptał na łyżwach. W tym stroju wyglądał jak Umpa Lumpa. A ja mogłam jedynie patrzeć, jak odchodzi.
Usłyszałam chrząknięcie. Od razu przeniosłam spojrzenie w stronę źródła dźwięku i dobrze wiedziałam, kogo tam odnajdę. Cope stał w tym samym miejscu. Jego usta układały się w uśmiech – usta, które wyglądały, jakby stworzono je do całowania i…
Nie myśl o takich rzeczach!
Szybko przywołałam się do porządku, wyprostowałam plecy i spojrzałam mężczyźnie prosto w oczy. Cóż, na tyle, na ile mogłam, skoro byłam od niego niższa o jakieś trzydzieści centymetrów.
– Trenerze – powitałam go.
Jego uśmiech się powiększył.
– Podoba mi się, jak to brzmi.
– Czyżby ktoś tu był żądny władzy? – wymamrotałam pod nosem.
Cope tylko zaśmiał się cicho. Najgorsze było to, że na ten dźwięk moje ciało zareagowało tak samo jak wcześniej. Każde połączenie nerwowe było gotowe, jakby domagało się dotyku Cope’a. Objęłam się w pasie rękami, próbując zignorować dreszcz, który mnie przeszył.
Mężczyzna się skrzywił.
– Zimno pani?
– Nic mi nie jest.
– Może powinna pani przynieść na jutro jakieś ciepłe ubrania. Na trybunach może być naprawdę chłodno.
– Będę o tym pamiętać.
– Sutton – przywitał mnie Kenner. – Dobrze cię widzieć. Zdaje się, że poznałaś już Cope’a.
Zmusiłam się do posłania trenerowi ciepłego uśmiechu.
– Ciebie też miło widzieć. Muszę wracać do cukierni. Na formularzu zgłoszeniowym wpisałam swój numer telefonu, więc jeśli pojawi się jakiś problem, dzwoń.
Mina Kennera stała się łagodniejsza.
– Wszystko będzie dobrze. Nie martw się, nikt nie będzie grał kontaktowo.
Poczułam, jak ogarnia mnie ulga.
– Może lepiej nie mów o tym Luce. Naprawdę nastawia się na to, że rzuci kogoś na barierki – powiedziałam, po czym posłałam Cope’owi mordercze spojrzenie. – Wygląda na to, że nauczył się tego od swojego ulubionego zawodnika, Kosiarza.
Cope się skrzywił. Wyglądał, jakby poczuł się winny. Ale ja jedynie odwróciłam się i skierowałam na parking. Z dala od mężczyzny o zapadających w pamięć niebieskich oczach.
Bo jeśli miałabym stosować w życiu jedną zasadę, brzmiałaby: „Koniec ze sportowcami, już nigdy więcej”.
***
To był jeden z tych dni. Nie za dobry, a wręcz bardzo zły. Próbowałam zapewnić samą siebie, że to nie żadna katastrofa. Wraz z Lucą byliśmy zdrowi i bezpieczni, mieliśmy dach nad głową oraz jedzenie w lodówce. Lecz nawet powtarzając sobie to w kółko w myślach, wciąż byłam bliska załamania.
– Aż tak źle? – zapytała Thea, kiedy oparłam głowę o lodówkę.
Właśnie zakończyłam spotkanie z nowym dostawcą. Wcześniejszy odszedł na emeryturę, a chociaż ten nowy znał się na wszystkim, był profesjonalny i miły, to zaproponował mi prawie dwukrotnie wyższą cenę za swoje usługi.
– Wszystko będzie dobrze – zapewniłam.
Naprawdę zrobiłam się dobra w kłamaniu. Bo jeśli nie naginałabym prawdy, Thea i Walter próbowaliby mi pomóc. A ani jedno, ani drugie nie potrzebowało brać na siebie ciężaru moich problemów.
Walter poklepał mnie po ramieniu niczym dziadek.
– Masz za sobą ciężki dzień.
– A nawet nie mamy jeszcze południa – odparłam. Zmusiłam się, żeby stanąć prosto. Odwróciłam się i oparłam plecami o lodówkę. Poczułam zimno metalu na skórze, która przynajmniej tym razem była rozgrzana z powodu paniki, a nie z racji hipnotyzującego, niebieskiego spojrzenia i góry mięśni. – Dlaczego nie mówiłaś, że brat Shepa będzie trenerem na półkolonii hokejowej? – zapytałam Theę.
Skrzywiła się.
– Mówisz o Tracie czy Kye’u? Nawet nie wiedziałam, że któryś z nich uprawia ten sport.
Potrząsnęłam głową na boki.
– Chodzi o Cope’a.
Nawet wypowiedzenie jego imienia rozpalało moją skórę.
A niech go!
Zielone oczy Thei powiększyły się znacząco.
– Cope jest trenerem na półkolonii Luki? – zdziwiła się, na co pokiwałam głową w potwierdzeniu. – Shep mówił, że on wraca do Seattle.
– Wygląda na to, że nie. Był na lodowisku, w całej swojej okazałości. Luca prawie całkiem oszalał, bo Cope to jego ulubiony zawodnik.
Tym razem oczy Thei prawie całkiem wyszły z orbit.
– Cope to Kosiarz?
– Czy nie powinnaś o tym wiedzieć? – zapytałam oskarżycielsko. – Przecież to brat twojego chłopaka.
Thea wzruszyła ramionami.
– Nie jestem fanką sportu. Shep opowiada o Copie, ale nie o jego karierze. Nie wydaje mi się, żeby wiedział, że Cope będzie trenerem w ramach półkolonii. – Wyciągnęła telefon i zaczęła stukać w ekran. – Zapytam go, o co chodzi.
Dzwonek nad drzwiami wejściowymi oznajmił przybycie nowego klienta. Zmusiłam się do uśmiechu i wyszłam z kuchni, żeby stanąć za ladą. Z trudem utrzymałam ten sztuczny grymas, gdy zobaczyłam, kto przyszedł. Rick Anderson wyglądał, jakby znalazł się w mojej cukierni przez przypadek, chociaż przecież był właścicielem budynku. W ogóle nie pasował do małego miasteczka.
Włożył ciemny garnitur. W taką pogodę jak teraz – przy około trzydziestu dwóch stopniach na zewnątrz – musiał naprawdę nieźle się zgrzać. Włosy miał zaczesane mocno do tyłu i ustylizowane zbyt dużą ilością żelu. Przesuwał małymi, przypominającymi ślepia gryzonia oczkami po lokalu.
– Sutton, jakże cudownie cię widzieć. Jak miewacie się ty i twój mały Luca?
Poczułam, jak drży mi policzek.
– Dobrze. Naprawdę dobrze. A co u ciebie?
– Och, nie mogę narzekać. Właśnie zakupiłem dwa kolejne budynki, więc interes się kręci.
– Gratulacje. To cudownie – odparłam. – Jak mogę ci dzisiaj pomóc? – zapytałam z wielką nadzieją, że szybko zakończymy tę rozmowę.
Rick posłał mi pełne rozczarowania spojrzenie, które wyglądało na bardziej sztuczne niż jego licówki.
– Tak naprawdę przyjechałem w sprawach biznesowych. Biorąc pod uwagę mój zakup nowych nieruchomości, dotarło do mnie, że zaoferowałem wynajmującym zdecydowanie zbyt dobre ceny. Muszę podnieść czynsz za cukiernię i lokal mieszkalny na górze. Tutaj znajdziesz wszystkie szczegóły. – Wyciągnął z kieszeni folder z dokumentami i położył go na blacie. – Nowa cena za wynajem lokalu będzie obowiązywać od początku następnego miesiąca. Z kolei za mieszkanie od przyszłego tygodnia, jako że mamy ustalone opłaty tygodniowe.
– Ale chyba możesz podnieść mój czynsz tylko raz w roku?
Rick zwiększył kwotę wynajmu trzy miesiące temu. Odczułam to dość mocno, lecz dałam radę. Opłacanie mieszkania z tygodnia na tydzień pomogło. Jednak kolejna podwyżka byłaby już nie do udźwignięcia.
Rick wlepił we mnie swoje oczka.
– Nasza umowa wynajmu nie gwarantuje ci podwyżki maksymalnie raz w roku, Sutton. Ceny dookoła Sparrow Falls ciągle rosną. Muszę trzymać się tego, co dzieje się na rynku. Jestem pewny, że mnie rozumiesz.
Nie rozumiałam. Ale nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa. Myślałam jedynie o tym, że nawet jeśli Rick robi coś nieuczciwego, to nie mam funduszy na wynajęcie prawnika, by walczyć o swoje prawa. A przecież nie oczekiwałam, że ktoś nagle pojawi się znikąd i wesprze mnie w tej sytuacji.
Tylko półświadomie rejestrowałam stukanie zbyt eleganckich butów mężczyzny, kiedy wychodził z lokalu po tym, jak całkowicie zniszczył mój świat. Podniosłam dokument drżącymi dłońmi. Otworzyłam go i nie byłam w stanie powstrzymać łez.
Kwoty wypisane na kartkach były dla mnie nie do zdobycia. Mogłam zatrzymać cukiernię lub mieszkanie, lecz nie i jedno, i drugie. Nie było mowy, by mi się to udało. A jeśli zrezygnowałabym nawet z jednego, straciłabym tak naprawdę wszystko.
1 Wayne Gretzky – utytułowany reprezentant Kanady w hokeju na lodzie (przyp. tłum.).
