Zakazany szef - Ada Tulińska - ebook
NOWOŚĆ

Zakazany szef ebook

Ada Tulińska

5,0

190 osób interesuje się tą książką

Opis

Współcześni Bridgertonowie w garniturach.

Fundamenty imperium bankowego rodziny d`Aboville drżą w posadach przez skandal jednego z dziedziców. Klientki masowo rezygnują, a influencerki palą karty bankowe w social mediach.
Avery marzy o tym, by zostać wspólniczką w agencji PR.   Szefowa obiecuje awans pod warunkiem, że bezbłędnie wykona powierzone zlecenie.

Okazuje się, że tajemniczy klient to oziębły i okryty złą sławą Vardon d`Aboville. Problem polega na tym, że już wcześniej się spotkali i każde z nich wolałoby wymazać to wspomnienie z pamięci.
Nie pomaga fakt, że on świetnie wygląda w garniturze i bez pardonu przesuwa granice współpracy.

Sugerowany wiek +18

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 299

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
polii_book_ksiazkara
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

To tak bardzo wciągająca historia❤ Skandal, intrygi i zakazany romans jestem zachwycona🔥❤ Polecam
00



Ada Tulińska

Zakazany Szef

Copyright © by Adelina Tulińska-Szynkarewicz

Autor zdjęcia na okładce:stock.adobe.com/pl/neonshot

Autor zdjęcia na wyklejce:

www.pexels.com/@olegprachuk/

Autorelementów

zdobiących numery rozdziałów:

stock.adobe.com/pl/KOSIM

Projekt okładki, DTP: Adelina Tulińska-Szynkarewicz

Redakcja: Ewelina Dobosz

Korekta: Sara Rzeczycka

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego

przekazu bez pisemnej zgody autorki.

Wydanie I

Bedoń Przykościelny 2026

ISBN: 978-83-976922-8-2

Nocne Czytanie

Cześć!

Dziękuję, że sięgasz po moją książkę. Wiem, dziękuję za każdym razem, ale nie ma słów, które opisałyby moją wdzięczność!

Mam nadzieję, że przygody Avery w świecie szwajcarskich finansów wywołają chociaż cień uśmiechu na Twojej twarzy. Mogę zdradzić, że pojawi się tam pewien przystojniak z zaciśniętą szczęką, bosko wyglądający w garniturze.

Jak zwykle, w każdym z bohaterów zobaczycie pewną „Adowość”: ADHD, roztrzepanie, pracoholizm, oczywiście humor i walkę o marzenia. No i jak z dedykacji można się domyśleć, pojawi się też wielka miłość do czekolady.

Ale uwaga, nie każdy w tej książce ma szczere intencje. Przyjemnej lektury! Będę bardzo wdzięczna za feedback i wzmianki w SM.

ściskam,

Ada

TW:

Sceny intensywne emocjonalnie

(zazdrość, kontrola, konfrontacje)Wulgarny językSceny erotyczne 18+Używki: alkohol, papierosy

Dla tych, które wskoczyłyby za nim do fontanny czekolady

Playlista

Chills – Mickey Valen, Joey Myron

When You Say My Name – Chandler Leighton

Who Do You Want – Ex Habit

PLEASE – Omido, Ex Habit

Chemical X – UNDREAM, TIMMS

Tombstone – Mickey Valen, DEIIN

Don’t You Know – Jaymes Young

My Perfection – Tokyo Project

I Put a Spell on You – ari hicks

Secrets – Omido, Ordell, Rick Jansen

My Mind – Mickey Valen, Emily Vaughn

1

Avery

Byłoby święto, gdyby coś za pierwszym razem zadziałało, jak powinno. Przytykam kartę do zamka w drzwiach pokoju hotelowego i przeklinam pod nosem. No właśnie... Byłam pewna, że babka nie zaprogramowała jej dobrze. Przeciągnęła nią niedbale po touchpadzie i nic nawet nie piknęło. I oto stoję tu, wymemłana, z niedziałającym kluczem. Mam ochotę kopnąć drzwi ze złości.

Wzdycham i zostawiwszy walizkę na złotym wózku, pędzę z powrotem do windy. Jestem wykończona po całym dniu podróży i nieprzespanej nocy.

W recepcji pani, która mnie obsługiwała, jest zajęta, więc podchodzę do innej, wolnej. Opieram się łokciem o czarny marmurowy blat.

– Moja karta nie działa – skarżę się, wyciągając kawałek plastiku. – Pokój czterysta piętnaście.

Kobieta rzuca okiem na mnie, a potem zerka na drugą pracownicę hotelu.

– Zaprogramuj nową – mówi tamta, nawet nie unosząc wzroku znad ekranu.

Recepcjonistka uśmiecha się do mnie przepraszająco i wyciąga nową kartę spod lady. Przesuwa nią po touchpadzie.

– Proszę to zrobić dokładnie – rzucam nieco podirytowana, ale kiedy widzę jej minę, natychmiast się mityguję. – Przepraszam. Miałam paskudny dzień.

Dziewczyna dla pewności powtarza proces kilka razy i podaje mi klucz razem z paczuszką pełną promocyjnych gratisów.

Dziękuję jej, i ruszam z powrotem w stronę wind. Odległości w tym hotelu mnie wykończą, bo żeby przejść tam z recepcji muszę nabić prawie czterysta kroków. No ale przecież trzeba pokazać te kryształowe żyrandole i strumyczki z fontannami. Opieram się o drążek przy lustrze i wzdycham, marząc, by móc już ściągnąć buty i stanik. Prysznic jest wszystkim, czego pragnę. Jednocześnie otwieram cukierki i się nimi raczę.

Ku mojemu największemu szczęściu – karta działa. Ciągnąc walizkę, wchodzę do najpiękniejszego pokoju hotelowego, w jakim byłam. To chyba nawet apartament. Może prezydencki? Wszystko ze smakiem urządzone w beżach i szarościach, bez krzykliwych kolorów i tandety. Muszę podziękować mojej szefowej, że zarezerwowała taką perłę.Zrzucam szpilki i zanurzam zmęczone stopy w mięciutkiej wykładzinie. Pierwsze, co robię, to biegnę do wielkiego łóżka z kolumienkami. Sprawdzam miękkość materaca, a potem rozpinam stanik. Co za ulga!

Kładę się, obiecując sobie, że poleżę tylko pięć minut i pójdę się wykąpać.

Z cukierkiem w zębach rozpinam też suwak w ołówkowej spódnicy.

Wzdycham i z rozkoszą przymykam oczy. Moje ciało robi się coraz cięższe i przyjemnie zapada się w puchatej pościeli. Jest mi tak przyjemnie…

Nie wiem, ile czasu mija, aż zaczynam słyszeć głosy w tle. Ktoś tu chodzi. To pewnie Kyle wstał i przygotowuje śniadanie. Przy okazji rozmawia z kimś przez telefon. Nadal jestem otulona pajęczyną snu i trochę mi zimno. Próbuję się przykryć kołdrą, błądzę dłonią po pościeli.

– Co pani najlepszego wyprawia? – Głęboki głos wyrywa mnie ze snu jak kostka lodu wrzucona za kołnierz.

Z trudem otwieram oczy. Podnoszę się natychmiast do pozycji siedzącej. To jednak nie Kyle, i to nic dziwnego, bo przecież rozstaliśmy się miesiąc temu. Nie umiem się pozbyć starych przyzwyczajeń. W końcu byliśmy w związku prawie osiem lat. Ten tutaj jest od niego wyższy i szerszy w barach. Ubrany w białą koszulę z rozpiętym guzikiem, stoi w nogach łóżka i wpatruje się we mnie zpełną uwagą.

Już mam wygłosić opieprz, ale brakuje mi słów.

W jego szaroniebieskich oczach czai się odrobinka rozbawienia. Zaczesane do tyłu ciemne blond włosy sprawiają, że kojarzy mi się z arystokratą.

Prześlizguje wzrokiem po mojej bluzce.

Drżącymi palcami zapinam guziki i strzepuję okruszki, a wiśniowy stanik chowam pod kołdrą.

Przełykam głośno ślinę.

Wesołość w jego oczach zastępuje lodowata obojętność.

– Zechce mi pani powiedzieć, czemu rozgościła się w mojej pościeli? – Mruży oczy.

Otwieram usta, ale słowa nie wychodzą z nich od razu. Jestem w jego łóżku?

– Przecież to mój pokój. – Rozglądam się i wskazuję dłonią na walizkę z nadrukiem świnek, jakby to był wystarczający dowód.

Mężczyzna zerka na bagaż. Kiedy tak stoi nieruchomo, przypomina posąg. Mam wrażenie, że rozważa telefon na recepcję z hotelowego aparatu, ale coś go przed tym powstrzymuje.

– Jestem pewien, że to mój pokój. Moja asystentka rezerwuje go zawsze, gdy przyjeżdżam do Nowego Jorku.

Facet mówi ze specyficznym akcentem, ale miło się go słucha. Mimowolnie przekręcam głowę. Patrzy na mnie wyczekująco. A tak… rezerwacja.

Rzucam się do torebki leżącej na podłodze i rozsypując przy okazji kosmetyki, wyciągam komórkę i odszukuję na mailu potwierdzenie. Krew krzepnie mi w żyłach, bo mój pokój to nie czterysta piętnaście, tylko sto piętnaście, ale pomyliło mi się przez tę elegancką czcionkę. A potem poprosiłam o naprawienie karty…

Czuję na policzkach gorący rumieniec. Zaczynam wydawać z siebie dziwne dźwięki, ni to słowa, ni skomlenie.

Mężczyzna przesuwa wzrok ze świnek na walizce, na rozkopane łóżko poplamione czekoladą, a potem na mnie, klęczącą na podłodze. Ma minę, jakby chciał powiedzieć: wszystko jasne.

– Zejdę do recepcji i poproszę o inny pokój.

Muszę jakoś go zatrzymać.

Serce mi gwałtownie przyspiesza.

– Ale to pana pokój – mówię, przecierając twarz. – Przepraszam, po prostu… Ostatnio nie jestem sobą.

Zerka na mnie kątem oka, zakładając marynarkę na umięśnione ramiona. Upewniam się, że wszystko mam zapięte i wstaję, by założyć buty.

– Już się zwijam.

– Proszę sobie nie robić problemu. – Idzie po swoją walizkę. – Pani już się tu rozgościła.

Zerkam na okruszki na pościeli. Boże święty. Nic dziwnego, że facet nie chce tu spać. Mam ochotę zapaść się pod ziemię razem z tą zapaskudzoną pościelą. Nikt nie powinien mnie oglądać w takiej wersji – wymiętej, potarganej... i umorusanej czekoladą. Litości. Ścierając dłonią czekoladę z kącika ust, drepczę za nim do drzwi.

– Dziękuję… za to, że nie robi pan afery. To była pańska rezerwacja. Czy to na pewno nie będzie problem?

Przeszywa mnie szarymi oczami i coś w wyrazie jego twarzy się zmienia. Uśmiecha się w sposób, od którego miękną mi kolana.

– Problem? Nie. Raczej przyjemne wspomnienie.

Otwieram szeroko oczy.

Nadal stoi w drzwiach i na mnie patrzy – z pełną uwagą. Nie wiem, co odpowiedzieć. Mam ochotę zaproponować, żeby został ijakoś się przemęczymy w tym stumetrowym apartamencie ze złotymi klamkami, ale to przecież byłoby zupełnie bez sensu.

Nadal nie wychodzi. Jego tęczówki w świetle żarówki wydają się bardziej stalowe. Zaczynam panikować, łudząc się, że myśli o tym samym.

Moglibyśmy się napić razem lampki wina, na przykład, i jeszcze trochę porozmawiać.

– Można je uczynić jeszcze przyjemniejszym – wypalam.

Czasem tak mam, że mówię, zanim pomyślę. Nawet bardzo często. A przystojniak na moment przestaje się uśmiechać.

– To znaczy, nie o to chodziło – dodaję od razu. A może…? Sama nie wiem. – Po prostu pomyślałam, że może jak się już pan zamelduje, to…

– Wypijemy drinka w hotelowym barze – kończy za mnie.

– Tak.

Kiwa głową powoli i zerka na zegarek na przegubie.

– Za pół godziny?

Przytakuję, może trochę zbyt gorliwie.

Po tych słowach wychodzi z apartamentu, pozostawiając po sobie chmurę kuszącego zapachu. Opieram się o drzwi, przyciskając dłonie do piersi i uśmiechając się jak idiotka.

2

Avery

Biorę szybki prysznic, nadal nie wierząc w tak interesujący zwrot akcji.

Oczywiście nie mam ze sobą niczego, co nadaje się na kuszącą randkę w hotelowym barze. Tylko kreacje biznesowe. W końcu decyduję się na najmniej formalny strój – chabrowa koszula i szerokie jedwabne spodnie w kolorze czerwonego wina. Z ułożoną fryzurą poprawiam karminową szminkę i wychodzę.

Wchodzę do baru na parterze, niedaleko lobby,i się rozglądam. Miękkie dźwięki fortepianu rozbrzmiewają wśród okrągłych stolików skąpanych w przytulnym świetle. Mam ochotę zapytać samą siebie: Co ja robię? Do czego to zmierza?

Przyjaciółki namawiały mnie do zainstalowania apki randkowej i umówienia się z kimś bez zobowiązań. Nie miałam na to ochoty. Teraz zdecydowanie mam i zdaje się, że znalazłam idealnego kandydata. On z daleka, ja z daleka. Pewnie nigdy więcej się nie spotkamy. Pozostanie miłe wspomnienie. Bardzo miłe. No chyba że rozmowa będzie do niczego, wtedy nic więcej nie wchodzi w grę.

Siadam przy barze i zamawiam kieliszek martini. Żałuję, że nie umówiliśmy się na konkretną godzinę. Ani nie wymieniliśmy numerami…

Mija dwadzieścia minut. Czuję się jak ostatnia frajerka, bo bez przerwy patrzę na korytarz obok lobby. Muszę do tego wykręcać szyję, co nie umyka uwadze barmana.

Gdzie podział się ten uprzejmy przystojniak? Nie wierzę, że tak długo się szykuje. A może coś się stało? Kiedy barman proponuje trzecią lampkę, odmawiam i w wisielczym humorze wracam do pokoju. Gdzieś w środku się łudzę, że czeka na mnie kartka z przeprosinami wetknięta w szparę pod drzwiami. Oczywiście jej nie ma. Przystojniak z pięknymi oczami albo miał jakiś tragiczny wypadek, co byłoby smutne, albo zwyczajnie mnie olał. Co też jest smutne.

Do północy udaję, że czytam, jednocześnie nasłuchując kroków na korytarzu.

Rano budzę się w paskudnym humorze. Robi mi się słabo na myśl, że mogę na niego trafić na śniadaniu.

Hotelowa restauracja jest tak wielka, że można się w niej zgubić. Mijam nakryte śnieżnobiałymi obrusami stoły, uginające się od dań w srebrzystych podgrzewaczach i dopadam do ekspresu. Wciskam przycisk przy napisie cappuccino. Obejmując kubek, jak koło ratunkowe, zajmuję miejsce przy oknie. Mam ochotę wsiąknąć w fotel.

Zanurzam usta w kawie i się krzywię. Obrzydlistwo.

Przechodzący obok ludzie przesuwają wzrokiem po moich ciemnych okularach ibejsbolówce.

Po kwadransie przystojniaczek z pięknymi oczami i szerokimi barami wyrasta przy stacji live cooking. A więc nie miał żadnego tragicznego wypadku.

Przez myśl przechodzi mi, żeby podejść i zapytać, co się stało. Powiedzieć, że wystarczyło przyjść na chwilę i rzucić coś w stylu: miło cię było poznać, ale jestem totalnie zmęczony.

Ciemnoskóra kobieta o talii osy podchodzi do niego i coś mówi, a on kiwa jej głową.

Chwilę później elegancik bierze dodatkową kawę i idą usiąść przy jednym ze stolików obok fortepianu. Kobieta pokazuje mu coś na tablecie, są blisko… Boże święty. Przychodzi mi do głowy scenariusz, w którym szykuje się do randki ze mną, ale pojawia się jego dziewczyna. A może nawet narzeczona. Albo żona. Rzucam im kolejne ukradkowe spojrzenie. Kobieta jest niewątpliwie piękna, a ja mam wielką ochotę wstać i wyjawić jej, z jakim fiutem się związała. Zgrzytam zębami, rozważając ten scenariusz.

Przystojniacha odwraca się na chwilę i omiata wzrokiem salę, jakby kogoś szukał. Podrywam się natychmiast i skradam się do wyjścia. Chyba mnie nie zauważyli.

Wyrzucam go z głowy. Muszę skupić się na spotkaniu biznesowym. Mam zająć się wizerunkiem firmy bankowej po ostatniej aferze. Z tego, co się dowiedziałam, to rodzinna firma przekazywana z pokolenia na pokolenie. W Szwajcarii ma renomę niemal rodziny królewskiej. Nie podano nam nazwy przedsiębiorstwa, ale googlowałyśmy czołowych graczy.

Moja szefowa, Betsy, wygrała przetarg i jednocześnie wlepiła mi to zlecenie. To taki test. Wiem o tym, już nie raz sugerowałam jej, że powinnyśmy założyć spółkę, bo tyram tak jak ona, a zarabiam pewnie jedną trzecią. Ma się zastanowić.

Dyskretnie przemykam do pokoju, by się przygotować.

Pół godziny później, zapięta na ostatni guzik i wypachniona Chanel, wsiadam do taksówki, która wiezie mnie do centrum coworkingowego, gdzie mam zarezerwowane spotkanie. Choć wmawiam sobie, że czuję się fantastycznie, wcale tak nie jest. Zwalam to na jet lag, ale w głębi serca dręczy mnie sprawa przystojnego nieznajomego.

Moja komórka wibruje w kieszeni. Wyciągam ją ze wstrzymanym oddechem.

Betsy: Trzymam kciuki!

Betsy: Daj znać, jak poszło, zaraz pod spotkaniu!

Betsy: Uważaj na szminkę na zębach.

Odpisuję drżącymi palcami.

Avery: Mam wszystko pod kontrolą.

Budynek wygląda jak biuro Google. Pod ceglanymi ścianami stoją worki sako, na których zalegają w głównej mierze rysownicy z tabletami. Wszędzie są wertykalne ogródki i drewniane lamele.

Docieram do przeszklenia z numerem pięć. W niewielkim lustrze nieopodal upewniam się, że żaden włos mi dziwacznie nie odstaje i nie mam szminki na zębach. Przez mleczne szkło widzę, że ktoś już czeka. Pętla na moim żołądku się zaciska.

W pełni gotowa naciskam klamkę i popycham drzwi.

Jeszcze nie zdążam przekroczyć progu, a moje serce staje. Przy drewnianym stole siedzi mężczyzna, przez którego założyłam dziś okulary przeciwsłoneczne. Nie pomaga fakt, że wygląda równie zabójczo jak wczoraj. A może nawet lepiej. Głośno przełykam ślinę.

Trzyrzędowy garnitur w odcieniu stali podkreśla kolor jego tęczówek. Mimo malującego się na twarzy zaskoczenia nadal wygląda jak milion dolców.

Kurna. Robię krok w tył, mamrocząc przeprosiny, ale siedząca obok niego dziewczyna natychmiast wstaje. To ona była z nim wrestauracji.

– Avery Murphy? – Jej słodki głos rozlewa się po pokoju niczym dźwięk elfich dzwonków.

Niech to! A więc to są ci ważni klienci ze szwajcarskimi korzeniami. Przenoszę wzrok na siedzącego mężczyznę. Dopiero po chwili mój rozklekotany umysł zaczyna łączyć kropki. A więc to Vardon d’Aboville we własnej osobie. Jak mogłam go nie poznać? Na jego twarz wstępuje lodowate niezadowolenie.

– Witam.

Zmuszam nogi do wejścia do środka. Spinam się, jakbym wchodziła do klatki lwa. Mam wrażenie, że z niewielkiego biura wyssano całe powietrze. Ujmuję dłoń rozpromienionej kobiety.

– Aisha Burner – mówi, trzęsąc moją ręką. – Asystentka.

Uśmiecham się tak szeroko, aż boli mnie szczęka.

– Vardon d’Aboville. – Jej towarzysz wstaje powoli, zapina guzik marynarki i wystawia w moim kierunku dłoń. Ledwo muskam jego skórę i wpatrując się w nią, przełykam ślinę.

Skup się, Avery.

– Panno Murphy – mówi niskim głosem. – Cieszę się, że udało się trafić na umówione spotkanie.

Najeżam się i unoszę podbródek. Przez chwilę patrzę na jego zaciśnięte usta, które wczoraj obiecywały przyjemny wieczór przy drinku, a dziś zwiastują kłopoty.

– Ja również się cieszę, że udało się panu dotrzeć bez przeszkód.

Posyła mi drapieżne spojrzenie i wskazuje dłonią krzesło. Jego asystentka przenosi wzrok to na mnie, to na niego.

Ukrywam trzęsące dłonie pod stołem i uśmiecham się, siadając. Podsuwam krzesło, które głośno szura, ale być może zagłusza moje walące serce. Vardon przeszywa mnie wzrokiem. Odwraca go, dając mi szansę na wzięcie oddechu. Muszę wyglądać, jakby bolał mnie brzuch. Wyjmuję swoje materiały oraz referencje od poprzednich klientów, których wyciągnęłam z bagna. To ważny kontrakt dla mnie i Betsy. Nie mogę tego spieprzyć przez niedoszłą randkę. Tylko ja mogę mieć takiego pecha. Zerkam ukradkiem na Vardona, ale on jest niezmiernie zainteresowany słojami drewna na stole. Czekam, aż powie do swojej asystentki, że zmienił zdanie.

Nic takiego się nie dzieje.

Odchrząkuję i wyciągam swoje portfolio.

– Nasza firma… Pracowałam z kandydatem na prezydenta… – Ciężko mi idzie złożenie poprawnego zdania. Aisha, widząc moje zdenerwowanie, uśmiecha się łagodnie i pokazuje mi, żebym oddychała.

– Nie gryziemy. Vardon tylko wygląda tak groźnie.

Tak. Jasne. Tylko że właściciel stalowych oczu marszczy brwi jeszcze mocniej. Dobrze, że nie obnażył zębów.

Wybucham histerycznym chichotem, który nie ma nic wspólnego z radością.

– Przepraszam, miałam kiepską noc.

Aisha kiwa przyjaźnie.

Vardon rzuca mi świdrujące spojrzenie. Przez chwilę wygląda jakby miał ochotę pokusić się o komentarz, ale gryzie się w język.

– Ja… – jąkam się – Tak naprawdę…

Facet opiera łokcie o blat i łączy kciuki. Kojarzy mi się z panterą szykującą się do skoku.

– Panno Murphy – przerywa. – Wybraliśmy pani firmę, ponieważ macie imponujące referencje, ale to jedynie tusz na papierze. Dla nas liczy się wynik. Mamy kryzys, a media tylko czekają na kolejne potknięcie. Szukamy kogoś, kto nie tylko założy opaskę uciskową, ale również zaszyje ranę. Rekiny krążą. Proszę mnie przekonać, że to akurat pani może nam pomóc.

Jego słowa wirują mi w głowie, a dłonie drżą pod stołem. Chowam je pod udami i biorę głęboki wdech.

– Panie d’Aboville. Potrzebuję zbadać tę ranę, nim wyciągnę igły. Załóżmy, że to nieintuicyjna i nielubiana aplikacja, wówczas kieruję sprawę do najlepszych specjalistów z Doliny Krzemowej, którzy ją oszlifują. Jeśli to kryzys spowodowany nieszczęśliwie dobranym słowem podczas wywiadu – robię cudzysłów w powietrzu – na pewno znajdziemy sposób, żeby go odwrócić. Zacznijmy od audytu i wtedy będziemy mogli zaplanować leczenie.

Vardon wyraźnie się najeża. Wielu ludzi ma problem ze słowem „audyt”. Ciekawe, co ukrywasz w tajniej szufladzie, Vardon?

– Czy ten kandydat został prezydentem? – pyta chropowatym głosem.

– Słucham?

Następuje chwila lodowatej ciszy.

– Czy kandydat, którym się pani zajmowała, został prezydentem? – powtarza powoli, jak gdyby miał do czynienia z kimś, kto słabo mówi po angielsku.

Unoszę brwi.

– Nie.

Vardon opiera się o krzesło i z wymowną miną patrzy na swoją asystentkę.

– Ale jest lubiany. – Prostuję się. – Nie byłam odpowiedzialna za jego program wyborczy, tylko za to, żeby nie wyglądał na psychopatęw telewizji.

Vardon wraca drapieżnym spojrzeniem na mnie, a potem uśmiecha się kącikiem ust.

– Wy, specjaliści od PR-u, zawsze macie na co zwalić swoje niepowodzenie. Jak z nami ci się nie uda, będziesz obwiniać inny dział w firmie.

– Nie obwiniać, tylko szukać przyczyny – mówię zadziornie. – Jeśli macie wycieki danych, to nie jest to broszka ludzi od PR-u, tylko problem z zabezpieczeniem sieci.

Aisha patrzy szeroko otwartymi oczami na swojego pracodawcę. Ten unosi lekko brodę, rzucając mi wyzwanie.

– Ale broszką PR-owców jest wizerunek firmy. Prezentowanie tylko dobrej i zachęcającej strony. Nie pokazałaś ludziom psychopaty, wow. Jestem pod wrażeniem tego, jak racjonalnie oceniłaś sytuację.

Już otwieram usta, żeby odpowiedzieć na tę złośliwość, ale uprzedza mnie Aisha.

– Stop. Chyba przyda nam się krótka przerwa – rzuca, patrząc wymownie na swojego przełożonego. A potem zerka na mnie. – W kafeterii na dole mają pyszną kokosową latte.

Rozumiem aluzję.

– Wrócę za kwadrans.

Mężczyzna posyła mi spojrzenie typu: Nie kłopocz się.

Zamykam drzwi i odchodzę kawałek. Stojąc przy windach, widzę, jak asystentka krąży po pomieszczeniu i gestykuluje rękami. Biuro jest wygłuszone, ale jestem w stanie domyślić się przebiegu rozmowy.

Nie mogę na to dłużej patrzeć. Po konfrontacji z Vardonem nadal drżą mi uda i z trudem docieram na dół bez potknięcia się w wysokich szpilkach.

Rozsiadam się na jednym z worków sako, mając tak naprawdę ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie.

Chwilę później widzę, jak Vardon wychodzi z windy. Podchodzi ciężkim krokiem. Irytacja zdaje się sączyć z jego porów.

– Wzywają mnie ważne obowiązki. – Kładzie nacisk na przedostatnie słowo. Unoszę brwi. – Aisha omówi z tobą dalsze kroki.

– Życzę przyjemnego robienia ludzi w balona – mamroczę do filiżanki. Widzę, jak krew odpływa mu z twarzy.

– Co powiedziałaś?

Odchrząkuję.

– Życzę miłego dnia. – Uśmiecham się sztucznie.

Vardon zaciska dłoń w pięść. Unoszę brodę, gotowa na konfrontację. Jak będzie trzeba, to wykrzyczę mu, jak fatalnie się przez niego czułam cały ranek. Spokojnie, Avery, spokojnie. To z pewnością nie byłaby korzystna zagrywka dla twojej kariery.

Drgają mu nozdrza. Już otwiera usta, ale zamiast rzucić we mnie mięsem, bierze głęboki oddech i przymyka powieki.

– Również miłego dnia – warczy.

A potem odwraca się i wychodzi z szelestem drogiego płaszcza. Mogę się założyć, że słyszałam coś o nieprofesjonalnej i zadziornej, którą następnym razem jednak wykopie z łóżka. Ale może mi się wydawało.

– Nie wiem, co go ugryzło – mówi przepraszająco Aisha.

Wzdrygam się, bo nie zauważyłam, kiedy podeszła.

– Nigdy się tak nie zachowuje.

– Może wstał lewą nogą. – Macham ręką, jakbym spotykała się z takim zachowaniem na co dzień. Wstaję z worka sako z gracją żółwia przewróconego na plecy.

Poprawiam spódnicę i odruchowo zerkam na Vardona. Posyła mi miażdzące spojrzenie. Mnie i mojej spódnicy. A potem wsiada do taksówki.

Jestem pewna, że teraz rozmowy pójdą łatwiej.

3

Vardon

Mam wrażenie, że pulsuje mi skroń. Dotykam jej, jednocześnie odbierając telefon. To Raphe, mój młodszy brat.

– Halo? – Wita mnie wybuch śmiechu. – Czego? – pytam.

Przyciemniane szyby pogrążają wnętrze limuzyny w kojącej ciemności.

– Co tak ostro?

Przypominam sobie przedpołudnie z pyskatą niespodzianką. Odruchowo sztywnieję.

– Spotkanie z babką od PR-u się nie udało? – zgaduje mój brat. Rozpieram się wygodniej w fotelu, aż tapicerka skrzypi. Rzadko ktoś ma odwagę wyprowadzić mnie z równowagi, ale Avery zdecydowanie ma tutaj potencjał.

– Wyobraź sobie taką sytuację: wchodzisz do swojego pokoju, a tam śpi dziewczyna, bardzo atrakcyjna zresztą… Okazuje się, że to pomyłka recepcji, ale w końcu szlachetnie oddajesz kobiecie swój pokój, a sam idziesz do ciasnego studia na pierwszym piętrze.

– Oddałeś jej swoje wyro? Tak po prostu? Musiała być nie tylko gorąca. Tylko, co ona ma do spotkania ze specjalistką od PR-u?

– Ma z nią za dużo wspólnego.

Krzywię się, bo myśl o niej nie dawała mi spokoju przez całą noc w ciasnym pokoju. Bycie szlachetnym to nie moja cecha. Każdy ruch to inwestycja.

– Nie tak po prostu.

Mój brat milknie. Jego wrodzona naiwność czyni go ślepym, ale już trochę mnie zna. Kiedy coś mu się pokaże palcem, łapie.

– Czyli przeleciałeś babkę od PR-u, nie wiedząc, że to babka od PR-u?

Narasta we mnie irytacja. Muszę powiedzieć to głośno. Poprawiam kołnierzyk.

– Wystawiła mnie.

Następuje chwila ciszy. A po niej mój szanowny brat zaczyna się dusić ze śmiechu. Wypuszczam długo powietrze.

– Nie wiem, po co zarząd nam ją wciska.

– Bo widzi KPI.

– Nie sądzę, żeby była w stanie naprawić nasze KPI. Jest strasznie przeciętna – odpowiadam, niezgodnie z prawdą.

Można wiele o niej powiedzieć, ale nie to, że jest przeciętna. Jest kobietą, a ja nie ufam im na kredyt.

Ech… Po tamtej sytuacji liczba klientów drastycznie spadła.

Odeszło osiemdziesiąt procent kobiet. Połowa Stanów uważa mnie za zimnego sukinsyna. Niektórzy wylewają pomyje na auto po tym, jak wsiądę. Pod siedzibą firmy odbył się protest.

Milczący szofer wymija kilka samochodów po kończącym się pasie i wbija się w korek z przodu.

Słychać klaksony i przekleństwa.

– KPI to akurat ona ma zajebiste. Widziałeś jej raporty? Skuteczność wygaszania afer medialnych w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.

Prycham.

– W tyle czasu afera sama wygasa.

– Twoja jakoś nie chce wygasnąć. – Na wspomnienie tych wszystkich niewybrednych memów i komentarzy mam wrażenie, że kawał lodu wpada mi do żołądka. Przymykam ciężkie powieki. – Dasz jej szansę?

– Sam nie wiem dlaczego. – Wodzę palcami po wystającej nitce przy szwie marynarki. – Aisha ma się nią opiekować, ale i ja będę miał na nią oko. Chętnie wręczę jej wypowiedzenie, jak tylko się potknie.

Naciągam nitkę szybkim ruchem, aż wrzyna mi się w czerwoną skórę i pęka z cichym trzaskiem.

– Myślę, że traktujesz to zbyt osobiście – stwierdza mój brat. – Może zwyczajnie zasnęła? Może czekała gdzieś indziej?

Przesuwam palcami po nogawce spodni, a potem zaciskam je w pięść.

– Po godzinie czekania sprawdziłem wszystkie kąty. W bistro na dole też jej nie było.

– Proponuję z nią o tym porozmawiać.

Wolałbym nie.

– Może kiedyś. Mam ważniejsze sprawy na głowie – mruczę, wyjmując laptop.

Brat zaczyna nawijać o mądrościach mojego wuja, więc jeszcze szybciej mam ochotę się rozłączyć. Uchylam klapę MacBooka. W uchwycie obok stoi kawa. Uruchamiam Outlooka i pierwszy mail od mojej asystentki to podsumowanie spotkania z Avery. Otwieram wiadomość, niemal zgrzytając zębami.

Nie ma tu nic nadzwyczajnego. Avery od poniedziałku zaczyna audyt w naszej filii w Nowym Jorku. Mimowolnie otwieram jej CV, które zostało załączone do maila.

Avery studiowała na Harvardzie. Ta agencja PR to jej pierwsza praca. Zaciskam usta, bo okazuje się, że mało brakowało, a mógłbym ją kiedyś spotkać na kampusie. Po chwili wahania wpisuję jej nazwisko w Google, tłumacząc sobie, że przecież prześwietlam potencjalną pracownicę. Być może chciałbym znaleźć jakiś haczyk.

Niestety, Avery Murphy w Internecie wygląda nieskazitelnie. Otwierają mi się same jej zdjęcia w biznesowych strojach, które nie mają nic wspólnego z dziewczyną w rozpiętej bluzce na moim łóżku. Co za ironia.

A może Avery przejrzała moją zagrywkę? Jedno jest pewne: zapowiada się ciekawy tydzień w pracy.

4

Avery

I jeszcze jedno. Nie wiem, czy jesteś świadoma skandalu sprzed czterech miesięcy? Nadal odbija się nam czkawką. – Aisha szuka czegoś w telefonie. Patrzę na jej długie paznokcie z diamencikami, którymi przesuwa po galerii zdjęć.

– Szczerze mówiąc, nie.

Odwraca komórkę w moim kierunku, a ja się nachylam. Napinam ramiona, widząc Vardona bez koszulki; leży w białej pościeli i przeciera ręką zmierzwione włosy. Jego wzrok jest odległy, wbity w jakiś punkt poza kadrem. Mam wrażenie, że nie jest świadomy kamery. Uśmiecha się tak seksownie, że aż podskakuje mi serce.

– Jeśli chodzi o kobiety… – Jego głos jest jak satyna sunąca po nagiej skórze – każda pragnie być wyjątkowa. Wystarczy je tym karmić, a zrobią wszystko.

Film się ucina.

Otwieram szeroko oczy i mrugam. No nie wierzę! Co za świnia! Przenoszę oburzony wzrok na Aishę.

– To oczywiście zmanipulowany obraz. Kilka miesięcy temu pewna kobieta szantażowała go, ale nie uległ. Opublikowała to nagranie.

– Czyli tego nie powiedział?

– Powiedział, że kontekst był szerszy – odpowiada Aisha. – Tamta żmija celowo skierowała tory rozmowy na manipulację. Wcześniej mówił, jak jego zdaniem steruje się mężczyznami.

Nie wiem, co powiedzieć. To coś, co będzie tak „łatwo” wyczyścić, jak wino z białej bluzki. Moja mina mówi sama za siebie.

– On nie jest taki – zapewnia mnie Aisha, chowając telefon. – Traktuje kobiety z szacunkiem.

Odruchowo prycham, więc Afroamerykanka natychmiast przenosi na mnie wzrok.

– Dziś nie był sobą. Nie wiem, co się stało. Zapewniam, że dalsza współpraca będzie w porządku.

Jakoś w to wątpię… Uśmiecham się tak mocno, że aż boli mnie szczęka.

– Z pewnością – odpowiadam i ujmuję jej smukłą dłoń na pożegnanie.

Aisha wychodzi pospiesznie, posyłając mi uśmiech. Już wybiera numer i gdzieś dzwoni. Wypuszczam powietrze ze świstem.

– Sala wolna? – Z rozmyślań wyrywa mnie głos blondasa w garniturze.

– A skąd, mam jeszcze pół godziny – odpowiadam i zamykam mu drzwi przed nosem. Przekręcam zamek w drzwiach i przez mleczne szkło śledzę wzrokiem oddalającą się sylwetkę. Cisza dzwoni mi w uszach.

Zajmuję welurowe krzesło i przez kilka chwil po prostu siedzę z łokciami na biurku i dłońmi na skroniach, próbując rozmasować przenikliwy ból głowy. W co ja się najlepszego wpakowałam? Moment mistycznej ciszy przerywa wibrująca komórka na blacie. Pojawiają się chmurki z czatu.

Betsy: Już chyba jesteś po spotkaniu???

Betsy: Halo? Czekam na update.

Odsuwam złowieszcze urządzenie na drugą część blatu. Na ekranie pulsuje zdjęcie mojej Betsy, obwieszczając nowe połączenie. Nie wiem, co jej powiedzieć. Że klient to dupek? Wpatruję się w jej słomkowy warkocz, czekając aż spłynie na mnie jakieś olśnienie.

Odbieram z pewnym oporem.

– Halo?

– Avery! Czemu się nie odzywasz? Miałaś zdać mi raport od razu po spotkaniu.

Przewracam oczami i tłumię jęk.

– Spotkanie było bardzo udane – kłamię, a słowa smakują w moich ustach jak rdza. – Pan d’Aboville niestety musiał szybko wyjść, ale jego asystentka mi wszystko wyjaśniła. Mamy to.

Chwilę ciszy przerywa przeciągły oddech Betsy. Przymykam oczy gotowa na tyradę, ale zamiast tego słyszę pisk po drugiej stronie linii.

– Zaczynam audyt – odpowiadam, odsuwając słuchawkę od ucha.

– Och, Avery to wspaniale. Cieszę się, naprawdę. Po tym zleceniu wciągnę cię do spółki. Oczywiście jak wszystko będzie okej.

Oczywiście.

Wydaje mi się, że coś podobnego słyszałam już wcześniej. Przy pracy z kandydatem na prezydenta. Betsy później wykręcała się, że on nie był do końca zadowolony, bo nie wygrał wyborów, dlatego tym razem, niestety, awans nie był możliwy. Moje argumenty, że jego poparcie wzrosło o dwadzieścia osiem procent w sondażach, na nic się nie zdały. Ciekawa jestem, czy teraz Betsy coś wymyśli, żeby się wykręcić. Ogólnie liczę, że zachowa się uczciwie, ale gdzieś z tyłu głowy kiełkuje uczucie, że daję się robić w balona.

– Wszystko będzie na medal – zapewniam, jednocześnie krzyżując palce. Czuję pod skórą, że szykuje się trudna praca. Powinnam pewnie wyśpiewać Betsy prawdę o niefortunnym nieporozumieniu. Jednak istnieje ryzyko, że mnie z tego zlecenia wycofa i szanse na awans zostaną włożone do szuflady „wieczne nigdy”.

Po pożegnaniu chowam telefon do torby i zamykam szybko zamek, jakbym mogła się poparzyć. Kolejny długi wdech.

Ktoś głośno puka do drzwi. Przez mleczne szkło widzę sylwetkę blondasa.

– Mam jeszcze pięć minut – warczę.

Zastanawiam się, czemu Aisha zdecydowała się zorganizować spotkanie w strefie coworkingowej, a nie w siedzibie firmy. Zauważyłam, że wszystko jest tu poufne i ściśle tajne. Kazano mi iść do sądu po zaświadczenie o niekaralności.

***

Po dwóch godzinach stania w kolejce na wysokich obcasach załatwiłam sprawę. Znużona i niewyspana, wracam do hotelu, myśląc o tym, by wskoczyć w szlafrok i skorzystać ze strefy SPA.

Kiedy przekraczam próg lobby, od razu go widzę. To jest jak uderzenie w splot słoneczny. Vardon siedzi z laptopem nieopodal pianisty. Rozparty na fotelu jak król, z marynarką odwieszoną na krześle obok, wygląda jak model z reklamy najdroższych whiskaczy. Ignoruję serce, które na moment się zatrzymuje.

– Proszę. W końcu udało się odnaleźć bar... – mamroczę pod nosem.

Pianista przerywa, żeby napić się wody.

Prycham, niechcący zwracając uwagę Vardona. Szare oczy przyszpilają mnie w miejscu. Już mnie widzi, więc za późno, nie mogę bezczelnie uciec. Macham mu dłonią, uśmiechając się sztucznie. Patrzy na mnie, jakby zobaczył ducha, więc nie mając zamiaru czynić tej sytuacji jeszcze bardziej niezręczną, zwyczajnie ruszam do wind. Niestety, jestem trochę rozkojarzona i uderzam skronią w coś twardego. Powietrze ucieka mi z płuc, cały świat wiruje niebezpiecznie. Nie panuję nad ciałem. Asekuruję się dłońmi po drugiej stronie wózka. Konstrukcja się przechyla i po chwili huk metalu niesie się po całym lobby. Na pośladkach czuję chłód klimatyzacji, więc z pewnością wszyscy, włączając w to Vardona, mają teraz niezły widok. Psia mać.

Lokaj coś do mnie krzyczy, próbując podnieść wózek, ale oczywiście ze mną na pokładzie to niełatwe zadanie. Ból przeszywa mi środek czoła, a łzy stają w oczach.

Na mojej pupie czuję ciepło materiału, akąt widzenia przykrywa cień. Już rozpoznaję ten zapach… To Vardon. Będę musiała wykrztusić podziękowania!

– Nic ci nie jest? – Ciężar torby na moich plecach znika.

– Pomijając upokorzenie, żyję.

Chwilę później ktoś chwyta mnie w talii i ostrożnie unosi do pionu z taką łatwością, jakbym nic nie ważyła. Żar jego palców przenika przez cienką warstwę bluzki i sprawia, że moje mięśnie napinają się jak postronki.

Zdążam posłać lokajowi zdegustowane spojrzenie, a potem Vardon kładzie dłonie na mojej talii i pod kolanami. Unosi mnie ostrożnie i sadza na welurowy fotel obok pianisty, po czym okrywa mnie swoją marynarką.

– Dobry – witam się z facetem, który teraz zastygł z dłońmi na klawiaturze.

Słyszę, jak ktoś mówi: „Uderzyła się w głowę”.

W zasięgu mojego wzroku pojawia się twarz z idealnie wyciosaną szczęką. Vardon uważnie bada wzrokiem miejsce na moim czole, które pulsuje żywym ogniem. Odruchowo chcę dotknąć tam palcami, ale nim to robię, mężczyzna łapie mnie za nadgarstek i powstrzymuje. Ktoś podaje mu zawiniątko, które po zetknięciu z moim czołem okazuje się lodem zapakowanym w chustkę. Syczę z bólu.

– Trzymaj – mówi Vardon.

Wykonuję polecenie, a on wstaje. Przechodzi mnie dreszcz niezadowolenia, że zamierza mnie tu zostawić.

Ale Vardon podnosi palec, jak gdyby chciał wygłosić pouczenie. Myślałam, że poda mi picie, a nie…

Ona przesuwa nim przed moją twarzą, w lewo i w prawo. Powoli… niemal czuję jego dotyk.

– Wiesz, kto jest obecnym prezydentem?

Wodzę wzrokiem za palcem, który prawie muska mnie po nosie.

– Facet, którego rzeźbią z szynki konserwowej, pikli i sera. I jest zaskakująco podobny – odpowiadam bez chwili wahania.

Palec sunie do góry, a ja podążam za nim wzrokiem. Zerkam na pełne usta Vardona. Czy jeden kącik się podniósł? Przez ten wypadek mam dreszcze na rękach. Przez wypadek, nie inaczej!

– A wiesz, kto właśnie uratował ci życie? – pyta z cieniem uśmieszku.

Marszczę brwi.

– Bez przesady. Wiem, kto uwielbia łechtać swoje ego.

Vardon zwraca się do ludzi, którzy się wokół nas zebrali.

– Nic jej nie będzie.

Wokół słyszę kroki.

Promienisty ból rozchodzi się od miejsca uderzenia po całej czaszce.

Muszę wyglądać jak siedem nieszczęść. Vardon po chwili znika mi z pola widzenia. Przymykam oczy. Dobrze, niech idzie, ja jeszcze chwilę sobie posiedzę.

Otwieram oczy, gdy stawia szklankę ze świeżą wodą na stoliku obok.

Grzebie chwilę w swojej teczce, a ja wcale nie patrzę przez półprzymknięte oko, jak ta koszula świetnie na nim leży.

– Weź to. – Słyszę szelest blistra z kapsułkami.

– Co to?

– Leki przeciwbólowe i przeciwzapalne.

Krzywię się, patrząc na tabletki giganty.

– Tak mocno cię boli? Zabrać cię na pogotowie?

Kręcę głową.

– Już mniej. – Po tych słowach, jak na złość, kolejna fala bólu przeszywa mi skroń.

– Wygląda to inaczej.

Podsuwa mi tabletki pod nos. Wydają się wielkie i ciężkie jak naboje.

Od napięcia bolą mnie policzki, które dodatkowo rozgrzewają się jak dwa palniki.

– Chyba jednak podziękuję.

Vardon nie zamierza ustąpić. Lekarstwa nie znikają.

Wpatruję się w załamanie skóry na jego wypastowanym bucie i wstrzymuję powietrze. No dobra, powiem to.

– Nie przełknę – wyznaję przez zęby. Vardon dalej nic nie mówi, ale coś lśni w jego oczach. Nie zabrał ręki z blistrem.

– Zanim mnie będziesz namawiać, od razu mówię, nie przełknę takiego bydlaka.

Wskazuję podbródkiem na pastylkę, która jest wielkości połowy mojego małego palca.

– Och, Avery… – Smakuje moje imię, jakbym była jakąś zabawną zagadką.

Ponownie się oddala. Mam nadzieję, że wreszcie sobie poszedł, ale po chwili wraca z dwoma łyżkami. Przyglądam się, jak wyciska tabletkę z blistra na łyżkę. Odruchowo odrobinę się odsuwam.

– Co robisz? – pytam podejrzliwie.

Vardon miażdży lek, a jego duże dłonie przypominają imadło. Rozlega się chropowaty dźwięk kruszenia osłonki, od którego przechodzi mnie dreszcz.

– Teraz chyba zmieści ci się do buzi.

Czuję nagłe uderzenie gorąca. Serio, Avery? Koleś przed chwilą uratował cię od wstrząsu mózgu, a ty masz skojarzenia. Ale zapewnił inny wstrząs. Odruchowo rozchylam wargi.

Vardon podaje mi proszek z odrobiną wody na łyżce prosto do ust. Wsuwa chłodny metal na mój język. Smak jest tak chemiczny i gorzki, że momentalnie wykręca mnie na drugą stronę.

– Obrzydlistwo.

– Popij. – Przykłada mi chłodną krawędź szklanki prosto do ust.

– Dobrze, mamo – odpowiadam i przełykam zimną wodę.

Smak jest naprawdę nieznośny, cierpki i paraliżujący.

Vardon przygląda mi się z tą swoją miną zadowolonego drapieżnika.

– Wolałbym tatuśku.

Uważnie przygląda się mojej reakcji, a ja chyba trochę blednę. Parskam, a jednocześnie przechodzi mnie gorący prąd.

Dzwoni jego komórka i rzuca okiem na ekran.

– Muszę odebrać.

Kiwam głową, po czym śledzę wzrokiem, jak wychodzi przez przeszklone drzwi na ulicę z telefonem przy uchu. Staje wyprostowany, emanując pewnością siebie. Mijające go kobiety wyraźnie okazują swoje zainteresowanie nieśmiałymi uśmiechami. Żadna jednak nie ma na tyle szczęścia, żeby odpowiedział tym samym. Od czasu do czasu zerka kontrolnie w moją stronę, a ja wtedy jeszcze bardziej zakrywam się chusteczką od lodu, żeby nie widział, że się na niego gapię. Podejrzewam, że coś się pali, bo Vardon się rozłącza i dzwoni ponownie. Mija kilka minut, aż w końcu kończy rozmowy i wraca do środka.

Ignoruję ścisk żołądka.

– Możesz wstać? – pyta.

Kiwam głową i podnoszę się z fotela. Na ramionach mam jego marynarkę, która pachnie perfumami z nutą drzewa sandałowego.

– Spróbuj przejść w linii prostej do mnie. – Odchodzi tyłem kilka kroków i macha palcami, żebym się zbliżyła.

Czuję, że to dalsza część badania.

Robię powoli krok za krokiem. Vardon nie spuszcza ze mnie oka. Aż w końcu docieram do niego. Nie wiem, czemu on się nie odsunął ani czemu ja podeszłam tak blisko. Jedno wiem na pewno. Serce wali mi jak oszalałe, bo niemal czuję żar bijący spod jego białej koszuli. W porę jednak przypominam sobie, że mnie wystawił, więc robię odruchowy krok w tył. Vardon przypatruje mi sięw milczeniu.

– Wszystko w