Indigo Ridge - Devney Perry - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Indigo Ridge ebook i audiobook

Devney Perry

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

104 osoby interesują się tą książką

Opis

Winslow Covington, nowa komendantka policji w Quincy, ma przed sobą trudne pierwsze zadanie – musi udowodnić mieszkańcom, że zasłużyła na to stanowisko. Według jej dziadka wystarczy jedno: zdobyć sympatię rodziny Edenów. Przekonanie założycielskiego rodu miasteczka byłoby jednak znacznie łatwiejsze, gdyby nie jej jednonocna przygoda z najstarszym synem Edenów. Doszło do niej, gdy Winslow dopiero co przybyła do Quincy i nie miała pojęcia, że ten szorstki, a jednocześnie czarujący mężczyzna należy do lokalnej „rodziny królewskiej”.
 
Spędzenie nocy z Griffinem było ogromnym błędem. Facet jest arogancki, nie do zniesienia i nieustannie daje wszystkim do zrozumienia, że nowa komendantka nie należy do ich społeczności. Winslow stara się go unikać, ale gdy na terenie należącym do Edenów zostaje znaleziona martwa kobieta, nie mają wyboru i muszą zacząć współpracować.
 
Kiedy nieustępliwość Winslow prowadzi do wyjawienia kolejnych sekretów, Griffin zaczyna dostrzegać w niej coś więcej. Jest piękna, inteligentna – i zdecydowanie trudno jej się oprzeć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 352

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 33 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Dominika Sell-KukułkaMarcin Władyniak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2021 by Devney Perry LLC

Published by the Agreement with The Seymour Agency, USA and Book/lab Literary Agency, Poland

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik, 2026

Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska

Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Anna Nowak, Magdalena Białek

Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Ilustracja na okładce: © Malte Mueller | GettyImages

Fotografia autorki na skrzydełku: © Lauren Perry

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-84-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

www.czwartastrona.pl

Prolog

– Myślisz, że polecisz, ptaszyno?

Głos jak z koszmaru poniósł się szeptem na wietrze.

Kamienie u podnóża karego klifu błyszczały srebrzyście w blasku księżyca. Ciemność, czarna i nieskończona, zaczęła ciągnąć za postronek przy mojej kostce, więc zrobiłam krok w stronę krawędzi.

Czy latanie będzie boleć?

– Przekonajmy się.

Rozdział 1Winslow

– Mogę jeszcze…

Barman przeszedł obok, nawet nie zwalniając kroku.

– Jeszcze! – mruknęłam, osuwając się na bar.

Dziadek powiedział, że w tej knajpie zbierają się miejscowi. Nie tylko znajdowała się dość blisko mojego nowego domu, bym mogła przyjść tutaj na piechotę, gdybym nie chciała prowadzić, ale też od teraz sama zaliczałam się do miejscowych. Dzisiaj oficjalnie zostałam mieszkanką Quincy w stanie Montana.

Wyjaśniłam to barmanowi, prosząc o kartę win. Uniósł krzaczastą siwą brew i popatrzył na mnie podejrzliwie, a ja porzuciłam marzenia o kieliszku caberneta, zamiast tego zamawiając wódkę z tonikiem. Drink pozbawił mnie resztek siły woli i za chwilę poprosiłam też o cytrynę.

Kostki lodu zastukały w szklance, gdy zamieszałam napój różową plastikową słomką. Barman zignorował również ten dźwięk.

Przy Main Street stały dwa bary – zdaniem dziadka o tej porze roku były nastawione na turystów. Mimo to żałowałam, że na świętowanie swojej pierwszej nocy w Quincy nie wybrałam żadnego z nich. Jeśli sądzić po zachowaniu barmana, też tego żałował, uznawszy mnie za zbłąkaną turystkę.

Willie’s było mordownią i niekoniecznie wpisywało się w mój gust.

Barmani w centrum raczej nie ignorowali swoich klientów, a ceny drinków były zapisane w menu, nie trzeba było liczyć palców pokazywanych przez pomarszczoną dłoń.

Mężczyzna wydawał się niemal tak stary jak ten ciemny, zapyziały budynek. Jak w większości małomiasteczkowych knajp w Montanie, na ścianach wisiało tu pełno neonów i znaków towarowych różnych piw. Półki uginały się pod rzędami butelek, które odbijały się w lustrze na ścianie naprzeciwko. W pomieszczeniu stało mnóstwo stolików, każdy wolny.

Willie’s w niedzielę o dziewiątej wieczorem było praktycznie puste.

Miejscowi pewnie relaksują się gdzieś indziej.

Poza mną przyszedł tylko jeden klient i siedział przy drugim końcu baru, na ostatnim stołku. Pojawił się dziesięć minut po mnie i wybrał miejsce tak daleko, jak tylko mógł. Byli z barmanem jak dwie krople wody, mieli takie same białe włosy i krzaczaste brody.

Bliźniacy? Wyglądali na tak starych, że nie zdziwiłabym się, gdyby to oni zakładali tę knajpę. Może jeden z nich nazywał się Willie.

Barman zauważył, że na niego patrzę.

Uśmiechnęłam się i zagrzechotałam kostkami w szklance.

Zacisnął usta, ale zrobił mi następnego drinka. Podobnie jak pierwszego, postawił go przede mną bez słowa, pokazując trzy palce.

Obróciłam się, by sięgnąć do torebki i wyciągnąć kolejnego piątaka, bo najwyraźniej otwarcie rachunku nie wchodziło nomen omen w rachubę. Jednak zanim zdążyłam wyjąć banknot, wnętrze sali popieścił czyjś głęboki i chrapliwy głos.

– Hej, Willie.

– Griffin, witaj. – Barman kiwnął głową.

Czyli jednak nazywał się Willie. I nie był niemową.

– To, co zwykle? – zapytał Willie.

– Tak. – Mężczyzna z niesamowitym głosem, niejaki Griffin, zaszurał stołkiem dwa miejsca ode mnie.

Kiedy jego wysokie, barczyste ciało umościło się na siedzisku, dotarł do mnie jego zapach. Wyprawiona skóra, wiatr i piżmo przegoniły z mojego nosa zatęchłą woń knajpy. Od razu uderzyły mi do głowy.

Taki mężczyzna potrafił ściągnąć na siebie uwagę kobiety.

Wystarczyło jedno spojrzenie na jego profil i nagle drink przestał być potrzebny. Zamiast tego spijałam widok tego człowieka, od stóp do głów.

Rękawy jego czarnej koszulki opinały się na wyrzeźbionych bicepsach i podkreślały jego barki, kiedy położył łokcie na barze. Brązowe włosy były niedbale przeczesane i kręciły się tuż nad karkiem. Opalone przedramiona były przyprószone tak samo ciemnymi włoskami, a wyraźnie rysujące się muskuły – oplecione żyłami.

Nawet gdy siedział, dało się zauważyć, że miał długie nogi i uda grube jak pnie drzew rosnących w lesie za miastem. Poszarpane brzegi spłowiałych dżinsów omiatały czarne kowbojki. Kiedy się poruszył, dostrzegłam błysk srebrno-złotej sprzączki paska.

Jeśli nawet jego głos, zapach i kwadratowa szczęka by nie wystarczyły, by pociekła mi ślinka, ta sprzączka przelałaby czarę.

Jednym z ulubionych filmów mojej mamy były Wichry namiętności. Kiedy skończyłam szesnaście lat, pozwoliła mi go obejrzeć i obie się popłakałyśmy. Zawsze gdy za nią tęskniłam, włączałam ten film. Płyta już się porysowała, a pudełko przestało się zamykać, bo tyle razy go oglądałam właśnie dlatego, że kojarzył mi się z mamą.

Zawsze zachwycała się Bradem Pittem w roli seksownego kowboja.

Gdyby mogła zobaczyć Griffina, też by jej pociekła ślinka. Chociaż brakowało mu kapelusza i konia, facet był jakby żywcem wyjęty z fantazji.

Uniosłam szklankę do ust i upiłam łyk zimnego napoju, odrywając wzrok od przystojnego nieznajomego. Wódka paliła mi gardło, alkohol szybko uderzył do głowy. Stary Willie mieszał mocne drinki.

Gapiłam się bezwstydnie. To było niegrzeczne i oczywiste. A jednak kiedy odstawiłam szklankę, mój wzrok od razu wrócił do Griffina.

Przeszywające spojrzenie błękitnych oczu już na mnie czekało.

Zabrakło mi tchu.

Willie zaserwował kowbojowi bursztynowy płyn w szklance pełnej lodu, a potem, nie pokazując żadnych palców, odszedł.

Griffin upił łyk, tylko jeden, poruszyło się jego jabłko Adama, po czym od razu przeniósł uwagę z powrotem na mnie.

Intensywność jego spojrzenia była równie upajająca jak to, czym właśnie się raczyłam.

Patrzył na mnie bez skrępowania. Jawnie okazywał swoją żądzę. Pożerał wzrokiem moje ciało obleczone w czarną koszulkę i porwane dżinsy, które włożyłam rano przed wymeldowaniem się z pokoju w hotelu w Bozeman.

Spędziłam cztery i pół godziny w swoim Dodge Durango, jadąc do Quincy z przyczepką. Kiedy dotarłam na miejsce, od razu zaczęłam wypakowywać rzeczy, przerwę zrobiłam tylko na kolację z dziadkiem.

Po całym dniu dźwigania kartonów byłam w opłakanym stanie. Włosy zebrałam w kucyk, a poranny makijaż już dawno musiał spłynąć. A jednak zachwyt w spojrzeniu Griffina sprawiał, że obmyła mnie fala pożądania.

– Cześć – wypaliłam.

Nieźle, Winn.

Jego oczy świeciły jak dwa idealne szafiry otoczone długimi rzęsami w kolorze sadzy.

– Cześć.

– Jestem Winn. – Wyciągnęłam rękę.

– Griffin. – Gdy tylko dotknęła mnie jego ciepła, szorstka dłoń, poczułam na skórze fajerwerki łaskotek. Przeszedł mnie dreszcz.

Ja pierdzielę. Iskra, która przeskoczyła między nami, wystarczyłaby do uruchomienia szafy grającej, która stała w kącie.

Skupiłam się na drinku, pijąc go łapczywie, zamiast sączyć. Lód nijak mnie nie chłodził. Kiedy ostatni raz spodobał mi się jakiś facet? Minęły chyba lata. A i tak tamto uczucie nie umywało się do tego, co buzowało we mnie w ciągu tych kilku minut obok Griffina.

– Skąd jesteś? – zapytał.

Podobnie jak Willie, z pewnością wziął mnie za turystkę.

– Z Bozeman.

Pokiwał głową.

– Studiowałem na Montana State.

– Za Bobcatów. – Uniosłam szklankę do toastu.

Griffin odwzajemnił gest, po czym przystawił krawędź swojego drinka do pełnych ust.

Znowu bezwstydnie się na niego gapiłam. Może przez te jego wyraziste kości policzkowe, które nadawały jego twarzy charakter. A może prosty nos z lekkim garbem. Albo te ciemne, masywne brwi. Nie był zwyczajnym przystojniakiem. Na widok Griffina kobiety z pewnością miały kisiel w gaciach.

A skoro przyszedł do Williego… musiał być stąd.

Czyli nie mogłam się do niego zbliżać. Niech to szlag.

Przełknęłam rozczarowanie razem z kolejnym łykiem wódki.

Dało się słyszeć szuranie, kiedy Griffin przesiadł się na stołek obok mnie. Znowu oparł się rękami o bar, postawił między nimi szklankę i wychylił się do przodu. Jego ogromne ciało znajdowało się tak blisko, że czułam emanujące z niego ciepło.

– Winn. Ładnie.

– Dzięki.

Moje pełne imię to Winslow, jednak mało osób zwracało się do mnie inaczej niż Winn albo Winnie.

Minął nas Willie i zmarszczył brwi, patrząc na niewielką przestrzeń dzielącą mnie od kowboja. Potem dołączył do swojego sobowtóra.

– Oni są spokrewnieni? – zapytałam, zniżając głos.

– Po naszej stronie baru siedzi Willie senior. Junior serwuje alkohol.

– Ojciec i syn. Ciekawe. Wzięłam ich za bliźniaków. Czy Willie senior ma tak samo ujmującą osobowość, co Willie junior?

– Jest gorszy. – Griffin zaśmiał się pod nosem. – Za każdym razem, gdy wpadam do miasta, jest jeszcze większą zrzędą.

Zaraz. Czy to oznacza…

– Czyli nie mieszkasz w mieście?

– Nie. – Pokręcił głową, sięgając po drinka.

Ja zrobiłam to samo, chowając uśmiech za szklanką. Nie był miejscowy, a to z kolei dawało mi zielone światło do flirtowania. Dziękuję, Quincy.

W moim umyśle tłoczyła się setka osobistych pytań, ale wszystkie odrzuciłam. Skyler kiedyś krytykował mnie za uruchamianie trybu przesłuchania w ciągu pierwszych dziesięciu minut nowej znajomości. To był jeden z wielu jego problemów ze mną. Wykorzystywał licencję coacha jako wymówkę, by wskazywać mi każde najdrobniejsze potknięcie w naszym związku. I w życiu w ogóle.

Tymczasem okazał się zwykłym dupkiem i teraz nie miałam najmniejszego zamiaru go słuchać.

Mimo to nie powinnam bombardować tego człowieka pytaniami. Nie mieszkał tutaj, więc postanowiłam zachować swoją dociekliwość dla miejscowych – którzy mnie wybrali.

Griffin popatrzył na drugi koniec pomieszczenia i pusty stół do shuffleboardu.

– Zagramy?

– No… w porządku, ale nigdy jeszcze w to nie grałam.

– Zasady są łatwe. – Zsunął się ze swojego stołka, poruszając się z gracją, jaką rzadko można było zobaczyć u mężczyzn jego postury.

Podążyłam za nim, nie odrywając wzroku od najlepszego męskiego tyłka, jaki kiedykolwiek widziałam. No i nie mieszkał tutaj. Niewidzialny chór przysiadł na zakurzonych belkach przy suficie i zaintonował pieśń pochwalną.

Griffin zatrzymał się przy jednym końcu stołu, a ja podeszłam do drugiego.

– Okej, Winn. Przegrany stawia następną kolejkę.

Całe szczęście miałam przy sobie gotówkę.

– Dobra.

Griffin poświęcił dziesięć minut na tłumaczenie mi zasad i demonstrowanie, w jaki sposób przesuwać krążki po gładkiej powierzchni w stronę wyznaczonych linii. Potem zagraliśmy, wielokrotnie. Po następnej kolejce oboje przestaliśmy pić, ale żadne z nas nie dało znać, że chce już wyjść.

Czasami udawało mi się wygrać. Czasami nie. A kiedy Willie w końcu oznajmił, że zamyka, ruszyliśmy razem na ciemny parking.

Obok mojego Durango stał przykurzony czarny truck.

– Było miło.

– Owszem. – Uśmiechnęłam się do Griffina, czując, jak pieką mnie policzki. Nie flirtowałam otwarcie z taką radością, odkąd… no, w sumie po prostu nigdy. Zwolniłam kroku, bo powrót do domu to ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę.

Griffinowi chyba chodziło po głowie coś podobnego, bo jego kowbojki zatrzymały się na chodniku. Przysunął się.

Winslow Covington nie brała kochanków na jedną noc. Za bardzo zajmowało mnie marnowanie wielu lat na niewłaściwego mężczyznę. Griffin też nie był tym właściwym, ale praca w policji mnie nauczyła, że czasami nie chodziło o to, by wybrać to, co właściwe. Niekiedy należało odpowiednio wybierać to, co niewłaściwe.

Tego wieczoru wybrałam Griffina.

Dlatego pokonałam resztki dzielącego nas dystansu i stanęłam na palcach, żeby moje dłonie mogły się zakraść w górę tego twardego, płaskiego brzucha.

Griffin był wysoki, mógł mierzyć nawet metr dziewięćdziesiąt. Jako że sama miałam metr siedemdziesiąt pięć, miło było dla odmiany poznać mężczyznę, który nade mną górował. Uniosłam rękę do jego szyi i przyciągnęłam go do siebie, aż jego usta zawisły tuż nad moimi.

– To twoje auto?

– Cholera jasna. – Zaklęłam pod nosem i od razu rzuciłam się do działania, wyskakując nago spod pościeli i pędząc do łazienki.

Zdecydowanie nie chciałam rozpoczynać nowej pracy od spóźnienia.

Odkręciłam wodę pod prysznicem i choć głowa mi pękała, weszłam pod zimny strumień, wydając cichy okrzyk. Nie mogłam czekać, aż się nagrzeje, więc szybko nałożyłam szampon na włosy, potem odżywkę, pozbywając się ze swojego ciała zapachu Griffina. Później będę opłakiwać tę stratę.

Poczułam tęskny ból między nogami, o którym też pomyślę później. Poprzednia noc była…

Fantastyczna. Nieziemska. Nie przeżyłam czegoś podobnego z żadnym innym mężczyzną. Griffin doskonale wiedział, jak wykorzystać to swoje silne ciało, a ja miałam szczęście przeżyć aż trzy – a może cztery – orgazmy.

Syknęłam, zdając sobie sprawę, że woda zrobiła się gorąca.

– Niech to szlag.

Wyrzuciłam myśli o Griffinie z głowy i wyskoczyłam z kabiny prysznicowej, by w pospiechu nałożyć makijaż i wysuszyć włosy, modląc się, by suszarka działała szybciej. Nie miałam już ani chwili, by wyprostować albo zakręcić włosy, więc tylko spięłam je w ciasny koczek nad karkiem, po czym pobiegłam do sypialni, żeby się ubrać.

Materac leżał bezpośrednio na podłodze, pościel była zmięta i rozrzucona dokoła. Całe szczęście przed wyjściem do baru znalazłam w kartonach wszystko, co potrzebne, i pościeliłam sobie. Kiedy wreszcie wróciłam, po kilku godzinach spędzonych na tylnej kanapie trucka Griffina, praktycznie padłam twarzą na poduszki i zapomniałam nastawić budzik.

Nie zamierzałam żałować tego, co zrobiłam. Gorąca i dzika noc z Griffinem na sam początek mojego nowego życia w Quincy wydawała się zrządzeniem losu.

Szczęśliwym trafem.

Może kiedy znowu będzie przejeżdżał przez miasto, jeszcze raz na siebie wpadniemy. A jeśli nie, cóż… Nie miałam dość czasu, by dawać się rozpraszać jakiemuś mężczyźnie.

Szczególnie dzisiaj.

– O Boże. Żebym tylko się nie spóźniła. – Przetrzepałam walizkę w poszukiwaniu pary ciemnych dżinsów.

Dostałam bardzo konkretną radę, by nie przychodzić na posterunek elegancko ubrana.

Dżinsy były trochę pogniecione, ale namierzanie żelazka pośród nierozpakowanych kartonów nie wchodziło w rachubę. Poza tym prasowanie oznacza elegancję. Prosta biała koszulka też była pognieciona, więc wyciągnęłam jeszcze ulubiony czarny blezer, żeby ją przykryć. Potem wskoczyłam w również ulubione czarne buty na grubych obcasach i pobiegłam do drzwi, po drodze zgarniając torebkę, którą rzuciłam na podłogę w salonie.

Świeciło słońce. Powietrze było czyste. Niebo błękitne. A ja nie miałam nawet minuty, by się rozkoszować swoim pierwszym porankiem w Quincy, i zamiast tego popędziłam do Durango stojącego na podjeździe.

Wślizgnęłam się za kółko, uruchomiłam silnik i zaklęłam jeszcze raz, patrząc na zegarek na desce rozdzielczej. Ósma dwie.

– Czyli już jestem spóźniona.

Całe szczęście Quincy to nie Bozeman i jazda na posterunek znajdujący się po drugiej stronie miasta zajęła mi dokładnie sześć minut. Zajechałam na parking i zatrzymałam się obok znajomego niebieskiego Bronco, po czym pozwoliłam sobie na jeden głęboki oddech.

Nadajesz się do tego, Winn.

Wysiadłam z samochodu i ruszyłam do wejścia, modląc się przy każdym kroku, bym wyglądała okej.

Wystarczyło jedno pogardliwe spojrzenie od funkcjonariusza siedzącego za szybą w recepcji, bym poznała, że się pomyliłam. Cholera.

Siwe włosy miał obcięte na krótko, w stylu wojskowym. Otaksował mnie wzrokiem, zmarszczki na jego twarzy się pogłębiły. Czułam, że to raczej nie jest reakcja na mój ubiór.

Raczej na moje nazwisko.

– Dzień dobry. – Posłałam mu szeroki uśmiech, przechodząc przez niewielkie lobby do jego stanowiska. – Jestem Winslow Covington.

– Nowa komendantka, wiem – mruknął.

Nie przestałam się uśmiechać.

Jeszcze ich do siebie przekonam. Prędzej czy później. Właśnie to powiedziałam dziadkowi, kiedy jedliśmy u niego kolację po tym, jak oddałam przyczepkę. Jeszcze ich przekonam, każdego po kolei.

Większość osób musiała dojść do wniosku, że jedyny powód, dla którego dostałam posadę komendanta w Quincy, to fakt, że burmistrz był moim dziadkiem. Tak, technicznie rzecz biorąc, będzie moim szefem. Ale dla pracowników miasta nie istniał zakaz nepotyzmu. Pewnie dlatego, że w miejscowości tych rozmiarów wszyscy byli ze sobą w mniejszym lub większym stopniu spokrewnieni. Gdyby istniało zbyt wiele ograniczeń, nikt nie mógłby przyjąć tej roboty.

Poza tym to nie dziadek mnie zatrudnił. Mógł to zrobić, ale zamiast tego zwołał komitet, żeby w rekrutacji brało udział więcej osób. Walter Covington był najbardziej sprawiedliwym i godnym szacunku człowiekiem, jakiego znałam.

No i bez względu na nasze bliskie pokrewieństwo liczyły się moje wyniki. Dziadek zamierzał zasięgać opinii miejscowej społeczności i chociaż kochał mnie z całego serca, nie zawahałby się mnie zwolnić, gdybym coś spieprzyła.

Zresztą to mi właśnie powiedział w dniu, kiedy dostałam tę posadę. I jeszcze przypomniał zeszłego wieczoru.

– Burmistrz czeka w biurze – powiedział funkcjonariusz i nacisnął guzik, by wpuścić mnie za drzwi obok recepcji.

– Miło było pana poznać – zerknęłam na srebrną płytkę na jego mundurze – posterunkowy Smith.

W odpowiedzi zupełnie mnie zignorował, skupiając się z powrotem na ekranie komputera. Byłam tutaj już dwa razy w trakcie procesu rekrutacji, ale teraz przechodziłam przez otwarte pomieszczenie biurowe z zupełnie innym nastawieniem – nie byłam tu gościem, tylko komendantką. Funkcjonariusze spoglądający na mnie zza biurek to moi podwładni.

Coś mnie ścisnęło w żołądku.

Przygodny seks z nieznajomym zamiast snu przed pierwszym dniem nowej pracy pewnie nie był najmądrzejszą decyzją.

– Winnie. – Dziadek wyszedł z pomieszczenia, które miało zostać moim biurem, i wyciągnął do mnie rękę.

Wydawał się dzisiaj jakiś wyższy, pewnie dlatego, że ubrał się w ładne dżinsy i wykrochmaloną koszulę zamiast obszarpanego T-shirtu i workowatych spodni na szelkach, w których widziałam go poprzedniego dnia.

Dziadek był w całkiem dobrej kondycji jak na swoje siedemdziesiąt jeden lat i chociaż osiwiał, jego mierzące metr dziewięćdziesiąt ciało było silne jak byk. W gruncie rzeczy trzymał się lepiej niż większość facetów w moim wieku, a co dopiero w jego.

Uścisnęłam mu dłoń, ciesząc się, że nie próbował mnie objąć.

– Dobry. Przepraszam za spóźnienie.

– Sam też dopiero co przyjechałem. – Nachylił się i zniżył głos. – Wszystko w porządku?

– Denerwuję się – przyznałam szeptem.

Uśmiechnął się do mnie.

– Poradzisz sobie.

Wiedziałam, że nadaję się do tej roboty.

Miałam trzydzieści lat. To dwie dekady mniej, niż wynosi mediana wieku osób na tym stanowisku, i cztery mniej, niż miał na karku mój poprzednik, gdy przeszedł na emeryturę.

Wcześniejszy komendant pracował w Quincy całe swoje życie zawodowe, awansował aż do najwyższej posady, na której spędził tyle lat, ile ja sobie liczyłam. Ale właśnie z tego względu dziadek chciał mnie zatrudnić. Powiedział, że Quincy potrzebuje świeżego spojrzenia i młodszej krwi. Miasto się rozrastało, podobnie jak jego problemy. Stare metody nie wystarczały.

Wydział potrzebował nowej technologii i nowych procesów. Kiedy poprzedni komendant ogłosił przejście na emeryturę, dziadek zachęcił mnie do aplikowania. Jakimś cudem komitet wybrał właśnie mnie.

Tak, byłam młoda, ale spełniałam minimalne wymagania. Pracowałam przez dziesięć lat w policji w Bozeman. W tym czasie skończyłam studia licencjackie i zdobyłam posadę detektywa. Moja służba była wzorowa, nie zostawiłam ani jednej nierozwiązanej sprawy.

Może jako mężczyzna zostałabym cieplej przyjęta, jednak nigdy się nie bałam jako kobieta w policji i nie zamierzałam tego zmieniać.

Nadajesz się do tej roboty, Winn.

Iporadzisz sobie.

– Pozwól, że przedstawię cię Janice. – Dziadek dał mi znak, żebym weszła za nim do biura, gdzie później resztę poranka spędziliśmy z moją nową asystentką.

Pracowała dla poprzedniego komendanta przez piętnaście lat i im dłużej rozmawialiśmy, tym mocniej się w niej zakochiwałam. Janice miała nastroszone siwe włosy i niezwykle urocze okulary w czerwonych oprawkach. Posterunek znała od podszewki.

Kiedy zakończyliśmy pierwsze spotkanie, zapisałam sobie w pamięci, żeby przynieść Janice kwiaty, bo bez niej pewnie bym poległa. Obeszłyśmy cały budynek i przedstawiła mi wszystkich funkcjonariuszy, którzy akurat nie byli na patrolu.

Smith, który rzadko bywał wysyłany w teren, ponieważ wolał pracę za biurkiem, również starał się o posadę komendanta, a Janice powiedziała, że odkąd odrzucili jego kandydaturę, stał się wredny i zrzędliwy.

Każdy inny funkcjonariusz traktował mnie uprzejmie i z profesjonalizmem, chociaż nie bez rezerwy. Z pewnością zastanawiali się, co o mnie myśleć, ale dzisiaj udało mi się przynajmniej przekonać do siebie Janice – a może było dokładnie na odwrót i to ona przekonała mnie. Tak czy inaczej uznałam to za zwycięstwo.

– Większość wydziału pozna pani dzisiaj po południu, kiedy przyjdzie druga zmiana – powiedziała mi, kiedy wróciliśmy do bezpiecznej przestrzeni mojego biura.

– Planowałam zostać dłużej w któryś dzień w tym tygodniu, żeby poznać też nocną zmianę.

To nie był duży posterunek, ponieważ Quincy nie było dużym miastem, ale łącznie pracowało tu piętnastu funkcjonariuszy, czterech dyspozytorów, dwóch pracowników administracji oraz Janice.

– Jutro przyjeżdża szeryf hrabstwa na spotkanie z panią – dodała moja asystentka, czytając z notatnika, który cały czas ze sobą miała. – O dziesiątej. On ma dwa razy więcej ludzi pod sobą, ale też dużo większy teren. Przez większość czasu nie wchodzą nam w drogę, jednak zawsze są gotowi do pomocy, jeśli tego potrzebujemy.

– Dobrze wiedzieć. – Miło byłoby mieć kogoś, z kim można konsultować różne pomysły.

– Jak tam głowa? – zapytał dziadek.

Przystawiłam dłonie do uszu i wydałam dźwięk eksplodującej bomby. Dziadek się zaśmiał.

– Ogarniesz w końcu.

– Z pewnością – powiedziała Janice.

– Dziękuję za wszystko – zwróciłam się do niej. – Naprawdę cieszę się na naszą współpracę.

Janice nieco się wyprostowała.

– I nawzajem.

– Okej, Winnie. – Dziadek poklepał się po kolanach. – Chodźmy na lunch, a potem ja wrócę do siebie, a ty będziesz mogła się tutaj rozgościć.

– Będę tu na panią czekać. – Janice ścisnęła mnie za ramię, gdy wychodziliśmy z mojego biura.

Dziadek tylko pokiwał głową, zachowując dystans. Wieczorem, kiedy nie będę już komendantką Covington, a on burmistrzem Covington, pojadę do niego i dostanę jeden z tych niedźwiedzich uścisków.

– Może wybierzemy się do The Eloise? – zasugerował, gdy dotarliśmy do drzwi.

– Do hotelu?

Pokiwał głową.

– Dobrze, gdybyś spędziła tam trochę czasu. Poznasz Edenów.

Edenów. Rodzinę założycieli Quincy.

Dziadek przysięgał, że najszybszym sposobem zyskania przychylności mieszkańców jest zdobycie sympatii Edenów. Jeden z ich przodków założył miasteczko, a rodzina od tamtej pory stanowi fundament tutejszej społeczności.

– Oni są właścicielami hotelu, nie pamiętasz? – rzucił.

– Pamiętam. Po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że teraz mają tam restaurację. – Pewnie dlatego, że ostatnio nie spędzałam zbyt wiele czasu w Quincy.

W czasie rekrutacji przyjechałam tu sześć razy, ale wcześniej nie bywałam w miasteczku przez kilka lat. Dokładnie pięć.

Jednak kiedy mój związek ze Skylerem się rozpadł, a dziadek namówił mnie, bym postarała się o posadę komendantki, doszłam do wniosku, że czas na zmiany. A Quincy, cóż… To miasteczko zawsze miało specjalne miejsce w moim serduszku.

– Edenowie otworzyli restaurację jakieś cztery lata temu – wyjaśnił dziadek. – Moim zdaniem to najlepszy lokal w okolicy.

– No to zjedzmy tam coś. – Odblokowałam zamek w aucie. – Spotkamy się na miejscu.

Pojechałam za jego Bronco na Main Street, spoglądając na mnóstwo samochodów spoza miasta, które stały w centrum. Sezon turystyczny rozkręcił się na dobre i niemal wszystko było zajęte.

Dziadek zaparkował dwie przecznice od Main Street, a potem wspólnie poszliśmy piechotą do The Eloise Inn.

Ikoniczny hotel był najwyższym budynkiem w Quincy, prężył się dumnie na tle górskiego pejzażu. Zawsze chciałam spędzić tam noc. Może pewnego dnia wynajmę tam pokój, wyłącznie dla zabawy.

W lobby pachniało cytryną i rozmarynem. Recepcja była wyspą na środku ogromnej, otwartej przestrzeni, a obsługiwała ją młoda kobieta z uroczą twarzą. Kiedy zobaczyła dziadka, puściła do niego oko.

– Kto to? – zapytałam.

– Eloise Eden. Zeszłej zimy została menadżerką.

Pomachał do niej, po czym minął recepcję, kierując się do otwartego przejścia. W progu hotelowej restauracji powitał nas brzęk sztućców i cichy szmer rozmów.

Jadalnia okazała się duża i równie wysoka co lobby. Idealne miejsce na rozrywkę. Niemalże sala balowa zastawiona stołami różnych rozmiarów, by służyć za restaurację.

– Dopiero co wstawili te okna. – Dziadek wskazał na ścianę po drugiej stronie pomieszczenia, gdzie mur z czerwonej cegły przecinały okna z czarnymi ramkami. – Podczas naszej ostatniej rozmowy Harrison wspomniał, że tej jesieni będą tu przeprowadzać remont.

Harrison Eden. Patriarcha rodziny. Był członkiem komitetu rekrutacyjnego i chciałam myśleć, że zrobiłam na nim dobre wrażenie. Zdaniem dziadka, gdyby było inaczej, nie dostałabym tej roboty.

Hostessa powitała nas szerokim uśmiechem i poprowadziła do kwadratowego stolika na środku sali.

– Który z Edenów prowadzi restaurację? – zapytałam, przeglądając menu.

– Knox. To prawie najstarszy syn Harrisona i Anne. Eloise to ich najmłodsza córka.

Harrison i Anne, rodzice. Knox, syn. Eloise, córka. Pewnie poznam jeszcze całe mnóstwo Edenów.

Gdy się szło Main Street, widziało się nazwisko Eden na licznych witrynach, w tym kawiarni, którą bardzo chciałam odwiedzić rano, ale nie wystarczyło mi czasu. Przygoda z zeszłego wieczoru zaczynała odciskać swoje piętno i musiałam ukryć ziewanie kartą dań.

– To dobrzy ludzie – powiedział dziadek. – Harrisona poznałaś, a Anne jest przeurocza. Ich opinia ma duże znaczenie w tym mieście. Tak samo Griffina.

Griffina. Czy ja naprawdę właśnie to imię usłyszałam?

Coś mnie ścisnęło w żołądku.

Nie. To nie mogło się dziać. To musiał być błąd. Niemożliwe, by chodziło o tego samego Griffina, na pewno w Quincy mieszkał jakiś inny. Przecież zapytałam go wprost, czy jest z miasta, a on zaprzeczył. Prawda?

– Hej, Covie.

Zajęta panikowaniem, że przespałam się nie tylko z miejscowym, ale też kimś, kto powinien widzieć we mnie wyłącznie komendantkę, a nie laskę, którą zaliczył w swoim aucie, zbyt późno zauważyłam dwóch mężczyzn stojących obok naszego stolika.

Harrison Eden uśmiechnął się do mnie.

Griffin, tak samo przystojny jak zeszłej nocy, tego nie zrobił.

Czy wczoraj wiedział, z kim ma do czynienia? Czy to był jakiś podstęp albo test? Wątpliwe. Wydawał się równie zaskoczony jak ja.

– Hej, Harrison. – Dziadek wstał, by uścisnąć mu rękę, a potem wskazał mnie. – Pamiętasz moją wnuczkę, Winslow.

– Oczywiście. – Harrison przywitał mnie takim samym gestem, chwytając mocno moje palce. – Witaj. Cieszymy się, że jesteś naszą nową komendantką.

– Dziękuję. – Mój głos był zaskakująco spokojny, zważywszy na fakt, jak waliło mi serce, najwyraźniej próbując wyskoczyć z piersi i schować się pod stołem. – Cieszę się, że tu jestem.

– Może do nas dołączycie? – zaproponował dziadek, kiwając głową na puste krzesła.

– Nie – odezwał się Griffin w tym samym momencie, w którym jego ojciec rzucił:

– Z przyjemnością.

Dziadek z Harrisonem wydawali się nie zwracać najmniejszej uwagi na napięcie bijące od Griffina. Usiedli, nie przedstawiwszy nas sobie. Przełknęłam głośno ślinę i wyciągnęłam rękę.

– Dzień dobry.

Ta kanciasta szczęka, której kontury śledziłam w nocy językiem, zacisnęła się tak mocno, że usłyszałam trzask trzonowców. Obrzucił gniewnym wzrokiem moją dłoń, po czym objął ją swoim wielkim łapskiem.

– Griffin.

Griffin Eden.

Mój przygodny kochanek.

Zrządzenie losu zmieniło się w zwykłego pecha.