Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
1301 osób interesuje się tą książką
Będzie pracowała dla samego diabła.
Trzydziestotrzyletni Michael Knight zarządza jedną z największych firm w Kalifornii, oferujących usługi IT, ale nie jest dla nikogo tajemnicą, że zamiast siedzieć w papierach, wolałby spędzać czas na jachcie w towarzystwie pięknych kobiet.
W związku z coraz większą ilością obowiązków ojciec mężczyzny zatrudnia dla niego asystentkę. Taką, która w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich, pozostanie odporna na urok i wdzięk młodego Knighta.
Gdy dwudziestosiedmioletnia Andrea Lamont otrzymuje propozycję zatrudnienia na posadzie osobistej asystentki, nie ma pojęcia, że tak naprawdę to praca dla samego diabła. Bo właśnie taki przydomek zyskał wśród opinii publicznej jej nowy szef.
Michael będzie testował cierpliwość kobiety na wiele sposobów. Niestety nawet ona musi przyznać, że jej szef jest nie tylko bardzo arogancki, ale też diabelnie przystojny.
Tylko czy ten wredny charakter to prawda, czy może jakaś maska?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 508
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Agnieszka Brückner
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Magdalena Kłodowska, Emilia Ziarnik
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-848-4 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Andrea
Zaopatrzona w specjalną przepustkę wjeżdżam windą na ostatnie piętro jednego z wyższych wieżowców w centrum San Francisco, a w uszach słyszę dudnienie własnego serca.
BUM. BUM. BUM.
W końcu winda się otwiera, a moim oczom ukazuje się starsza kobieta.
– Panna Lamont, jeśli się nie mylę? – zagaja, zerknąwszy na plakietkę na mojej piersi. – Proszę usiąść, pan Knight niebawem panią przyjmie.
Gestem dłoni wskazuje na rząd krzeseł pod ścianą, a następnie przechodzi za masywną konsolę i sięga po słuchawkę.
– Chciałam tylko poinformować, że pojawił się pański gość – oznajmia cicho, po czym kończy połączenie i wraca do swoich zajęć.
Zajmuję miejsce i spoglądam na okazałe drzwi po mojej lewej stronie. Dziś mija równy miesiąc, odkąd w restauracji, w której dorabiam weekendami, pojawił się mój dawny mentor z czasów studiów. Podczas gdy on był zaskoczony moją pracą, ja chciałam uciec i zapaść się pod ziemię. Ostatecznie poczekał, aż skończę zmianę, a następnie zaprosił mnie na kawę, w trakcie której wypytał mnie o moje obecne życie i losy po porzuceniu studiów. Od słowa do słowa, kazał mi wysłać na jego prywatny adres e-mail moje CV, a na koniec wziął ode mnie numer telefonu i obiecał, że zadzwoni za kilka dni. I zadzwonił. Co więcej, z nieoczekiwaną propozycją pracy. Podał datę, godzinę i miejsce, w jakim mam się pojawić, nie dodając przy tym nic więcej, a ja bez namysłu wzięłam urlop i pojawiłam się pod wskazanym adresem.
I niech niebiosa mają mnie w swojej opiece.
Drzwi niespodziewanie stają otworem, dlatego skaczę na równe nogi i spoglądam na siwiejącego mężczyznę.
– Panna Lamont? – upewnia się, wyciągając do mnie dłoń, a ja przytakuję. – Isaac Knight, zapraszam. Napije się pani czegoś? – pyta uprzejmie, a ja przeczę ruchem głowy, niezdolna do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. – Pani Hopkins, proszę nie łączyć żadnych rozmów, dopóki nie skończymy – zwraca się jeszcze do stojącej za kontuarem sekretarki, po czym zamyka za nami drzwi i gestem wskazuje mi miejsce przed biurkiem.
Z duszą na ramieniu siadam na krześle i czekam. Nie mam bladego pojęcia, czego spodziewać się po tej rozmowie.
– Panna Andrea Lamont, lat dwadzieścia siedem – zaczyna czytać moje akta, a ja domyślam się, że ma je od mojego dawnego mentora, co zresztą potwierdza sekundę później. – Od Richardsona wiem, że studiowała pani zarządzanie na Uniwersytecie Stanforda, ale sytuacja rodzinna zmusiła panią do rezygnacji ze studiów kilka miesięcy po rozpoczęciu drugiego stopnia. Zgadza się? – Spogląda na mnie badawczym wzrokiem, a ja przytakuję. – Zarzekał się również, że była pani jego najlepszą i najbardziej obiecującą studentką. Już wtedy wróżył pani same sukcesy – dodaje, a jego mina łagodnieje.
Odwracam wzrok. Cóż, dobrze, że mój opiekun skupił się na pracy akademickiej, bo jak widać, z wróżenia oblałby wszelkie możliwe testy.
– Proszę opowiedzieć mi coś o sobie – nakazuje, gdy milczenie z mojej strony się przeciąga.
Z trudem powstrzymuję głośne westchnienie.
– A co chciałby pan o mnie wiedzieć? – pytam. – Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale ja nawet nie wiem, po co tu przyszłam. Pan Richardson kazał mi przesłać swoje CV, a później zadzwonił z informacją, że mam się tu dzisiaj pojawić. Zakładałam, że chodzi o jakiś wakat sprzątaczki, ale zamiast do działu HR skierowano mnie bezpośrednio do pana, szefa wszystkich szefów. Czuję się nieco… skonsternowana – kończę cicho.
– Sprzątaczki?! – rzuca z oburzeniem. – Na litość boską, studiowała pani na Stanfordzie! Jednej z najlepszych uczelni w stanie, a nawet kraju!
– Ale nie ukończyłam drugiego stopnia, więc…
– Za to pierwszy tak, i to z najlepszym wynikiem na roku! – krzyczy, po czym sięga po leżącą nieopodal teczkę, na której widnieje logo uczelni, i macha nią tuż przed moim nosem. – Tak, sprawdziłem, czy Richardson mnie nie wkręca – dodaje łagodniej na widok mojej zdumionej miny.
– A więc po co to spotkanie? – dukam.
Mężczyzna wstaje i podchodzi do panoramicznego okna. Widać, że mocno waży słowa, jakie ma zamiar wypowiedzieć.
– Znam Roberta jeszcze z czasów studiów. I choć on wybrał dalszą karierę naukową, a ja rodzinny biznes, nasz kontakt się nie urwał, a wręcz przeciwnie, staramy się spotkać przynajmniej raz w roku, by podtrzymać tę znajomość. Jednak mimo że jesteśmy przyjaciółmi, a on w minionych latach wypuścił w świat naprawdę wielu utalentowanych i mądrych absolwentów, jeszcze nigdy nie próbował wykorzystać naszej relacji do tego, by pomóc któremuś z dawnych podopiecznych. Jest pani jego pierwszym wyjątkiem, a po żarliwości, z jaką namawiał mnie do tego, bym panią zatrudnił, idę o zakład, że pierwszym i ostatnim. On wręcz błagał, bym znalazł dla pani jakiś wakat, powtarzając w kółko, że to będzie najlepsza decyzja w moim życiu – kwituje, spoglądając na mnie znad ramienia. – Proszę mnie przekonać, że miał rację.
Moje tętno przyspiesza, a w uszach zaczyna szumieć. Czy naprawdę mam szansę, by dostać tu pracę, i to taką wymarzoną?
Kręcę głową, bo to by było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
– Jak pan wie z mojego CV, po przerwaniu studiów nie udało mi się znaleźć pracy, która podniosłaby moje kwalifikacje zawodowe – zauważam, nie kryjąc smutku w głosie. – Może na studiach byłam prymuską, ale minęły lata, odkąd opuściłam mury akademii. I tak, wysokie wyniki na dyplomie pierwszego stopnia początkowo dawały mi nadzieję na to, że zaczepię się w jakiejś mniejszej, ale za to solidnej firmie, lecz życie szybko zweryfikowało te plany. Dopiero rok temu, gdy moja sąsiadka przeszła na emeryturę, wciągnęła mnie na swoje miejsce w małym biurze rachunkowym, ale to na pewno wciąż nie jest to, czego pan ode mnie oczekuje.
Knight zrywa się z miejsca i ponownie staje za biurkiem, a na jego twarzy widnieje irytacja.
– Dziecko, jeśli ty tak reklamujesz swoje umiejętności, to nic dziwnego, że skończyłaś tak, jak skończyłaś – sapie, górując nade mną. – Przekonaj mnie, że mam ci dać pracę!
Jego podniesiony głos i zmiana nastroju sprawiają, że zrywam się na równe nogi.
– Niech pan na mnie nie krzyczy, tylko doceni moją szczerość! Co mam panu powiedzieć? Że jestem bystra, ambitna i szybko się uczę? Że moim marzeniem jest praca w tak wielkiej i renomowanej firmie? Na pewno słyszy pan to z ust każdego kandydata! A może powinnam przyznać, że dorabiam weekendowo w restauracji tylko po to, by zarobione pieniądze przeznaczyć na kursy on-line, które stale aktualizują moją wiedzę i umiejętności z zakresu administracji biurowej i samorządowej, w nadziei, że kiedyś mój los się odmieni, a ja w końcu wyjdę na prostą? To dodaje mi punktów?! – krzyczę. – Nie sądzę. Mówiłam to każdemu potencjalnemu pracodawcy, ale ich za każdym razem bardziej interesowało to, jaki mam dekolt i czy będę zostawać po godzinach! Problem polega na tym, że romans z szefem i kariera przez łóżko to ostatnie, do czego się zmuszę, dlatego moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej! Zatem dziękuję za to spotkanie, ale bez względu na to, jak według pana powinnam się ZAREKLAMOWAĆ – ironizuję – nie jestem już zainteresowana pracą w tym miejscu. Płaca w biurze rachunkowym może jest marna, ale przynajmniej szefem jest kobieta, a ja nie muszę się martwić o swoją godność!
Bez dalszych słów chwytam w dłonie torebkę i ruszam w stronę drzwi, lecz w połowie drogi zatrzymuje mnie stanowczy głos Knighta:
– Panno Lamont, źle mnie pani zrozumiała! Ale i tak chcę panią zatrudnić!
Obracam się przodem do biurka i przyglądam zmęczonej twarzy swojego rozmówcy.
– Jako kogo? – pytam, nim zdołam się powtrzymać.
– Potrzebna mi kompetentna asystentka dla mojego syna, który na co dzień zarządza tą firmą. Jest teraz na urlopie, dlatego to ja przeprowadzam rozmowę kwalifikacyjną.
Unoszę brew. Nie ma szans, bym kupiła tę historyjkę. Knight musi to widzieć po mojej minie, bo po chwili wzdycha i ponownie gestem zachęca mnie, bym usiadła, a jak tylko zajmuję miejsce, kontynuuje:
– Moje zdrowie już szwankuje, dlatego od jakiegoś czasu to Michael zasiada za tym biurkiem, ale ciężko jest mu się skupić na pracy, gdy tuż obok niego kręcą się piękne kobiety, podatne na jego… urok. Szukam asystentki, kompetentnej asystentki – podkreśla – która nie dość, że będzie na niego odporna, to na dodatek pomoże mu w tej całej papierologii i ogólnym planowaniu dnia i spotkań – oznajmia.
– Podsumowując, pana syn to kobieciarz i pies na baby, a pan szuka kogoś, kto nieco go przypilnuje? – upewniam się, nie owijając w bawełnę.
– „Przypilnuje” to brzydkie słowo. Wolałbym: nakieruje. – Uśmiecha się porozumiewawczo. – Jak sama pani zaznaczyła, romans z szefem i kariera przez łóżko są poniżej pani godności, a ja, a tak właściwie Michael, właśnie takiej osoby potrzebuję.
– Dlaczego nie rozejrzy się pan za dojrzalszą wiekiem asystentką? – dociekam. – Gdyby była w okolicach pięćdziesiątki…
Nie kończę, bo już kręci głową.
– Starsza osoba nie nadąży za Michaelem, a przynajmniej nie za jego stylem życia czy systemem pracy. Już to sprawdzałem. – Krzywi się, zapewne na jakieś wspomnienie. – Jest pani młoda, ambitna i szybko się uczy – przypomina mi moje wcześniejsze słowa. – Richardson dzielnie o panią walczył, a ja ufam temu draniowi. Poza tym pokazała pani przed chwilą siłę swojego charakteru, co też dodaje pani punktów. To jak? – Uśmiecha się zachęcająco.
Analizuję szybko w myślach sytuację. Stanowisko asystentki kontra praca w biurze rachunkowym? Decyzja jest oczywista, niemniej i tak muszę dopytać.
– Jaki miałby być zakres moich obowiązków?
– To już zostawię do ustalenia z moim synem, ale to mają być sprawy stricte organizacyjne. Ustalanie kalendarza dnia, dbanie o dobry wizerunek w mediach, organizowanie spotkań i wyjazdów służbowych…
– Moje delegacje? – wtrącam się.
– Tylko za pani zgodą, choć znając pani sytuację, wydaje mi się, że uda się to pani tak rozegrać, by pozostać w domu i w razie konieczności pomagać zdalnie. W końcu to dorosły facet i nie potrzebuje całodobowej niani.
– Warunki pracy?
– Służbowy telefon, laptop, własny mały gabinet – wylicza.
– Wynagrodzenie? – ciągnę, a on natychmiast chwyta leżący nieopodal ołówek i spisuje na moim CV, tuż obok nazwiska, ciąg pięciu cyfr, od których zasycha mi w gardle.
– Oczywiście przez pierwszy rok. Po każdym kolejnym podwyżka o pięć procent – uściśla.
Zaczynam mieć mroczki przed oczami. To jest zbyt piękne. Musi być jakiś kruczek.
– Gdzie jest haczyk? – wypalam.
Przez jego twarz przebiega jakiś grymas, ale trwa to ułamek sekundy.
– Jedynym haczykiem jest charakter mojego syna. Tylko tyle i aż tyle. Ale zrozumie to pani dopiero wtedy, gdy go pozna.
– Jest nachalny i molestuje pracownice? – dukam, gdy wyobraźnia zaczyna podsuwać mi rozmaite obrazy.
– Nie! Na litość boską, w żadnym wypadku! – krzyczy natychmiast. – Ale jest pani atrakcyjną kobietą, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że spróbuje panią dopisać do listy własnych zdobyczy. Wierzę jednak, że zdoła mu się pani oprzeć, a także skupi jego uwagę na pracy.
– No dobrze, ale skąd pewność, że pana syn zaakceptuje asystentkę wybraną dla niego przez osobę trzecią? Może zechce mnie zwolnić już drugiego dnia, by zrobić panu na złość? Wziął pan to pod uwagę?
Na jego twarzy wykwita zwycięski uśmieszek, a ja wiem, że już to przemyślał.
– Umówmy się, że tylko ja mogę panią zwolnić. Niech to będzie takie dodatkowe zabezpieczenie pani interesów w walce z moim synem. Umowa stoi? – Wyciąga w moją stronę dłoń, a ja przez moment czuję się, jakbym właśnie dobijała targu z samym diabłem.
Mój wzrok jeszcze raz odnajduje ciąg liczb przy moim nazwisku, a ręka samoistnie unosi się, by już po sekundzie uścisnąć dłoń nowego szefa.
– Wspaniale! Zaczyna pani w poniedziałek. Michael wraca dopiero za dwa tygodnie, dlatego zyska pani czas, by wdrożyć się nieco w bieżące sprawy. Pani Hopkins zresztą na pewno pani pomoże. Tu mam już przygotowaną umowę, proszę sprawdzić, czy wszystkie dane się zgadzają. – Niespodziewanie wyjmuje z szuflady kolejną teczkę, a z niej stos papierów, w tym NDA1. – Przy najbliższej okazji proszę donieść do działu HR dokumenty i zaświadczenia potrzebne do ubezpieczenia, zarówno swojego, jak i członków pani rodziny, a także numer konta bankowego, na jakie będzie pani otrzymywać wynagrodzenie.
Jego trajkotanie i euforia w głosie sprawiają, że zaczynam mieć wątpliwości, ale już po chwili wciska mi w dłoń długopis i spogląda na mnie wyczekująco, a ja odsuwam od siebie obawy i składam właściwe podpisy.
Przełykam z trudem ślinę, gdy szczerzący się od ucha do ucha Knight odbiera ode mnie ostatni podpisany dokument. Wygląda niemal przerażająco.
Zdaje się, że właśnie podpisałam cyrograf. Oby tylko młodszy Knight okazał się mniej diaboliczny…
Michael
Ze wzrokiem wbitym w panel windy wjeżdżam na samą górę Knight Enterprise, próbując zdusić w sobie niechęć do tego miejsca. Sterowanie rodzinną firmą nigdy nie znajdowało się na szczycie moich marzeń. Tak, mogę godzinami przesiadywać we własnym gabinecie i tworzyć od podstaw rozmaite programy komputerowe, a nawet prototypy maszyn, ale praca za biurkiem i cała ta biurokracja? Nie, to dla mnie istny koszmar. A jednak tuż po tym, jak ojciec zasłabł podczas jednego ze spotkań, nie pozostało mi nic innego, jak odciążyć go w obowiązkach, a tym samym wyłonić się z własnej dziupli i zająć szeroko pojętym zarządzaniem.
Nie żeby to zadanie przerastało moje umiejętności. Ukończyłem właściwe studia i kursy właśnie po to, by w przyszłości móc zająć fotel szefa wszystkich szefów. Łudziłem się jednak, że moment ten nastąpi zdecydowanie później. Niedawno skończyłem trzydzieści trzy lata, jestem w kwiecie wieku, pełen energii i chęci do życia, a nie do gnicia za biurkiem i poświęcania całej swojej uwagi typowej biurokracji.
Gdybym tak bardzo nie kochał ojca…
Kręcę głową, by odsunąć od siebie te myśli. Jego zdrowie jest dla mnie najważniejsze. Jego i babci, bo oprócz tej dwójki nie mam już nikogo. Matka zmarła, gdy miałem pięć lat. Złośliwy nowotwór piersi, z przerzutami, wykryty zbyt późno, by można było coś z nim zrobić. Ojciec nie potrafił się podnieść po jej śmierci, dlatego ostatecznie przeprowadziliśmy się do rezydencji babki, która sama kilka miesięcy wcześniej owdowiała. Do dziś zresztą powtarza, że opieka nade mną dała jej siły do dalszego życia.
Choć obecnie może częściej narzeka, że źle mnie wychowywała.
Drzwi windy w końcu się otwierają, a ja wkraczam do przestronnego holu.
– Panie Knight, witamy po przerwie – zagaja moja sekretarka, wstając zza konsoli. – Według tabloidów pana urlop obfitował w same atrakcje, dlatego wierzę, że zebrał pan wystarczająco wiele sił, by zatracić się na nowo w pracy? – Ni to pyta, ni stwierdza, posyłając mi coś na wzór karcącego spojrzenia.
Jej słowa wywołują uśmiech na mojej twarzy. To jedna z nielicznych osób, która została przyjęta do firmy jeszcze w czasach, gdy zarządzał nią mój nieżyjący dziadek, a co za tym idzie, zna mnie od dziecka. Zresztą, to właśnie za jej biurkiem przesiadywałem po szkole, czekając, aż tata skończy spotkania. To ona pomagała mi odrabiać lekcje, a bywało nawet, że pomagała mi podrobić podpis na usprawiedliwieniach nieobecności.
Ech… Piękne czasy.
– Pani Hopkins, proszę nie wierzyć we wszystko, co wypisują w tych szmatławcach. Przecież mnie pani zna i wie, że jestem grzecznym i dobrze ułożonym chłopcem. – Spoglądam na nią niczym niewinny szczeniak, lecz ta tylko prycha pod nosem.
– Może w następnym wcieleniu, bo w tym to już spisałam pana na straty. Andrea zaraz przyjdzie do pana, by wprowadzić pana w bieżące sprawy – dodaje, wskazując na siedzącą przy drugiej części biurka, milczącą jak do tej pory, kobietę.
Unoszę brew, gdy nie rozpoznaję w niej mojej asystentki.
– A co z Lisą? Wzięła urlop?
– Panna Cooper została zwolniona – pada krótki komunikat. – Andrea zajęła jej miejsce.
– Zwolniona?! Przez kogo?! – zdumiewam się, choć przecież odpowiedź może być tylko jedna.
Pani Hopkins zbywa moją reakcję milczeniem, wie zresztą, że i tak zadzwonię do ojca i zapytam go o te nagłe zmiany kadrowe, dlatego bez dalszych słów wkraczam do swojego gabinetu, a za mną da się słyszeć charakterystyczny stukot damskich obcasów. Odkładam aktówkę na biurko, a następnie odwracam się i spoglądam na swoją nową asystentkę krytycznym spojrzeniem. Ubrana w długie do kostek spodnie, do tego białą bluzkę, której guziki sięgają samej szyi, wcale nie przypomina Lisy. No i te wielkie okulary na nosie i blond włosy spięte z tyłu głowy w ciasny kok. Nawet moja siwiejąca sekretarka ma więcej gustu, jeśli chodzi o własną prezencję.
– Na biurku czeka na pana zaległa korespondencja – oznajmia, nim zdążę się odezwać, a ton jej głosu aż kipi profesjonalizmem. – Pozwoliłam sobie do każdego pisma sporządzić krótkie streszczenie, by wiedział pan, czego dotyczy. Te, które nie wymagały pana decyzyjności, mają również dołączoną gotową odpowiedź, potrzebny jest jedynie pana podpis. Na pozostałe musi pan spojrzeć osobiście.
Moja powieka drga, zdradzając niemałe zaskoczenie. Okej, ani Lisa, ani żadna z wcześniejszych asystentek nigdy nie wykazywały się takimi ambicjami, by wykonać jakieś zadanie bez mojego wcześniejszego polecenia.
Choć nie, bywały sprawy, gdzie same domyślały się, czego właśnie potrzebuję…
Przykładam dłoń do ust, by ukryć cisnący się na usta uśmieszek. Idę o zakład, że w tej konkretnej materii panna Jakaśtam mi z pewnością nie pomoże. Aczkolwiek…
Staję przed biurkiem i przysiadam na jego krawędzi, a ramiona krzyżuję na piersi.
– Proszę mi przypomnieć, jak się pani nazywa?
– Andrea Lamont – pada sucha odpowiedź, po której kobieta niemal natychmiast poprawia okulary na nosie.
– Ile pani ma lat?
– Dwadzieścia siedem.
– Wykształcenie? – ciągnę.
– Ukończyłam zarządzanie i administrację.
Kiwam głową z uznaniem. Idę o zakład, że była największym kujonem na roku. A z doświadczenia wiem, że takie bywają najgorętsze…
Odbijam się od biurka i podchodzę bliżej. Może i w tym wypadku cicha woda brzegi rwie, a jej styl ubierania i wygląd mają być swoistą zmyłką… Postanawiam to sprawdzić.
– Musiała pani wywrzeć na moim ojcu niemałe wrażenie, skoro ulokował panią na stanowisku mojej osobistej asystentki – zgaduję, co kobieta pozostawia bez odpowiedzi. – Jest pani pewna, że nadąży za moim stylem pracy i… potrzebami? – upewniam się, zatrzymując tuż przed nią.
– Postaram się, choć nie ukrywam, że nakreślenie przez pana ogólnych warunków naszej współpracy czy zakresu moich obowiązków zdecydowanie ułatwi mi zadanie – odpiera, a sposób, w jaki patrzy mi prosto w oczy, zdradza jej pewność siebie.
Wiedziałem, że to tylko przykrywka.
– Zdaje się, że już sama doszła pani do tego, co do pani należy. Wskazuje na to choćby korespondencja na moim biurku.
– Wolałabym jasny komunikat z pana strony – upiera się, przez co kącik moich ust drga.
Skoro woli grać uległą asystentkę…
– Panno Lamont, domyślam się, że ojciec zadbał o to, by pani wynagrodzenie było stosownie wysokie, dlatego z mojej strony może pani liczyć na własny gabinet, tuż obok mojego, służbowy laptop i telefon, kartę kredytową na specjalne wydatki, a w wyjątkowych sytuacjach nawet osobistego kierowcę, niemniej jednak muszę mieć pewność, że ZAWSZE będę mógł na panią liczyć. Być może nawet w środku nocy.
Jej brew wystrzela do góry, a ona sama krzyżuje ramiona na piersi. Kątem oka wychwytuję, jak jej biust się przy tym unosi i wypina.
– Jestem pana asystentką, więc to zrozumiałe, że zawsze powinnam być do pana dyspozycji, i o ile owa pomoc będzie się ograniczać do pracy zdalnej, na przykład przez wspomniany telefon lub laptop, to może mnie pan budzić każdej nocy. Jakoś sobie z tym poradzę, choć nie zakładam, by takie sytuacje miały miejsce codziennie. W końcu pan też nie poświęca tej firmie każdej godziny swojego życia. Mylę się?
Jej postawa i swoista zadziorność coraz bardziej kuszą mnie, by zedrzeć z niej tę maskę i odkryć jej prawdziwą naturę. Nim zdążę to przemyśleć, pochylam się w jej stronę i mruczę:
– Skoro mamy to już ustalone, to proszę zdjąć majtki. Teraz.
Jej reakcja następuje tak szybko, że nawet nie mam szans na to, by się na nią przygotować. Strzał z liścia prosto w twarz, a następnie kopniak w klejnoty skutecznie powalają mnie na kolana, a jeden rzut oka na jej wściekłe oblicze sprawia, że sam klnę na siebie w myślach.
Kurwa, żeby aż tak się pomylić?! A podobno czytam z kobiet jak z otwartej księgi!
– To, że jest pan psem na baby, wiem, bo w ciągu minionych dwóch tygodni każdy pracownik tej firmy, z którym miałam styczność, informował mnie o tym przynajmniej dwa razy, ale nikt nie wspomniał o bezczelnym chamie, który nie szanuje kobiet!
Po tych słowach wychodzi, a ja sięgam do telefonu na biurku i wciskam konkretny guzik.
– Pani Hopkins, proszę do mnie.
Nim sekretarka pojawia się w moim gabinecie, ja doprowadzam się do względnego porządku.
– Co to za babsztyl i od kiedy tu jest? – pytam bez ogródek, a głową wskazuję na drzwi za jej plecami.
Kącik ust starszej kobiety ledwo zauważalnie drga w uśmiechu.
– To Andrea Lamont, pana nowa asystentka.
– Tyle to wiem! – irytuję się. – Dlaczego ojciec zwolnił moją poprzednią?
– Ekhem… Uznał, że zbytnio pana rozpraszała. Tak samo zresztą jak jej dwie poprzedniczki.
Klnę w myślach. Albo ten stary drań ma jakiś szósty zmysł albo szpiega, który mu na mnie donosi.
Mrużę powieki i spoglądam na sekretarkę, bo w mojej ocenie to ona najlepiej nadawałaby się do takiego zadania.
– A więc wykorzystał moją nieobecność, by wprowadzić własne porządki, tak? Cóż, proszę znaleźć coś na pannę Lamont, a następnie ją zwolnić. Lenistwo, zaniedbanie, złamanie wewnętrznego regulaminu, spóźnienie – podsuwam. – Nieważne co, ta kobieta ma stąd zniknąć! – wrzeszczę, wymachując rękoma.
– Obawiam się, że to niemożliwe.
– Słucham?
– Panna Lamont podlega bezpośrednio pana ojcu – wyjaśnia. – Można by rzec, że jest nietykalna, o ile on sam nie uzna, że Andrea nie wywiązuje się ze swoich obowiązków. – Zsuwa nieco okulary, by móc spojrzeć na mnie znad oprawek, a na jej ustach pojawia się chytry uśmieszek. – Proszę się więc oswoić z jej obecnością, bo jeżeli sama nie zrezygnuje z tego stanowiska, to stanie się kimś na wzór pana niani.
Po tych słowach opuszcza mój gabinet, a ja z wrażenia opadam na fotel.
Co też ten stary dureń sobie wymyślił?!
Michael
Kazałem odwołać swoje wszystkie spotkania, które miały się odbyć jeszcze przed lunchem, a następnie niczym wściekły diabeł opuściłem budynek firmy tylko po to, by udać się do apartamentu ojca.
– Wytłumacz się! – wrzeszczę od samych drzwi.
– A co to za krzyki?! Gdzie pana maniery?! – sapie wiekowa gosposia, wyłaniając się z kuchni.
Oburzenie na jej twarzy nieco studzi mój temperament, ale tylko odrobinę.
– Gdzie mój ojciec? – dociekam i się rozglądam. – Muszę z nim porozmawiać!
– Michael? – Tata niespodziewanie pojawia się na horyzoncie, a tuż za nim moja babcia. – Coś się stało? – pyta, jakby nie domyślał się powodu tej nagłej wizyty.
Przesuwam językiem po zębach. Kłótnia przy babce nie wchodzi w grę, a przynajmniej nie wtedy, gdy ma dotyczyć mojej asystentki. Mierzwię dłonią włosy i zastanawiam się, jak wybrnąć z sytuacji, lecz seniorka jest szybsza.
– Na litość boską, co się stało? – drąży zaniepokojona, zmierzając w moją stronę. – Wyglądasz, jakby gonił cię sam diabeł. Jakieś kłopoty w firmie?
– Nie, spokojnie. – Wykrzywiam usta w uśmiechu, by nieco ją uspokoić. – Po prostu podczas mojej nieobecności tata wprowadził kilka kluczowych zmian i zapomniał mi o nich wspomnieć – rzucam, posyłając przy tym ojcu oskarżycielskie spojrzenie.
Ku mojemu zaskoczeniu zamiast jakiejkolwiek skruchy na jego twarzy pojawia się pełen zadowolenia uśmiech.
– Ha! Wiedziałem, że spodoba ci się ta niespodzianka! – krzyczy z entuzjazmem, który w mojej ocenie nie pasuje do tematu rozmowy.
Drań ewidentnie wykorzystuje fakt, że nie jesteśmy sami.
– Niespodzianka? – powtarza za nim babcia. – Co tym razem wymyśliłeś?
– Ależ spokojnie, mamo, nic strasznego! – zapewnia ją, a ja wsuwam dłonie do kieszeni, by żadne z nich nie zauważyło, jak samoistnie zaciskają się w pięści. – Zatrudniłem Michaelowi nową asystentkę.
– A to ze starą było coś nie tak? – dopytuje, unosząc przy tym brew.
Sam chciałbym wiedzieć!
– Panna Cooper postanowiła poszukać sobie posady z bardziej określonymi godzinami pracy – pada zwięzła odpowiedź, a ja mam ochotę parsknąć śmiechem. – Za to panna Lamont to osoba wręcz stworzona do pomocy Michaelowi w jego obowiązkach.
– Doprawdy? – powątpiewam, nie kryjąc ironii w głosie.
– Jestem tego absolutnie pewny! Miałem tę przyjemność pracować z nią przez ostatnie dni i przyznam, że w życiu nie spotkałem bardziej ambitnej czy sumiennej osoby! Szybko się uczy, ma ogromną wiedzę, a jeśli czegoś nie wie, nie boi się pytać, prosić o pomoc lub szukać koniecznych informacji w sieci. Przykładem może być ostatnie spotkanie z Holdingiem Webstera, gdzie mieliśmy podpisać ostateczną umowę na dostarczenie nowego programu kadrowego. Obecny wówczas księgowy ich firmy zarzucał nam błąd w stawkach procentowych podatków i przyznam, że mnie zatkało. Nie mogłem pojąć, jakim cudem doszło do takiego przeoczenia. Nim jednak zdążyłem wezwać informatyka odpowiedzialnego za ten projekt, panna Lamont wyjaśniła naszym klientom, iż stawki są dokładnie takie, jakie będą obowiązywać od przyszłego roku kalendarzowego, a więc od chwili, gdy Webster ma wprowadzić nowy program. Jakby tego było mało, na dowód swoich słów zalogowała się przy wszystkich na stronę główną skarbówki, odkopała jakieś zarządzenie sprzed kilku miesięcy i udowodniła swoją, a tak właściwie naszą rację. Czy panna Cooper zachowałaby się podobnie? – rzuca w moją stronę, mierząc mnie surowym spojrzeniem.
– Pewnie nie, bo jako moja asystentka miała inny zakres obowiązków niż uczestnictwo przy podpisywaniu ważnych kontraktów – burczę na swoją, a tak właściwie jej obronę.
Nie da się jednak ukryć, że słowa ojca wywarły na mnie wrażenie. Tak, podczas naszego dzisiejszego dziesięciominutowego spotkania zdążyłem już poznać tę ambitną i kompetentną stronę panny Lamont, lecz nie zmienia to faktu, że pracuje ona dla mojego ojca, a nie dla mnie, a to już na wstępie budzi moje zniechęcenie. I nie chodzi tu o to, że dała mi kopniaka w klejnoty, bo moja pomyłka w jej ocenie faktycznie zasługiwała na bolesną karę, niemniej wystarczyło powiedzieć zwykłe: NIE MA MOWY,i też bym odpuścił, nie obijając przy tym kulek i kolan.
No i nie zapominajmy o PSIE NA BABY i BEZCZELNYM CHAMIE. Swoją drogą chętnie dowiedziałbym się, kto uprzedził pannę Lamont przed moim niecnym charakterem.
– A więc to rzeczywiście idealna asystentka! – zachwyca się babcia, nim zdążę cokolwiek powiedzieć. – Przy takiej na pewno szybciej wyjdziesz na ludzi i łatwiej skupisz się na obowiązkach, a przy dobrej organizacji zostanie ci sporo czasu na twoje prywatne zainteresowania! ZAINTERESOWANIA! – powtarza dobitnie, grożąc mi palcem przed nosem – A nie kolejne balangi na jachcie albo wyścigi samochodowe w centrum miasta!
– Oj, babciu, czy ty naprawdę wierzysz we wszystko, co przeczytasz w prasie? Przecież mnie znasz i wiesz, że jestem spokojny i ułożony, dokładnie taki, na jakiego mnie wychowałaś – zarzekam się, całując jej obie dłonie.
Ta zagrywka jednak na niewiele się zdaje, bo jej wzrok pozostaje surowy.
– Wiesz, kiedyś wierzyłam w twoje tłumaczenia, że na tych zdjęciach to nie jesteś ty, a one same są przerobione dla lepszej klikalności, ale w końcu zmądrzałam. I co wieczór modlę się do Boga, by i na ciebie zesłał w końcu jakieś oświecenie, bo ileż można?! – fuka pod nosem. – Isaacu, już późno, musimy wyjeżdżać – kończy niespodziewanie, spoglądając na mojego ojca znad ramienia.
– Wyjeżdżać? A dokąd się wybieracie?
Spoglądam na oboje z zaciekawieniem. Nim jednak ojciec zdąży puścić parę z ust, babcia klepie mnie w tors i rzuca:
– Ty też nie o wszystkim nam mówisz, więc i my będziemy mieć swoje tajemnice.
Uśmiecham się od ucha do ucha. Nie ma chuja, bym pozwolił im na knucie za moimi plecami. Już otwieram usta, by ją jakoś zbałamucić, ale ta niespodziewanie odwraca się do mnie tyłem i rusza do czekającej już na nią z płaszczem gosposi.
– Ruth Knight, oficjalnie informuję cię, że z wiekiem robisz się coraz bardziej jędzowata – oświadczam tonem, jakiego ona zwykła używać, gdy mnie za coś karci.
– Mylisz pojęcia, chłopcze. To nie jędzowatość, ale asertywność! Musiałam się jej nauczyć przed śmiercią, by móc wynegocjować sobie w niebie lepszą chmurkę!
– Pfff! W niebie? Twoje miejsce jest w piekle, i to na tronie samego diabła!
Odwraca się w moją stronę, a w jej oczach dostrzegam znajomy blask.
– A obiecujesz, że włożysz mi do trumny jakiś trójząb, którym przegonię tego czorta z jego miejsca?
Mimowolnie parskam śmiechem, ale już po chwili kłaniam się w pas i odpieram teatralnym tonem:
– O pani, uwierz mi, że Lucyfer sam ci ustąpi miejsca. I mówię to ja, jego największy sługa na tej ziemi.
– Akurat w tym niewiele się pomyliłeś – kwituje sucho, po czym bez dalszych słów rusza do drzwi, a mój ojciec tuż za nią.
– Wiedz, że jeszcze wrócimy do naszej rozmowy! – rzucam do jego pleców.
Niespodziewanie zatrzymuje się w miejscu, obraca i podchodzi do mnie, a jego twarz wyraża wściekłość.
– Tolerowałem twoje wybryki i wybory, ale po tym, jak przez twój brak zainteresowania firma straciła kontrakt wart dwadzieścia milionów, moja cierpliwość się skończyła – sapie cicho. – Zmieniłem ci asystentkę na taką, która w końcu pomoże pozbierać ci ten bałagan do kupy, nie odciągając przy tym twojej uwagi od ważnych spraw. To młoda, bystra i energiczna kobieta, która według mnie bez trudu dorówna ci kroku i przy okazji nie da sobie wejść na głowę. Zamiast się dąsać i robić awantury, podziękuj i skup się na swojej pracy, bo pewnie cię zaskoczę, ale na tym polega dorosłość. Praca, odpowiedzialność za swoich podwładnych i za to, by przez twoje decyzje nie zostali na bruku z kredytami hipotecznymi. Miałeś wystarczająco dużo czasu, by się wyszaleć. Pora zmienić status z ROZKAPRYSZONEGO DZIECIAKA na DOROSŁEGO MĘŻCZYZNĘ. A jeśli odsuniesz na bok niechęć i wykorzystasz zdolności panny Lamont, to gwarantuję, że zostanie ci jeszcze sporo wolnego czasu na twoje projekty.
– Isaac! – Sfrustrowany krzyk babci sprawia, że na jego ustach wykwita uśmiech, a on sam w ułamku sekundy odwraca się i rusza do wyjścia.
– No przecież idę! Poganiasz mnie, a mamy jeszcze trochę czasu!
Stojąc pośrodku opustoszałego salonu, zastanawiam się nad całą tą sytuacją. Tajemnice ojca i babki to jedno, ale jego pewność w stosunku co do panny Lamont to coś zupełnie innego. Ona naprawdę jest taka dobra, czy to po prostu kolejny szpieg, który ma na mnie donosić bliskim?
Hmm… Jak nic szpieg. A takich trzeba eliminować albo przeciągnąć na swoją stronę.
Michael
– Gdzie Andrea? – pytam, gdy tylko ponownie tego dnia wychodzę z windy.
Pani Hopkins zerka na mnie znad swoich okularów, jakby nie spodziewała się już dzisiaj mnie zobaczyć. Tak właściwie sam się sobie dziwię, że wróciłem do firmy, zamiast udać się od razu do swojego domu. Tam przynajmniej nie muszę się użerać ze szpiegami i z matactwami ojca.
– Wyszła właśnie na lunch – odpiera w końcu, a ja zerkam na zegarek.
Lunch. No tak, w tym wszystkim zapomniałem o tak przyziemnych sprawach jak posiłek.
– Jestem dziś z kimś umówiony? – upewniam się, bo od rana nie miałem jeszcze okazji, by zajrzeć w kalendarz.
– Już nie. Te poranne spotkania przełożyłyśmy, tak by wpasować je w nadchodzący tydzień. Panna Lamont zresztą na pewno później wprowadzi pana w nowy grafik – dodaje, wracając do swoich obowiązków.
Nie wdaję się w dalszą pogawędkę z sekretarką, tylko wkraczam do swojego gabinetu, gdzie natychmiast wyjmuję z kieszeni komórkę i wybieram jeden z najczęściej używanych kontaktów.
– A któż to sobie o mnie przypomniał! – Po trzecim sygnale w głośniku rozbrzmiewa znajomy głos. – Powinienem się obrazić, że dzwonisz dopiero teraz, a nie zaraz po przybyciu do firmy, ale domyślam się, że zawalili cię robotą.
Ściskam palcami nasadę nosa. Jakob Hardy to mój najlepszy kumpel, znamy się praktycznie od podstawówki, a do Knight Enterprise dostał się jeszcze w czasach, gdy zarządzał nią mój ojciec. Wiemy o sobie wszystko, znamy nawet rozmiar kutasa – tak się kończą niektóre nasze pijackie zakłady. I faktycznie, gdyby nie poranne problemy, wezwałbym go do siebie tuż po przybyciu do firmy, by zdać mu relację z minionych wakacji czy wypytać o to, co się działo tutaj podczas mojej nieobecności.
– Halo! Jesteś tam? – krzyczy, gdy ja wciąż milczę.
– Powiedzmy – mamroczę przez zęby. – Wyszedłeś już na lunch?
– Nie, właśnie kończę raport dla…
– To dobrze – wchodzę mu w słowo. – Kończ i wbij do mnie. Zamówię nam coś z bufetu na dole.
– Twój ton sprawia, że zaczynam się bać. Stało się coś?
Kręcę głową, choć przecież tego nie widzi.
– Pospiesz się.
***
Od dwudziestu minut streszczam przyjacielowi wydarzenia minionego przedpołudnia, oczywiście pomijając pewne sceny, tylko po to, by usłyszeć:
– Andrea jest bardzo sympatyczną osobą. Rozmawiałem z nią ze dwa razy, kiedy imprezowałeś na Bali.
Z wrażenia zamieram.
– Chwila, a więc wiedziałeś o mojej nowej asystentce i nie pomyślałeś, żeby do mnie zadzwonić i uprzedzić?! – niemal wrzeszczę.
– Myślałem, że o niej wiesz! Poza tym zakładałem, że to jakaś stażystka, a nie asystentka! – broni się, odsuwając na bok pusty już talerz.
– Stażystka na moim piętrze? – Unoszę znacząco brew, bo Jake wie, że to jedyne miejsce w firmie, gdzie żółtodzioby nie mają wstępu. Za dużo z nimi kłopotów, stale trzeba ich nadzorować i nie zawsze rozumieją, do czego zobowiązuje ich podpis na NDA.
– No dobra, może nie stażystka, ale jakaś pomoc pani Hopkins czy też ktoś na zastępstwo. W życiu nie przypuszczałbym, że twój stary weźmie sprawy kadrowe w swoje ręce! Przecież prowadzisz firmę od ponad roku, podpisałeś kilkadziesiąt lukratywnych kontraktów! Skąd ta nagła kontrola? – zdumiewa się.
Odrzucam na bok trzymaną w dłoni serwetkę i odwracam wzrok.
– Ostatnio przejebałem kontrakt wart aż dwadzieścia milionów – przyznaję cicho. – Zapomniałem o umówionym lunchu, przez co właściciel tamtej firmy się obraził i porzucił dalsze rozmowy! – bronię się, gdy ten krztusi się napojem.
– Jak mogłeś zapomnieć o tak ważnym spotkaniu?! Przecież to właśnie asystentka powinna dopilnować twojego kalendarza spotkań!
Zaciskam szczęki. Postanawiam też zataić przed kumplem informację, że to właśnie z powodu Lisy zawaliłem tamto spotkanie, a raczej przez to, jak mnie ujeżdżała na tylnej kanapie mojego wozu.
– Wydaje się, że twój ojciec postąpił słusznie, skoro znalazł ci nową i bardziej kompetentną pomoc – dopowiada po chwili milczenia, a ja posyłam mu spojrzenie bazyliszka.
– Za to mi się zdaje, że w twoim imieniu jest literówka. Nie miałeś nazywać się Jake, ale Joke2.
– Stary, no weź, dwadzieścia milionów przeszło ci koło nosa. To nie są małe pieniądze, wiesz o tym. Może ta nowa…
– Nawet jeśli jest taka super kompetentna, jak wszyscy mówią, to nie zmienia faktu, że jest szpiegiem ojca. W dodatku nietykalnym. Nie mogę jej zwolnić – uściślam na widok jego miny. – Tylko ona może porzucić tę robotę.
– Ooo, ale numer. I co teraz? Dogadasz się z nią?
– Dogadasz? – powtarzam za nim.
– No wiesz, będziesz jej właził w tyłek, by nie donosiła staruszkowi o tym, co wyprawiasz, czy może właśnie zamierzasz się podporządkować ich oczekiwaniom? – Parska nagle śmiechem i dodaje: – Choć w to drugie nigdy nie uwierzę.
Trę brodę w zamyśleniu.
– Włażenie w tyłek, a przynajmniej w dosłownym tego słowa znaczeniu, nie wchodzi w grę. Panna jest święta jak Matka Teresa i nie sprawia wrażenia chętnej na romanse z szefem.
– Rozumiem, że już sprawdziłeś tę tezę? – rzuca ze znaczącym uśmieszkiem, a ja zbywam ten tekst milczeniem.
– Mógłbym więc ograniczyć się do niewinnego flirtu i urabiać ją przez kolejne miesiące, aż sama opuści obóz wroga, albo…
– Albo? – pogania mnie.
– Albo sprawić, by pożałowała tej roboty i osobiście złożyła wypowiedzenie.
– Możesz ją też przekupić – podsuwa, choć ja już w głowie mam wizję prób i mąk, na jakie wystawię pannę Lamont. – Wypłać jej roczną pensję i dogadaj się, że ewentualnie znajdziesz jej wakat w innym dziale, albo…
Jake urywa na widok tego, jak się szczerzę. Nie dodaje też nic więcej, zresztą wie, że jeśli już ułożyłem sobie w głowie jakiś plan, to go nie odpuszczę. Nigdy nie odpuszczam. Dlatego mam przydomek samego diabła.
– A czy choć przez moment przeszło ci przez myśl, że taka ogarnięta asystentka odciąży cię w obowiązkach i da więcej czasu na inne zajęcia? Na twoje zabawy w programowanie? – pada jeszcze ciche pytanie.
– Pomyślę nad tym, gdy sam będę wybierać kolejną asystentkę. A tymczasem… Jakie masz plany na jutrzejszy wieczór?
– A po co pytasz, skoro najwyraźniej mam je dla ciebie zmienić?
Zacieram ręce, lecz jeszcze nie wtajemniczam przyjaciela w szczegóły mojego szatańskiego pomysłu. A ja mam zamiar złamać tę kobietę. Pozostaje tylko kwestia tego, jak silnym okaże się przeciwnikiem.
Albo jak zdesperowanym, by tu pozostać.
– Skoro już ustaliliśmy, że panna Lamont nie zostanie z nami na dłużej, to może opowiesz mi teraz, jak minął twój urlop? – zmienia temat. – Nie powiem, dość często pojawiałeś się w rubrykach plotkarskich.
Spoglądam na przyjaciela z konsternacją.
– Doprawdy? Po to wyleciałem aż na Bali, by uniknąć głupich paparazzi.
– Jak widać, jeden jest twoim namiętnym fanem, bo wrzucał do sieci pikantne fotki przynajmniej dwa razy w tygodniu. Uwiecznił cię nawet w akcji na jakimś jachcie. Ciebie i jakąś uroczą Azjatkę, gdy… no wiesz. – Porusza znacząco brwiami.
Przewracam oczami. Przysięgam, że jak tylko odkryję, kim jest ten natrętny dziennikarzyna, to odetnę mu łapy, by więcej nie wziął w nie aparatu, a także wyrwę nogi z dupy, żeby mieć pewność, że już nigdzie za mną nie pojedzie. Niestety jak na ten moment kutas publikuje pod pseudonimem i nawet za pomocą pieniędzy nie jestem w stanie ujawnić jego prawdziwych personaliów. Redaktorzy plotkarskich gazet i portali nie chcą zaś puścić pary z ust, bo wiedzą, że nie zapłacę im za milczenie tyle, ile oni zarobią na tych wszystkich kompromitujących fotkach. Wdrożyłem więc plan wykupienia najbardziej rozpisujących się na mój temat szmatławców, ale to wymaga czasu i cierpliwości.
– Mogłeś polecieć ze mną, wtedy nie musiałbym ci nic opowiadać, a i ty gościłbyś na pierwszych stronach gazet – wypominam mu, wracając do tematu rozmowy.
– Sorry, stary, ale tylko ty możesz się pochwalić nielimitowanym okresem urlopowym w roku. Ja mam wyliczoną liczbę dni i muszę z głową planować każdy wypad. Poza tym tu, na miejscu też było dość ciekawie – kończy, zawieszając znacząco głos.
Już mam go pociągnąć za język i wydusić wszelkie informacje na temat tego, co mnie ominęło, gdy jego telefon zaczyna brzęczeć, a on sam zrywa się na równe nogi.
– Muszę spadać. Jeśli nie dam dzisiaj Orwellowi tego raportu, to wywali mnie na zbity pysk i nawet znajomości z samym szefem niewiele mi pomogą. A ty? Co teraz zamierzasz?
Uśmiecham się z wyższością.
– Poczekam, aż moja asystentka wróci z przerwy, a potem zacznę ją urabiać. Zobaczymy, co stanie się jako pierwsze.
– A jakie są opcje? – dopytuje, cofając się do drzwi.
– Albo mi ulegnie, albo złoży wypowiedzenie.
– Nie jesteś zbyt pewny siebie? – rzuca i chwyta za klamkę.
– Ja? Nigdy.
Andrea
– Wrócił. Pytał o ciebie.
Wytrzeszczam oczy, a następnie wolnym ruchem odkładam torebkę na szafkę za plecami pani Hopkins, spoglądam na nią i powtarzam:
– Pytał o mnie? Ale o co dokładnie? Czy wciąż tu pracuję?
Jak tylko wymaszerowałam z gabinetu tego dupka, wjechałam windą na taras dla palaczy na dachu, a upewniwszy się, że jestem tam sama, zaczęłam wrzeszczeć na całe gardło i przeklinać młodego Knighta, a także psioczyć na własną decyzję odnośnie do przyjęcia tej posady. Na szczęście wystarczyło mi kilka minut, by pozbierać się do kupy, oraz by sobie przypomnieć, o jakie pieniądze toczy się gra. Niemniej jednak w tym czasie mój dupkowaty szef ulotnił się z firmy, nie zostawiając mi żadnych dyspozycji czy zadań, a ja sama musiałam sobie znaleźć pożyteczne zajęcie.
A mogłam po prostu usiąść na tyłku i czekać na powrót lorda.
Pani Hopkins obraca się na krześle i spogląda na mnie znad oprawek swoich małych okularów, a na jej ustach pojawia się nikły, za to jakże charakterystyczny uśmieszek. Muszę przyznać, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni polubiłam tę kobietę. Choć to raczej złe określenie. Ja ją po prostu ubóstwiam! Za jej charakter, wewnętrzną siłę, spokój i opanowanie. To ona najlepiej przygotowała mnie do współpracy z naszym szefem i to ona zasugerowała, jak skutecznie go spacyfikować. Złota kobieta.
– Powiedziałam mu, że wyszłaś na lunch, sam zresztą też ma teraz gościa, ale wydaje mi się, że jak tylko pan Hardy opuści gabinet…
Kiwam głową, bo wiem do czego zmierza. Co więcej, ma rację. Muszę pokazać temu draniowi, że nie jestem jedną z jego dziwek, a moja praca dla niego ma swoje granice.
Jak na zawołanie drzwi gabinetu stają otworem, a ja podrywam wzrok. Po sekundzie na progu pojawia się Jakob Hardy, młodszy specjalista do spraw finansowych. W minionych dniach udało nam się zamienić kilka słów w bufecie na pierwszym piętrze. Jak tylko mnie dostrzega, cofa się nieco do środka, a do moich uszu dociera cichy komunikat:
– Twoja asystentka wróciła.
– Poproś ją do mnie!
Hardy spogląda na mnie z lekkim uśmiechem, dlatego biorę głęboki wdech, chwytam w dłoń tablet, a następnie mijam go i wkraczam do jaskini samego lwa.
– Pan mnie wzywał – oznajmiam sucho, poprawiając zsuwające się z nosa okulary.
Knight wstaje zza biurka i rusza w moją stronę, ale niespodziewanie przystaje dwa metry przede mną, a ręce splata za plecami. Na jego twarzy pojawia się zaś coś, co złudnie przypomina… zawstydzenie?
– Panno Lamont, chciałbym panią przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie. Co prawda w kluczowym momencie nie dała mi pani dojść do słowa, dlatego teraz pragnę panią zapewnić, że to nieludzkie polecenie było jedynie testem. Chciałem mieć pewność, że jako moja nowa pracownica zna pani granice. Ten sprawdzian zdała pani celująco.
Unoszę brew i przeszywam drania spojrzeniem. Test na granice? Taaa, akurat! Dupek pewnie boi się, że zgłoszę próbę molestowania seksualnego albo polecę z tym do prasy, co totalnie zrujnuje jego reputację. I w sumie mogłabym, gdyby nie stosowne zapisy w NDA ujęte drobnym druczkiem, które doczytałam dopiero w domu.
Zakładam ramiona na piersi, by dodać sobie nieco więcej pewności siebie. Nie znam tego mężczyzny. Wiem o nim tylko tyle, ile piszą w gazetach i co usłyszałam od pozostałych pracowników Knight Enterprise. Lowelas i imprezowicz, z nutą megalomana, a jednocześnie inteligentny i niezmiernie hojny dobroczyńca, wspierający szkoły, uczelnie i fundacje. Jakby drzemały w nim dwie różne osobowości.
– Panie Knight, nie wierzę w tę bajeczkę, ale sama również wolałabym, byśmy zaczęli naszą współpracę od lepszych relacji niż awantura o próbę molestowania.
Jego oczy chcą wyjść z orbit.
– Próba molestowania?! Oszalała pani?! Przecież ja nigdy nie romansuję z własnymi pracownicami!
Choć bardzo się staram, nie potrafię się powstrzymać i parskam śmiechem.
– Czyli pana poprzednia asystentka miała problem z trzymaniem moczu, tak? Dlatego zarówno w pana biurku, jak i jej dawnym gabinecie, w każdym zakamarku, upchana jest damska bielizna?
– Grzebałaś w moim biurku?! – Jego obrona przeradza się w atak.
Kręcę głową.
– Nie ośmieliłabym się. To pana ojciec szukał jakiegoś dokumentu i to on natknął się na takie znaleziska. Z tego też powodu wciąż nie przeniosłam się do tego – wskazuję na drzwi łączące jego biuro z gabinetem asystentki – pomieszczenia. Pana ojciec zarządził wymianę mebli i generalny remont, bym nie miała tej wątpliwej przyjemności odkrywania wszelkich pozostałości po pana zażyłej współpracy z poprzednią asystentką.
Mina Knighta wyraźnie tężeje. Już przygotowuję się do kolejnej ofensywy, gdy mężczyzna niespodziewanie posyła mi rozbrajający uśmiech.
– Okej, trafiony zatopiony. Nie mam więcej bajeczek w zanadrzu, dlatego może teraz pani usiądzie, a następnie wprowadzi mnie w grafik spotkań na ten tydzień oraz w bieżące sprawy?
Zmiana jego nastroju zbija mnie nieco z tropu, lecz nie daję tego po sobie poznać. Zgodnie z jego zaproszeniem zajmuję miejsce, a także odblokowuję tablet i kalendarz.
– Dzisiejsze poranne spotkania zostały przełożone, dlatego ma pan czas, by…
– Michael – wchodzi mi w słowo. – Mówmy sobie po imieniu.
Poprawiam na nosie okulary.
– Wolałabym zachować bardziej oficjalną relację…
– Oczywiście, gdy będziemy w towarzystwie obowiązuje zasada pan–panna, ale gdy jesteśmy sami…
Przeczę ruchem głowy, bo to według mnie niestosowne i zbyt zażyłe.
– No dobrze, jak wolisz – kapituluje, wyciągając przed siebie ręce. – Choć ja będę się do ciebie zwracać po imieniu. To moja zasada, a ty mów do mnie tak, jak uważasz. Tylko może nie używaj określeń z naszego pierwszego spotkania, dobrze? PIES NA BABY czy BEZCZELNY CHAM są mało przyjazne.
Przygryzam wnętrze policzka, ale pomimo starań i tak wypalam:
– Szkoda, bo idealnie opisują pana charakter.
Knight zostawia moje słowa bez komentarza, ale i tak dostrzegam, że kącik jego ust minimalnie drga w uśmiechu. Biorę to za dobry znak.
Może ta praca nie będzie taka zła, jak myślałam?
– Podaj mi swój numer telefonu – nakazuje niespodziewanie, sięgając po swoją komórkę.
– Mój numer służbowy ma pan już zapisany w…
– Ten prywatny – przerywa mi. – Służbowy telefon ma ci służyć do kontaktu z pozostałymi pracownikami i organizacji różnych spraw. No nie wiem, umawiania spotkań, posiłków, zamawiania biletów lotniczych, kontaktu z kwiaciarniami, mediami i tak dalej – wylicza na poczekaniu. – JA – akcentuje wyraźnie – muszę być z tobą W STAŁYM kontakcie, również po godzinach twojej pracy. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy będę potrzebować pomocy własnej asystentki – zauważa, skupiając na mnie wzrok.
W jego oku pojawia się dziwny błysk, który wzbudza moje obawy, lecz ostatecznie podaję mu z pamięci ciąg cyfr. Już po kilku sekundach czuję w kieszeni spodni charakterystyczne wibracje.
– To mój prywatny numer – informuje, odkładając telefon na bok. – Teraz na pewno pozostaniemy w kontakcie. A skoro widzę, że kalendarz spotkań został zaktualizowany również na moim panelu, to czy możemy porozmawiać o twoim zakresie obowiązków? – Zręcznie zmienia temat. – Przedtem chyba się nie dogadaliśmy.
Jego usta wyginają się w uśmiechu, który przypomina mi ten diaboliczny w wykonaniu starszego Knighta z dnia, gdy podpisywałam z nim umowę. Odsuwam na bok wszelkie wątpliwości. Dobra atmosfera w miejscu pracy to podstawa. Nie mogę sobie pozwolić na to, by wieczorami wyżywać się w domu na moich bliskich, odreagowując w ten sposób godziny spędzone ze znienawidzonym szefem.
Prostuję się na fotelu i wymuszam na ustach zachęcający uśmiech.
– A więc słucham, czego pan ode mnie oczekuje?
– Może rozepniesz chociaż te dwa guziki przy samej szyi? – Wskazuje palcem na moją koszulę. – Tak dla lepszego widoku?
Ponownie mrużę oczy w szparki, a ten natychmiast unosi dłonie w poddańczym geście.
– Spokojnie, nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował! – broni się. – Ale bez obaw, z czasem na pewno przyzwyczaisz się do… mnie – kończy, szczerząc się od ucha do ucha.
Ostatkiem sił zmuszam się, by nie westchnąć.
– Dopóki trzyma pan ręce przy sobie, a teksty nie są wulgarne, wytrzymam.
– A potem co? – drąży, przewiercając mnie wzrokiem.
Posyłam mu sztuczny uśmiech.
– Potem nawet podpisane przeze mnie NDA pana nie ochroni. Gwarantuję.
Andrea
Stoję w zatłoczonym tramwaju, a wzrok skupiam na wyłaniających się zza mgły promieniach słońca. W tym tygodniu pogoda nas nie rozpieszcza, przez co Karl de Fog3 utrzymuje się nad miastem niemal przez cały dzień, sprawiając przy tym, że moje życie wydaje się jeszcze bardziej ponure niż w rzeczywistości.
Choć w swojej naiwności jeszcze do dziś łudziłam się, że oto nadchodzi lepsze.
Przez ostatnie dwa tygodnie stawałam na rzęsach, by pokazać się wszystkim z jak najlepszej strony. By widzieli we mnie zorganizowaną, ambitną i bystrą osobę, która docenia szansę, jaką dostała. I tak, niejednokrotnie pracownicy Knight Enterprise próbowali ostrzec mnie przed moim własnym szefem, ale dopiero dzisiejsze spotkanie otworzyło mi oczy. I nie, końcowa próba mojego szefa, by zatrzeć to pierwsze złe wrażenie, nie przekonała mnie do tego drania. Wiem, że koleś da mi popalić, pewnie w akcie zemsty za to, że zostałam zatrudniona bez jego wiedzy, do czego sam nie jest przyzwyczajony. A jednak nie mam zamiaru się poddać. Potrzebuję tej pracy, a raczej kasy za tę pracę, i dopóki dupek utrzyma łapy przy sobie, dopóty zacisnę zęby i będę robić dobrą minę do złej gry.
Tramwaj zatrzymuje się na moim przystanku, więc czym prędzej uciekam z przepełnionego wagonika i biorę kilka głębszych wdechów świeżego, albo przynajmniej świeższego, powietrza. Maj w Kalifornii kojarzy się wszystkim z początkami fali upałów, ale nie w San Francisco, za co kocham to miasto najbardziej. Lato jest gorące, ale zdecydowanie w mniejszym stopniu niż w moim rodzinnym Los Angeles, a wiosna to dla mnie najprzyjemniejsza pora roku. Nawet z tą nieustanną mgłą, którą turyści uwielbiają, a i ja sama zdążyłam przywyknąć na tyle, by docenić jej charakterystyczne piękno.
– Andrea! – Niespodziewanie na horyzoncie pojawia się pani Norris, nasza sąsiadka. Ta sama, dzięki której złapałam wcześniejszy wakat w firmie rachunkowej. – I jak ci tam leci w tej nowej pracy? Opowiadaj! – nakazuje, ruszając ze mną w stronę domu.
– Dziękuję, jest całkiem okej. W końcu mogę się wykazać i udowodnić, że na studiach nie próżnowałam. A u pani wszystko w porządku? – Próbuję zmienić temat. – Ciocia wspominała, że dopadł panią jakiś wirus.
Kobieta zbywa moje pytanie machnięciem ręki.
– Pfff! To przecież nic nowego. Dopiero gdy umrę, przestanę łapać te wszystkie świństwa! No ale nie zmieniaj tematu! – Grozi mi palcem przed nosem, a kącik jej ust minimalnie drga. – Powiedz coś więcej. Traktują cię tam dobrze?
– Tak, mam całkowite wsparcie starszych stażem pracowników i…
– A ten twój szef? – wchodzi mi w słowo. – Faktycznie taki z niego czort, jak piszą w gazetach, czy to tylko plotki?
Zmuszam usta do szerszego uśmiechu.
– Plotki wyssane z palca. Pan Michael Knight to przyzwoity i bardzo inteligentny mężczyzna. Myślę, że będzie nam się dobrze razem pracować – kłamię jak z nut.
– Dzięki Bogu! Zasłużyłaś na wszystko, co najlepsze, a nie na kolejny życiowy koszmar. A wiesz, Steven pytał ostatnio o ciebie – rzuca niespodziewanie. – Przyjedzie do mnie w następny weekend, może uda wam się spotkać, jak myślisz?
Z wielkim trudem zmuszam się, by nie westchnąć. Steven to syn pani Norris, mieszka i pracuje w Santa Rosa, a odkąd tylko przeprowadziłam się do cioci, życiową misją naszej sąsiadki stało się, by nas ze sobą zeswatać. I choć faktycznie można zauważyć, że Steve jest mną zainteresowany, tak ja nim na pewno nie, co już niejednokrotnie dawałam im wszystkim do zrozumienia.
– Proszę się trzymać zdrowo! – wołam na odchodne, skręcając w stronę naszego domku.
– Wy również! Musimy obowiązkowo spotkać się przy jakiejś herbatce. Może w weekend?
Krzywię się w duchu.
– Zobaczymy, jak ułożą się następne dni – próbuję wybrnąć. – Do widzenia! – kończę, po czym szybko otwieram drzwi i zamykam się w budynku.
– Mama! Już jesteś! – Niemal natychmiast na korytarzu pojawia się moja córeczka, która z impetem wpada w moje ramiona. – Tęskniłam – mruczy mi w szyję, gdy tylko ją podnoszę.
– Ja za tobą też – zapewniam, całując jej włosy. – Jak minął dzień w przedszkolu?
– Nudno, jak zawsze. Ale ciocia odebrała mnie dzisiaj wcześniej i teraz oglądam bajki, więc jest lepiej! – trajkocze.
Zaniepokojona unoszę brew i ruszam z córką do salonu.
– Odebrała cię wcześniej? – powtarzam. – A z jakiej to okazji?
Mia wzrusza ramionami, a ja szukam wzrokiem cioci. Zauważam ją już po chwili, jak leży na jednej z kanap, otulona ciepłym kocem.
– Wyglądasz mizernie. Co się dzieje? – pytam, podchodząc bliżej.
Moja córka od razu korzysta z okazji i ucieka na swój ulubiony fotel przed telewizorem, a ja przykładam dłoń do czoła ciotki, by sprawdzić jej temperaturę.
– Masz gorączkę. Brałaś coś?
W odpowiedzi kręci głową i tylko ciaśniej otula się swoim okryciem.
– Powinnaś pójść do lekarza. Zaraz zadzwonię i umówię…
– Nie, zostaw, samo przyszło, samo pójdzie – chrypi. – Jak minął dzień w pracy?
Prycham pod nosem.
– Nie zmieniaj tematu. Powinien zbadać cię lekarz, a potem przepisać stosowne lekarstwa.
– Przestań dramatyzować, to zwykłe przeziębienie. Wezmę jakieś pastylki, napiję się ciepłej herbaty i do jutra będę jak nowo narodzona.
Zaciskam szczęki. Obie wiemy, że tak nie będzie, ale też obie zdajemy sobie sprawę, skąd ten upór.
– Ciociu, dostałam od pana Knighta zaliczkę. Stać nas, aby opłacić wizytę lekarza i lekarstwa – szepczę tak cicho, by tylko ona mnie usłyszała.
– Nie możemy wydawać twoich ciężko zarobionych pieniędzy na takie głupoty – również szepcze. – Najpierw musimy opłacić zaległe i bieżące rachunki, oddać sąsiadom wszystkie długi, a dopiero potem możemy pomyśleć o mnie. Są rzeczy ważne i ważniejsze.
– A ty jesteś najważniejsza! – niemal krzyczę, przez co zwracam na nas uwagę Mii. Natychmiast wykrzywiam usta w uśmiechu, by ją uspokoić, a potem szepczę do cioci. – Część rachunków już opłaciłam, więc nie odetną nam prądu ani wody. Nadpłaciłam też dwie zaległe raty kredytu, dlatego bank też chwilowo da nam spokój. Sąsiedzi wiedzą, że dopiero zaczęłam nową pracę, na pewno wykażą się wyrozumiałością, jeśli będę ich spłacać w częściach. Dlatego nie marudź i spróbuj się przespać, a ja w tym czasie zrobię dla nas obiad i zadzwonię do przychodni, by umówić wizytę domową.
Nie czekam na jej odpowiedź, tylko zdejmuję płaszcz i uciekam z nim do holu, gdzie go odwieszam, a następnie biorę głęboki wdech i spoglądam na swoje odbicie w lustrze.
Kiedy pan Knight, ten starszy, poinformował mnie, że mam donieść do kadr dane członków rodziny, by wypełnić wniosek do ubezpieczalni, cieszyłam się jak dziecko, bo oto z moich ramion spadłby jeden z większych ciężarów, a mianowicie obawa o zdrowie cioci Mary. Niestety żadna z firm ubezpieczeniowych nie oferuje ubezpieczenia dla współlokatorów. Można ubezpieczyć dzieci, partnera, nawet rodziców czy dziadków, z którymi dzieli się gospodarstwo domowe, ale nie ciotkę, w dodatku przyszywaną.
Ciocia Mary to przyjaciółka mojej mamy jeszcze z czasów studiów. Ich przyjaźń była tak wielka, że rodzice mianowali ją moją matką chrzestną i zawsze mogłam na nią liczyć. Zawsze i we wszystkim. W najgorszym momencie mojego życia przyjęła mnie pod swój dach, a także zapewniła opiekę i pomoc, niczym własnemu dziecku. Niestety dwa lata temu ciotka przeszła niewielki udar, po którym straciła częściowo czucie w prawej ręce. W efekcie zwolniono ją z pracy ilustratorki w jednym z wydawnictw dla dzieci, a wraz z etatem skończyło się ubezpieczenie. Gdy staraliśmy się wywalczyć jakąś rentę czy zasiłek, usłyszałyśmy, że ta częściowa niedyspozycja nie robi z ciotki takiej kaleki, jak próbujemy to przedstawić, a ona sama zawsze może się przebranżowić i znaleźć mniej wymagającą pracę, na przykład w call center.
Wtedy nasze role się odwróciły i to ona została w domu z moją córką, a ja wzięłam na siebie obowiązek utrzymania naszej małej rodziny. Ale sytuacja była, jaka była, zarobki ledwo starczały na bieżące opłaty i utrzymanie. Nie stać nas było na wykup ubezpieczenia, nawet dla niej samej. Szczęście w nieszczęściu, że Mia jako dziecko załapała się na całkowicie darmową opiekę zdrowotną, bo gdybym musiała opłacać jej wizyty u lekarzy… Cóż, tonęłybyśmy w jeszcze większych długach niż obecnie.
No ale teraz dzięki starym znajomościom dostałam świetnie płatną pracę, ja i Mia jesteśmy ubezpieczone w najwyższym możliwym pakiecie, a szefowa działu HR podpowiedziała mi, jakie ubezpieczenie prywatne będzie dla cioci najlepsze. Co więcej wydrukowała mi już właściwe wnioski. Jak tylko otrzymam pierwsze wynagrodzenie, wyślę dokumenty do ubezpieczalni i już wtedy ciotka bez obaw będzie mogła korzystać z wszelkiej opieki medycznej i nie myśleć o rachunkach.
Okulary chyba po raz setny tego dnia zsuwają mi się z nosa, dlatego automatycznie je poprawiam, gdy tuż za sobą w lustrze zauważam moją córeczkę.
– Po co je nosisz?
Uśmiecham się, a następnie obracam przodem do niej i spoglądam na nią znad oprawek.
– Bo w nich wyglądam na mądrzejszą, niż jestem – wyznaję konspiracyjnym szeptem.
W odpowiedzi kręci główką tak energicznie, że loczki na jej głowie skaczą w każdą stronę.
– Chyba na brzydszą – poprawia mnie. – Mogę ci pomóc z obiadem?
Unoszę jedną brew.
– Bajki się skończyły? – zgaduję, a ta po chwili przytakuje. – Okej, a na co masz dzisiaj ochotę?
– Spaghetti! – krzyczy entuzjastycznie, po czym biegnie w stronę kuchni.
Oddycham z ulgą. Z listy jej ulubionych dań to jest najtańsze i najszybsze w przygotowaniu.
– Dobrze, tylko daj mi się szybko przebrać! – wołam, wbiegając po schodach na piętro do naszej wspólnej sypialni.
W pośpiechu zrzucam z siebie białą koszulę i czarne spodnie, a wkładam stary dres. W ostatniej chwili przypominam sobie o okularach, które również rzucam na komodę.
W końcu mogę być sobą.
1 NDA (ang. non-disclosure agreement) – dokument o zachowaniu poufności.
2 Joke (ang.) – żart, psikus.
3 Karl de Fog – nazwa mgły charakterystycznej dla San Francisco. Zjawisko to jest tak specyficzne, że zyskało nawet swój unikatowy profil w social mediach.
