Pisarka i wicehrabia - Ann Hawthorne - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Pisarka i wicehrabia ebook i audiobook

Ann Hawthorne

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Bohaterka spragniona ucieczki. Bohater spragniony odmiany. I dwór, na którym przed niczyim wzrokiem nie da się ukryć… Lavinia Dudley, młoda powieściopisarka wyniesiona nagle na szczyty sławy, dostępuje wielkiego zaszczytu — zostaje damą dworu królowej Charlotty. Nowe obowiązki i bezlitosny wir towarzyski odbierają jej jednak siły, a wyniosłe damy nie pozwolą jej zapomnieć, że jest zaledwie córką nauczyciela muzyki. Hugh, lord Granville, również otrzymuje wielką szansę — może zostać koniuszym króla i zmazać hańbę, jaką okrył rodzinę jego nieboszczyk ojciec. Lecz nowa godność wyrywa go z ukochanego domu i dawnego życia, a ukojenia każe szukać w zmysłowych rozrywkach. Królewska podróż do Cheltenham zetknie ich ze sobą. Ale gdy ich misterny plan zaprowadzi oboje za daleko, czy miłość zdoła ich ocalić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 167

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 27 min

Rok wydania: 2026

Lektor: głos syntetyzowany

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PISARKA I WICEHRABIA

POTĘŻNIEJSZE NIŻ MIECZ

CZĘŚĆ JEDEN

ANN HAWTHORNE

Pisarka i wicehrabia

Tytuł oryginalny: Ań Authoress and a Viscount

Autor: Ann Hawthorne

Korekta: Cowper Author Services

© Copyright by Ann Hawthorne, Berlin 2024

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.

Wydanie I Berlin 2026

Wydawnictwo Cowper Publishing

ISBN 978-3-912281-60-6

ROZDZIAŁ 1

Lavinia nie była pewna, czego właściwie oczekiwała od tego roku, trzeciego roku swojej służby na dworze. Jakaś jej cząstka żywiła nadzieję, że zasady nieco zelżeją i w zestawie tańców pojawi się żywszy kadryl. Była to jednak nadzieja równie niedorzeczna, jak życzenie sobie, by słońce pewnego dnia wzeszło na zachodzie. Zdaniem Jej Królewskiej Mości całe to podskakiwanie i wirowanie było nad wyraz niestosowne i z pewnością nie wypadało na balu wydanym na jej cześć.

Lavinia nigdy nie była na prawdziwym balu, zanim trafiła na dwór jako druga strażniczka królewskiej garderoby. Nawet u szczytu swojej literackiej sławy, kiedy podejmowali ją przyjaciele świętej pamięci doktora Johnsona, nie otrzymywała podobnych zaproszeń. Bynajmniej jednak nie była obca temu, co wychodziło spod pras drukarskich. Jej wydawca, pan Wickman, mający swój sklep przy katedrze św. Pawła, prowadził intratny handel nutami do kadryli, a dla tancerzy stateczniejszych – allemand.

Ale to było tam, na zewnątrz, w tętniącym świecie Londynu, Bath, Bristolu i dalszych miast – w świecie, gdzie życie kotłowało się niczym wzburzone morze. Tutaj, na dworze króla Jerzego, przypominało raczej jezioro gładkie jak lustro, a tańcem najczęściej widywanym na balach urodzinowych jego małżonki był kotylion. W tym roku, jak we wszystkich poprzednich, bal urodzinowy królowej Charlotty odbył się przed jej urodzinami. Urodziła się w maju; jednak zgodnie z labiryntową logiką dworskiego ceremoniału jej urodziny świętowano w styczniu.

Lavinia piła tego wieczoru trzeci kieliszek niesłodzonego szampana. Zwykle nie przepadała za tym trunkiem – właściwie za żadnym alkoholem – lecz inaczej trudno jej było wyglądać na ożywioną, a nawet żywą. Nie umiała sobie wyobrazić, skąd brały się opowieści o dworskim życiu pełnym próżnowania i bezczynności. Być może gdzieś daleko, poza zasięgiem jej własnego doświadczenia, rzeczywiście toczyło się takie życie. Lavinia jednak musiała dziś wstać o szóstej rano – tak samo jak wczoraj i każdego ranka przez trzy minione lata – i cierpliwie czekać, aż zostanie wezwana do swoich obowiązków. Oczywiście na balu urodzinowym królowej Charlotty nie mogła okazać nawet śladu takiego rygoru. Wiedziała, że i to należy do jej powinności – uśmiechać się i udawać łagodną radość.

Nie tylko udawać – przypomniała sobie. Żeby być należycie dobrą i wdzięczną, powinna ze wszystkich sił starać się poczuć to w sercu. Jakże nienaturalna musiała być, skoro stanowisko, za które większość kobiet w kraju dopuściłaby się morderstwa, przynosiło jej jedynie tępą niedolę?

„To będzie już pani ostatni kieliszek szampana na dzisiejszy wieczór” – oznajmiła pani Juliana Schwellenberg tonem raczej opiekunki wobec dziecka niż pierwszej strażniczki królewskiej garderoby zwracającej się do drugiej. „Dość już sobie pani pozwoliła.”

„Nie zamierzałam sobie pozwalać” – próbowała wyjaśnić Lavinia głosem równie cierpliwym, co uniżonym. „Po prostu jestem trochę zmęczona i —”

„Zmęczona! Cóż za kruche stworzenie z pani. Można by pomyśleć, że kobiety pani pochodzenia mają twardsze dusze i ciała niźli pani.”

Ojciec Lavinii był nauczycielem muzyki i uczonym, a jej nieżyjąca już matka – genialną harfistką. Słuchając dam dworu, można by pomyśleć, że Lavinia spędziła dzieciństwo przy pługu, na ciężkiej roli.

Nie poprawiła jednak starszej kobiety. Wiedziała, że nie przyniesie to nic prócz dalszych uszczypliwości. Musiała postąpić rozsądnie. Musiała przełknąć tę zawoalowaną obelgę, udać, że jest zbyt niemądra, by ją pojąć, i skinąć głową.

Jej uwagę przyciągnął głośny śmiech. Znała tych mężczyzn – królewskich ekwierów, od najmłodszych po najstarszych – lecz żadnego nie znała dobrze. Stali nieco z boku w małej grupie, wszyscy wysocy i barczyści; młodzi byli rosłymi młodzieńcami, starsi dworzanie mieli w sobie coś z wojennych bohaterów. Wszyscy byli tacy z wyjątkiem mężczyzny, który właśnie skończył mówić, tego, którego żart wywołał taki wybuch śmiechu.

Także był wysoki, lecz na tym kończyło się podobieństwo tego jasnowłosego dżentelmena do reszty. Był raczej smukły niż masywny i ubrany wedle ostatniego krzyku mody – odrobinę bardziej, niż uchodziło za dopuszczalne na surowym i powściągliwym dworze króla Jerzego i królowej Charlotty. Jego biała jedwabna kamizelka wieczorowa była haftowana odrobinę nazbyt bogato; koszula zaś, jeśli Lavinia mogła sądzić po wykwintnie marszczonych rękawach, również była z jedwabiu, a nie z płótna.

Pośród innych mężczyzn zdawał się promieniować i nie chodziło tylko o blask świec odbijający się od jego płowych włosów.

„Wielki Boże – powiedziała pani Schwellenberg – za moich czasów młodego człowieka tego pokroju nazwano by macaronim.”

„Dlaczego?” – spytała Lavinia, nie odrywając wzroku.

„Oczywiście przez tę włoską ekstrawagancję. Choć, jak mniemam, dziś większość fircyków wzoruje się raczej na Francuzach.”

Jakże osobliwy musiał być umysł pani Schwellenberg, rozmyślała Lavinia, podobnie zresztą jak umysły większości dworzan. Tam, na ulicach, w londyńskich kawiarniach i drukarniach, naśladowanie Francuzów oznaczało rzeczy zatrważające, zaczynające się od ateizmu, a kończące królobójstwem. Tutaj, w murach pałacu św. Jakuba – albo w Kew, albo, co częściej, w Windsorze – czas stał w miejscu, a francuskie obyczaje wciąż oznaczały modę i wymyślne peruki.

Jasnowłosy ekwier odwrócił wzrok od towarzyszy i spojrzał prosto na nią. Jego oczy były zielone jak trawa, a na ustach wciąż błąkał się wesoły uśmiech. Były to usta, które niektórzy – pani Schwellenberg na przykład – uznaliby za niezwykle pełne jak na mężczyznę.

Przez sekundę Lavinia wyobraziła sobie spustoszenie, jakie ten uśmiech i te usta musiały siać wśród dam wielkiego świata, zanim ów dżentelmen objął swój zaszczytny urząd, a potem wśród dam dworu, gdy już go objął.

„Mam nadzieję – zauważyła pierwsza strażniczka królewskiej garderoby – że nie czuje się pani urzeczona wicehrabią Granville’em.”

„Oczywiście, że nie.” Lavinia wreszcie na nią spojrzała, ale nie zdołała zdobyć się na tyle oburzenia, by zabrzmiało w jej głosie. „Nawet nie znałam jego nazwiska ani tytułu, zanim mi pani o tym powiedziała.”

„Nie sądzę, by drogi pani i lorda Granville’a tak często się przecinały. A przynajmniej mam nadzieję, że nie, dla pani bezpieczeństwa.”

„Czy to człowiek gwałtowny?”

„Gorzej. To człowiek, w którym nie ma ani odrobiny szczerości, o czym mogą zaświadczyć niezliczone damy, ku którym kierował swą galanterię. Tamte panie chroniły się nazwiskami mężów, nie mówiąc już o własnej szlachetnej krwi. Pani natomiast, panno Dudley, nie ma niczego podobnego.”

Lavinia niemal fizycznie się cofnęła. Pierwsza strażniczka królewskiej garderoby często bywała okrutna w drobiazgach, ale kłamstwo nie należało do jej przywar. Jeśli to, co mówiła pani Schwellenberg, było prawdą, lord Granville należał do najniebezpieczniejszych istot, jakie mogły stanąć na drodze młodych kobiet takich jak ona. Pięknie ubarwiona żmija zdolna wyssać z człowieka życie i godność, by potem zostawić po sobie zhańbioną wydmuszkę i raźno ruszyć ku następnej ofierze.

Lavinia nie była pewna, czy żmije w ogóle wysysają ofiary. W myślach zanotowała, że musi popracować nad metaforami. Jej nowe życie na służbie pozostawiało jej bardzo mało czasu na prawdziwe pisanie, ale to nie znaczyło, że mogła pozwolić umiejętnościom zmarnieć.

Jakby wicehrabia usłyszał jej myśli, bo ledwie ucichła muzyka, odszedł od swej grupy i ruszył w jej stronę. Chyba nie mógł naprawdę szukać jej towarzystwa? Wicehrabia zatrzymał się, dotarłszy do rogu sali, gdzie stały Lavinia i pani Schwellenberg.

Początkowo Lavinia żywiła jeszcze próżną nadzieję, że zamierza nawiązać rozmowę z pierwszą strażniczką królewskiej garderoby, damą o wiele od niej dostojniejszą i stojącą nieporównanie wyżej, niż ona sama mogłaby kiedykolwiek stanąć. Kiedy jednak uśmiech rozświetlił mu twarz niczym muśnięcie słońca, to na nią właśnie patrzył.

„Nie sądzę, bym miał zaszczyt zostać pani przedstawiony. Proszę mi wybaczyć.” Jego głos był lekki jak atłas, bez najlżejszego śladu poważnego żalu. „Nie miałem jeszcze czasu zawrzeć wielu znajomości. Służba u Jego Królewskiej Mości nie jest synekurą.”

Służba Jej Królewskiej Mości również nią nie jest, miała ochotę odparować Lavinia tym samym lekkim, iskrzącym tonem. Jego słowa coś w niej rozluźniły, choćby tylko na chwilę. Tak musiały się czuć te kobiety, które szły za każdym nakazem mody i sznurowały sobie talie tak ciasno, kiedy wreszcie luzowano im gorsety.

Ale pierwsza strażniczka królewskiej garderoby oddychała jej nad ramieniem, a sala balowa pełna była ludzi o czujnych uszach. Lavinia nie mogła więc powiedzieć prawdy ani nawet jej zasugerować. Zamiast tego przybrała wyraz oficjalnej uprzejmości i odrzekła:

„Jestem pewna, że dla pańskiej rodziny to wielki zaszczyt.”

„Mój ojciec uznałby to za wielki zaszczyt, gdyby jeszcze był pośród nas.”

„Jego Królewska Mość jest ojcem nas wszystkich – wtrąciła ostro pani Schwellenberg – a synowie są mu potrzebni, zwłaszcza w czasach zamętu.”

Lavinia podejrzewała, że cała ich trójka wie, iż gdy pani Schwellenberg mówi o czasach zamętu, nie ma na myśli wojny z Francją. Chodziło o bitwę szalejącą wewnątrz umysłu samego króla Jerzego, bitwę, w której nie mogło być zwycięzców.

Lecz o takich rzeczach nie mówi się w lśniącej sali balowej, osłoniętej i ogrzanej przed zimowym chłodem, podczas tak radosnej uroczystości jak królewskie urodziny. Nikt zresztą nie powinien.

„Bez wątpienia” – odparł lord Granville beztrosko. „Czy byłaby pani tak uprzejma przedstawić jednego z jego metaforycznych synów jego metaforycznej córce, w takim razie?”

„Panno Dudley – powiedziała chłodno pani Schwellenberg – pozwoli pani, że przedstawię pani Hugha, wicehrabiego Granville’a. Milordzie, pozwoli pan, że przedstawię panu pannę Lavinię Dudley, drugą strażniczkę królewskiej garderoby.”

„Panna Dudley? Sławna powieściopisarka?”

„Mogła nią być, zanim przyjęła łaskawą ofertę Jej Królewskiej Mości. Teraz jest drugą strażniczką królewskiej garderoby.”

„Byłaby to szkoda – rzekł lord Granville – gdyby jedno naprawdę miało wykluczać drugie. Moje kuzynki były zachwycone Mirandą.”

„Nie sądzę, bym znała tę damę” – odparła pierwsza strażniczka królewskiej garderoby.

„Miranda była powieścią debiutową panny Dudley.”

„Jak dotąd moją jedyną powieścią” – odważyła się dodać Lavinia, a dawny lęk znów zacisnął się na niej. Co, jeśli naprawdę miała pozostać jej jedyną powieścią? Co, jeśli nigdy nie ukończy wszystkich tych gorączkowo rozpoczętych utworów, które porzuciła po przybyciu na dwór – albo jeśli je ukończy, lecz przyniosą jedynie rozczarowanie czytelnikom? To byłoby niemal gorsze. Nienapisane dzieło zawsze było arcydziełem, podczas gdy to, co trafiało na papier, nader często okazywało się jedynie pokraczną bryłą słów.

„Skromna, a przy tym urocza” – zauważył lord Granville. „Gdybym był mężczyzną pisującym do gazet, już bym panią zachwalał choćby z samych tych powodów.”

„Milordzie, to nazbyt śmiałe” – powiedziała ostro pani Schwellenberg.

„Doprawdy? Przecież nie mówię o powabie jej sukni.”

„Zapewne dlatego, że nie wychował się pan w rynsztoku.”

„Czy panna Dudley zechciałaby zaszczycić mnie tańcem?” – Mówił tak, jakby te przygany nigdy nie padły i nie raniły go tak, jak raniły Lavinię.

Lavinia wiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno jej przyjąć tej propozycji. Ale, Boże drogi, jak gorąco tego pragnęła. Czuła to w kościach: ten mężczyzna ożywiłby nawet najstateczniejszy kotylion, choć nie mógłby w nim położyć dłoni choćby w pobliżu jej talii, jak mógłby to uczynić w allemandzie.

Wiedziała jednak również, że nie jest kobietą o żelaznej woli, że jej reputacja jest krucha, a nade wszystko, że wszyscy ją obserwują, wypatrując najmniejszego potknięcia.

„Proszę mi wybaczyć, milordzie – wymamrotała Lavinia – ale jestem dziś niedysponowana i nie czuję się na siłach, by tańczyć.”

„Doprawdy? Przykro mi to słyszeć. Sądzę, że większości panów tego wieczoru byłoby równie przykro.”

Podtekst był aż nadto czytelny. Jeśli posłuży się tym nazbyt przejrzystym wykrętem, będzie to oznaczało, że przez resztę wieczoru będzie musiała całkiem zrezygnować z tańca.

Uśmiech na ustach lorda Granville’a pozostał równie czarujący.

„Mnie również przykro, że ich rozczaruję – odparła Lavinia stanowczo – ale takie są okoliczności.”

„W takim razie nie chciałbym narzucać pani swego towarzystwa. Życzę pani, by cieszyła się tą uroczystością.” Skłonił jej głowę, a potem – jakby od niechcenia – Julianie Schwellenberg. Następnie odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie, zabierając ze sobą blask swojej obecności.

ROZDZIAŁ 2

To nie był pierwszy raz — ani, jak podejrzewał, ostatni — kiedy Hugh Granville znalazł się w sypialni kobiety niebędącej jego żoną. Niezwykle rzadko jednak zdarzało mu się czynić to pod nieobecnością samej damy. Właściwie to nigdy dotąd się nie zdarzyło.

Hugh rozejrzał się po sypialni Lavinii Dudley. Była mała i schludna — niemal zbyt schludna, aż nienaturalnie. To wykraczało poza dzieło pilnej pokojówki. Pokój wyglądał tak, jakby nikt w nim nie mieszkał albo jakby zatrzymywał się tu jedynie przypadkowy gość — nie kobieta, która, wedle jego ustaleń, przybyła na dwór trzy lata temu.

Pokój znajdował się na parterze. Logika była oczywista — druga strażniczka królewskiej garderoby musiała przebywać blisko apartamentów królowej na wypadek nagłej potrzeby. Okna wychodziły na nagi zimowy ogród. Sielanka martwego spokoju.

Hugh niecierpliwie przetrząsał szuflady biurka. Wiedział, że jego metody są ordynarne, ale po ich rozmowie na balu było jasne, że pogłoski krążące wśród panów na dworze były prawdziwe. Każdy z nich uważał pannę Dudley za uosobienie lodowatej pruderii, z równie lodowatą dezaprobatą wobec wszelkiego zachowania, które nie spełniało najwyższych standardów. Gdyby było inaczej, spróbowałby zawrzeć z nią znajomość i otwarcie wyciągnąć od niej wieści o jej najnowszych utworach — albo, jeśli zaszłaby potrzeba, wyciągnąć je żartem, przymilaniem się lub pochlebstwem. Wiedział, że jego kuzynka Camilla nie dałaby mu spokoju, gdyby dowiedziała się, że jej ulubiona pisarka znalazła się teraz w orbicie Hugha.

W tej sytuacji musiał uciec się do mniej honorowych sposobów, by posiąść zakazaną wiedzę. Hugh powtarzał sobie, że przecież nie zamierza w żaden sposób zaszkodzić tej damie ani jej twórczości. Jeśli szczęście mu dopisze, nigdy się nawet nie dowie, że zerknął na jej najnowszy rękopis.

Szczęście istotnie się do niego uśmiechnęło i wkrótce odkrył cienki plik kartek z tytułem wypisanym na wierzchu. Oswald i Elfgiva.

Interesujące. Czyżby znudziły ją salony wielkiego świata i postanowiła rzucić się w odległą przeszłość? Same imiona brzmiały dla niego wyraźnie saksońsko. Mógł kiedyś znać jakiegoś Oswalda w Gloucestershire, w odległej, zielonej przeszłości, ale imienia bohaterki z pewnością nie sposób już było spotkać na tych wyspach.

Hugh ostrożnie przewrócił kartkę i zaczął czytać. Istotnie, akcja rozgrywała się w mrocznym średniowieczu, w jakimś nieokreślonym czasie zawieszonym między najeźdźcami, gdy po bagniskach grasowały potwory. Panna Dudley nie zapuszczała się jednak w grozę nadprzyrodzoną. Potwory, o których pisała, były jak najbardziej dziełem ludzi. Skłócone rodzeństwo, rozdzieleni kochankowie, czarny charakter szantażujący bohaterkę, by zmusić ją do małżeństwa, i słaby ojciec, który potrafił godzinami prawić o męskim obowiązku, lecz gdy przyszło co do czego, nie zdołał bohaterki ochronić.

Całość była napisana poszarpanym, udręczonym potokiem słów, w którym tylko oddany wielbiciel mógłby rozpoznać autorkę Mirandy. Mimo to Hugh był nieco zaciekawiony, w jaki sposób panna Dudley zamierza ocalić Elfgivę.

Ostatni rozdział wykazał, że bynajmniej. Bohaterka skończyła martwa — białe ciało rozbite na czarnych urwiskach.

Hugh nigdy nie uważał się za kogoś, na kim tak mroczny melodramat potrafi zrobić wrażenie. A jednak coś niepokojącego było w kontraście między krzykiem tej opowieści a schludnym, zimowym pokojem, w którym ją skryto.

Odłożył rękopis ostrożnie na bok i wznowił poszukiwania niedokończonego arcydzieła, o którym mógłby napisać do domu. Hugh znalazł wprawdzie kilka nieukończonych utworów, lecz arcydzieła wśród nich nie było. Wszystkie były wariacjami na ten sam temat: akcja osadzona dostatecznie daleko w przeszłości, by graniczyła z mitem, wiotka i bezwolna wydmuszka bohaterki, niekończący się potok nieszczęść i... mury dookoła nich wszystkich. Odkrył bohaterki niesłusznie więzione. Bohaterki okaleczone. Bohaterki zmuszane do małżeństwa. Bohaterki zdradzone przez każdą bez wyjątku wyższą władzę, w którą pokładały wiarę.

Hugh przypomniał sobie czujną, bladą twarz panny Dudley. Czy to wszystko było jedynie ćwiczeniem literackim, czy też za niewzruszoną dworską maską roztropnej damy wrzał kocioł namiętności i niedoli?

Odkrył, że ma — przewrotnie — nadzieję na to drugie. Nie żeby życzył jej cierpienia — w odróżnieniu od pewnych osób nie zrobiła mu nic, czym by na to zasłużyła. Ale jeśli była... znał doskonały sposób, by jej pomóc.

Pomóc jej, a przy okazji wymierzyć celny cios osobie, która niegdyś go uraziła.

Był to jeden z tych cichych wieczornych koncertów, w których Jego Królewska Mość tak się lubował — jak dodawali niektórzy za zamkniętymi drzwiami — w jego jaśniejszych chwilach. Ci ludzie zwykle woleli, by owe drzwi były zamknięte jak najszczelniej.

Klawesyn zawsze pozostawiał Lavinię obojętną, ale nie wypadało tego powiedzieć w odpowiedzi na wielki zaszczyt, jakim było zaproszenie. Prawdę powiedziawszy, koncerty te stały się niemal instytucją. Gazety, nawet te bardziej zuchwałe, zazwyczaj przyznawały, że koncerty stanowią niewątpliwą poprawę w porównaniu z rozrywkami ojca Jego Królewskiej Mości i dają lepszy przykład niż hulanki jego syna.

Kiedy Lavinia zobaczyła, kto zajmuje miejsce obok niej, krew nie zastygła jej w żyłach jak tamtej nocy po balu. Raczej zawrzała z irytacji. Taki zbieg okoliczności mógł być jedynie szyderstwem losu. Szyderstwem albo ludzką intrygą.

„Mam nadzieję, że ten wieczór sprawi pani przyjemność, panno Dudley” — powiedział lord Granville po krótkim, chłodnym powitaniu. Było coś szczególnie bezczelnego w jego uśmieszku, gdy wypowiadał te ostatnie trzy słowa, jakby obiecywał jej przyjemności, które nie miały nic wspólnego z harfą, klawesynem ani żadnym innym instrumentem.

Muzycznym, w każdym razie.

„Powiedziałabym, że i panu tego życzę, lordzie Granville, ale obawiam się, że moje życzenie na nic się nie zda.”

„Ależ ma pani rację, panno Dudley!” Skinął głową z udawaną aprobatą. „Całkowitą rację! Wszystko tu istotnie podupadło od czasów Haendla. Mam jednak nadzieję, że Ich Królewskie Mości wciąż lubią dzieła epickie. W końcu, gdyby było inaczej, pani tragedie mogłyby im nie przypaść do gustu.”

Lavinia poczuła, jak świat przed jej oczami zasnuwa się mgłą, zniekształca i przybiera kontury koszmaru.

„Moje...?” Starała się ze wszystkich sił udać niewiedzę, lecz głos zdradziecko jej zadrżał.

„Wiem, co pani napisała tego lata, panno Dudley. I tej jesieni, i zapewne także przez święta Bożego Narodzenia.”

„Kto śmiał — kto mógł —” Czuła się zdradzona. Wrzucona w błoto. Znów bezradnym dzieckiem.

„Ja. Dostęp do pani pokoju nie jest tak pilnie strzeżony, jak powinien być dostęp do sypialni niezamężnej młodej damy. Zbyt nisko pani ceni moją śmiałość.”

„Pan —” Muzyka wezbrała, łagodna, lśniąca krystalicznym blaskiem. Lavinia musiała ściszyć głos, czując, że za chwilę zapadnie się pod ziemię — albo uderzy mężczyznę, który tak beztrosko siedział obok niej. „Panie łajdaku, jadowita kreaturo —”

„Łajdakiem być może jestem, ale nie widzę nic łajdackiego w podziwie dla dobrych powieści. To właśnie z miłości do nich chcę pani pomóc.”

„Pomóc mi w czym? W zrobieniu z siebie pośmiewiska?”

Ale nawet kiedy wypowiadała te słowa, w jej sercu poruszyła się głupia, nikła nadzieja. Być może lord Granville, przy całej swojej szydliwości, rzeczywiście zamierzał jej pomóc. W końcu nie powiedział, że jej tragedie mu się nie podobają. Być może miał dobre koneksje w świecie sztuk pięknych i literatury — być może znał nawet samego pana Sheridana, właściciela Teatru Drury Lane, albo —

„Nie” — odparł lord Granville. „Wyrwać się z dworu.”

„Dlaczego, na Boga, miałby pan sądzić, że mogłabym pragnąć czegoś podobnego? Królowa Charlotta wyświadczyła mi wielki zaszczyt, powierzając mi to stanowisko.”

„Nie jestem szpiegiem Korony, panno Dudley, nie musi pani powtarzać przede mną tych wyuczonych formułek. Niezależnie od tego, jakie były pani powody, by przyjąć tę ofertę, powodem nie było szczere przywiązanie do tego miejsca ani dworska ambicja. Czytałem Mirandę i czytałem pani tragedie —”

„To nic” — zaprzeczyła gwałtownie Lavinia. „Zwykłe skrobotki. Nie były przeznaczone dla wścibskich oczu — w ogóle dla żadnych oczu!”

„Skrobotki? Cóż za osobliwe słowo. Sama je pani wymyśliła?” Lord Granville znów się uśmiechnął, tym razem — o dziwo — bez cienia dzikości czy złośliwości. Przeciwnie — był to taki uśmiech, który zdawał się skąpać całą twarz w słonecznym blasku i sprawiał, że człowiek wyglądał młodziej i łagodniej.

A lord Hugh Granville, jeśli się nad tym zastanowić, takiego efektu wcale nie potrzebował. W istocie nie był starszy od samej Lavinii, uświadomiła sobie. Jakoś tak wyszło, że myśląc o nim jako o zaprawionym rozpustniku, dodała mu w myślach dobrych dziesięć lat.

„Załóżmy, że tak…”

„To osobliwe słowo. Czy mogę je sobie zapisać?”

„Ludzie patrzą!”

„Niech sobie myślą, że jestem żarliwym wielbicielem pani talentu, zapisującym perły pani roztropnych słów. Choć nie jestem pewien, czy uznaliby panią za równie roztropną, gdyby przeczytali Elfgivę i jej ród. Nie było tak złe jak niektóre z tragedii wystawianych dziś na scenie, ale to nie była Miranda.”

„Teraz jest pan krytykiem?”

„Kiedy muszę. Chciałaby pani usłyszeć moją opinię? Fabuła była pogmatwana jak kocia kołyska i posępna jak gołe skały.”

„Pisałam ją przesiąknięta zimową rozpaczą.”

„Postacie równie dobrze mogłyby pochodzić ze średniowiecznego moralitetu — sądząc po ich cnotach i występkach.”

„To było zamierzone” — skłamała Lavinia.

„Proza” — powiedział lord Granville z miną człowieka wymierzającego cios kata — „była straszliwa. Torturowana niczym więźniowie w lochach Borgiów.”

Lavinia siedziała oniemiała. To istotnie był koszmar. Przed laty, kiedy po raz pierwszy anonimowo opublikowała Mirandę, zanim Hester Thrale-Piozzi wzięła ją pod swoje skrzydła i wywabiła na światło dzienne, właśnie takich słów się lękała. Trzeba przyznać, pochwał lękała się niemal równie mocno. Lękała się wszelkiej sławy i wszelkiego rozgłosu, które mogłyby sprawić, że ludzie wezmą ją za jakąś zarozumiałą oryginałkę. Ale ponieważ była, mimo ewidentnych wątpliwości lorda Granville'a, istotą ludzką, a nie stworzeniem z porcelany, najbardziej lękała się właśnie takiej druzgocącej klęski.

„Czy to naprawdę było aż tak złe?” — usłyszała własny głos, nie tyle cichy, ile nikły.