Wakacyjna pomyłka - Agata Polte - ebook
NOWOŚĆ

Wakacyjna pomyłka ebook

Agata Polte

4,0

590 osób interesuje się tą książką

Opis

Isla Dunbar kocha książki, kawę i pracę w rodzinnym wydawnictwie. Właśnie z jego ramienia zostaje wysłana na delegację, podczas której poznaje irytującego nieznajomego. Kobieta wpada na niego na każdym kroku, ma jednak nadzieję, że po powrocie do kraju nigdy więcej się nie spotkają.

 

Bardzo szybko dociera do niej, że będzie inaczej, ponieważ pewnej nocy Kane Jameson zjawia się w jej domu. Chociaż oboje pałają do siebie niechęcią, w wyniku splotu wydarzeń zgadzają się zamieszkać razem na czas wakacji. Ich codzienność stanowią potyczki słowne, opieka nad ogromną nowofundlanką Kane’a i… wzajemne przyciąganie.

 

Tylko czy wspólne wieczory, ukradkowe spojrzenia i nawiązana nić porozumienia wystarczą, kiedy wyjdzie na jaw, że Kane ukrywa przed Islą swój największy sekret? Zwłaszcza jeśli to niejedyna przeszkoda, która stanie na ich drodze…

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 590

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (7 ocen)
5
0
0
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Agata znów w formie Czytajcie bo to fajna fabuła 😉 Polecam
81
marzena_ok

Nie oderwiesz się od lektury

Jak mi ich brakowało dlugo wyczekiwana ksiazka na ktorej sie nie zawiodłam wroce do niej nie raz i będę ja polecać
71
Malgorzata_0508

Z braku laku…

Niestety, nie moje klimaty
00
debra483

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze najlepsza 🤩
00
caros123

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna a humor genialny
00



Copyright © for the text by Agata Polte

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Sara Szulc-Przewodowska, Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Monika Baran

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-810-1 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Rozdział 1

Naprawdę bardzo, bardzo nie lubię się spóźniać.

Co nie znaczy, że mi się to nie zdarza. Właściwie to wiele osób uważa mnie za mało punktualną, ale nie z mojej winy. Zawsze stoi za tym jakiś poważny powód, jak na przykład dzisiaj – dzisiejszy powód jest wręcz śmiertelnie poważny i sprawia, że czuję piekielną furię, do której w ostatnim czasie udawało się mnie doprowadzić tylko jednej osobie. Normalnie niedługo wybuchnę, jeśli tego z siebie nie wyrzucę.

Dlatego sięgam po telefon.

– Hej – odzywa się Mira po dwóch sygnałach. – Ty nie w drodze na festiwal w Los Angeles?

Wszechobecny gwar i słyszalny właśnie z głośników komunikat o ostatnim wezwaniu dla jakiegoś lotu chyba jest odpowiedzią. Mimo to rzucam:

– Jestem na lotnisku. Czekam właśnie na kontrolę…

– Dopiero? – pyta natychmiast. – Nie wylatujesz za jakąś godzinę?

Krzywię się.

– Tak, nieco ponad. Ale się spóźniłam przez tego sukinsyna…

Ze słuchawki dobiega ciche parsknięcie.

– Oho. Co znowu zrobił James Keene?

Wzdycham głęboko.

– Wyjątkowo nie chodzi o pieprzonego pisarzyka – odpieram, sama zdziwiona tym faktem. – Uwierzysz?

– Tylko jeśli się okaże, że już go zamordowałaś i dlatego nie ma jak cię wkurzać – stwierdza przyjaciółka.

Śmieję się lekko, odwracając przez ramię. Posuwam się w kolejce mozolnie do przodu, a za mną tworzy się nawet dłuższy wężyk, więc i tak oddycham z ulgą, że dotarłam wcześniej niż oni. Ludzi jest więcej z tyłu niż przede mną, każdy wygląda na równie poirytowanego. Jakaś kobieta z mężczyzną zerkają co chwila na bramki z przodu, jakby zastanawiali się nad szturmem. Widzę też blondynkę z małym dzieckiem, które płacze głośno ponad gwarem, co ta ignoruje, wpatrzona w telefon.

– Nie zamordowałam go – mówię z udawaną urazą. – Jeszcze. Ale jego ostatnia książka poddała mi parę nowych pomysłów, wiesz? Jestem ciekawa, czy po naszych wymianach wiadomości też wyobraża sobie, że jestem bohaterką, którą akurat uśmierca. Założę się, że tak.

– Niby czemu miałby to robić?

– Bo ja wyobrażam go sobie jako każdą zabijaną w najboleśniejszy sposób ofiarę – oznajmiam.

Po tych słowach napotykam przeszywające spojrzenie jakiegoś mężczyzny stojącego tuż za mną i uśmiecham się do niego z udawaną niewinnością. Jego brwi unoszą się nieznacznie, a zielone oczy skanują moją twarz. Jeśli podsłuchiwał jakimś cudem rozmowę w tym hałasie, pewnie dokonuje właśnie osądu na temat mojego charakteru.

I prawdopodobnie uznaje mnie za wariatkę.

– W sensie w książce – dodaję więc szybko. – Bo aż taką psychopatką nie jestem, żeby marzyć o tym na poważnie. Tylko w fikcyjnym wymiarze.

Nieznajomy wpatruje się we mnie bez wyrazu. Chyba go nie przekonuję.

Ups.

Odwracam się, mając to gdzieś.

– Jasne – odpiera z rozbawieniem Mira. Ona też nie wierzy. – A tak serio to wiem, że się nie lubicie, ale bez przesady, no nie? Czemu miałby cię aż tak nie cierpieć?

– Bo jest przekonanym o własnym geniuszu dupkiem, którego sprowadzam na ziemię, zamiast głaskać po głowie – przypominam. – I mu się to nie podoba, jak każdemu dupkowatemu facetowi.

Dobiega mnie ciche prychnięcie, na co natychmiast odwracam się przez ramię. Ponownie krzyżuję spojrzenie z nieznajomym kolesiem, który zdecydowanie podsłuchuje moją rozmowę, więc mrużę oczy i przyglądam mu się nieco dłużej. Pokryty zarostem podbródek ma nieznacznie wysunięty i delikatnie zaostrzony, nos – idealnie prosty, niemal arystokratyczny, a krótkie, ciemnoblond włosy, wpadające w brąz, wyglądają na często przeczesywane palcami.

Pewnie to sukowate, ale uznaję, że skoro prychnął po moich słowach, musiały trafić w czuły punkt. Wygląda na tego typu przystojnego, aroganckiego dupka, jakiego właśnie opisuję. Mógłby nawet nim być, jednak z tego, co opowiadał mi o Keenie ojciec, ten jest przeciętnego wzrostu ciemnowłosym gościem w okularach przypominającym typowego bibliotekarza. Nie żebym potrafiła to ocenić, skoro facet nigdy nie pokazuje się publicznie i nikt oprócz taty nie wie, jak wygląda. To jego warunek przy współpracy. Pełna anonimowość. Nawet mnie rodzice nie zdradzili prawdziwego imienia tego typa.

Nie poświęcam jednak dłużej uwagi ani jemu, ani nieznajomemu, tylko wracam do rozmowy, bo Mira właśnie pyta:

– Na pewno nie jesteś na niego trochę za mocno cięta?

– Nie. Niszczy mi życie, więc ja niszczę jego. Proste – oświadczam. – Ale po co my w ogóle o nim znów rozmawiamy? Mam spokój przez co najmniej cały weekend, zanim znowu będę musiała o nim myśleć, dlatego skupmy się na moim obecnym problemie.

– A jaki to problem?

– Spóźniłam się, bo zatrzymał mnie właściciel kamienicy. Chce mnie wykopać – odpowiadam, a moje oburzenie tą sytuacją natychmiast wraca.

– Słucham? – rzuca z niedowierzaniem Mira. – Przecież zaczęliście się dogadywać co do odkupienia mieszkania. Co jest?

– Podobno ktoś planuje wykupić całą kamienicę i chce dać mu o wiele więcej kasy – wyjaśniam ze złością. – Williams wyznaczył mi miesiąc na wyprowadzkę.

– Co? Nie może tego zrobić! – Mira milknie, gdy nic nie mówię. – Może?

– Może – mamroczę z rezygnacją. – Taki mam okres wypowiedzenia.

Żalę jej się na tę popapraną sytuację, aż docieram do kontroli bezpieczeństwa. Kończę wtedy połączenie, żeby wreszcie przejść przez to wszystko, choć nadal gotuje się we mnie złość. Właściwie to rozmowa z przyjaciółką nie pomogła i czeka mnie teraz naprawdę podłe parę godzin. Humoru nie poprawia fakt, że jak zawsze z nieznanych powodów słyszę charakterystyczny pisk, kiedy przechodzę przez bramkę.

Za. Każdym. Jebanym. Razem.

Mimo że nie mam na sobie nic, co mogłoby go wywołać, oczywiście się pojawia. Zostaję poproszona o odejście na bok, ochroniarka pyta, czy może mnie przeszukać, a potem następuje ten niezręczny moment. Trafiam chyba na wyjątkowo upierdliwych pracowników, bo oprócz tego skanują mnie i sprawdzają dłonie pod kątem śladów materiałów wybuchowych. Chociaż mam czyste sumienie, denerwuję się tym wszystkim, zwłaszcza że zabiera mi to niepotrzebnie czas.

– Który to pani bagaż? – odzywa się nagle ochroniarz.

Spinam się. Tylko tego mi brakowało.

– Tamta różowa walizka, która właśnie wyjeżdża – oznajmiam. – Ale chyba nie zamierzacie jej przeszukiwać? Jestem spóźniona. I czy ja wyglądam na kogoś niebezpiecznego?

Mój zdenerwowany ton raczej nie pomaga. Powinnam się czasem ugryźć w język. Zwłaszcza że odpowiada mi ciężkie spojrzenie zwalistego ochroniarza, który zabiera moją kabinówkę na bok i każe ją otworzyć. Słyszę za sobą jakieś poruszenie, bo kolejna osoba jest dopuszczana w końcu do bramki, jednak skupiam się na rozpięciu zamka. Zaciskam zęby, gdy pracownik bezceremonialnie unosi jedną z moich liliowych marynarek i zagląda pod spód, po czym robi to samo z sukienką. Jakby naprawdę szukał tam cholernej bomby.

W końcu łaskawie mówi, że mogę zabrać bagaż, a ja, wyklinając go w myślach, przenoszę się na metalowy stolik obok i łapię szybko resztę rzeczy. Kiedy biorę kosmetyczki z płynami, otwieram górną połowę walizki, nie przewidując tego, że skoro bagaż jest nieco uniesiony, ze środka natychmiast coś wypadnie. Krzywię się na dźwięk uderzenia o podłogę i odwracam, żeby przykucnąć i chwycić szybko różowy, podłużny przedmiot, który wylądował prosto przed czyimiś butami.

Gdy podnoszę głowę, przekonuję się, że te należą do tamtego szatyna z kolejki. Facet wpatruje się w przedmiot leżący u jego stóp, nim przesuwa spojrzenie na mnie. W jego oczach pojawia się jakiś dziwny wyraz, od którego robi mi się nieco cieplej. Podnoszę się błyskawicznie, wciąż dostrzegając, jak koleś mierzy wzrokiem to, co trzymam w ręce.

– O co ci chodzi? – pytam z irytacją.

A później spoglądam na ściskany w dłoniach masażer i czerwienieję. Och. O Boże.

– To roller soniczny – wyrzucam szybko. – Do twarzy.

Brwi mężczyzny znów delikatnie się unoszą.

– Oczywiście – odpowiada w końcu gładko.

Przeszywa mnie ukłucie złości, ale też jakiś dreszcz. Nieznajomy ma przyjemny głos. Niski, głęboki. Gdyby właśnie ze mnie nie drwił, mógłby mi się spodobać. Zwłaszcza jeśli doda się do tego jego intensywne spojrzenie i szerokie ramiona.

– Zawsze po tym, jak podsłuchujesz czyjeś rozmowy, zaglądasz im jeszcze do walizek?

– Tylko gdy te rozmowy są prowadzone na pół lotniska, a walizki tak wypchane, że prosto pod moje nogi wypadają z nich… interesujące przedmioty. – Wskazuje na masażer. – Przyjemnego weekendu… we dwoje.

Po tym po prostu mnie mija ze swoją walizką i rusza dalej, a ja rumienię się z zażenowania. A nie mam na nie czasu, bo przecież spieszę się na lot. Dlatego chowam rzeczy, zapinam walizkę i ruszam do odpowiedniego gate’u, nie zaprzątając sobie głowy tym palantem.

Właściwie to wyrzucam go z niej całkowicie i skupiam się na podróży. Jako że tym razem trafia mi się miejsce pod oknem, denerwuję się nieco bardziej niż zwykle i już zaczynam wprowadzać w życie zwyczajowy plan wyciszenia się przed startem… do momentu, kiedy ten nieznajomy koleś z kolejki siada po mojej lewej.

Nie zaszczyca mnie spojrzeniem. Po prostu zajmuje swój fotel i natychmiast wkłada do uszu słuchawki. Bije od niego niemal wrogość, co powoduje, że instynktownie odsuwam się jak najdalej. I ostatecznie zapominam o żenującym wniosku, do którego wcześniej doszedł. To nie mój problem. Nawet gdybym wiozła ze sobą cholerny wibrator, za który najwyraźniej wziął masażer do twarzy, to nic mu do tego.

Włączam więc swoją uspokajającą playlistę na czas startu, przymykam powieki i staram się wyciszyć. Redukcja hałasu w słuchawkach nieco pomaga, podobnie jak delikatne dźwięki natury płynące do moich uszu. Próbuję sobie wyobrazić, że wcale nie siedzę na pokładzie startującego samolotu, tylko leżę na kanapie w mieszkaniu. Nikt mnie stamtąd nie wykopuje, wszystko jest w porządku. Po prostu…

– Przestaniesz w końcu?

Otwieram oczy. Siedzący obok koleś wpatruje się we mnie z irytacją. Wyjmuję słuchawkę.

– Słucham?

– Czy przestaniesz w końcu potrząsać tą nogą i wprawiać w drżenie cały samolot?

Jego pełen złości ton mnie wkurza, ale przyćmiewa to na razie pełznący po kręgosłupie strach, który się pojawia, gdy kątem oka dostrzegam, że pędzimy właśnie po pasie startowym. Dlatego nie cierpię siedzieć przy oknie. Wolę nie obserwować tego momentu.

– Ja… Tak. Przestanę – mamroczę.

Próbuję wziąć się w garść i zaciskam powieki. Staram się zapanować nad nerwowym podrygiwaniem. Spokojna muzyka w tle nieco łagodzi moje nerwy, jednak nie do końca. Zwłaszcza że czuję na sobie nieprzyjazne spojrzenie, jakby szatyn przewiercał mnie nim na wylot. Już mam odpyskować tym samym tonem i tym samym słowem, którym się do mnie odezwał, kiedy moją uwagę przyciąga trzymana przez niego na kolanie książka.

Przynajmniej gust czytelniczy ma dobry.

– Słucham?

Otwieram usta.

– Powiedziałam to na głos? – pytam.

Piorunuje mnie wzrokiem.

– Owszem. Powiedziałaś.

Nie wiem, czemu jest aż tak wrogo nastawiony. Zwykle nie wywołuję u ludzi takich reakcji. Jestem otwarta i przyjacielska. Mam dziś zły dzień, ale nawet w najgorszych dniach nie da się mnie nie polubić. Tak przynajmniej mówią mi znajomi. Może kłamią?

– Cóż, czasami mi się to zdarza – przyznaję, po czym biorę głęboki wdech i stopuję znów muzykę. – Przepraszam. Mam dziś naprawdę okropny dzień. Ta ponura pogoda na zewnątrz i inne takie… Rozumie pan.

Czekam, aż nieznajomy przyjmie metaforycznie wyciągniętą dłoń na zgodę, jednak on tylko stuka w swoją słuchawkę, włączając pewnie dalej playlistę, i mnie ignoruje. Wprawia mnie tym w niemały szok. Przecież właśnie… właśnie przeprosiłam, byłam miła i chciałam zakopać topór wojenny, skoro najwyraźniej będziemy lecieć obok siebie kolejne trzy godziny. Dlaczego ten dupek się nie uśmiechnął, nie machnął ręką, że każdemu się zdarza i owszem, pogoda jest straszna?

– Znowu to robisz – rozbrzmiewa jego głos.

Łapię się za podrygującą nerwowo nogę.

– Och. Przepraszam. Ja…

Nawet nie unosi wzroku. Wbija go w trzymaną książkę i przesuwa palcem po słuchawce, zapewne podgłaśniając muzykę. Niemal sapię z oburzenia, bo dosłownie nie mam pojęcia, jaki ten koleś ma do mnie problem. Przecież wcale nie wprawiam w drganie jego fotela, gdy to robię. Nie dotykam go.

– Wiesz co? Będę sobie podrygiwać nogą, ile chcę, palancie – stwierdzam.

Odwracam się do okna i zaczynam podrygiwać nawet mocniej, kiedy orientuję się, że lecimy już nad ziemią. Jedyny plus tego dziwnego starcia jest taki, że rozproszyło mnie przy odrywaniu się od pasa na tyle, że kompletnie przestałam zwracać uwagę. Teraz jednak widzę, jak wysoko się wznieśliśmy. Ale że kontrolka zapiętych pasów się wyłącza, bo osiągamy odpowiednią wysokość, nieznacznie się rozluźniam. Skoro wystartowaliśmy, to połowa stresu za mną i nieco spokojniejsza wyglądam przez okno.

Do momentu, gdy ktoś zasłania roletę.

Odwracam się z oburzeniem. Nie zamierzam podejmować kolejnej próby bycia miłą.

– Co ty… Zabrałeś mi światło!

– Tak. Przeszkadzało mi. Zaświeć sobie lampkę – burczy.

– To mi nie pomoże w obserwowaniu chmur, żeby się zrelaksować.

Chwila milczenia daje mi złudne poczucie, że to koniec i będę mieć spokój, lecz koleś oczywiście nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

– Ciekawe. Nigdy nie widziałem, jak relaksują się żmije. Popatrzę.

Posyłam mu miażdżące spojrzenie.

– A widziałeś kiedyś, jak wyrzucają kogoś z samolotu? Mogę zademonstrować.

Nachyla się nieznacznie w moją stronę, aż czuję napływ ciepła, które od niego bije.

– Chciałbym zobaczyć, jak próbujesz.

– Jaki ty masz problem, gościu? – syczę.

– Wspominałem już, ale niech ci będzie, powtórzę, skoro nie zrozumiałaś: przeszkadza mi światło z zewnątrz i twoje podrygiwanie nogą – odpowiada spokojnie, czym tylko bardziej mnie rozsierdza. – Będę wdzięczny, jeśli zostawisz zasłonięte okno i się uspokoisz.

Specjalnie podciągam roletę w górę, na co mruga krótko i mruży powieki.

– A ja będę wdzięczna, jak się zamkniesz.

Jego zielone oczy przeszywają mnie na wskroś, gdy stwierdza:

– Zabawne, to też chciałem dodać.

Mam ochotę mu przyłożyć, na szczęście wtedy rozlega się nad nami lekki głos stewardesy:

– Przepraszam państwa, czy wszystko w porządku?

Odwracamy się do niej. Ewidentnie widzi, że jest jakiś problem, mimo to uśmiecha się uprzejmie, zapewne gotowa do interwencji.

– W jak najlepszym – kłamię, odsuwając miodowe kosmyki włosów sprzed oczu.

– Współpasażerka właśnie przepraszała za odsłonięcie okna – rzuca ten palant.

Żebym ja go zaraz nie przeprosiła.

– A współpasażer zaproponował zamianę miejscami, bo bardzo chce zatonąć w ciemności, więc się zgodziłam – mówię słodko.

Jego wzrok przyszpila mnie do fotela.

– Rozumiem. Mogą się państwo teraz zamienić, komunikat o konieczności zapiętych pasów na razie jest wyłączony. Gdyby czegokolwiek państwo potrzebowali, proszę dać znać – oznajmia kobieta.

Następnie odchodzi na przód samolotu, a ja odpinam pas.

– Nie zamierzam się przesiadać – oświadcza szatyn.

– Albo to zrobisz, albo będziesz przez cały lot zmuszony znosić przeszkadzające ci światło, bo ja potrzebuję widzieć przestrzeń za oknem lub przejście – odpieram. – A teraz się przesuń i mnie wypuść.

Nie rusza się z miejsca.

– To bez sensu. Nie zamierzam…

– Chcę iść do toalety, a nie cię stąd wyciągnąć za włosy, więc daj mi, kurwa, wyjść.

Zaciska lekko wargi.

– Będziesz się tak kręcić przez całe trzy godziny, prawda?

– A przeszkadzałoby ci to?

Chyba planował przytaknąć, jednak orientuje się, o co chodzi, bo odpiera:

– Nie.

Kłamstwo.

Uśmiecham się szerzej.

– Więc będę.

Unosi dłoń, jakby chciał poprawić niewidoczne okulary. W ostatniej chwili zamiast tego łapie się za nasadę nosa. W końcu wzdycha głęboko, odpina pas i wstaje.

– Podać ci walizkę? – pyta.

– Co? Po co?

Wzrusza ramionami z beznamiętną miną.

– Może masz tam coś, co pomoże ci się naprawdę zrelaksować i nie będziesz tak upierdliwa.

Dobrze wiem, do czego się odnosi, dlatego wstaję i zatrzymuję się dokładnie naprzeciwko niego. Jest wysoki, przez co muszę unieść podbródek, by zmierzyć go nieprzyjaznym spojrzeniem.

– Niestety do samolotu nie pozwalają wnosić broni palnej, z której mogłabym cię odstrzelić dla relaksu, więc dziękuję, nie trzeba.

Potem ruszam w stronę toalety, wciąż czując na sobie jego zabójczy wzrok.

To będą naprawdę trudne trzy godziny.

Rozdział 2

Przeżycie tej podróży bez popełnienia morderstwa wymaga ode mnie nadludzkich pokładów cierpliwości. Naprawdę rzadko zdarza mi się zapałać do kogoś aż tak mocną niechęcią zaledwie po paru wymienionych zdaniach, jednak koleś z siedzenia obok bije rekordy.

Najpierw gdy wróciłam z toalety, okno było zasłonięte, a on wciąż siedział na swoim miejscu. Przecisnęłam się na własne, podniosłam roletkę i próbowałam go ignorować, ale wtedy podkręcił klimatyzację na maksa i ustawił ją tak, że ciągle na mnie wiało. Przysięgam, że tego nie potrzebował, bo wcale nie było za ciepło. Robił to jedynie z czystej złośliwości, skoro siedział w bluzie. Kiedy odwróciłam nawiew, po jakimś czasie sytuacja się powtórzyła.

Facet zachowywał się jak uparte dziecko, więc nie pozostałam dłużna. Po godzinie lotu kazałam mu się przepuścić, ponieważ chciałam rozprostować nogi. Po półtorej musiałam koniecznie sięgnąć do walizki. Po dwóch znowu poszłam do toalety, mimo że nie potrzebowałam. Nie zamierzałam dać mu wygrać tego głupiego starcia, zwłaszcza że gdy zaczęliśmy powoli schodzić do lądowania, zauważyłam, jak zamyka czytaną książkę z grymasem na twarzy, jakby spoglądał na największy koszmar, jaki kiedykolwiek trzymał w rękach. Po dostrzeżeniu mojego wzroku uniósł brew i spytał, czy serio mi się to podobało.

Bardzo niewiele zabrakło, by nagłówki gazet kolejnego dnia krzyczały o morderstwie na pokładzie samolotu.

Bardzo.

W końcu jednak wypuszczono nas z tej latającej pułapki, a on ze swoimi długimi nogami znalazł się tak szybko po drugiej stronie lotniska, że nie zdążyłabym nawet pokazać mu faka na pożegnanie. Może i dobrze, bo powinnam już dorosnąć, skoro podróż z piekła rodem się skończyła.

Zamiast skupiać się dalej na tym palancie, wyłączam więc tryb samolotowy i piszę rodzicom, Mirze oraz na grupce ze znajomymi, że kolejny raz udało mi się przeżyć lot. Właściwie to dopiero teraz dociera do mnie, że nie stresowałam się aż tak lądowaniem przez tego nieznajomego kretyna, który zajmował całą moją uwagę. Huh. Przynajmniej na coś się ostatecznie przydał.

Uśmiecham się do siebie, łapię taksówkę i po chwili ruszam do hotelu. Wybrałam ten położony na kampusie Uniwersytetu Południowej Kalifornii ze względu na fakt, że festiwal odbywa się właśnie na jego terenie. Nie będę musiała przejmować się dojazdem ani niczym podobnym, w dodatku wiem, że mnóstwo osób przybywających na wydarzenie także zatrzymuje się właśnie tu. Dzięki temu mogę nawiązać kontakty, z pierwszej ręki poznać aktualne trendy na rynku amerykańskim, a potem także poszukać nowych talentów.

Wcześniej to rodzice się tym zajmowali i pojawiali się na tym największym evencie literackim w USA, natomiast w tym roku to moja misja, którą, szczerze mówiąc, nieco się denerwuję. Ale też ekscytuję. Uwielbiam poznawać nowe osoby, kocham atmosferę, jaka zawsze towarzyszy podobnym wydarzeniom, a gdy nie muszę się stresować organizacją czegoś takiego, a jestem jedynie gościem, wszystko wydaje się o wiele fajniejsze.

– Pani… Isla Dunbar, tak? – pyta recepcjonistka, kiedy docieram do recepcji w hotelu i pokazuję jej dokument.

Wymawia moje imię jako „aj-la”, czego się totalnie spodziewałam. To przecież najoczywistsza opcja w krajach anglojęzycznych. Moje życie byłoby jednak zbyt proste, gdyby to załatwiało sprawę, ponieważ to babcia mająca hiszpańskie korzenie nadała mi imię i wypowiadała je tak, jak się pisze, z krótkim „i” oraz słyszalnym „s”. Nauczyłam się reagować na obie wersje, lecz wolę tę babciną. Mam do niej sentyment, zwłaszcza że mama i tata zdrabniają przez to moje imię na „Izzy”.

– Jasne – odpowiadam jednak, bo nie chce mi się tego tłumaczyć.

– Ma pani zarezerwowany pobyt na trzy noce, opłacone z góry przez firmę.

– Zgadza się.

Otrzymuję kartę do pokoju, więc ruszam do windy, a po drodze rozglądam się z ciekawością. Nie umiem jej powstrzymać, od dziecka chciałam wiedzieć więcej, chłonęłam wszystko, co mnie otaczało, i po prostu kochałam zauważać najmniejsze detale. Jak zdobienia na ścianie, którą właśnie mijam, czy wzór na dywanie. Hotel jest ładny, jasny i dobrze się prezentuje, chociaż dni świetności ma pewnie za sobą.

Nie przeszkadza mi to w żadnym stopniu, bo potrafiłabym się odnaleźć w przeróżnych warunkach, byle móc tutaj być. To dla mnie niesamowita sprawa, kolejna możliwość zdobycia doświadczenia i wykazania się. W dodatku jestem drugi raz w życiu w Los Angeles i chciałabym zobaczyć tyle rzeczy, zanim jutro zaczną się targi…

Dlatego zostawiam już całkowicie za sobą nieprzyjemną podróż i po dostaniu się do pokoju jedynie szybko się odświeżam, nim wychodzę, by przeżyć nową przygodę.

Rozpoczęcie soboty od spaceru pomiędzy stoiskami wydawnictw, słuchania podekscytowanych rozmów osób, które spotkały swoich książkowych idoli, oraz kupienia najnowszej powieści ulubionej autorki to coś świetnego. Nie mogę przestać się uśmiechać, kiedy idę między białymi namiotami i oglądam kolejne tytuły. Do tego zagaduje mnie mnóstwo osób zachęcających do odwiedzenia ich stoiska, a ja poświęcam chwilę na pogawędkę z każdą, wypytuję o wydawane gatunki, o autorów, o opinię na temat festiwalu i plany na niego.

Uwielbiam słuchać pełnych pasji głosów opowiadających o panelach, jakie się odbędą, o premierach, jakie mają zaplanowane, czy poleceń, gdzie powinnam jeszcze zajrzeć. Ludzie są naprawdę otwarci i mili, a chociaż parokrotnie podczas przedstawiania się zostałam obdarzona zaskoczonym spojrzeniem przez to, jak wymawiam swoje imię, nikt tego nie kwestionuje. Do popołudnia dodaję do swoich obserwowanych na insta kolejne profile, a do plecaka dopakowuję następne książki.

Później znajduję czas na szybką przekąskę. Po odstaniu w kolejce kupuję nieźle wyglądającego burgera i zatrzymuję się przy wolnym stoliku ustawionym na trawniku. Słońce dopisuje, więc cieszę się, że wzięłam okulary przeciwsłoneczne. Pogoda jest tutaj ogólnie świetna, zupełnie inna niż w deszczowym obecnie Edmonton. Dwa tygodnie temu mieliśmy jeszcze nawet przymrozki, w czasie gdy w Los Angeles mogę zapomnieć o kurtce. Właściwie to nawet mi trochę za ciepło przy obecnej temperaturze, aż musiałam spiąć włosy w wysoki kucyk.

– Hej, mogę zająć drugą połowę? – odzywa się nagle ktoś po prawej.

Unoszę głowę i spoglądam na ciemnowłosego mężczyznę, który wskazuje stolik. Wygląda na kolesia w moim wieku, może nawet młodszego, i jak od każdej osoby w pobliżu bije od niego pozytywna energia. Dlatego się nie waham.

– Jasne. Nie krępuj się.

Jego wargi wyginają się w uśmiechu.

– Jestem Nolan, przy okazji.

– Isla.

Punkt za to, że nie robi zdziwionej miny.

– Miło cię poznać. Jak się bawisz? – pyta.

Wzdycham z rozmarzeniem.

– Jestem w raju, więc jak mam się bawić?

Śmieje się, wgryzając w swojego burgera.

– Dobre pytanie – odpowiada po przełknięciu. – Jest tu co robić. Wpisywałaś się już na tablicę?

– Na tablicę?

Wskazuje w prawo, ale nie widzę, co ma dokładnie na myśli, więc wyjaśnia:

– Na tablicę, gdzie możesz podzielić się tym, co aktualnie czytasz. Lubię tam iść pod koniec festiwalu i popatrzeć, jakie książki się najczęściej powtarzają, a potem dodaję je na swój TBR.

Otwieram usta.

– Hej, to fajny pomysł. Ukradnę go, dobra?

– Pewnie – rzuca. – A co tutaj robisz? Przyjechałaś dla konkretnych paneli albo autorów?

Kręcę głową, zabierając się do jedzenia.

– Nie. To znaczy, może częściowo, bo mam kilka paneli, na które chcę iść. Ale właściwie to jestem tu głównie zawodowo.

Jego gęste brwi się unoszą.

– Tak?

– Mhm. Pracuję w kanadyjskim wydawnictwie – wyjaśniam.

Na jego twarzy pojawia się zrozumienie.

– I szukasz inspiracji, nowych autorów, nowych możliwości?

– Dokładnie tak – potwierdzam.

– Masz już jakieś wnioski?

– Tylko takie, że bardzo bolą mnie nogi, jest mi mega ciepło, a ten hamburger to najlepsze, co w życiu jadłam.

Mężczyzna zaczyna się śmiać.

– Och, dziewczyno. Aż się boję pytać, skoro burger z food trucka jest dla ciebie tak dobry.

– Po prostu się nie wyspałam i nie jadłam śniadania – wyznaję. – Smakowałoby mi wszystko, czego bym spróbowała.

– Musisz koniecznie wpaść do mojej ulubionej knajpki w centrum – stwierdza. – Wtedy zobaczysz, co to dobry burger.

– Obawiam się, że nie mam na to czasu. Może kiedyś. Na razie mam robotę.

Kiwa głową.

– Jasne. Szukasz czegoś konkretnego? Jakimi gatunkami się interesujesz?

– Ja właściwie niemal wszystkim, co mi wpadnie w ręce – przyznaję. – Ale jako wydawnictwo skupiamy się na kryminałach, thrillerach i obyczajówkach z różnymi ich odłamami.

– Brzmi jak moje pole zainteresowań – stwierdza. – Jaka jest twoja ulubiona książka, którą wydaliście?

– Ta, jasne – parskam. – Już ci podam jedną. Mam ich mnóstwo. Na przykład książki Rachel Reyes, Camilli Trudeau, Michaela Willtona, Jamesa Keene’a.

– Kojarzę Reyes i Keene’a – stwierdza Nolan. – Mam kuzynkę w Kanadzie, która kiedyś dała mi na urodziny ich książki. Nagrywałem nawet o nich na swoim booktoku i kanale.

Unoszę brwi.

– No nie mów. Ale ten świat mały. Jaką książkę Rachel i Jamesa lubisz najbardziej?

– Zatraconąod Rachel i Zardzewiały szeptod Keene’a.

– No to muszę cię zaobserwować i się dowiedzieć, co nagrałeś na ich temat, bo też je uwielbiam. Jaką masz nazwę?

Kiedy pokazuje mi swój profil i dostrzegam na jego koncie kilkaset tysięcy obserwujących, niemal dławię się właśnie popijanym sokiem.

– Wow. Nie mówiłeś, że jesteś sławny – rzucam. – Powinnam to wiedzieć, w razie gdyby ktoś nam robił zdjęcia z ukrycia.

Wybucha śmiechem. Resztę lunchu spędzamy na rozmowie o jego profilu, który w sumie z dnia na dzień przyniósł mu dużą popularność, do czego nadal się przyzwyczaja. Dowiaduję się też, że jest synem agenta literackiego i odbywa praktyki w jego firmie, więc napomykam, że gdyby szukali wydawcy dla jakiegoś autora w moim kraju, chętnie pogadam na ten temat.

Potem się rozstajemy, bo on idzie na panel osoby, której nie kojarzę, natomiast ja wybieram się do Reginy Torres. Właśnie jej książkę kupiłam jako pierwszą i liczę na to, że uda mi się zdobyć podpis pisarki, tyle że przez zagadanie się z Nolanem docieram na miejsce jako jedna z ostatnich osób. A tych jest mnóstwo.

Plener wypełniają dziesiątki zajętych krzeseł, ludzie stoją też niedaleko sceny i po bokach, a nawet przy barierkach przed sceną. Na niej znajdują się dwa fotele, w których dostrzegam prowadzącą panel blondynkę oraz Reginę, czarnowłosą piękną kobietę o ciemniejszej karnacji i olśniewającym uśmiechu.

Przystaję kawałek za krzesłami, gdy rozpoczyna się panel, i po prostu wsłuchuję się w rozmowę. Autorka jest błyskotliwą, przemiłą osobą, której poczucie humoru idealnie do mnie trafia. A że przy okazji umie tworzyć historie z dreszczykiem emocji, intrygą kryminalną i romansem, po prostu ją uwielbiam. Przez to jednak, ile znajduje się tu osób, wątpię, żeby udało mi się do niej dostać, skoro muszę zajrzeć dziś na inne panele, no i mam zaplanowane dwa spotkania ze znajomymi agentami.

A szkoda, bo kocham książki Reginy Torres do tego stopnia, że czytałam je jeszcze po hiszpańsku. Pisarka urodziła się w Madrycie, lecz jako nastolatka przeniosła się do Kanady z rodzicami, tam studiowała i tam też obecnie mieszka. Jej powieści są wydawane na całym świecie, jednak pierwszeństwo ma zawsze ojczyzna. Próbowałam ściągnąć ją do naszego wydawnictwa, niestety jest związana umową z rynkowym gigantem, z którym na razie wciąż moje małe DB Books nie ma szans. Nie żeby to powstrzymywało mnie przed pisaniem do jej agentki przy każdej nowej wzmiance o książce, czy mają już na nią wydawcę w Kanadzie. Bywam upierdliwa, gdy czegoś chcę.

– No proszę – dobiega mnie nagle zza ramienia czyjś suchy głos. Spinam się mimowolnie, kiedy przy moim boku zatrzymuje się znajomy-nieznajomy wysoki szatyn. – Słońce cię nie spala?

Krzyżuję ręce na klatce piersiowej i spoglądam na niego krótko. Jego zarost jest bardziej widoczny niż wczoraj, za to zielone oczy są schowane za okularami przeciwsłonecznymi. Tak ciemnymi, że nie widzę za nimi niczego.

Miałam nadzieję, że więcej nie spotkam tego typa.

– Gubisz się w tych swoich śmiesznych obelgach. Nazywałeś mnie żmiją, nie wampirzycą – przypominam.

– Jedno nie wyklucza drugiego – oznajmia. – Zapomniałaś mnie czymś jeszcze wkurzyć i postanowiłaś to naprawić czy po prostu mnie śledzisz?

– Ale to ty dzwonisz – rzucam kpiąco.

Na jego czole pojawia się zmarszczka.

– Co?

Boomerzy.

Nie żebym sama do nich nie należała.

– To ty do mnie podszedłeś – wyjaśniam cierpliwie. – I nie mam pojęcia po co. Jeśli chcesz zepsuć mi też ten dzień, to nie jestem w nastroju, więc sobie daruj. Co tu w ogóle robisz? Przyszedłeś pohejtować kolejne książki albo autorów?

Prycha.

– Nie hejtowałem żadnej książki.

– Wyszydzanie jakiejś historii i tego, komu się spodobała, to zawsze hejt – oświadczam. – Nie uczono cię, że brak szacunku to coś złego?

– Nikogo nie wyszydzałem.

– Och, pewnie. Bo gdy wczoraj zamknąłeś Dwie pieśni i rzuciłeś to swoje „naprawdę ci się to podobało”, chciałeś mi powiedzieć komplement. – Przewracam oczami i wracam spojrzeniem do sceny. – Odczep się ode mnie. Chcę posłuchać Reginy, nie ciebie.

– Lubisz jej książki?

– Nie, stoję sobie tutaj, bo tak jej nienawidzę – sarkam.

– Dziwne hobby.

Zerkam na niego znowu.

– Serio, co ty tutaj robisz i czego chcesz?

Wzrusza ramionami.

– Chciałem sprawdzić, czy dzisiaj też zamierzasz uprzykrzać mi życie.

– Nie schlebiaj sobie. Zapomniałam o twoim istnieniu w momencie, w którym wysiedliśmy z samolotu, i nie zamierzam sobie o nim przypominać, więc znikaj.

Jego uwaga koncentruje się na trzymanym przeze mnie egzemplarzu książki Reginy.

– Będziesz szła po podpis?

Omiatam wzrokiem cały tłum ludzi pod sceną i wokół, a potem się krzywię.

– Nie. Nie mam na to czasu. A co cię to w ogóle…

– No tak, do Raini zawsze są tłumy – rzuca. – Szkoda, że nie znasz nikogo, kto mógłby ci pomóc się do niej dostać po zakończeniu wywiadu, a przed początkiem podpisywania, nie?

– Tak. Wielka… – Milknę i znów się na nim koncentruję. – Bez jaj. Mam niby uwierzyć, że znasz Reginę Torres?

Wygląda na cholernie z siebie zadowolonego.

– Nie musisz. Przekażę jej pozdrowienia.

Po tych słowach rusza bokiem w kierunku sceny, a ja nie spuszczam z niego wzroku. Później niemal opada mi szczęka, gdy ochroniarz naprawdę bez problemu przepuszcza tego palanta przez barierki, za którymi on się zatrzymuje. Robi to wyłącznie po to, by rzucić mi krótkie spojrzenie przez ramię po zsunięciu nieznacznie okularów z nosa. Jakby chciał przekazać: „widzisz, co tracisz?”.

Co za dupek.

I szczęściarz. Jakim cudem on zna Reginę? I to tak dobrze, że mówi do niej zdrobniale?

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Zbrodnia na pokładzie samolotu się nie dokonała, ale czuję, że skoro ten koleś kręci się także tutaj, w moim wymarzonym świecie, nagłówki gazet mogą trąbić niedługo o brutalnym mordzie rodem z najstraszniejszego kryminału.

A to wszystko na Los Angeles Times Festival of Books.

Rozdział 3

Po całym dniu wypełnionym książkami oraz po paru spotkaniach docieram do swojego pokoju. Mimo zmęczenia nie mogę przestać się uśmiechać, bo naprawdę uważam ten czas za udany. Możliwe, że znalazłam nowego autora, dwóch innych mam na oku i chcę jeszcze do nich zajrzeć, w dodatku dowiedziałam się, że Torres pojawi się też jutro na stoiskach, więc może uda mi się na nią trafić.

– No i? Opowiadaj – zachęca mama, kiedy padam na łóżko, unosząc telefon, by było widać moją twarz.

– Było genialnie – zapewniam. – Te wszystkie panele, spotkania, integracje między ludźmi, rozmowy o książkach… Widziałam nawet paru celebrytów, zbierały się wokół nich grupki fanów i w ogóle. Poznałam też miłego kolesia, z którym wymieniłam się numerami. Jest booktokerem i już mówił o naszych książkach…

Streszczam mamie dokładniej cały dzień. Wysłuchuje tego cierpliwie, uśmiechając się od ucha do ucha, a później sama opowiada mi o The Frye Festival, na który pojechała razem z wydawnictwem. Odbywają się w tym roku w tym samym czasie, a ja pierwszy raz się nie wybrałam. Jak na razie jednak nie żałuję, bo chociaż uwielbiam ten event, tutaj też wspaniale się bawię i nie mam tyle stresów.

W czasie gdy mama mówi o spotkaniach naszych autorów, zauważam, że przyszedł mi mail. Jest sobota, więc nie zamierzam go odczytywać, tyle że zamiast usunąć powiadomienie, przez przypadek w nie klikam.

Od: [email protected]

Do: [email protected]

Temat: Re: Uwagi

Panno Dunbar,

zapoznałem się z uwagami beta-czytelników, które Pani przesłała. Odsyłam plik z odpowiedziami do nich. Nie zgadzam się z większością.

JK

Wzdycham głośno.

– Ale zaskoczenie – mamroczę.

– Co? – pyta mama.

– Przyszedł mail od tego dupka. Nie zgadza się z większością uwag bet. Szokujące, co?

Mama parska.

– Absolutnie szokujące. James ma inną opinię na temat swojej książki? Wow.

– Nie rozumiem, po co w takim razie naciskał, żeby tekst trafił do naszych wewnętrznych recenzentów, zamiast tylko do mnie przed redakcją. – Wydymam wargi. – Albo i rozumiem. Pewnie sądził, że wszyscy stwierdzą, jakie to genialne, i utrze mi nosa, tymczasem okazało się, że bety mają takie same uwagi jak ja. I teraz będę mu znowu tłumaczyć, dlaczego powinien wyjąć głowę z tyłka i posłuchać przynajmniej niektórych rad.

– Poradzisz sobie. Jak zawsze – pociesza mnie mama.

– Oczywiście, że tak. Mam już zresztą na niego sposób.

Widzę na kamerce, że jej idealnie zarysowane ciemne brwi się unoszą.

– Jaki?

– Do uwag bet dorzucam parę pomysłów z dupy, żeby dać Keene’owi poczucie, że coś ugrał, gdy je odrzuca. Wtedy robi się bardziej ugodowy co do reszty rzeczy, które zgadza się poprawić.

Mama wybucha śmiechem.

– O rany. No prawdziwa córka swojego ojca. Czemu mnie to nie dziwi?

Szczerzę się.

– Jakoś sobie trzeba radzić, no nie?

– Oczywiście, że tak. Sprytnie, Izzy. Ale oby on się o tym nigdy nie dowiedział.

Przekręcam niewidzialny kluczyk przy ustach.

– Spokojnie. Nie planuję się zdradzać.

Ciemne kosmyki wpadają mamie do oczu, więc odsuwa je jak zawsze niecierpliwym ruchem i pyta:

– A jakie konkretnie uwagi mieli teraz beta-czytelnicy?

– Zauważyli jeden urwany wątek, chcieliby doprecyzowania dwóch innych, no a przede wszystkim większość z nich nie kupuje tego zalążka romansu głównych bohaterów, bo jest zbyt krótki i nie zdążył się rozwinąć.

Na twarzy mamy pojawia się zaskoczenie.

– James wprowadził do książki wątek romantyczny? Nigdy tego nie robił. Zawsze było to gdzieś zarysowane w tle, nic więcej.

Przygryzam wargę.

– To pewnie moja wina, bo w korespondencji w zeszłym roku sugerowałam mu różne rzeczy, on stwierdził, że jeśli szukam taniego romansidła, to nie ten adres, a ja odpisałam, że… – Milknę. – No, coś głupiego i…

– Co mu odpisałaś?

– Eee… Że on i tak nie wiedziałby, co to romans, nawet gdyby ktoś walnął go nim prosto w twarz, więc nie umiałby go poprowadzić…?

Mama rozszerza oczy z przerażenia.

– Jezu, Izzy, powiedz, że żartujesz.

Nie odzywam się, a ona zasłania usta dłonią.

– I dowiaduję się o tym dopiero teraz?!

– Na swoją obronę mam to, że byłam pijana, on mnie wnerwił, w dodatku zerwałam wtedy z Tomem i nie byłam w dobrym nastroju. No i bałam się, że on serio po tym odejdzie, dlatego się nie przyznałam. A on do tego nie wracał.

– Bo gdy zaczął o ciebie znowu nagle bardziej wypytywać, myślałam, że chce cię lepiej poznać, i zapewniałam, że jesteś świetna w tym, co robisz – mówi z przekąsem mama. – Nie sądziłam, że pewnie rozważał odejście!

– Ej, no bo jestem. Po prostu czasem szybciej piszę, niż myślę.

Na całe szczęście chyba nie zamierza mi prawić kazania, mimo że zachowałam się słabo. Od tamtego czasu starałam się jednak w korespondencji z Jamesem być neutralna. No, może nieraz wbijałam mu jakieś szpileczki czy coś, ale nigdy nie zrobiłam nic tak chamskiego.

– I to niestety też masz po ojcu – oznajmia mama. – W każdym razie dobrze, że to się skończyło tak, a nie inaczej. Tylko więcej…

– Wiem, wiem – przerywam jej. – A wracając do tego wątku, to myślę, że to dobry pomysł, po dwóch tomach taki rozwój relacji między postaciami jest strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza że to się zarysowywało w tych poprzednich historiach, no i wiele czytelniczek sygnalizowało, że na to czeka. Tyle że wątek potrzebuje doszlifowania. A jestem przekonana, że on uzna, że jak zwykle nie mam racji.

– Nie no, na spokojnie. Niby czemu?

– Bo wielokrotnie tak uznawał? – podpowiadam.

– Nie nastawiaj się. Ustal z nim wszystko i będzie dobrze.

Mama jest jeszcze większą optymistką niż ja. Ja w przypadku tego człowieka nie umiem z siebie wykrzesać niczego dobrego.

– Tak jak wtedy, gdy zasugerowałam zmianę tytułu na bardziej chwytliwy, a on odpisał, że uda, że nie widział tej propozycji, bo brzmi, jakby padła z ust jakiejś niedoświadczonej studentki literatury ledwo po studiach, więc jednak zaufa swojemu instynktowi?

– No to było niemiłe z jego strony, ale to wyjaśniliśmy – mówi mama. – Chociaż jak tak teraz myślę, to mogło być następstwem twojego zachowania…

– Nie, bo działo się wcześniej. Raczej moje zachowanie było następstwem jego, bo ja mu tego nie zapomniałam.

Dobiega mnie westchnienie.

– Zapewne tak samo jak on nie zapomniał tego momentu, gdy wparowałaś do gabinetu taty, kiedy miał z nim wideorozmowę, i spytałaś, czy pogłaskał już pisarzykowate ego, bo masz sprawę.

Tja. To też nie był mój dzień.

– Tak czy siak… – podejmuję lekko. – On ciągle traktuje mnie jak niekompetentną kretynkę tylko dlatego, że jestem waszą córką.

– A ty na każdym kroku mu udowadniasz, jak bardzo się co do ciebie myli – zauważa mama. – Więc ucieraj mu nadal nosa w granicach rozsądku, byle nie przesadzić, i będzie dobrze.

– A może po prostu go wywalimy?

W błękitnych oczach mamy, które swoją drogą po niej odziedziczyłam, pojawia się poważny wyraz.

– Wiesz, że go potrzebujemy – przypomina. – A on i tak dostaje różne oferty. Jeśli przejdzie do kogoś innego…

– Wiem, wiem. Stracimy jedną z gwiazd i będziemy w dupie, więc mam włazić w tę jego, żeby przypadkiem kruche ego pisarzyka nie nakazało mu nas olać.

– Izzy – rzuca z rozbawieniem mama. – Czasami naprawdę nie wiem, czy śmiać się z tego, jak podobna jesteś też do babci, która wybrała ci imię, czy płakać.

– To komplement – uznaję.

– W każdym razie panuj nad sytuacją. Wiem, że to nieraz bywa trudne, bo James też jest trudny, ale podołasz tej współpracy. Dobrze sobie z nim radzisz. Nie mam wątpliwości, że nawet lepiej niż ja.

Prycham.

– Akurat. Poza tym… – Otwieram plik z jego komentarzami i zaciskam wargi. – No oczywiście, że nie widzi nic złego w tym, co zaznaczyły bety. A niektóre momenty wymagają odpowiedniego szlifu i…

– I musisz mu to uświadomić, pomóc mu z tym. Może popracujesz z nim bezpośrednio nad tymi kulejącymi wątkami?

Posyłam mamie pełne niedowierzania spojrzenie.

– A może wejdę na najwyższy wieżowiec w pobliżu i się z niego rzucę?

Kręci głową.

– Nie żartuj tak. Mówię poważnie. Taka współpraca może jedynie lepiej mu pokazać, że znasz się na rzeczy. Zanim tekst pójdzie dalej, on musi go poprawić, a terminy gonią. Zaproponuj, że mu w tym pomożesz, bardziej niż zwykle. Moglibyście umówić się na konsultacje telefoniczne…

– On się na nie nie zgodzi – przypominam. – No i zresztą to dobrze.

– Może bym go przekonała…

– Ale ja nie chcę.

Mama próbuje mnie namówić na ten pomysł, jednak pozostaję nieugięta. Na szczęście nie naciska długo i rozłączamy się po jakimś czasie, a kiedy ogarniam się nieco i przebieram w coś wygodniejszego, ruszam na dół, do jednej z hotelowych restauracji. Przez to, że czytam dalsze komentarze Keene’a do tego, co mu wysłałam, nie zwracam za bardzo uwagi na otoczenie i tuż przed wejściem do lokalu na kogoś wpadam.

– Och. Przepra… – Milknę, a moje oczy automatycznie się rozszerzają. – Pani Torres?

Ciemnowłosa kobieta unosi na mnie spojrzenie brązowych oczu, a na jej twarzy pojawia się prześliczny uśmiech.

– Wystarczy Regina – rzuca, taksując mnie wzrokiem. – Znasz moje książki, skoro wiesz, kim jestem? Też przyjechałaś na festiwal?

W pierwszym odruchu mogę jedynie przytaknąć, bo, o rany, ona tu stoi i ze mną rozmawia. Momentalnie wyparowują mi z głowy wszystkie rzeczy, które chciałam jej powiedzieć, gdybyśmy się spotkały na dzisiejszym podpisywaniu.

– Mhm – odpowiadam tylko.

Patrzy na mnie życzliwie.

– Widziałam cię chyba dziś na moim panelu, prawda?

– Naprawdę? Zapamiętała mnie pani? – Odchrząkuję. – To znaczy, zapamiętałaś mnie?

– Rozmawiałaś z Kane’em i wyglądałaś, jakbyś próbowała go udusić na odległość, więc mnie to zaciekawiło – przyznaje.

Przez chwilę nie wiem, o czym mówi, ale potem uświadamiam sobie, że ten wkurzający facet z samolotu musi mieć tak na imię. Zupełnie mnie to jednak nie interesuje.

– Ma w sobie coś takiego, że na sam jego widok od razu by się chciało zacisnąć palce wokół jego szyi. Nie mów, że nie – odpieram.

W jej oczach pojawia się błysk rozbawienia.

– A gdy się odzywa, od razu się to pogłębia – uznaje.

– Ha, no właśnie! Wiedziałam, że bym się z tobą dogadała.

Unosi kącik ust.

– A jak masz na imię?

– O szlag, nawet się nie przedstawiłam – mówię i wyciągam dłoń, którą przyjmuje. – Jestem Isla. Isla Dunbar. I tak, znam twoje książki, uwielbiam je. Wcale nie jestem tą upierdliwą dziewczyną z kanadyjskiego wydawnictwa, która ciągle próbuje cię do nas porwać.

Jej perlisty śmiech wypełnia korytarz.

– Och, moja agentka mi o tym kiedyś wspominała – przyznaje. – A skoro tak, musisz być naprawdę zdeterminowana.

– Mam nadzieję, że to nie twój synonim dla „stuknięta” – żartuję.

Kobieta znowu parska.

– Jasne, że nie. – Spogląda gdzieś ponad moim ramieniem i dodaje: – Jesteś tu z kimś czy sama?

Odwracam się i dostrzegam wychodzącego właśnie z windy szatyna, na widok którego mój humor się pogarsza. O nie. Czy ona na niego czeka? Czemu? Mam nadzieję, że nie są parą, bo Regina zasługuje na kogoś milszego.

– Sama – rzucam. – A ty pewnie czekasz na niego, więc będę po prostu…

– Idziemy coś zjeść i wypić drinka. Może do nas dołączysz? – proponuje.

Zatyka mnie. Nim jednak odpowiadam, za moimi plecami rozlega się kąśliwy głos:

– A myślałem, że ten hotel ma jakieś standardy i nie wpuszczają psychofanek z ulicy. Potrzebujesz pomocy, Raini?

Zaciskam wargi, a kobieta posyła mu wymowne spojrzenie.

– Zachowuj się, Kane.

– Nie mnie powinnaś o to prosić – oznajmia ten palant. – Idziemy?

Regina zerka na mnie pytająco. W jej oczach czają się jakieś wredne ogniki, za którymi zapewne kryje się nadzieja na to, że ten koleś i ja dostarczymy jej rozrywki. Ale że właśnie dostałam szansę na spędzenie czasu z jedną z ulubionych autorek, nie zamierzam tego przegapić. Nawet jeśli do tego będę musiała znosić tego gościa.

– Pewnie, idziemy – odpowiadam i uśmiecham się słodko na widok jego zaskoczenia. – Bo chętnie przyjmę zaproszenie, Regina. Dziękuję.

Kane piorunuje kobietę wzrokiem.

– Mamy zarezerwowany stolik dla dwojga.

Zerkam przez szyby na hotelową restaurację za nami, która jest jeszcze niemal pusta.

– Na pewno coś dla nas znajdą – stwierdza Regina. – Chodźmy, jestem okropnie głodna. No i bardzo ciekawa twoich wrażeń z dzisiejszego dnia festiwalu, Isla.

Kiedy łapie mnie pod ramię, nachyla się nieznacznie, by dodać konspiracyjnym szeptem:

– Nie przejmuj się nim. Urodził się z takim wyrazem twarzy. Uśmiech jest ponad jego siły, więc się go nie spodziewaj.

Mężczyzna przybiera jeszcze bardziej wkurzoną minę, na co nie mogę powstrzymać jakiejś dziwnej satysfakcji. Myślał, że utarł mi dziś nosa znajomością z Reginą, tymczasem teraz ja mogę się odwdzięczyć, skoro kobieta sama chce spędzić ze mną wieczór. W dodatku podpuszcza go właśnie w typowo przyjacielski sposób, dzięki czemu domyślam się, że właśnie tego rodzaju relacja ich łączy.

I mam ochotę pomóc Reginie we wnerwianiu kolesia, a do tego pogadać ze swoją ulubioną autorką. To brzmi przecież jak wieczór idealny.

– Nie śmiałabym – zapewniam, po czym wskazuję restaurację. – To co, idziemy?

– Pewnie.

Ruszamy z Reginą do wejścia, a mężczyzna zostaje za nami. Oglądamy się więc niemal równocześnie. Chyba psuję mu wieczór. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Ani też z powodu przytyku, który przychodzi mi do głowy.

– Idziesz? – odzywam się. – Czy mamy przekazać twoje pozdrowienia kelnerom, Kane?

Jego spojrzenie mogłoby mnie przepołowić, gdyby tylko posiadał jakąś moc.

– Nie musisz przypadkiem spędzać wieczoru ze swoim wibrującym towarzyszem podróży? – pyta kpiąco.

Czerwienieję.

– Mój masażer do twarzy radzi sobie beze mnie. To ty chyba nie radzisz sobie bez wspominania o nim, więc mogę podesłać ci link, gdzie go kupić. Chociaż raczej nie pomaga na chroniczny ból dupy i zespół wiecznie zaciśniętej szczęki. To powinieneś skonsultować z lekarzem.

Regina chichocze i pociąga mnie mocniej w stronę restauracji.

– Ja też czuję, że się dogadamy, Isla.

Rozdział 4

Śmieję się cicho, słuchając opowieści Reginy na temat jej festiwalowego dnia. Mówi o tym, jak przed samym panelem oblała się sokiem, więc agentka oddawała jej szybko swoją marynarkę, jak zapomniała podczas spotkania zostawić komuś autografu i jak nie pamiętała imion bohaterów. A to tylko pierwsza godzina dzisiejszego eventu dla niej.

Podjadamy kolację i rozmawiamy o tym, a także o moim dniu, bo jest go bardzo ciekawa. Kobieta wydaje się dokładnie taka, jaką znam ją z sieci – bystra, zabawna, miła i autentyczna. Nieco obawiałam się zderzenia wyobrażenia o niej z rzeczywistością, ale na ten moment jestem jedynie bardziej oczarowana.

Inaczej mają się sprawy odnośnie do tego kolesia, Kane’a, który siedzi naprzeciwko nas z miną, jakby chciał kogoś zamordować. Zapewne mnie. Zwłaszcza kiedy, wspominając dzisiejsze spotkanie z nim na panelu, Regina zaczyna dopytywać o okoliczności naszego poznania, więc streszczam jej jego dziecinne zachowanie.

– Och, to ciekawe, jak to wyglądało z twojej perspektywy – stwierdza.

Unoszę brwi, bo to brzmi, jakby on już jej przedstawiał tę sytuację, przez co kobieta mogłaby wiedzieć o mnie więcej, niż sądziłam. Nie udaje mi się jednak odpowiedzieć, ponieważ przy stoliku pojawia się kelnerka, która upewnia się, czy wszystko w porządku, a Kane odzywa się wtedy suchym głosem:

– Czy moglibyśmy jeszcze coś zamówić?

Dziewczyna przytakuje.

– Oczywiście. Czego sobie państwo życzą?

– Alkoholu – burczy mężczyzna. – Jakie macie rodzaje whisky?

– Mamy bardzo szeroki wybór, więc zależy, czego konkretnie pan szuka.

– Octomore?

Na twarzy kelnerki pojawia się zawahanie.

– Ja… Nie jestem pewna. – Wykręca nerwowo palce. – Wydaje mi się, że nie. Mamy Macallana i… Przepraszam. Nie pamiętam, to dopiero mój trzeci dzień. Gdyby mógł pan zajrzeć do karty, tam będzie wszystko wypisane. To ta czerwona.

Kane spogląda na stolik, wyglądając na zirytowanego tym, że musi sam sobie przeczytać listę alkoholi. Raini podsuwa mu wtedy szybko menu, a sama zwraca się do dziewczyny:

– Ja poproszę martini. A ty, Isla?

– Margaritę – odpieram.

Kelnerka zapisuje to sobie w notatniku i zerka wyczekująco, nieco niepewnie na Kane’a wertującego kartę.

– Niech będzie ten Macallan – mówi mężczyzna. – Od razu podwójny.

Dziewczyna mruga i otwiera usta, ale on nie zmienia miny. Wygląda, jakby chciał przekazać jej całą postawą, że dobrze wie, co robi, dlatego kelnerka jedynie przytakuje, a po chwili odchodzi od stolika. Raini spogląda wtedy na Kane’a.

– Aż tak męczące jest nasze towarzystwo, że chcesz się szybko upić, zamiast delektować tym swoim paliwem?

Mężczyzna odpina guzik koszuli i przesuwa wzrok na mnie.

– No skąd. To wspaniale, że nie widzieliśmy się pół roku, a ty zaprosiłaś do towarzystwa na wieczór obcą osobę, która… – milknie i wbija wymowne spojrzenie w kobietę – …mnie już poznała.

Patrzę między nimi, nim odchrząkuję.

– To może ja po prostu zostawię was samych – wtrącam. – Było bardzo miło, ale pewnie macie mnóstwo do nadrobienia, a ja przeszkadzam…

– Nie przeszkadzasz – zapewnia Raini. – Kane jak zawsze dramatyzuje. Nie widzieliśmy się pół roku z jego winy, bo nigdy nie ma czasu mnie odwiedzić. Ale będziemy mieć jeszcze jutro cały dzień, w dodatku jesteśmy w stałym kontakcie. Po prostu bywa wredny. No i wcale mu nie przeszkadzamy. Gdyby tak było, już dawno by się zwinął.

– Wolę kontrolować, co będzie o mnie mówione – kwituje mężczyzna.

– Myślisz, że nie znajdziemy lepszych tematów? – parskam.

– Właśnie – dodaje Raini.

W tym czasie kelnerka przynosi nasze drinki, no i zabiera talerze, więc skupiamy się głównie na alkoholu. Regina podpuszcza Kane’a, żartuje z jego gburowatego nastroju i próbuje sprawić, by mężczyzna się rozluźnił, aż w końcu to się udaje. Zaczynają rozmawiać o tym, jak się poznali na studiach. Kane był współlokatorem jej brata w akademiku, faceci się nie cierpieli, za to ona od razu zapałała do niego sympatią. A że mężczyzna pozostawał zamknięty i wycofany, postanowiła wyciągnąć go ze skorupy. Okazało się, że mają razem kilka kursów i łączy ich pasja do książek, więc ostatecznie znaleźli wspólny język. Regina zresztą nie dałaby się zbyć.

– Nie miał ze mną szans – oznajmia. – Gdy go sobie upatrzyłam, nie było zmiłuj.

– Do dziś żałuję, że wtedy nie zwiałem na inną uczelnię – stwierdza Kane.

– Akurat, kochasz mnie – mówi Raini. – A ty, Isla? Studiowałaś w Edmonton?

– Tak – odpieram. – Studiowałam, robiłam kursy, no ale najwięcej nauczyłam się od rodziców. To oni prowadzą DB Books, a już od dawna w czasie wakacji pomagałam im w firmie. Najpierw tylko nieznacznie, przy propozycjach wydawniczych czy jakichś mniejszych rzeczach, no a potem stopniowo mnie w to wszystko wdrażali.

– Czyli praktycznie od zawsze w tym siedzisz – komentuje Regina.

Upijam łyk drinka.

– Tak, można tak powiedzieć. Ale to dlatego, że to uwielbiam. I spełniam się w tym, co robię, więc jestem szczęściarą, że moi rodzice zapewnili mi nieco łatwiejszy start.

– Nieco? – rzuca Kane.

Jeżę się na ten ton.

– Tak. Nieco. Ciężko pracowałam, żeby być tu, gdzie teraz jestem, i musiałam wielokrotnie udowadniać, że się do tego nadaję. Gdyby było inaczej, mama i tata nie powierzyliby mi firmy, bo sami za bardzo ją kochają. Nie ma znaczenia, że jestem ich córką. W pracy liczą się wyniki i kompetencje, a nie pokrewieństwo.

Mężczyzna dopija swoją whisky, nie komentując tego, i kiwa na kelnerkę. Prosi o kolejną szklankę, więc Raini także domawia dla nas po drinku. To niedobrze, ponieważ moja margarita jest mocna, a ja i tak wypijam ją dość szybko, żeby za nimi nadążyć, przez co wiruje mi odrobinę w głowie.

– A twoja podróż tutaj? – pyta Regina. – Przyjechałaś z jakąś konkretną misją? Pewnie tak, prawda?

Zastanawiam się nad tym, ile mogę powiedzieć.

– Jestem tu, bo chcemy jako wydawnictwo pomóc naszym autorom wyjść poza kanadyjski rynek wydawniczy.

– To raczej coś, czym wydawcy się nie zajmują – zauważa kobieta.

– Wiem – przyznaję. – Zwykle to autor i agent coś takiego ogarniają, ale pod naszymi skrzydłami jest wielu pisarzy, którzy nie zatrudniają agentów, no a my bardzo w nich wierzymy i po prostu sprawdzamy różne drogi. Utrzymujemy kontakt z paroma agentami i wydawcami tutaj, którzy są zainteresowani potencjalną współpracą, więc właśnie z nimi się też dziś spotkałam. No i oprócz tego szukam nowych nazwisk, obserwuję, jakie panują tu aktualnie trendy, słucham, jak się wszystko rozwija…

Raini kiwa głową.

– Rozumiem. Gdybym już nie miała wydawcy w Kanadzie…

Uśmiecham się do niej.

– Gdybyś chciała go zmienić, jesteśmy otwarci – oznajmiam od razu. – Może nasze wydawnictwo nie jest ogromne, ale podchodzimy bardzo poważnie do swojej pracy, każdy nasz autor jest dla nas ważny i staramy się zaopiekować jak najlepiej jego książkami, no a do tego pomagamy w rozwoju, jak tylko możemy.

Kane parska, więc kieruję na niego spojrzenie. Raini robi to samo, unosząc brwi.

– Uważasz inaczej, Kane? – pyta.

Spinam się.

– Nie. Uważam, że DB to dobre wydawnictwo, które docenia debiutantów i stanowi całkiem niezłą konkurencję dla rynkowych gigantów. Mają wyczucie i nadążają za zmiennością świata literackiego – wyrokuje, czym wprawia mnie w osłupienie. – Mam zastrzeżenia tylko co do ich pracowników.

Rozchylam wargi, a w moim wnętrzu zaczyna się znów gotować złość.

– Nie masz pojęcia, jakim jestem pracownikiem i co robię – wyrzucam z irytacją.

– Słyszałem, jak obgadujesz jakiegoś „pieprzonego pisarzyka” na lotnisku – przypomina. – To nie brzmi zbyt profesjonalnie, panno Dunbar. Ale rodzice ci pewnie wybaczają.

Niemal się zapowietrzam, choć jest mi też nieco wstyd. Ma rację. Nie powinnam była mówić tego wszystkiego. A już na pewno nie publicznie. Nie wiedziałam, że ktoś może później się dowiedzieć, kim jestem, i jeszcze obracać w podobnym kręgu. Mimo to odpowiadam:

– Gówno o mnie wiesz. To, że podsłuchałeś moją prywatną rozmowę, nie daje ci prawa do szufladkowania mnie w ten sposób. Okay, może słabo się zachowałam, ale nie masz pojęcia, dlaczego mówiłam coś takiego o kolesiu, który notorycznie zachodzi mi za skórę i czerpie przyjemność z niszczenia mojej pracy. W dodatku moje osobiste antypatie nie wpływają w żaden sposób na to…

– Och, jasne.

– Wiecie co – wtrąca nagle pojednawczo Raini – może zmieńmy temat.

Rumienię się. No to się popisałam. Boże, ona też uzna mnie za wariatkę. Ten koleś pewnie i tak jej opowie jeszcze jakieś niestworzone historie na mój temat, skoro sama dostała przykład.

– Przepraszam – odzywam się, nim on to robi. – Przepraszam, że musiałaś być tego świadkiem, Regina. Zwykle się tak nie zachowuję. Ja… o Boże, popisałam się, co? – Biorę głęboki wdech. – Nieważne. Chyba już pójdę. Ale bardzo się cieszę, że mogłam cię poznać, bo naprawdę uwielbiam twoje książki. Czekam na Czerwoną mgłę.

– Dzięki. To miłe. Ale musisz uciekać? Nie dopiłaś drinka.

Mrugam. Upiłam zaledwie dwa łyki, a ona ma już prawie pustą szklankę. Boże, jestem słabiakiem. I to nic, przecież to nie zawody, mimo to chwytam margaritę i dopijam ją szybko, po czym zwracam się do Reginy:

– Nie masz ochoty mnie przegonić po tym, jak przed chwilą się zachowałam?

– Ja mam – burczy Kane.

Rzucam mu krótkie spojrzenie, a Raini parska.

– Och, oczywiście, że nie – oznajmia. – Dobrze się bawię, obserwując, jak wyprowadzasz tego robota z równowagi.

Mężczyzna się krzywi.

– Powinnaś mnie widzieć w samolocie – żartuję.

Kobieta chichocze, nim prosi przechodzącą kelnerkę, by przyniosła nam nowe drinki.

– Chciałabym. To mogło być niezłe – stwierdza. – Możesz opo…

– Nie może – ucina Kane. Potem koncentruje się na mnie. – Mówiłaś, że jesteś tu, bo chcecie z wydawnictwem wypuścić swoich autorów też na rynek amerykański.

Drink nieco zaczyna mi uderzać do głowy.

– No i? To nie tajemnica. Chcemy się rozwijać i żeby nasi autorzy rozwijali się razem z nami, a jeśli nie mają agentów, jest im trudniej. Dlatego staramy się to zmieniać.

– Macie kogoś konkretnego na myśli? – wtrąca Raini.

– To już akurat tajemnica – odpieram lekko.

Pojawia się kelnerka. Pewnie nie powinnam więcej pić, bo poważnie szumi mi w głowie, jednak drink jest taki pyszny, w dodatku Raini już go zamówiła…

– W sumie raczej nietrudno się domyślić – rzuca kobieta. – Macie kilku większych autorów i pewnie od nich zaczniecie. Morin, Reyes, Keene…

Wzruszam ramionami.

– Ich twórczość rzeczywiście przyciąga najwięcej uwagi – przyznaję.

Raini się uśmiecha.

– Lubisz ich książki? – Unosi palec. – Ale szczerze. Jesteś po godzinach.

Śmieję się lekko.

– Zawsze jestem szczera – oznajmiam. – I tak. Ubóstwiam Morina, uwielbiam książki Rachel Reyes za to, jakie emocje potrafi wywołać i jakie prawdziwe są, a Keene ma niewątpliwy talent do tworzenia najbardziej zawiłych zagadek z najprostszymi rozwiązaniami, których nikt nie jest w stanie się domyślić.

– Och, tak, nie cierpię go za to – odpowiada Raini. – Zawsze mi się wydaje, że się domyślam, a on wtedy wodzi mnie za nos i śmieje mi się w twarz.

Przytakuję z entuzjazmem.

– Mam tak samo – przyznaję. – W jego poprzedniej książce już mi się wydawało, że rozgryzłam całą intrygę, a wtedy bum, dostałam nią w twarz. To było serio genialne i niesztampowe. A to, jak buduje napięcie, rozładowuje je i stopniuje emocje, jest niepowtarzalne.

Raini unosi kącik ust, a jej oczy nieznacznie błyszczą, gdy kieruje spojrzenie na Kane’a. Mężczyzna pozostaje dziwnie milczący, dlatego przesuwam na niego wzrok i dostrzegam, że przypatruje mi się bez wyrazu.

– Co? – pytam. – Niech zgadnę: ty zawsze rozwiązujesz wszystkie zagadki i uważasz jego książki za słabe, więc nic dziwnego, że ja je lubię?

Marszczy brwi.

– Nie sądziłem, że je lubisz – mówi, po czym się krzywi, jakby powiedział coś niewłaściwego.

– A dlaczego miałabym nie?

Boże, on chyba nie słyszał, że to właśnie o Jamesie rozmawiałam z Mirą, prawda? Nie mógł.

– Po prostu… – Kręci głową. – Nieważne. Pewnie i tak mówisz tak, bo jako pracowniczce wydawnictwa nie wypada ci przed nami powiedzieć niczego innego.

– Już nie bądź taki s… sukowaty – rzuca Raini, dziwnie przeciągając słowo. – Isla ma rację. James pisze świetnie. Szkoda, że nigdy się nie pokazuje, prawda?

– Bardzo. Jego fani strasznie chcieliby go kiedyś spotkać, dostajemy mnóstwo wiadomości z takimi prośbami, ale zawsze odmawia.

– Ciekawe czemu – mówi Raini.

– Kiedyś w moim klubie czytelniczym, gdy omawialiśmy jego książkę, dziewczyny stwierdziły, że albo jest nieśmiałym, wycofanym facetem, który po prostu zostałby przytłoczony otrzymaną uwagą, albo psychopatą ze zdeformowaną twarzą. To drugie by wyjaśniało, skąd ma takie pomysły na szczegółowy opis różnych zbrodni – żartuję.

Kane prycha, a Raini się śmieje.

– Ciekawe. A ty co sądzisz?

Wzdycham.

– Sama nie wiem. Jak dla mnie nie brzmi na wycofanego i nieśmiałego, gdy mnie wkurza, ale mój ojciec nie wspominał nic o żadnych bliznach, kiedy poprosiłam, żeby mi powiedział, jak wygląda. – Prostuję się. – To znaczy… Szlag. Ja naprawdę za dużo wypiłam.

Raini klepie mnie po dłoni.

– Nie martw się. Nikomu tego nie przekażemy. Sama wielokrotnie się ścieram ze swoimi wydawcami i na nich wkurzam, więc wiem, że to działa w dwie strony.

– Mimo wszystko nie powinnam tak mówić. Nasza współpraca bywa trudna, ale James jest świetnym pisarzem i bardzo go podziwiam.

– Niech zgadnę: on się nigdy o tym nie dowie? – podpowiada Raini.

Uśmiecham się.

– Oczywiście. Wtedy tym bardziej próbowałby mi wejść na głowę. – Zasłaniam usta dłonią. – Jezu, ja już chyba serio pójdę.

Chichocze. Nim się uspokaja, kelnerka przynosi jej nowego drinka.

– Ja nie mogę, mam jeszcze coś do wypicia.

– Jasne. Ale ja się zbieram. Było mi bardzo miło. Może zobaczymy się gdzieś jutro.

– Pewnie. Będę się kręcić po targach.

– No to się widzimy!

Zostawiam na stoliku pieniądze za swoją część zamówienia, po czym podnoszę się i z zaskoczeniem odkrywam, że świat nieznacznie wiruje.

– Ojej.

Dobiega mnie śmiech Raini, jednak życzę im tylko miłego wieczoru i macham na pożegnanie, nim ruszam do drzwi. Skupiam się na prostym marszu do windy i, mam nadzieję, jako tako mi się udaje. Przynajmniej do momentu, gdy potykam się o jakąś ozdobę i zaczynam się śmiać. Na szczęście sekundę później docieram do kabiny.

W środku okazuje się, że nie umiem znaleźć swojej karty, by wcisnąć odpowiedni przycisk. Przeszukuję torebkę, mamrocząc pod nosem przekleństwa, lecz milknę, bo ktoś wchodzi do windy za mną. Kiedy unoszę wzrok, napotykam przeszywające spojrzenie Kane’a, który przykłada do czytnika swoją kartę, nim wybiera guzik z siódemką.

Drzwi się powoli zasuwają.

– Masz ją w tylnej kieszeni – podpowiada.

Mrugam.

– Słucham?

– Kartę do pokoju. Wystaje ci z tylnej kieszeni.

Marszczę brwi i sięgam do tyłu. Rzeczywiście znajduję w niej kartę.

– Och. Faktycznie. Dzięki. Chociaż… czekaj. Skąd wiedziałeś?

Odchrząkuje i staje do mnie bokiem, nie zaszczycając tego odpowiedzią.

– Czemu nie zostałeś z Raini? – dodaję.

Na to też nie odpowiada. Winda zatrzymuje się właśnie na siódmym piętrze, więc Kane się odsuwa, by przepuścić mnie przodem. Przygryzam wargę, zerkając na niego przelotnie. To mój błąd, ponieważ przez to potykam się w przejściu i gdyby nie silne, męskie ramię, które nagle oplata mój brzuch, padłabym na podłogę.

Kane łapie mnie i przytrzymuje pewnie. Czuję bijące od niego ciepło, gdy do mojego boku przykleja się twarde ciało. Potem na kark wstępuje mi gęsia skórka, bo mężczyzna przysuwa usta do mojego ucha i szepcze:

– Ależ ty masz słabą głowę, panno Dunbar.

Przeszywa mnie dreszcz, którego zupełnie się nie spodziewałam. Nie przy nim. A mimo to wspina mi się po kręgosłupie i sprawia, że mrowi mnie niemal całe ciało. Odwracam jednak głowę i unoszę ją lekko, aż mój oddech miesza się z ciepłym oddechem Kane’a.

– Wcale nie mam. – Jasne, że mam. – To był wypadek przy pracy.

Jego oczy mocno skupiają się na moich.

– Oczywiście. Jaki masz numer pokoju?

Na moje policzki wstępują rumieńce. Wpadam na głupi pomysł, który Kane chyba odczytuje z mojej twarzy, bo dodaje natychmiast:

– Odprowadzę cię do niego, skoro ledwo się trzymasz na nogach. Nic więcej.

Boże, naprawdę za dużo wypiłam.

– Oczywiście, że nic więcej – oznajmiam pewnie i się prostuję. – Ale sobie poradzę.

– Tak jak przed chwilą?

Orientuję się, że on nadal obejmuje mnie w talii, jakby dawał oparcie, dlatego szybko wyplątuję się z jego uścisku.

– Złanoc, Kane.

Jego brwi wędrują w górę.

– Nie ma takiego słowa.

– W moim słowniku jest. Życzę ci złej nocy, gdybyś nie zrozumiał. Pa.

Ruszam w prawo, skupiając się znów na prostym stawianiu kroków. Udaje mi się bez problemu dotrzeć na koniec korytarza. Uświadamiam sobie, że nie jestem w tym sama.

– Czy ty mnie śledzisz?

Kane z dłońmi wsuniętymi do kieszeni spodni właściwie na mnie nie spogląda.

– Nie.

– Jesteś jakimś psycholem i…

Milknę, gdy przykłada kartę do drzwi pokoju obok mojego. Och. No świetnie. Dopiero teraz do mnie dociera, że przecież wybrał siódme piętro bez pytania mnie, na które jadę. Mogłam się domyślić.

– Złanoc, Isla – rzuca. W jego oczach pojawia się błysk, kiedy dodaje: – Postaraj się za głośno nie używać tego swojego… masażera do twarzy, dobrze?

Potem znika, a ja znowu nie mam okazji pokazać mu środkowego palca, czego bardzo, bardzo żałuję.