Zakurzone ścieżki - Natalija Tseliukh - ebook

Zakurzone ścieżki ebook

Natalija Tseliukh

0,0

Opis

Iryna żyje w cieniu człowieka, który każdego dnia odbiera jej godność. Choć zawodowo odnosi sukcesy jako inżynier, to w domu jest uwięziona w toksycznym małżeństwie. Pojawienie się polskiej delegacji staje się iskrą nadziei – spotkanie z Tomaszem pozwala jej przypomnieć sobie, czym jest szacunek i czułość.

Gdy Iryna zaczyna walczyć o siebie, wybucha wojna. Świat, który znała, rozpada się pod rosyjskimi rakietami. Zakurzone ścieżki to przejmująca, oparta na faktach opowieść o ucieczce przed przemocą, trudach uchodźstwa i sile miłości, która pozwala przetrwać najciemniejsze chwile. Czy w obcym kraju, wśród nowych ludzi, Iryna odnajdzie spokój, którego tak długo poszukuje?

Natalia Tseliukh – urodziła się w malowniczych Brodach. Książka jest jej debiutem literackim, zrodzonym z głębokich osobistych doświadczeń. Wydarzenia opisane w powieści stały się punktem zwrotnym w jej życiu, zmieniając spojrzenie na wartość każdego dnia. Na co dzień Natalia odnajduje spokój w nauczaniu uchodźców polskiej kultury i języka, a głównym jej źródłem inspiracji są ludzie, którzy nie poddają się nawet w najtrudniejszych czasach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 288

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki:

RED Monika Brankiewicz

Redakcja:

Inka Wojtczak | Pracownia Restory

Korekta:

Ewa Turek

Copyright © by Natalija Tseliukh 2026

Copyright © by Pan Wydawca 2026

ISBN 978-83-68622-43-0

wydanie 1

Gdańsk 2026

Pan Wydawca sp. z o.o.

ul. Wały Piastowskie 1/1508

80-855 Gdańsk

PanWydawca.pl

1Od ciemności do światła

Poranek był zaskakująco cudowny, chociaż jesień nigdy nie zachwycała jej swoimi małymi radosnymi przebłyskami. Gdzieś tam za oknem śpiewał samotny ptak. Był wolny i było mu dobrze – mógł rozwinąć skrzydła i odlecieć gdziekolwiek, jeść, co chce, żyć, gdzie chce, po prostu cieszyć się każdym dniem. Wszystko wokół żyło jakimś innym życiem; ktoś się śmiał, ktoś snuł plany, ktoś się kłócił, kochał lub po prostu zarabiał pieniądze.

Tylko ona – Iryna była martwa. Nie fizycznie, ale psychicznie. Została zmiażdżona, zdeptana, zniszczona. Najgorsze było to, że nie miała przyszłości; że nie pozostała jej nawet wiara. Kilka razy myślała o samobójstwie, ale Wszechmogący jakoś ją uratował, więc dalej żyła w piekle.

Powoli wstała z łóżka i poszła na palcach do kuchni, aby przygotować śniadanie dla kogoś, kto codziennie się nad nią znęcał. Śniadanie miało być pożywne, świeże, podane w idealnie umytej kuchni i w ciszy. Każdą czynność musiała wykonywać bezszelestnie, aby nie przeszkadzać swoją krzątaniną małżonkowi. Musiała wszystko przewidzieć, aby nie stwarzać pretekstu do awantury i haniebnych aluzji do jeszcze „lepszego” życia.

Mąż wstał później, długo mył się w łazience, mówił coś o mydle lub paście do zębów. Nie słuchała, chociaż udawała, że ze wszystkim się zgadza – potakiwała, jednocześnie upewniając się, że on tego nie widzi, w przeciwnym razie musiałaby stać przed nim i słuchać wiązanki brudnych komentarzy dotyczących jej nikczemności, głupoty i nieudolności. A na końcu, i tak zawsze padało: „Spójrz na siebie w lustrze. Jaka jesteś brzydka! Nie jesteś nikomu potrzebna!” i mnóstwo obelg. Najgorsze było to, że Iryna zaczynała w to wierzyć.

– Czemu herbata niesłodzona? – zapytał jakby spokojnie. – Ogłuchłaś?

– Już podaję cukiernicę.

– Zamknij się, bo śmierdzi ci z ust. O której będziesz w domu?

– Gdzieś koło czwartej.

– Co tak późno? Sam mam sobie odgrzewać obiad? Po pracy od razu do domu, słyszysz?

– Przecież i tak nigdzie nie chodzę.

– Uważaj, niech no mi ktoś coś o tobie powie. To będzie ostatnia rzecz, jaką usłyszysz w tym życiu. Rozumiemy się?

– Zrozumiałam.

– Odpowiadaj głośno i wyraźnie – zakończył zadowolony z siebie.

Iryna doskonale gotowała. On nie musiał pracować i przez cały czas grał w gry komputerowe. Czy było mu źle?

Nienawidzę! Bydlę! Dlaczego go toleruję? Spokojnie, kochanie, spokojnie. Nie jestem pierwszą lepszą. Leć do pracy – rozmyślając tak, zdążyła się i umyć, i przebrać. Sprzątnęła brudne naczynia ze stołu i je pozmywała. Chwyciwszy torbę ze starymi konspektami, wyszła z mieszkania.

Już na podwórku zauważyła, że pada deszcz, ale to nie było istotne. Nawet gdyby zaczęła się burza – na zewnątrz wszystko było lepsze niż w domu. Sąsiadów na podwórku nie było – to dobrze. Czuła wstyd na myśl, że na pewno słyszeli krzyki z ich mieszkania. Wiedziała, że niczego nie skomentują, ale byłoby jej bardzo niezręcznie. Tak, niezręcznie, przez to, że pozwalała się tak traktować i że od dawna nie była już sobą.

Do pracy szła zawsze ulicą Żytomierską. Nazwa ta przetrwała jeszcze z czasów, gdy była tu Polska. Wiele się zachowało z tamtego okresu: zabytkowe budynki, balkony, elewacje okienne, nawet płaskorzeźby przedstawiające Adama Mickiewicza i Josepha Conrada wciąż patrzyły z góry na przechodniów. Kochała swoje miasto. A miasto właśnie się budziło, zaczynało hałasować samochodami i mamrotać jeszcze sennymi mieszkańcami. Gdzieś nieopodal pośpiesznie stukały szpilki; ktoś, witając się, uchylił kapelusz; jakieś dziecko płakało, bo nie chciało iść do przedszkola. Życie wrzało!

Minęła portiernię, nawet nie wyciągając przepustki – wszyscy ją tutaj znali i szanowali. Pracowała tu od kilku lat jako starszy inżynier technolog. Przychodziła do fabryki prawie pierwsza, wychodziła jako ostatnia. Zespół był wspaniały i zawodowo wszystko się układało. Czemu by się miało nie układać, skoro ukończyła studia z wyróżnieniem i była świetną specjalistką, całkowicie oddaną swojej pracy. Ponadto nieustannie angażowała się społecznie: organizowała wycieczki, imprezy noworoczne zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Sama pisała scenariusze (choć w domu nie miała dostępu do internetu), prowadziła nawet kronikę fabryki. Ludzie ją kochali i często jej pomagali, ale byli też zazdrośnicy.

– Cześć, Nadijo! Jesteś dziś pierwsza. Coś w lesie zdechło?1 – zdziwiła się, widząc w biurze swoją koleżankę, która również pracowała w dziale inżynieryjnym.

– Wyobrażasz sobie, że nasz przygłupi dyrektor kazał mi sporządzić raport kwartalny? Nigdy wcześniej nie pisałam czegoś takiego. Zerknij, czy wszystko w porządku. Jesteś profesjonalistką.

– Jak ty coś powiesz! Daj, przejrzę to.

Nadija, pochylając swoją rudą głowę nad jakąś teczką, zaczęła coś wypisywać. Nie była wydmuszką, całkiem dobrze wywiązywała się ze swoich obowiązków, po prostu bardzo dobrze wiedziała, jak wykorzystać ludzi w swoim otoczeniu. Iryna jeszcze tego nie dostrzegała lub nie chciała dostrzegać.

– Moim zdaniem raport jest w porządku. Skąd te wątpliwości?

– A kto powiedział, że mam wątpliwości? Po prostu chciałam się przed tobą pochwalić. – Zaśmiała się Nadija.

– Ale z ciebie przebiegła lisica! – Iryna ufała jej w sprawach zawodowych i faktycznie uważała za swoją przyjaciółkę. Co więcej, była gotowa skoczyć za Nadiją w ogień.

– Powąchaj, jak pachną moje perfumy. – Pochyliła się, żeby lepiej było czuć zapach.

– Super, bardzo przyjemne.

– A jak, najlepsze dla najlepszych!

– Fajny ten twój Wańka. Kocha swoją żonę.

– Co ma z tym wspólnego mój mąż? Wielu mnie kocha.

– Znowu? Kiedyś się doigrasz. Kto tym razem?

– Opowiem ci na przerwie obiadowej. Już przyszli i nadstawiają uszu. Byle już kogoś obgadywać – dodała, krzywiąc się na widok innych pracowników, którzy, wchodząc do biura, radośnie strząsali z siebie krople deszczu.

Po pokoju rozniósł się szum uruchamianych komputerów, zaszeleściły papiery, zaklikały kalkulatory, pstryknął czajnik elektryczny i zapach parzonej kawy unosił się w powietrzu, a komuś spadła szminka – tak rozpoczął się kolejny dzień w fabryce.

Iryna rzuciła się w wir pracy – zamierzała jak najszybciej przeprowadzić badania patentowe, nad którymi pracowała już od jakiegoś czasu, a przed przerwą obiadową chciała jeszcze zajrzeć na pierwszą i drugą halę, by zobaczyć, co się tam działo, i poprawnie sporządzić raport, bo brygadzista wspominał jej o problemach ze sprzętem.

Spotkała się z nim podczas przerwy obiadowej, by ponownie omówić problem, a gdy zobaczyła, że nie zdąży już zjeść, udała się sporządzić raport.

Przechodząc przez foyer, zatrzymała się przy dużym na pół ściany lustrem. Kobieta, która patrzyła na nią z odbicia, niezbyt jej się spodobała, ponieważ była przekonana, że na pewno jest brzydka.

– Bardzo ładna dziewczyna – jakby przeczytał jej myśli kierownik działu, Mykoła.

– Przestraszyłeś mnie. Nie widziałam, jak się zbliżasz. Czemu nie jesteś na obiedzie? Dbasz o sylwetkę? – zażartowała, bo Mykoła już zaczął zauważalnie przybierać na wadze.

– Widzę, że ty też nie spieszysz się do bufetu.

– Praca to moja radość, zawsze na pierwszym miejscu. – Odwróciła się i ruszyła do biura.

Mykoła poszedł za nią.

– Irynko, skończysz z tym odtrącaniem? Powiedz tylko słowo, a zrobię dla ciebie wszystko.

– Naprawdę? A co na to twoja żona?

– Iro, ty też nie jesteś wolna.

– Otóż to. Właśnie z tego powodu nie może być między nami żadnych bliższych relacji. I jeśli nie uważasz mnie za ladacznicę, po prostu przestań. Bez urazy, dobrze?

– Ech, Irka, czemu cię wcześniej nie spotkałem? Wszystko mogłoby potoczyć się inaczej… – Pochylił się nad gąszczem jej czarnych włosów, by nabrać do piersi aromat jej tanich, ale jakże uroczych perfum.

– Idź już, Kola, bo plotki biegną przed nami.

Mykoła poszedł obrażony. A ona wpatrywała się w jakieś protokoły, nawet ich nie dostrzegając. Dobrze, że podczas przerwy nie było ludzi na korytarzu. Gdzieś tam głęboko w duszy, bardzo głęboko, poczuła się jak kobieta. I to było takie miłe i jednocześnie zawstydzające. Amoże wcale nie jestem taka brzydka imogę się jeszcze komuś podobać? Mówiono jej o tym tyle razy na uczelni i w pracy. Tylko jej mąż uważał ją za paskudną dziwkę, chociaż nigdy go nie zdradziła. Babcia zawsze jej powtarzała: „Jeśli chcesz, aby twój mąż cię cenił, musisz mieć kochanka”. Ale jak to możliwe? Wcześniej czy później wszystko by wyszło na jaw, a dla niej to byłby koniec. Już na samą myśl o tym ręce jej lodowaciały, serce wydawało się zamarzać, a w głowie wirowało. Strach paraliżował każdą komórkę jej ciała, uciskając klatkę piersiową tak mocno, że trudno jej było oddychać.

– Hej, co tam zobaczyłaś? Znowu jakiś genialny pomysł? Jesteś cała blada. Nie chorujesz czasami? – Nadija poważnie zainteresowała się przyjaciółką; dotknęła jej ramienia, a nawet lekko nim potrząsnęła, przywracając tym samym Irynę do rzeczywistości.

– Co robisz? Wszystko ze mną w porządku.

– W porządku? Siedzisz tu jak mumia, wpatrując się w papiery.

– Nadijo, przeszkadza ci, że pracuję?

– Nie przeszkadza, ale to, że wykres przeglądasz do góry nogami, to chyba nie jest normalne? No dalej, mów, co się dzieje? – Przysunęła skórzane krzesło do biurka przyjaciółki, tak aby nikt ich nie słyszał, i usadowiła się wygodnie, wyrażając w ten sposób gotowość do wysłuchania kolejnej sensacji.

– Nic mi nie jest. Po prostu się zamyśliłam. Nigdy ci się tak nie zdarza? – Wreszcie się opanowała i mogła wszystko kontrolować: i emocje, i sytuację.

– Nie chcesz mówić, to nie. Przyjdź do mnie w weekend, usiądziemy, napijemy się kawy. Mój jest w podróży służbowej.

– Nie wiem, nie mogę obiecać. Nie wiem jeszcze, jakie będziemy mieli plany.

– A między wami w porządku?

– Jasne, a czemu pytasz?

– Tak po prostu. Wiesz, jak ludzie mawiają: „nieszczęśliwa rodzina jest jak licha godzina”. Twój dostał pracę, czy dalej siedzi w domu?

– Szuka. Jakoś nie ma szczęścia.

– Oczywiście. Z dwóch czy trzech prac został wyrzucony. Ot, po prostu ma pecha.

– Przestań. Wiesz, że wszędzie się trzeba płaszczyć, a on taki nie jest, ma swój honor.

– Naprawdę? A honor pozwala mu żyć za twoją wypłatę? Nie, facet się po prostu super urządził. A ty jesteś jak niewolnica Isaura, nawet w weekend cię nigdzie nie wypuszcza. – Nadija wypowiedziała to celowo głośniej, aby zwrócić uwagę innych, i zmuszając przyjaciółkę, by przystała na jej propozycję.

– Wystarczy. Przyjdę do ciebie w weekend – odpowiedziała, pozorując uśmiech, ale jednocześnie zastanawiała się, jak ma z tego wybrnąć. Jakoś będzie musiała sobie z tym poradzić.

Dział żył własnym życiem, każdy zajmował się swoją działką i nie przejmował się resztą. Przez centralę ogłoszono pilne spotkanie w sali sekcyjnej. Wszystko przebiegło sprawnie – zapowiedziano nawiązanie współpracy z jedną z czołowych polskich fabryk. Oznaczało to nową specyfikację, zmianę zasad i nadgodziny, ale w perspektywie pojawiła się też dobra premia.

Pracownicy działu inżynieryjnego powoli zaczęli wychodzić z sali.

– Pani Iryno, panią proszę o pozostanie – zabrzmiał głos dyrektora. I z jakiegoś powodu wszyscy się obejrzeli. Nie bała się swojego przełożonego, chociaż słyszała o nim różne rzeczy. Może nie była nim zachwycona, ale wierzyła, że ma do czynienia z uczciwą osobą.

– Słucham.

– Proszę usiąść. Przejdę od razu do rzeczy: za dziesięć dni przyjeżdża do nas polska delegacja. Zanim podpiszą umowę, chcą zapoznać się z naszą technologią, co jest w pełni zrozumiałe. Pani Iryno, zostanie pani oddelegowana do tego zadania. Będzie pani odpowiedzialna za nadzorowanie ich pracy oraz, co nie mniej ważne, program kulturalny w czasie wolnym. Dlatego już na jutro proszę przygotować plan atrakcji i przybliżony kosztorys.

– Oczywiście, wszystko przygotuję.

– Nie skończyłem.

– Przepraszam.

– Pani głównym zadaniem będą tłumaczenia, ponieważ przyjadą bez swojego tłumacza, a nikt z nich nie mówi po ukraińsku.

– Anatoliju Bohdanowyczu, znam język polski tylko potocznie. Babcia Polka nauczyła mnie jedynie podstaw. Do takiej pracy lepiej zatrudnić zawodowego tłumacza.

– Lepiej wiem, co mam robić. Obcy ludzie w fabryce nie są mi potrzebni. Masz dziesięć dni na podszlifowanie języka. Ponadto na czas przygotowań i podczas ich pobytu jesteś zwolniona z podstawowych obowiązków i masz zająć się wyłącznie naszymi zagranicznymi przyjaciółmi. Mam nadzieję, że nie muszę przypominać o całkowitej poufności?

– Oczywiście.

– Wiem, że można na pani polegać. Jeśli umowa zostanie podpisana pomyślnie, czeka panią specjalna premia. To wszystko. Może pani iść.

– Do widzenia.

Dziesięć dni na podszlifowanie języka? Co on sobie myśli? Miała podstawy dzięki babci Polce, ale skąd on o tym wiedział? Na jutro gotowy harmonogram… Jak mam ztym zdążyć? –Pytania niczym grad spadały na jej głowę, a ona bezradnie szukała na nie odpowiedzi.

Wróciła do biurka i zaczęła szukać materiałów o historycznych miejscach obwodu lwowskiego, które mogłyby zainteresować delegację.

Sporządziła plan pracy i harmonogram czasu wolnego. Wyliczyła kosztorys w Excelu. Oszczędzać czy nie? Zdecydowała, że nie będzie szukać oszczędności – w końcu nikt jej nie pytał, czy chce się tym zajmować. Wszystko było gotowe, choć nie uwzględniła wyżywienia (o tym dyrektor nie wspomniał).

Przesłała pliki do druku, następnie włożyła papiery do teczki i poszła je zanieść dyrektorowi. Dobrze wiedziała, że już go nie ma, bo zbliżał się koniec pracy. Sekretarka Ninoczka uprzejmie przyjęła dokumenty, obiecując, że jutro jako pierwsze trafią na biurko szefa.

Operatywność w pracy zawsze sprawiała jej przyjemność, dawała jej pewność siebie i poczucie użyteczności.

***

Na zewnątrz, po deszczu, unosił się zapach jesiennych liści, gorzkiej kawy i słodkiej czekolady. Mówi się, że zapach sprzyja pojawieniu się pragnienia. Wręcz przeciwnie – pragnienie sprawiło, że poczuła zapach. Być może dlatego, że to pragnienie było tak częste. Kawowo-czekoladowy nastrój prysł natychmiast po tym, jak nacisnęła dzwonek do drzwi.

– Gdzie z tym błotem? – warknął „ukochany”.

– Co mam zrobić? Zdjąć buty na korytarzu?

– A co mnie to obchodzi? Możesz nawet na ulicy, wszystko mi jedno.

Wiedziała, że jest mu zupełnie obojętna. Co ona tu robiła? Dlaczego z nim mieszkała? – Nie znała odpowiedzi na te pytania. W jakiś sposób została niewłaściwie wychowana. Zgodnie z zasadą, że mąż jest głową rodziny, a kobieta musi wszystko znosić. Pewnego dnia, gdy próbowała skarżyć się teściowej, usłyszała:

– Jest ci dany przez Boga, więc musisz cierpieć.

– Jak Bóg dał, tak zabierze.

– Uważaj, bo zapłacisz za swój cięty język. Jak można coś takiego powiedzieć?

Iryna nie dodała już nic więcej. Czuła, że inni żyją jakoś inaczej. Amoże tak samo? Wszyscy myśleli, że miała idealną rodzinę. Zresztą nic nie mogła zrobić, przecież była tylko kobietą – gdzieś musiała przemilczeć, a gdzieś przecierpieć, bo jak inaczej? Co ludzie by powiedzieli? Przez lata nic się nie zmieniło, wciąż tak żyła.

Przez ostatnie dziewięć dni z rzędu, nawet w weekend, Iryna przychodziła do biura przed czasem. Dobrze, że fabryka pracowała na trzy zmiany i nikogo to nie dziwiło. Dwie godziny dziennie miała lekcje języka polskiego online, robiła notatki, uczyła się scenariuszy wycieczek, które musiała zorganizować. Im więcej się uczyła, tym bardziej jej się wydawało, że nic nie potrafi. W ciągu tych kilku dni Iryna zdołała pochłonąć mnóstwo historycznej literatury. Teraz była gruntownie przygotowana, udało jej się dotrzeć do sedna całkiem poważnych rzeczy. Z jednej strony w ogóle nie chciała poruszać kwestii polityki, a z drugiej uświadomiła sobie, że też ma prawo do swojej opinii. I nie będzie przeinaczać historii. Chociaż prawda nie zawsze jest dla wszystkich wygodna. Postanowiła być szczerą i w porządku wobec siebie przez wzgląd na pamięć o swojej babci.

I oto ten dzień nadszedł. Duży biały bus z polską rejestracją zatrzymał się przed głównym wejściem do zakładu. Na gości czekała już kadra kierownicza fabryki wraz z Iryną, której kazano stanąć przy dyrektorze. Jak ona się martwiła! O swój wygląd (choć w rzeczywistości wyglądała świetnie), o wymowę, o brak doświadczenia i o to, że sobie nie poradzi i wszystkich zawiedzie, ale nie zdradziła się ani jednym ruchem czy gestem. Z zewnątrz sprawiała wrażenie niezachwianej, pewnej siebie żelaznej damy bez uczuć i emocji. To robiło wrażenie. Nawet dyrektor, który w ogóle nie zwracał uwagi na swoich pracowników, nie mógł przeoczyć takiej metamorfozy.

Podczas gdy bus z polską delegacją parkował, zaczęło padać. Jesień robiła swoje i nie dbała o jakieś spotkania biznesowe czy tusz do rzęs, który w każdej chwili mógł popłynąć po policzkach Iryny. Nikt nie ruszył się z miejsca, dopóki goście – sześciu mężczyzn i dwie kobiety – nie wysiedli z busa. Przywitali się i szybko weszli do pomieszczenia.

Ira wszystko cierpliwie tłumaczyła. Jak się okazało, ani dyrektor, ani szef polskiej delegacji w ogóle nie byli w stanie się porozumieć, więc cały czas wpatrywali się w nią wyczekująco. Praca wrzała, a raczej to jej mózg się gotował od nadmiernego napięcia. Zdawała sobie sprawę, że jej polszczyzna nie jest doskonała, ale nie przegapiła ani jednej kwestii. Znała podstawową zasadę tłumacza: widzieć twarz mówiącego, usta, oczy – obserwacja ust i oczu w połączeniu z gestykulacją pomagają zapamiętać to, co się słyszy.

Po spotkaniu w gabinecie dyrektora Iryna pomogła delegacji dopełnić formalności – dopilnowała wypełnienia kart meldunkowych i eskortowała gości do wynajętych apartamentów. Gdy w końcu zamknęły się za nimi drzwi, miała dwadzieścia minut tylko dla siebie. Z wielką przyjemnością pozwoliła swojemu wyczerpanemu ciału opaść na dużą skórzaną kanapę w hotelowym holu. Nogi miała niesamowicie obolałe – pół dnia na szpilkach dawało o sobie znać. Prawdę powiadają, że „kobieta jest szczęśliwa, gdy zdejmuje buty”. Choć głowa jej pękała, to w środku odczuwała czystą radość. Udało się! Nawet paskudna pogoda za oknem nie mogła zepsuć jej nastroju.

Dokładnie po dwudziestu minutach delegacja pojawiła się w komplecie, by udać się na wspólny posiłek. Dopiero w hotelowej restauracji, siedząc przy stole, Iryna była w stanie złapać oddech i „zobaczyć”, z kim pracuje.

Wszyscy członkowie delegacji wyglądali przyzwoicie. Nawet kobiety nie wyróżniały się tak bardzo. Obie były w średnim wieku, z krótko ściętymi włosami, ubrane w skromne, ale bardzo stylowe garsonki. Mężczyźni byli raczej starsi, tylko dwaj z nich mieli nie więcej niż czterdzieści lat i to właśnie jeden z nich, najmłodszy – Marcin, był kierownikiem delegacji. Wszyscy byli w eleganckich garniturach (w różnych tonacjach) pod krawatami, schludni, dobrze wychowani, uważni. Najstarszy z nich – pan Janusz, wysoki, siwowłosy dżentelmen, który nawet trochę mówił po rosyjsku, opowiadał, że kiedyś uczył się tego języka w szkole. Były to czasy, kiedy Polska w latach dziewięćdziesiątych znajdowała się w radzieckiej strefie wpływów. Pan Tomasz, wyróżniający się skromnością i milczeniem, często patrzył na Irynę swoimi dużymi błękitnymi oczyma (bardzo podobnymi do jej własnych). Pani Ela, która nigdy nie była w Ukrainie, zadawała chyba najwięcej pytań i wszystko ją interesowało. Członkowie delegacji byli jednak wpatrzeni w Marcina; wystarczyło jedno jego słowo i bez sprzeciwu wykonywali każde polecenie.

***

Tomasz już od kilku minut obserwował Irynę. W końcu zapytał:

– Lubi pani jesień?

– Nie – odpowiedziała speszona. Nawet nie zauważyła, kiedy podszedł. – Kocham zimę.

– Ja też, pewnie dlatego, że urodziłem się zimą.

– Ja też jestem zimowa. Ale uwielbiam ten czas za zaspy śniegu, mróz, ślizgawki i bałwany.

– Boże Narodzenie! To najwspanialsze święto. Wszędzie wokół świecą się kolorowe girlandy i rozbrzmiewają kolędy. – Tomasz jak dziecko uśmiechał się radośnie. – U was świętują Boże Narodzenie?

– Oczywiście – odpowiedziała i od razu chciała zmienić temat, bo w jej obecnym domu świąt się nie obchodziło, nawet kolędnikom nie wolno było otwierać drzwi.

– Tomaszu, co to znaczy? – rozległ się ze schodów miły baryton pana Janusza – Pani Iryna dziś tylko ze mną. Miej szacunek dla moich siwych włosów i poszukaj sobie kogoś innego!

Głośne żarty pana Janusza zadziałały jak sygnał dla wszystkich. Po minucie, góra dwóch minutach, wszyscy byli w holu.

– Pójdziemy pieszo czy pojedziemy? – zapytał Marcin.

– Pojedziemy, bus już czeka. – Iryna wstała, mijając otwarte przez Marcina duże drzwi hotelowe.

Potem wszystko potoczyło się w biznesowym schemacie: wspólne obiady, praca w fabryce. Irynie udostępniono nawet osobiste biuro, do którego przychodzili od czasu do czasu wszyscy przedstawiciele delegacji (ponieważ zostali rozproszeni w całej rozciągłości produkcji) w celu uzyskania tego lub innego wyjaśnienia i zawsze otrzymywali wyczerpujące kompetentne odpowiedzi. Wszystko odbyło się zgodnie z zaplanowanym harmonogramem prac, a nawet więcej. Na przykład odbyło się w ciepłej atmosferze nieplanowane spotkanie z burmistrzem miasta. Kiedyś Irynie wydawało się, że jest osobą niedostępną i surową, a teraz widziała mądrego, towarzyskiego i tolerancyjnego gospodarza – włodarza miasta. Bardzo jej to imponowało, wzbierało w niej poczucie dumy zarówno ze swojego miasta, jak i kraju. Właśnie tak – małe miasto stało się dla polskiej delegacji wizerunkiem całego kraju. Burmistrz podarował delegacji kryształowy herb miasta. I nawet znalazł chwilę, by zagadnąć Irynę, czy będzie mógł liczyć na jej pomoc przy obsłudze wizyt polskich delegacji, które zamierzają wkrótce przyjechać i odwiedzić Urząd Miasta. I w taki sposób zaczęły się nawiązywać przyjazne kontakty biznesowe. W tym szalonym tempie prawie cały czas współpracowała z dyrektorem. Okazało się, że nie tylko potrafi układać pasjanse w swoim gabinecie. Była pod wrażeniem jego biegłości w inżynierii, księgowości, a nawet marketingu. Dało się z nim rozmawiać! A co najciekawsze, Iryna odkryła, że mężczyźni też są ludźmi. Można się z nimi konsultować, żartować, słuchać, odnosić się z szacunkiem. Świat zaczął przed nią otwierać drugie oblicze. Nic dziwnego – wychowała się w kobiecej rodzinie: dziadek zmarł, gdy jeszcze się nie urodziła, ojciec opuścił rodzinę, gdy miała zaledwie miesiąc. Nawet za mąż wyszła przez przypadek. Poznała ich koleżanka z klasy i aby nie zawieść koleżanki, umówiła się z nim. Kiedy przyszło do małżeństwa – nie chciała, ale wszyscy ją nakłaniali, i mama, i nawet Nadia. W ten sposób znalazła się w rękach despoty. Dziś patrzyła na mężczyzn jak równych sobie i wreszcie zaczęła podnosić swoją samoocenę. Teraz ta, która patrzyła na nią w lustrze swoimi dużymi błękitnymi oczyma, uśmiechała się i podobała się jej.

***

W sobotę przed południem Iryna poprowadziła polską delegację na wycieczkę po mieście. Byli w Zamku Potockich, gdzie kiedyś odbył się huczny ślub Teofilii Potockiej, na który zaproszono dygnitarzy z całej Polski. Kiedyś to był bardzo piękny zamek otoczony zielonym parkiem. Jednak władze radzieckie starały się wszystko zniszczyć. Budynek został odnowiony, na ile to było możliwe, i przekazany szkole, prowadzone tu są zajęcia dydaktyczne. A park, dzięki burmistrzowi, stał się przytulnym zakątkiem odpoczynku i rekreacji z utwardzonymi ścieżkami i pięknymi latarniami. Rodzinne miasto ma niesamowitą historię. Iryna wybierała ciekawostki, które mogły być interesujące dla Polaków. Na przykład żaden z nich nie wiedział, że to tutaj w tysiąc dziewięćset dziewiętnastym roku odbyło się spotkanie marszałka Józefa Piłsudskiego z ukraińskim atamanem Semionem Petlurą. Na tym spotkaniu oficerowie polscy śpiewali hymn Ukrainy, a oficerowie ukraińscy hymn Polski (zachowały się nawet archiwalne fragmenty nagrane kamerą). I stąd, w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku, armia ukraińsko-polska wyruszyła wspólną ofensywą na Kijów, aby uwolnić go od bolszewików. Udało się – moskale uciekli z Kijowa, nawet nie stawiając oporu. A mieszkańcy Kijowa witali bohaterów kwiatami i radosnymi okrzykami. Gdy pytano Piłsudskiego, co zrobi z Kijowem po jego zdobyciu, odpowiadał, że „odda go Ukrainie, bo najważniejsze jest, żeby był wolny od Moskali”. I tak też uczynił. Kijów nie cieszył się jednak wolnością zbyt długo – czerwone biesy wróciły.

***

Po południu pojechali zwiedzać inne okoliczne zamki. Po oleskim zamku oprowadzała Iryna, bo nie było tam polskojęzycznego przewodnika i, co dziwne, trzeba było zapłacić za to w kasie sto hrywien, właściwie za to, że wykonywała ich pracę. Zamek w Olesku jako miejsce narodzin króla Polski – Jana III Sobieskiego ‒ oraz przylegający do niego park bardzo się wszystkim podobał. Dodatkowo wiszące tam obrazy oraz unikalne eksponaty potęgowały to wrażenie. Zwiedzili podziemia, zobaczyli zagadkowy znak w głębokiej wysuszonej tajemniczej studni.

Następnie udali się do zamku w Podhorcach, mimo że tego dnia zabytek był zamknięty dla zwiedzających. Iryna – korzystając ze znajomości z burmistrzem – skontaktowała się z dyrektorem obiektu. Pan Igor, młody człowiek o imponującej wiedzy, nie tylko wpuścił ich do środka, ale także osobiście oprowadził ich po okolicy. Wywarło to ogromne wrażenie zarówno na gościach z Polski, jak i na Irynie.

Przechodząc z sali do sali, goście zanurzali się w odległy świat przepychu i luksusu, który panował tu kiedyś wszechobecnie. Widzieli miejsca, gdzie ściany pokrywało dawniej złoto, a bale uświetniała prywatna orkiestra. Pan Igor snuł opowieści o laboratorium alchemika, czarnej magii, zagadce mnichów i oczywiście Marysieńce, której – wedle legendy – ciało wciąż jest zamurowane w murach zamku. Podobno Marysieńka pojawia się tutaj jako zjawa wraz z zapadnięciem mroku. Zafascynowani intrygującymi opowieściami pana Igora nie zauważyli, jak zamek zaczęła spowijać szarówka. Nikt nie wspomniał, że zrobiło się jakoś ponuro lub że boi się duchów, ale wszyscy wracali „drogą pawi” w milczeniu i jakby w przyspieszonym tempie. Dopiero w busie odetchnęli z ulgą, zaczęli żartować i dziękowali Irynie za pokazanie im tych wspaniałych miejsc.

– Mam nadzieję, że jutrzejszy dzień też przyniesie wam dużo pozytywnych wrażeń – zaczęła przygotowywać ich do kolejnej wycieczki.

– Jutro też będziemy zwiedzać jakieś zamki? – zainteresowała się pani Ela.

– Niezupełnie. Jutro pojedziemy do Lwowa.

– Brawo! Zawsze chciałem odwiedzić nasz Lwów – cieszył się pan Janusz.

– Powinniśmy się jakoś przygotować? – zapytał Marcin.

– Jedynie dobrze się wyspać, bo jutro będziemy dużo chodzić. Czy ktoś z państwa był już we Lwowie?

– Gdzie tam, jesteśmy w Ukrainie po raz pierwszy.

– Słyszałam, że we Lwowie mają dobrą kawę. Czy to prawda? – Interesowała się pani Ela.

– To prawda. We Lwowie mają najpyszniejszą kawę i czekoladę. – Iryna była tego pewna.

– Proszę mi powiedzieć, pani Iryno, czy będziemy mieli okazję kupić gdzieś jakieś małe prezenty dla wnuków? – Martwił się pan Janusz.

– Oczywiście, będzie dużo okazji.

– A sklepy będą w niedzielę czynne, czy otworzy je pani dla nas jak dzisiaj zamek? – zapytał żartobliwie Tomasz i wszyscy się zaśmiali.

– Nie martwcie się, wszystkie sklepy będą jutro czynne.

– Naprawdę? U nas w niedzielę wszystkie sklepy są zamknięte. Uważa się, że każdy ma prawo spędzić dzień wolny z rodziną, pójść do kościoła, odwiedzić rodziców. Dlatego większe zakupy staramy się robić w sobotę – powiedziała pani Ela.

– Super. À propos kościoła. Jeśli są chętni, to jutro przed wyjazdem możemy pójść na polską mszę – Iryna już dawno chciała wybadać, czy ktoś chce iść do kościoła, aż rozmowa sama potoczyła się we właściwym kierunku.

– Co to znaczy, chętni? Wszyscy pójdziemy bez wyjątku. Powiedziała pani, że to polski kościół? Czy dobrze zrozumiałem? – dopytał Marcin.

– Dokładnie. Mamy tu Kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża. Ksiądz prowadzi dwa nabożeństwa. Pierwsze w języku polskim, drugie w języku ukraińskim. Jutro się przekonacie.

– Nie przestajesz nas zaskakiwać. Szczerze mówiąc, odkąd tu jechaliśmy, spodziewaliśmy się czegoś zupełnie innego – zaczął pan Janusz.

– Porozmawiamy o tym jutro, już dojechaliśmy do hotelu. Pani Iryna też musi odpocząć. – Marcin dał wszystkim do zrozumienia, że nie będzie kontynuacji tego tematu.

Przed hotelem czekał już dyrektor ze świtą. Marcin w imieniu wszystkich podziękował za tak wspaniały, pełen wrażeń edukacyjno-krajoznawczych dzień oraz zaznaczył, że Irynie należą się specjalne podziękowania.

– Powiem szczerze, na mnie też pani wywarła pozytywne wrażenie, nie spodziewałem się – powiedział dyrektor, gdy wszyscy już się rozeszli.

– Sama się tego nie spodziewałam, Anatoliju Bohdanowyczu. – Westchnęła ciężko i się uśmiechnęła.

– Może podrzucić panią do domu?

– Nie, dziękuję. Chcę się trochę przejść. Do widzenia.

– Do jutra. – Poszedł w kierunku swojego Jeepa, w którym już ktoś na niego czekał.

Ciekawe, co by zrobił, gdyby Iryna się zgodziła, czy pochwaliłby się swoją muzą? Ale cudze życie osobiste było jej całkowicie obojętne. Swojego nie ma, to i cudze nie powinno jej interesować. Jak przyjemnie było po prostu iść chodnikiem wzdłuż parku, pozwolić, by jesienny zapach jeszcze odrobinę zamieszał w zmęczonej głowie, a jednocześnie stawiać pewnie każdy krok. Gdzieś głęboko w duszy zaczęła rosnąć w siłę, która unosiła ją ponad wszystkie jej nieszczęścia. Nawet w domu, kiedy jej luby zaczął ją obrzucać przekleństwami, nie opuszczała już głowy i ręce już się jej tak nie trzęsły. Zrozumiała, że nim gardzi, i nie słyszy, co do niej mówi. Sama przestraszyła się swoich myśli. Wydawało się, że gdzieś bardzo głęboko w duszy zaczął formować się jakiś mały kręgosłup – mąż mógł ją obrażać czy wyśmiewać, jednak już nie mógł jej złamać.

Kolejny dzień – zgodnie z tym, co zapowiedziała Iryna – rozpoczął się mszą w kościele. Iryna była tu po raz pierwszy (nie chodziła do cerkwi – mąż jej zabraniał). Grały organy, dzięki czemu ta ogromna przestrzeń zdawała się uduchowiona. Wszystko było w jakiś sposób proste i jednocześnie uroczyste. Prawie całe nabożeństwo siedzieli. Przyjemny głos księdza głosił kazanie, wskazując właściwą drogę. Oprócz Boga nikogo tu nie obchodzisz, nikt cię nie obgaduje ani nie mierzy wzrokiem. Tu się przychodzi na rozmowę ze Wszechmogącym. Postanowiła, że będzie tu zaglądać co tydzień, nawet na przekór całemu światu. Kiedy wyszli z kościoła, bus już na nich czekał. Oprócz polskiej delegacji do Lwowa wybrała się jeszcze dyrektorska świta.

– Pani Iryno – zaczął cicho Marcin tuż przy jej uchu, patrząc w stronę zaparkowanego radiowozu – czy jesteśmy bezpieczni?

– Oczywiście. Wszystko będzie dobrze. Proszę się nie dziwić, że będzie nas eskortował policyjny patrol. Jesteście zagranicznymi gośćmi i wasze bezpieczeństwo to dla nas priorytet.

– Przepraszam, musiałem o to zapytać.

– Ależ bardzo proszę, cieszę się, że mogę być pomocna.

– Muszę przyznać, że jest pani bardzo interesującą kobietą. – Po raz pierwszy nagrodził ją szerokim uśmiechem.

– Panu też niczego nie brakuje. – Zaśmiała się. Kątem oka zauważyła, że prawie wszyscy na nich patrzyli, chociaż nie mogli nic słyszeć. Dla nich to musi wyglądać jak flirt…

Lwów zaczął otwierać się dla polskich gości, prezentując Rynek i Operę Lwowską. Na początek wybrali się na spacer ulicą Wirmeńską, skąd doszli do jedynej w Europie Kaplicy Boimów. Nie dotarli jednak do wzgórza Wysoki Zamek, ponieważ utknęli w manufakturze czekolady, gdzie wszyscy bez wyjątku kupili słodkie drobiazgi i skosztowali filiżankę gorącej czekolady.

Zajrzeli również do pobliskiej Fabryki Kawy, w której od samych tylko aromatów można było dostać zawrotów głowy. Na obiad zatrzymali się w Reberni – jedli tu wszyscy, nawet ci, którzy zarzekali się, że są na diecie. Przez cały czas spacerowali i się uśmiechali, coraz bardziej zakochując się w Mieście Lwa.

Na zakończenie zaproponowano zwiedzanie Cmentarza Łyczakowskiego. Oprowadzał ich przewodnik, który dobrze posługiwał się językiem polskim, więc wspólnie uzgodnili z nim krótką trasę. Zatrzymywali się przy grobach wybitnych polskich działaczy i pisarzy – jednych znali ze szkolnych lektur, o innych słyszeli po raz pierwszy. Przynieśli też ze sobą dwa duże znicze. Gdy stanęli przy pomniku wybitnej polskiej pisarki i poetki, Marii Konopnickiej, Marcin cicho zapytał:

– Tu zapalimy?

– Nie, nie tu – odpowiedziała pewnym głosem Iryna.

Ta kobieta albo zaczęła go autentycznie interesować, albo po prostu nim manipuluje. Choć jedno może być prostą konsekwencją drugiego: zafascynowany, łatwiej ulega jej wpływom. Coś mi chyba umknęło – pomyślał Anatolij Bohdanowycz i najwyraźniej nie był w tej opinii odosobniony.

Wspinając się trochę na górę, zobaczyli ogromny obszar identycznych małych pomników w postaci białych krzyży. Przewodnik oznajmił, że dotarli do Cmentarza Orląt Lwowskich. Pochowano tu ponad tysiąc polskich dzieci w wieku od dziewięciu do dziewiętnastu lat, które broniły Lwowa przed bolszewikami i Zachodnioukraińską Republiką Ludową (w skrócie ZURL) w latach tysiąc dziewięćset dziewiętnaście‒tysiąc dziewięćset dwadzieścia jeden. Na niektórych krzyżach widniały imiona, nazwiska i wiek, na innych tylko imiona i wiek. Całe pole białych krzyży, a pośrodku duże koło na wieczny ogień. Tutaj postawili i zapalili znicze, modlili się. Pan Janusz płakał. To jest historia i należy ją uszanować. Gdy szli do autobusu, dzielili się wrażeniami; każdy musiał się wypowiedzieć. W końcu doszli do wniosku, że Lwów to wspaniałe miasto, a ludzie w nim są niesamowici. Po drodze wszyscy śpiewali razem Tylko we Lwowie. Na kolację zatrzymali się w Restauracji Sosnowy Bór, która słynęła z doskonałej kuchni. Długo nie biesiadowali, bo byli już dość zmęczeni. Dziś Anatolij Bohdanowycz nie zaoferował już Irynie podwózki, więc znowu wracała sama – zamężna samotna kobieta.

– Pani Iryno, czy mogę panią odprowadzić do domu? – usłyszała głos Tomasza.

– Nie, proszę pana, jestem mężatką.

– Rozumiem, proszę mi wybaczyć. Ale mogę z panią porozmawiać? Nie zajmę pani dużo czasu, pójdziemy wzdłuż parku, chadza pani tędy, prawda?

– Niech pan mówi.

– Myślę, że umowa między naszymi przedsiębiorstwami zostanie podpisana. A z tego wynika, że w przyszłym roku odwiedzi nas wasza delegacja.

– Pewnie tak.

– Pani Iryno, bardzo bym chciał, żeby pani była w składzie tej grupy.

– Drogi panie, po pierwsze rok to bardzo długo, a po drugie to niczego nie zmieni.

– To zmieni moje życie – powiedział i odszedł.

Oco mu chodzi? – myślała Iryna. – Jak mam to rozumieć? Już się boję tam jechać. No inie wiadomo, czy mnie wogóle wezmą…

Zanim doszła do domu, setki myśli przeleciały jej przez głowę. A w domu jak zwykle: „szwenda się nie wiadomo gdzie”, „żadna z niej gospodyni”, „żałosna kobieta”, „powinna być wdzięczna, że przygarnął takiego śmiecia”, „nikomu taka nie jest potrzebna”. Teraz już mu nie wierzyła i prawie nie słuchała, przez co dostawała szturchańce w plecy.

***

Nadszedł ostatni dzień współpracy z polskimi partnerami. W porze lunchu miało się odbyć oficjalne pożegnanie w gabinecie dyrektora. Wyczuwalny był autentyczny żal i smutek rozstania, bo wszyscy się do siebie przywiązali i zaprzyjaźnili. Podczas ceremonii pożegnalnej mówiono wiele dobrych rzeczy zarówno o jednych, jak i drugich kontrahentach. Teraz nikt nie miał wątpliwości, że umowa zostanie podpisana. Wszyscy byli zadowoleni. Kiedy żegnali się przy busie, delegaci polscy po kolei podchodzili do Iryny i głośno dziękowali. Pan Janusz pozwolił sobie nawet pocałować ją w obydwa policzki. Na co wszyscy zareagowali chóralnym „Ho, ho!”.

– A co! Ja mogę, jestem już stary! – dodał, a wszyscy się roześmiali.

– Pani Iryno, ode mnie osobiste wyrazy wdzięczności – powiedział głośno Marcin, biorąc ją za rękę, a potem pochylił się do samego ucha. – Czy dzisiaj też będzie eskorta?

– Dzisiaj nie będzie – odpowiedziała w ten sam sposób.

Co oni wyprawiają? – mignęło w głowie Anatolija Bohdanowycza. – Tak przy wszystkich. Amoże to nie intryga? Nie pozwól Panie Boże… Polityka! Ale nie…Jakimi oczami na nią patrzy. Wkażdym razie wspaniały aktor. Muszę się przyjrzeć Irynie. Jeszcze tylko tajniaków mi tu brakowało…

– Irynko, jak będziesz w Polsce, koniecznie się ze mną skontaktuj, zapisałam ci tu do siebie telefony: służbowy i do domu. Nie uwierzysz, nadal mam stacjonarny. Będziemy się świetnie bawić. – Pani Ela przytuliła ją i pocałowała, podając kartkę z zapisanymi numerami.

– Dziękuję bardzo, naprawdę przywiązałam się do was wszystkich całym sercem.

Co za przemiana! Cicha woda… Dobra, dobra ina moim podwórku jeszcze zagra orkiestra – pomyślała Nadija ze szczęśliwym wyrazem twarzy i szerokim uśmiechem.

Iryna szukała wzrokiem Tomasza, ale on unikał jej spojrzenia i nawet nie podszedł. Widocznie tak miało być – pomyślała, a on natychmiast się zmaterializował.

– Pani Iryno, nigdy nie zapomnimy dni spędzonych z panią. – Wziął jej dłoń, podniósł do ust i pocałował.

Bus odjeżdżał, a odprowadzający machali mu na pożegnanie. Wszyscy czuli jakąś wewnętrzną pustkę.

– Iryno, mogę prosić panią na chwilę do mojego gabinetu? – zapytał dyrektor i szybko podszedł do schodów.

– Idę – odpowiedziała wolno, wiedząc, że nikt jej już nie słucha.

Nadija dogoniła ją na korytarzu, towarzysząc jej w drodze do biura, powiedziała, że teraz podziwia koleżankę i że świetnie jej poszło, stanęła na wysokości zadania.

– Irynko, a co ci ten główny do ucha szeptał?

– Pytał, która godzina. Nadijo, nie interesuj się.

– No wiesz, co?! Kiedy się szepcze w obecności wszystkich, a tym bardziej przełożonych, wygląda to co najmniej dwuznacznie.

– Przestań, proszę. Już nawet nie pamiętam, co mówił. Chyba jakiś komplement.

– A ty oczywiście odwzajemniłaś komplement.

– Cóż, jestem dobrze wychowaną dziewczyną.

– Dobrze wychowani nie kłamią! – podsumowała Nadija z ironią.

Iryna nie odpowiedziała, bo wchodziła już do gabinetu dyrektora. Siedział w swoim dużym skórzanym fotelu przed laptopem i… Onie! Układał pasjansa. Za plecami dyrektora znajdowała się szafa ze szklanymi drzwiami, która jak w lustrze odbijała jasny monitor. Iryna omal się nie roześmiała.

– Proszę usiąść, pani Iryno. Tu jest wynagrodzenie za dobrze wykonaną pracę, tak jak się umówiliśmy. – Podał jej białą kopertę. – Proszę mi powiedzieć, jak to się mówi, przy zamkniętych drzwiach, może miała pani jakieś trudności, kłopotliwe lub niejasne sytuacje?

– Anatoliju Bohdanowyczu, towarzyszył mi pan przez cały czas wizyty polskiej delegacji i wszystko każdego dnia omawialiśmy. Wszystko było zgodne z ustaleniami.

– Proszę mnie dobrze zrozumieć. To obcy ludzie. Sytuacje mogły być różne. Może coś pani proponowano? Lepiej, żeby mi to pani tutaj powiedziała.

– Nie. Wszystko było zgodnie z prawem.

– Co to było na końcu? Co szeptali pani na ucho?

– Naprawdę chce pan wiedzieć?

– Proszę mówić. – Pochylił się całym ciałem do przodu.

– Powiedział… – Iryna też się wychyliła i cichym głosem kontynuowała – że mam zgrabne nogi.

– Proszę wracać do swoich obowiązków – rzekł dyrektor zwyczajowym urzędniczym tonem.

Iryna poszła do wyjścia. Anatolij Bohdanowycz spojrzał za nią i pomyślał:

Nogi jak nogi. Franca. Inie jest taka łatwa, jak się wydaje. Ale jak może zaszkodzić? Dlatego przez cały czas odnoszę wrażenie, że coś przegapiłem? Tę kobietę należy trzymać przy sobie. Żadnych zwolnień, żadnych podróży służbowych. Dopóki nie zrozumiem, co wtrawie piszczy. Nie wiadomo, zktórej strony nadejdą kłopoty. Musi dojść do fuzji. To moje pieniądze imoja gra. Amoże ten Polak naprawdę się wniej zakochał? Czuję, że kłamie, aprzynajmniej nie mówi całej prawdy. Co ja oniej wiem? Nic. Czyja wpadka? Moja wpadka!

Do drzwi zapukała sekretarka i powiedziała, że Nadija Iwaniwna z działu inżynieryjnego prosi o przyjęcie.

– Z inżynieryjnego, powiadasz? Jak dobrze się składa. Niech wejdzie. I zrób dwie kawy.

W drzwiach stanęła całkiem sympatyczna blondynka, z krótką fryzurą i o bardzo drobnych rysach twarzy – małe oczy, cieniutkie usta; i nogi, chude i niezgrabne. Dlaczego zaczął zwracać uwagę na nogi?

– Proszę usiąść. Bardzo dobrze, że pani przyszła. – Nawet nie był zainteresowany powodem jej wizyty, miał w zwyczaju dostawać to, czego potrzebował.

1 „Coś w lesie zdechło” (ukr. Щось у лісі здохло) – potoczne powiedzenie oznaczające zdziwienie sytuacją nietypową, rzadką lub taką, która wydarzyła się wbrew dotychczasowym przyzwyczajeniom. Polskim odpowiednikiem mogłoby być: „A to ci nowina!” lub „Święto lasu!” (przyp. red.).