Czernica - Sylwia Bies - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Czernica ebook i audiobook

Bies Sylwia

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

48 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie każda cisza oznacza spokój…

 

Trzydziestopięcioletnia Diana Drozd przyjeżdża do reaktywowanego po latach ośrodka kolonijnego w Beskidach, by rozpocząć pracę jako opiekunka na wakacyjnym obozie. Praca ma pomóc jej przetrwać najtrudniejszy moment w życiu.

Położona nad brzegiem jeziora Czernica skrywa swoje mroczne oblicze. Diana szybko dostrzega niepokojące sygnały: dziwne zasady wprowadzone przez kierownictwo, nagły wyjazd jednego z wychowawców, tajemnicze rysunki chłopca z mutyzmem, nocne wizyty nieproszonego gościa, listy z pogróżkami i czytelne tylko dla niej aluzje do tragedii z przeszłości. Pozostali opiekunowie bagatelizują jej obawy, a z czasem sami zaczynają się zachowywać w niezrozumiały dla kobiety sposób.

Kiedy w ośrodku dochodzi do wypadku, podejrzenia padają na Drozd. Mimo że opiekunka jest przekonana o swojej niewinności, narastają w niej wątpliwości, czy na pewno może ufać własnym zmysłom i pamięci.

Granica między rzeczywistością a koszmarem coraz bardziej się zaciera. Zło nigdy nie odchodzi na zawsze. Zwykle tylko zmienia twarz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 331

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 48 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Andrzej Hausner

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PROLOG

 

 

 

Czarne lustro jeziora zachłannie złapało w objęcia to, co zaledwie przed momentem było ruchem, śmiechem, iskrą życia. Cisza rozlała się po brzegach, a powietrze zawisło nad powierzchnią niczym niedokończona pieśń. Zamilkły ptaki, ucichł wiatr, a zmącona tafla wody bezszelestnie uwolniła rozchodzące się coraz szerszym kręgiem fale. Zgasło czyjeś istnienie, jedno serce przestało pompować krew, ustał jeden oddech, a zdawało się, jakby to cały świat zapomniał, jak się oddycha.

Przejrzyste dotąd niebo przybrało odcień żalu i zasnuło się ciężkimi, ciemnymi chmurami. W oddali rozbrzmiał pomruk burzy. Prognozy nie zapowiadały żadnych gwałtownych zjawisk, ale nie zawsze wszystko się odbywa zgodnie z planem. Tego ranka nikt też nie zakładał, że z beztroskiej wyprawy nad jezioro wróci jedna dziewczynka, a ciało drugiej zniknie pod powierzchnią wody złożone jak ofiara dla pradawnych bogów.

Nieco później, gdy kolejne pioruny przecinały niebo, a na niewielkiej plaży zaroiło się od służb i przypadkowych gapiów, po mistycznej ciszy zostało wyłącznie wspomnienie. Z gardła starszej kobiety wydobył się nieludzki krzyk pełen bólu i poniósł się echem po okolicznych lasach.

Tylko jezioro milczało – spokojne, głębokie i obojętne – przyjmując w swoje ramiona tajemnicę, której nikt nie miał mu wydrzeć.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

Na ułamek sekundy zrobiło się jasno i z nieprzeniknionej, oblepiającej wszystko czerni wyłoniły się kontury przydrożnych drzew i zamajaczyły schowane w dolinie domy. W żadnym z nich nie paliło się światło.

Diana Drozd zaciskała kurczowo dłonie na kierownicy. Pokonywała ostrożnie kolejny zakręt, zastanawiając się, czy mieszkańcy wioski zapobiegliwie nie korzystają z prądu podczas burzy, czy żywioł zdążył już uszkodzić sieć energetyczną. Oby w Czernicy mieli na taki wypadek agregaty.

Nienawidziła ciemności, wpadała w panikę, gdy ta ją otaczała, uniemożliwiając pełną kontrolę nad otoczeniem, więc zawsze miała w torebce małą podręczną latarkę i zasypiała wyłącznie przy zapalonym świetle albo włączonym telewizorze.

Huk grzmotu rozległ się po kilku sekundach. Odbijał się echem od górskich szczytów, zwielokrotniając nieprzyjemne doznania. Kobieta znajdowała się w samym epicentrum nawałnicy. Powinna się zatrzymać i przeczekać, aż spektakularny pokaz sił natury wreszcie się zakończy, ale nie mogła pozwolić sobie na taki luksus. Już i tak była porządnie spóźniona.

Według wskazań nawigacji ustawionej przed wyruszeniem w drogę powinna była dotrzeć do ośrodka tuż po siedemnastej. Odprawa dla członków załogi zaczynała się o osiemnastej, więc miała wystarczający zapas czasu, aby się zakwaterować i rozejrzeć po okolicy. I pewnie wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby tuż za Mikołowem nie najechała na leżącą na drodze śrubę i nie złapała gumy. Poszukiwania otwartego w niedzielę zakładu wulkanizacyjnego, a później oczekiwanie na poboczu drogi na wybawiciela nie tylko opóźniły ją o niemal dwie godziny, ale także uszczupliły skromny od czasu zwolnienia ze szkoły budżet.

Kiedy wiślanka stanęła w korku po zderzeniu osobówki z motocyklem, Drozd przestała się łudzić, że dojedzie do Czernicy przed zmrokiem. Zadzwoniła z trasy do Leszka Zagórnego, swojego nowego przełożonego, a ten, delikatnie mówiąc, nie okazał szczególnego entuzjazmu na wieść o utrudnieniach na trasie.

– Nie uważa pani, że to trochę nieodpowiedzialne? Przez najbliższe dwa tygodnie ma się pani opiekować grupą dzieci i nastolatków, tu trzeba mieć oczy dookoła głowy, przewidywać możliwe zagrożenia, a tymczasem nie potrafi pani nawet zaplanować krótkiej podróży? – wyrzucił z siebie jednym tchem.

Schowała dumę do kieszeni i przeprosiła, choć już na końcu języka miała ciętą ripostę. Potrzebowała tej pracy, mimo że posada kolonijnego wychowawcy nie tylko nie była spełnieniem jej marzeń, ale też wiązała się z wyjściem poza strefę komfortu i własnych ambicji. Skończyła uniwersytet z wyróżnieniem, a potem przez wiele lat pracowała jako nauczycielka matematyki w dobrym liceum. Nie dalej jak rok temu wyśmiałaby każdego, kto próbowałby jej wmówić, że następne lato spędzi jako opiekunka na obozie. A tym bardziej że przyjmie tę robotę z pocałowaniem ręki. Życie ciągle ją zaskakiwało, choć ostatnio samymi przykrymi niespodziankami.

Wyglądało na to, że już się zbliża do celu. Miała dość. Czuła się wyczerpana i trzęsła się jak w gorączce. Najchętniej położyłaby się we własnym łóżku, nalała do kieliszka białego wina, otworzyła paczkę czipsów o smaku ostrej papryki i włączyła sezon ulubionego serialu. Niestety, zarówno ten wieczór, jak i następne zapowiadały się zupełnie inaczej.

Zredukowała bieg i weszła w kolejny zakręt, starając się nie wypaść z wąskiej górskiej drogi. Strugi ulewnego deszczu nie ułatwiały jazdy. Wycieraczki skrzypiały żałośnie. Ich pióra ledwo nadążały ze ścieraniem wody z przedniej szyby. Miała wrażenie, że jedzie na oślep i tylko jakimś cudem udaje się jej utrzymać właściwy kurs.

Zastanawiała się, czy los nie chciał właśnie dać jej jakiegoś znaku, ostrzec przed czymś. Może nie powinna przyjmować tej pracy, a koszmarna pogoda i wcześniejsze problemy na drodze stanowiły zły omen.

Tak naprawdę nie miała wyboru. Kredyt na mieszkanie sam się nie spłaci. W wakacje nie mogła liczyć na zbyt wielu chętnych na korepetycje, co najwyżej na garstkę sierpniowych poprawkowiczów. A Zagórny płacił całkiem przyzwoicie i obiecał Dianie, że jeśli się sprawdzi, to nie tylko podpiszą umowę na kolejne letnie turnusy, ale być może znów się spotkają podczas ferii zimowych. Pozostały czas wypełniłaby prywatnymi lekcjami, więc wtedy finanse jakoś się powinny spiąć.

Mimo wszystko na samą myśl o przyszłości przechodził ją zimny dreszcz, nie była w stanie wypatrywać nadchodzących dni z optymizmem. Czasem nawet się jej wydawało, że zastygła uwięziona w kleszczach przeszłości i współczesna wersja Diany Drozd stanowi wyłącznie zewnętrzną powłokę tej prawdziwej, która prawdopodobnie nigdy już nie wróci.

– Za trzysta metrów skręć w lewo.

Deszcz tracił na intensywności. Krople nadal miarowo uderzały o szybę, ale przynajmniej widoczność nieco się zwiększyła. Kobieta wypatrywała zjazdu do położonego w pobliżu Jeziora Żywieckiego ośrodka kolonijnego Czernica.

Przejechała jeszcze kawałek, następnie wrzuciła kierunkowskaz, zwolniła i posłusznie wykonała polecenie wydane przez mechaniczny głos nawigacji. Autem szarpnęło, gdy zjechała z asfaltowej drogi na wąski, nieutwardzony leśny trakt. Pokonała kilkanaście metrów po wybojach, kiedy światło samochodowego reflektora oparło się o biało-zielony szlaban. Sięgnęła po komórkę, by zadzwonić do Zagórnego, ale rogatka sama się uniosła, nim zdążyła wybrać numer przełożonego.

Koła zabuksowały, a uwolnione spod nich drobne kamyczki uderzyły o karoserię. Pojazd nabierał prędkości, a Diana we wstecznym lusterku obserwowała opadający szlaban. Wiedziała doskonale, że znajduje się tam, by zwiększyć bezpieczeństwo podopiecznych, ale z jakiegoś powodu poczuła się jak w potrzasku. Otaczały ją hektary lasów, bezkresne, gwieździste niebo, a jednak nie potrafiła się uwolnić od tego dziwnego, klaustrofobicznego wrażenia.

To przez długie godziny spędzone w ciasnym, nagrzanym wnętrzu starego Golfa – pomyślała. Nigdy nie czuła się dobrze za kierownicą, ale pokonana tego dnia trasa wyjątkowo dała jej w kość. Nie zanosiło się na to, by od razu po przyjeździe mogła liczyć na ciepłą kąpiel i odpoczynek. Ominęła ją odprawa dla załogi, więc musiała nadrobić wszystkie informacje przed przyjazdem dzieciaków. Nie spodziewała się ciepłego przyjęcia, Zagórny wyraźnie dał do zrozumienia, co myśli o jej spóźnieniu.

Przejechała przez otwartą na oścież starą bramę. Na werandzie drewnianego domku znajdującego się najbliżej wjazdu paliła się żarówka. Ulżyło jej. Na terenie ośrodka był prąd, zatem nie spędzi tej nocy w kompletnej ciemności. Szalejąca przed momentem burza raczej nie spowodowała przerwy w dostawie energii.

Wiedziała, że kiedy zgasi silnik i wyłączy reflektory, dookoła rozleje się czerń. Na samą myśl o poruszaniu się po rozległym leśnym terenie po zmroku przeszły ją ciarki. Wiedziała, że nikt nie może poznać jej słabości. To mogłoby ją zdyskwalifikować.

Nie powinna dłużej odwlekać momentu opuszczenia samochodu. I tak dotarła na miejsce ostatnia. Przekręciła kluczyk w stacyjce i stało się to, czego tak bardzo się obawiała. Majaczące w oddali cienie przybierały złowrogie kształty, a dzwoniący o dach Volkswagena deszcz tylko potęgował poczucie grozy. Przypomniały się jej wszystkie horrory obejrzane w nastoletnich czasach, a po plecach pociekła strużka potu. Teraz była kobietą po trzydziestce, świadomą, że w lesie nie czai się ani psychopatyczny morderca, ani krwiożercza bestia, a mimo to siedziała na fotelu kierowcy jak sparaliżowana, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu i opuszczenia klaustrofobicznej, ale bezpiecznej przestrzeni pojazdu.

Zacisnęła powieki i po cichu odliczyła od dziesięciu w dół. Obiecała sobie, że na „jeden” wysiądzie z auta. Złapała za klamkę i otworzyła oczy. Krzyknęła na widok wyłaniającej się z mroku postaci. Ktoś szedł w jej stronę, oświetlając sobie drogę latarką.

– No i w końcu dotarła nasza zguba!

Drozd po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pomyślała, że ciemność ma jednak swoje plusy. Dzięki niej zbliżający się do Diany mężczyzna nie zauważył rumieńców wstydu wpełzających na jej policzki. Zrobiła z siebie idiotkę. Przestraszyła się wychodzącego na powitanie Zagórnego.

Od lat towarzyszył jej chroniczny stres, a lęki i fobie rozrastały się pod skórą, aż stały się integralną częścią osobowości trzydziestopięciolatki. Jednak od kilku miesięcy nerwy kobiety były napięte jak struny. Osiągnęła nieznany wcześniej stan i niewiele dzieliło ją od całkowitej utraty kontroli nad samą sobą oraz własnym życiem. Miała nadzieję, że się nie wykolei właśnie tutaj. Dostała od losu szansę na nowy początek i zamierzała ją wykorzystać. Musiała trzymać fason.

– Jeszcze raz przepraszam za spóźnienie. Powinnam była wyjechać dużo wcześniej – zaczęła się gęsto tłumaczyć.

Naprawdę żałowała, że nie uwzględniła większej rezerwy czasu. Wolałaby znaleźć się tutaj za dnia, lepiej poznać miejsce, w którym miała spędzić najbliższe tygodnie. Pod osłoną nocy i w strugach deszczu Czernica prezentowała się wyjątkowo przygnębiająco i ponuro.

– Najważniejsze, że w końcu do nas dotarłaś. Będziemy sobie mówić w zespole na ty, dobrze? Leszek, miło mi cię poznać na żywo.

– Diana. Diana Drozd. – Uścisnęła rękę pracodawcy.

Zagórny skierował snop światła ku górze, więc wykorzystała okazję, by przyjrzeć się lepiej jego twarzy.

Nie potrafiła określić wieku kierownika obozu. Równie dobrze mógłby być jej rówieśnikiem, ale i dobiegać pięćdziesiątki. Sprawiał wrażenie sympatycznego gościa skracającego dystans. Swojskiego, a może i nawet w pewien sposób rubasznego. Kobieta zbudowała sobie jakieś wyobrażenie na jego temat na podstawie kilku rozmów telefonicznych, lecz okazało się ono dość odległe od tego, jak postrzegała Leszka w tej chwili. Byłaby skłonna przyznać, że zyskuje w osobistym kontakcie, ale potrzebowała zdecydowanie więcej czasu, by się przekonać do nowo poznanego człowieka i obdarzyć go zaufaniem. Wiedziała doskonale, jak mylące potrafi być nie tylko pierwsze, ale także drugie czy trzecie wrażenie.

– Nie moknijmy dłużej. Wezmę twoje rzeczy i zaprowadzę cię do domku, w którym zamieszkasz.

Otworzyła bagażnik wypchany po brzegi. Kilka godzin wcześniej wcisnęła tam walizkę, granatową torbę, z którą w poprzednim życiu chodziła na siłownię, i plecak, a puste przestrzenie pomiędzy nimi wypełniła zwiniętą w rulon kurtką przeciwdeszczową, parą klapek i kilkoma innymi złapanymi w biegu drobiazgami. Nie miała pojęcia, na jak długo wyjeżdża, choć obawiała się, że po tej wpadce ze spóźnieniem Zagórny nie będzie chciał kontynuować z nią współpracy.

Mężczyzna cicho jęknął, gdy uświadomił sobie, jak pojemne okazało się użyte przed chwilą sformułowanie „rzeczy”. Pewnie żałował złożonej Dianie propozycji, ale ta szybko wybawiła go z opresji.

– To, co najważniejsze, spakowałam do walizki, która leży na wierzchu. A ja wezmę plecak i torbę. Dziękuję za pomoc – dodała, gdy Zagórny złapał za uchwyt.

Szli w milczeniu wąską ścieżką między drzewami. Podeszwy adidasów Drozd grzęzły w błocie. Leszek wyprzedził ją o krok i oświetlał drogę. Kobieta ciągle miała wrażenie, że coś się czai w ciemności, gotowe, by wyskoczyć na nią, gdy tylko na moment straci czujność. Raz po raz uderzały ją fale gorąca, których nie był w stanie ostudzić nawet deszcz bezlitośnie smagający twarz.

Spodziewała się solidnej reprymendy, ale spokój i wręcz pewna życzliwość bijące od Zagórnego zaskoczyły ją.

– Dużo mnie ominęło? – zapytała, zebrawszy się na odwagę. – Naprawdę żałuję, że nie zdążyłam na odprawę dla załogi. Wszystko sama nadrobię przed przyjazdem dzieciaków. Obiecuję.

– Nie będzie takiej potrzeby, Diano. Przełożyłem spotkanie. Wszyscy na ciebie czekają.

– Dziękuję. To bardzo miłe. – Poczuła się zakłopotana. Sama przecież nie znosiła spóźnialskich i zwykle gotowała się ze złości, gdy rodzice uczniów nie pojawiali się punktualnie na wywiadówkach albo konsultacjach. Pewnie wszyscy mieli jej dość, zanim w ogóle zdążyli ją poznać.

– Po prostu nie lubię się powtarzać.

Nie wiedziała, jak na to odpowiedzieć, więc tylko skinęła głową. Dopiero później uświadomiła sobie, że idący przodem kierownik i tak nie mógł zobaczyć jej reakcji.

– Jesteśmy na miejscu. Tu zamieszkasz. Zostawimy twoje rzeczy i przejdziemy razem do stołówki, która znajduje się bliżej bramy. Jutro wstaniesz wcześniej, żeby poznać teren. Nie jest zbyt rozległy. Może któryś kolega lub koleżanka zechce ci towarzyszyć podczas spaceru.

Zagórny skierował snop światła na niewielki drewniany domek. W ciemności trudno było precyzyjnie określić stan budynku, ale Diana z pełnym przekonaniem mogła stwierdzić, że lata świetności ma już dawno za sobą. Deski wyglądały na spróchniałe i domagały się konserwacji.

Drzwi głośno zaskrzypiały, kiedy Leszek pociągnął za klamkę.

Mężczyzna przekręcił włącznik i ciasne wnętrze domku zalało ciepłe, niemal pomarańczowe światło. Diana odruchowo się skrzywiła. Ten odcień kojarzył jej się z tańczącym płomieniem zapalonych zniczy. Nie to było jednak najgorsze. W nozdrza uderzył ją mdlący zapach wilgoci i pleśni.

Zagórny postawił walizkę na środku, a następnie odebrał od kobiety zawieszoną na ramieniu torbę.

– Witamy w domu! Nie zapewniamy co prawda luksusów, ale znajdziesz tutaj wszystko, co potrzebne wychowawcy kolonijnemu do życia. Łóżko, niewielka szafa, stolik, dwa krzesła, gdybyś zechciała zaprosić jakiegoś gościa. Za tamtymi przesuwnymi drzwiami są też toaleta i prysznic.

– Świetnie. Bardzo klimatyczne miejsce – skłamała, tłumiąc odruch wymiotny. Pomyślała, że przede wszystkim będzie musiała tu porządnie wywietrzyć, choć nie liczyła na to, by się jej udało całkowicie pozbyć odoru stęchlizny.

– W takim razie zapraszam na odprawę. Później się tu rozejrzysz.

– Dostanę klucz? – Przeniosła wzrok na drzwi.

– Nie ma potrzeby, żebyś zamykała domek. Będziemy tu tworzyć zaufaną, otwartą na siebie społeczność. Opowiem o tym więcej za chwilę. Chodźmy, nie testujmy dłużej cierpliwości innych członków zespołu. Dla każdego z was był to długi dzień i marzycie o odpoczynku przed jutrzejszymi wyzwaniami.

Biła się z myślami. Już sam przyjazd tutaj i konieczność zamieszkania w beskidzkim lesie z grupą zupełnie nieznanych osób wiązały się z wyjściem poza strefę komfortu, więc Dianie zależało na zachowaniu choćby skrawka prywatności. Zamknięciem drzwi na klucz w żaden sposób nie naruszyłaby panujących w Czernicy zasad, a dzięki temu czułaby się o wiele bezpieczniej. Stwierdziła jednak, że teraz nie będzie nadużywała życzliwości Zagórnego i, jeśli dyskomfort nie minie, zawalczy o swoje kolejnego dnia.

Wyjęła z plecaka latarkę i wyszła za Leszkiem prosto w objęcia ciemności.

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

Weszli do murowanego budynku zlokalizowanego na lewo od bramy wjazdowej. W sporych rozmiarów stołówce, ku zaskoczeniu Diany, nie pachniało jedzeniem, ale w powietrzu dało się wyczuć subtelny owocowy aromat. Skojarzył się jej z kompotem truskawkowym gotowanym przez babcię.

Przed oczami natychmiast pojawiły się obrazy z tamtych lat, ale nie mogła pozwolić sobie na powrót do wspomnień. Przywoływały zbyt wiele emocji, również trudnych i niechcianych. Musiała skoncentrować się na teraźniejszości, pobyt w Czernicy był dla niej szansą na nowy początek. Zatracanie się w przeszłości doprowadzało ją w rejony, gdzie nie powinna się zapuszczać. Nie tu, w gronie nieznajomych dorosłych i dzieciaków, którym miała zapewnić opiekę.

Tylko w jednej, centralnej części pomieszczenia paliła się lampa. Przeniosła wzrok w to miejsce. Przy długim prostokątnym stole siedziała niewielka grupa osób w różnym wieku. Rzeczywistość Diany od zawsze była matematyczna, więc szybko przeliczyła obecnych. Trzy kobiety i dwóch mężczyzn. Oczy wszystkich były skierowane na nią.

Drozd nie lubiła się znajdować w centrum zainteresowania, wolała się trzymać na uboczu, ale przez widowiskowe spóźnienie nie zdołała się wtopić w tłum, choć w istocie nazwanie kilkuosobowej załogi tłumem stanowiło spore nadużycie. Diana kiedyś przykładała dużą wagę do precyzyjnego nazywania rzeczy i zjawisk, choć wydarzenia ostatnich miesięcy udowodniły jej, jak płynne potrafią być niektóre granice. Cały świat nabrał wówczas dziwnej ulotności i wszystko, co stanowiło dotąd pewnik, wymykało się kobiecie z rąk.

Nie miała wątpliwości, że każdy z siedzących przy stole wyrabia sobie właśnie zdanie na jej temat. Mogli mieć już wolne i spędzać te nocne godziny na czymś o wiele przyjemniejszym niż zebranie zespołu, ale przez spóźnienie Diany pierwotny plan uległ zmianie. Rozważała, czy powinna zacząć od przeprosin, jednak nim zdążyła się odezwać, Zagórny przedstawił ją zgromadzonym.

– Kochani, mimo przygód na drodze dotarła w końcu wasza koleżanka, Diana Drozd. Przywitajcie ją serdecznie.

Uniosła rękę w geście powitania, uśmiechając się nieśmiało. Miała ochotę uciekać, kiedy się zorientowała, że jeden z mężczyzn, ten młodszy i zdecydowanie przystojniejszy, przygląda się jej z jawną wrogością.

– No, nareszcie. Już myślałem, że trzeba będzie pani wysłać specjalne zaproszenie.

– Przypominam, że w zespole mówimy sobie na ty – upomniał go Zagórny. – Za egzekwowanie konsekwencji wszelkich naruszeń odpowiedzialny jestem tutaj ja i proszę, byś nie wchodził w moje kompetencje, Sławku.

Chłopak w niebieskim T-shircie spuścił wzrok i mruknął coś pod nosem, ale Diana nie zdołała wychwycić żadnych konkretnych słów. Poczuła się nieswojo. To, co powiedział Zagórny, zabrzmiało jak groźba. Nie mogła przestać myśleć o tym, że spóźnienie jednak nie ujdzie jej płazem.

– Cześć. Przepraszam was i bardzo dziękuję, że zechcieliście na mnie zaczekać.

– Nie zechcieli. Spójrz na ich niezadowolone miny. – Leszek znów brzmiał jak dupek, do którego zadzwoniła z trasy. Nie miała pojęcia, która z jego dwóch twarzy jest tą prawdziwą. – To było polecenie służbowe i po prostu je wykonali.

Umilkły szepty. Zapadła niezręczna cisza. Kierownik poczuł ciężar spojrzeń współpracowników i nerwowo się zaśmiał.

– Dość tych żartów. Diano, poznaj zespół. Jola Antos, Ewelina Siwiec i Witold Bugaj to opiekunowie grupy, tak jak ty. Magdalena Kwinta jest tutaj pielęgniarką, a Sławek Rutecki ratownikiem wodnym.

Drozd powtarzała bezgłośnie imiona nowych koleżanek i kolegów, by później nie dać plamy. Starała się zapamiętać każde z nich. Kiedyś była mistrzynią gier pamięciowych, teraz jednak umysł coraz częściej płatał jej figle.

– Cześć wszystkim. Ja jestem Diana Drozd i przyjechałam z Katowic. Mam nadzieję, że będziemy stanowić zgraną drużynę.

Jola i Ewelina się uśmiechały, więc wzięła to za dobry znak. Magda skubała skórkę przy paznokciu, a Witek – najstarszy w towarzystwie, błądził po stołówce nieobecnym wzrokiem. Trudno były wyczytać cokolwiek z jego pozbawionej emocji twarzy. Za to Sławek nie był mistrzem kamuflażu. Nerwowo bębnił palcami o blat i coś mruczał pod nosem.

– Możemy wreszcie zaczynać? – zapytał, posyłając jej gniewne spojrzenie.

– Siadaj, proszę, Diano. – Zagórny wskazał puste krzesło między Magdą a Jolą. Kobieta pospiesznie zajęła wolne miejsce. – Wyjmijcie telefony, jeśli macie je przy sobie, i połóżcie na stole.

– Po co? – oburzyła się Antos.

– Po pierwsze, zależy mi na tym, by wszyscy słuchali w skupieniu i nikogo z was nie kusiło, żeby w czasie zebrania przeglądać coś w sieci. Zresztą musicie wiedzieć, że zasięg tu jest bardzo słaby, więc jeśli ktoś jest uzależniony od ekranów, to będzie miał tutaj darmową terapię. Chcę, żebyście całą swoją uwagę skoncentrowali na podopiecznych. Czy to jasne? – zapytał, a gdy wszyscy, poza Witkiem, posłusznie pokiwali głowami, choć na ich twarzach dało się dostrzec wyraz niezadowolenia, ciągnął: – Na terenie ośrodka obowiązuje całkowity zakaz rejestrowania obrazu i dźwięku. Dotyczy to również naszych spotkań. Złamanie tej zasady będzie skutkowało poważnymi konsekwencjami.

– Ale jak to? Nie możemy sobie nawet zrobić zdjęcia na pamiątkę? – Jola nie odpuszczała.

– Wyraziłem się jasno, prawda? Mamy na wyposażeniu aparat, który będzie do waszej dyspozycji. Możecie nim fotografować podopiecznych podczas różnych aktywności, robić zdjęcia grupowe, co kto chce. Proszę tylko o to, by nie utrwalać nic na prywatnych nośnikach.

– Po prostu nie rozumiem, dlaczego to dla ciebie tak ważne.

– Daj już spokój, Jolka. Przeżyjesz bez kilku selfiaczków nad jeziorem – wtrącił się Sławek. – Idźmy dalej, bo zaraz nas tutaj północ zastanie.

Zagórny chrząknął. Nie zamierzał udzielać więcej wyjaśnień, więc krótko uciął temat:

– Ta kwestia nie podlega negocjacjom. Jeśli komuś nie odpowiadają zasady panujące w tym miejscu, może teraz wstać od stołu, spakować się i odjechać. – Zapadła grobowa cisza, więc kontynuował: – Dobrze, w takim razie omówimy teraz podział obowiązków, opowiem wam co nieco o naszych podopiecznych oraz specyfice tego miejsca. Część z was pracowała już w roli opiekunów kolonijnych, wyjeżdżaliście jako wychowawcy na obozy tematyczne. Zapomnijcie o wszystkim, co dotąd praktykowaliście. Czernica to miejsce wyjątkowe, bo zarówno nasi mali goście, jak i kadra również do takich należą.

Diana nic z tego nie rozumiała. Zastanawiała się, czy przeoczyła jakiś punkt podczas czytania umowy i zakresu obowiązków albo nie otrzymała pocztą któregoś z załączników. Rozejrzała się po twarzach pozostałych. Malowało się na nich zdumienie połączone z zaciekawieniem i doszła do wniosku, że nie tylko ona nie była najwyraźniej do końca świadoma tego, na co się pisze.

– W jakim sensie? – Jolka wyartykułowała pytanie kołaczące się w głowach wszystkich zgromadzonych.

– Jeśli chodzi o was, cóż, dobrze wiecie. Każdy z was podjął kiedyś decyzję, z której nie jest szczególnie dumny, prawda? – Jeśli to miał być żart, to nie rozbawił nikogo poza samym Leszkiem. – Z biegiem czasu lepiej się poznacie, być może otworzycie się przed innymi. Mnie wystarczy świadomość, że zebrałem tu grupę ludzi, którym naprawdę zależy na tym, by tu być i stworzyć tym dzieciakom odpowiednie warunki do wypoczynku oraz powrotu do równowagi.

Sformułowanie „powrót do równowagi” nie spodobało się Dianie. Choć sama nigdy nie brała udziału w kolonijnych wyjazdach, kojarzyły się jej z wakacyjną beztroską i zabawą. W jej wyobrażeniach rola opiekunki sprowadzała się do zapewnienia uczestnikom bezpieczeństwa, zorganizowania czasu wolnego, zadbania o to, aby bieżące potrzeby były zaspokojone. Powrót do równowagi świadczył o tym, że wcześniej musiała ona zostać zachwiana. Nigdy nie pracowała z dziećmi ze szczególnymi potrzebami edukacyjnymi czy wychowawczymi, nie obcowała z młodymi ludźmi doświadczonymi przez los. Wystarczyły jej własne traumy, z którymi przyszło jej się mierzyć.

– Przepraszam, Leszku, ale muszę w takim razie o coś dopytać. Wszystko, co mówisz, brzmi dość zagadkowo. – Usłyszała swój stanowczy głos niosący się przez stołówkę. – Czy bierzemy udział w jakimś projekcie terapeutycznym? Jeśli tak, to nie mam ku temu odpowiednich kwalifikacji.

W tym samym momencie pożałowała wybuchu szczerości. Potrzebowała tej pracy. Co zrobi, jeśli Zagórny powie teraz, że w takim razie nie może tu dłużej zostać, i przeprosi za niedopatrzenie? Mogła siedzieć cicho. Przesłała przecież skany wszystkich dyplomów oraz świadectw. Po stronie kierownictwa kolonii było przeanalizowanie uprawnień kadry.

– Ja też nie.

– Ani ja.

Podniosły się głosy Joli i Sławka. Zrobiło się jej trochę lżej. Leszek raczej nie odeśle teraz połowy załogi do domu. W napięciu wyczekiwała jego reakcji.

– Moi drodzy, uspokójmy emocje. Zapoznałem się z przesłanymi przez was dokumentami i wiem, jakie macie kompetencje. Nikt z was nie będzie tu przeprowadzał żadnej terapii. Co więcej, właśnie takie słowa jak „terapia, trauma, diagnoza” są tu surowo zakazane. Codzienność tych dzieciaków jest nimi przepełniona. Tutaj mają oderwać się od rzeczywistości, spędzić radosny czas, poznać nowych znajomych.

– Dlaczego wcześniej nikt nam nie powiedział, że nie będziemy pracować ze zwykłymi dziećmi, tylko jakimiś trudnymi przypadkami? – Antos nie kryła oburzenia. – Nie wiem, czy wtedy bym się zdecydowała podpisać umowę. Nie dałeś nam wyboru.

– No właśnie – nieśmiało wtórowała jej Ewelina.

– Po pierwsze, bardzo mi się nie podobają określenia typu „normalne” czy „trudne”. Gdyby użyć synonimu „skomplikowane”, bylibyśmy już nieco bliżej prawdy. Ale co to znaczy, że człowiek jest skomplikowany? Czy to nie jest naturalna cecha każdego z nas? Wiecie przecież dobrze, o czym mówię. Prawda? – Umilkł na moment, a ponieważ nikt więcej się nie odważył na zabranie głosu, ciągnął: – Moi drodzy, pozwolę sobie na całkowitą szczerość. Początkowo zastanawiałem się, czy powinniście w ogóle wiedzieć, że dzieciaki, którymi będziecie się opiekować, przechodzą właśnie gorszy czas. Zależy mi na tym, aby traktować je zupełnie normalnie, a nie obchodzić się z nimi jak z jajkiem. Chcę stworzyć im naturalną i neutralną atmosferę letniego obozu. Później jednak doszedłem do wniosku, że mam do czynienia z tak wspaniałą kadrą, świetnymi pedagogami, przed którymi niczego nie powinienem ukrywać. Wykorzystałem element zaskoczenia, by nikomu z was nie przyszło do głowy jakoś się na szybko dokształcać na własną rękę, przygotowywać do tej roli. Oczekuję od was jedynie szczególnej empatii i wyrozumiałości wobec tych dzieci. Chcę im zapewnić niezapomniane wakacje, których częścią będziecie wy.

– Możemy się dowiedzieć o nich czegoś więcej? Z jakimi problemami się borykają? – Po raz pierwszy na zabraniu odezwał się najstarszy w towarzystwie Bugaj. Zagórny próbował zatrzymać go w pół słowa, ale to tylko nakręciło Witka. Mężczyzna podniósł głos. – Nie sądzisz, że jednak powinniśmy przejść wcześniej specjalistyczne przeszkolenie? Fundujesz nam plot twist na kilka godzin przed rozpoczęciem pracy, więc to oczywiste, że mamy teraz mnóstwo pytań i wątpliwości. Weź je na klatę.

– Posłuchajcie. Z technicznego punktu widzenia jedyną różnicą w stosunku do tradycyjnego obozu czy kolonii będzie brak sztywnego podziału uczestników na grupy. Nie chcemy im narzucać wychowawcy i dobierać określonego grona kolegów czy koleżanek. Niech wszyscy mają tu dużo swobody. Dziecko będzie mogło samo wybrać, przy kim z was się czuje najbardziej komfortowo, kogo poprosi o pomoc w pokrojeniu kotleta, a z kim zechce zagrać w paletki. Bądźcie otwarci i serdeczni, wspierajcie się wzajemnie.

– Rozproszenie odpowiedzialności? – Bugaj nie wyglądał na przekonanego.

– Nie nazwałbym tego w ten sposób. Po prostu staniecie się towarzyszami wakacyjnego wyjazdu dla każdego z tych dzieciaków. Ponadto nie stworzyłem sztywnego programu obozu, określonych godzin ciszy nocnej. Chcę dać tym młodym ludziom poczucie wolności, stałe są tylko pory posiłków.

– Jak dużej grupy się spodziewamy? – zapytała Diana. Potrzebowała liczb, by jakoś się zakotwiczyć.

– Dwadzieścia pięć osób.

Ta informacja uspokoiła nieco obawy załogi. Jola i Ewelina rozluźniły napięte mięśnie i przybrały swobodniejsze pozycje, a Witold wypuścił z ust powietrze z głośnym świstem. Diana jednak wyczuwała pewien podstęp. Liczenie miała we krwi, stanowiło odruch równie naturalny co oddychanie, więc szybko podzieliła liczbę uczestników obozu przez liczbę wychowawców, a wynik tego działania jednoznacznie pokazał, że statystycznie na jednego z opiekunów, nie uwzględniając Sławka i Magdy, przypada sześcioro i jedna czwarta dziecka. Niewiele, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w świetle aktualnych przepisów jeden wychowawca kolonijny mógłby sprawować opiekę nad dwudziestką podopiecznych powyżej dziesiątego roku życia.

– To rzeczywiście niezbyt liczna grupa, jednak nadal nie wiemy, co czyni te dzieci wyjątkowymi. Wybacz, Leszku, ale odnoszę wrażenie, że celowo krążysz wokół tematu zamiast podać jakieś konkrety. – Bugaj mógł sprawiać wrażenie zimnego, antypatycznego służbisty, lecz z każdą mijającą minutą nowy kolega coraz bardziej zyskiwał w oczach Diany. W pełni podzielała jego obawy. Nie chciała podpaść Zagórnemu, bo i tak była już na cenzurowanym, więc się cieszyła, że ktoś w tym gronie miał odwagę, by ubrać w słowa wątpliwości, które i jej nie dawały spokoju.

– Nie chcę przypisywać sobie żadnych zasług, pozować na dobroczyńcę ani nic takiego, ale skoro nalegacie, to opowiem wam trochę więcej o samej idei. Współpracuję z pewną fundacją, z którą związana jest również grupa zaprzyjaźnionych psychologów dziecięcych z całej Polski. Pomyśleliśmy, by niektórym z pacjentów zaproponować wakacyjny wyjazd do kameralnego, reaktywowanego po wielu latach zamknięcia, ośrodka w Beskidach. Chcę, by mogli zapomnieć choć na chwilę o problemach, znaleźć się w bezpiecznym środowisku, w otoczeniu rówieśników, którzy w pewien sposób są do nich podobni.

– To bardzo szlachetne – stwierdziła Magda i posłała Zagórnemu kojący uśmiech. – Zrobimy, co w naszej mocy, by te dzieci czuły się tu jak najlepiej. Prawda?

Niemal wszyscy ochoczo pokiwali głowami. Diana dyskretnie spojrzała na Witka. Nadal nie wyglądał na przekonanego. Ona sama też nie była pewna, co powinna o tym myśleć. Słowa Leszka brzmiały górnolotnie, jednak Drozd się zastanawiała, czy pod przykrywką filantropii nie kryją się bardziej przyziemne pobudki. Przypuszczała, że w grę wchodziły względy finansowe. Zatrudnienie profesjonalistów pracujących na co dzień z dziećmi w kryzysie, a nie zwykłych opiekunów kolonijnych, z pewnością wiązało się ze znacznie większymi kosztami.

Czy przyjęłaby tę propozycję, gdyby znała szczegóły? Szybko doszła do wniosku, że i tak nie miała innego wyjścia. Potrzebowała pieniędzy, a to była jedyna oferta pracy, jaką otrzymała. Mimo wszystko na myśl o kontakcie z podopiecznymi obarczonymi różnymi traumami nie czuła się komfortowo. Powinna uczciwie przyznać przed samą sobą i Zagórnym, że nie wie, czy podoła temu wyzwaniu, ale nie znalazła w sobie tej odwagi.

„Może nie będzie tak źle. W końcu każdy z nas nosi w sobie jakiś ból” – pomyślała.

– Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania? – rzucił Zagórny, a kiedy odpowiedziała mu cisza, stwierdził: – Świetnie. W takim razie omówmy szybko plan dnia i kładźmy się do łóżek, bo jutro czekają nas nowe wyzwania.

ROZDZIAŁ TRZECI

 

 

 

Sądziła, że po dniu pełnym wrażeń zaśnie bez trudu, ale mijała kolejna godzina, a ona tylko się przewracała z boku na bok. Nie umiała znaleźć właściwej pozycji, było jej niewygodnie na twardym materacu, sprężyny boleśnie wbijały się w ciało. Najtrudniejszy do wytrzymania okazał się zapach stęchlizny wypełniający szczelnie każdy metr sześcienny niewielkiego domku.

Tuż po powrocie z zebrania dla załogi otworzyła na oścież okna. Świeże powietrze wdarło się do środka i Diana nareszcie mogła odetchnąć nieco głębiej. Niestety okoliczne komary również się poczuły zaproszone do środka, zwabione ciepłą poświatą bijącą z żarówki, więc dokonując wyboru między dżumą a cholerą, Drozd ostatecznie zdecydowała, że nie da się pożreć żywcem, i zamknęła im drogę.

Zazwyczaj po przyjeździe w nowe miejsce rozpakowywała bagaże, nawet jeśli czekał ją stosunkowo krótki pobyt. Tutaj czuła jakiś opór, jakby coś powstrzymywało ją przed zadomowieniem się w Czernicy. Złożyła to na karb zmęczenia po podróży, przecież zależało jej na tym, aby zostać tu jak najdłużej.

Planowała wczesną pobudkę. Obiecała sobie, że rano przyniesie pozostałe rzeczy z bagażnika i spróbuje jakoś zagospodarować niewielką przestrzeń domku, by poczuć się w niej mniej obco. Wzięła tylko szybki prysznic, powstrzymując obrzydzenie na widok gigantycznego pająka tkającego sieć tuż pod sufitem. Powinna jakoś się przygotować na takie obrazki, w końcu najbliższe tygodnie miała spędzić w lesie, który nie był jej naturalnym środowiskiem. Najlepiej i najbezpieczniej czuła się w mieście.

Tej nocy po raz pierwszy od dawna nie kołysały jej do snu szum przejeżdżających samochodów, trąbienie klaksonów, echo rozmów i śmiechów niosących się z chodnika pod blokiem. Ktoś mógłby powiedzieć, że w Czernicy panuje cisza, lecz dźwięki dobiegające zza okna zdawały się Dianie nie tylko głośniejsze, ale przede wszystkim bardziej złowieszcze niż te wydawane nocą przez miasto.

Deszcz ustał zupełnie. Kobieta zaciskała powieki, starała się nie koncentrować na wdzierających się do jej uszu odgłosach, trudnych do zidentyfikowania szmerach i pohukiwaniach, jednak sen nie nadchodził.

W głowie Drozd się kłębiło mnóstwo myśli. Nie chciała im się poddawać, podążać krętymi ścieżkami prowadzącymi wprost do ukrytych w głębi lęków. Spotkanie zespołu, a szczególnie rozmowa z Zagórnym zasiały w niej ziarno niepokoju i wiedziała, że jeśli pozwoli mu zakiełkować, nie podoła wyznaczonemu jej zadaniu.

Czuła się niekomfortowo ze świadomością, że w oknach nie zamontowano żadnych rolet ani zasłon. Przywieziona z domu nocna lampka, bez której nie zdołałaby przetrwać nocy, rozpraszała mrok, ale też odbierała Dianie resztki prywatności. Każda osoba przebywająca na zewnątrz mogła bez trudu obserwować, co się działo w środku. Kobieta ciągle czuła na sobie czyjś wzrok, choć jednocześnie zdawała sobie sprawę, że to absurdalne. Wszyscy opiekunowie z pewnością już dawno spali, nabierając sił na wyzwania najbliższych dni. Tylko ona ciągle się wpatrywała w sufit szeroko otwartymi oczami. Im usilniej walczyła o sen, tym bardziej się od niej oddalał.

Przez całą noc nie zmrużyła oka. Ostatnie godziny nie tylko nie przyniosły upragnionego odpoczynku, ale Drozd odnosiła wręcz wrażenie, że przebywanie w tym niewygodnym łóżku jedynie wysysa z niej resztki energii. Z wdzięcznością powitała pierwszą sączącą się przez okno smugę naturalnego światła. Mrok pierzchnął, więc postanowiła, że od razu wstanie i spróbuje poznać okolicę, nim pozostali opiekunowie zaczną się kręcić po terenie ośrodka.

Usiadła i postawiła stopy na podłodze. Wstała zbyt gwałtownie i zakręciło się jej w głowie. Podparła się o ścianę, żeby nie upaść. Odczekała chwilę, aż mroczki przed oczami zniknęły, i dopiero wtedy powoli przeszła do łazienki, aby przemyć twarz.

Z lustra spojrzała na nią smutna kobieta o bladej, matowej cerze, z siateczką popękanych naczynek na policzkach i fioletowymi zasinieniami wokół oczu. Brak snu odcisnął ślad na jej twarzy. Diana dałaby się pokroić za kubek gorącej, świeżo zaparzonej kawy. W poranki takie jak ten tylko kofeina mogła postawić ją na nogi. Tak bardzo ceniła sobie niezależność, a nie pomyślała o spakowaniu puszki z kawą i czajnika elektrycznego albo chociaż grzałki.

Wyjrzała przez niewielkie okno łazienkowe i zobaczyła słońce powoli wychylające się zza pobliskiego szczytu. Było w tym widoku coś kojącego. Diana uznała, że skoro Czernica, zdaniem Zagórnego, ma pomóc dzieciakom po przejściach wrócić do równowagi, może będzie w stanie przyspieszyć zasklepianie ran i w dorosłej duszy.

Woda sącząca się z kranu okazała się przeraźliwie zimna. W pierwszej chwili Drozd się wzdrygnęła, kiedy w jej skórę wbiły się dziesiątki igieł, ale gdy już się przyzwyczaiła do niskiej temperatury, zaczęło jej to sprawiać dziwną przyjemność. Rozbudziła się na dobre, a woda zadziałała nawet lepiej niż kawa, której jeszcze kilka minut wcześniej pragnęła całą sobą.

Nareszcie poczuła energię do działania, więc włożyła leżące na wierzchu walizki szorty i luźny T-shirt, związała włosy w niski kucyk i zabrała się do rozpakowywania bagaży. Spojrzała na niewielką szafę przy łóżku i zastanawiała się, jak wszystko do niej zmieści. Otworzyła drzwi, a ze środka wyleciało kilka uwolnionych moli. Zapach wilgotnego drewna sprawił, że Diana znów poczuła mdłości. Zdążyła nieco przywyknąć do unoszącej się w powietrzu nieprzyjemnej woni i nie czuła jej już tak mocno jak na początku. Teraz nozdrza zaatakowała kolejna fala stęchlizny.

Nie lubiła zmieniać planów, ale w tych okolicznościach postanowiła, że odłoży rozpakowywanie na później. Myśl, że wszystkie ubrania mogłyby przesiąknąć tym zapachem, napawała ją obrzydzeniem, więc na razie zostawiła rzeczy w walizce. Liczyła, że uda się jej przewietrzyć szafę na tyle, by dało się z niej korzystać.

Kiedy stanęła na palcach, zauważyła, że dwie najwyższe półki wyłożone są arkuszami starych gazet. Ktoś widocznie wpadł na to, by zastosować ten prosty, a jednocześnie sprawdzony sposób na pozbycie się nadmiaru wilgoci.

Wiedziona jakąś dziwną ciekawością, sięgnęła po jedną z pożółkłych kartek. Stwierdziła, że wygląda na bardzo starą.

Przebiegła wzrokiem po nagłówkach. Jeden z nich szczególnie przykuł jej uwagę.

„Tragedia na jeziorze”

Czarno-biała fotografia ukazywała spokojną, niezmąconą taflę wody otoczoną gęstą linią drzew. Na piaszczystym brzegu leżała odwrócona do góry dnem drewniana łódka.

Diana przejechała palcem po krawędzi zdjęcia, a jej ciało pokryła gęsia skórka. Może to przez brak kolorów pozornie niewinny obrazek sprawiał upiorne wrażenie, a może słowa, które przeczytała poniżej, wywołały tak silną reakcję.

Beztroski wakacyjny dzień zamienił się w koszmar, gdy przebywająca pod opieką starszej siostry dziesięcioletnia Agatka* zniknęła pod powierzchnią wody w okolicy wsi Podlesie. Życia dziewczynki nie udało się uratować. Po kilkugodzinnej akcji poszukiwawczej ze zbiornika wyłowiono jej ciało. Trwa śledztwo pod nadzorem prokuratury rejonowej mające na celu ustalenie przyczyn tego nieszczęśliwego wypadku. Z nieoficjalnych źródeł udało nam się dowiedzieć, że jedyny świadek tej tragedii – siostra ofiary – nadal jest w szoku i przebywa pod opieką specjalistów.

– Takie nieszczęście. Asia* przestała się odzywać, jakby ją zamroziło coś. Tylko płacze. Mówię panu, łzy wielkie jak ziarna grochu jej z oczu płyną. Jeszcze takich łez u dziecka nie widziałam, jak żyję tyle lat – zdradziła naszej redakcji sąsiadka rodziny ofiary, która chciałaby zachować anonimowość.

* imiona zmienione

Serce Diany zaczęło bić nierównym, przyspieszonym rytmem. Oblał ją zimny pot. Wyobraźnia podsuwała jej makabryczne obrazy: leżące na brzegu zwłoki dziewczynki, siną twarz topielicy, pełne łez oczy jej siostry.

Nie mogła dopuścić do tego, by historia sprzed lat zatruła jej umysł i sprawiła, że dzień, który i tak zapowiadał się jako wymagający i pełen wyzwań, stał się jeszcze trudniejszy. Odruchowo zwinęła stronę z gazety w kulkę i cisnęła nią przez otwarte okno.

Redakcja

Monika Orłowska

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Sylwia Bies, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303108

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

PROLOG

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści