Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
11 osób interesuje się tą książką
Prawda bywa groźniejsza niż zbrodnia.
Przeszłość kładzie mroczny cień na teraźniejszości. Minęło trzydzieści lat, odkąd Sofie Rudberg zaginęła bez śladu. Zdążyła właśnie pójść do liceum, była lubiana, podziwiana – i znienawidzona? Jej zaginięcie wstrząsnęło Fjällbacką i na długie lata naznaczyło tę idylliczną miejscowość na zachodnim wybrzeżu Szwecji.Nagle policja dokonuje makabrycznego odkrycia. Pojawia się pytanie: czy odnalezione szczątki rzeczywiście należą do Sofie?
Wznowione śledztwo wywraca do góry nogami życie wielu osób, które po jej zaginięciu próbowały ułożyć sobie wszystko na nowo. Patrik Hedström i jego zespół z komisariatu w Tanumshede działają pod ogromną presją, a w sprawę angażuje się także pisarka Erica Falck. Tymczasem ktoś jest gotów uczynić wszystko, byle przeszkodzić w ujawnieniu prawdy…
Camilla Läckberg – jedna z najciekawszych szwedzkich pisarek. Światową sławę przyniosła jej seria o Fjällbace. Jest także autorką thrillerów psychologicznych oraz serii książek dla dzieci o przygodach Super-Charliego. Książki Camilli wydawane są w ponad 60 krajach, zostały przetłumaczone na 43 języki, a na całym świecie sprzedało się ponad 40 milionów egzemplarzy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 542
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 15 godz. 39 min
Lektor: Marcin Perchuć
Tytuł oryginału: Gråterskan
Copyright © 2025 Camilla Läckberg Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © for the Polish translation by Inga Sawicka
All rights reserved
Wydawca: Katarzyna Słupska Redakcja: Anna Brzezińska Korekta: Beata Wójcik, Marta Tyczyńska-Lewicka Projekt serii: www.blacksheep-uk.com Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8252-880-0
Bengtowi Nordinowi
Twoja wiara we mnie dodała mi skrzydeł
To zadziwiające, że zdążyła pomyśleć o tylu rzeczach. Nie miała odwagi otworzyć oczu, wolała nie patrzeć. W ciemności pod powiekami zaczęły tańczyć kropeczki podobne do spadających szybko gwiazd.
Nie chciała umierać, chciała krzyczeć, drapać, walić, żeby się wyswobodzić, jednak ciało nie było jej posłuszne. Nachodziły ją i zaraz odchodziły dziwne myśli. Irracjonalne. Że już nigdy nie kupi sobie nowych butów Buffalo. Już nigdy nie pożegluje. Nie dowie się, co było dalej w „Beverly Hills”. Ważne myśli przemykały równie szybko jak nieważne. Nigdy nie wyjdzie za mąż. Nie będzie miała dzieci. Nie poczuje wolności, jaką daje wprowadzenie się do własnego mieszkania.
Ciemność otaczała ją coraz ciaśniej. Coraz mniej było myśli. Pod powiekami czuła pieczenie, jak od płaczu, ale łzy nie popłynęły. Rozpaczliwie próbowała zrozumieć, zmusić mózg do uświadomienia sobie, co się dzieje. Nic z tego. Nie mogła złapać powietrza. Przez chwilę jakby ręce jej posłuchały, więc próbowała odsunąć od siebie to, co rzuciło ją prosto w ciemność. Okazało się to niemożliwe. Ciało znów przestało jej słuchać.
Przez ciemność przedarły się odpryski światła. Jakby się przed nią otworzył tunel. Nie chciała widzieć światła, wolała pozostać w ciemności. Ciemność niosła nadzieję, a wiedziała, że jeśli pójdzie ku światłu, nadziei już nie będzie. Z ciemności mogłaby się wydostać, ale nie ze światła. Światło pozostanie po wsze czasy.
Jakby nogi się pod nią ugięły, chociaż już leżała. Pod powiekami błyskało światło, coraz trudniej było jej pozostać na miejscu. Gdy się w końcu poddała i dała się pochwycić w objęcia rozpościerających się galaktyk, poczuła, jak jej serce rozpada się na tysiące kawałków.
– CO Z CIEBIE za niedouk, kurde! Tak przetrzymałeś tę makrelę, że wyschła na wiór!
Z kuchni dobiegł łoskot, goście aż podskoczyli.
– Zabrzmiało jak w odcinku Hell’s Kitchen – szepnęła Erica Falck, nachylając się nad stołem do swego męża Patrika. – Drze się chyba jeszcze gorzej od Gordona Ramsaya.
– Jedzenie plus rozrywka – odpowiedział z krzywym uśmiechem Patrik, wyciągając szyję, żeby zajrzeć do kuchni.
– Premierowy wieczór, nie ma co się dziwić, to jak choroby wieku dziecięcego – zauważyła Erica. – A jeśli następne dania okażą się tak smaczne jak dotąd, to dla mnie Gabriel może sobie ciskać garnkami, ile zechce.
Wzięła kolejny kęs z pierwszej potrawy, którą jej podano, idealnie przyrządzonego przegrzebka z nowalijkami i unoszącym się nad nim jak chmurka musem z homara.
– Mam nadzieję, że niedługo będzie dalszy ciąg – mruknął Patrik. – Bo to był zaledwie kąsek. Jeśli dalej tak pójdzie, to wracając, będziemy musieli wstąpić na pizzę.
Erica przewróciła oczami.
– O Boże, nigdzie nie można cię zabierać.
Znów się nachyliła w jego stronę i poklepała go po udzie, unosząc kieliszek białego wina.
– Wypijmy za ten wieczór we dwoje. Bez dzieci. Pierwszy od urodzenia Nory. W głowie się nie mieści, że już ma sześć tygodni.
Patrik też podniósł kieliszek, wypili, rozkoszując się winem, a potem nachylił się i pocałował ją w usta. Gdy z kuchni dobiegły kolejne przekleństwa i łoskot, zaczęli chichotać. Erica się rozejrzała. Ledwo rozpoznawała wnętrze. Gröna Lid był lokalem o tradycjach jednych z najstarszych w Fjällbace, kiedyś kino, potem pensjonat, dancing, restauracja i klub nocny. W pewnym okresie nawet bank. Teraz ponownie restauracja, ale wnętrze poddano całkowitej renowacji przed jej otwarciem pod nazwą Hav & Salt, Morze i Sól. Ściany były w kolorze dyskretnej lekkiej zieleni, stoły z jasnego drewna nakryte idealnie białymi obrusami, a kuchnia w stali i aluminium lśniła nowością. W jej wnętrzu otwartym na salę restauracyjną roiło się od pracowników, Erica obserwowała z fascynacją ich doskonale skoordynowane ruchy, wyglądali niemal, jakby tańczyli. Dwuskrzydłowe drzwi wejściowe ze staroświeckimi szybami stały otworem, dzięki czemu ciepłe powietrze sierpniowego wieczoru mieszało się z chłodniejszym klimatem wnętrza.
– Mam nadzieję, że uda im się wyjść na swoje – powiedziała z troską, przesuwając wzrokiem po menu leżącym obok talerza. – To dosyć wymyślna kuchnia. W okresie poza sezonem turystycznym może im być ciężko.
– Słuchaj no, wieszczko, a nie mówiłaś, jak to wspaniale, że Gabriel Rudberg otwiera tu restaurację?
– Tak, uważam, że wspaniale. Tylko mam nadzieję, że im się to opłaci. I bardzo ładnie, że oficjalne otwarcie przypada w trzydziestą rocznicę zaginięcia Sofie.
Spojrzenie Eriki powędrowało do oprawionej fotografii wiszącej w widocznym miejscu na jednej ze ścian. Rodzina Rudbergów w ich ówczesnej restauracji U Allana. Po jednej stronie stołu Allan i jego syn Gabriel, po drugiej Yvonne i jej córka Sofie. Wydawało się zrobione w końcówce szkoły podstawowej Sofie.
– No i jak?
Przy ich stoliku stanęła macocha Gabriela, Yvonne Rudberg, i uśmiechnęła się szeroko, stawiając przed nimi następne dania.
– To jest homarzec z purée z pasternaku i podpieczoną trawą morską – wyjaśniła z dumą.
Drgnęła, gdy z kuchni dobiegło kolejne przekleństwo. Uśmiechnęła się, tym razem nerwowo.
– To przez tremę związaną z premierą – powiedziała cicho.
– Dla nas dodatkowa rozrywka – wtrącił Patrik, który spojrzał podejrzliwie na trawę morską i nabrał sobie kawałek homarca.
Erica położyła dłoń na ręce Yvonne.
– Wiesz, moim zdaniem to świetnie, że zrobiliście otwarcie właśnie dziś.
Yvonne kiwnęła tylko głową i drugą ręką poklepała dłoń Eriki. Rzuciła okiem na fotografię na ścianie, zabrała rękę i przeszła do następnych stolików w pełnej gwaru restauracji.
– Widziałem ten materiał w dzisiejszej telewizji śniadaniowej Nyhetsmorgon – odezwał się Patrik i wyskrobując resztki purée z widelca, zerknął na Ericę. – Nawet się dziwię, że nigdy nie napisałaś o zaginięciu Sofie.
Erica wzruszyła ramionami.
– Przyszło mi to do głowy, ale sama nie wiem… Sofie była w szkole o parę klas wyżej ode mnie, więc znałam ją tylko z widzenia. Mimo to wydawało mi się, że sprawa jest jakoś za blisko mnie.
– A o Alexandrze napisałaś, prawda?
– Tak, bo między nami pozostało coś niedopowiedzianego. Alexandra była moją przyjaciółką. Książka o niej to był mój sposób na znalezienie odpowiedzi. Sofie zadawała się tylko z przebojowymi starszymi dziewczynami. Wydawała mi się niedościgła. No nie wiem. Byłoby to jakieś takie gonienie za sensacją.
– Kurwa, uważasz się za kucharza, a nawet porządnie posolić nie umiesz?
Wrzask Gabriela odbił się echem od ścian, a Patrik się zaśmiał.
– Śmieszy mnie to. Czy to znaczy, że jestem dziwakiem? Ale poważnie: porcje powinny być większe, bo z głodu zaraz zmarnieję. No i nie wiem, czy mam ochotę na tę trawę morską.
– Jakoś przeżyjesz – odpowiedziała sucho Erica.
Wypiła łyk wina. Niekarmienie piersią miało swoje zalety.
Gdy parę godzin później wrócili do domu, wszystkie dzieci spały już w swoich łóżkach. Mama Patrika, Kristina, również spała sobie smacznie na kanapie. Erica nachyliła się i obudziła ją delikatnie.
– Jesteśmy już. Wielkie dzięki, że ich popilnowałaś, cudownie, że mogliśmy spędzić trochę czasu we dwoje.
Kristina usiadła, ziewnęła i poprawiła poduszki na kanapie.
– Żaden kłopot. Zachowywali się jak aniołki. Nawet bliźniacy. A ta malutka jest cudowna.
Erica poczuła ukłucie w piersi. Pokochała najmłodszą córeczkę od pierwszego wejrzenia, ale stale się niepokoiła, jak ludzie będą na nią reagować. Świat bywa niełaskawy dla tych, którzy nie są tacy jak wszyscy.
– Tak, rzeczywiście jest wspaniała – odparła, ściskając Kristinę na pożegnanie.
Patrik już stał w kuchni.
– Zrobię sobie kanapkę. No więc wszystko było pyszne, nawet ta cała trawa morska. Tylko że wciąż jestem głodny, no i nie było pizzy…
Erica spojrzała na męża w świetle padającym z otwartej lodówki. Zdążył już zdjąć spodnie, został za to w skarpetkach, kalesonach i koszuli. Na jego skroniach pojawiły się lekkie rozbryzgi siwizny, a wokół oczu nieco więcej zmarszczek od śmiechu.
Przystojny jak nigdy.
– Kocham cię – powiedziała. – Boże, jak ja cię kocham.
Już w dzieciństwie była sową, ku rozpaczy swoich rodziców. Jednak w latach spędzonych z Tagem te późne godziny nocne nabrały zupełnie innego znaczenia. On najczęściej padał już około dziewiątej, najczęściej na fotelu, na którym spędzał większą część czasu po pracy.
Znienawidziła ten fotel. Miał z niego widok na cały parter: duży pokój, kuchnię i mały stołowy. Tym samym również na nią.
Nigdy nie wiedziała, kiedy wyskoczy z fotela. Bo coś zrobiła albo przeciwnie: nie zrobiła. Czasem kończyło się na wymierzeniu policzka. Jednak kilka razy musiała pojechać do szpitala.
Nigdy go nie wydała, nie zdradziła, że to przez niego. Z wielu powodów. Ze względu na dzieci. Ze wstydu. Ze świadomości, że wyszła za niego, chociaż wszyscy prosili i błagali, żeby tego nie robiła. Wiedziała, że mąż ją zabije, jeśli złoży na niego doniesienie.
I mimo wszystkiego, co się z tym fotelem łączyło, nie zostawiła go. Przez trzydzieści lat.
Dzieci już wpadły z pytaniem o dom. Nawet się zdziwiła, że czekały z tym tak długo.
Miesiąc po tym, jak złamała biodro i zdała sobie sprawę, że już nie może zostać u siebie. Wtedy zaczęły krążyć jak sępy. Oczywiście udając troskę. Proponowali jej, żeby przeprowadziła się do ośrodka opieki. Mówili, że jest miły i przyjemny, że będzie tam miała towarzystwo, już nie będzie sama.
Powinna się pewnie cieszyć, że nie zaproponowali jej domu pomocy społecznej Åldersro. Ostatni przystanek przed cmentarzem, jak mawiał Tage. Dzieci nie rozumiały, że zawsze sobie radziła sama. I zawsze, przez te wszystkie lata, była sama. Nie bała się samotności.
Bała się ich ojca, ale nie samotności.
Kawa już wystygła, więc wstała, żeby nalać sobie jeszcze jedną filiżankę. Zwykle nie mogła pić kawy wieczorem, ale już nie miało to znaczenia. I tak nie mogła spać. Od miesiąca nie sypiała. Zapadała tylko w krótkie drzemki kończące się koszmarami sennymi, z których budziła się szarpnięciem.
Myślała, że będzie wolna. Wreszcie. W końcu. Zamiast tego ściany jej więzienia zacieśniały się coraz bardziej. Zrobiło się tak ciasno, że ledwo mogła oddychać. Nie bardzo rozumiała, dlaczego katalizatorem okazało się pęknięcie w stawie biodrowym, a jednak wyzwoliło w niej coś, czego już nie potrafiła zatrzymać.
Dzieci dostaną to, czego chcą. Nie musiały jej przekonywać. Wiedziała, ile wart jest ten dom. Dzięki położeniu dokładnie nad rzędem szop rybackich z widokiem na wejście do portu przyniesie im wiele milionów. Marii i Mikaelowi dobrze się powodziło, ale widziała, jak im oczy zabłysły na myśl o sprzedaży.
Poniosła porażkę. Nie udało jej się przekazać dzieciom nic od siebie. Patrząc na nich, widziała wyłącznie Tagego, a teraz nie może już zrobić dla nich nic więcej. Nie staną się szczęśliwi dzięki tym pieniądzom. Bo nie potrafią być szczęśliwi.
Podobnie jak ich ojciec byli wiecznie niezadowoleni, obrażeni, że życie nie przyniosło im tego, na co rzekomo zasługiwali. Ona ich wychowała, opiekowała się nimi, opatrywała rany, całowała na dobranoc. Ale to jemu udało się ze swego fotela urobić ich na swoją modłę.
Jego komplet genów wygrał z jej miłością do nich.
Pozostało jej tylko rozproszyć koszmary senne poprzez rozporządzenie swoją prawdą. Będzie jej brakowało tego widoku. Patrzenia na Valön wynurzającą się majestatycznie z szarobłękitnego morza. I jeszcze na wieżę do skoków na Badholmen na tle wieczornego nieba. Ale w końcu, wreszcie będzie przynajmniej wolna.
ERICA NAPAWAŁA SIĘ chwilą samotności na werandzie przed obudzeniem się dzieci. W dni powszednie zamęt zaczynał się o siódmej od pobudki i krzątaniny przy dzieciakach. Jednak w weekendy pozwalała im spać, aż się same obudzą, a w związku z tym, że Nora od początku okazała się dzieckiem, które dobrze sypia, Erica najczęściej miewała dla siebie godzinkę albo dwie na werandzie przy filiżance kawy.
Patrik pojechał do pracy i chociaż kochała go jak stąd do księżyca i z powrotem, ceniła sobie chwile, gdy była w domu jedyną dorosłą osobą. Przy czworgu małych czy już nie tak małych dzieci wydawało jej się czasem, że nie słyszy własnych myśli, i dopiero gdy miała chwilę dla siebie w domu spowitym ciszą, wracało do niej powoli jej dawne ja. To, że przez cały czas musiała zaspokajać potrzeby innych, było wyczerpujące, a granica między byciem Ericą a byciem mamą i żoną coraz bardziej się zacierała.
Wydawnictwo nalegało na nową książkę. Poprzednia, ta o sprawie Loli, figurowała długo na listach bestsellerów i została sprzedana do wielu krajów. Jej agent chciał, żeby pojechała na targi książki we Francji, Hiszpanii i w Polsce, ale jak miałaby to zrobić? Ledwo dawała radę wybrać się do sklepu spożywczego.
Zatrzeszczała elektroniczna niania. Siedząc na werandzie, Erica nie zawsze słyszała, że Nora już się obudziła i zaczęła krzyczeć, dlatego na wszelki wypadek włączała to urządzenie.
Nora się rozkaszlała. Erica zmarszczyła czoło. Niedobrze.
Przed urodzeniem małej przeczytała wszystko, co się da, na temat dzieci z zespołem Downa, i choć lekarze zapewnili ją, że córeczka nie należy do tych czterdziestu, pięćdziesięciu procent mających problemy kardiologiczne, to Erica nie mogła przestać się niepokoić.
Nora ponownie zakaszlała, tym razem był to długi, ciągnący się atak. Erica zerwała się i poszła na piętro. Szczebelkowe łóżeczko stało w ich sypialni, Erica weszła tam i zastała Norę machającą rączkami i nóżkami.
Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko na widok nachylonej nad nią Eriki, która delikatnie wzięła na ręce ciepłe ciałko. Jej uśmiech pojawił się po raz pierwszy zaledwie parę dni temu i nie sposób było mu się oprzeć.
Znów zakaszlała, i to na tyle długo, że nie mogła złapać tchu. Serce Eriki waliło z niepokoju, zabrała córeczkę na parter, chwyciła telefon podłączony do ładowarki na blacie kuchennym i wybrała numer, na który dzwoniła aż za często od urodzenia Nory.
– Cześć, mówi Erica. Słuchaj, Nora potwornie kaszle, wydaje mi się, że ma kłopoty z oddychaniem. Nie wiem, co robić… Na pewno? Jesteś tam? Okej. Dzięki, wspaniale, jeszcze tylko zadzwonię po teściową, żeby się zaopiekowała pozostałymi dziećmi. Wyślę ci esemesa, jak będę wyjeżdżać z Fjällbacki.
Pół godziny później Erica zdążyła przewinąć Norę, dać jej butelkę mieszanki, cierpliwie wysłuchać wykładu Kristiny, według której niepotrzebnie się martwi o Norę, i już była w drodze do przychodni w Tanumshede. W zasadzie zamkniętej.
Wolała jechać tam, chociaż do Tanumshede było dalej. Mieli dogodniejsze godziny przyjęć niż w Fjällbace, zresztą czuła się pewniej, idąc z Norą do Magdaleny, która była bardzo doświadczoną lekarką. W piersi trzepotał niepokój i już chciała dzwonić do Patrika, ale postanowiła dać spokój. Nie potrzebowała kolejnego wykładu o tym, że jest nadopiekuńcza. Patrik był chwilami aż za bardzo podobny do swojej mamy.
Niedziela w komisariacie upływała spokojnie. Patrik cieszył się, że jest sam, bo chaos wywoływany w domu przez dzieci w wieku szkolnym, przedszkolnym i jeszcze przez noworodka był wprawdzie cudowny, ale jednocześnie okropnie wyczerpujący. A spokojny dzień spędzany samotnie w komisariacie był też szansą na nadgonienie papierologii. Annika ciągle mu przypominała, że musi dokończyć swoje raporty, ale Patrik mało czego nie znosił tak, jak wszelkiej biurokracji, i zawsze umiał znaleźć dobry powód, żeby to od siebie odsunąć.
W końcu zaś musiał i tak to zrobić.
Nalał sobie filiżankę dopiero co zaparzonej kawy. Niby świeżej, a jednak ohydnej w smaku. Annika wprawdzie wspominała coś o kupnie maszynki Nespresso, ale została przegłosowana przez wszystkich. Podła kawa z ekspresu przelewowego towarzyszyła im w ciągu tylu godzin pracy, że stała się czymś w rodzaju wiernego przyjaciela.
Patrik usiadł przy stole kuchennym i pozwolił sobie na chwilę cichej kontemplacji.
Papiery na biurku mogły jeszcze chwilę poczekać, on w tym czasie napawał się ciszą.
Szczególna rzecz, jak funkcjonuje ludzka pamięć, jak szybko mózg wypiera pierwszy potwornie absorbujący okres po pojawieniu się dziecka. Oczywiście za nic nie zamieniłby tego chaosu na inne życie. Przyjście na świat Nory odbierał tak, jakby na miejsce trafił ostatni element ich życiowej układanki.
Podniósł się, dolał sobie kawy i ruszył do swojego gabinetu. Właśnie przechodził obok recepcji, gdy otworzyły się drzwi komisariatu. Przystanął.
– Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc?
Do środka weszła ostrożnie drobniutka pani z wystraszonym wyrazem twarzy.
– Chciałabym rozmawiać z jakimś policjantem.
– Jestem policjantem. Nazywam się Patrik Hedström. – Uśmiechnął się przyjaźnie, starając się rozładować jej wyraźne napięcie.
– W takim razie chcę rozmawiać z panem. Przyszłam zgłosić morderstwo.
Patrik zapatrzył się na nią. Tego się nie spodziewał. Wskazał ręką na małą kuchnię.
– Usiądźmy, to sobie spokojnie pomówimy o tym, co się stało.
Starsza pani poszła za nim w milczeniu. Lekko utykała, podpierając się kulą. Usiadła z pewnym trudem na jednym z krzeseł pod oknem, a Patrik nalał jej filiżankę kawy.
– Nie jest zbyt dobra, ale zawsze to kawa – powiedział, siadając naprzeciw niej. – To proszę teraz opisać, co się wydarzyło.
Zawahała się i rozejrzała po pomieszczeniu, po czym zaczerpnęła głęboko tchu.
– Zamordowałam go. Zamordowałam mojego męża Tagego.
Patrik drgnął.
– I gdzie on się teraz znajduje? W domu u państwa?
Przyjrzał jej się dokładnie, ale nie zauważył żadnych śladów krwi ani urazów. Tak czy inaczej, wyglądała na przeszło osiemdziesiąt lat. A może to demencja? Chyba że zwyczajnie szurnięta?
– Nie, nie, jest pochowany. – Kobieta pokręciła gwałtownie głową.
– Nie rozumiem. Pochowany? Gdzie? W naszej okolicy nie jest teraz prowadzone żadne dochodzenie w sprawie morderstwa.
Starsza pani przygotowała się do wyjaśnień. Mówiła powoli i wyraźnie jak do dziecka.
– Nazywam się Edith Lomander. Mój mąż miał na imię Tage. Zamordowałam go, ale nikt się nie zorientował. Lekarz, który go badał, uznał, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych. A więc został pochowany. Leży na cmentarzu w Fjällbace.
– I jak go pani zamordowała?
Patrik nie wiedział, co o tym myśleć. Może kobieta jest uciekinierką z Åldersro, starego, ale wyremontowanego domu pomocy społecznej w Fjällbace?
Jakby czytając mu w myślach, pani Edith zapewniła go:
– Nie jestem stuknięta. Ciało mam może nie za bardzo, ale głowa jest w porządku. Podałam mu glikol. I od tego umarł. Myślałam, że wszystko się skończy, byleby tylko umarł, że będę umiała z tym żyć. A jednak nie mogę. Dlatego tutaj jestem. Żeby się przyznać. Zamordowałam Tagego.
– Jak to się stało, że podała mu pani glikol?
Edith wyprostowała się na krześle, widać było jej ulgę, że zrzuciła z siebie ten ciężar.
Upiła łyk kawy i skrzywiła się, po czym mówiła dalej.
– Jak miałabym wytłumaczyć się z życia z Tagem? Zaczęło się w noc poślubną, kiedy mnie ciężko pobił. I tak to już poszło. Powinnam była odejść, ale urodziły się dzieci… Potem urosły i wyprowadziły się, no i… Życie z Tagem było jedynym, jakie znałam.
Patrik szukał jakiegoś słowa. Był głęboko poruszony. Nie potrafił wyobrazić sobie piekła, jakie musiała przeżywać ta kobieta przez aż nazbyt wiele lat.
– I co sprawiło, że go pani w końcu zabiła?
Edith wzruszyła szczupłymi ramionami.
– Właściwie to dziwne. Niby nic wielkiego, bo przez te lata przeżyłam tyle dużo gorszych rzeczy. Jakbym po prostu nagle miała dość. Nie podobały mu się grzanki, które mu zrobiłam. A więc cisnął o ścianę moją filiżankę do kawy. Po babci. Miała dla mnie znaczenie sentymentalne. I oto nagle leżała na ziemi rozkruszona w drobny mak. Poczułam, jakbym ja się też rozkruszyła w środku. Wiedziałam, że w szopie mamy butelkę glikolu. A więc gdy Tage wyszedł na swój codzienny poranny spacer, wlałam tego glikolu do soku, który zawsze wypijał zaraz po powrocie do domu. Wypił dwie szklanki. I umarł. Myślałam, że to oczywiste, co zrobiłam. I byłam gotowa ponieść konsekwencje. Jednak wezwany lekarz założył, że Tage umarł naturalną śmiercią. Nawet nie przeprowadzili obdukcji. A więc nic nie powiedziałam. Krótko po tym go pochowaliśmy.
– Kiedy to było?
– Wczoraj minęło trzydzieści lat od pogrzebu.
Patrik gapił się na nią z niedowierzaniem.
– Trzydzieści lat minęło?
– Tak.
Nie dodała nic, tylko na niego patrzyła.
Patrik nie bardzo wiedział, co zrobić. Właściwie miał ochotę poprosić ją, żeby wyszła z komisariatu i nigdy więcej o tym nie wspominała. Minęło trzydzieści lat. Co za sens, żeby teraz w tym grzebać? Co innego mówiło mu jego poczucie obowiązku. Dla morderstwa nie ma przedawnienia1. Trzy dni czy trzydzieści lat – nie ma znaczenia. Morderstwo musi zostać zbadane niezależnie od wszystkiego. Nie do niego należy ocena.
Westchnął.
– Pewnie pani rozumie, że będziemy musieli dokonać ekshumacji?
Przytaknęła.
– Tak, rozumiem. I co dalej? Przyniosłam torbę ze swoimi rzeczami, w razie gdybyście mnie chcieli aresztować.
– Nie, nie, pojedzie pani do domu, musimy uzyskać potwierdzenie tego, co pani powiedziała, a zajmie to trochę czasu. Będą mi potrzebne pani dane kontaktowe. I nie wolno pani nigdzie wyjeżdżać.
– A dokąd ja miałabym pojechać? – Kobieta wzruszyła ramionami.
Po otrzymaniu jej danych Patrik odprowadził ją do drzwi i wciąż nie był do końca pewien, co się właściwie wydarzyło. Nie mógł powstrzymać się przed pytaniem:
– Dlaczego pani się przyznała? Dlaczego pani tego po prostu nie przemilczała? Mam na myśli, że… minęło trzydzieści lat. Nikt by się nigdy nie dowiedział.
Kobieta potrzebowała kilku sekund, żeby odpowiedzieć.
– Nie można żyć, nie ponosząc konsekwencji swoich działań. A prawda w jakiś sposób zawsze wychodzi na jaw. Tylko czasami potrzebuje lekkiej zachęty.
Patrik zamknął za nią drzwi i zamyślił się nad tymi słowami. Jednak wciąż nie był przekonany. W jego zawodzie prawda bywała trudna do uchwycenia. I bywała również czymś rzadkim.
Podniósł słuchawkę i wybrał pewien numer.
– Cześć, tu Patrik Hedström z komisariatu w Tanumshede. Wnoszę o zgodę na ekshumację. Tak. Znowu.
– Muszę wymienić kilka osób z personelu.
Gabriel w geście bezradności przeciągnął palcami przez włosy.
– Trzeba im dać szansę, żeby się wyrobili – odezwał się Allan.
Gabriel chodził tam i z powrotem po pięknym, ręcznie wiązanym dywanie tureckim. Za oknem rozpościerał się widok na wejście do portu, a słońce późnego lata odbijało się w wodzie.
Stojąc przy drzwiach salonu, Yvonne Rudberg myślała z irytacją o tym, że tyle razy musiała mediować między swoim mężem a jego synem. Niby tacy podobni, a jednak niepodobni. Gabriel dawał upust swoim frustracjom. Allan chował je do środka.
– Nie mam czasu ani ochoty pracować z amatorami. Jeśli mamy utrzymywać tę restaurację na poziomie, na który się umówiliśmy, to muszę mieć ludzi niezawodnych!
Tupnął lekko nogą. Przypomniał jej się Gabriel nastoletni, robiący to samo. Albo mały chłopiec. Zawsze łatwo wpadał w złość.
– Ta restauracja nie znajduje się ani w Göteborgu, ani w Sztokholmie – powiedział spokojnie Allan. – I nie ma tu takiego wyboru, jeśli chodzi o personel. Musimy pracować z ludźmi, których mamy na miejscu, trzeba dać im czas, szkolić ich i mieć cierpliwość.
Usiadł w dużym fotelu skierowanym w stronę okna. Słońce padało mu prosto na twarz i Yvonne odnotowała na niej zmarszczki, których przedtem nie zauważyła. Jak to się stało, że nagle się razem zestarzeli? Mijał rok za rokiem, aż do teraz, gdy już był w perspektywie dostrzegalny finał. Spędzili ze sobą czterdzieści lat. Dzieląc ze sobą radości i smutki. Kochała go. Bardziej niż samo życie.
– Nie powinniśmy podejmować pochopnych decyzji – powiedziała. – Premiera była w zasadzie udana. Dajmy sobie miesiąc, a potem dokonamy ewaluacji.
Żaden z nich nie odpowiedział, ale wiedziała, że słuchali. Na tym zawsze polegała jej rola. Na mediacji. I miała tego serdecznie dość. Zresztą nigdy tak naprawdę nie dopuścili jej do swojej wspólnoty.
– Uważam, że decyzja, aby dokonać otwarcia akurat wczoraj, była błędem – powiedział Gabriel. – Nie byłem odpowiednio skupiony. Udziec z jelenia został przepieczony i nie udało mi się uzyskać odpowiednio kwaskowatego smaku w sosie do golca.
Yvonne wbiła w niego wzrok, ale nie patrzył jej w oczy, tylko gapił się na dywan. I znów zaczął chodzić po pokoju. Wiedziała, że on wie, że wkracza na niebezpieczny teren.
– Decyzja była słuszna – odezwała się. – To był ładny sposób, żeby uhonorować twoją siostrę. Jeśli to kwestionujesz, to tym samym podważasz nas jako rodzinę. Sofie wciąż z nami jest. A jej miejsce we wczorajszym otwarciu było oczywiste.
– Zgadzam się z Yvonne.
Allan uśmiechnął się do niej lekko. Mrugnęła do niego w intymnym porozumieniu, które wypracowali przez lata. Mieli wiele sposobów komunikowania się bez słów, w języku zrozumiałym tylko dla nich dwojga.
Spojrzała teraz na wody zatoki z promieniami słońca. Następnie odwróciła się do Gabriela.
– Dziś przyjdą tu z „Bohusläningen”, chcą zrobić reportaż o zaginięciu Sofie.
– Po co?
Gabriel znów przesunął dłonią przez czarne włosy, które stale wpadały mu do oczu. Allan miał kiedyś takie same, teraz już siwe.
– Dobrze wiesz po co. Trzeba podtrzymać pamięć o niej. Ktoś gdzieś coś wie. Czas zmienia wiele rzeczy i relacji. Również wzajemne poczucie lojalności. Dopóki rozmawiamy o Sofie, istnieje szansa, że ktoś wyjdzie z jakąś informacją. Wczoraj był o tym materiał w Nyhetsmorgon, odezwali się też z Efterlyst2, chcą przygotować jakiś materiał w związku z trzydziestą rocznicą jej zaginięcia.
– Jej nie ma! Nikt nie wyjdzie z żadną informacją! Nigdy się nie dowiemy, co się stało! Wy żyjecie przeszłością, a ja próbuję żyć teraźniejszością. Trudno, kurwa, róbcie sobie te swoje wywiady, nie powstrzymam was przed tym. Ale ja mam prowadzić restaurację. Z mnóstwem jakichś partaczy!
Wypadł z pokoju, w którym zapanowało pełne napięcia milczenie. Yvonne podeszła do Allana i przysiadła na podłokietniku. Objęła go za szyję i przytknęła głowę do jego głowy.
W ich stronę płynęła żaglówka pod pełnymi żaglami.
– Dzwonił Bengt, wpadnie tutaj. Zdążymy, zanim przyjdą ci z „Bohusläningen”.
Łączył ich specjalny układ, polegający na tym, że Bengt i Jocke, z którymi zawsze byli blisko, zainwestowali w restaurację Gabriela. Niby nie należy mieszać pieniędzy z przyjaźnią, ale Bengt chciał im pomóc, a Yvonne nie znała drugiego człowieka równie uczciwego jak on. Poza Allanem oczywiście.
Allan nic na to nie odrzekł. Natomiast po chwili milczenia powiedział:
– Sofie wypłynęłaby na łódce w taki dzień.
W jego głosie zabrzmiał wyraźny smutek jak zawsze, gdy mówił o Sofie. Taki sam jak u Yvonne. Miał rację. Sofie była dobrą żeglarką i spędzała wiele godzin w swojej „optymistce” Victorii. Na siedemnaste urodziny zamierzali jej sprezentować jacht klasy Laser. A Victoria wciąż stała w zamkniętej na głucho szopie na ich działce.
– Wypłynęłaby – powiedziała cicho Yvonne. – Wypłynęłaby.
Na łodzi, szykującej się do przybicia do brzegu, zaczęło się refowanie żagli.
– Słyszałam, że wam wczoraj dobrze poszło.
Gun Hagman spięła plik kartek i włożyła starannie do skoroszytu, po czym schowała go do szuflady biurka.
Ellen przytaknęła.
– Goście powiedzieliby, że tak, a mój mąż, że nie. Ale on nigdy nie jest zadowolony.
– W ten sposób osiąga się wielkość, a diabeł tkwi w szczegółach. – Gun spięła kolejny plik kartek. – A więc to jest miesięczne sprawozdanie finansowe. Do niczego nie można będzie się przyczepić.
– Jesteś prawdziwą opoką, Gun.
Ellen wyprostowała się, przygotowując się do porannego obchodu. Była wprawdzie współwłaścicielką i dyrektorką domu opieki, ale lubiła uczestniczyć w jego codziennych procedurach. Natomiast wszelkie sprawy związane z raportami finansowymi z przyjemnością scedowała na Gun. Nie znajdowała w nich żadnej satysfakcji. Wolała pracę z ludźmi. Możliwość postawienia na nogi byłego domu starców Åldersro pojawiła się w idealnym momencie. Po zamknięciu dawnego Åldersro w budynku działał przez wiele lat hotel typu Bed & Breakfast, ale Ellen, która miała doświadczenie ze służby zdrowia, wiedziała, że potrafi stworzyć tu prywatny, nowszy i lepszy dom opieki. Dokonali znacznej przebudowy, powstały jasne, przyzwoite pomieszczenia. Nie chciała uczestniczyć w sprawach dotyczących restauracji Gabriela, bo gdyby pracowali razem, na pewno skończyłoby się rozwodem.
Natomiast ten układ był idealny. W dodatku rozwiązywał jeden z jej największych problemów: kto zajmie się Aino.
– Zajrzę najpierw do mamy i sprawdzę, czy jest w stanie usiąść do stołu razem z innymi.
– Aino ma dziś dobry dzień – poinformowała Gun. – Zaglądałam do niej po przyjściu i wydała mi się całkiem przytomna.
Zamknąwszy za sobą drzwi kancelarii, Ellen skręciła w korytarzu w lewo. Dała mamie najlepszy pokój, duży i jasny z widokiem na kościół.
Delikatnie zapukała do drzwi i ze środka usłyszała „proszę”. Już po głosie matki Ellen stwierdziła, że Gun mówiła prawdę. Miała dobry dzień.
– Cześć, mamo.
– Cześć, kochanie.
Siedząca na krześle pod oknem Aino uśmiechnęła się do niej. Ellen proponowała jej wstawienie wygodnego fotela, ale mama nalegała na zatrzymanie starego szczebelkowego krzesła, które przedtem stało pod oknem kuchennym w domu rodzinnym Ellen, naprzeciwko Åldersro. Siedziała wyprostowana na twardym krześle, spędzając większość czasu na patrzeniu przez okno.
– Dobrze wam wczoraj poszło?
Ellen kiwnęła głową. Ucieszyła się, że mama pamięta, co się działo. Demencja pojawiła się stopniowo i na tyle powoli, że początkowo było trudno orzec, czy nie chodzi tylko o zwyczajne problemy z pamięcią. Gubiła klucze. Potrzebowała całego przedpołudnia, żeby znaleźć portfel. Po pewnym czasie było coraz bardziej ewidentne, że chodzi o coś więcej niż tylko zapominanie. A w ostatnich miesiącach ten proces przyspieszył. Gdy zapomniała o garnku na kuchence i omal nie podpaliła domu, Ellen z Gabrielem zdali sobie sprawę, że Aino już nie może mieszkać sama we własnym domu, choć miała tylko sześćdziesiąt sześć lat.
– Dobrze. Gabriel jest świetny.
Ellen pogładziła mamę po policzku. Aino była wciąż piękna. Kruchą, eteryczną urodą, którą zawsze czarowała wszystkich z jej otoczenia. Jej blond włosy posiwiały, ale nadal opadały aż do pasa.
– To doskonale.
– Chcesz zjeść śniadanie tu czy ze wszystkimi?
– Chyba mam dziś dobry dzień? – spytała. – Nie wmawiam sobie, naprawdę mam dobry dzień?
– Nie wmawiasz sobie. Naprawdę dobry. To co powiesz na trochę towarzystwa? Cmentarz się stąd nie wyniesie, później się na niego pogapisz.
– Żarty sobie stroisz ze starej matki. Nie gapię się na cmentarz, tylko na żałobę, która nad nim zalega ciężko. Wiele osób boi się żałoby, a ja nauczyłam się od mojej matki, jej matki i jeszcze jej matki, że żałobę trzeba przyjąć do siebie.
– Już to słyszałam, nawet aż za często – odparła Ellen. – I proszę, żebyś mi znów nie opowiadała tej starej rodzinnej historii. A teraz idziemy, dopilnuję, żebyś dostała kanapkę z serem i ogórkiem, a jeśli ci się poszczęści, to Erlend poczuje natchnienie i zagra ci na pianinie Pärleporten.
– „Bramę do nieba”? Znów sobie ze mnie żartujesz. Niedobre dziecko.
Jednak uśmiechała się, wstając z trudem. Zawsze się ze sobą przekomarzały przyjaźnie przez te wszystkie lata, kiedy były tylko we dwie.
– Może dałby się przekonać i zamiast tego zagrał coś z Elli Fitzgerald?
– Jeśli ktoś potrafi to zrobić, to tylko ty, mamo. On ma do ciebie słabość.
– Boże, przecież on ma przeszło osiemdziesiątkę. Po co mi taki stary dziad?
– Sama widzisz, dla niego ty jesteś małolatą.
– E tam, niemądre dziecko.
Ellen pocałowała matkę w policzek. To dobry dzień.
Przychodnia w Tanumshede mieściła się w niskim ceglanym budynku. Erica zaparkowała i ostrożnie wyjęła z auta nosidełko z Norą. Córeczka zasnęła podczas jazdy, jej długie rzęsy tworzyły wachlarzyki na pucołowatych policzkach. Kaszlnęła, co przypomniało Erice, po co tu przyjechały, i kazało przyspieszyć kroku do wejścia.
Erica nie cierpiała przychodni, zresztą wszelkich placówek ochrony zdrowia. Powody, żeby tu się zjawić, nigdy nie były przyjemne. A jednak od urodzenia się Nory często tu bywała. Niepokój o córeczkę zakorzenił się u Eriki jeszcze podczas ciąży, gdy spędzała wiele bezsennych godzin na googlowaniu. Czytała długie listy ewentualnych komplikacji i problemów zdrowotnych ciągnących się przez całe życie. Jednak do tej pory mieli szczęście. Nora okazała się zdrowym noworodkiem o silnym sercu. Mimo to Erika nie potrafiła przestać się niepokoić.
Magdalena Bergström otworzyła im i przytrzymała drzwi.
– Cześć. Wchodźcie, przyjrzymy się Norze.
– Cześć, Magdaleno. Bardzo ci dziękuję, że nas przyjęłaś, chociaż w zasadzie macie zamknięte…
– E tam, i tak siedziałam tu nad papierami.
Wchodząc do środka, Erica poczuła aż śmiesznie znajomy zapach. Była to woń plastiku, chemikaliów i środków czyszczących.
– Możemy wejść tutaj. Trochę się tu zadomowiłam.
Magdalena skinęła w stronę jednego z gabinetów i uśmiechnęła się tym swoim szerokim uśmiechem z dołeczkami.
– O, widzę więcej roślinek, niż kiedy tu byłam ostatnim razem?
Erica rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. Ten sam brudnożółty kolor ścian co w poczekalni, te same nieciekawe dekoracje i pokryta papierem obowiązkowa zielona leżanka wzdłuż jednej ściany. Jednak rośliny doniczkowe w sporej liczbie złagodziły sterylne wrażenie.
– Chciałabym mieć trochę kwiatków, dla koloru, ale ze względu na pacjentów z alergią musiałam zadowolić się zielonymi roślinami.
Magdalena usiadła przy biurku na krześle z jakiegoś nieładnego jasnego drewna i gestem zaprosiła Erikę, żeby zajęła miejsce naprzeciwko.
– Co się dzieje z naszą ślicznotką?
– Kaszle – odparła Erica i spojrzała zmartwiona na Norę, która akurat dostała ataku rzężącego kaszlu, tak gwałtownego, że się obudziła.
– Ojej, ależ ty kaszlesz, kochana.
Magdalena wstała, wyjęła Norę z nosidełka i uśmiechnęła się do niej. Podała ją Erice i sięgnęła po stetoskop. Erica podciągnęła dziecku koszulkę z przodu.
Nora zaprotestowała lekko, gdy poczuła zimny metal dociśnięty do piersi, ale szybko się uspokoiła. Magdalena posłuchała jej w milczeniu. Następnie sięgnęła po termometr i włożyła małej do lewego ucha. Spojrzawszy na cyfrowy wynik, uśmiechnęła się uspokajająco do Eriki.
– Wydaje się, że wszystko dobrze i nie ma gorączki. Teraz jest dużo wirusów, pewnie rodzeństwo przyniosło coś z przedszkola. Jest tak malutka, że nie zalecę żadnych lekarstw, bo jest za mało dowodów, że działają na takie kruszynki. Natomiast powinnaś dopilnować, żeby dostawała dużo płynów. Może mogłabyś kupić nawilżacz powietrza i postawić obok jej łóżeczka, przydałoby się również, żebyś posiedziała z nią w łazience, puszczając gorącą wodę z prysznica. Para pomogłaby uwolnić śluz.
Magdalena spojrzała przyjaźnie na Ericę.
– Nora się bardzo dobrze czuje. Nie licząc zwykłego kaszlu.
– Na pewno?
– Na pewno. I przestań googlować.
Erica się uśmiechnęła.
– Tak, wiem. Ciągle nie mogę przestać się niepokoić.
Magdalena pochyliła się lekko nad biurkiem.
– Będzie dobrze – powiedziała. – Wszystko w porządku. To zdrowa i silna dziewczynka.
Erica odetchnęła z drżeniem.
– Dziękuję, Magdaleno. Jesteś dla mnie prawdziwym oparciem. Zrobiła się ze mnie taka okropna osoba, która przy najbłahszych objawach przychodzi tutaj i zabiera innym cenny czas. Nawet w niedzielę. Po tym jak pracowałaś za granicą, na pewno uważasz, że jesteśmy beznadziejni, kiedy zjawiamy się z najdrobniejszymi dolegliwościami.
Magdalena pokręciła głową.
– Możesz zawsze przyjść. Dla mnie taki kaszel jest całkiem przyjemną odmianą po przypadkach tyfusu i dyzenterii.
– Trudno ci było zostawić to wszystko za sobą? Po tylu latach pracy z Lekarzami bez Granic przychodnia w Tanumshede musi ci się wydawać… mało znacząca.
Magdalena uśmiechnęła się i znów pokręciła głową. Spojrzała na Norę, która nagrodziła ją szerokim uśmiechem.
– Są granice ludzkiej wytrzymałości na nieszczęście i cierpienie. U mnie tę granicę wyznaczyły dzieci, które mi umarły na rękach. A dałoby się je uratować, gdyby urodziły się gdzie indziej. Zresztą nie było nikogo innego, kto zająłby się moją mamą, kiedy jej stwardnienie zanikowe boczne stało się zaawansowane.
Magdalena nachyliła się i pogłaskała Norę po okrągłym policzku.
– Byliście wczoraj w restauracji Gabriela?
– Tak, cudownie było wyjść tylko we dwoje. A jedzenie było fantastyczne.
– Oby im się udało. Otwieranie w Fjällbace restauracji z ekskluzywnym jedzeniem to spore wyzwanie. Ale skoro restauracje na pustkowiu, takie jak Äng i Fäviken, potrafiły przyciągnąć klientów, to pewnie wszystko jest możliwe.
– O, nie wiedziałam, że jesteś smakoszką.
Erica umieściła i przypięła Norę w nosidełku.
Magdalena poprawiła koński ogon.
– Z braku faceta życie wypełnia mi jedzenie.
– Niemożliwe, żebyś nie miała wielbicieli. Pewnie jesteś za bardzo wybredna.
– Nie każdy ma takie szczęście jak ty. Podaż jest tu niewielka. Wszyscy są albo żonaci, albo mieszkają z mamusią.
Erica zaśmiała się, ale zaraz spoważniała, patrząc na Magdalenę.
– Masz jakiś kontakt z dawnymi kolegami i koleżankami?
Magdalena pokręciła głową.
– Nie, straciliśmy się z oczu, kiedy wyprowadziłam się po maturze. Pomyśleć tylko, że Ellen i Gabriel się pobrali. Nigdy bym w to nie uwierzyła.
Erica chrząknęła.
– Jocke jest świeżo po rozwodzie. Wrócił do Fjällbacki zaraz przed początkiem lata, ale pewnie o tym wiesz.
Magdalena podniosła ręce w obronnym geście.
– Proszę cię, bez tego znaczącego spojrzenia. To było trzydzieści lat temu. Nie widziałam go od mojego powrotu. Pewnie mu się przerzedziły włosy na głowie, ma spory brzuch i grube okulary.
Erica uśmiechnęła się pod nosem. W Fjällbace wszyscy wiedzieli, co dawniej było między Jockem a Magdaleną. Młodzieńcza miłość, która – jak wierzyli – mogłaby przetrwać. Jocke zrobił karierę w kanadyjskiej lidze NHL, a potem miał sporo udanych inwestycji. Teraz wrócił, starszy i bogatszy – i wciąż się podobał.
– Muszę cię niestety rozczarować. Jest jeszcze przystojniejszy. Urok siwizny na skroni, wyćwiczone ciało…
Magdalena pokręciła głową.
– Nie kusi mnie. Dawne dzieje, lepiej do tego nie wracać. A ty jedź do domu i włącz gorący prysznic dla małej.
Erica spojrzała na nią.
– Wczorajsze oficjalne otwarcie odbyło się w trzydziestą rocznicę zaginięcia Sofie.
Magdalena odetchnęła, co zabrzmiało jak westchnienie.
– Tak, widziałam. Nawet było o tym w Nyhetsmorgon. – Odwróciła się do biurka, ale po chwili ciągnęła: – Po jej zniknięciu już nic nie było takie jak przedtem. Byłyśmy ze sobą tak blisko: ja, Ellen i Sofie. Ale została po niej wyrwa i pytania bez odpowiedzi… Wydaje mi się, że wtedy zmieniło się życie nas wszystkich. Powinnam była wrócić z nią do domu w tamten wieczór, żeby nie wychodziła z imprezy sama. Ale byłam nastolatką. Młodziutką i głupiutką. Samolubną. Gdybym z nią poszła, to może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Erica położyła dłoń na ramieniu Magdaleny.
– Łatwo być mądrym po szkodzie. Jedynym człowiekiem, który za to odpowiada, jest ten, który ją uprowadził.
Nora znów się rozkaszlała, był to długi, przeciągający się atak.
– Puść gorącą wodę w prysznicu. Podawaj jej dużo płynów. I postaw obok niej nawilżacz powietrza – powtórzyła Magdalena, głaszcząc policzek Nory, która obdarzyła ją bezzębnym uśmiechem. – Dużo pieszczot.
– Jesteś wspaniała.
Poszły razem do drzwi wejściowych, Magdalena je otworzyła. Erica posłała jej całusa, Magdalena odpowiedziała tym samym, ale jakby bez przekonania. Jej wyraz twarzy mówił Erice, że Magdalena jest myślami zupełnie gdzie indziej.
– Zdaje się, że wczoraj się udało!
Bengt Hagman wydawał się zajmować swoją osobą całą przestrzeń. Allan, który był średniego wzrostu, czuł się przy nim malutki. Drobniutki. Była to nie tylko kwestia wzrostu prawie dwumetrowego Bengta i jego masywnej budowy. Również jego głos zdawał się wypełniać pomieszczenie do ostatniego milimetra kwadratowego.
– Dobrze było – odparła Yvonne. – Trochę chorób wieku dziecięcego plus to, że Gabriel jest perfekcjonistą i nigdy nie jest zadowolony. To jednak podstawowy warunek dla szefa kuchni, który celuje wysoko jak on.
– Perfekcjonistą, właśnie. Widać to wyraźnie w naszym bilansie. Remont Gröna Lid kosztował o dwa miliony więcej, niż zakładaliśmy.
Allan zaczął się wiercić. Nie cierpiał rozmów o pieniądzach. Tak samo jak nie znosił tego, że jest zależny od inwestycji Bengta i Jockego. Dobrze im się powodziło, jemu i Yvonne, sprzedaż restauracji z owocami morza, którą przez wiele lat prowadził przy rynku, przyniosła mu pokaźną sumę. Jednakże niewystarczającą do sfinansowania samodzielnego przedsięwzięcia Gabriela.
– Przyjrzymy się liczbom – zapewniła Yvonne. – Zobaczymy, na czym można by zaoszczędzić. Teraz najważniejsze jest zaufanie do Gabriela. Musi się skupić, żeby móc dowozić.
Jak dla Allana jej głos zabrzmiał trochę za bardzo natarczywie. Bengt i jego żona Gun byli ich najbliższymi przyjaciółmi od wielu lat, jeszcze z czasów, zanim Sofie i Jocke poszli do tej samej szkoły, mimo to w głosie Yvonne, gdy z nimi rozmawiała, dał się zawsze wychwycić jakiś ton służalczości. Imponowały jej ich pieniądze, ich pozycja. Bengt już w latach osiemdziesiątych stworzył od podstaw odnoszącą sukcesy firmę importową, w Fjällbace uchodził dziś za człowieka, który może sobie kupić, co tylko zechce. Dla Allana takie rzeczy były bez znaczenia, natomiast dla Yvonne najważniejszy był zawsze wizerunek.
Bengt spojrzał na Yvonne, potem na Allana.
– To oczywiste, że mamy zaufanie do Gabriela. A wczorajsza kolacja była wielką przyjemnością. Powiedziałbym tylko, że premiera akurat w tym dniu nie była może odpowiednim pomysłem. Oczywiście współodczuwamy z wami i rozumiemy, że musiało wam być wczoraj wyjątkowo ciężko, ale…
Yvonne wpadła mu w słowo i choć raz odpowiedziała ostro.
– Moment był jak najbardziej odpowiedni. To był ładny sposób upamiętnienia Sofie.
– My też tęsknimy za Sofie – odezwał się Bengt z drżeniem w tubalnym głosie. – To była miła dziewuszka. I wierzcie mi, tyle razy myślałem sobie, że gdybyśmy nie poszli w gości tamtego wieczora, żeby Jocke mógł urządzić tę nieszczęsną imprezę, to może… Ale i Jocke, i ja uważaliśmy… Zresztą, dajmy temu pokój, co się stało, to się stało, a wczorajsza premiera poszła dobrze.
W tym momencie przybiegł Gabriel. Miał zaróżowione policzki, a jego fryzura choć raz nie była idealna.
– Pierwsza recenzja! Kogoś z „Göteborgs-Posten”. To na pewno ta para, która siedziała w kącie sali, wydawało mi się, że kobieta notowała coś na swoim telefonie! Posłuchajcie:
Czy otwieranie ekskluzywnej restauracji w małej Fjällbace ma sens? Przez dziesięć miesięcy w roku jest tu tysiąc mieszkańców, a kilkadziesiąt tysięcy przez zaledwie dwa miesiące. Czy pochodzący z Fjällbacki szef kuchni Gabriel Rudberg jest w stanie serwować jedzenie na poziomie, który przyciągnie klientów do małej miejscowości sto trzydzieści kilometrów na północ od Göteborga? Otóż odpowiedź to: zdecydowanie tak. Przystawka z przegrzebka w sosie szafranowym z emulsją bazyliową roztapia się na języku. To tak, jakby się jadło kawałek morza. Danie główne, czyli zaskakująco rustykalna makrela smażona na maśle z dodatkiem gorącego sosu ogórkowego, oliwy zaprawionej czosnkiem niedźwiedzim i sosu śmietanowego, podnosi tę zwyczajną rybę na poziom, którego nigdy bym się nie spodziewała. Spróbowaliśmy również zupy z homarców ugotowanej na bulionie, co pokazuje, że kucharz rozumie znaczenie balansu między smakami. Podano ją z kruszonką z wodorostów. Ta czarna, dość brzydka roślina, która wydaje się trudna do ujarzmienia, została później podana również w postaci – uwaga! – lodów. Lekka słoność lodów pochodząca z wodorostów stanowiła idealne uzupełnienie dla smaku kruchego ciasta migdałowego. Złapałam się na tym, jak głośno powiedziałam mojemu towarzyszowi, że chyba odkryłam idealny deser. Gabriel Rudberg nie dość, że »dowozi«, to jeszcze przeszedł oczekiwania wybrednej, zblazowanej recenzentki kulinarnej. Co już nie zdarza się zbyt często. Chapeau bas i oby ta bardzo ryzykowna inwestycja się opłaciła. To restauracja wysokiej klasy międzynarodowej i chyba się nie mylę, że wkrótce będziemy świadkami nowej formy zagranicznej turystyki do Fjällbacki. Smakoszy z całego świata, którzy będą pielgrzymować, żeby zjeść właśnie tu. Brawo!
Yvonne krzyknęła głośno. Allan podniósł się powoli, nie potrafił okazywać radości równie spontanicznie jak jego żona, ale pękał z dumy. Opadły go wspomnienia z godzin spędzonych w kuchni z dorastającym Gabrielem i aż go rozsadzało od środka.
I choć stał przed nim dorosły mężczyzna, to Allan nagle widział tylko chłopca.
Swojego Gabriela.
– Gratulacje, chłopie! – Bengt długo ściskał rękę Gabriela. – Dobra robota! Dobra robota! Wiedziałem, że mam rację, stawiając na ciebie!
Spojrzenia Allana i Yvonne skrzyżowały się. Tyle spędzonych wspólnie lat, tyle wspólnego bólu dawniej i teraz. W tym momencie wszystko zostało zapomniane.
Allan podszedł do Gabriela. Spojrzeli na siebie w milczącym porozumieniu. W tym momencie wyraźna była ich wzajemna miłość, której nigdy nie potrafili wyrazić słowami, a przecież zawsze obecna mimo trudnych chwil. Allan objął syna i wtedy popłynęły łzy. Po raz pierwszy od trzydziestu lat.
Zakończenie roku szkolnego. Co mam powiedzieć? Zaczęłam poranek od awantury z mamą.
Miałam zamiar włożyć neonowożółty krótki top i białą falbankową spódnicę. Megaładnie. Opalałam się w ogrodzie przez kilka weekendów, żeby nabrać odpowiedniego koloru. Ale mama zrobiła aferę. Zmusiła mnie, żebym włożyła sukienkę. Nienawidzę jej.
Rzecz jasna nikt nie miał uwag do stroju Gabriela, który ubrał się w te same dziwne czarne ciuchy co zwykle. Do tego kajal. Wygląda jak jakiś kretyn, ale nikt nie powie tego głośno. Za to mój krótki top jest „nieodpowiedni”. Cholerna niesprawiedliwość.
Cieszę się i jednocześnie żałuję, że to koniec szkoły. Z Ellen i z Magdaleną spotykałyśmy się codziennie, odkąd tylko poszłyśmy do szkoły. One też idą do liceum w Strömstad, ale nie będziemy w jednej klasie. Ellen wybrała profil socjalny, ja ekonomiczny, a Magdalena oczywiście przyrodniczy. Zawsze była z nas najbystrzejsza.
Tak czy inaczej, dziś wieczorem spotkamy się na Badholmen. Ellen powiedziała, że możemy się wyszykować u niej. Poproszę Aino, żeby mi pomogła uczesać się w koński ogon. Kompletnie sobie z nim nie radzę. Za to wieczorem włożę mój krótki top i spódnicę. Wsunę do torby i się przebiorę, tylko muszę pamiętać, żebym przed powrotem do domu znów włożyła sukienkę.
Mam nadzieję, że mu się spodobam. Chyba podobała mu się ta niebieska krótka sukienka z zeszłej soboty, a żółty top jest jakby w tym samym stylu. Niesamowite, że można się aż tak zakochać. Jakiś tydzień temu obejrzałam na wideo „Błękitną lagunę”. Może to jedyny sposób, żebyśmy mogli być razem. Gdybyśmy tak utknęli na bezludnej wyspie. Tylko we dwoje.
Bez nikogo innego.
– TRZY DNI i już jest zgoda na ekshumację? Komu z prokuratury pomogłeś w ukryciu zwłok? – Farideh Mirza skrzyżowała ramiona na piersi i patrzyła ze zdumieniem na Patrika.
– Występowałem już parę razy wcześniej z takimi prośbami i zawsze okazywały się uzasadnione. A więc przypuszczam, że mają do mnie zaufanie w sprawach o ekshumację. Pomocne jest również i to, że z oczywistych powodów mamy zgodę żony.
Patrik wskazał na Edith Lomander, która stała na cmentarzu kawałek dalej. Próbował ją odwieść od przyjścia, ale nalegała. Zresztą cmentarz to miejsce publiczne, a kobieta nie została zatrzymana, zatem nie mógł zrobić wiele więcej, niż zdecydowanie jej to odradzić.
– Myślisz, że powiedziała prawdę? Rzeczywiście zamordowała męża, podając mu glikol?
Patrik wzruszył ramionami.
– Nie mam powodu wątpić w jej słowa.
– A dzieci? – spytała Farideh. – Co one na to? Nie miały zastrzeżeń? Wobec odkopania ich ojca?
– Dzieci wydają się zainteresowane przede wszystkim tym, aby matka opuściła ich dom rodzinny, a one mogły go sprzedać. Wydaje się, że mniej ważne dla nich jest to, czy trafi do więzienia, czy domu opieki.
– O kurde. – Farideh pokręciła głową i spojrzała w stronę Edith Lomander. – Pomyśl tylko, rodzi i wychowuje dzieci, a potem odkrywa, że są paskudnymi, chciwymi ludźmi. I cały czas, jaki im poświęciła, poszedł na marne.
– Dzieci to loteria. Można się tylko starać ze wszystkich sił i liczyć, że to wystarczy.
Dzień był piękny, prawie gorący jak na tę porę roku, co tylko czyniło tę historię na cmentarzu jeszcze bardziej absurdalną. Patrik i Farideh stali dziesięć metrów od grobu i przyglądali się pracy koparki.
Cmentarz był położony w centrum miejscowości, poniżej majestatycznego granitowego kościoła widocznego z każdego miejsca w Fjällbace. Grób Tagego Lomandera znajdował się w dolnej części, gdzie rzędy mogił zostały odgrodzone ładnymi żywopłotami. Pęknięty nagrobek i brak kwiatów świadczyły o tym, że od pogrzebu, który odbył się trzy dekady temu, nikt o niego specjalnie nie dbał.
– Co mówi Mellberg? Morderstwo sprzed trzydziestu lat.
Podszedł do nich lekko zasapany Martin Molin. Pojawienie się w jego życiu niemowlęcia znacznie ograniczyło jego przebieżki i widać było po nim skutki krótkiego spaceru przez cmentarz.
Patrik rozłożył ręce.
– Odkąd Rita zakończyła leczenie z dobrymi widokami na przyszłość, zgodziłby się pewnie, żebym rozkopał cały cmentarz, i nawet by się nie skrzywił.
Oczy Martina zabłysły, kiedy się uśmiechnął.
– Masz rację – powiedział, a potem zwrócił się do Farideh. – I co dalej? Jak już wykopiecie trumnę?
– Zabierzemy ją do Zakładu Medycyny Sądowej. Przeprowadzimy badania toksykologiczne. Przecież wiemy, czego szukamy. I owszem, jeśli okaże się, że jest dostateczna ilość materiału do przebadania i będzie on zawierał to, o czym mówi jego żona, być może kobieta trafi na starość do więzienia.
Martin spojrzał na Edith Lomander, która stała nieruchomo, obserwując rozkopywanie grobu.
– Jakie są szanse, że da się odkryć ślady substancji?
– Dość duże. Na przykład za pomocą chromatografii gazowej i spektrometrii mas jesteśmy w stanie znajdować nawet najmniejsze ilości substancji chemicznych. Będziemy przypuszczalnie analizować kości, zęby albo włosy, bo w zależności od warunków panujących w grobie pewnie nie zostało zbyt wiele tkanek miękkich.
– W każdym razie dałem pani Edith nazwisko dobrego adwokata – odezwał się cicho Patrik. – Piekło, które przeżyła, musi podziałać jak okoliczność łagodząca. A fakt, że nie musiała się przyznawać, świadczy na jej korzyść. Mogła zabrać tę tajemnicę do grobu.
– Jednak mordowanie męża nie jest w porządku. Dlatego Pan Bóg wynalazł rozwody – zauważyła sucho Farideh.
Patrik i Martin wymienili spojrzenia. Patrik usiłował sobie przypomnieć, czy Farideh jest rozwiedziona. Zdał sobie sprawę, że nie wie za wiele o techniczce kryminalistyki Farideh Mirzie.
Trumna została teraz wydobyta na pasach z dołu i postawiona obok na ziemi.
Technicy Farideh, ubrani w zwyczajowe białe kombinezony, podeszli do trumny. Jeden spojrzał w głąb grobu, w którym się przedtem znajdowała, i nagle zaczął wymachiwać rękami.
– Co jest?
Patrik spojrzał pytająco na Farideh, która zmarszczyła brwi.
Technik przywoływał ich, kiwając ręką, i wołał coś, czego nie usłyszeli. Pozostali też zaczęli wymachiwać rękami.
– Chyba coś znaleźli – powiedziała Farideh, idąc tam raźnym krokiem.
Patrik i Martin musieli podbiec, żeby za nią nadążyć.
Podeszli do otwartego grobu i spojrzeli tam, gdzie wskazywali technicy. Patrik wyciągnął szyję i pochylił się, chcąc przyjrzeć się z bliska. Poczuł, jak mu się jeżą włosy na całym ciele, jakby go prąd przeszedł. Z ziemi i spomiędzy suchych gałęzi sosnowych, które nie zgniły do końca, wystawała kość dłoni. Na niej pierścionek, który poznał. Bo widział go wiele razy.
– O kurwa.
Martin aż pobielał na twarzy. Mocno chwycił ramię Patrika, wlepiając wzrok w dziurę.
– Proszę odgrodzić miejsce – poleciła władczym głosem Farideh. – I wezwijcie więcej techników. Nie wolno nam popełnić żadnego błędu.
Ona i Patrik spojrzeli na siebie.
Znaleźli Sofie Rudberg. Leżała tu przez trzydzieści lat. W cieniu wielkiego granitowego kościoła.
Ludzie tak się boją smutku. Jakby był czymś, czego należy unikać za wszelką cenę. A smutku nie da się uniknąć. Jest częścią życia tak samo jak szczęście i radość. Dawniej ludzie wiedzieli o tym. Jak i o tym, że dzieci czasem umierają. Że życie może się skończyć w każdej chwili. Była to część codzienności. Odbywało się żałobę. I żyło się dalej. Dzisiejsi ludzie więzną w smutku, który zjada ich od środka, albo ciąży nieznośnie nad wszystkim, nie przepuszczając choćby odrobiny światła.
Aino Lönnrot spojrzała w okno. Coś się odbywało na cmentarzu. Samochody policyjne, ludzie w dziwnych strojach niczym kosmici. Czuła aż do szpiku kości ten smutek bijący z cmentarza. Nie ten, który zazwyczaj unosił się spokojnie nad szarymi nagrobkami.
Dziś było to coś innego. Przeszywający, dojmujący smutek domagający się jakiegoś ujścia.
Podniosła się powoli i rozejrzała za swoim swetrem. To był dobry dzień. Taki, gdy widziała wszystko tak wyraźnie jak przez soczewki korekcyjne. Nie wiedziała, jak długo to potrwa. Czasem trwało kilka godzin, w najlepszym wypadku cały dzień. A czasem tylko kilka minut. I nigdy się nie orientowała, kiedy znów nadejdzie mgła. Wiedziała tylko, że otuli ją wcześniej czy później. Dlatego powinna się pospieszyć. Póki wciąż wie, że jest potrzebna i może się przydać.
Znalazła sweter leżący na łóżku. Porządnie złożony. Kiedyś należał do jej matki, która zrobiła go sama na drutach. Nosząc go, Aino czuła w każdym oczku obecność matki. I zapachy Karelii. Miała tylko dwa lata, gdy matka wyjechała z nią do Szwecji, ale tak się nasłuchała opowieści stamtąd, że stały się dla niej wspomnieniami.
Poczucie smutku narastało i Aino włożyła pospiesznie sweter. Smutek należy puścić, uwolnić. Matka mówiła jej zawsze, że słuch to ostatni zmysł opuszczający zmarłego, dlatego zadaniem płaczek było pomóc, by smutek zmarłych stał się słyszalny. Również po śmierci.
Aino wyjrzała ostrożnie na korytarz. Cisza i spokój, tylko z jednego pokoju dochodziły dźwięki telewizora. Cicho pospieszyła do drzwi wyjściowych. Na dworze zaciągnęła poły swetra, chociaż była piękna pogoda, po czym poszła w stronę bramy cmentarza. Nikt nie zwracał na nią uwagi, wszyscy byli zajęci swoimi sprawami.
Weszła na cmentarz i na chwilę przystanęła, odetchnęła i nabrała powietrza razem ze smutkiem. W głębi cmentarza stała przy jakimś grobie grupka ludzi i Aino ruszyła szutrową ścieżką w tamtym kierunku, ale zatrzymała się, gdy dotarła do grobu niemieckich żołnierzy. Nie musiała iść dalej. Już w tym miejscu czuła całą sobą ich wypłakujące się i żalące dusze. Jeden był starszy, drugi młodszy. Jednemu już kiedyś śpiewała.
Wyczuwała ich tak wyraźnie, jakby ich widziała stojących przed nią z wyciągniętymi rękami, żarliwie proszących o pomoc, o wyzwolenie ze smutku z powodu przedwczesnej śmierci. Smutek u zmarłych przedwcześnie był inny niż tych, którzy dość przeżyli. Był ostrzejszy, bardziej szorstki, rwący aż do kości.
Aino odetchnęła głęboko, powietrze przeszyło krtań aż do płuc. Znalazło smutek i właściwą melodię do jej uwolnienia głęboko w środku, gdzie teraz zamieszkały ich dusze. I zaśpiewała. Wyśpiewała dźwięki, które wzniosły się pod błękitne niebo, które popłynęły nad cmentarzem aż do ich doczesnych szczątków. Niosły ze sobą smutek dusz, rozwiewany przez wiatr.
Z każdym dźwiękiem i z każdym fragmentem melodii – ich i tylko ich melodii – smutek stawał się lżejszy do dźwigania. W jej pieśni było wiele pokoleń płaczek, jej matka, babka, prababka i jeszcze dalej w przeszłość. Towarzyszyły jej w śpiewie płaczki z kilkuset lat wstecz. Śpiewała wraz ze zmarłymi, dla zmarłych i ich bliskich. Śpiewała dla śmierci. I dla życia. Śmierć była jedynie początkiem.
W jej świadomości poruszyło się jakieś wspomnienie. Pogrzebane dawno temu i schowane głęboko pod zwątpieniem i utraconą miłością. Usiłowała je pochwycić. Wydobyć na powierzchnię. Jednak wtedy nadeszła i otuliła ją mgła.
– Gdzie jest Mellberg?
Martin wziął drożdżówkę z talerza wystawionego przez Annikę.
– Już jedzie, oboje z Ritą wylądowali wczesnym rankiem.
Patrik zerknął na talerz, ale starał się opanować. Jego obwód w talii zaczął ostatnio w niepokojący sposób żyć własnym życiem.
– Czy tylko mnie trudno jest wyobrazić sobie Bertila na leżaku na Gran Canarii? – spytał Martin, siadając na jednym z krzeseł pod oknem.
– Ledwo go teraz poznaję – parsknęła Annika. – Nigdy bym nie uwierzyła, że to powiem, ale prawie mi brak dawnego naburmuszonego Bertila Mellberga.
Jak na dany sygnał pojawił się najpierw wielki pies Ernst, a potem w drzwiach stanął bohater ich rozmowy. Annika nalała Ernstowi wody do miski.
Patrik odwrócił się do Mellberga i był bliski zakrztuszenia się kawą. Szef wyglądał zupełnie inaczej. Zdążyli się przyzwyczaić, że od czasu leczenia Rity golił głowę. Za to cerę miał jak nową. Opalenizna Mellberga miała taki odcień, że „Słoneczny Doktor”3 wydawał się przy nim blady jak trup.
– Ładna… opalenizna…
Martin przygryzł wargę, żeby się nie roześmiać.
– Olej kokosowy! Na tym polega trik. Co rano smarowałem się olejem kokosowym.
Jego ukochana Rita właśnie wygrała z rakiem, jednak Mellberg najwyraźniej nie przewidywał, żeby miał się martwić rakiem skóry.
Tuż za Mellbergiem wszedł Gösta Flygare, który drgnął na widok szefa.
– Ojej!
– Wiem! Wyglądam świeżo jak pączek róży! Słońce i piña colada, Boże, gdybym wiedział, jak cudowna jest taka wyprawa na Wyspy Kanaryjskie, zrobiłbym to dawno temu!
– Czy Paula przyjechała razem z tobą?
Patrik rozejrzał się za koleżanką, której brakowało do ich pełnego składu.
– Zaraz przyjdzie.
Mellberg usiadł na zwykłym miejscu, a Ernst ułożył się u jego nóg, kładąc na nich łeb.
W tym momencie Mellberg dostrzegł talerz z drożdżówkami i złapał jedną, leżącą na wierzchu.
– Wreszcie jakieś prawdziwe jedzenie! To właściwie moje jedyne zastrzeżenie do zagranicy. Ciągle te pieprzone tapas, rano, w dzień i wieczorem. Dobrze, że Rita mnie trochę przyzwyczaiła do egzotyki, ale jeść to codziennie… Nie, dziś będzie śledź z kartoflami purée.
Weszła pospiesznie „bonusowa” córka Mellberga, Paula Morales.
– Przepraszam, musiałam wstąpić do toalety. Już zaczęliście?
– Nie, czekaliśmy na ciebie – odpowiedział Patrik. – Czyli jesteśmy wszyscy. Mam zaczynać?
Spojrzał pytająco na Mellberga, który był szefem komisariatu, chociaż wszyscy oprócz niego wiedzieli, że w praktyce pracą kierował Patrik.
– Przecież byłem na urlopie, więc mów. Ja muszę mieć taki łagodniejszy początek. Boże, co to się dzieje, jak człowieka nie ma. Kurde, bardzo posiwiałeś, Hedström. Uważaj, żeby cię małżonka nie wymieniła na młodszy model.
Martin zdusił chichot i Patrik spojrzał na niego gniewnie. Jednocześnie zauważył, że Mellberg sięgnął po następną drożdżówkę.
– A więc. – Patrik chrząknął. – W niedzielę pojawiła się w komisariacie niejaka Edith Lomander, by się przyznać, że trzydzieści lat temu zamordowała męża. Trzeba było rzecz jasna zweryfikować jej twierdzenie, dlatego wystąpiłem o zgodę na ekshumację, którą przeprowadziliśmy dziś rano. No i po wykopaniu trumny z mężem tej pani znaleźliśmy pod spodem coś, co znajdowało się pod przykryciem z gałęzi sośniny. Czekamy oczywiście na potwierdzenie z Zakładu Medycyny Sądowej, jednak szkielet, który tam znaleźliśmy, to najprawdopodobniej szczątki Sofie Rudberg.
Informacja była wprawdzie znana większości obecnych, ale wszyscy byli poruszeni.
Mellberg odłożył na wpół zjedzoną drożdżówkę.
– Sofie zniknęła bez śladu trzydzieści lat temu – ciągnął Patrik – i przypuszczam, że wszyscy macie świadomość, z jaką uwagą ta sprawa była traktowana również na poziomie ogólnokrajowym. Ostatnio w związku z trzydziestą rocznicą jej zaginięcia, która przypadła w zeszłą sobotę.
Annika powoli pokręciła głową. Jej filiżanka z kawą stała nietknięta.
– Biedna dziewczyna – odezwała się. – Rodzina już wie?
– Jeszcze nie – odparł Patrik. – Chciałbym do nich pojechać zaraz po naszym zebraniu, w Fjällbace pogłoski rozchodzą się szybko, a wolałbym, żeby dowiedzieli się od nas.
Gösta wstał, żeby napełnić filiżankę, był wyraźnie poruszony.
– Pomyśleć, że w końcu ją znaleźliśmy – powiedział.
Ręka mu lekko drżała, gdy trzymał dzbanek.
Patrik przytaknął.
– Tak, trzydzieści lat to kawał czasu. Stoimy przed poważnym zadaniem, by w końcu – oby – ustalić, co się stało z Sofie. Gösta, brałeś udział w ówczesnym dochodzeniu, będziesz dla nas ważnym źródłem informacji.
Gösta, który właśnie znów usiadł, kiwnął głową. Annika chrząknęła, a Patrikowi wydało się, że chciała tym chrząknięciem przykryć szloch.
– A więc w pierwszej kolejności musimy zawiadomić rodzinę – powiedział, zerkając na talerz z drożdżówkami. Domowym wypiekiem Anniki. Zaburczało mu w brzuchu.
– Gösta, ty ich znasz, więc pojedziesz ze mną. Po powrocie znów się tu wszyscy spotkamy.
– Nie wiem, czy ja… – zaczął Gösta, ale urwał.
Patrik spojrzał pytająco, wtedy Gösta wzruszył ramionami.
– Oczywiście, jadę z tobą.
Patrik zabrzęczał kluczykami do samochodu.
– To miejmy już to za sobą.
Gösta westchnął ciężko i wstał.
– Znów znaleźliśmy Aino na cmentarzu. – Gun spojrzała surowo na Ellen znad okularów. – Wiesz, że nie ma możliwości, żebyśmy jej pilnowali na okrągło, więc nie jestem pewna, czy to jest dla niej odpowiednie miejsce.
Ellen odłożyła papiery, których i tak nie miała siły przejrzeć. Znowu to samo.
– Gun, proszę, już rozmawiałyśmy na ten temat, czuwam nad mamą.
– Przecież nie możesz być tutaj przez cały czas.
Rozłożyła ręce, a kilka kartek spadło na ziemię.
– Ona nigdy nie chodzi w inne miejsce niż na cmentarz – odparła Ellen, patrząc na kartki, ale nie pochyliła się, żeby je podnieść. Spojrzała ponownie na Gun. – I miewa sporo jasnych chwil, a ja nie mogę znieść myśli, żeby ją umieścić gdzieś wśród mnóstwa… Wiesz, o co mi chodzi. Biorę na siebie całą odpowiedzialność za mamę. Postaram się, żeby była jeszcze lepiej pilnowana. Przecież Elsa też tu pracuje, tylko że musiała pomóc w restauracji w związku z otwarciem. Jeśli zatrudnimy więcej os…
– Rozmawiałam o tym z Bengtem i nie ma takiej możliwości. To nie jest działalność charytatywna, tylko biznes, który ma przynosić dochód. Nigdy byśmy z Bengtem tu nie zainwestowali, gdybyśmy sądzili, że nie będzie z tego zysku. A zważywszy na to, jak Gabriel przekroczył budżet na restaurację…
Ellen zrezygnowanym gestem przesunęła dłonią po krótko obciętych włosach. Trzeba się uspokoić.
– Gabriel prowadzi restaurację. Ja prowadzę Åldersro. Razem z tobą. Jedno nie ma nic wspólnego z drugim.
– Może i nie ma. Próbuję ci tylko powiedzieć, że Bengt nie zaakceptuje faktu, że nasza działalność nie przynosi zysku. Zatrudnienie dodatkowego personelu oznaczałoby utratę płynności. A utrata płynności to jest właśnie coś, czego Bengt nie lubi, zresztą Jocke też nie, bo już wszedł do rodzinnej firmy.
Ellen westchnęła. Pewnie należy podziękować Bengtowi za te wszystkie kontenery sprowadzone z Chin, dzięki którym stać ich na kanapeczki i bąbelki na nadchodzącą imprezę inauguracyjną. Wprawdzie odbędzie się już po faktycznym otwarciu, ale chcieli mieć wszystko poukładane, zanim zaczną świętować.
– Przecież nic się nie stało, prawda? – zauważyła. – Z mamą nie dzieje się nic złego. Kiedy dorastałam, śpiewała na bardzo wielu pogrzebach, ludzie ją zapraszali, żeby ich pocieszyła swoim śpiewem. To zrozumiałe, że ją tam ciągnie.
– Tak, ciekawe, co tam się dzieje. – Gun wyciągnęła szyję, patrząc przez okno wychodzące na parking przed cmentarzem. – Jakaś wielka akcja.
– Niedługo się pewnie dowiemy.
Ellen potarła oczy. Zaczęła odczuwać skutki łączenia pracy w Åldersro z jednoczesnym pomaganiem Gabrielowi przy otwarciu restauracji. Do tego doszedł jeszcze niepokój o matkę. Wcześniej czy później muszą z Gabrielem odbyć poważną rozmowę.
Moment nigdy nie wydawał się odpowiedni, zawsze coś przeszkadzało. Życie.
– Zajrzę do mamy, zobaczę, czy da się z nią porozmawiać.
Gun skinęła krótko głową, nie podnosząc wzroku znad komputera.
Ellen przeszła kilkumetrowy dystans dzielący ją od drzwi pokoju matki. Rozumiała, że czeka ją ta rozmowa, odkąd się tylko dowiedziała, że matka znów wyszła niezauważenie.
Delikatnie pchnęła drzwi do pokoju.
Aino leżała na łóżku, na boku z twarzą zwróconą do okna. Ellen usiadła obok niej i pogłaskała delikatnie po plecach.
Matka drgnęła i usiadła gwałtownie.
– Kto ty jesteś? Gdzie ja jestem?
– Mamo, to ja. Ellen.
– Nie kłam. Za stara jesteś na moją Ellen.
Gdy matkę ogarniała mgła, Ellen miała według niej szesnaście lat. Zupełnie jakby Aino zamroziła się w tamtych czasach trzydzieści lat temu, które Ellen akurat wolałaby zapomnieć.
– Nie możesz sobie tak po prostu wychodzić i iść na cmentarz.
Położyła dłoń na ręce matki, ale Aino ją szorstko zrzuciła.
– Bezczelna jaka. Nikt mi nie będzie mówił, gdzie mi wolno chodzić.
– Znów śpiewałaś. Na cmentarzu.
Ellen usiłowała przedostać się przez mgłę do jakiegoś zakamarka w mózgu mamy, żeby do niej dotrzeć. Odstępy między chwilami jasnego myślenia stawały się coraz dłuższe i coraz trudniej było jej pogodzić się z tym, że ta kobieta dobrze jej znana oddala się, by zniknąć. Albo choćby z tym, że w tej mgle u Aino nie istnieje ostatnich trzydzieści lat. A wraz z nimi wszystkie urodziny, pojawienie się na świecie dzieci, chrzciny, Boże Narodzenia i wakacje z wnukami, gdy Aino leżała razem z nimi na pomoście, łowiąc kraby. Tysiące takich wspomnień, które teraz najczęściej znajdowały się całkiem poza jej zasięgiem. Z którymi Ellen zostawała teraz sama.
– Bo tym się zajmuję. Śpiewam. Opiekuję się smutkiem. Spójrz. Tu mam zeszycik, w którym to notuję.
Aino sięgnęła do szuflady szafki nocnej i Ellen już wiedziała, co stamtąd wyciągnie. Notatnik zapisany ozdobnym, staroświeckim pismem mamy. Książeczka Żałobna, jak go nazwała i zapełniła wszystkimi chwilami żałoby, którą dzieliła z innymi.
Teraz z zapałem pokazała ją Ellen.
– Zobacz. Dzisiaj też coś zanotowałam. – Zmarszczyła czoło. – Musiałam to zrobić. O tu. Z dzisiejszą datą. I godziną. Dziewiąta trzydzieści jeden. „Dwie dusze, starsza i młodsza. Zmarłe przedwcześnie. Młodsza. Tęsknota. Starsza. Wściekłość. Temu już kiedyś śpiewałam. Jedna dusza jasna, druga mroczna. Jednak każda dusza zasługuje na pieśń, tak jasna, jak i mroczna”.
– Dobrze, mamo – powiedziała Ellen. – Bardzo ładnie.
– Dlaczego mówisz do mnie mama? To wolno tylko mojej córce Ellen.
– Przepraszam, Aino. Masz na imię Aino.
Płacz uwiązł jej w gardle. Pogładziła rękę mamy, wciąż gładką i prawie bez zmarszczek.
– Spróbuj odpocząć. I powiedz, jak będziesz chciała wyjść.
– Będę chodzić, gdzie mi się podoba – mruknęła, ale znów się położyła i zamknęła oczy.
Ellen wyjęła z jej ręki notatnik i włożyła z powrotem do szuflady. Wyszła z pokoju, gdy Aino już spała głęboko.
– To ja, przyniosłam trochę jedzenia!
Kristina weszła, a Erica zaczerpnęła tchu tak gwałtownie, że Nora w jej ramionach aż drgnęła. Teściowa nie miała zwyczaju pukać przed wejściem. W dodatku Patrik dał kiedyś matce klucz do domu, na czas ich tygodniowego wyjazdu. Szanse, aby odzyskać ten klucz, Erica oceniała jako niewielkie.
Uciszyła Norę, a Kristina weszła w głąb mieszkania.
– Zauważyłam, że dajecie dzieciom bardzo dużo śmieciowego jedzenia, mrożone pizze, nuggetsy z kurczaka i temu podobne. A wiesz, jak robią te nuggetsy? Oglądałam wiele lat temu program telewizyjny z Jamiem Oliverem, kiedy próbował zmienić na lepsze żywienie w angielskich stołówkach szkolnych, a więc nuggetsy robi się z chrząstek, skóry i wnętrzności, z wszelkich możliwych odpadów. No i jeszcze te wszystkie domieszki. Kto wie, jakie skutki to przyniesie, na pewno raka, alergie, bo dla dzieci to jest czysta trucizna.
– Nie dajemy im samego… – zaczęła Erica, ale Kristina już była w kuchni i rozpakowywała przyniesione torby.
– Gdybyście w końcu przyszli do nas z dziećmi, mogłabym im podać zdrowe, świeżo ugotowane jedzenie. W mikrofalówce ginie mnóstwo pożytecznych substancji odżywczych.
Erica pokręciła głową. No tak, bardzo dawno nie byli u Kristiny i Gunnara.
– Erica?
Ostry ton Kristiny zdradzał, że to, co powie teraz, bynajmniej nie będzie komplementem.
– Tak? – odparła z cichym westchnieniem.
Nie mogła zaprzeczyć, że Kristina im pomaga w codziennym życiu, ale chwilami cena za tę pomoc wydawała jej się aż za wysoka.
– Stoją tu butelki. I mieszanka. Nie próbujesz karmić Nory piersią?
Tym razem westchnienie Eriki było głośne.
– Nie, nie chce ssać piersi, dlatego ciągle miałam zapalenia. A kiedy zaczęła tracić na wadze, Magdalena Bergström uznała, że lepiej będzie przejść na mieszankę.
– Boże, przecież jako lekarka powinna wiedzieć, jakie znaczenie dla układu odpornościowego ma mleko matki. Czy na dzisiejszych studiach lekarskich niczego nie uczą? Skoro pracowała w Afryce, to chyba ma świadomość, jakie to ważne. Jak urodziłam Patrika i Lottę, to doktor Gerald podkreślał, że muszę karmić wyłącznie piersią. Mowy nie było, żebym karmiła butelką.
Coś w kuchni spadło na ziemię, ale Erica nie zdobyła się, żeby tam pójść.
– Czy było to zawsze proste? – ciągnęła Kristina. – A skądże! W pierwszych tygodniach przy Patriku miałam tak poranione sutki, że krew mieszała się z mlekiem. Ale wasze pokolenie rodziców myśli, rzecz jasna, przede wszystkim o własnej wygodzie, a nie o tym, co będzie najlepsze dla dzieci.
Kristina hałasowała w kuchni, a Erica zacisnęła szczęki aż do bólu.
– Nie mogę się wtrącać do waszych wyborów, ale mogę przynajmniej dopilnować, żeby te starsze dzieci zjadły coś zdrowego. Upiekłam lazanię i zapiekankę z ryby.
Ekologiczne. Bez żadnych konserwantów albo dodatków z podrobów.
Jej nowa mania na punkcie zdrowego jedzenia objawiła się po zawale Gunnara i choćby Kristina miała jak najlepsze intencje, zaczęło to działać na nerwy wszystkim w jej otoczeniu. Włącznie z Gunnarem.
Erica wyobraziła sobie, jak dzieci zareagują na wiadomość, że na obiad będzie zapiekanka z rybą. Po prawdzie chyba rzeczywiście było ostatnio trochę dużo kupnych dań i półproduktów, ale przy czwórce dzieci, z których jedno było niemowlęciem, obowiązywało prawo dżungli. Zdecydowanie nie zamierzała robić sobie z tego powodu wyrzutów.
– Dziękuję, Kristino, to miło z twojej strony! – Postarała się, żeby zabrzmiało szczerze.
Nora zakwiliła na jej ręku, skrzywiła się i przeciągnęła, ale spała dalej.
– Wiesz, że nie powinna się przyzwyczajać do spania na rękach? Potem nie będzie mogła spać nigdzie indziej, musisz ją przyzwyczaić do łóżeczka.
Kristina stanęła w drzwiach salonu. Erica już otworzyła usta, żeby udzielić zgryźliwej odpowiedzi, ale teściowa zdążyła wrócić do kuchni.
– Ciekawa jestem, co się dzieje na cmentarzu – zawołała, otwierając lodówkę. – Wiesz, chodzenie na cmentarz stało się dużo bardziej interesujące, odkąd przeszłam kurs z genealogii. Pomyśl tylko, ile to losów ludzkich skrywa się pod nazwiskami na nagrobkach.
– Przepraszam, co powiedziałaś na temat cmentarza?
Erica wyprostowała się, siedząc na kanapie.
– Ojej, strasznie dużo macie tu tych soków Festis, a ile w nich sztucznych dodatków, nie mówiąc o plastiku! A wiesz, że Sylvia pomogła mi dotrzeć do moich przodków z szesnastego wieku i…
– Co mówiłaś o cmentarzu? – zniecierpliwiła się Erica.
– Jakaś akcja nie z tej ziemi – odparła Kristina. – Radiowozy, technicy w kosmicznych kombinezonach, odgrodzili cały rejon. Próbowałam się dodzwonić do Patrika, ale oczywiście nigdy ode mnie nie odbiera…
Erica sięgnęła po telefon i jedną ręką – bo drugą trzymała Norę – napisała esemesa.
Cmentarz?
Zobaczyła, że Patrik przeczytał, ale nie odpowiedział. Ku jej niezadowoleniu.
– Mogę wyrzucić te resztki? – spytała z kuchni Kristina. – Nie pachną zbyt świeżo, nie masz pojęcia, co się może w nich rozmnożyć. Wstawiając je do lodówki, powinnaś pisać datę na opakowaniach. Niezdrowe bakterie w żołądku mogą porządnie namieszać w organizmie i prowadzić do raka, zresztą okazało się, że flora jelitowa może oddziaływać na mózg…
Nie słuchając Kristiny, napisała nowego esemesa do Patrika. Tym razem bardziej zdecydowanego.
Jeśli mi nie odpowiesz, co się dzieje, zacznę wydzwaniać po ludziach…
Również go przeczytał. Erica odczekała, gotowa w razie czego podnieść stawkę. I oto przyszła odpowiedź:
Nie wolno ci powiedzieć NIKOMU ani słowa! Wydaje nam się, że znaleźliśmy Sofie Rudberg. Jedziemy zawiadomić Yvonne i Allana.
Co jest…? Tętno tak jej przyspieszyło, że dostała mroczków przed oczami.
Odłożyła ostrożnie Norę na kanapę. Córeczka drgnęła, zamrugała parę razy, ale zaraz się uspokoiła.
Erica miała gonitwę myśli. Sofie. Odnaleziona.
Zaginięcie Sofie było mimo upływu lat wielką otwartą raną dla całej Fjällbacki. Wydawnictwo Eriki chciało, żeby napisała o tej sprawie, jednak do tej pory uważała, że to niemożliwe. Co innego teraz, gdy pojawiła się szansa na jej domknięcie. I opowiedzenie tej historii od samego początku, po uzyskaniu odpowiedzi na wszystkie pytania.
– Odłożyłaś ją! Jednak dobrze, że słuchasz starej teściowej, przecież ja też miałam dzieci i wiem, co mówię. A z tą mieszanką jeszcze nie jest za późno…
Erica się zerwała.
– Możesz popilnować Nory? Muszę sprawdzić coś w moim gabinecie.
– No pewnie, ale…
– Dzięki!
