Saga o Fjällbace. Płaczka - Camilla Läckberg - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Saga o Fjällbace. Płaczka ebook i audiobook

Camilla Läckberg

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Prawda bywa groźniejsza niż zbrodnia.

Przeszłość kładzie mroczny cień na teraźniejszości. Minęło trzydzieści lat, odkąd Sofie Rudberg zaginęła bez śladu. Zdążyła właśnie pójść do liceum, była lubiana, podziwiana – i znienawidzona? Jej zaginięcie wstrząsnęło Fjällbacką i na długie lata naznaczyło tę idylliczną miejscowość na zachodnim wybrzeżu Szwecji.Nagle policja dokonuje makabrycznego odkrycia. Pojawia się pytanie: czy odnalezione szczątki rzeczywiście należą do Sofie?

Wznowione śledztwo wywraca do góry nogami życie wielu osób, które po jej zaginięciu próbowały ułożyć sobie wszystko na nowo. Patrik Hedström i jego zespół z komisariatu w Tanumshede działają pod ogromną presją, a w sprawę angażuje się także pisarka Erica Falck. Tymczasem ktoś jest gotów uczynić wszystko, byle przeszkodzić w ujawnieniu prawdy…

Camilla Läckberg – jedna z najciekawszych szwedzkich pisarek. Światową sławę przyniosła jej seria o Fjällbace. Jest także autorką thrillerów psychologicznych oraz serii książek dla dzieci o przygodach Super-Charliego. Książki Camilli wydawane są w ponad 60 krajach, zostały przetłumaczone na 43 języki, a na całym świecie sprzedało się ponad 40 milionów egzemplarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 542

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 39 min

Lektor: Marcin Perchuć

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Gråterskan

Copy­ri­ght © 2025 Camilla Läckberg Publi­shed by arran­ge­ment with Nor­din Agency AB, Swe­den Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Inga Sawicka

All rights rese­rved

Wydawca: Kata­rzyna Słup­ska Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska Korekta: Beata Wój­cik, Marta Tyczyń­ska-Lewicka Pro­jekt serii: www.black­sheep-uk.com Pro­jekt okładki: Paweł Pan­cza­kie­wicz Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8252-880-0

Dedykacja

Beng­towi Nor­di­nowi

Twoja wiara we mnie dodała mi skrzy­deł

To zadzi­wia­jące, że zdą­żyła pomy­śleć o tylu rze­czach. Nie miała odwagi otwo­rzyć oczu, wolała nie patrzeć. W ciem­no­ści pod powie­kami zaczęły tań­czyć kro­peczki podobne do spa­da­ją­cych szybko gwiazd.

Nie chciała umie­rać, chciała krzy­czeć, dra­pać, walić, żeby się wyswo­bo­dzić, jed­nak ciało nie było jej posłuszne. Nacho­dziły ją i zaraz odcho­dziły dziwne myśli. Irra­cjo­nalne. Że już ni­gdy nie kupi sobie nowych butów Buf­falo. Już ni­gdy nie poże­gluje. Nie dowie się, co było dalej w „Beverly Hills”. Ważne myśli prze­my­kały rów­nie szybko jak nie­ważne. Ni­gdy nie wyj­dzie za mąż. Nie będzie miała dzieci. Nie poczuje wol­no­ści, jaką daje wpro­wa­dze­nie się do wła­snego miesz­ka­nia.

Ciem­ność ota­czała ją coraz cia­śniej. Coraz mniej było myśli. Pod powie­kami czuła pie­cze­nie, jak od pła­czu, ale łzy nie popły­nęły. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wała zro­zu­mieć, zmu­sić mózg do uświa­do­mie­nia sobie, co się dzieje. Nic z tego. Nie mogła zła­pać powie­trza. Przez chwilę jakby ręce jej posłu­chały, więc pró­bo­wała odsu­nąć od sie­bie to, co rzu­ciło ją pro­sto w ciem­ność. Oka­zało się to nie­moż­liwe. Ciało znów prze­stało jej słu­chać.

Przez ciem­ność przedarły się odpry­ski świa­tła. Jakby się przed nią otwo­rzył tunel. Nie chciała widzieć świa­tła, wolała pozo­stać w ciem­no­ści. Ciem­ność nio­sła nadzieję, a wie­działa, że jeśli pój­dzie ku świa­tłu, nadziei już nie będzie. Z ciem­no­ści mogłaby się wydo­stać, ale nie ze świa­tła. Świa­tło pozo­sta­nie po wsze czasy.

Jakby nogi się pod nią ugięły, cho­ciaż już leżała. Pod powie­kami bły­skało świa­tło, coraz trud­niej było jej pozo­stać na miej­scu. Gdy się w końcu pod­dała i dała się pochwy­cić w obję­cia roz­po­ście­ra­ją­cych się galak­tyk, poczuła, jak jej serce roz­pada się na tysiące kawał­ków.

Sobota

– CO Z CIE­BIE za nie­douk, kurde! Tak prze­trzy­ma­łeś tę makrelę, że wyschła na wiór!

Z kuchni dobiegł łoskot, goście aż pod­sko­czyli.

– Zabrzmiało jak w odcinku Hell’s Kit­chen – szep­nęła Erica Falck, nachy­la­jąc się nad sto­łem do swego męża Patrika. – Drze się chyba jesz­cze gorzej od Gor­dona Ram­saya.

– Jedze­nie plus roz­rywka – odpo­wie­dział z krzy­wym uśmie­chem Patrik, wycią­ga­jąc szyję, żeby zaj­rzeć do kuchni.

– Pre­mie­rowy wie­czór, nie ma co się dzi­wić, to jak cho­roby wieku dzie­cię­cego – zauwa­żyła Erica. – A jeśli następne dania okażą się tak smaczne jak dotąd, to dla mnie Gabriel może sobie ciskać garn­kami, ile zechce.

Wzięła kolejny kęs z pierw­szej potrawy, którą jej podano, ide­al­nie przy­rzą­dzo­nego prze­grzebka z nowa­lij­kami i uno­szą­cym się nad nim jak chmurka musem z homara.

– Mam nadzieję, że nie­długo będzie dal­szy ciąg – mruk­nął Patrik. – Bo to był zale­d­wie kąsek. Jeśli dalej tak pój­dzie, to wra­ca­jąc, będziemy musieli wstą­pić na pizzę.

Erica prze­wró­ciła oczami.

– O Boże, ni­gdzie nie można cię zabie­rać.

Znów się nachy­liła w jego stronę i pokle­pała go po udzie, uno­sząc kie­li­szek bia­łego wina.

– Wypijmy za ten wie­czór we dwoje. Bez dzieci. Pierw­szy od uro­dze­nia Nory. W gło­wie się nie mie­ści, że już ma sześć tygo­dni.

Patrik też pod­niósł kie­li­szek, wypili, roz­ko­szu­jąc się winem, a potem nachy­lił się i poca­ło­wał ją w usta. Gdy z kuchni dobie­gły kolejne prze­kleń­stwa i łoskot, zaczęli chi­cho­tać. Erica się rozej­rzała. Ledwo roz­po­zna­wała wnę­trze. Gröna Lid był loka­lem o tra­dy­cjach jed­nych z naj­star­szych w Fjällbace, kie­dyś kino, potem pen­sjo­nat, dan­cing, restau­ra­cja i klub nocny. W pew­nym okre­sie nawet bank. Teraz ponow­nie restau­ra­cja, ale wnę­trze pod­dano cał­ko­wi­tej reno­wa­cji przed jej otwar­ciem pod nazwą Hav & Salt, Morze i Sól. Ściany były w kolo­rze dys­kret­nej lek­kiej zie­leni, stoły z jasnego drewna nakryte ide­al­nie bia­łymi obru­sami, a kuch­nia w stali i alu­mi­nium lśniła nowo­ścią. W jej wnę­trzu otwar­tym na salę restau­ra­cyjną roiło się od pra­cow­ni­ków, Erica obser­wo­wała z fascy­na­cją ich dosko­nale sko­or­dy­no­wane ruchy, wyglą­dali nie­mal, jakby tań­czyli. Dwu­skrzy­dłowe drzwi wej­ściowe ze sta­ro­świec­kimi szy­bami stały otwo­rem, dzięki czemu cie­płe powie­trze sierp­nio­wego wie­czoru mie­szało się z chłod­niej­szym kli­ma­tem wnę­trza.

– Mam nadzieję, że uda im się wyjść na swoje – powie­działa z tro­ską, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po menu leżą­cym obok tale­rza. – To dosyć wymyślna kuch­nia. W okre­sie poza sezo­nem tury­stycz­nym może im być ciężko.

– Słu­chaj no, wieszczko, a nie mówi­łaś, jak to wspa­niale, że Gabriel Rud­berg otwiera tu restau­ra­cję?

– Tak, uwa­żam, że wspa­niale. Tylko mam nadzieję, że im się to opłaci. I bar­dzo ład­nie, że ofi­cjalne otwar­cie przy­pada w trzy­dzie­stą rocz­nicę zagi­nię­cia Sofie.

Spoj­rze­nie Eriki powę­dro­wało do opra­wio­nej foto­gra­fii wiszą­cej w widocz­nym miej­scu na jed­nej ze ścian. Rodzina Rud­ber­gów w ich ówcze­snej restau­ra­cji U Allana. Po jed­nej stro­nie stołu Allan i jego syn Gabriel, po dru­giej Yvonne i jej córka Sofie. Wyda­wało się zro­bione w koń­cówce szkoły pod­sta­wo­wej Sofie.

– No i jak?

Przy ich sto­liku sta­nęła maco­cha Gabriela, Yvonne Rud­berg, i uśmiech­nęła się sze­roko, sta­wia­jąc przed nimi następne dania.

– To jest homa­rzec z purée z paster­naku i pod­pie­czoną trawą mor­ską – wyja­śniła z dumą.

Drgnęła, gdy z kuchni dobie­gło kolejne prze­kleń­stwo. Uśmiech­nęła się, tym razem ner­wowo.

– To przez tremę zwią­zaną z pre­mierą – powie­działa cicho.

– Dla nas dodat­kowa roz­rywka – wtrą­cił Patrik, który spoj­rzał podejrz­li­wie na trawę mor­ską i nabrał sobie kawa­łek homarca.

Erica poło­żyła dłoń na ręce Yvonne.

– Wiesz, moim zda­niem to świet­nie, że zro­bi­li­ście otwar­cie wła­śnie dziś.

Yvonne kiw­nęła tylko głową i drugą ręką pokle­pała dłoń Eriki. Rzu­ciła okiem na foto­gra­fię na ścia­nie, zabrała rękę i prze­szła do następ­nych sto­li­ków w peł­nej gwaru restau­ra­cji.

– Widzia­łem ten mate­riał w dzi­siej­szej tele­wi­zji śnia­da­nio­wej Nyhet­smor­gon – ode­zwał się Patrik i wyskro­bu­jąc resztki purée z widelca, zer­k­nął na Ericę. – Nawet się dzi­wię, że ni­gdy nie napi­sa­łaś o zagi­nię­ciu Sofie.

Erica wzru­szyła ramio­nami.

– Przy­szło mi to do głowy, ale sama nie wiem… Sofie była w szkole o parę klas wyżej ode mnie, więc zna­łam ją tylko z widze­nia. Mimo to wyda­wało mi się, że sprawa jest jakoś za bli­sko mnie.

– A o Ale­xan­drze napi­sa­łaś, prawda?

– Tak, bo mię­dzy nami pozo­stało coś nie­do­po­wie­dzia­nego. Ale­xan­dra była moją przy­ja­ciółką. Książka o niej to był mój spo­sób na zna­le­zie­nie odpo­wie­dzi. Sofie zada­wała się tylko z prze­bo­jo­wymi star­szymi dziew­czy­nami. Wyda­wała mi się nie­do­ści­gła. No nie wiem. Byłoby to jakieś takie gonie­nie za sen­sa­cją.

– Kurwa, uwa­żasz się za kucha­rza, a nawet porząd­nie poso­lić nie umiesz?

Wrzask Gabriela odbił się echem od ścian, a Patrik się zaśmiał.

– Śmie­szy mnie to. Czy to zna­czy, że jestem dzi­wa­kiem? Ale poważ­nie: por­cje powinny być więk­sze, bo z głodu zaraz zmar­nieję. No i nie wiem, czy mam ochotę na tę trawę mor­ską.

– Jakoś prze­ży­jesz – odpo­wie­działa sucho Erica.

Wypiła łyk wina. Nie­kar­mie­nie pier­sią miało swoje zalety.

Gdy parę godzin póź­niej wró­cili do domu, wszyst­kie dzieci spały już w swo­ich łóż­kach. Mama Patrika, Kri­stina, rów­nież spała sobie smacz­nie na kana­pie. Erica nachy­liła się i obu­dziła ją deli­kat­nie.

– Jeste­śmy już. Wiel­kie dzięki, że ich popil­no­wa­łaś, cudow­nie, że mogli­śmy spę­dzić tro­chę czasu we dwoje.

Kri­stina usia­dła, ziew­nęła i popra­wiła poduszki na kana­pie.

– Żaden kło­pot. Zacho­wy­wali się jak aniołki. Nawet bliź­niacy. A ta malutka jest cudowna.

Erica poczuła ukłu­cie w piersi. Poko­chała naj­młod­szą córeczkę od pierw­szego wej­rze­nia, ale stale się nie­po­ko­iła, jak ludzie będą na nią reago­wać. Świat bywa nie­ła­skawy dla tych, któ­rzy nie są tacy jak wszy­scy.

– Tak, rze­czy­wi­ście jest wspa­niała – odparła, ści­ska­jąc Kri­stinę na poże­gna­nie.

Patrik już stał w kuchni.

– Zro­bię sobie kanapkę. No więc wszystko było pyszne, nawet ta cała trawa mor­ska. Tylko że wciąż jestem głodny, no i nie było pizzy…

Erica spoj­rzała na męża w świe­tle pada­ją­cym z otwar­tej lodówki. Zdą­żył już zdjąć spodnie, został za to w skar­pet­kach, kale­so­nach i koszuli. Na jego skro­niach poja­wiły się lek­kie roz­bry­zgi siwi­zny, a wokół oczu nieco wię­cej zmarsz­czek od śmie­chu.

Przy­stojny jak ni­gdy.

– Kocham cię – powie­działa. – Boże, jak ja cię kocham.

Już w dzie­ciń­stwie była sową, ku roz­pa­czy swo­ich rodzi­ców. Jed­nak w latach spę­dzo­nych z Tagem te późne godziny nocne nabrały zupeł­nie innego zna­cze­nia. On naj­czę­ściej padał już około dzie­wią­tej, naj­czę­ściej na fotelu, na któ­rym spę­dzał więk­szą część czasu po pracy.

Znie­na­wi­dziła ten fotel. Miał z niego widok na cały par­ter: duży pokój, kuch­nię i mały sto­łowy. Tym samym rów­nież na nią.

Ni­gdy nie wie­działa, kiedy wysko­czy z fotela. Bo coś zro­biła albo prze­ciw­nie: nie zro­biła. Cza­sem koń­czyło się na wymie­rze­niu policzka. Jed­nak kilka razy musiała poje­chać do szpi­tala.

Ni­gdy go nie wydała, nie zdra­dziła, że to przez niego. Z wielu powo­dów. Ze względu na dzieci. Ze wstydu. Ze świa­do­mo­ści, że wyszła za niego, cho­ciaż wszy­scy pro­sili i bła­gali, żeby tego nie robiła. Wie­działa, że mąż ją zabije, jeśli złoży na niego donie­sie­nie.

I mimo wszyst­kiego, co się z tym fote­lem łączyło, nie zosta­wiła go. Przez trzy­dzie­ści lat.

Dzieci już wpa­dły z pyta­niem o dom. Nawet się zdzi­wiła, że cze­kały z tym tak długo.

Mie­siąc po tym, jak zła­mała bio­dro i zdała sobie sprawę, że już nie może zostać u sie­bie. Wtedy zaczęły krą­żyć jak sępy. Oczy­wi­ście uda­jąc tro­skę. Pro­po­no­wali jej, żeby prze­pro­wa­dziła się do ośrodka opieki. Mówili, że jest miły i przy­jemny, że będzie tam miała towa­rzy­stwo, już nie będzie sama.

Powinna się pew­nie cie­szyć, że nie zapro­po­no­wali jej domu pomocy spo­łecz­nej Åldersro. Ostatni przy­sta­nek przed cmen­ta­rzem, jak mawiał Tage. Dzieci nie rozu­miały, że zawsze sobie radziła sama. I zawsze, przez te wszyst­kie lata, była sama. Nie bała się samot­no­ści.

Bała się ich ojca, ale nie samot­no­ści.

Kawa już wysty­gła, więc wstała, żeby nalać sobie jesz­cze jedną fili­żankę. Zwy­kle nie mogła pić kawy wie­czo­rem, ale już nie miało to zna­cze­nia. I tak nie mogła spać. Od mie­siąca nie sypiała. Zapa­dała tylko w krót­kie drzemki koń­czące się kosz­ma­rami sen­nymi, z któ­rych budziła się szarp­nię­ciem.

Myślała, że będzie wolna. Wresz­cie. W końcu. Zamiast tego ściany jej wię­zie­nia zacie­śniały się coraz bar­dziej. Zro­biło się tak cia­sno, że ledwo mogła oddy­chać. Nie bar­dzo rozu­miała, dla­czego kata­li­za­to­rem oka­zało się pęk­nię­cie w sta­wie bio­dro­wym, a jed­nak wyzwo­liło w niej coś, czego już nie potra­fiła zatrzy­mać.

Dzieci dostaną to, czego chcą. Nie musiały jej prze­ko­ny­wać. Wie­działa, ile wart jest ten dom. Dzięki poło­że­niu dokład­nie nad rzę­dem szop rybac­kich z wido­kiem na wej­ście do portu przy­nie­sie im wiele milio­nów. Marii i Mika­elowi dobrze się powo­dziło, ale widziała, jak im oczy zabły­sły na myśl o sprze­daży.

Ponio­sła porażkę. Nie udało jej się prze­ka­zać dzie­ciom nic od sie­bie. Patrząc na nich, widziała wyłącz­nie Tagego, a teraz nie może już zro­bić dla nich nic wię­cej. Nie staną się szczę­śliwi dzięki tym pie­nią­dzom. Bo nie potra­fią być szczę­śliwi.

Podob­nie jak ich ojciec byli wiecz­nie nie­za­do­wo­leni, obra­żeni, że życie nie przy­nio­sło im tego, na co rze­komo zasłu­gi­wali. Ona ich wycho­wała, opie­ko­wała się nimi, opa­try­wała rany, cało­wała na dobra­noc. Ale to jemu udało się ze swego fotela uro­bić ich na swoją modłę.

Jego kom­plet genów wygrał z jej miło­ścią do nich.

Pozo­stało jej tylko roz­pro­szyć kosz­mary senne poprzez roz­po­rzą­dze­nie swoją prawdą. Będzie jej bra­ko­wało tego widoku. Patrze­nia na Valön wynu­rza­jącą się maje­sta­tycz­nie z sza­ro­błę­kit­nego morza. I jesz­cze na wieżę do sko­ków na Badhol­men na tle wie­czor­nego nieba. Ale w końcu, wresz­cie będzie przy­naj­mniej wolna.

Niedziela

ERICA NAPA­WAŁA SIĘ chwilą samot­no­ści na weran­dzie przed obu­dze­niem się dzieci. W dni powsze­dnie zamęt zaczy­nał się o siód­mej od pobudki i krzą­ta­niny przy dzie­cia­kach. Jed­nak w week­endy pozwa­lała im spać, aż się same obu­dzą, a w związku z tym, że Nora od początku oka­zała się dziec­kiem, które dobrze sypia, Erica naj­czę­ściej mie­wała dla sie­bie godzinkę albo dwie na weran­dzie przy fili­żance kawy.

Patrik poje­chał do pracy i cho­ciaż kochała go jak stąd do księ­życa i z powro­tem, ceniła sobie chwile, gdy była w domu jedyną doro­słą osobą. Przy czworgu małych czy już nie tak małych dzieci wyda­wało jej się cza­sem, że nie sły­szy wła­snych myśli, i dopiero gdy miała chwilę dla sie­bie w domu spo­wi­tym ciszą, wra­cało do niej powoli jej dawne ja. To, że przez cały czas musiała zaspo­ka­jać potrzeby innych, było wyczer­pu­jące, a gra­nica mię­dzy byciem Ericą a byciem mamą i żoną coraz bar­dziej się zacie­rała.

Wydaw­nic­two nale­gało na nową książkę. Poprzed­nia, ta o spra­wie Loli, figu­ro­wała długo na listach best­sel­le­rów i została sprze­dana do wielu kra­jów. Jej agent chciał, żeby poje­chała na targi książki we Fran­cji, Hisz­pa­nii i w Pol­sce, ale jak mia­łaby to zro­bić? Ledwo dawała radę wybrać się do sklepu spo­żyw­czego.

Zatrzesz­czała elek­tro­niczna nia­nia. Sie­dząc na weran­dzie, Erica nie zawsze sły­szała, że Nora już się obu­dziła i zaczęła krzy­czeć, dla­tego na wszelki wypa­dek włą­czała to urzą­dze­nie.

Nora się roz­kasz­lała. Erica zmarsz­czyła czoło. Nie­do­brze.

Przed uro­dze­niem małej prze­czy­tała wszystko, co się da, na temat dzieci z zespo­łem Downa, i choć leka­rze zapew­nili ją, że córeczka nie należy do tych czter­dzie­stu, pięć­dzie­się­ciu pro­cent mają­cych pro­blemy kar­dio­lo­giczne, to Erica nie mogła prze­stać się nie­po­koić.

Nora ponow­nie zakasz­lała, tym razem był to długi, cią­gnący się atak. Erica zerwała się i poszła na pię­tro. Szcze­bel­kowe łóżeczko stało w ich sypialni, Erica weszła tam i zastała Norę macha­jącą rącz­kami i nóż­kami.

Dziew­czynka uśmiech­nęła się sze­roko na widok nachy­lo­nej nad nią Eriki, która deli­kat­nie wzięła na ręce cie­płe ciałko. Jej uśmiech poja­wił się po raz pierw­szy zale­d­wie parę dni temu i nie spo­sób było mu się oprzeć.

Znów zakasz­lała, i to na tyle długo, że nie mogła zła­pać tchu. Serce Eriki waliło z nie­po­koju, zabrała córeczkę na par­ter, chwy­ciła tele­fon pod­łą­czony do łado­warki na bla­cie kuchen­nym i wybrała numer, na który dzwo­niła aż za czę­sto od uro­dze­nia Nory.

– Cześć, mówi Erica. Słu­chaj, Nora potwor­nie kaszle, wydaje mi się, że ma kło­poty z oddy­cha­niem. Nie wiem, co robić… Na pewno? Jesteś tam? Okej. Dzięki, wspa­niale, jesz­cze tylko zadzwo­nię po teściową, żeby się zaopie­ko­wała pozo­sta­łymi dziećmi. Wyślę ci ese­mesa, jak będę wyjeż­dżać z Fjällbacki.

Pół godziny póź­niej Erica zdą­żyła prze­wi­nąć Norę, dać jej butelkę mie­szanki, cier­pli­wie wysłu­chać wykładu Kri­stiny, według któ­rej nie­po­trzeb­nie się mar­twi o Norę, i już była w dro­dze do przy­chodni w Tanum­shede. W zasa­dzie zamknię­tej.

Wolała jechać tam, cho­ciaż do Tanum­shede było dalej. Mieli dogod­niej­sze godziny przy­jęć niż w Fjällbace, zresztą czuła się pew­niej, idąc z Norą do Mag­da­leny, która była bar­dzo doświad­czoną lekarką. W piersi trze­po­tał nie­po­kój i już chciała dzwo­nić do Patrika, ale posta­no­wiła dać spo­kój. Nie potrze­bo­wała kolej­nego wykładu o tym, że jest nado­pie­kuń­cza. Patrik był chwi­lami aż za bar­dzo podobny do swo­jej mamy.

Nie­dziela w komi­sa­ria­cie upły­wała spo­koj­nie. Patrik cie­szył się, że jest sam, bo chaos wywo­ły­wany w domu przez dzieci w wieku szkol­nym, przedszkol­nym i jesz­cze przez nowo­rodka był wpraw­dzie cudowny, ale jed­no­cze­śnie okrop­nie wyczer­pu­jący. A spo­kojny dzień spę­dzany samot­nie w komi­sa­ria­cie był też szansą na nad­go­nie­nie papie­ro­lo­gii. Annika cią­gle mu przy­po­mi­nała, że musi dokoń­czyć swoje raporty, ale Patrik mało czego nie zno­sił tak, jak wszel­kiej biu­ro­kra­cji, i zawsze umiał zna­leźć dobry powód, żeby to od sie­bie odsu­nąć.

W końcu zaś musiał i tak to zro­bić.

Nalał sobie fili­żankę dopiero co zapa­rzo­nej kawy. Niby świe­żej, a jed­nak ohyd­nej w smaku. Annika wpraw­dzie wspo­mi­nała coś o kup­nie maszynki Nespresso, ale została prze­gło­so­wana przez wszyst­kich. Podła kawa z eks­presu prze­le­wo­wego towa­rzy­szyła im w ciągu tylu godzin pracy, że stała się czymś w rodzaju wier­nego przy­ja­ciela.

Patrik usiadł przy stole kuchen­nym i pozwo­lił sobie na chwilę cichej kon­tem­pla­cji.

Papiery na biurku mogły jesz­cze chwilę pocze­kać, on w tym cza­sie napa­wał się ciszą.

Szcze­gólna rzecz, jak funk­cjo­nuje ludzka pamięć, jak szybko mózg wypiera pierw­szy potwor­nie absor­bu­jący okres po poja­wie­niu się dziecka. Oczy­wi­ście za nic nie zamie­niłby tego cha­osu na inne życie. Przyj­ście na świat Nory odbie­rał tak, jakby na miej­sce tra­fił ostatni ele­ment ich życio­wej ukła­danki.

Pod­niósł się, dolał sobie kawy i ruszył do swo­jego gabi­netu. Wła­śnie prze­cho­dził obok recep­cji, gdy otwo­rzyły się drzwi komi­sa­riatu. Przy­sta­nął.

– Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc?

Do środka weszła ostroż­nie drob­niutka pani z wystra­szo­nym wyra­zem twa­rzy.

– Chcia­ła­bym roz­ma­wiać z jakimś poli­cjan­tem.

– Jestem poli­cjan­tem. Nazy­wam się Patrik Hedström. – Uśmiech­nął się przy­jaź­nie, sta­ra­jąc się roz­ła­do­wać jej wyraźne napię­cie.

– W takim razie chcę roz­ma­wiać z panem. Przy­szłam zgło­sić mor­der­stwo.

Patrik zapa­trzył się na nią. Tego się nie spo­dzie­wał. Wska­zał ręką na małą kuch­nię.

– Usiądźmy, to sobie spo­koj­nie pomó­wimy o tym, co się stało.

Star­sza pani poszła za nim w mil­cze­niu. Lekko uty­kała, pod­pie­ra­jąc się kulą. Usia­dła z pew­nym tru­dem na jed­nym z krze­seł pod oknem, a Patrik nalał jej fili­żankę kawy.

– Nie jest zbyt dobra, ale zawsze to kawa – powie­dział, sia­da­jąc naprze­ciw niej. – To pro­szę teraz opi­sać, co się wyda­rzyło.

Zawa­hała się i rozej­rzała po pomiesz­cze­niu, po czym zaczerp­nęła głę­boko tchu.

– Zamor­do­wa­łam go. Zamor­do­wa­łam mojego męża Tagego.

Patrik drgnął.

– I gdzie on się teraz znaj­duje? W domu u pań­stwa?

Przyj­rzał jej się dokład­nie, ale nie zauwa­żył żad­nych śla­dów krwi ani ura­zów. Tak czy ina­czej, wyglą­dała na prze­szło osiem­dzie­siąt lat. A może to demen­cja? Chyba że zwy­czaj­nie szur­nięta?

– Nie, nie, jest pocho­wany. – Kobieta pokrę­ciła gwał­tow­nie głową.

– Nie rozu­miem. Pocho­wany? Gdzie? W naszej oko­licy nie jest teraz pro­wa­dzone żadne docho­dze­nie w spra­wie mor­der­stwa.

Star­sza pani przy­go­to­wała się do wyja­śnień. Mówiła powoli i wyraź­nie jak do dziecka.

– Nazy­wam się Edith Loman­der. Mój mąż miał na imię Tage. Zamor­do­wa­łam go, ale nikt się nie zorien­to­wał. Lekarz, który go badał, uznał, że śmierć nastą­piła z przy­czyn natu­ral­nych. A więc został pocho­wany. Leży na cmen­ta­rzu w Fjällbace.

– I jak go pani zamor­do­wała?

Patrik nie wie­dział, co o tym myśleć. Może kobieta jest ucie­ki­nierką z Åldersro, sta­rego, ale wyre­mon­to­wa­nego domu pomocy spo­łecz­nej w Fjällbace?

Jakby czy­ta­jąc mu w myślach, pani Edith zapew­niła go:

– Nie jestem stuk­nięta. Ciało mam może nie za bar­dzo, ale głowa jest w porządku. Poda­łam mu gli­kol. I od tego umarł. Myśla­łam, że wszystko się skoń­czy, byleby tylko umarł, że będę umiała z tym żyć. A jed­nak nie mogę. Dla­tego tutaj jestem. Żeby się przy­znać. Zamor­do­wa­łam Tagego.

– Jak to się stało, że podała mu pani gli­kol?

Edith wypro­sto­wała się na krze­śle, widać było jej ulgę, że zrzu­ciła z sie­bie ten cię­żar.

Upiła łyk kawy i skrzy­wiła się, po czym mówiła dalej.

– Jak mia­ła­bym wytłu­ma­czyć się z życia z Tagem? Zaczęło się w noc poślubną, kiedy mnie ciężko pobił. I tak to już poszło. Powin­nam była odejść, ale uro­dziły się dzieci… Potem uro­sły i wypro­wa­dziły się, no i… Życie z Tagem było jedy­nym, jakie zna­łam.

Patrik szu­kał jakie­goś słowa. Był głę­boko poru­szony. Nie potra­fił wyobra­zić sobie pie­kła, jakie musiała prze­ży­wać ta kobieta przez aż nazbyt wiele lat.

– I co spra­wiło, że go pani w końcu zabiła?

Edith wzru­szyła szczu­płymi ramio­nami.

– Wła­ści­wie to dziwne. Niby nic wiel­kiego, bo przez te lata prze­ży­łam tyle dużo gor­szych rze­czy. Jak­bym po pro­stu nagle miała dość. Nie podo­bały mu się grzanki, które mu zro­bi­łam. A więc cisnął o ścianę moją fili­żankę do kawy. Po babci. Miała dla mnie zna­cze­nie sen­ty­men­talne. I oto nagle leżała na ziemi roz­kru­szona w drobny mak. Poczu­łam, jak­bym ja się też roz­kru­szyła w środku. Wie­dzia­łam, że w szo­pie mamy butelkę gli­kolu. A więc gdy Tage wyszedł na swój codzienny poranny spa­cer, wla­łam tego gli­kolu do soku, który zawsze wypi­jał zaraz po powro­cie do domu. Wypił dwie szklanki. I umarł. Myśla­łam, że to oczy­wi­ste, co zro­bi­łam. I byłam gotowa ponieść kon­se­kwen­cje. Jed­nak wezwany lekarz zało­żył, że Tage umarł natu­ralną śmier­cią. Nawet nie prze­pro­wa­dzili obduk­cji. A więc nic nie powie­dzia­łam. Krótko po tym go pocho­wa­li­śmy.

– Kiedy to było?

– Wczo­raj minęło trzy­dzie­ści lat od pogrzebu.

Patrik gapił się na nią z nie­do­wie­rza­niem.

– Trzy­dzie­ści lat minęło?

– Tak.

Nie dodała nic, tylko na niego patrzyła.

Patrik nie bar­dzo wie­dział, co zro­bić. Wła­ści­wie miał ochotę popro­sić ją, żeby wyszła z komi­sa­riatu i ni­gdy wię­cej o tym nie wspo­mi­nała. Minęło trzy­dzie­ści lat. Co za sens, żeby teraz w tym grze­bać? Co innego mówiło mu jego poczu­cie obo­wiązku. Dla mor­der­stwa nie ma przedaw­nie­nia1. Trzy dni czy trzy­dzie­ści lat – nie ma zna­cze­nia. Mor­der­stwo musi zostać zba­dane nie­za­leż­nie od wszyst­kiego. Nie do niego należy ocena.

Wes­tchnął.

– Pew­nie pani rozu­mie, że będziemy musieli doko­nać eks­hu­ma­cji?

Przy­tak­nęła.

– Tak, rozu­miem. I co dalej? Przy­nio­słam torbę ze swo­imi rze­czami, w razie gdy­by­ście mnie chcieli aresz­to­wać.

– Nie, nie, poje­dzie pani do domu, musimy uzy­skać potwier­dze­nie tego, co pani powie­działa, a zaj­mie to tro­chę czasu. Będą mi potrzebne pani dane kon­tak­towe. I nie wolno pani ni­gdzie wyjeż­dżać.

– A dokąd ja mia­ła­bym poje­chać? – Kobieta wzru­szyła ramio­nami.

Po otrzy­ma­niu jej danych Patrik odpro­wa­dził ją do drzwi i wciąż nie był do końca pewien, co się wła­ści­wie wyda­rzyło. Nie mógł powstrzy­mać się przed pyta­niem:

– Dla­czego pani się przy­znała? Dla­czego pani tego po pro­stu nie prze­mil­czała? Mam na myśli, że… minęło trzy­dzie­ści lat. Nikt by się ni­gdy nie dowie­dział.

Kobieta potrze­bo­wała kilku sekund, żeby odpo­wie­dzieć.

– Nie można żyć, nie pono­sząc kon­se­kwen­cji swo­ich dzia­łań. A prawda w jakiś spo­sób zawsze wycho­dzi na jaw. Tylko cza­sami potrze­buje lek­kiej zachęty.

Patrik zamknął za nią drzwi i zamy­ślił się nad tymi sło­wami. Jed­nak wciąż nie był prze­ko­nany. W jego zawo­dzie prawda bywała trudna do uchwy­ce­nia. I bywała rów­nież czymś rzad­kim.

Pod­niósł słu­chawkę i wybrał pewien numer.

– Cześć, tu Patrik Hedström z komi­sa­riatu w Tanum­shede. Wno­szę o zgodę na eks­hu­ma­cję. Tak. Znowu.

– Muszę wymie­nić kilka osób z per­so­nelu.

Gabriel w geście bez­rad­no­ści prze­cią­gnął pal­cami przez włosy.

– Trzeba im dać szansę, żeby się wyro­bili – ode­zwał się Allan.

Gabriel cho­dził tam i z powro­tem po pięk­nym, ręcz­nie wią­za­nym dywa­nie turec­kim. Za oknem roz­po­ście­rał się widok na wej­ście do portu, a słońce póź­nego lata odbi­jało się w wodzie.

Sto­jąc przy drzwiach salonu, Yvonne Rud­berg myślała z iry­ta­cją o tym, że tyle razy musiała medio­wać mię­dzy swoim mężem a jego synem. Niby tacy podobni, a jed­nak nie­po­dobni. Gabriel dawał upust swoim fru­stra­cjom. Allan cho­wał je do środka.

– Nie mam czasu ani ochoty pra­co­wać z ama­to­rami. Jeśli mamy utrzy­my­wać tę restau­ra­cję na pozio­mie, na który się umó­wi­li­śmy, to muszę mieć ludzi nie­za­wod­nych!

Tup­nął lekko nogą. Przy­po­mniał jej się Gabriel nasto­letni, robiący to samo. Albo mały chło­piec. Zawsze łatwo wpa­dał w złość.

– Ta restau­ra­cja nie znaj­duje się ani w Göteborgu, ani w Sztok­hol­mie – powie­dział spo­koj­nie Allan. – I nie ma tu takiego wyboru, jeśli cho­dzi o per­so­nel. Musimy pra­co­wać z ludźmi, któ­rych mamy na miej­scu, trzeba dać im czas, szko­lić ich i mieć cier­pli­wość.

Usiadł w dużym fotelu skie­ro­wa­nym w stronę okna. Słońce padało mu pro­sto na twarz i Yvonne odno­to­wała na niej zmarszczki, któ­rych przed­tem nie zauwa­żyła. Jak to się stało, że nagle się razem zesta­rzeli? Mijał rok za rokiem, aż do teraz, gdy już był w per­spek­ty­wie dostrze­galny finał. Spę­dzili ze sobą czter­dzie­ści lat. Dzie­ląc ze sobą rado­ści i smutki. Kochała go. Bar­dziej niż samo życie.

– Nie powin­ni­śmy podej­mo­wać pochop­nych decy­zji – powie­działa. – Pre­miera była w zasa­dzie udana. Dajmy sobie mie­siąc, a potem doko­namy ewa­lu­acji.

Żaden z nich nie odpo­wie­dział, ale wie­działa, że słu­chali. Na tym zawsze pole­gała jej rola. Na media­cji. I miała tego ser­decz­nie dość. Zresztą ni­gdy tak naprawdę nie dopu­ścili jej do swo­jej wspól­noty.

– Uwa­żam, że decy­zja, aby doko­nać otwar­cia aku­rat wczo­raj, była błę­dem – powie­dział Gabriel. – Nie byłem odpo­wied­nio sku­piony. Udziec z jele­nia został prze­pie­czony i nie udało mi się uzy­skać odpo­wied­nio kwa­sko­wa­tego smaku w sosie do golca.

Yvonne wbiła w niego wzrok, ale nie patrzył jej w oczy, tylko gapił się na dywan. I znów zaczął cho­dzić po pokoju. Wie­działa, że on wie, że wkra­cza na nie­bez­pieczny teren.

– Decy­zja była słuszna – ode­zwała się. – To był ładny spo­sób, żeby uho­no­ro­wać twoją sio­strę. Jeśli to kwe­stio­nu­jesz, to tym samym pod­wa­żasz nas jako rodzinę. Sofie wciąż z nami jest. A jej miej­sce we wczo­raj­szym otwar­ciu było oczy­wi­ste.

– Zga­dzam się z Yvonne.

Allan uśmiech­nął się do niej lekko. Mru­gnęła do niego w intym­nym poro­zu­mie­niu, które wypra­co­wali przez lata. Mieli wiele spo­so­bów komu­ni­ko­wa­nia się bez słów, w języku zro­zu­mia­łym tylko dla nich dwojga.

Spoj­rzała teraz na wody zatoki z pro­mie­niami słońca. Następ­nie odwró­ciła się do Gabriela.

– Dziś przyjdą tu z „Bohusläningen”, chcą zro­bić repor­taż o zagi­nię­ciu Sofie.

– Po co?

Gabriel znów prze­su­nął dło­nią przez czarne włosy, które stale wpa­dały mu do oczu. Allan miał kie­dyś takie same, teraz już siwe.

– Dobrze wiesz po co. Trzeba pod­trzy­mać pamięć o niej. Ktoś gdzieś coś wie. Czas zmie­nia wiele rze­czy i rela­cji. Rów­nież wza­jemne poczu­cie lojal­no­ści. Dopóki roz­ma­wiamy o Sofie, ist­nieje szansa, że ktoś wyj­dzie z jakąś infor­ma­cją. Wczo­raj był o tym mate­riał w Nyhet­smor­gon, ode­zwali się też z Efter­lyst2, chcą przy­go­to­wać jakiś mate­riał w związku z trzy­dzie­stą rocz­nicą jej zagi­nię­cia.

– Jej nie ma! Nikt nie wyj­dzie z żadną infor­ma­cją! Ni­gdy się nie dowiemy, co się stało! Wy żyje­cie prze­szło­ścią, a ja pró­buję żyć teraź­niej­szo­ścią. Trudno, kurwa, rób­cie sobie te swoje wywiady, nie powstrzy­mam was przed tym. Ale ja mam pro­wa­dzić restau­ra­cję. Z mnó­stwem jakichś par­ta­czy!

Wypadł z pokoju, w któ­rym zapa­no­wało pełne napię­cia mil­cze­nie. Yvonne pode­szła do Allana i przy­sia­dła na pod­ło­kiet­niku. Objęła go za szyję i przy­tknęła głowę do jego głowy.

W ich stronę pły­nęła żaglówka pod peł­nymi żaglami.

– Dzwo­nił Bengt, wpad­nie tutaj. Zdą­żymy, zanim przyjdą ci z „Bohusläningen”.

Łączył ich spe­cjalny układ, pole­ga­jący na tym, że Bengt i Jocke, z któ­rymi zawsze byli bli­sko, zain­we­sto­wali w restau­ra­cję Gabriela. Niby nie należy mie­szać pie­nię­dzy z przy­jaź­nią, ale Bengt chciał im pomóc, a Yvonne nie znała dru­giego czło­wieka rów­nie uczci­wego jak on. Poza Alla­nem oczy­wi­ście.

Allan nic na to nie odrzekł. Nato­miast po chwili mil­cze­nia powie­dział:

– Sofie wypły­nę­łaby na łódce w taki dzień.

W jego gło­sie zabrzmiał wyraźny smu­tek jak zawsze, gdy mówił o Sofie. Taki sam jak u Yvonne. Miał rację. Sofie była dobrą żeglarką i spę­dzała wiele godzin w swo­jej „opty­mi­stce” Vic­to­rii. Na sie­dem­na­ste uro­dziny zamie­rzali jej spre­zen­to­wać jacht klasy Laser. A Vic­to­ria wciąż stała w zamknię­tej na głu­cho szo­pie na ich działce.

– Wypły­nę­łaby – powie­działa cicho Yvonne. – Wypły­nę­łaby.

Na łodzi, szy­ku­ją­cej się do przy­bi­cia do brzegu, zaczęło się refo­wa­nie żagli.

– Sły­sza­łam, że wam wczo­raj dobrze poszło.

Gun Hag­man spięła plik kar­tek i wło­żyła sta­ran­nie do sko­ro­szytu, po czym scho­wała go do szu­flady biurka.

Ellen przy­tak­nęła.

– Goście powie­dzie­liby, że tak, a mój mąż, że nie. Ale on ni­gdy nie jest zado­wo­lony.

– W ten spo­sób osiąga się wiel­kość, a dia­beł tkwi w szcze­gó­łach. – Gun spięła kolejny plik kar­tek. – A więc to jest mie­sięczne spra­woz­da­nie finan­sowe. Do niczego nie można będzie się przy­cze­pić.

– Jesteś praw­dziwą opoką, Gun.

Ellen wypro­sto­wała się, przy­go­to­wu­jąc się do poran­nego obchodu. Była wpraw­dzie współ­wła­ści­cielką i dyrek­torką domu opieki, ale lubiła uczest­ni­czyć w jego codzien­nych pro­ce­du­rach. Nato­miast wszel­kie sprawy zwią­zane z rapor­tami finan­so­wymi z przy­jem­no­ścią sce­do­wała na Gun. Nie znaj­do­wała w nich żad­nej satys­fak­cji. Wolała pracę z ludźmi. Moż­li­wość posta­wie­nia na nogi byłego domu star­ców Åldersro poja­wiła się w ide­al­nym momen­cie. Po zamknię­ciu daw­nego Åldersro w budynku dzia­łał przez wiele lat hotel typu Bed & Bre­ak­fast, ale Ellen, która miała doświad­cze­nie ze służby zdro­wia, wie­działa, że potrafi stwo­rzyć tu pry­watny, now­szy i lep­szy dom opieki. Doko­nali znacz­nej prze­bu­dowy, powstały jasne, przy­zwo­ite pomiesz­cze­nia. Nie chciała uczest­ni­czyć w spra­wach doty­czą­cych restau­ra­cji Gabriela, bo gdyby pra­co­wali razem, na pewno skoń­czy­łoby się roz­wo­dem.

Nato­miast ten układ był ide­alny. W dodatku roz­wią­zy­wał jeden z jej naj­więk­szych pro­ble­mów: kto zaj­mie się Aino.

– Zaj­rzę naj­pierw do mamy i spraw­dzę, czy jest w sta­nie usiąść do stołu razem z innymi.

– Aino ma dziś dobry dzień – poin­for­mo­wała Gun. – Zaglą­da­łam do niej po przyj­ściu i wydała mi się cał­kiem przy­tomna.

Zamknąw­szy za sobą drzwi kan­ce­la­rii, Ellen skrę­ciła w kory­ta­rzu w lewo. Dała mamie naj­lep­szy pokój, duży i jasny z wido­kiem na kościół.

Deli­kat­nie zapu­kała do drzwi i ze środka usły­szała „pro­szę”. Już po gło­sie matki Ellen stwier­dziła, że Gun mówiła prawdę. Miała dobry dzień.

– Cześć, mamo.

– Cześć, kocha­nie.

Sie­dząca na krze­śle pod oknem Aino uśmiech­nęła się do niej. Ellen pro­po­no­wała jej wsta­wie­nie wygod­nego fotela, ale mama nale­gała na zatrzy­ma­nie sta­rego szcze­bel­ko­wego krze­sła, które przed­tem stało pod oknem kuchen­nym w domu rodzin­nym Ellen, naprze­ciwko Åldersro. Sie­działa wypro­sto­wana na twar­dym krze­śle, spę­dza­jąc więk­szość czasu na patrze­niu przez okno.

– Dobrze wam wczo­raj poszło?

Ellen kiw­nęła głową. Ucie­szyła się, że mama pamięta, co się działo. Demen­cja poja­wiła się stop­niowo i na tyle powoli, że począt­kowo było trudno orzec, czy nie cho­dzi tylko o zwy­czajne pro­blemy z pamię­cią. Gubiła klu­cze. Potrze­bo­wała całego przed­po­łu­dnia, żeby zna­leźć port­fel. Po pew­nym cza­sie było coraz bar­dziej ewi­dentne, że cho­dzi o coś wię­cej niż tylko zapo­mi­na­nie. A w ostat­nich mie­sią­cach ten pro­ces przy­spie­szył. Gdy zapo­mniała o garnku na kuchence i omal nie pod­pa­liła domu, Ellen z Gabrie­lem zdali sobie sprawę, że Aino już nie może miesz­kać sama we wła­snym domu, choć miała tylko sześć­dzie­siąt sześć lat.

– Dobrze. Gabriel jest świetny.

Ellen pogła­dziła mamę po policzku. Aino była wciąż piękna. Kru­chą, ete­ryczną urodą, którą zawsze cza­ro­wała wszyst­kich z jej oto­cze­nia. Jej blond włosy posi­wiały, ale na­dal opa­dały aż do pasa.

– To dosko­nale.

– Chcesz zjeść śnia­da­nie tu czy ze wszyst­kimi?

– Chyba mam dziś dobry dzień? – spy­tała. – Nie wma­wiam sobie, naprawdę mam dobry dzień?

– Nie wma­wiasz sobie. Naprawdę dobry. To co powiesz na tro­chę towa­rzy­stwa? Cmen­tarz się stąd nie wynie­sie, póź­niej się na niego poga­pisz.

– Żarty sobie stro­isz ze sta­rej matki. Nie gapię się na cmen­tarz, tylko na żałobę, która nad nim zalega ciężko. Wiele osób boi się żałoby, a ja nauczy­łam się od mojej matki, jej matki i jesz­cze jej matki, że żałobę trzeba przy­jąć do sie­bie.

– Już to sły­sza­łam, nawet aż za czę­sto – odparła Ellen. – I pro­szę, żebyś mi znów nie opo­wia­dała tej sta­rej rodzin­nej histo­rii. A teraz idziemy, dopil­nuję, żebyś dostała kanapkę z serem i ogór­kiem, a jeśli ci się poszczę­ści, to Erlend poczuje natchnie­nie i zagra ci na pia­ni­nie Pärleporten.

– „Bramę do nieba”? Znów sobie ze mnie żar­tu­jesz. Nie­do­bre dziecko.

Jed­nak uśmie­chała się, wsta­jąc z tru­dem. Zawsze się ze sobą prze­ko­ma­rzały przy­jaź­nie przez te wszyst­kie lata, kiedy były tylko we dwie.

– Może dałby się prze­ko­nać i zamiast tego zagrał coś z Elli Fit­zge­rald?

– Jeśli ktoś potrafi to zro­bić, to tylko ty, mamo. On ma do cie­bie sła­bość.

– Boże, prze­cież on ma prze­szło osiem­dzie­siątkę. Po co mi taki stary dziad?

– Sama widzisz, dla niego ty jesteś mało­latą.

– E tam, nie­mą­dre dziecko.

Ellen poca­ło­wała matkę w poli­czek. To dobry dzień.

Przy­chod­nia w Tanum­shede mie­ściła się w niskim cegla­nym budynku. Erica zapar­ko­wała i ostroż­nie wyjęła z auta nosi­dełko z Norą. Córeczka zasnęła pod­czas jazdy, jej dłu­gie rzęsy two­rzyły wachla­rzyki na puco­ło­wa­tych policz­kach. Kaszl­nęła, co przy­po­mniało Erice, po co tu przy­je­chały, i kazało przy­spie­szyć kroku do wej­ścia.

Erica nie cier­piała przy­chodni, zresztą wszel­kich pla­có­wek ochrony zdro­wia. Powody, żeby tu się zja­wić, ni­gdy nie były przy­jemne. A jed­nak od uro­dze­nia się Nory czę­sto tu bywała. Nie­po­kój o córeczkę zako­rze­nił się u Eriki jesz­cze pod­czas ciąży, gdy spę­dzała wiele bez­sen­nych godzin na googlo­wa­niu. Czy­tała dłu­gie listy ewen­tu­al­nych kom­pli­ka­cji i pro­ble­mów zdro­wot­nych cią­gną­cych się przez całe życie. Jed­nak do tej pory mieli szczę­ście. Nora oka­zała się zdro­wym nowo­rod­kiem o sil­nym sercu. Mimo to Erika nie potra­fiła prze­stać się nie­po­koić.

Mag­da­lena Bergström otwo­rzyła im i przy­trzy­mała drzwi.

– Cześć. Wchodź­cie, przyj­rzymy się Norze.

– Cześć, Mag­da­leno. Bar­dzo ci dzię­kuję, że nas przy­ję­łaś, cho­ciaż w zasa­dzie macie zamknięte…

– E tam, i tak sie­dzia­łam tu nad papie­rami.

Wcho­dząc do środka, Erica poczuła aż śmiesz­nie zna­jomy zapach. Była to woń pla­stiku, che­mi­ka­liów i środ­ków czysz­czą­cych.

– Możemy wejść tutaj. Tro­chę się tu zado­mo­wi­łam.

Mag­da­lena ski­nęła w stronę jed­nego z gabi­ne­tów i uśmiech­nęła się tym swoim sze­ro­kim uśmie­chem z dołecz­kami.

– O, widzę wię­cej rośli­nek, niż kiedy tu byłam ostat­nim razem?

Erica rozej­rzała się po nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu. Ten sam brud­no­żółty kolor ścian co w pocze­kalni, te same nie­cie­kawe deko­ra­cje i pokryta papie­rem obo­wiąz­kowa zie­lona leżanka wzdłuż jed­nej ściany. Jed­nak rośliny donicz­kowe w spo­rej licz­bie zła­go­dziły ste­rylne wra­że­nie.

– Chcia­ła­bym mieć tro­chę kwiat­ków, dla koloru, ale ze względu na pacjen­tów z aler­gią musia­łam zado­wo­lić się zie­lo­nymi rośli­nami.

Mag­da­lena usia­dła przy biurku na krze­śle z jakie­goś nie­ład­nego jasnego drewna i gestem zapro­siła Erikę, żeby zajęła miej­sce naprze­ciwko.

– Co się dzieje z naszą ślicz­notką?

– Kaszle – odparła Erica i spoj­rzała zmar­twiona na Norę, która aku­rat dostała ataku rzę­żą­cego kaszlu, tak gwał­tow­nego, że się obu­dziła.

– Ojej, ależ ty kasz­lesz, kochana.

Mag­da­lena wstała, wyjęła Norę z nosi­dełka i uśmiech­nęła się do niej. Podała ją Erice i się­gnęła po ste­to­skop. Erica pod­cią­gnęła dziecku koszulkę z przodu.

Nora zapro­te­sto­wała lekko, gdy poczuła zimny metal doci­śnięty do piersi, ale szybko się uspo­ko­iła. Mag­da­lena posłu­chała jej w mil­cze­niu. Następ­nie się­gnęła po ter­mo­metr i wło­żyła małej do lewego ucha. Spoj­rzaw­szy na cyfrowy wynik, uśmiech­nęła się uspo­ka­ja­jąco do Eriki.

– Wydaje się, że wszystko dobrze i nie ma gorączki. Teraz jest dużo wiru­sów, pew­nie rodzeń­stwo przy­nio­sło coś z przed­szkola. Jest tak malutka, że nie zalecę żad­nych lekarstw, bo jest za mało dowo­dów, że dzia­łają na takie kru­szynki. Nato­miast powin­naś dopil­no­wać, żeby dosta­wała dużo pły­nów. Może mogła­byś kupić nawil­żacz powie­trza i posta­wić obok jej łóżeczka, przy­da­łoby się rów­nież, żebyś posie­działa z nią w łazience, pusz­cza­jąc gorącą wodę z prysz­nica. Para pomo­głaby uwol­nić śluz.

Mag­da­lena spoj­rzała przy­jaź­nie na Ericę.

– Nora się bar­dzo dobrze czuje. Nie licząc zwy­kłego kaszlu.

– Na pewno?

– Na pewno. I prze­stań googlo­wać.

Erica się uśmiech­nęła.

– Tak, wiem. Cią­gle nie mogę prze­stać się nie­po­koić.

Mag­da­lena pochy­liła się lekko nad biur­kiem.

– Będzie dobrze – powie­działa. – Wszystko w porządku. To zdrowa i silna dziew­czynka.

Erica ode­tchnęła z drże­niem.

– Dzię­kuję, Mag­da­leno. Jesteś dla mnie praw­dzi­wym opar­ciem. Zro­biła się ze mnie taka okropna osoba, która przy naj­błah­szych obja­wach przy­cho­dzi tutaj i zabiera innym cenny czas. Nawet w nie­dzielę. Po tym jak pra­co­wa­łaś za gra­nicą, na pewno uwa­żasz, że jeste­śmy bez­na­dziejni, kiedy zja­wiamy się z naj­drob­niej­szymi dole­gli­wo­ściami.

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

– Możesz zawsze przyjść. Dla mnie taki kaszel jest cał­kiem przy­jemną odmianą po przy­pad­kach tyfusu i dyzen­te­rii.

– Trudno ci było zosta­wić to wszystko za sobą? Po tylu latach pracy z Leka­rzami bez Gra­nic przy­chod­nia w Tanum­shede musi ci się wyda­wać… mało zna­cząca.

Mag­da­lena uśmiech­nęła się i znów pokrę­ciła głową. Spoj­rzała na Norę, która nagro­dziła ją sze­ro­kim uśmie­chem.

– Są gra­nice ludz­kiej wytrzy­ma­ło­ści na nie­szczę­ście i cier­pie­nie. U mnie tę gra­nicę wyzna­czyły dzieci, które mi umarły na rękach. A dałoby się je ura­to­wać, gdyby uro­dziły się gdzie indziej. Zresztą nie było nikogo innego, kto zająłby się moją mamą, kiedy jej stward­nie­nie zani­kowe boczne stało się zaawan­so­wane.

Mag­da­lena nachy­liła się i pogła­skała Norę po okrą­głym policzku.

– Byli­ście wczo­raj w restau­ra­cji Gabriela?

– Tak, cudow­nie było wyjść tylko we dwoje. A jedze­nie było fan­ta­styczne.

– Oby im się udało. Otwie­ra­nie w Fjällbace restau­ra­cji z eks­klu­zyw­nym jedze­niem to spore wyzwa­nie. Ale skoro restau­ra­cje na pust­ko­wiu, takie jak Äng i Fäviken, potra­fiły przy­cią­gnąć klien­tów, to pew­nie wszystko jest moż­liwe.

– O, nie wie­dzia­łam, że jesteś sma­koszką.

Erica umie­ściła i przy­pięła Norę w nosi­dełku.

Mag­da­lena popra­wiła koń­ski ogon.

– Z braku faceta życie wypeł­nia mi jedze­nie.

– Nie­moż­liwe, żebyś nie miała wiel­bi­cieli. Pew­nie jesteś za bar­dzo wybredna.

– Nie każdy ma takie szczę­ście jak ty. Podaż jest tu nie­wielka. Wszy­scy są albo żonaci, albo miesz­kają z mamu­sią.

Erica zaśmiała się, ale zaraz spo­waż­niała, patrząc na Mag­da­lenę.

– Masz jakiś kon­takt z daw­nymi kole­gami i kole­żan­kami?

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

– Nie, stra­ci­li­śmy się z oczu, kiedy wypro­wa­dzi­łam się po matu­rze. Pomy­śleć tylko, że Ellen i Gabriel się pobrali. Ni­gdy bym w to nie uwie­rzyła.

Erica chrząk­nęła.

– Jocke jest świeżo po roz­wo­dzie. Wró­cił do Fjällbacki zaraz przed począt­kiem lata, ale pew­nie o tym wiesz.

Mag­da­lena pod­nio­sła ręce w obron­nym geście.

– Pro­szę cię, bez tego zna­czą­cego spoj­rze­nia. To było trzy­dzie­ści lat temu. Nie widzia­łam go od mojego powrotu. Pew­nie mu się prze­rze­dziły włosy na gło­wie, ma spory brzuch i grube oku­lary.

Erica uśmiech­nęła się pod nosem. W Fjällbace wszy­scy wie­dzieli, co daw­niej było mię­dzy Joc­kem a Mag­da­leną. Mło­dzień­cza miłość, która – jak wie­rzyli – mogłaby prze­trwać. Jocke zro­bił karierę w kana­dyj­skiej lidze NHL, a potem miał sporo uda­nych inwe­sty­cji. Teraz wró­cił, star­szy i bogat­szy – i wciąż się podo­bał.

– Muszę cię nie­stety roz­cza­ro­wać. Jest jesz­cze przy­stoj­niej­szy. Urok siwi­zny na skroni, wyćwi­czone ciało…

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

– Nie kusi mnie. Dawne dzieje, lepiej do tego nie wra­cać. A ty jedź do domu i włącz gorący prysz­nic dla małej.

Erica spoj­rzała na nią.

– Wczo­raj­sze ofi­cjalne otwar­cie odbyło się w trzy­dzie­stą rocz­nicę zagi­nię­cia Sofie.

Mag­da­lena ode­tchnęła, co zabrzmiało jak wes­tchnie­nie.

– Tak, widzia­łam. Nawet było o tym w Nyhet­smor­gon. – Odwró­ciła się do biurka, ale po chwili cią­gnęła: – Po jej znik­nię­ciu już nic nie było takie jak przed­tem. Były­śmy ze sobą tak bli­sko: ja, Ellen i Sofie. Ale została po niej wyrwa i pyta­nia bez odpo­wie­dzi… Wydaje mi się, że wtedy zmie­niło się życie nas wszyst­kich. Powin­nam była wró­cić z nią do domu w tam­ten wie­czór, żeby nie wycho­dziła z imprezy sama. Ale byłam nasto­latką. Mło­dziutką i głu­piutką. Samo­lubną. Gdy­bym z nią poszła, to może wszystko poto­czy­łoby się ina­czej.

Erica poło­żyła dłoń na ramie­niu Mag­da­leny.

– Łatwo być mądrym po szko­dzie. Jedy­nym czło­wie­kiem, który za to odpo­wiada, jest ten, który ją upro­wa­dził.

Nora znów się roz­kasz­lała, był to długi, prze­cią­ga­jący się atak.

– Puść gorącą wodę w prysz­nicu. Poda­waj jej dużo pły­nów. I postaw obok niej nawil­żacz powie­trza – powtó­rzyła Mag­da­lena, głasz­cząc poli­czek Nory, która obda­rzyła ją bez­zęb­nym uśmie­chem. – Dużo piesz­czot.

– Jesteś wspa­niała.

Poszły razem do drzwi wej­ścio­wych, Mag­da­lena je otwo­rzyła. Erica posłała jej całusa, Mag­da­lena odpo­wie­działa tym samym, ale jakby bez prze­ko­na­nia. Jej wyraz twa­rzy mówił Erice, że Mag­da­lena jest myślami zupeł­nie gdzie indziej.

– Zdaje się, że wczo­raj się udało!

Bengt Hag­man wyda­wał się zaj­mo­wać swoją osobą całą prze­strzeń. Allan, który był śred­niego wzro­stu, czuł się przy nim malutki. Drob­niutki. Była to nie tylko kwe­stia wzro­stu pra­wie dwu­me­tro­wego Bengta i jego masyw­nej budowy. Rów­nież jego głos zda­wał się wypeł­niać pomiesz­cze­nie do ostat­niego mili­me­tra kwa­dra­to­wego.

– Dobrze było – odparła Yvonne. – Tro­chę cho­rób wieku dzie­cię­cego plus to, że Gabriel jest per­fek­cjo­ni­stą i ni­gdy nie jest zado­wo­lony. To jed­nak pod­sta­wowy waru­nek dla szefa kuchni, który celuje wysoko jak on.

– Per­fek­cjo­ni­stą, wła­śnie. Widać to wyraź­nie w naszym bilan­sie. Remont Gröna Lid kosz­to­wał o dwa miliony wię­cej, niż zakła­da­li­śmy.

Allan zaczął się wier­cić. Nie cier­piał roz­mów o pie­nią­dzach. Tak samo jak nie zno­sił tego, że jest zależny od inwe­sty­cji Bengta i Joc­kego. Dobrze im się powo­dziło, jemu i Yvonne, sprze­daż restau­ra­cji z owo­cami morza, którą przez wiele lat pro­wa­dził przy rynku, przy­nio­sła mu pokaźną sumę. Jed­nakże nie­wy­star­cza­jącą do sfi­nan­so­wa­nia samo­dziel­nego przed­się­wzię­cia Gabriela.

– Przyj­rzymy się licz­bom – zapew­niła Yvonne. – Zoba­czymy, na czym można by zaosz­czę­dzić. Teraz naj­waż­niej­sze jest zaufa­nie do Gabriela. Musi się sku­pić, żeby móc dowo­zić.

Jak dla Allana jej głos zabrzmiał tro­chę za bar­dzo natar­czy­wie. Bengt i jego żona Gun byli ich naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi od wielu lat, jesz­cze z cza­sów, zanim Sofie i Jocke poszli do tej samej szkoły, mimo to w gło­sie Yvonne, gdy z nimi roz­ma­wiała, dał się zawsze wychwy­cić jakiś ton słu­żal­czo­ści. Impo­no­wały jej ich pie­nią­dze, ich pozy­cja. Bengt już w latach osiem­dzie­sią­tych stwo­rzył od pod­staw odno­szącą suk­cesy firmę impor­tową, w Fjällbace ucho­dził dziś za czło­wieka, który może sobie kupić, co tylko zechce. Dla Allana takie rze­czy były bez zna­cze­nia, nato­miast dla Yvonne naj­waż­niej­szy był zawsze wize­ru­nek.

Bengt spoj­rzał na Yvonne, potem na Allana.

– To oczy­wi­ste, że mamy zaufa­nie do Gabriela. A wczo­raj­sza kola­cja była wielką przy­jem­no­ścią. Powie­dział­bym tylko, że pre­miera aku­rat w tym dniu nie była może odpo­wied­nim pomy­słem. Oczy­wi­ście współ­od­czu­wamy z wami i rozu­miemy, że musiało wam być wczo­raj wyjąt­kowo ciężko, ale…

Yvonne wpa­dła mu w słowo i choć raz odpo­wie­działa ostro.

– Moment był jak naj­bar­dziej odpo­wiedni. To był ładny spo­sób upa­mięt­nie­nia Sofie.

– My też tęsk­nimy za Sofie – ode­zwał się Bengt z drże­niem w tubal­nym gło­sie. – To była miła dzie­wuszka. I wierz­cie mi, tyle razy myśla­łem sobie, że gdy­by­śmy nie poszli w gości tam­tego wie­czora, żeby Jocke mógł urzą­dzić tę nie­szczę­sną imprezę, to może… Ale i Jocke, i ja uwa­ża­li­śmy… Zresztą, dajmy temu pokój, co się stało, to się stało, a wczo­raj­sza pre­miera poszła dobrze.

W tym momen­cie przy­biegł Gabriel. Miał zaró­żo­wione policzki, a jego fry­zura choć raz nie była ide­alna.

– Pierw­sza recen­zja! Kogoś z „Göteborgs-Posten”. To na pewno ta para, która sie­działa w kącie sali, wyda­wało mi się, że kobieta noto­wała coś na swoim tele­fo­nie! Posłu­chaj­cie:

Czy otwie­ra­nie eks­klu­zyw­nej restau­ra­cji w małej Fjällbace ma sens? Przez dzie­sięć mie­sięcy w roku jest tu tysiąc miesz­kań­ców, a kil­ka­dzie­siąt tysięcy przez zale­d­wie dwa mie­siące. Czy pocho­dzący z Fjällbacki szef kuchni Gabriel Rud­berg jest w sta­nie ser­wo­wać jedze­nie na pozio­mie, który przy­cią­gnie klien­tów do małej miej­sco­wo­ści sto trzy­dzie­ści kilo­me­trów na pół­noc od Göteborga? Otóż odpo­wiedź to: zde­cy­do­wa­nie tak. Przy­stawka z prze­grzebka w sosie sza­fra­no­wym z emul­sją bazy­liową roz­ta­pia się na języku. To tak, jakby się jadło kawa­łek morza. Danie główne, czyli zaska­ku­jąco rusty­kalna makrela sma­żona na maśle z dodat­kiem gorą­cego sosu ogór­ko­wego, oliwy zapra­wio­nej czosn­kiem niedź­wie­dzim i sosu śmie­ta­no­wego, pod­nosi tę zwy­czajną rybę na poziom, któ­rego ni­gdy bym się nie spo­dzie­wała. Spró­bo­wa­li­śmy rów­nież zupy z homar­ców ugo­to­wa­nej na bulio­nie, co poka­zuje, że kucharz rozu­mie zna­cze­nie balansu mię­dzy sma­kami. Podano ją z kru­szonką z wodo­ro­stów. Ta czarna, dość brzydka roślina, która wydaje się trudna do ujarz­mie­nia, została póź­niej podana rów­nież w postaci – uwaga! – lodów. Lekka sło­ność lodów pocho­dząca z wodo­ro­stów sta­no­wiła ide­alne uzu­peł­nie­nie dla smaku kru­chego cia­sta mig­da­ło­wego. Zła­pa­łam się na tym, jak gło­śno powie­dzia­łam mojemu towa­rzy­szowi, że chyba odkry­łam ide­alny deser. Gabriel Rud­berg nie dość, że »dowozi«, to jesz­cze prze­szedł ocze­ki­wa­nia wybred­nej, zbla­zo­wa­nej recen­zentki kuli­nar­nej. Co już nie zda­rza się zbyt czę­sto. Cha­peau bas i oby ta bar­dzo ryzy­kowna inwe­sty­cja się opła­ciła. To restau­ra­cja wyso­kiej klasy mię­dzy­na­ro­do­wej i chyba się nie mylę, że wkrótce będziemy świad­kami nowej formy zagra­nicz­nej tury­styki do Fjällbacki. Sma­ko­szy z całego świata, któ­rzy będą piel­grzy­mo­wać, żeby zjeść wła­śnie tu. Brawo!

Yvonne krzyk­nęła gło­śno. Allan pod­niósł się powoli, nie potra­fił oka­zy­wać rado­ści rów­nie spon­ta­nicz­nie jak jego żona, ale pękał z dumy. Opa­dły go wspo­mnie­nia z godzin spę­dzo­nych w kuchni z dora­sta­ją­cym Gabrie­lem i aż go roz­sa­dzało od środka.

I choć stał przed nim doro­sły męż­czy­zna, to Allan nagle widział tylko chłopca.

Swo­jego Gabriela.

– Gra­tu­la­cje, chło­pie! – Bengt długo ści­skał rękę Gabriela. – Dobra robota! Dobra robota! Wie­dzia­łem, że mam rację, sta­wia­jąc na cie­bie!

Spoj­rze­nia Allana i Yvonne skrzy­żo­wały się. Tyle spę­dzo­nych wspól­nie lat, tyle wspól­nego bólu daw­niej i teraz. W tym momen­cie wszystko zostało zapo­mniane.

Allan pod­szedł do Gabriela. Spoj­rzeli na sie­bie w mil­czą­cym poro­zu­mie­niu. W tym momen­cie wyraźna była ich wza­jemna miłość, któ­rej ni­gdy nie potra­fili wyra­zić sło­wami, a prze­cież zawsze obecna mimo trud­nych chwil. Allan objął syna i wtedy popły­nęły łzy. Po raz pierw­szy od trzy­dzie­stu lat.

„Come Out and Play” – The Offspring

Zakoń­cze­nie roku szkol­nego. Co mam powie­dzieć? Zaczę­łam pora­nek od awan­tury z mamą.

Mia­łam zamiar wło­żyć neo­no­wo­żółty krótki top i białą fal­ban­kową spód­nicę. Mega­ład­nie. Opa­la­łam się w ogro­dzie przez kilka week­en­dów, żeby nabrać odpo­wied­niego koloru. Ale mama zro­biła aferę. Zmu­siła mnie, żebym wło­żyła sukienkę. Nie­na­wi­dzę jej.

Rzecz jasna nikt nie miał uwag do stroju Gabriela, który ubrał się w te same dziwne czarne ciu­chy co zwy­kle. Do tego kajal. Wygląda jak jakiś kre­tyn, ale nikt nie powie tego gło­śno. Za to mój krótki top jest „nie­od­po­wiedni”. Cho­lerna nie­spra­wie­dli­wość.

Cie­szę się i jed­no­cze­śnie żałuję, że to koniec szkoły. Z Ellen i z Mag­da­leną spo­ty­ka­ły­śmy się codzien­nie, odkąd tylko poszły­śmy do szkoły. One też idą do liceum w Strömstad, ale nie będziemy w jed­nej kla­sie. Ellen wybrała pro­fil socjalny, ja eko­no­miczny, a Mag­da­lena oczy­wi­ście przy­rod­ni­czy. Zawsze była z nas naj­by­strzej­sza.

Tak czy ina­czej, dziś wie­czo­rem spo­tkamy się na Badhol­men. Ellen powie­działa, że możemy się wyszy­ko­wać u niej. Popro­szę Aino, żeby mi pomo­gła ucze­sać się w koń­ski ogon. Kom­plet­nie sobie z nim nie radzę. Za to wie­czo­rem włożę mój krótki top i spód­nicę. Wsunę do torby i się prze­biorę, tylko muszę pamię­tać, żebym przed powro­tem do domu znów wło­żyła sukienkę.

Mam nadzieję, że mu się spodo­bam. Chyba podo­bała mu się ta nie­bie­ska krótka sukienka z zeszłej soboty, a żółty top jest jakby w tym samym stylu. Nie­sa­mo­wite, że można się aż tak zako­chać. Jakiś tydzień temu obej­rza­łam na wideo „Błę­kitną lagunę”. Może to jedyny spo­sób, żeby­śmy mogli być razem. Gdy­by­śmy tak utknęli na bez­lud­nej wyspie. Tylko we dwoje.

Bez nikogo innego.

Środa

– TRZY DNI i już jest zgoda na eks­hu­ma­cję? Komu z pro­ku­ra­tury pomo­głeś w ukry­ciu zwłok? – Fari­deh Mirza skrzy­żo­wała ramiona na piersi i patrzyła ze zdu­mie­niem na Patrika.

– Wystę­po­wa­łem już parę razy wcze­śniej z takimi proś­bami i zawsze oka­zy­wały się uza­sad­nione. A więc przy­pusz­czam, że mają do mnie zaufa­nie w spra­wach o eks­hu­ma­cję. Pomocne jest rów­nież i to, że z oczy­wi­stych powo­dów mamy zgodę żony.

Patrik wska­zał na Edith Loman­der, która stała na cmen­ta­rzu kawa­łek dalej. Pró­bo­wał ją odwieść od przyj­ścia, ale nale­gała. Zresztą cmen­tarz to miej­sce publiczne, a kobieta nie została zatrzy­mana, zatem nie mógł zro­bić wiele wię­cej, niż zde­cy­do­wa­nie jej to odra­dzić.

– Myślisz, że powie­działa prawdę? Rze­czy­wi­ście zamor­do­wała męża, poda­jąc mu gli­kol?

Patrik wzru­szył ramio­nami.

– Nie mam powodu wąt­pić w jej słowa.

– A dzieci? – spy­tała Fari­deh. – Co one na to? Nie miały zastrze­żeń? Wobec odko­pa­nia ich ojca?

– Dzieci wydają się zain­te­re­so­wane przede wszyst­kim tym, aby matka opu­ściła ich dom rodzinny, a one mogły go sprze­dać. Wydaje się, że mniej ważne dla nich jest to, czy trafi do wię­zie­nia, czy domu opieki.

– O kurde. – Fari­deh pokrę­ciła głową i spoj­rzała w stronę Edith Loman­der. – Pomyśl tylko, rodzi i wycho­wuje dzieci, a potem odkrywa, że są paskud­nymi, chci­wymi ludźmi. I cały czas, jaki im poświę­ciła, poszedł na marne.

– Dzieci to lote­ria. Można się tylko sta­rać ze wszyst­kich sił i liczyć, że to wystar­czy.

Dzień był piękny, pra­wie gorący jak na tę porę roku, co tylko czy­niło tę histo­rię na cmen­ta­rzu jesz­cze bar­dziej absur­dalną. Patrik i Fari­deh stali dzie­sięć metrów od grobu i przy­glą­dali się pracy koparki.

Cmen­tarz był poło­żony w cen­trum miej­sco­wo­ści, poni­żej maje­sta­tycz­nego gra­ni­to­wego kościoła widocz­nego z każ­dego miej­sca w Fjällbace. Grób Tagego Loman­dera znaj­do­wał się w dol­nej czę­ści, gdzie rzędy mogił zostały odgro­dzone ład­nymi żywo­pło­tami. Pęk­nięty nagro­bek i brak kwia­tów świad­czyły o tym, że od pogrzebu, który odbył się trzy dekady temu, nikt o niego spe­cjal­nie nie dbał.

– Co mówi Mel­l­berg? Mor­der­stwo sprzed trzy­dzie­stu lat.

Pod­szedł do nich lekko zasa­pany Mar­tin Molin. Poja­wie­nie się w jego życiu nie­mow­lę­cia znacz­nie ogra­ni­czyło jego prze­bieżki i widać było po nim skutki krót­kiego spa­ceru przez cmen­tarz.

Patrik roz­ło­żył ręce.

– Odkąd Rita zakoń­czyła lecze­nie z dobrymi wido­kami na przy­szłość, zgo­dziłby się pew­nie, żebym roz­ko­pał cały cmen­tarz, i nawet by się nie skrzy­wił.

Oczy Mar­tina zabły­sły, kiedy się uśmiech­nął.

– Masz rację – powie­dział, a potem zwró­cił się do Fari­deh. – I co dalej? Jak już wyko­pie­cie trumnę?

– Zabie­rzemy ją do Zakładu Medy­cyny Sądo­wej. Prze­pro­wa­dzimy bada­nia tok­sy­ko­lo­giczne. Prze­cież wiemy, czego szu­kamy. I ow­szem, jeśli okaże się, że jest dosta­teczna ilość mate­riału do przebada­nia i będzie on zawie­rał to, o czym mówi jego żona, być może kobieta trafi na sta­rość do wię­zie­nia.

Mar­tin spoj­rzał na Edith Loman­der, która stała nie­ru­chomo, obser­wu­jąc roz­ko­py­wa­nie grobu.

– Jakie są szanse, że da się odkryć ślady sub­stan­cji?

– Dość duże. Na przy­kład za pomocą chro­ma­to­gra­fii gazo­wej i spek­tro­me­trii mas jeste­śmy w sta­nie znaj­do­wać nawet naj­mniej­sze ilo­ści sub­stan­cji che­micz­nych. Będziemy przy­pusz­czal­nie ana­li­zo­wać kości, zęby albo włosy, bo w zależ­no­ści od warun­ków panu­ją­cych w gro­bie pew­nie nie zostało zbyt wiele tka­nek mięk­kich.

– W każ­dym razie dałem pani Edith nazwi­sko dobrego adwo­kata – ode­zwał się cicho Patrik. – Pie­kło, które prze­żyła, musi podzia­łać jak oko­licz­ność łago­dząca. A fakt, że nie musiała się przy­zna­wać, świad­czy na jej korzyść. Mogła zabrać tę tajem­nicę do grobu.

– Jed­nak mor­do­wa­nie męża nie jest w porządku. Dla­tego Pan Bóg wyna­lazł roz­wody – zauwa­żyła sucho Fari­deh.

Patrik i Mar­tin wymie­nili spoj­rze­nia. Patrik usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, czy Fari­deh jest roz­wie­dziona. Zdał sobie sprawę, że nie wie za wiele o tech­niczce kry­mi­na­li­styki Fari­deh Mirzie.

Trumna została teraz wydo­byta na pasach z dołu i posta­wiona obok na ziemi.

Tech­nicy Fari­deh, ubrani w zwy­cza­jowe białe kom­bi­ne­zony, pode­szli do trumny. Jeden spoj­rzał w głąb grobu, w któ­rym się przed­tem znaj­do­wała, i nagle zaczął wyma­chi­wać rękami.

– Co jest?

Patrik spoj­rzał pyta­jąco na Fari­deh, która zmarsz­czyła brwi.

Tech­nik przy­wo­ły­wał ich, kiwa­jąc ręką, i wołał coś, czego nie usły­szeli. Pozo­stali też zaczęli wyma­chi­wać rękami.

– Chyba coś zna­leźli – powie­działa Fari­deh, idąc tam raź­nym kro­kiem.

Patrik i Mar­tin musieli pod­biec, żeby za nią nadą­żyć.

Pode­szli do otwar­tego grobu i spoj­rzeli tam, gdzie wska­zy­wali tech­nicy. Patrik wycią­gnął szyję i pochy­lił się, chcąc przyj­rzeć się z bli­ska. Poczuł, jak mu się jeżą włosy na całym ciele, jakby go prąd prze­szedł. Z ziemi i spo­mię­dzy suchych gałęzi sosno­wych, które nie zgniły do końca, wysta­wała kość dłoni. Na niej pier­ścio­nek, który poznał. Bo widział go wiele razy.

– O kurwa.

Mar­tin aż pobie­lał na twa­rzy. Mocno chwy­cił ramię Patrika, wle­pia­jąc wzrok w dziurę.

– Pro­szę odgro­dzić miej­sce – pole­ciła wład­czym gło­sem Fari­deh. – I wezwij­cie wię­cej tech­ni­ków. Nie wolno nam popeł­nić żad­nego błędu.

Ona i Patrik spoj­rzeli na sie­bie.

Zna­leźli Sofie Rud­berg. Leżała tu przez trzy­dzie­ści lat. W cie­niu wiel­kiego gra­ni­to­wego kościoła.

Ludzie tak się boją smutku. Jakby był czymś, czego należy uni­kać za wszelką cenę. A smutku nie da się unik­nąć. Jest czę­ścią życia tak samo jak szczę­ście i radość. Daw­niej ludzie wie­dzieli o tym. Jak i o tym, że dzieci cza­sem umie­rają. Że życie może się skoń­czyć w każ­dej chwili. Była to część codzien­no­ści. Odby­wało się żałobę. I żyło się dalej. Dzi­siejsi ludzie wię­zną w smutku, który zjada ich od środka, albo ciąży nie­zno­śnie nad wszyst­kim, nie prze­pusz­cza­jąc choćby odro­biny świa­tła.

Aino Lönnrot spoj­rzała w okno. Coś się odby­wało na cmen­ta­rzu. Samo­chody poli­cyjne, ludzie w dziw­nych stro­jach niczym kosmici. Czuła aż do szpiku kości ten smu­tek bijący z cmen­ta­rza. Nie ten, który zazwy­czaj uno­sił się spo­koj­nie nad sza­rymi nagrob­kami.

Dziś było to coś innego. Prze­szy­wa­jący, doj­mu­jący smu­tek doma­ga­jący się jakie­goś ujścia.

Pod­nio­sła się powoli i rozej­rzała za swoim swe­trem. To był dobry dzień. Taki, gdy widziała wszystko tak wyraź­nie jak przez soczewki korek­cyjne. Nie wie­działa, jak długo to potrwa. Cza­sem trwało kilka godzin, w naj­lep­szym wypadku cały dzień. A cza­sem tylko kilka minut. I ni­gdy się nie orien­to­wała, kiedy znów nadej­dzie mgła. Wie­działa tylko, że otuli ją wcze­śniej czy póź­niej. Dla­tego powinna się pospie­szyć. Póki wciąż wie, że jest potrzebna i może się przy­dać.

Zna­la­zła swe­ter leżący na łóżku. Porząd­nie zło­żony. Kie­dyś nale­żał do jej matki, która zro­biła go sama na dru­tach. Nosząc go, Aino czuła w każ­dym oczku obec­ność matki. I zapa­chy Kare­lii. Miała tylko dwa lata, gdy matka wyje­chała z nią do Szwe­cji, ale tak się nasłu­chała opo­wie­ści stam­tąd, że stały się dla niej wspo­mnie­niami.

Poczu­cie smutku nara­stało i Aino wło­żyła pospiesz­nie swe­ter. Smu­tek należy puścić, uwol­nić. Matka mówiła jej zawsze, że słuch to ostatni zmysł opusz­cza­jący zmar­łego, dla­tego zada­niem pła­czek było pomóc, by smu­tek zmar­łych stał się sły­szalny. Rów­nież po śmierci.

Aino wyj­rzała ostroż­nie na kory­tarz. Cisza i spo­kój, tylko z jed­nego pokoju docho­dziły dźwięki tele­wi­zora. Cicho pospie­szyła do drzwi wyj­ścio­wych. Na dwo­rze zacią­gnęła poły swe­tra, cho­ciaż była piękna pogoda, po czym poszła w stronę bramy cmen­ta­rza. Nikt nie zwra­cał na nią uwagi, wszy­scy byli zajęci swo­imi spra­wami.

Weszła na cmen­tarz i na chwilę przy­sta­nęła, ode­tchnęła i nabrała powie­trza razem ze smut­kiem. W głębi cmen­tarza stała przy jakimś gro­bie grupka ludzi i Aino ruszyła szu­trową ścieżką w tam­tym kie­runku, ale zatrzy­mała się, gdy dotarła do grobu nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Nie musiała iść dalej. Już w tym miej­scu czuła całą sobą ich wypła­ku­jące się i żalące dusze. Jeden był star­szy, drugi młod­szy. Jed­nemu już kie­dyś śpie­wała.

Wyczu­wała ich tak wyraź­nie, jakby ich widziała sto­ją­cych przed nią z wycią­gnię­tymi rękami, żar­li­wie pro­szą­cych o pomoc, o wyzwo­le­nie ze smutku z powodu przed­wcze­snej śmierci. Smu­tek u zmar­łych przed­wcze­śnie był inny niż tych, któ­rzy dość prze­żyli. Był ostrzej­szy, bar­dziej szorstki, rwący aż do kości.

Aino ode­tchnęła głę­boko, powie­trze prze­szyło krtań aż do płuc. Zna­la­zło smu­tek i wła­ściwą melo­dię do jej uwol­nie­nia głę­boko w środku, gdzie teraz zamiesz­kały ich dusze. I zaśpie­wała. Wyśpie­wała dźwięki, które wznio­sły się pod błę­kitne niebo, które popły­nęły nad cmen­ta­rzem aż do ich docze­snych szcząt­ków. Nio­sły ze sobą smu­tek dusz, roz­wie­wany przez wiatr.

Z każ­dym dźwię­kiem i z każ­dym frag­men­tem melo­dii – ich i tylko ich melo­dii – smu­tek sta­wał się lżej­szy do dźwi­ga­nia. W jej pie­śni było wiele poko­leń pła­czek, jej matka, babka, pra­babka i jesz­cze dalej w prze­szłość. Towa­rzy­szyły jej w śpie­wie płaczki z kil­ku­set lat wstecz. Śpie­wała wraz ze zmar­łymi, dla zmar­łych i ich bli­skich. Śpie­wała dla śmierci. I dla życia. Śmierć była jedy­nie począt­kiem.

W jej świa­do­mo­ści poru­szyło się jakieś wspo­mnie­nie. Pogrze­bane dawno temu i scho­wane głę­boko pod zwąt­pie­niem i utra­coną miło­ścią. Usi­ło­wała je pochwy­cić. Wydo­być na powierzch­nię. Jed­nak wtedy nade­szła i otu­liła ją mgła.

– Gdzie jest Mel­l­berg?

Mar­tin wziął droż­dżówkę z tale­rza wysta­wio­nego przez Annikę.

– Już jedzie, oboje z Ritą wylą­do­wali wcze­snym ran­kiem.

Patrik zer­k­nął na talerz, ale sta­rał się opa­no­wać. Jego obwód w talii zaczął ostat­nio w nie­po­ko­jący spo­sób żyć wła­snym życiem.

– Czy tylko mnie trudno jest wyobra­zić sobie Ber­tila na leżaku na Gran Cana­rii? – spy­tał Mar­tin, sia­da­jąc na jed­nym z krze­seł pod oknem.

– Ledwo go teraz poznaję – par­sk­nęła Annika. – Ni­gdy bym nie uwie­rzyła, że to powiem, ale pra­wie mi brak daw­nego nabur­mu­szo­nego Ber­tila Mel­l­berga.

Jak na dany sygnał poja­wił się naj­pierw wielki pies Ernst, a potem w drzwiach sta­nął boha­ter ich roz­mowy. Annika nalała Ern­stowi wody do miski.

Patrik odwró­cił się do Mel­l­berga i był bli­ski zakrztu­sze­nia się kawą. Szef wyglą­dał zupeł­nie ina­czej. Zdą­żyli się przy­zwy­czaić, że od czasu lecze­nia Rity golił głowę. Za to cerę miał jak nową. Opa­le­ni­zna Mel­l­berga miała taki odcień, że „Sło­neczny Dok­tor”3 wyda­wał się przy nim blady jak trup.

– Ładna… opa­le­ni­zna…

Mar­tin przy­gryzł wargę, żeby się nie roze­śmiać.

– Olej koko­sowy! Na tym polega trik. Co rano sma­ro­wa­łem się ole­jem koko­sowym.

Jego uko­chana Rita wła­śnie wygrała z rakiem, jed­nak Mel­l­berg naj­wy­raź­niej nie prze­wi­dy­wał, żeby miał się mar­twić rakiem skóry.

Tuż za Mel­l­ber­giem wszedł Gösta Fly­gare, który drgnął na widok szefa.

– Ojej!

– Wiem! Wyglą­dam świeżo jak pączek róży! Słońce i piña colada, Boże, gdy­bym wie­dział, jak cudowna jest taka wyprawa na Wyspy Kana­ryj­skie, zro­bił­bym to dawno temu!

– Czy Paula przy­je­chała razem z tobą?

Patrik rozej­rzał się za kole­żanką, któ­rej bra­ko­wało do ich peł­nego składu.

– Zaraz przyj­dzie.

Mel­l­berg usiadł na zwy­kłym miej­scu, a Ernst uło­żył się u jego nóg, kła­dąc na nich łeb.

W tym momen­cie Mel­l­berg dostrzegł talerz z droż­dżów­kami i zła­pał jedną, leżącą na wierz­chu.

– Wresz­cie jakieś praw­dziwe jedze­nie! To wła­ści­wie moje jedyne zastrze­że­nie do zagra­nicy. Cią­gle te pie­przone tapas, rano, w dzień i wie­czo­rem. Dobrze, że Rita mnie tro­chę przy­zwy­cza­iła do egzo­tyki, ale jeść to codzien­nie… Nie, dziś będzie śledź z kar­to­flami purée.

Weszła pospiesz­nie „bonu­sowa” córka Mel­l­berga, Paula Mora­les.

– Prze­pra­szam, musia­łam wstą­pić do toa­lety. Już zaczę­li­ście?

– Nie, cze­ka­li­śmy na cie­bie – odpo­wie­dział Patrik. – Czyli jeste­śmy wszy­scy. Mam zaczy­nać?

Spoj­rzał pyta­jąco na Mel­l­berga, który był sze­fem komi­sa­riatu, cho­ciaż wszy­scy oprócz niego wie­dzieli, że w prak­tyce pracą kie­ro­wał Patrik.

– Prze­cież byłem na urlo­pie, więc mów. Ja muszę mieć taki łagod­niej­szy począ­tek. Boże, co to się dzieje, jak czło­wieka nie ma. Kurde, bar­dzo posi­wia­łeś, Hedström. Uwa­żaj, żeby cię mał­żonka nie wymie­niła na młod­szy model.

Mar­tin zdu­sił chi­chot i Patrik spoj­rzał na niego gniew­nie. Jed­no­cze­śnie zauwa­żył, że Mel­l­berg się­gnął po następną droż­dżówkę.

– A więc. – Patrik chrząk­nął. – W nie­dzielę poja­wiła się w komi­sa­ria­cie nie­jaka Edith Loman­der, by się przy­znać, że trzy­dzie­ści lat temu zamor­do­wała męża. Trzeba było rzecz jasna zwe­ry­fi­ko­wać jej twier­dze­nie, dla­tego wystą­pi­łem o zgodę na eks­hu­ma­cję, którą prze­pro­wa­dzi­li­śmy dziś rano. No i po wyko­pa­niu trumny z mężem tej pani zna­leź­li­śmy pod spodem coś, co znaj­do­wało się pod przy­kry­ciem z gałęzi sośniny. Cze­kamy oczy­wi­ście na potwier­dze­nie z Zakładu Medy­cyny Sądo­wej, jed­nak szkie­let, który tam zna­leź­li­śmy, to naj­praw­do­po­dob­niej szczątki Sofie Rud­berg.

Infor­ma­cja była wpraw­dzie znana więk­szo­ści obec­nych, ale wszy­scy byli poru­szeni.

Mel­l­berg odło­żył na wpół zje­dzoną droż­dżówkę.

– Sofie znik­nęła bez śladu trzy­dzie­ści lat temu – cią­gnął Patrik – i przy­pusz­czam, że wszy­scy macie świa­do­mość, z jaką uwagą ta sprawa była trak­to­wana rów­nież na pozio­mie ogól­no­kra­jo­wym. Ostat­nio w związku z trzy­dzie­stą rocz­nicą jej zagi­nię­cia, która przy­pa­dła w zeszłą sobotę.

Annika powoli pokrę­ciła głową. Jej fili­żanka z kawą stała nie­tknięta.

– Biedna dziew­czyna – ode­zwała się. – Rodzina już wie?

– Jesz­cze nie – odparł Patrik. – Chciał­bym do nich poje­chać zaraz po naszym zebra­niu, w Fjällbace pogło­ski roz­cho­dzą się szybko, a wolał­bym, żeby dowie­dzieli się od nas.

Gösta wstał, żeby napeł­nić fili­żankę, był wyraź­nie poru­szony.

– Pomy­śleć, że w końcu ją zna­leź­li­śmy – powie­dział.

Ręka mu lekko drżała, gdy trzy­mał dzba­nek.

Patrik przy­tak­nął.

– Tak, trzy­dzie­ści lat to kawał czasu. Sto­imy przed poważ­nym zada­niem, by w końcu – oby – usta­lić, co się stało z Sofie. Gösta, bra­łeś udział w ówcze­snym docho­dze­niu, będziesz dla nas waż­nym źró­dłem infor­ma­cji.

Gösta, który wła­śnie znów usiadł, kiw­nął głową. Annika chrząk­nęła, a Patri­kowi wydało się, że chciała tym chrząk­nię­ciem przy­kryć szloch.

– A więc w pierw­szej kolej­no­ści musimy zawia­do­mić rodzinę – powie­dział, zer­ka­jąc na talerz z droż­dżów­kami. Domo­wym wypie­kiem Anniki. Zabur­czało mu w brzu­chu.

– Gösta, ty ich znasz, więc poje­dziesz ze mną. Po powro­cie znów się tu wszy­scy spo­tkamy.

– Nie wiem, czy ja… – zaczął Gösta, ale urwał.

Patrik spoj­rzał pyta­jąco, wtedy Gösta wzru­szył ramio­nami.

– Oczy­wi­ście, jadę z tobą.

Patrik zabrzę­czał klu­czy­kami do samo­chodu.

– To miejmy już to za sobą.

Gösta wes­tchnął ciężko i wstał.

– Znów zna­leź­li­śmy Aino na cmen­ta­rzu. – Gun spoj­rzała surowo na Ellen znad oku­la­rów. – Wiesz, że nie ma moż­li­wo­ści, żeby­śmy jej pil­no­wali na okrą­gło, więc nie jestem pewna, czy to jest dla niej odpo­wied­nie miej­sce.

Ellen odło­żyła papiery, któ­rych i tak nie miała siły przej­rzeć. Znowu to samo.

– Gun, pro­szę, już roz­ma­wia­ły­śmy na ten temat, czu­wam nad mamą.

– Prze­cież nie możesz być tutaj przez cały czas.

Roz­ło­żyła ręce, a kilka kar­tek spa­dło na zie­mię.

– Ona ni­gdy nie cho­dzi w inne miej­sce niż na cmen­tarz – odparła Ellen, patrząc na kartki, ale nie pochy­liła się, żeby je pod­nieść. Spoj­rzała ponow­nie na Gun. – I miewa sporo jasnych chwil, a ja nie mogę znieść myśli, żeby ją umie­ścić gdzieś wśród mnó­stwa… Wiesz, o co mi cho­dzi. Biorę na sie­bie całą odpo­wie­dzial­ność za mamę. Posta­ram się, żeby była jesz­cze lepiej pil­no­wana. Prze­cież Elsa też tu pra­cuje, tylko że musiała pomóc w restau­ra­cji w związku z otwar­ciem. Jeśli zatrud­nimy wię­cej os…

– Roz­ma­wia­łam o tym z Beng­tem i nie ma takiej moż­li­wo­ści. To nie jest dzia­łal­ność cha­ry­ta­tywna, tylko biz­nes, który ma przy­no­sić dochód. Ni­gdy byśmy z Beng­tem tu nie zain­we­sto­wali, gdy­by­śmy sądzili, że nie będzie z tego zysku. A zwa­żyw­szy na to, jak Gabriel prze­kro­czył budżet na restau­ra­cję…

Ellen zre­zy­gno­wa­nym gestem prze­su­nęła dło­nią po krótko obcię­tych wło­sach. Trzeba się uspo­koić.

– Gabriel pro­wa­dzi restau­ra­cję. Ja pro­wa­dzę Åldersro. Razem z tobą. Jedno nie ma nic wspól­nego z dru­gim.

– Może i nie ma. Pró­buję ci tylko powie­dzieć, że Bengt nie zaak­cep­tuje faktu, że nasza dzia­łal­ność nie przy­nosi zysku. Zatrud­nie­nie dodat­ko­wego per­so­nelu ozna­cza­łoby utratę płyn­no­ści. A utrata płyn­no­ści to jest wła­śnie coś, czego Bengt nie lubi, zresztą Jocke też nie, bo już wszedł do rodzin­nej firmy.

Ellen wes­tchnęła. Pew­nie należy podzię­ko­wać Beng­towi za te wszyst­kie kon­te­nery spro­wa­dzone z Chin, dzięki któ­rym stać ich na kana­peczki i bąbelki na nad­cho­dzącą imprezę inau­gu­ra­cyjną. Wpraw­dzie odbę­dzie się już po fak­tycz­nym otwar­ciu, ale chcieli mieć wszystko poukła­dane, zanim zaczną świę­to­wać.

– Prze­cież nic się nie stało, prawda? – zauwa­żyła. – Z mamą nie dzieje się nic złego. Kiedy dora­sta­łam, śpie­wała na bar­dzo wielu pogrze­bach, ludzie ją zapra­szali, żeby ich pocie­szyła swoim śpie­wem. To zro­zu­miałe, że ją tam cią­gnie.

– Tak, cie­kawe, co tam się dzieje. – Gun wycią­gnęła szyję, patrząc przez okno wycho­dzące na par­king przed cmen­ta­rzem. – Jakaś wielka akcja.

– Nie­długo się pew­nie dowiemy.

Ellen potarła oczy. Zaczęła odczu­wać skutki łącze­nia pracy w Åldersro z jed­no­cze­snym poma­ga­niem Gabrie­lowi przy otwar­ciu restau­ra­cji. Do tego doszedł jesz­cze nie­po­kój o matkę. Wcze­śniej czy póź­niej muszą z Gabrie­lem odbyć poważną roz­mowę.

Moment ni­gdy nie wyda­wał się odpo­wiedni, zawsze coś prze­szka­dzało. Życie.

– Zaj­rzę do mamy, zoba­czę, czy da się z nią poroz­ma­wiać.

Gun ski­nęła krótko głową, nie pod­no­sząc wzroku znad kom­pu­tera.

Ellen prze­szła kil­ku­me­trowy dystans dzie­lący ją od drzwi pokoju matki. Rozu­miała, że czeka ją ta roz­mowa, odkąd się tylko dowie­działa, że matka znów wyszła nie­zau­wa­że­nie.

Deli­kat­nie pchnęła drzwi do pokoju.

Aino leżała na łóżku, na boku z twa­rzą zwró­coną do okna. Ellen usia­dła obok niej i pogła­skała deli­kat­nie po ple­cach.

Matka drgnęła i usia­dła gwał­tow­nie.

– Kto ty jesteś? Gdzie ja jestem?

– Mamo, to ja. Ellen.

– Nie kłam. Za stara jesteś na moją Ellen.

Gdy matkę ogar­niała mgła, Ellen miała według niej szes­na­ście lat. Zupeł­nie jakby Aino zamro­ziła się w tam­tych cza­sach trzy­dzie­ści lat temu, które Ellen aku­rat wola­łaby zapo­mnieć.

– Nie możesz sobie tak po pro­stu wycho­dzić i iść na cmen­tarz.

Poło­żyła dłoń na ręce matki, ale Aino ją szorstko zrzu­ciła.

– Bez­czelna jaka. Nikt mi nie będzie mówił, gdzie mi wolno cho­dzić.

– Znów śpie­wa­łaś. Na cmen­ta­rzu.

Ellen usi­ło­wała prze­do­stać się przez mgłę do jakie­goś zaka­marka w mózgu mamy, żeby do niej dotrzeć. Odstępy mię­dzy chwi­lami jasnego myśle­nia sta­wały się coraz dłuż­sze i coraz trud­niej było jej pogo­dzić się z tym, że ta kobieta dobrze jej znana oddala się, by znik­nąć. Albo choćby z tym, że w tej mgle u Aino nie ist­nieje ostat­nich trzy­dzie­ści lat. A wraz z nimi wszyst­kie uro­dziny, poja­wie­nie się na świe­cie dzieci, chrzciny, Boże Naro­dze­nia i waka­cje z wnu­kami, gdy Aino leżała razem z nimi na pomo­ście, łowiąc kraby. Tysiące takich wspo­mnień, które teraz naj­czę­ściej znaj­do­wały się cał­kiem poza jej zasię­giem. Z któ­rymi Ellen zosta­wała teraz sama.

– Bo tym się zaj­muję. Śpie­wam. Opie­kuję się smut­kiem. Spójrz. Tu mam zeszy­cik, w któ­rym to notuję.

Aino się­gnęła do szu­flady szafki noc­nej i Ellen już wie­działa, co stam­tąd wycią­gnie. Notat­nik zapi­sany ozdob­nym, sta­ro­świec­kim pismem mamy. Ksią­żeczka Żałobna, jak go nazwała i zapeł­niła wszyst­kimi chwi­lami żałoby, którą dzie­liła z innymi.

Teraz z zapa­łem poka­zała ją Ellen.

– Zobacz. Dzi­siaj też coś zano­to­wa­łam. – Zmarsz­czyła czoło. – Musia­łam to zro­bić. O tu. Z dzi­siej­szą datą. I godziną. Dzie­wiąta trzy­dzie­ści jeden. „Dwie dusze, star­sza i młod­sza. Zmarłe przed­wcze­śnie. Młod­sza. Tęsk­nota. Star­sza. Wście­kłość. Temu już kie­dyś śpie­wa­łam. Jedna dusza jasna, druga mroczna. Jed­nak każda dusza zasłu­guje na pieśń, tak jasna, jak i mroczna”.

– Dobrze, mamo – powie­działa Ellen. – Bar­dzo ład­nie.

– Dla­czego mówisz do mnie mama? To wolno tylko mojej córce Ellen.

– Prze­pra­szam, Aino. Masz na imię Aino.

Płacz uwiązł jej w gar­dle. Pogła­dziła rękę mamy, wciąż gładką i pra­wie bez zmarsz­czek.

– Spró­buj odpo­cząć. I powiedz, jak będziesz chciała wyjść.

– Będę cho­dzić, gdzie mi się podoba – mruk­nęła, ale znów się poło­żyła i zamknęła oczy.

Ellen wyjęła z jej ręki notat­nik i wło­żyła z powro­tem do szu­flady. Wyszła z pokoju, gdy Aino już spała głę­boko.

– To ja, przy­nio­słam tro­chę jedze­nia!

Kri­stina weszła, a Erica zaczerp­nęła tchu tak gwał­tow­nie, że Nora w jej ramio­nach aż drgnęła. Teściowa nie miała zwy­czaju pukać przed wej­ściem. W dodatku Patrik dał kie­dyś matce klucz do domu, na czas ich tygo­dnio­wego wyjazdu. Szanse, aby odzy­skać ten klucz, Erica oce­niała jako nie­wiel­kie.

Uci­szyła Norę, a Kri­stina weszła w głąb miesz­ka­nia.

– Zauwa­ży­łam, że daje­cie dzie­ciom bar­dzo dużo śmie­cio­wego jedze­nia, mro­żone pizze, nug­getsy z kur­czaka i temu podobne. A wiesz, jak robią te nug­getsy? Oglą­da­łam wiele lat temu pro­gram tele­wi­zyjny z Jamiem Oli­ve­rem, kiedy pró­bo­wał zmie­nić na lep­sze żywie­nie w angiel­skich sto­łów­kach szkol­nych, a więc nug­getsy robi się z chrzą­stek, skóry i wnętrz­no­ści, z wszel­kich moż­li­wych odpa­dów. No i jesz­cze te wszyst­kie domieszki. Kto wie, jakie skutki to przy­nie­sie, na pewno raka, aler­gie, bo dla dzieci to jest czy­sta tru­ci­zna.

– Nie dajemy im samego… – zaczęła Erica, ale Kri­stina już była w kuchni i roz­pa­ko­wy­wała przy­nie­sione torby.

– Gdy­by­ście w końcu przy­szli do nas z dziećmi, mogła­bym im podać zdrowe, świeżo ugo­to­wane jedze­nie. W mikro­fa­lówce ginie mnó­stwo poży­tecz­nych sub­stan­cji odżyw­czych.

Erica pokrę­ciła głową. No tak, bar­dzo dawno nie byli u Kri­stiny i Gun­nara.

– Erica?

Ostry ton Kri­stiny zdra­dzał, że to, co powie teraz, by­naj­mniej nie będzie kom­ple­men­tem.

– Tak? – odparła z cichym wes­tchnie­niem.

Nie mogła zaprze­czyć, że Kri­stina im pomaga w codzien­nym życiu, ale chwi­lami cena za tę pomoc wyda­wała jej się aż za wysoka.

– Stoją tu butelki. I mie­szanka. Nie pró­bu­jesz kar­mić Nory pier­sią?

Tym razem wes­tchnie­nie Eriki było gło­śne.

– Nie, nie chce ssać piersi, dla­tego cią­gle mia­łam zapa­le­nia. A kiedy zaczęła tra­cić na wadze, Mag­da­lena Bergström uznała, że lepiej będzie przejść na mie­szankę.

– Boże, prze­cież jako lekarka powinna wie­dzieć, jakie zna­cze­nie dla układu odpor­no­ścio­wego ma mleko matki. Czy na dzi­siej­szych stu­diach lekar­skich niczego nie uczą? Skoro pra­co­wała w Afryce, to chyba ma świa­do­mość, jakie to ważne. Jak uro­dzi­łam Patrika i Lottę, to dok­tor Gerald pod­kre­ślał, że muszę kar­mić wyłącz­nie pier­sią. Mowy nie było, żebym kar­miła butelką.

Coś w kuchni spa­dło na zie­mię, ale Erica nie zdo­była się, żeby tam pójść.

– Czy było to zawsze pro­ste? – cią­gnęła Kri­stina. – A skądże! W pierw­szych tygo­dniach przy Patriku mia­łam tak pora­nione sutki, że krew mie­szała się z mle­kiem. Ale wasze poko­le­nie rodzi­ców myśli, rzecz jasna, przede wszyst­kim o wła­snej wygo­dzie, a nie o tym, co będzie naj­lep­sze dla dzieci.

Kri­stina hała­so­wała w kuchni, a Erica zaci­snęła szczęki aż do bólu.

– Nie mogę się wtrą­cać do waszych wybo­rów, ale mogę przy­naj­mniej dopil­no­wać, żeby te star­sze dzieci zja­dły coś zdro­wego. Upie­kłam laza­nię i zapie­kankę z ryby.

Eko­lo­giczne. Bez żad­nych kon­ser­wan­tów albo dodat­ków z podro­bów.

Jej nowa mania na punk­cie zdro­wego jedze­nia obja­wiła się po zawale Gun­nara i choćby Kri­stina miała jak naj­lep­sze inten­cje, zaczęło to dzia­łać na nerwy wszyst­kim w jej oto­cze­niu. Włącz­nie z Gun­na­rem.

Erica wyobra­ziła sobie, jak dzieci zare­agują na wia­do­mość, że na obiad będzie zapie­kanka z rybą. Po praw­dzie chyba rze­czy­wi­ście było ostat­nio tro­chę dużo kup­nych dań i pół­pro­duk­tów, ale przy czwórce dzieci, z któ­rych jedno było nie­mow­lę­ciem, obo­wią­zy­wało prawo dżun­gli. Zde­cy­do­wa­nie nie zamie­rzała robić sobie z tego powodu wyrzu­tów.

– Dzię­kuję, Kri­stino, to miło z two­jej strony! – Posta­rała się, żeby zabrzmiało szcze­rze.

Nora zakwi­liła na jej ręku, skrzy­wiła się i prze­cią­gnęła, ale spała dalej.

– Wiesz, że nie powinna się przy­zwy­cza­jać do spa­nia na rękach? Potem nie będzie mogła spać ni­gdzie indziej, musisz ją przy­zwy­czaić do łóżeczka.

Kri­stina sta­nęła w drzwiach salonu. Erica już otwo­rzyła usta, żeby udzie­lić zgryź­li­wej odpo­wie­dzi, ale teściowa zdą­żyła wró­cić do kuchni.

– Cie­kawa jestem, co się dzieje na cmen­ta­rzu – zawo­łała, otwie­ra­jąc lodówkę. – Wiesz, cho­dze­nie na cmen­tarz stało się dużo bar­dziej inte­re­su­jące, odkąd prze­szłam kurs z gene­alo­gii. Pomyśl tylko, ile to losów ludz­kich skrywa się pod nazwi­skami na nagrob­kach.

– Prze­pra­szam, co powie­dzia­łaś na temat cmen­ta­rza?

Erica wypro­sto­wała się, sie­dząc na kana­pie.

– Ojej, strasz­nie dużo macie tu tych soków Festis, a ile w nich sztucz­nych dodat­ków, nie mówiąc o pla­stiku! A wiesz, że Sylvia pomo­gła mi dotrzeć do moich przod­ków z szes­na­stego wieku i…

– Co mówi­łaś o cmen­ta­rzu? – znie­cier­pli­wiła się Erica.

– Jakaś akcja nie z tej ziemi – odparła Kri­stina. – Radio­wozy, tech­nicy w kosmicz­nych kom­bi­ne­zo­nach, odgro­dzili cały rejon. Pró­bo­wa­łam się dodzwo­nić do Patrika, ale oczy­wi­ście ni­gdy ode mnie nie odbiera…

Erica się­gnęła po tele­fon i jedną ręką – bo drugą trzy­mała Norę – napi­sała ese­mesa.

Cmen­tarz?

Zoba­czyła, że Patrik prze­czy­tał, ale nie odpo­wie­dział. Ku jej nie­za­do­wo­le­niu.

– Mogę wyrzu­cić te resztki? – spy­tała z kuchni Kri­stina. – Nie pachną zbyt świeżo, nie masz poję­cia, co się może w nich roz­mno­żyć. Wsta­wia­jąc je do lodówki, powin­naś pisać datę na opa­ko­wa­niach. Nie­zdrowe bak­te­rie w żołądku mogą porząd­nie namie­szać w orga­ni­zmie i pro­wa­dzić do raka, zresztą oka­zało się, że flora jeli­towa może oddzia­ły­wać na mózg…

Nie słu­cha­jąc Kri­stiny, napi­sała nowego ese­mesa do Patrika. Tym razem bar­dziej zde­cy­do­wa­nego.

Jeśli mi nie odpo­wiesz, co się dzieje, zacznę wydzwa­niać po ludziach…

Rów­nież go prze­czy­tał. Erica odcze­kała, gotowa w razie czego pod­nieść stawkę. I oto przy­szła odpo­wiedź:

Nie wolno ci powie­dzieć NIKOMU ani słowa! Wydaje nam się, że zna­leź­li­śmy Sofie Rud­berg. Jedziemy zawia­do­mić Yvonne i Allana.

Co jest…? Tętno tak jej przy­spie­szyło, że dostała mrocz­ków przed oczami.

Odło­żyła ostroż­nie Norę na kanapę. Córeczka drgnęła, zamru­gała parę razy, ale zaraz się uspo­ko­iła.

Erica miała goni­twę myśli. Sofie. Odna­le­ziona.

Zagi­nię­cie Sofie było mimo upływu lat wielką otwartą raną dla całej Fjällbacki. Wydaw­nic­two Eriki chciało, żeby napi­sała o tej spra­wie, jed­nak do tej pory uwa­żała, że to nie­moż­liwe. Co innego teraz, gdy poja­wiła się szansa na jej domknię­cie. I opo­wie­dze­nie tej histo­rii od samego początku, po uzy­ska­niu odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia.

– Odło­ży­łaś ją! Jed­nak dobrze, że słu­chasz sta­rej teścio­wej, prze­cież ja też mia­łam dzieci i wiem, co mówię. A z tą mie­szanką jesz­cze nie jest za późno…

Erica się zerwała.

– Możesz popil­no­wać Nory? Muszę spraw­dzić coś w moim gabi­ne­cie.

– No pew­nie, ale…

– Dzięki!