Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Mroczny kryminał o winie, przeznaczeniu i przeszłości, przed którą nie można uciec.
Niepokorny komisarz Paweł Hardy zawalił najważniejszą sprawę w swojej karierze, pozwalając uciec seryjnemu mordercy znanemu jako Bestia z Zagłębia.
Gdy rok później pogrążonym w deszczu sosnowieckim Czarnym Morzem wstrząsa seria brutalnych zbrodni, Hardy dostaje szansę na odkupienie. Ktoś z zimną krwią morduje młode kobiety, a sposób działania sprawcy niepokojąco przypomina metody, które stosował Jan Kańczuga. Czy to możliwe, że Bestia znów wyruszyła na łowy? A może ktoś postanowił dokończyć jej dzieło?
Tajemniczy zabójca zdaje się rzucać Hardemu wyzwanie. Każda ofiara i każdy pozostawiony ślad prowadzą w jednym kierunku – do przeszłości komisarza i wydarzeń, które na zawsze naznaczyły jego życie.
Czy człowiek, który raz został wciągnięty w mroczną toń czarnego morza, zdoła kiedykolwiek wypłynąć na powierzchnię?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 420
Copyright © 2026 by Michał Śmielak Copyright © 2026 by Wydawnictwo Czarna Owca
All rights reserved
Wydawca: Marek Korczak Redakcja: Małgorzata Starosta Korekta: Kamila Recław, Beata Wójcik, Anna Brzezińska Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-893-0
Pałka zapałka, dwa kije,
Kto się nie schowa, ten zginie.
Część I
Cisza na morzu
A kto to się schował w ciemności? Kto tak wciska się w kącik, drobne plecki kuli, główkę chowa w ramionkach i zamyka oczka, żeby nikt go nie widział? Czy to wystarczy, aby się ukryć? Czy tak działa świat? Nie, chłopczyku, tak nie działa. Gdy zamkniesz oczy, znikają cienie, ale nie potwory. W domu jednak ich nie ma, przecież tata sprawdzał – zaglądał pod łóżko, zerkał za zasłonę i otwierał drzwi do szafy, bo bałeś się, że i tam coś może czyhać. No bałeś się? Bałeś. To nic złego, bo mały chłopczyk może mieć wielkie strachy, ale duży tata wszystkie je wygania.
Pod łóżkiem jest pusto. Za zasłoną nikogo nie ma. W szafie nikt nie siedzi. To bezpieczne miejsca.
Czy aby na pewno?
A pamiętasz, jak twoja siostra, Zosia, opowiadała tę straszną historię? Tę, przez którą nie możesz teraz zasnąć, o chłopcu i jego tacie?
Otóż, gdy mały chłopiec przed snem przeczytał z tatą wszystkie bajki, także tę o Słoniu Trąbalskim i tę o Pszczółce Mai, i gdy już dostał buziaka w czoło, po czym tata wyszedł, to on go jeszcze zawołał.
– Tatusiu, boję się ciemności – poskarżył się piskliwym głosikiem.
– Synku, nie bój się, przecież tu jestem, obronię cię – odpowiedział tata i usiadł ponownie na skraju łóżka.
– Ale tam mogą być potwory. – Chłopiec nie ustępował.
– Przecież sprawdzaliśmy dziś razem i żadnego nie było – tłumaczył cierpliwie tata.
– Bo się pochowały – wyjaśnił chłopiec. – Ale teraz wróciły, bo one lubią ciemność.
– Mam sprawdzić jeszcze raz?
– Tak. Bo wiesz, ktoś jest pod moim łóżkiem.
– Naprawdę?
– Tak – odparł poważnie malec. – I chce mi odgryźć głowę.
Ojciec uśmiechnął się, pogłaskał synka po głowie, po czym ukląkł na zimnych deskach i zajrzał pod łóżko. A tam zobaczył swojego synka, skulonego z zimna i strachu w samej piżamce, mokrej, bo ten był tak przerażony, że aż się zsiusiał.
– Tato, ktoś jest w moim łóżeczku – wyszeptał chłopiec.
A potem potwór odgryzł tacie głowę.
Było tu zimno, mokro i jakoś tak trupio. Gęste krzaki, mokre po całonocnych opadach wyciągały do nich nasączone wodą ramiona i próbowały wyssać choć gram ciepła, bo ileż można tak marznąć w deszczu? Buty ślizgały się na rozmokłej ścieżce, woda kapała z drzew i wpadała im za kołnierze. Słychać było jedynie plaskanie podeszew o maziste błoto, uderzenia mokrych gałęzi o ubrania, posapywania zmęczonych ludzi, co jakiś czas krótkie, acz soczyste przekleństwo. Kiedy kopuła zarośli na chwilę odsłaniała niebo, ukazywała wiszące nisko chmury, paskudnie ołowiane, i było wręcz pewne, że za chwilę znowu lunie jak z cebra i całe przedsięwzięcie trafi szlag.
– Mówiłem, żeby odwołać to gówno – warknął gościu z kamerą, jakiś świeżak.
Komisarz Paweł Hardy w ogóle go nie kojarzył. Szczyl miał na sobie pachnącą nowością kurtkę i takie same buty, na które pewnie wydał więcej, niż policjant zarabia w miesiąc. W niczym mu to nie pomagało, ślizgał się po nierównej ścieżce jak pozostali.
– Zamknij się – rzucił krótko ktoś z tyłu.
– Daleko jeszcze? – zapytał Paweł i szarpnął za kajdanki, którymi był spięty z oskarżonym.
Ten zatrzymał się i spojrzał komisarzowi prosto w oczy. Razem z nimi stanęła cała kolumna, którą prowadził jakiś policjant w mundurze, a zamykało kilku innych funkcjonariuszy, pani prokurator i ten pieprzony kamerzysta.
Mężczyzna złączony łańcuchem z komisarzem Hardym nie odzywał się, taki miał zwyczaj: najpierw patrzył rozmówcy w oczy, jakby chciał wszystko przekazać siłą umysłu, a dopiero potem mówił. Paweł, podczas jednego z przesłuchań, wpatrując się w niego przez weneckie lustro, zmierzył czas tych nieznośnych pauz i wyszła mu minuta na każdą. Zupełnie jakby facet miał w głowie stoper i dopiero po sześćdziesięciu sekundach odmierzonych gdzieś za tymi wodnistymi oczami mógł coś powiedzieć. Teraz także nieznośnie mijała minuta wymuszonej ciszy z sapiącymi mężczyznami i wodą kapiącą z liści w tle.
– Prawie jesteśmy – powiedział w końcu, nie kryjąc satysfakcji z tego, że urządził im spacer, którego długo nie zapomną.
– Nie dziwne, że nikt nie znalazł tych ofiar – skomentował gościu z kamerą. Widocznie był strasznym gadułą i Hardy już go nie lubił.
Najwięcej gadają ci, co mają najmniej do powiedzenia, taką wyznawał zasadę. Ruszył dalej w drogę, szarpnąwszy za kajdanki, co uruchomiło pozostałe plaśnięcia, szurania i głośne sapnięcia. Mokre gałęzie uderzały w nich, jakby poklepywały ich po plecach dla zapewnienia, że dobra robota, że już niedaleko, dadzą radę.
Wyszli w końcu na polanę wielkości dwóch boisk do siatkówki, ściśle otoczoną zieloną ścianą mokrych zarośli wysokich na trzy, a może i cztery metry. Na jej środku leżała sterta starych desek i kawałków drewna sięgająca dorosłemu człowiekowi do piersi. Jednocześnie pasowała do tego miejsca i nie pasowała. Z jednej strony zdawała się być na miejscu, bo i sama polana jawiła się jako zakątek, który powstał tylko po to, aby nikt nie musiał tu nigdy zaglądać. Z drugiej – kto i po jaką cholerę gromadził tutaj stare deski? Może chciał coś zbudować?
– To tutaj? – zapytał kamerzysta.
Hardy szarpnął za łańcuch kajdanek, spięty z nim mężczyzna najpierw spojrzał na niego w ten swój denerwujący sposób, a potem na pytającego, przez co przykuł go wzrokiem na swoje niezmienne sześćdziesiąt sekund. Zdawało się, że gówniarz wytrzyma, ale nie, w oczach mężczyzny było coś takiego, czego zwyczajny człowiek nie mógł zdzierżyć, pojedynek był z góry skazany na przegraną. Hardy kiedyś zdefiniował to jako uczucie podobne do tego występującego podczas oglądania horroru, gdy ofiara wspina się po tonących w mroku schodach na piętro, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że tam czeka morderca i że nie dożyje finału tego filmu. Mimo to się wspina. A widz napełnia się właśnie takimi emocjami, napięcie tuż przed nagłą zmianą akcji staje się tak nieznośne, że oglądający zamyka oczy albo odwraca głowę, czasem chowa ją pod koc, bywa, że zatrzymuje film. Tak, wpatrywanie się w oczy tego człowieka było jak oglądanie brutalnego i nieznośnie brudnego filmu grozy.
– Tak, to tutaj – odpowiedział po minucie skuty z nim mężczyzna.
– Gdzie? – zapytał Hardy.
– Pod deskami. Tam jest dziura w ziemi. Sztolnia. Głęboka.
– I niby za każdym razem odwalałeś te dechy, żeby wrzucić do środka ciało? – nie dowierzał policjant.
– Dekoracja – wyjaśnił mężczyzna.
– Co?
– To tylko dekoracja, jak sklepowa wystawa, która zachęca lub zniechęca. Ta miała zniechęcić.
– Do czego?
– Do grzebania.
– W tej stercie?
Mężczyzna tylko rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć: „Czego tu nie rozumieć? Przecież wszystko jest jasne”.
– Zaczynamy? – zapytał natarczywie znudzonym głosem kamerzysta, niczym dziecko mające dość podróży po pięciu minutach od wyruszenia w drogę.
Hardy westchnął. Mógł sobie odpuścić tę setkę wódki po śniadaniu, ale czuł się tak źle, że nie potrafił utrzymać kubka z kawą. Tłumaczył sobie, że już po wszystkim, dorwał Jana Kańczugę, przez media nazwanego Bestią z Zagłębia, wsadził go za kratki, wziął udział w setkach godzin przesłuchań, gromadzeniu materiału dowodowego, analizie jego morderstw. Pozostało tylko przeżyć wizję lokalną i po sprawie, będzie mógł wziąć się za siebie, przestanie chlać, poprosi o przeniesienie za biurko, zacznie biegać, pójdzie na siłownię. Za dużo przez te dwa lata przeżył, zbyt mocno wszedł w skórę tego maniaka, co przypłacił alkoholizmem. Szybkim, gwałtownym niczym burza. Jednego dnia wódki odmawiał, nienawidził jej smaku, drugiego już go do niej ciągnęło. Zdawał sobie z tego sprawę i chciał wyjść z alkoholowego marazmu. Tylko jeszcze ta ostatnia wizja lokalna.
– Komisarzu? – Kamerzysta spojrzał w jego stronę.
– Pani prokurator? – Hardy przekazał pytanie do Justyny Potomnej.
Nie lubił jej, podobnie jak wszyscy policjanci. Zasadnicza, trzymała się kodeksów bez cienia zrozumienia dla ludzi, którzy musieli dbać o ich przestrzeganie. Zastanowił się, czy był na świecie ktokolwiek, kto ją darzył sympatią. Te zacięte i wąskie usta, wiecznie zmrużone, rozbiegane oczy, jakby szukała nieosłoniętego miejsca na twoim ciele, w które może wbić szpilę. Była piękną kobietą i to zmyliło zarówno wielu oskarżonych, jak i policjantów. Blondynka, mająca wszystko na miejscu, jak mawiali chłopaki na komendzie, oczywiście oprócz choć odrobiny dobra, ciepła czy zrozumienia, które chyba ktoś odebrał jej zaraz po narodzinach. Może wisiało na jakiejś osobnej pępowinie i lekarz, nie wiedząc, z czym ma do czynienia, postanowił to po prostu odciąć. Takim człowiekiem się nie zostaje, takim trzeba się urodzić.
– Jedziemy z tym – odparła ze skrzywioną miną, wkładając rurkę parasola między policzek a ramię, po czym wyjęła z torebki cienkiego papierosa. – Proszę zaczynać.
Rozstawili się na polanie bez słów. To była już trzecia wizja lokalna z Janem Kańczugą i kolejne miejsce, w którym ukrywał zwłoki. Do tej pory wskazał im, skąd porywał dziewczyny, potem polanę, na której je zakopywał. Znaleźli dokładnie trzynaście ciał. Same młode kobiety, wszystkie bez wyjątku piękne przed śmiercią, bestialsko okaleczone tuż po niej.
Zdziwiło ich, kiedy po zakończeniu ostatniej zaplanowanej wizji oznajmił, że to nie koniec, że jeszcze coś dla nich ma. Było więcej niż trzynaście ofiar? Bali się, że taka informacja po wypłynięciu do mediów może zachwiać kilkoma stołkami w policji.
– Kręcimy? – zapytał gówniarz z kamerą tonem, który zadziałał na Hardego niczym mimowolny skurcz mięśnia zaciskający dłoń w pięść.
Kamerzysta był z nimi pierwszy raz, a Hardego nie interesowało, co się stało z poprzednim. Liczyło się tylko to, co im teraz pokaże Kańczuga, a potem setka wódki miętowej czekająca w samochodzie. Chwilę później koniec sprawy i ze dwa tygodnie urlopu. Nigdy więcej alkoholu i Potomnej. Podobno miała awansować na jakiś ministerialny stołek. I bardzo, kurwa, dobrze.
Sześciu mundurowych rozstawiło się wokół polany, co zarówno utworzyło bufor ochronny przed jakimkolwiek zagrożeniem z zewnątrz, jak i uniemożliwiło ucieczkę aresztowanemu. Na czas nagrywania odpinano mu kajdanki, żeby dokładnie zilustrował, co robił z ciałami, jak je chował, po to, aby potwierdzić zeznania i wykluczyć wszelkie wątpliwości. On zaś chętnie opowiadał, wszystko pokazywał, co najmocniej radowało panią prokurator, która nie będzie musiała się specjalnie przemęczać w sądzie.
Komisarz stał najbliżej Kańczugi, inny funkcjonariusz podawał manekina, na którym oskarżony prezentował swoje działania. Byli jeszcze kamerzysta, fotograf, prokuratorka oraz dwóch kolegów z wydziału kryminalnego, którzy wspomagali akcję. Do tego kilku mundurowych z prewencji. Wielu ojców jego ofiar chciało wymierzyć sprawiedliwość własnoręcznie, obstawa była konieczna, chociaż dziś najwyraźniej zbyteczna. Kto by się tutaj zapuszczał i po jaką cholerę?
Hardy zdjął kajdanki z nadgarstka Kańczugi i odszedł kilka kroków, aby nie stać w kadrze. Pani prokurator beznamiętnym głosem wyrecytowała formułkę dotyczącą miejsca, oskarżonego oraz celu wizji lokalnej, chowając zapalonego papierosa za plecami.
Morderca delikatnie rozmasował nadgarstek, po czym zadarł głowę i spojrzał w niebo, jakby przeczuwał, że zaraz spadnie deszcz. Szczupły facet koło pięćdziesiątki z twarzą wymęczonego robotnika budowlanego, niechlujnie ogoloną, ogorzałą od słońca. Wyglądał dużo starzej, przez co zdawał się całkowicie niegroźny. Jego postura myliła, bo pozornie chudy miał silne ręce i twarde mięśnie nabyte przez lata pracy fizycznej. A może regularnie ćwiczył? Tego nikt nie wiedział, bo on sam był całkowitą zagadką. Nie udało się ustalić ani jego prawdziwej tożsamości, ani daty urodzenia. Cudowna sprawa dla mediów. On po prostu przedstawił się im na pierwszym przesłuchaniu jako Jan Kańczuga. Jego twarz także była pułapką, mogła ilustrować strajkującego rolnika, górnika tuż po szychcie, człowieka ludu, przez co idealnie maskowała ponadprzeciętną inteligencję.
– Dajesz, Janek – zachęcił mordercę do działania podkomisarz Edward Kostecki. – Bo nam z zimna dupy odpadną.
Był to fachowiec z długim stażem w sosnowieckim wydziale kryminalnym. Wiedział, że mówienie do mordercy po imieniu strasznie go denerwuje, a on lubił grać mu na nerwach.
Kańczuga postał chwilę bez ruchu, jakby chłodne powietrze go zamroziło, przeniósł wzrok na Kosteckiego, po czym ponownie podniósł głowę i spojrzał w zasnute ołowianymi chmurami niebo. Zdawał sobie pewnie sprawę, że to jego ostatnie chwile poza murami więzienia.
Wodniste oczy. O tak, jego wyłupiaste ślepia wyglądały, jakby cały czas padał na nie deszcz, a one wiecznie go pragnęły. Miało się wrażenie, że potrafi tymi ślepiami patrzeć także na boki.
Zaczął mówić.
– To dekoracja – powiedział. – Tak, aby przygodni spacerowicze czy też dzieciaki nie zainteresowały się tym miejscem.
– Zwłoki są pod deskami? – upewnił się Hardy.
– Tak – odpowiedział Kańczuga, patrząc wprost na komisarza. Unikał spoglądania w obiektyw kamery niczym zawodowy aktor.
– Niech oskarżony pokaże, co robił z ciałami – zażądała prokurator.
– Przyciągałem je tutaj na takim wózku wojskowym do transportu rannych na noszach. Kupiłem z demobilu na targu. Bardzo wygodny sprzęt, nawet po błocie przejedzie z trupem, ma duże szprychowe koła. Zapewnia komfortową pracę na każdym polu walki, tak twierdzi producent. Wózek jest schowany w tej stercie. – Wskazał na piętrzące się graty.
Paweł zaklął w myślach. Co za nadęty pajac. To był pierwszy seryjny morderca, z którym miał do czynienia, i żywił szczerą nadzieję, że ostatni.
– Oskarżony przywoził ciała po tej ścieżce? – dopytywała Potomna.
– Tak, dokładnie. Jest idealny do wąskich miejsc. Dziewczyny były martwe, to się nie rzucały na wózku.
– Co dalej? – ponagliła prokurator.
– Mogę podejść? – zapytał, wskazując palcem na stertę.
– Tak. – Potomna skinęła głową.
Kańczuga zbliżył się do kupy desek i kawałów drewna, przyglądał się jej przez chwilę, jakby liczył zardzewiałe gwoździe wystające tu i ówdzie. Przesunął się dwa kroki w prawo. Hardy wiedział, że rozkoszuje się tą całą sytuacją, najpewniej przypominają mu się te wspaniałe chwile tuż po morderstwie, gdy osiągał najwyższy stan spełnienia, satysfakcję absolutną, jak sam to określił w zeznaniach.
– Zwiozłem te deski sam i je zmontowałem właśnie w taką stertę – oznajmił. – Ona się rozkłada. Trzeba łapać za żółte.
Schylił się, po czym chwycił schowany na dole kawał deski pomalowany na żółto. Pociągnął go i jedna trzecia bezładnego składu rupieci gładko odsunęła się na bok. Dopiero teraz było widać, że wszystko jest ułożone na palecie z doczepionymi kółkami.
– Ożeż ty – odezwał się Kostecki. – Niezły z ciebie Bob Budowniczy.
– Proszę nie komentować – skarciła go prokurator.
Tymczasem Kańczuga podszedł znowu do sterty, złapał kolejny żółty kawałek i odsunął najpierw deski znajdujące się po lewej, potem po prawej stronie. Dokładnie pośrodku niedawnego składu rupieci ziała czarna dziura otoczona przez trzy sterty drewna osadzone na ruchomych paletach, które przesuwały się po terenie na małych gumowych kółkach.
– Spryciarz – skomentował cicho Kostecki.
– Tu jest wózek. – Kańczuga wskazał palcem na jedną z ruchomych stert drewna. – Mogę go wyciągnąć?
Prokurator kiwnęła głową. Mężczyzna powoli podszedł do wózka, złapał za rączkę i podciągnął kilka metrów bliżej policjantów i kamerzysty. Uklęknął na jedno kolano i zaczął prezentację.
– Tak się rozkłada – powiedział, pokazując, jak przygotować sprzęt do transportu.
Po kilku wprawnych pociągnięciach i kliknięciach zapadek stały przed nimi brezentowe nosze z dwoma rowerowymi kółkami po bokach, przypominające nieco ręczną rikszę.
– Zabezpieczyć. – Hardy wydał polecenie, które natychmiast wykonał jeden z mundurowych.
– Wchodziłem na polanę, aby sprawdzić, czy nikogo nie ma – mówił dalej morderca. – Jeśli było czysto, to wyjmowałem wózek i wracałem do samochodu, pakowałem dziewczynę na nosze, przypinałem pasami, przykrywałem brezentem i przyjeżdżałem z powrotem. Zrzucałem zezwłok do dziury, składałem wózek, układałem z powrotem moją dekorację i wracałem do samochodu. Szybko, sprawnie, godzinka roboty z przerwą na jedzenie.
Hardy się wzdrygnął. Zezwłok? Kto, do cholery, używał w ogóle takiego określenia? I przerwy na jedzenie, niemal zgodnie z kodeksem pracy. Nie powinni nazywać go Bestią z Zagłębia, lecz Bydlakiem.
– Co to za dziura? – zapytała prokuratorka. – Skąd oskarżony o niej wiedział?
– To stara sztolnia – powiedział Kańczuga. – Biedaszyb, przed wojną wydobywano stąd na dziko węgiel. Po wojnie zresztą też. Zaraz po wejściu ruskich rozstrzeliwano tu ludzi nieprzychylnych władzy ludowej. Wystarczy wrzucić zezwłok do środka i po problemie. Mam kolegę w kopalni, pracuje przy zabezpieczaniu dzikich wyrobisk i szkód górniczych, kiedyś wskazał mi kilkanaście takich miejsc w okolicy. Wie pani, tę dzielnicę Sosnowca nazwano Czarnym Morzem, od bagnisk i torfowisk, ale też od węgla. Tu było mnóstwo biedaszybów. Wszystkie są obecnie zabezpieczone, oprócz tego jednego. Miejsce wydawało mi się idealne: cicho, spokojnie, uroczo, na odludziu. Jak świeci słońce, to jest tu naprawdę bardzo ładnie.
Kostecki podszedł do dziury, zaświecił do środka latarką, ale światło ugrzęzło w smolistej czerni. Rozejrzał się, złapał za stary gwóźdź wiszący przy jednej z desek tworzących przygotowaną przez Kańczugę stertę, wyciągnął go, po czym rzucił do dziury i nadstawił ucha.
– Głęboko – stwierdził po chwili.
– Bardzo – zgodził się Kańczuga.
– Nic nie słychać – dodał policjant.
– Może spadło na miękkie, kto wie – powiedział morderca, wzruszając ramionami i uśmiechając się ironicznie.
Hardemu coś nie pasowało. Nic mu się nie wyświetliło, nie zobaczył w głowie scenki, jak Kańczuga przywozi te dziewczyny i wrzuca je do środka, a potem siada na jednej z desek, odpakowuje kanapkę i zjada ją, popijając herbatą z termosu. To był zły znak, bo zawsze wizualizował takie rzeczy. Miał bardzo bujną wyobraźnię, w szkole śmiali się, że zostanie pisarzem kryminałów, bo nieustannie opowiadał kolegom niestworzone historie, a każdą z nich odtwarzał w głowie niczym na kinowym ekranie. W Parku Kuronia widział mordercę polującego na ofiary, przemierzającego czerń nocy, wciągającego ofiary do bagażnika. Na łące słyszał trzask łopaty wbijanej w zieloną trawę, sapanie zmęczonego Kańczugi, dźwięk upadających zwłok spuszczanych do głębokiego rowu. A tutaj nic. Czarny ekran.
– Kańczuga, a mnie się wydaje, że ty coś w chuja walisz – rzucił po chwili namysłu.
– Komisarzu, nagrywamy to – upomniała go prokurator.
Morderca patrzył na policjanta tym swoim mokrym wzrokiem, który kojarzył się Pawłowi z żarówkami świecącymi ostatkiem sił, jakby za jego źrenicami tliła się już tylko resztka życia. Jak wyglądały te oczy, gdy wynajdywał kolejną ofiarę? Czy jego źrenice rozszerzały się, gdy ją dusił? Światło za nimi wzmacniało się, życie kumulowało się za przekrwionymi białkami, gwałcenie kobiet i ich mordowanie dodawało mu siły, wysysał z nich witalność?
– Mówię prawdę – wycedził Kańczuga, ale komisarzowi zdawało się, że gdzieś w kącikach ust błąka się cień uśmiechu.
– Pierdolisz – odparł krótko Paweł.
– Komisarzu! – Tym razem Potomna krzyknęła, ale policjant nie zwracał na to uwagi.
– Janek – mówił dalej Hardy. – Przecież ty lubiłeś patrzeć na ciała. Przyjeżdżałeś w te miejsca, oglądałeś groby swoich dziewczyn, trzepałeś nad nimi konia. Dlaczego akurat tutaj wrzucałeś ofiary, skoro resztę grzecznie i równo zakopywałeś na łąkach pod lasem?
Kańczuga spojrzał na Potomną, a potem przeniósł wzrok ponownie na komisarza i patrzył spokojnie, cierpliwie, lekko mrużąc oczy. Cisza trwała równą minutę, ale nikt go nie poganiał, przyzwyczaili się do jego stylu wypowiedzi. W końcu uśmiechnął się i powiedział niemal radosnym głosem:
– Tu odsyłałem te dziewczyny, które jednak mi się nie spodobały.
– Ile ich było?
– Połowa. Jestem wybredny.
– Połowa z ilu? – zapytała prokurator Potomna.
– No ze wszystkich.
– Kańczuga, grzeczniej, bo pani prokurator wycofa się z układu i tyle zwojujesz – ostrzegł go Kostecki.
Morderca nie odwracał wzroku od Hardego, patrzył na niego z tym uśmiechem, za który komisarz miał chęć po prostu skuć mu ryj, skatować tego dupka do nieprzytomności, może nawet na śmierć.
– Czyli kolejne osiem ofiar? – zapytała Potomna.
– Trzynaście – poprawił ją Kańczuga. – Połowa ze wszystkich.
– Co ci się w nich nie podobało? – odezwał się Hardy, biorąc butelkę wody od stojącego najbliżej policjanta.
Musiał się czegoś napić, może jak zamknie na chwilę oczy, to zwizualizuje sobie, że to coś z procentami.
– Chodzi o uczucia – westchnął Kańczuga.
– Janek. – Kostecki pogroził mu palcem. – Ty sobie nie igraj.
– To jak z pierwszą randką, taką w ciemno. Spotykamy piękną dziewczynę, mamy co do niej plany, ale podczas kolacji zauważamy, że nie mamy wspólnych tematów, ona za głośno się śmieje, mlaszcze przy jedzeniu, dłubie w nosie, śmiesznie kicha, może ma jakiś tik, opowiada dyrdymały, taka trochę głupiutka. Różnie bywa. Rozstajemy się, nasze pierwsze spotkanie okazuje się zarazem tym ostatnim. Zdarza się, komisarzu.
– Ty nie jesteś randkowicz, tylko morderca – upomniał go Hardy.
– Moja namiętność szła może i o krok za daleko, ale była szczera. Wiem, że dla społeczeństwa jestem zwyrodnialcem, mordercą, zbokiem, różnie pewnie o mnie mówią. Ale sam dla siebie jestem normalnym człowiekiem, który po prostu dał się porwać namiętności.
– No dobrze, o tych rzeczach to sobie porozmawiasz z doktorkami od świrów – stwierdził komisarz. – Wracajmy do tematu. Czyli wrzucałeś tu ciała dziewczyn, które zamordowałeś, ale z jakichś powodów nie zyskały twojego uznania, tak?
– Zgadza się – odparł Kańczuga.
– Pokaż – zażądał Paweł, kiwając głową na policjanta trzymającego manekina.
– O tak.
Kańczuga wypowiedział te słowa, po czym po prostu dał krok w bok i wskoczył do czarnego szybu.
Zniknął.
Hardy nie wierzył własnym oczom, to nie mogło się zdarzyć. Nie powinno. Nie miało prawa.
Tymczasem właśnie się wydarzyło.
Komisarz doskoczył do szybu, padł na kolana i nasłuchiwał. Po chwili usłyszał łomot, ale niezwykle odległy, jakby ciało doleciało niemal do samego środka ziemi. Jak głęboko mogło tu być?
– Latarka! – krzyknął w stronę reszty uczestników.
Kilka sekund później zobaczył dwa snopy światła wdzierające się w ziejącą czernią dziurę. Niewiele to jednak dało.
– To nie zadziała – usłyszał nad uchem kamerzystę. – Do studni patrzy się przez odbite światło słoneczne, na przykład od lusterka.
Hardy w pierwszym odruchu chciał wrzucić gówniarza do środka, żeby sprawdził, czy coś tam jest, ale się powstrzymał. Drugim pomysłem, równie bezsensownym, było strzelenie w czerń z pistoletu. Przecież skoro Kańczuga tam skoczył, to najpewniej roztrzaskał się o dno, może spadł na stertę trupów swoich ofiar albo topił się właśnie w brudnej wodzie, która uzbierała się tutaj przez lata.
– Musimy tam zejść – powiedział, wstając.
Napotkał spojrzenia policjantów i pani prokurator, żadne nie było miłe; patrzyli na niego z wyrzutem, a kamerzysta spoglądał na wiszące przy jego nadgarstku kajdanki. To on był odpowiedzialny za wizję lokalną, pilnował Kańczugi, on osobiście.
– Dzwonię po strażaków – zarządził Kostecki. – Mają pewnie sprzęt do takich akcji.
– Niech szybko tu przyjadą – powiedziała prokurator Potomna. – Wezwijcie też karetkę, może on wciąż żyje.
– Jasne – zgodził się Kostecki i odszedł na kilka metrów z komórką w dłoni.
– Ty. – Potomna wskazała na jednego z mundurowych. – Idź do samochodu.
– Po co? – zdziwił się policjant.
Prokuratorka wzięła go pod łokieć i odeszła na kilka kroków. Funkcjonariusz wysłuchał tego, co miała mu do powiedzenia, skinął głową i wspólnie ze swoim kolegą z patrolu ruszyli w stronę ścieżki.
Hardy patrzył cały czas w ciemny otwór sztolni i próbował uspokoić myśli. Na pewno pomogłaby mu mała buteleczka z zawartością o mocy czterdziestu procent, najlepiej o klasycznym smaku, gorzkim, cierpkim i orzeźwiającym. O, jakże by mu pomogła.
To, co zrobił Kańczuga, wydawało się całkowicie bez sensu. Samobójstwo nie było w jego stylu, nie miał tego w planach, Hardy o tym doskonale wiedział. Przypomniał sobie jedno z długich przesłuchań, które męczyły jego i kolegów, ale nigdy tego zwyrodnialca. Uwielbiał opowiadać o swoich dokonaniach, z uśmiechem opisywał najdrobniejsze szczegóły zbrodni, nie oszczędzał im niczego. Psychiatrzy i psychologowie powiedzieli, że to normalne, on na powrót przeżywa gwałty i morderstwa, wzbudza emocje, które towarzyszyły mu w tamtej chwili, to klasyczne zachowanie, dlatego też mordercy wracają na miejsce przestępstwa, aby dostać choć namiastkę tego, co czuli w momencie wyrządzania krzywdy bliźniemu. Paweł pamiętał, jak już pod koniec dnia Kańczuga spojrzał mu w oczy i po zwyczajowych sześćdziesięciu sekundach odezwał się z tym swoim cynicznym uśmiechem:
– Ucieknę wam.
– Wątpię, Janek, wątpię – odpowiedział mu komisarz.
– Wymiar sprawiedliwości nie jest na mnie gotowy – mówił dalej Kańczuga. – Zniesiono karę śmierci, a tylko taka mi się należy. Społeczeństwo niepotrafiące eliminować zagrożeń wyginie, nie ma innej możliwości, a ja jestem kolosalnym zagrożeniem, panie komisarzu. Olbrzymim. Powinno się mnie rozgnieść jak karalucha ciężkim buciorem ozdobionym paragrafami, a nie niańczyć do końca życia w więzieniu.
– Zatem jesteś karaluchem?
– A czy to coś złego? Postrzegamy je jako stworzenia paskudne, a jak one widzą nas? W swoich oczach są pewnie stworzeniami bożymi, a my potworami.
– Dobra, nie będę wchodził w filozoficzne dysputy, za głupi jestem na to – odpowiedział Hardy. – Nie uciekniesz, zaręczam ci.
– Ucieknę, bo mój pobyt tutaj nie ma sensu – tłumaczył mu Kańczuga. – Ale wrócę, pierwszego dnia po tym, gdy zostanie przywrócona kara śmierci. Obiecuję.
– Nikt nie przywróci kary śmierci wyłącznie dla ciebie, bądź poważny. Niby taki filozof, a gadasz jak potłuczony.
– Przywrócą, komisarzu, proszę to już zostawić mnie. Ucieknę, a potem zacznę pracować na to, aby sprawiedliwości stało się zadość.
Z zamyślenia i mielenia w głowie scen z przeszłości wyrwał go warkot silnika, jeszcze stłumiony przez krzaki, ale oznajmiający, że zbliża się pomoc. Rzucił okiem na zegarek, minęło jakieś dwadzieścia minut. Prokurator wykonywała jeden telefon za drugim, stojąc daleko od feralnej sztolni, reszta funkcjonariuszy paliła papierosy albo patrzyła w smartfony, kamerzysta i fotograf dyskutowali o czymś zawzięcie, co jakiś czas cicho się śmiejąc.
Warkot silnika wzmógł się i po chwili w akompaniamencie trzasków łamanych gałęzi na polanę wjechał quad straży pożarnej z dwoma strażakami i przyczepą. Jeden z nich zeskoczył i zaczął zdejmować z przyczepki sprzęt, mundurowi policjanci rzucili mu się na pomoc. I już po chwili pusty pojazd mógł ruszyć w drogę powrotną.
Paweł rozpoznał strażaka dowodzącego akcją, to był Michał Szklarski, z którym już kilkanaście razy spotkał się na różnych akcjach.
– Co my tu mamy? – zapytał strażak, podając mu rękę na powitanie.
– Taka sytuacja. – Komisarz wskazał czarną dziurę. – Klient nam się zawinął do dziury i nie mamy jak sprawdzić, co się z nim stało.
– No, Edek już streścił przez telefon. Czekaj, muszę powiedzieć chłopakom, co zabrać.
Wyjął z kieszeni radio i wydał krótkie polecenia, wymieniając sprzęt, jaki będzie im potrzebny. Trwało to kilkadziesiąt sekund, a gdy uzyskał potwierdzenie, schował krótkofalówkę i stanął nad dziurą.
– Na wszelki wypadek wezwiemy nurków – oznajmił. – Cholera wie, co tam jest.
– Mam złe przeczucia – powiedział Hardy.
– Gość strzelił samobója? – zapytał strażak.
– Na stówę – wtrącił się kamerzysta.
– Nie – odparł stanowczo komisarz, po czym odwrócił się w stronę chłopaka z kamerą. – A ty jak właściwie masz na imię?
– Patryk.
– Spierdalaj, Patryk.
Kamerzysta zrobił duże oczy, odwrócił się i rzucił coś pod nosem, co ewidentnie Pawłowi zabrzmiało jak „debil”. Ruszył w jego stronę, ale strażak złapał go za ramię i powstrzymał, po czym pokręcił głową.
– Nie warto – powiedział. – Olej gnoja. Co z tym zbirem?
– To nie ten typ – stwierdził Hardy z westchnieniem. – On by nigdy nie popełnił samobójstwa. Nie ma szans.
Na polanę wjechał ponownie quad załadowany sprzętem, a zaraz za nim wkroczyło czterech kolejnych strażaków. Pojawili się też dwaj mundurowi policjanci odesłani wcześniej przez Potomną.
– Komisarzu? – Prokurator podeszła do Hardego. – Mogę na chwilę?
– Pani prokurator, mamy chyba ważniejsze sprawy niż… – zaczął Paweł, ale Potomna po prostu się odwróciła i odeszła kilka metrów na bok. Ruszył za nią.
– O co chodzi? – zapytał, gdy już się zatrzymała.
– Czy pan spożywał dzisiejszego dnia alkohol? – odpowiedziała pytaniem.
Milczał. Jej wzrok był świdrujący, usta zacięte, lewą dłoń miała zaciśniętą w pięść, prawą na telefonie.
– Pani prokurator – zaczął spokojnie. – Wiem, że doszło tutaj…
– Cisza – rzuciła przez zaciśnięte zęby, nie dając mu dokończyć.
Podszedł do nich jeden z policjantów, złamana belka na pagonie informowała, że ma stopień sierżanta, czyli potocznie sierściucha. W ręku trzymał żółty alkomat, minę miał nietęgą, adekwatną do wyznaczonego mu zadania.
– Proszę dmuchnąć – poleciła Potomna.
– Pani prokurator, to nie czas i miejsce na takie rzeczy – zaoponował Hardy.
– Komisarzu, jeśli pan nie dmuchnie, to może natychmiast żegnać się z pracą. Gwarantuję.
– Ale…
– Dmuchaj, kurwa! – warknęła.
– Spierdalaj! – odparł i ruszył w stronę sztolni i strażaków przygotowujących sprzęt.
Nie odwracał się, nie interesowało go, co zrobi ani jak zareaguje. Przyglądał się strażakom rozkładającym stelaż z bloczkiem, przez który przełożyli linę, potem jeden z nich dopiął nieduży uchwyt z zamontowaną kamerą i zaczęto całość spuszczać w czarną paszczę sztolni. Lina rozwijała się z cichutkim szumem, a jeden ze strażaków wpatrywał się w monitor przekazujący obraz z kamery, jednocześnie kciukami opartymi o joysticki kontrolował zachowanie sprzętu.
– Stop – oznajmił i kiwnął głową w stronę kapitana Szklarskiego, a ten natychmiast podszedł i spojrzał na ekran.
– Pięć metrów niżej jest rozpięta siatka alpinistyczna – powiedział strażak kontrolujący sprzęt. – Czarna, matowa, nie widać jej w świetle latarki. Świeża robota, bo na hakach nie ma żadnych nacieków ani korozji.
– Co takiego? – zapytał Hardy.
– Siatka, taka, jaką czasem rozpina się w jaskiniach, żeby zabezpieczyć się przed ewentualnym upadkiem, albo żeby sprzęt nie poleciał na dół. No, taka jakby pajęczyna. Wasz gość wskoczył i miękko na niej wylądował. Pan sam zobaczy, komisarzu.
Hardy natychmiast podszedł do strażaków i spojrzał na monitor. Faktycznie, obraz pokazywał siatkę rozpiętą w dziurze w taki sposób, że osoba wpadająca musiała się na niej zatrzymać.
– O, tędy spierdolił – oznajmił strażak, po czym ruszył joystickiem i na ekranie pojawił się otwór wykuty w bocznej ścianie sztolni.
– Trzeba wejść w tę dziurę. Natychmiast – zarządził komisarz.
– To nie my – odpowiedział koordynujący akcję Szklarski. – Do tego potrzebna jest ekipa ze sprzętem, zabezpieczenie. Ratownicy z Bytomia muszą przyjechać, z ratownictwa górniczego, a nie my, to nie nasza działka.
– Facet wskoczył tam tak, jak stał, i wlazł w tę dziurę, a wy potrzebujecie sprzętu? – Hardy podniósł głos.
– Nie wiemy, co tam jest – odparł kapitan. – Może gość siedzi w tym chodniku i czeka? Skoro przygotował sobie taką ucieczkę, może tam mieć broń. To jest morderca, Paweł. Widzisz, wszystko przygotował, pewnie także miał plan na wypadek tego, że ktoś za nim pójdzie. Nie mogę ryzykować. My jesteśmy od ratowania życia, a nie ścigania przestępców. A po drugie, to jest jakaś stara kopalnia i to po prostu nie nasz zakres obowiązków. Na akcje w kopalniach wzywa się górników.
– Mnie tam spuśćcie – powiedział komisarz.
– Nie – usłyszeli z tyłu kobiecy głos. – Komisarz został właśnie zawieszony w czynnościach służbowych. Jest tutaj bezprawnie i nie może brać udziału w akcji.
– Paweł, daj spokój – odezwał się do niego Kostecki.
– Edek, musimy za nim pójść.
– Nie ty, dobra? – Kolega podszedł do niego. – Nie nakręcaj się, idź grzecznie z chłopakami, zwiozą cię na badanie. Wiesz, że jak będziesz się stawiał, to niczego nie zmieni, będzie tylko gorzej.
Wiedział to. Zamknął oczy, uspokajał oddech. Cisza, która zapanowała na polanie, była ciężka i przytłaczająca. Może i dobrze, że wódka wietrzała z jego umysłu, mógł spokojnie zastanowić się nad dalszym działaniem, nie ulegać pijackim emocjom.
– Chcesz go jeszcze kiedyś złapać? – zapytał Edek.
Hardy zrozumiał, co chciał mu przekazać kolega z wydziału. Potomna była uważana za karierowiczkę i straszną kosę, z chęcią dorzuci kamyczek do swojego poletka, wykrywając pijanego policjanta na służbie, i to jeszcze takiego, któremu uciekł oskarżony. Jeśli będzie się teraz stawiał, to przekreśli wszelkie szanse na zamiecenie sprawy pod dywan. Miał sporo znajomości i przysług do wykorzystania, ale są granice, zza których wrócić się nie da.
– Chcę.
– Wezwiemy jednostkę specjalną, mają tam fachowców od takiego łażenia po dziurach.
– Złapcie go – rzucił Hardy i ruszył w stronę ścieżki.
Zaczęło padać.
Rok później
Mężczyzna mocno zapukał w drzwi, aż echo poniosło się po klatce schodowej czteropiętrowego bloku na sosnowieckim Kazimierzu przy ulicy Wagowej. Na parterze budynku mieściła się mała cukiernia bezczelnie wypełniająca powietrze aromatem świeżych pączków, co tylko dodatkowo go irytowało. Był na diecie, rzucił palenie, a teraz jeszcze ta wizyta.
Zapukał ponownie, tym razem głośniej. Drzwi się otworzyły, ale nie te, do których uporczywie się dobijał. Jakiś młodziak z ledwo sypniętym wąsem spojrzał na niego podejrzliwie z progu mieszkania naprzeciwko.
– Nie otworzy – powiedział chłopak.
– Nie ma go?
– Niedysponowany.
Mężczyzna, który nazywał się Marcin Drewniak i służył w śląskiej policji w wydziale dochodzeniowo-śledczym w stopniu nadkomisarza, uderzył kantem dłoni w szyję i pytająco kiwnął głową.
– Ta – odpowiedział chłopak. – O tej porze najebany. Zresztą jak o każdej.
– Dużo chleje?
– Codziennie pod korek. Czasem szcza na klatce albo tu zasypia. Samozwańczy patrol sąsiedzki wzywał psiarnię, ale on z firmy, to nie chcą nic robić, tylko go wnoszą i jadą z powrotem.
Mężczyzna westchnął. Zaburczało mu w brzuchu, zjadłby świeżego pączka, albo nawet dwa. Szarpnął nerwowo za klamkę, ale było zamknięte.
– Kurwa – rzucił bez emocji.
– Pan kto? Komornik? – zapytał chłopak.
– Brat.
– Ta, jasne – skwitował z krzywym uśmieszkiem młodzik.
Mężczyzna sięgnął po odznakę i podstawił młodemu pod nos. Ten zmrużył oczy i pokiwał głową.
– Wystarczy? – zapytał policjant.
– Pan też z firmy, co?
– Przypadek.
– No to chwila. – Chłopak cofnął się do mieszkania i wyszedł z kluczem w dłoni. – Dorobiłem, jak zgubił swój na klatce. Czasem go wnoszę, raz spalił garnek, to gasiłem, potem zalał sąsiadkę. Takie tam.
– Tak za frajer pomagasz?
– Przyjmijmy, że dobry chłopak ze mnie.
Policjant nie skomentował. Wziął klucz i otworzył drzwi do mieszkania. Zapach cukierni natychmiast uleciał, w nozdrza uderzył go smród brudnego człowieka, odór znany każdemu funkcjonariuszowi i wypełniający większość dni na ulicy. Zamknął za sobą drzwi, nie patrząc na chłopaka, po czym ruszył do środka.
Nie można było powiedzieć, żeby lokum przypominało melinę, wnętrze było po prostu puste i zaniedbane. W korytarzu leżała rzucona na podłogę kurtka i zniszczone buty, a na płytkach w kuchni zastygła spora plama. Policjant otworzył kuchenne okno na całą szerokość, żeby trochę przewietrzyć. Pod ścianą stało kilka butelek po wódce, część stłuczonych, wszystkie puste. W zlewie piętrzyła się sterta plastikowych jednorazówek. Zajrzał do lodówki. Spleśniały biały ser, zasuszona kaszanka i gotowe kanapki zawinięte w folię. Wiedział, że chłopaki z jego komendy dbali o kolegę i przysyłali czasem kogoś do uzupełnienia zapasów i sprawdzenia, czy komisarz Paweł Hardy nadal żyje.
On sam nie mógł tu przyjeżdżać, Potomna wiedziała, że się przyjaźnią, i pilnowali go. Dziwna to była kobieta, strasznie mściwa. Nie zdziwiłby się, gdyby przychodziła czasem do tego mieszkania tylko po to, aby napawać się upodleniem człowieka, który tak jej podpadł.
Przeszedł do salonu tego uroczego mieszkanka, spodziewając się zastać Hardego nieprzytomnego na łóżku, ale ze zdziwieniem zobaczył, że ten siedzi na krześle i patrzy wprost na drzwi od pokoju. Przetłuszczone i dawno nieprzycinane czarne włosy żyły chyba własnym życiem, zarost na brodzie też sterczał na wszystkie strony jak zużyta szczotka do kibla. Czarny podkoszulek uwalany był czymś białym wokół szyi, a resztę ubioru stanowiły jedynie bokserki i jedna skarpetka. Smętny widok. Postura mu pozostała, choć ramiona opadły, przystojna twarz z proporcjonalnymi rysami nieco zwiotczała, a ślady urody, która zmiękczała serca wielu koleżanek w pracy, ginęły w niechlujnym zaroście.
– Cześć – powitał go Marcin i podszedł do okna, po czym otworzył je szeroko.
Lekki przeciąg powinien wyciągnąć smród z mieszkania chociaż na tyle, aby dało się tu swobodnie oddychać.
Wziął mały taboret i usiadł na wprost gospodarza. Przyjaźnili się od początku służby, mimo iż na początku pracowali w różnych wydziałach. Często jadali wspólnie obiady, nawet chodzili na podwójne randki. Oczywiście było to w czasach, gdy alkohol był tylko problemem, a nie całym życiem Hardego.
– Paweł, jest kontakt? – zapytał.
Przyjaciel spojrzał na niego i pokiwał głową.
– Ta – odparł po chwili zachrypłym głosem. – Czasem mnie puści ten cug i przez dzień czy dwa mam nadzieję… Posprzątam, ogolę się i coś zjem. – Złapał się za twarz i jakby z zaskoczeniem odkrył, że na drodze do gładkiej skóry stoi czarna, skołtuniona broda.
– I to ta chwila?
– Ta – odparł Hardy. – Chyba tak.
– Ale trafiłem, jak szóstkę w totka – ucieszył się Marcin. – No to dawaj, walniemy toaletę i w drogę.
– Ale potem mi się przypomina, wiesz, że ten dupek tak mnie podszedł i ta suka z prokuratury, i to wszystko…
– Dobra, fajnie, ale nie przyszedłem tu słuchać gorzkich żali. Jest decyzja.
– Co?
– Decyzja. Chcą cię odwiesić. Minął rok, Potomna awansowała do generalnej, można było zacząć działać.
– Złapali go?
– Kańczugę?
– No.
– Nie.
– I nie złapią.
– Złapią czy nie złapią, to ma drugorzędne znaczenie – powiedział Marcin, podchodząc do szafy, żeby poszukać czystych ubrań. – Jebać to. Najważniejsze, że koniec tego… – Zatoczył ręką po pokoju.
– Gówna – dokończył za niego Paweł.
– No właśnie. Wracasz, tylko musisz się ogarnąć. Co prawda nie od razu do firmy, ale powolutku do cycusia, metoda małych kroczków.
– Co? – Wzrok przyjaciela był zamglony.
– Wracasz! – Kolega podniósł głos. – Zaraz skoczę i kupię ci jakiś ciuch, bo tutaj wszystko pożałowania godne.
– Nie wiem, czy… No wiesz, to…
Paweł spojrzał na niego, oczy mu się rozszerzyły i Marcin już wiedział, co za chwilę nastąpi. W porę się odsunął, aby uniknąć strumienia wymiocin. Jego przyjaciel z bulgotem wyrzucał kwasy żołądkowe, po czym padł na parkiet w kałuży rzygowin.
Kolega złapał go za nogę i przeciągnął po śliskim parkiecie w stronę drzwi, aby ten nie leżał w tej cuchnącej kałuży. Ułożył go w pozycji bocznej, poszedł do kuchni, wziął brudną ścierkę, którą następnie wytarł twarz przyjacielowi. Wszedł do łazienki, umył ręce, po czym wyjął telefon z kieszeni i wybrał numer.
– Plan B – powiedział. – Karetka plus jeden silny chłopak, żeby mi pomógł z noszami, tu nie ma windy. Zapytaj naszej sprzątaczki, czy nie chce sobie dorobić, trzeba by tu ogarnąć przestrzeń.
Schował telefon do kieszeni i westchnął głęboko, spoglądając na przyjaciela. No tak, zanim dojedzie karetka, zdąży zjeść jeszcze pączka. Albo dwa. Zasłużył.
Marcin patrzył na siedzącego w ogrodzie Pawła. Dziś był trzeci dzień pobytu Hardego w ośrodku leczenia uzależnień i według informacji lekarza, który tutaj wcisnął jego przyjaciela, można było się jakoś porozumieć. Jak u każdego alkoholika najtrudniejsze były pierwsze dni odtruwania, gdy organizm za cholerę nie chciał wrócić na tory zdrowszego życia i przyjąć do wiadomości, że więcej procentów nie będzie.
– Lepiej? – zapytał i usiadł na ławce obok kolegi.
Hardy wzruszył ramionami. Nadal miał przekrwione oczy i popękane naczynka na twarzy, ale zaczynał już zdrowiej wyglądać. Ktoś zajął się jego fryzurą i to całkiem udanie, bo modnie wygolono mu włosy po bokach, zostawiając trochę na górze, przystrzyżono brodę.
– Dłuży się.
– Jeszcze ze dwa, może trzy tygodnie, wytrzymaj, co?
– Kańczuga… – zaczął Hardy. – Jest jakiś ślad?
– Skup się na sobie, na to przyjdzie czas.
– Jest?
– Kamień w wodę – odpowiedział z westchnieniem Marcin. – Spierdolił tymi podziemnymi tunelami jak pieprzony szczur. Mało tego, miał tam przygotowany ładunek wybuchowy i zawalił chodnik. Zaprzęgliśmy do roboty górników, ale dokąd prowadziła ta sztolnia, to nikt nie wie.
– Chujowo.
– No, zdecydowanie. Ale pod siatką na dole nie było żadnych ofiar. Nikogo tam nie wrzucał. To było przygotowane jako jego plan awaryjny. Wszystko sobie pięknie zaplanował: wizje lokalne, udawanie grzecznego i ucieczkę. Sztolnia jest cholernie głęboka, na dnie znaleziono tylko pęknięty worek po śmieciach. Według techników, gdy spadł na siatkę, to go odciął, żebyśmy usłyszeli odgłos spadającego ciała.
– Był rozkuty, mogłem go nie puszczać.
– Hardy, to nie twoja wina. Dał sędzia zgodę na wizję lokalną i rozkucie aresztowanego? Dał. Nie upilnowaliście, i już, na chuj drążyć.
– My? – prychnął Hardy. – Nie było cię tam.
– Wszyscy siedzimy w tym gównie razem, sam dobrze wiesz. Musimy się wspomagać, szczególnie teraz.
– Było postępowanie?
Marcin spojrzał na przyjaciela. Rok picia na umór zaczął jeszcze tego samego dnia, gdy Kańczuga im uciekł. Wszyscy funkcjonariusze z wydziału kryminalnego i dochodzeniówki mieli surowy zakaz odwiedzania komisarza, ale uruchomili znajomości i co kilka dni pojawiał się ktoś z prewencji albo straż miejska, żeby dopilnować ich kolegi. Zostawiali suchy prowiant, raportowali, że czasem Paweł miał spokojniejsze dni i jadł coś w osiedlowym barze albo hot dogi w Żabce. Żył. A oni czekali, aż Justyna Potomna zniknie z ich pola widzenia, aby móc go przywrócić do prawdziwego świata żywych. Kostecki cierpiał szczególnie, bo przyjaźnił się z Hardym, ale dla jego dobra musiał na jakiś czas o nim zapomnieć. Drewniak miał cynk, że ludzie z wewnętrznego obserwują mieszkanie, ponieważ podejrzewali, że skompromitowany policjant mógł współpracować z Kańczugą, co było oczywiście bzdurą. Potomna nie odpuszczała. Dlaczego tak go nienawidziła?
– Było postępowanie – odparł Marcin. – Ale mój szwagier załatwił zwolnienia lekarskie, coś tam nakłamali, i tyle. Zdegradowali cię do podkomisarza, zawiesili. Zresztą nie ciebie jednego, bo ja też dostałem po pagonach.
– Źle.
– Ja wiem, że ty się obwiniasz, i w sumie masz rację. Nie chodzi o ucieczkę, ale o wódę.
– Powinni byli mnie wyjebać.
– I wyjebali.
– Co?
– Nie możesz wrócić do firmy.
Hardy wyprostował się na krześle, a na jego przekrwionej twarzy wymalował się wyraz autentycznego zdziwienia.
– To dlaczego tu jesteś? Po co to leczenie?
– Dla zdrowia.
– Po co?
– Na Kańczudze świat się nie kończy. Musisz zebrać się do kupy, Paweł. Życie czeka.
– Po co?
– Dostaniesz przeniesienie.
– Co? Jak? Gdzie? Do straży miejskiej?
– Nie no, nie będzie aż tak źle.
– To dokąd?
– Do Skarbonek.
– Do czego?
– Izba Celno-Skarbowa.
– Przecież to urzędnicy.
– Zrobili im zbrojne ramię, przenoszą tam policjantów.
– Przecież to urzędnicy.
– A policjant to kim, kurwa, jest? – Jego przyjaciel podniósł głos. – Urzędnikiem! Tyle że w mundurze, ale powinności ma te same. Skarbówka teraz się panoszy, bo muszą uszczelniać budżet, żeby pieniążki na osiemset plus były. Mają swoich kominiarzy, szukają doświadczonych policjantów, żeby bezpiecznie mogli latać z bronią i nie odstrzelili w nerwach łba komuś, kto zjebał roczny PIT.
– To ja już wolę picie.
– Hardy, ja obiecałem chłopakom, że dowiozę cię do kliniki – powiedział spokojnie Drewniak. – Wszyscy patrzyliśmy przez palce na to, że chlejesz w robocie. Nam też się zdarzało, nikt nie jest święty. To, że spierdoliłeś z Kańczugą, to też trochę nasza wina, więc ogarnęliśmy ci szansę na powrót do normalnego życia. Popracujesz trochę w Skarbonkach, złapiesz jakiegoś gościa, co kręci na Vacie, kolejnego handlującego lewym paliwem, i już. Po roku, może dwóch transfer z powrotem do nas. Zleci.
– Czy ty siebie słyszysz?
– Do Skarbonek odsyłają przodujących urzędników i policjantów na cenzurowanym. Taki wydział niechcianych. Pewnie spotkasz kilku znajomków, nic się nie martw. Jest obiecane, że po roku już będzie szansa wrócić. Potomna ma podobno przeskoczyć tak wysoko, że już nie da rady cię dostrzec.
– Kurwa.
– Otóż to. Odcierpisz swoje, a potem znowu popracujemy razem.
– Ale Kańczuga…
– A co do Kańczugi – przerwał mu zdecydowanym głosem Marcin. – Gość wypłynie, bądź spokojny. Zacznie zabijać, o ile jeszcze nie zaczął. Wiesz, że tacy nie przestają, to silniejsze od nich, równie ważne jak jedzenie. Akurat odpoczniesz, nabierzesz sił i będziesz gotów znów na niego zapolować. Kańczuga się przyczaił, może połamał nogi w tej jaskini, a może i w niej zdechł. Kto wie, może spierdolił za granicę i tam sobie hasa.
– Niemożliwe. Przeżył, czuję to. Działał na Zagłębiu, na swoim terenie. Tam wróci, zobaczysz. Oni nie lubią obcych terenów, są jak tygrysy, mają ograniczone terytorium łowieckie. Znowu morduje dziewczyny i gdzieś ukrywa zwłoki.
– Nie ma żadnych zaginięć ponad normę. Monitorujemy to i uwierz mi, robimy to wręcz z chorobliwą gorliwością.
– On już działa i jest sprytniejszy, nauczył się na błędach – powiedział mocnym głosem Hardy. – Morduje.
– Paweł, nie myśl o tym na razie. Skup się na sobie i pamiętaj, że jeśli chcesz go złapać, musisz wrócić do formy. Zachlany do niczego się nie przydasz. Będziemy cię stale informować, jeśli coś się wydarzy. Masz mój numer telefonu, dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Jakby pojawiło się coś z Kańczugą, dostaniesz info jako pierwszy, nawet wpuścimy cię na miejsce zbrodni, zorganizujemy to, ale twoje zadanie na dziś to wydobrzeć. Priorytet.
– Zrobię, co w mojej mocy.
– Stać cię na to, naprawdę. Przyjadę za dwa tygodnie i chcę cię zobaczyć w olimpijskiej formie. Zostawiam ci ordynację podatkową i ustawę o VAT wraz z komentarzami, dokształć się.
Drewniak wstał, poklepał przyjaciela po ramieniu i ruszył w stronę wyjścia. Znowu nabrał ochoty na pączka.
Dwa tygodnie później nadkomisarz Marcin Drewniak pogodził się już z faktem, że tego lata raczej nie schudnie. Na szczęście nie wrócił do palenia, odstawił też na dobre alkohol, no ale słodkie wchodziło mu tak dobrze, że działo się to jakby poza jego świadomością. Raz znalazł wieczorem paragon w kieszeni na dwa pączki i napoleonkę, a nawet nie pamiętał, że je jadł.
– Zawieziesz mnie do domu? – zapytał Paweł i oparł się o dach samochodu.
– Nie, przyjechałem tu pokręcić z tobą bączki po osiedlu.
Komisarz Hardy, a właściwie podkomisarz, wsiadł z ciężkim westchnieniem do samochodu. Zajął miejsce i spojrzał z nostalgią na bielony mur szpitala, w którym dochodził do siebie, było mu tam w sumie dobrze.
– Mam jeszcze dom? – Spojrzał na przyjaciela.
– Jasne. Wysprzątaliśmy, lodówka pełna. Będziesz grzeczny?
– Nie wiem.
– Co? Aż tak źle było?
– Leczenie fajne, sanatorium niemal. Najgorszy był psycholog i jego pogadanki o alkoholizmie. Już po kwadransie jego pierdolenia marzyłem tylko o tym, żeby się napić.
– Nie spierdol tego, okej?
– Zakazano mi obiecywać – odparł Paweł z uśmiechem. – Ale mam głębokie przekonanie, że dam radę.
– Jak znowu będziesz chlał, a Kańczuga wróci, to sumienie cię zabije.
– Wiem.
– A jak tam ustawa o VAT i regulaminy Służby Celno-Skarbowej?
– To nie firma. Zwykły urząd. Mają założony gorszy kaganiec niż policja.
– Rok, Hardy, może krócej, Potomna ostatnio odebrała jakiś order od ministra sprawiedliwości, mocno idzie do góry.
– Nie wiem, czy nie lepiej byłoby jednak pić.
– Mordo! – Drewniak podniósł głos. – Przywołuję cię do porządku. Zrób to dla mnie, metoda małych kroków, co? Na początek popracuj przez miesiąc. Ludzie sporo poświęcili, żebyś wyszedł z tego bagna, pokaż im, że chociaż spróbowałeś, dobra? Rok cię niańczyli, pilnowali, karmili. Daj im chociaż tyle. Może akurat ci się spodoba.
– Postaram się.
– Wytrzymaj chociaż do końca wakacji. Potem pogadamy, powiesz mi, co i jak, jeśli będzie kibel, to załatwimy może inne przeniesienie.
– Miesiąc? – zapytał Hardy.
– Dokładnie.
– Zgoda.
Uścisnęli sobie dłonie.
Śmierć śmierdzi. Wie to każdy policjant, szczególnie ten z kryminalnej. Nie ma znaczenia, czy trup leżał godzinę, czy też tydzień, ma swoją woń, niemożliwą do pomylenia z żadną inną. Podobno zapach ściętej trawy to jej alarm, sygnał ostrzegawczy dla całej trawy świata, że właśnie umiera, i Paweł był pewien, że człowiek ma podobnie – wydziela swoisty smród ostrzegający współplemieńców przed śmiertelnym zagrożeniem. Gdy życie ucieka, przebierając nogami, by jak najszybciej opuścić ciało swojego nosiciela, to zostawia za sobą swąd palonej gumy jako ostrzeżenie dla innych ludzi. Tutaj grasuje śmierć. Strzeż się.
No i tego najbardziej mu brakowało w nowej pracy, zdał sobie z tego sprawę po dwudziestu dziewięciu dniach w Służbie Celno-Skarbowej. Nie było trupów, smrodu melin, odoru bezdomnych, metalicznej woni krwi, brzęczących much na ciałach. Nie było zamieszania na miejscu zbrodni, techników, błyskających fleszy aparatów, niewyspanych kolegów, irytujących świadków, podejrzanych kłamiących jak z nut. Cała powyższa lista może dla zwyczajnego śmiertelnika nie prezentowała się zbyt atrakcyjnie, jednak dla niego to była codzienność, stanowiła jego naturalne środowisko, z którym potrafił sobie doskonale radzić. Co dostał w zamian?
Czystość i sterylność. Żadnych melin, dworców, najciemniejszych ulic w najpodlejszych dzielnicach. Tak naprawdę smród tych miejsc jest szyldem tego, co może się w nich wydarzyć, nos od razu wyłapuje fetor zwłok, smród niemytych ciał, odór gotowanego przez ćpunów kompotu, który wstrzyknięty do zgrubiałych żył napędza ich do działania mającego na celu zorganizowanie kolejnej działki.
A tutaj? Gabinety lekarzy niewystawiających paragonów za wizyty, knajpy oszukujące na sprzedaży alkoholu bez akcyzy, hurtownie wpuszczające do obrotu szmuglowane papierosy, firmy transportowe jeżdżące na oleju opałowym. Wszędzie biura, ekspresy do kawy, jasne światło ledowych żarówek, szum drukarek, miłe panie, które o niczym nie wiedzą. Wszędzie czysto, pachnąco, żadnego ostrzeżenia, bo i przed czym. Jego zadaniem było przeprowadzanie nudnych prowokacji albo realizacja, którą tu nazywano „windykacją”, taki żart wewnętrzny, he, he, he, boki zrywać. Nadrzędny cel: nie pozwolić na zniszczenie dowodów, które znajdowały się albo w komputerach, albo w segregatorach równo ułożonych na półkach.
Wytrzyma tu rok? Chociażby dzień dłużej niż ten miesiąc obiecany Drewniakowi? Nie wytrzyma. Dziś był ostatni dzień próby obiecanej koledze, będzie mógł w końcu swobodnie się najebać. Nie zamierza zostać w Skarbonkach, został stworzony do psiarni, a nie jakiegoś ganiania za księgowymi i fakturami. Wolał się nawalić, miał już kupioną na tę okoliczność flaszkę – stała dumnie na stole w salonie, ozdobiona czerwoną kokardką, i czekała na koniec trzydziestego dnia pracy, gdy zerwie wszystkie ozdoby, pozbędzie się zakrętki i golnie sobie od serca.
Czy miał z tyłu głowy kwestię Kańczugi? Oczywiście, jednak przez ten miesiąc przesłuchał dziesiątki podcastów i reportaży poświęconych Kańczudze, przeczytał wszystkie artykuły, a nawet książkę o tej sprawie i doszedł do wniosku, że ten zwyrodnialec faktycznie zniknął, najpewniej zdechł w kopalni, którą przygotował sobie jako drogę ucieczki. Skoro tak, to Hardy nie miał już nic więcej do roboty.
– Komisarzu? – Glińska, koleżanka z patrolu zwróciła się do niego z manierą w głosie, która doprowadzała go do szału.
Niespełniona urzędniczka skarbówki, której ta posada trafiła się jak ślepej kurze ziarno. Została od razu aspirantem, chociaż zwyczajny policjant musiał wyszlifować tysiąc krawężników, by dostać taki awans. Jemu natomiast przywrócono stopień zabrany po zawieszeniu, co tylko świadczyło o tym, jak bardzo niepoważnie była traktowana tu drabinka służbowa.
– Tak? – zapytał z rezygnacją. Żałował, że wyrwała go z zamyślenia.
– Wchodzimy?
– Ta, wbijaj. – Skinął głową w stronę szklanych drzwi kliniki ginekologicznej.
Glińska szarpnęła za klamkę, szklana tafla mlecznego szkła otworzyła się z cichym sykiem i funkcjonariusze weszli do recepcji. Pierwsze pacjentki dopiero miały się zjawić, ale lekarz przyjechał wcześniej, czekali na niego i gdy tylko jego nowy Mercedes zaparkował z tyłu budynku, ruszyli do akcji.
To była spokojna windykacja, za którą nie musiał się wstydzić. Inaczej niż drugiego dnia pracy, kiedy wstrzymali parę nowożeńców zmierzającą do sali weselnej. Otrzymali informację, że na przyjęciu będzie alkohol bez akcyzy. No i był, bo ojciec panny młodej zorganizował bimber z Podlasia, kilka smaków i wariantów. Para młoda stała wraz z gośćmi godzinę w wejściu, podczas gdy oni protokołowali znaleziony alkohol i wypisywali stosowne kwity.
Minęli pustą ladę recepcji i weszli bez pukania do gabinetu. Ginekolog spojrzał na nich nieco zdumiony, a gdy Glińska pokazała mu swoją legitymację i blachę, na której dumnie prezentowały się dwa skrzyżowane klucze, lekko zbladł.
– Pan Hieronim Wolak? – zapytała.
– Tak – odpowiedział spokojnym, miękkim i niskim głosem.
– Panie Wolak, jest pan podejrzany o łamanie zapisów ustawy o skarbie państwa, niewystawianiu paragonów oraz nielegalne wprowadzanie do obrotu środków medycznych zagrażających życiu pacjenta.
Niewiarygodne, ale wyrecytowała to na jednym wydechu. I to zwracanie się do lekarza na pan, tak mocno bez szacunku, przypominało mu czasy PRL-u, gdy każdy był „obywatelem” bez względu na zajmowane stanowisko.
– Proszę, niech państwo usiądą. – Lekarz wskazał im dwa wygodne skórzane fotele ustawione pod zieloną ścianą. – Poczęstowałbym kawą, ale Malwinka, moja recepcjonistka, przychodzi dopiero za pół godziny, a ja, wstyd przyznać, nie potrafię obsługiwać ekspresu.
– Ja bym się napił – wtrącił Paweł.
– Potrafi pan sobie poradzić z ekspresem? – zapytał lekarz.
– Może się uda.
– Chyba nie zdaje sobie pan sprawy z przedstawionych zarzutów?! – Glińska podniosła głos.
– Póki co żadnych mi pani nie przedstawiła. Jeśli zamierza pani to uczynić, to chyba wypicie filiżanki mocnej kawy ich nie obali, czyż nie? Nie zamierzam także państwa otruć, zapewniam.
Ginekolog podszedł do zdobnej szafy z litego drewna, otworzył drzwi i wskazał lśniący ekspres. Urządzenie wyglądało na drogie i było stylizowane na zabytkowe.
– Podczas ostatniej burzy zalało nam pokój socjalny i musieliśmy go gdzieś przenieść – poinformował Wolak z lekkim zakłopotaniem.
– Piękna maszyna – pochwalił komisarz i zaczął uruchamiać ekspres.
Glińska podeszła w stronę lekarza, fuknęła gniewnie i poczerwieniała na twarzy.
– Panie Wolak, jest pan oskarżony…
– Proszę pani – przerwał jej ginekolog. – Oskarżenie wymaga postanowienia o przedstawieniu zarzutów, ogłoszenia ich podejrzanemu i ich wymienienia. Rozumiem, że wydano postanowienie o przedstawieniu mi zarzutów, bo jeśli nie, to najpewniej jesteście tutaj państwo w ramach raczej rozpytania.
– Dokładnie – potwierdził Hardy, podstawiając kubek pod dyszę ekspresu. – Espresso, panie doktorze?
– Doppio – odpowiedział z uśmiechem Wolak. – Zatem pytajcie – zwrócił się do Glińskiej.
– Czy to prawda, że wydawał pan obywatelom Rzeczpospolitej Polskiej recepty na środki wczesnoporonne?
– Nie.
– Jak to: nie? – zdziwiła się urzędniczka.
– Nie wydałem ani jednej recepty obywatelowi Rzeczpospolitej. – Medyk schylił się i wyciągnął paczkę ciastek z szafki nad podłogą.
– Panie Wolak! – Glińska podniosła głos.
– To robusta? – zapytał Hardy, przykładając nos do ziaren kawy.
– Arabica – odparł lekarz. – Mieszanka wprost z Brazylii.
– Ulala. – Komisarz pokiwał głową. – A ty, Glińska, byłaś kiedyś u ginekologa? – Skierował głowę w jej stronę.
– Ale co to ma do rzeczy?
– Byłaś?
– Oczywiście.
– I powiedz mi, czy ty widziałaś kiedyś, aby twój lekarz przyjmował jakiegoś mężczyznę i wystawiał mu receptę? Szczególnie na środki wczesnoporonne?
Glińska zacisnęła usta, przez co wyglądały jak kreska naszkicowana kiepskim ołówkiem. To przez te usta właśnie jej nie lubił, takie same jak u Potomnej. Tamta chociaż czasem nałożyła na nie szminkę, a jego partnerka uznawała kosmetyki za dzieło szatana, zresztą jak niemal wszystko na tym świecie. Nie, jednak nie chodziło tylko o usta, ale też o to podążanie jedynie jasno wytyczonymi przez kodeksy i regulaminy szlakami. Tak, to głównie przez to.
– Pani… – Wolak spojrzał pytająco na kobietę, a ta natychmiast odparła.
– Aspirant.
– Pani aspirant, jak słusznie zauważył pan komisarz, wystawiam recepty jedynie obywatelkom Rzeczpospolitej Polskiej.
– Zatem potwierdza pan, że dopuścił się czynu prawnie zabronionego?
– Nie.
– Przed chwilą pan powiedział, że to robił.
– Nie.
– Zatem wystawiał pan czy nie?
– Wystawiałem. – Lekarz najwyraźniej dobrze się bawił, grając z urzędniczką w kotka i myszkę.
– Proszę. – Paweł wręczył Wolakowi filiżankę, po czym postawił pod dyszę drugą i uruchomił proces przygotowania americano.
Widział, jak bardzo irytuje tym zachowaniem swoją koleżankę, co pobudzało go chyba mocniej niż kawa. Akurat otwierała usta, aby coś powiedzieć, gdy ekspres dał znać cichym pikaniem, że czegoś mu brakuje.
– Trzeba dolać wody – poinformował Hardy.
Lekarz podał mu z uśmiechem butelkę mineralnej. Glińska aż zazgrzytała zębami. Paweł pomyślał, że mógłby popracować tutaj dłużej, dla samej satysfakcji zatruwania życia wrednej urzędniczce.
– Wystawiał je pan niezgodnie z prawem – oznajmiła w końcu suchym głosem Glińska, jakby odczytywała niemal wyrok śmierci.
– Ależ nic z tych rzeczy – odpowiedział ginekolog. – Zapis ustawy jasno wskazuje, że jeśli występuje zagrożenie życia kobiety będącej w ciąży, lekarz, na jej wyraźne życzenie i po pisemnym potwierdzeniu pacjentki oraz przynajmniej jednego świadka, może dokonać czynności medycznych mających na celu ratowanie jej życia. Mówi o tym dokładnie artykuł szesnasty, paragraf dwunasty, podpunkt A ustawy, na którą się pani powołuje. Tak było w każdym przypadku.
– Mamy podejrzenia, że nie do końca – powiedziała z triumfalnym uśmiechem.
– Glińska, a ty co pijesz? – wpadł jej w słowo komisarz.
– Nic nie chcę – odpowiedziała szybko.
– Twoja strata, wyborna kawa – westchnął Hardy i usiadł w skórzanym fotelu, a Wolak usadowił się w drugim.
Glińska stała teraz przed nimi niczym petentka w gabinecie prezesa. Nie chciała kawy, nigdy nie przyjmowała poczęstunku od ludzi, których odwiedzali. Twierdziła, że to podchodzi pod przyjmowanie korzyści majątkowych i jest niczym więcej jak tylko łapówką.
– Szanowna pani, każda ciąża stanowi w pewnym sensie zagrożenie życia dla kobiety, ale z chęcią poddam się stosownej weryfikacji.
– Sprawdzimy – rzuciła cierpko. – Skuć go? – Wskazała pytająco na lekarza unoszącego filiżankę do ust.
– Wcześniej pobij – rzucił krótko Paweł, upijając łyk kawy, która smakowała wręcz nieziemsko.
– Za co?
– Glińska, po prostu spisz jego wyjaśnienia, poucz i spadamy. A najlepiej wypisz mandat.
– Ale przecież on… wydawał środki wczesnoporonne kobietom z pełną premedytacją, bo wiedział, że nie może tego robić. Brał za to pieniądze, ale nie wystawiał żadnych rachunków. Może stracić prawo wykonywania zawodu.
– Panie doktorze – przerwał jej Hardy, zwracając się do lekarza. – Ile porodów pan do tej pory odebrał?
– No w tym roku powinno stuknąć pięć tysięcy – powiedział z dumą lekarz.
– Pacjentki bardzo pana chwalą. Czytałem opinie w internecie.
– Każda jest dla mnie małym centrum wszechświata i tak je traktuję. Już nawet odbierałem porody od kobiet, które lata temu jako pierwszy witałem na tym świecie.
– Panie doktorze, proszę obiecać, że dołoży pan szczególnych starań, by wykluczyć sytuacje, kiedy przepisze pan środek wczesnoporonny, gdy życie kobiety nie będzie zagrożone.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
