Czarne Morze - Michał Śmielak - ebook + książka

Czarne Morze ebook

Michał Śmielak

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Mroczny kryminał o winie, przeznaczeniu i przeszłości, przed którą nie można uciec.

Niepokorny komisarz Paweł Hardy zawalił najważniejszą sprawę w swojej karierze, pozwalając uciec seryjnemu mordercy znanemu jako Bestia z Zagłębia.

Gdy rok później pogrążonym w deszczu sosnowieckim Czarnym Morzem wstrząsa seria brutalnych zbrodni, Hardy dostaje szansę na odkupienie. Ktoś z zimną krwią morduje młode kobiety, a sposób działania sprawcy niepokojąco przypomina metody, które stosował Jan Kańczuga. Czy to możliwe, że Bestia znów wyruszyła na łowy? A może ktoś postanowił dokończyć jej dzieło?

Tajemniczy zabójca zdaje się rzucać Hardemu wyzwanie. Każda ofiara i każdy pozostawiony ślad prowadzą w jednym kierunku – do przeszłości komisarza i wydarzeń, które na zawsze naznaczyły jego życie.

Czy człowiek, który raz został wciągnięty w mroczną toń czarnego morza, zdoła kiedykolwiek wypłynąć na powierzchnię?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 420

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © 2026 by Michał Śmie­lak Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Wydawca: Marek Kor­czak Redak­cja: Mał­go­rzata Sta­ro­sta Korekta: Kamila Recław, Beata Wój­cik, Anna Brze­ziń­ska Pro­jekt okładki: Paweł Pan­cza­kie­wicz Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-893-0

Cytat

Pałka zapałka, dwa kije,

Kto się nie schowa, ten zgi­nie.

Część I. Cisza na morzu

Część I

Cisza na morzu

Chłopczyk

A kto to się scho­wał w ciem­no­ści? Kto tak wci­ska się w kącik, drobne plecki kuli, główkę chowa w ramion­kach i zamyka oczka, żeby nikt go nie widział? Czy to wystar­czy, aby się ukryć? Czy tak działa świat? Nie, chłop­czyku, tak nie działa. Gdy zamkniesz oczy, zni­kają cie­nie, ale nie potwory. W domu jed­nak ich nie ma, prze­cież tata spraw­dzał – zaglą­dał pod łóżko, zer­kał za zasłonę i otwie­rał drzwi do szafy, bo bałeś się, że i tam coś może czy­hać. No bałeś się? Bałeś. To nic złego, bo mały chłop­czyk może mieć wiel­kie stra­chy, ale duży tata wszyst­kie je wyga­nia.

Pod łóż­kiem jest pusto. Za zasłoną nikogo nie ma. W sza­fie nikt nie sie­dzi. To bez­pieczne miej­sca.

Czy aby na pewno?

A pamię­tasz, jak twoja sio­stra, Zosia, opo­wia­dała tę straszną histo­rię? Tę, przez którą nie możesz teraz zasnąć, o chłopcu i jego tacie?

Otóż, gdy mały chło­piec przed snem prze­czy­tał z tatą wszyst­kie bajki, także tę o Sło­niu Trą­bal­skim i tę o Psz­czółce Mai, i gdy już dostał buziaka w czoło, po czym tata wyszedł, to on go jesz­cze zawo­łał.

– Tatu­siu, boję się ciem­no­ści – poskar­żył się piskli­wym gło­si­kiem.

– Synku, nie bój się, prze­cież tu jestem, obro­nię cię – odpo­wie­dział tata i usiadł ponow­nie na skraju łóżka.

– Ale tam mogą być potwory. – Chło­piec nie ustę­po­wał.

– Prze­cież spraw­dza­li­śmy dziś razem i żad­nego nie było – tłu­ma­czył cier­pli­wie tata.

– Bo się pocho­wały – wyja­śnił chło­piec. – Ale teraz wró­ciły, bo one lubią ciem­ność.

– Mam spraw­dzić jesz­cze raz?

– Tak. Bo wiesz, ktoś jest pod moim łóż­kiem.

– Naprawdę?

– Tak – odparł poważ­nie malec. – I chce mi odgryźć głowę.

Ojciec uśmiech­nął się, pogła­skał synka po gło­wie, po czym ukląkł na zim­nych deskach i zaj­rzał pod łóżko. A tam zoba­czył swo­jego synka, sku­lo­nego z zimna i stra­chu w samej piżamce, mokrej, bo ten był tak prze­ra­żony, że aż się zsiu­siał.

– Tato, ktoś jest w moim łóżeczku – wyszep­tał chło­piec.

A potem potwór odgryzł tacie głowę.

Prolog

Było tu zimno, mokro i jakoś tak tru­pio. Gęste krzaki, mokre po cało­noc­nych opa­dach wycią­gały do nich nasą­czone wodą ramiona i pró­bo­wały wyssać choć gram cie­pła, bo ileż można tak mar­z­nąć w desz­czu? Buty śli­zgały się na roz­mo­kłej ścieżce, woda kapała z drzew i wpa­dała im za koł­nie­rze. Sły­chać było jedy­nie pla­ska­nie pode­szew o mazi­ste błoto, ude­rze­nia mokrych gałęzi o ubra­nia, posa­py­wa­nia zmę­czo­nych ludzi, co jakiś czas krót­kie, acz soczy­ste prze­kleń­stwo. Kiedy kopuła zaro­śli na chwilę odsła­niała niebo, uka­zy­wała wiszące nisko chmury, paskud­nie oło­wiane, i było wręcz pewne, że za chwilę znowu lunie jak z cebra i całe przed­się­wzię­cie trafi szlag.

– Mówi­łem, żeby odwo­łać to gówno – wark­nął gościu z kamerą, jakiś świe­żak.

Komi­sarz Paweł Hardy w ogóle go nie koja­rzył. Szczyl miał na sobie pach­nącą nowo­ścią kurtkę i takie same buty, na które pew­nie wydał wię­cej, niż poli­cjant zara­bia w mie­siąc. W niczym mu to nie poma­gało, śli­zgał się po nie­rów­nej ścieżce jak pozo­stali.

– Zamknij się – rzu­cił krótko ktoś z tyłu.

– Daleko jesz­cze? – zapy­tał Paweł i szarp­nął za kaj­danki, któ­rymi był spięty z oskar­żo­nym.

Ten zatrzy­mał się i spoj­rzał komi­sa­rzowi pro­sto w oczy. Razem z nimi sta­nęła cała kolumna, którą pro­wa­dził jakiś poli­cjant w mun­du­rze, a zamy­kało kilku innych funk­cjo­na­riu­szy, pani pro­ku­ra­tor i ten pie­przony kame­rzy­sta.

Męż­czy­zna złą­czony łań­cu­chem z komi­sa­rzem Har­dym nie odzy­wał się, taki miał zwy­czaj: naj­pierw patrzył roz­mówcy w oczy, jakby chciał wszystko prze­ka­zać siłą umy­słu, a dopiero potem mówił. Paweł, pod­czas jed­nego z prze­słu­chań, wpa­tru­jąc się w niego przez wenec­kie lustro, zmie­rzył czas tych nie­zno­śnych pauz i wyszła mu minuta na każdą. Zupeł­nie jakby facet miał w gło­wie sto­per i dopiero po sześć­dzie­się­ciu sekun­dach odmie­rzo­nych gdzieś za tymi wod­ni­stymi oczami mógł coś powie­dzieć. Teraz także nie­zno­śnie mijała minuta wymu­szo­nej ciszy z sapią­cymi męż­czy­znami i wodą kapiącą z liści w tle.

– Pra­wie jeste­śmy – powie­dział w końcu, nie kry­jąc satys­fak­cji z tego, że urzą­dził im spa­cer, któ­rego długo nie zapo­mną.

– Nie dziwne, że nikt nie zna­lazł tych ofiar – sko­men­to­wał gościu z kamerą. Widocz­nie był strasz­nym gadułą i Hardy już go nie lubił.

Naj­wię­cej gadają ci, co mają naj­mniej do powie­dze­nia, taką wyzna­wał zasadę. Ruszył dalej w drogę, szarp­nąw­szy za kaj­danki, co uru­cho­miło pozo­stałe pla­śnię­cia, szu­ra­nia i gło­śne sap­nię­cia. Mokre gałę­zie ude­rzały w nich, jakby pokle­py­wały ich po ple­cach dla zapew­nie­nia, że dobra robota, że już nie­da­leko, dadzą radę.

Wyszli w końcu na polanę wiel­ko­ści dwóch boisk do siat­kówki, ści­śle oto­czoną zie­loną ścianą mokrych zaro­śli wyso­kich na trzy, a może i cztery metry. Na jej środku leżała sterta sta­rych desek i kawał­ków drewna się­ga­jąca doro­słemu czło­wie­kowi do piersi. Jed­no­cze­śnie paso­wała do tego miej­sca i nie paso­wała. Z jed­nej strony zda­wała się być na miej­scu, bo i sama polana jawiła się jako zaką­tek, który powstał tylko po to, aby nikt nie musiał tu ni­gdy zaglą­dać. Z dru­giej – kto i po jaką cho­lerę gro­ma­dził tutaj stare deski? Może chciał coś zbu­do­wać?

– To tutaj? – zapy­tał kame­rzy­sta.

Hardy szarp­nął za łań­cuch kaj­da­nek, spięty z nim męż­czy­zna naj­pierw spoj­rzał na niego w ten swój dener­wu­jący spo­sób, a potem na pyta­ją­cego, przez co przy­kuł go wzro­kiem na swoje nie­zmienne sześć­dzie­siąt sekund. Zda­wało się, że gów­niarz wytrzyma, ale nie, w oczach męż­czy­zny było coś takiego, czego zwy­czajny czło­wiek nie mógł zdzier­żyć, poje­dy­nek był z góry ska­zany na prze­graną. Hardy kie­dyś zde­fi­nio­wał to jako uczu­cie podobne do tego wystę­pu­ją­cego pod­czas oglą­da­nia hor­roru, gdy ofiara wspina się po toną­cych w mroku scho­dach na pię­tro, dosko­nale zda­jąc sobie sprawę z faktu, że tam czeka mor­derca i że nie dożyje finału tego filmu. Mimo to się wspina. A widz napeł­nia się wła­śnie takimi emo­cjami, napię­cie tuż przed nagłą zmianą akcji staje się tak nie­zno­śne, że oglą­da­jący zamyka oczy albo odwraca głowę, cza­sem chowa ją pod koc, bywa, że zatrzy­muje film. Tak, wpa­try­wa­nie się w oczy tego czło­wieka było jak oglą­da­nie bru­tal­nego i nie­zno­śnie brud­nego filmu grozy.

– Tak, to tutaj – odpo­wie­dział po minu­cie skuty z nim męż­czy­zna.

– Gdzie? – zapy­tał Hardy.

– Pod deskami. Tam jest dziura w ziemi. Sztol­nia. Głę­boka.

– I niby za każ­dym razem odwa­la­łeś te dechy, żeby wrzu­cić do środka ciało? – nie dowie­rzał poli­cjant.

– Deko­ra­cja – wyja­śnił męż­czy­zna.

– Co?

– To tylko deko­ra­cja, jak skle­powa wystawa, która zachęca lub znie­chęca. Ta miała znie­chę­cić.

– Do czego?

– Do grze­ba­nia.

– W tej ster­cie?

Męż­czy­zna tylko roz­ło­żył ręce, jakby chciał powie­dzieć: „Czego tu nie rozu­mieć? Prze­cież wszystko jest jasne”.

– Zaczy­namy? – zapy­tał natar­czy­wie znu­dzo­nym gło­sem kame­rzy­sta, niczym dziecko mające dość podróży po pię­ciu minu­tach od wyru­sze­nia w drogę.

Hardy wes­tchnął. Mógł sobie odpu­ścić tę setkę wódki po śnia­da­niu, ale czuł się tak źle, że nie potra­fił utrzy­mać kubka z kawą. Tłu­ma­czył sobie, że już po wszyst­kim, dorwał Jana Kań­czugę, przez media nazwa­nego Bestią z Zagłę­bia, wsa­dził go za kratki, wziął udział w set­kach godzin prze­słu­chań, gro­ma­dze­niu mate­riału dowo­do­wego, ana­li­zie jego mor­derstw. Pozo­stało tylko prze­żyć wizję lokalną i po spra­wie, będzie mógł wziąć się za sie­bie, prze­sta­nie chlać, poprosi o prze­nie­sie­nie za biurko, zacznie bie­gać, pój­dzie na siłow­nię. Za dużo przez te dwa lata prze­żył, zbyt mocno wszedł w skórę tego maniaka, co przy­pła­cił alko­ho­li­zmem. Szyb­kim, gwał­tow­nym niczym burza. Jed­nego dnia wódki odma­wiał, nie­na­wi­dził jej smaku, dru­giego już go do niej cią­gnęło. Zda­wał sobie z tego sprawę i chciał wyjść z alko­ho­lo­wego mara­zmu. Tylko jesz­cze ta ostat­nia wizja lokalna.

– Komi­sa­rzu? – Kame­rzy­sta spoj­rzał w jego stronę.

– Pani pro­ku­ra­tor? – Hardy prze­ka­zał pyta­nie do Justyny Potom­nej.

Nie lubił jej, podob­nie jak wszy­scy poli­cjanci. Zasad­ni­cza, trzy­mała się kodek­sów bez cie­nia zro­zu­mie­nia dla ludzi, któ­rzy musieli dbać o ich prze­strze­ga­nie. Zasta­no­wił się, czy był na świe­cie kto­kol­wiek, kto ją darzył sym­pa­tią. Te zacięte i wąskie usta, wiecz­nie zmru­żone, roz­bie­gane oczy, jakby szu­kała nie­osło­nię­tego miej­sca na twoim ciele, w które może wbić szpilę. Była piękną kobietą i to zmy­liło zarówno wielu oskar­żo­nych, jak i poli­cjan­tów. Blon­dynka, mająca wszystko na miej­scu, jak mawiali chło­paki na komen­dzie, oczy­wi­ście oprócz choć odro­biny dobra, cie­pła czy zro­zu­mie­nia, które chyba ktoś ode­brał jej zaraz po naro­dzi­nach. Może wisiało na jakiejś osob­nej pępo­wi­nie i lekarz, nie wie­dząc, z czym ma do czy­nie­nia, posta­no­wił to po pro­stu odciąć. Takim czło­wie­kiem się nie zostaje, takim trzeba się uro­dzić.

– Jedziemy z tym – odparła ze skrzy­wioną miną, wkła­da­jąc rurkę para­sola mię­dzy poli­czek a ramię, po czym wyjęła z torebki cien­kiego papie­rosa. – Pro­szę zaczy­nać.

Roz­sta­wili się na pola­nie bez słów. To była już trze­cia wizja lokalna z Janem Kań­czugą i kolejne miej­sce, w któ­rym ukry­wał zwłoki. Do tej pory wska­zał im, skąd pory­wał dziew­czyny, potem polanę, na któ­rej je zako­py­wał. Zna­leźli dokład­nie trzy­na­ście ciał. Same młode kobiety, wszyst­kie bez wyjątku piękne przed śmier­cią, bestial­sko oka­le­czone tuż po niej.

Zdzi­wiło ich, kiedy po zakoń­cze­niu ostat­niej zapla­no­wa­nej wizji oznaj­mił, że to nie koniec, że jesz­cze coś dla nich ma. Było wię­cej niż trzy­na­ście ofiar? Bali się, że taka infor­ma­cja po wypły­nię­ciu do mediów może zachwiać kil­koma stoł­kami w poli­cji.

– Krę­cimy? – zapy­tał gów­niarz z kamerą tonem, który zadzia­łał na Har­dego niczym mimo­wolny skurcz mię­śnia zaci­ska­jący dłoń w pięść.

Kame­rzy­sta był z nimi pierw­szy raz, a Har­dego nie inte­re­so­wało, co się stało z poprzed­nim. Liczyło się tylko to, co im teraz pokaże Kań­czuga, a potem setka wódki mię­to­wej cze­ka­jąca w samo­cho­dzie. Chwilę póź­niej koniec sprawy i ze dwa tygo­dnie urlopu. Ni­gdy wię­cej alko­holu i Potom­nej. Podobno miała awan­so­wać na jakiś mini­ste­rialny sto­łek. I bar­dzo, kurwa, dobrze.

Sze­ściu mun­du­ro­wych roz­sta­wiło się wokół polany, co zarówno utwo­rzyło bufor ochronny przed jakim­kol­wiek zagro­że­niem z zewnątrz, jak i unie­moż­li­wiło ucieczkę aresz­to­wa­nemu. Na czas nagry­wa­nia odpi­nano mu kaj­danki, żeby dokład­nie zilu­stro­wał, co robił z cia­łami, jak je cho­wał, po to, aby potwier­dzić zezna­nia i wyklu­czyć wszel­kie wąt­pli­wo­ści. On zaś chęt­nie opo­wia­dał, wszystko poka­zy­wał, co naj­moc­niej rado­wało panią pro­ku­ra­tor, która nie będzie musiała się spe­cjal­nie prze­mę­czać w sądzie.

Komi­sarz stał naj­bli­żej Kań­czugi, inny funk­cjo­na­riusz poda­wał mane­kina, na któ­rym oskar­żony pre­zen­to­wał swoje dzia­ła­nia. Byli jesz­cze kame­rzy­sta, foto­graf, pro­ku­ra­torka oraz dwóch kole­gów z wydziału kry­mi­nal­nego, któ­rzy wspo­ma­gali akcję. Do tego kilku mun­du­ro­wych z pre­wen­cji. Wielu ojców jego ofiar chciało wymie­rzyć spra­wie­dli­wość wła­sno­ręcz­nie, obstawa była konieczna, cho­ciaż dziś naj­wy­raź­niej zby­teczna. Kto by się tutaj zapusz­czał i po jaką cho­lerę?

Hardy zdjął kaj­danki z nad­garstka Kań­czugi i odszedł kilka kro­ków, aby nie stać w kadrze. Pani pro­ku­ra­tor bez­na­mięt­nym gło­sem wyre­cy­to­wała for­mułkę doty­czącą miej­sca, oskar­żo­nego oraz celu wizji lokal­nej, cho­wa­jąc zapa­lo­nego papie­rosa za ple­cami.

Mor­derca deli­kat­nie roz­ma­so­wał nad­gar­stek, po czym zadarł głowę i spoj­rzał w niebo, jakby prze­czu­wał, że zaraz spad­nie deszcz. Szczu­pły facet koło pięć­dzie­siątki z twa­rzą wymę­czo­nego robot­nika budow­la­nego, nie­chluj­nie ogo­loną, ogo­rzałą od słońca. Wyglą­dał dużo sta­rzej, przez co zda­wał się cał­ko­wi­cie nie­groźny. Jego postura myliła, bo pozor­nie chudy miał silne ręce i twarde mię­śnie nabyte przez lata pracy fizycz­nej. A może regu­lar­nie ćwi­czył? Tego nikt nie wie­dział, bo on sam był cał­ko­witą zagadką. Nie udało się usta­lić ani jego praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści, ani daty uro­dze­nia. Cudowna sprawa dla mediów. On po pro­stu przed­sta­wił się im na pierw­szym prze­słu­cha­niu jako Jan Kań­czuga. Jego twarz także była pułapką, mogła ilu­stro­wać straj­ku­ją­cego rol­nika, gór­nika tuż po szych­cie, czło­wieka ludu, przez co ide­al­nie masko­wała ponad­prze­ciętną inte­li­gen­cję.

– Dajesz, Janek – zachę­cił mor­dercę do dzia­ła­nia pod­ko­mi­sarz Edward Kostecki. – Bo nam z zimna dupy odpadną.

Był to facho­wiec z dłu­gim sta­żem w sosno­wiec­kim wydziale kry­mi­nal­nym. Wie­dział, że mówie­nie do mor­dercy po imie­niu strasz­nie go dener­wuje, a on lubił grać mu na ner­wach.

Kań­czuga postał chwilę bez ruchu, jakby chłodne powie­trze go zamro­ziło, prze­niósł wzrok na Kostec­kiego, po czym ponow­nie pod­niósł głowę i spoj­rzał w zasnute oło­wia­nymi chmu­rami niebo. Zda­wał sobie pew­nie sprawę, że to jego ostat­nie chwile poza murami wię­zie­nia.

Wod­ni­ste oczy. O tak, jego wyłu­pia­ste śle­pia wyglą­dały, jakby cały czas padał na nie deszcz, a one wiecz­nie go pra­gnęły. Miało się wra­że­nie, że potrafi tymi śle­piami patrzeć także na boki.

Zaczął mówić.

– To deko­ra­cja – powie­dział. – Tak, aby przy­godni spa­ce­ro­wi­cze czy też dzie­ciaki nie zain­te­re­so­wały się tym miej­scem.

– Zwłoki są pod deskami? – upew­nił się Hardy.

– Tak – odpo­wie­dział Kań­czuga, patrząc wprost na komi­sa­rza. Uni­kał spo­glą­da­nia w obiek­tyw kamery niczym zawo­dowy aktor.

– Niech oskar­żony pokaże, co robił z cia­łami – zażą­dała pro­ku­ra­tor.

– Przy­cią­ga­łem je tutaj na takim wózku woj­sko­wym do trans­portu ran­nych na noszach. Kupi­łem z demo­bilu na targu. Bar­dzo wygodny sprzęt, nawet po bło­cie prze­je­dzie z tru­pem, ma duże szpry­chowe koła. Zapew­nia kom­for­tową pracę na każ­dym polu walki, tak twier­dzi pro­du­cent. Wózek jest scho­wany w tej ster­cie. – Wska­zał na pię­trzące się graty.

Paweł zaklął w myślach. Co za nadęty pajac. To był pierw­szy seryjny mor­derca, z któ­rym miał do czy­nie­nia, i żywił szczerą nadzieję, że ostatni.

– Oskar­żony przy­wo­ził ciała po tej ścieżce? – dopy­ty­wała Potomna.

– Tak, dokład­nie. Jest ide­alny do wąskich miejsc. Dziew­czyny były mar­twe, to się nie rzu­cały na wózku.

– Co dalej? – pona­gliła pro­ku­ra­tor.

– Mogę podejść? – zapy­tał, wska­zu­jąc pal­cem na stertę.

– Tak. – Potomna ski­nęła głową.

Kań­czuga zbli­żył się do kupy desek i kawa­łów drewna, przy­glą­dał się jej przez chwilę, jakby liczył zardze­wiałe gwoź­dzie wysta­jące tu i ówdzie. Prze­su­nął się dwa kroki w prawo. Hardy wie­dział, że roz­ko­szuje się tą całą sytu­acją, naj­pew­niej przy­po­mi­nają mu się te wspa­niałe chwile tuż po mor­der­stwie, gdy osią­gał naj­wyż­szy stan speł­nie­nia, satys­fak­cję abso­lutną, jak sam to okre­ślił w zezna­niach.

– Zwio­złem te deski sam i je zmon­to­wa­łem wła­śnie w taką stertę – oznaj­mił. – Ona się roz­kłada. Trzeba łapać za żółte.

Schy­lił się, po czym chwy­cił scho­wany na dole kawał deski poma­lo­wany na żółto. Pocią­gnął go i jedna trze­cia bez­ład­nego składu rupieci gładko odsu­nęła się na bok. Dopiero teraz było widać, że wszystko jest uło­żone na pale­cie z docze­pio­nymi kół­kami.

– Ożeż ty – ode­zwał się Kostecki. – Nie­zły z cie­bie Bob Budow­ni­czy.

– Pro­szę nie komen­to­wać – skar­ciła go pro­ku­ra­tor.

Tym­cza­sem Kań­czuga pod­szedł znowu do sterty, zła­pał kolejny żółty kawa­łek i odsu­nął naj­pierw deski znaj­du­jące się po lewej, potem po pra­wej stro­nie. Dokład­nie pośrodku nie­daw­nego składu rupieci ziała czarna dziura oto­czona przez trzy sterty drewna osa­dzone na rucho­mych pale­tach, które prze­su­wały się po tere­nie na małych gumo­wych kół­kach.

– Spry­ciarz – sko­men­to­wał cicho Kostecki.

– Tu jest wózek. – Kań­czuga wska­zał pal­cem na jedną z rucho­mych stert drewna. – Mogę go wycią­gnąć?

Pro­ku­ra­tor kiw­nęła głową. Męż­czy­zna powoli pod­szedł do wózka, zła­pał za rączkę i pod­cią­gnął kilka metrów bli­żej poli­cjan­tów i kame­rzy­sty. Uklęk­nął na jedno kolano i zaczął pre­zen­ta­cję.

– Tak się roz­kłada – powie­dział, poka­zu­jąc, jak przy­go­to­wać sprzęt do trans­portu.

Po kilku wpraw­nych pocią­gnię­ciach i klik­nię­ciach zapa­dek stały przed nimi bre­zen­towe nosze z dwoma rowe­ro­wymi kół­kami po bokach, przy­po­mi­na­jące nieco ręczną rik­szę.

– Zabez­pie­czyć. – Hardy wydał pole­ce­nie, które natych­miast wyko­nał jeden z mun­du­ro­wych.

– Wcho­dzi­łem na polanę, aby spraw­dzić, czy nikogo nie ma – mówił dalej mor­derca. – Jeśli było czy­sto, to wyj­mo­wa­łem wózek i wra­ca­łem do samo­chodu, pako­wa­łem dziew­czynę na nosze, przy­pi­na­łem pasami, przy­kry­wa­łem bre­zen­tem i przy­jeż­dża­łem z powro­tem. Zrzu­ca­łem zezw­łok do dziury, skła­da­łem wózek, ukła­da­łem z powro­tem moją deko­ra­cję i wra­ca­łem do samo­chodu. Szybko, spraw­nie, godzinka roboty z prze­rwą na jedze­nie.

Hardy się wzdry­gnął. Zezw­łok? Kto, do cho­lery, uży­wał w ogóle takiego okre­śle­nia? I prze­rwy na jedze­nie, nie­mal zgod­nie z kodek­sem pracy. Nie powinni nazy­wać go Bestią z Zagłę­bia, lecz Bydla­kiem.

– Co to za dziura? – zapy­tała pro­ku­ra­torka. – Skąd oskar­żony o niej wie­dział?

– To stara sztol­nia – powie­dział Kań­czuga. – Bie­da­szyb, przed wojną wydo­by­wano stąd na dziko węgiel. Po woj­nie zresztą też. Zaraz po wej­ściu ruskich roz­strze­li­wano tu ludzi nie­przy­chyl­nych wła­dzy ludo­wej. Wystar­czy wrzu­cić zezw­łok do środka i po pro­ble­mie. Mam kolegę w kopalni, pra­cuje przy zabez­pie­cza­niu dzi­kich wyro­bisk i szkód gór­ni­czych, kie­dyś wska­zał mi kil­ka­na­ście takich miejsc w oko­licy. Wie pani, tę dziel­nicę Sosnowca nazwano Czar­nym Morzem, od bagnisk i tor­fo­wisk, ale też od węgla. Tu było mnó­stwo bie­da­szy­bów. Wszyst­kie są obec­nie zabez­pie­czone, oprócz tego jed­nego. Miej­sce wyda­wało mi się ide­alne: cicho, spo­koj­nie, uro­czo, na odlu­dziu. Jak świeci słońce, to jest tu naprawdę bar­dzo ład­nie.

Kostecki pod­szedł do dziury, zaświe­cił do środka latarką, ale świa­tło ugrzę­zło w smo­li­stej czerni. Rozej­rzał się, zła­pał za stary gwóźdź wiszący przy jed­nej z desek two­rzą­cych przy­go­to­waną przez Kań­czugę stertę, wycią­gnął go, po czym rzu­cił do dziury i nad­sta­wił ucha.

– Głę­boko – stwier­dził po chwili.

– Bar­dzo – zgo­dził się Kań­czuga.

– Nic nie sły­chać – dodał poli­cjant.

– Może spa­dło na mięk­kie, kto wie – powie­dział mor­derca, wzru­sza­jąc ramio­nami i uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie.

Har­demu coś nie paso­wało. Nic mu się nie wyświe­tliło, nie zoba­czył w gło­wie scenki, jak Kań­czuga przy­wozi te dziew­czyny i wrzuca je do środka, a potem siada na jed­nej z desek, odpa­ko­wuje kanapkę i zjada ją, popi­ja­jąc her­batą z ter­mosu. To był zły znak, bo zawsze wizu­ali­zo­wał takie rze­czy. Miał bar­dzo bujną wyobraź­nię, w szkole śmiali się, że zosta­nie pisa­rzem kry­mi­na­łów, bo nie­ustan­nie opo­wia­dał kole­gom nie­stwo­rzone histo­rie, a każdą z nich odtwa­rzał w gło­wie niczym na kino­wym ekra­nie. W Parku Kuro­nia widział mor­dercę polu­ją­cego na ofiary, prze­mie­rza­ją­cego czerń nocy, wcią­ga­ją­cego ofiary do bagaż­nika. Na łące sły­szał trzask łopaty wbi­ja­nej w zie­loną trawę, sapa­nie zmę­czo­nego Kań­czugi, dźwięk upa­da­ją­cych zwłok spusz­cza­nych do głę­bo­kiego rowu. A tutaj nic. Czarny ekran.

– Kań­czuga, a mnie się wydaje, że ty coś w chuja walisz – rzu­cił po chwili namy­słu.

– Komi­sa­rzu, nagry­wamy to – upo­mniała go pro­ku­ra­tor.

Mor­derca patrzył na poli­cjanta tym swoim mokrym wzro­kiem, który koja­rzył się Paw­łowi z żarów­kami świe­cą­cymi ostat­kiem sił, jakby za jego źre­ni­cami tliła się już tylko resztka życia. Jak wyglą­dały te oczy, gdy wynaj­dy­wał kolejną ofiarę? Czy jego źre­nice roz­sze­rzały się, gdy ją dusił? Świa­tło za nimi wzmac­niało się, życie kumu­lo­wało się za prze­krwio­nymi biał­kami, gwał­ce­nie kobiet i ich mor­do­wa­nie doda­wało mu siły, wysy­sał z nich wital­ność?

– Mówię prawdę – wyce­dził Kań­czuga, ale komi­sa­rzowi zda­wało się, że gdzieś w kąci­kach ust błąka się cień uśmie­chu.

– Pier­do­lisz – odparł krótko Paweł.

– Komi­sa­rzu! – Tym razem Potomna krzyk­nęła, ale poli­cjant nie zwra­cał na to uwagi.

– Janek – mówił dalej Hardy. – Prze­cież ty lubi­łeś patrzeć na ciała. Przy­jeż­dża­łeś w te miej­sca, oglą­da­łeś groby swo­ich dziew­czyn, trze­pa­łeś nad nimi konia. Dla­czego aku­rat tutaj wrzu­ca­łeś ofiary, skoro resztę grzecz­nie i równo zako­py­wa­łeś na łąkach pod lasem?

Kań­czuga spoj­rzał na Potomną, a potem prze­niósł wzrok ponow­nie na komi­sa­rza i patrzył spo­koj­nie, cier­pli­wie, lekko mru­żąc oczy. Cisza trwała równą minutę, ale nikt go nie poga­niał, przy­zwy­cza­ili się do jego stylu wypo­wie­dzi. W końcu uśmiech­nął się i powie­dział nie­mal rado­snym gło­sem:

– Tu odsy­ła­łem te dziew­czyny, które jed­nak mi się nie spodo­bały.

– Ile ich było?

– Połowa. Jestem wybredny.

– Połowa z ilu? – zapy­tała pro­ku­ra­tor Potomna.

– No ze wszyst­kich.

– Kań­czuga, grzecz­niej, bo pani pro­ku­ra­tor wycofa się z układu i tyle zwo­ju­jesz – ostrzegł go Kostecki.

Mor­derca nie odwra­cał wzroku od Har­dego, patrzył na niego z tym uśmie­chem, za który komi­sarz miał chęć po pro­stu skuć mu ryj, ska­to­wać tego dupka do nie­przy­tom­no­ści, może nawet na śmierć.

– Czyli kolejne osiem ofiar? – zapy­tała Potomna.

– Trzy­na­ście – popra­wił ją Kań­czuga. – Połowa ze wszyst­kich.

– Co ci się w nich nie podo­bało? – ode­zwał się Hardy, bio­rąc butelkę wody od sto­ją­cego naj­bli­żej poli­cjanta.

Musiał się cze­goś napić, może jak zamknie na chwilę oczy, to zwi­zu­ali­zuje sobie, że to coś z pro­cen­tami.

– Cho­dzi o uczu­cia – wes­tchnął Kań­czuga.

– Janek. – Kostecki pogro­ził mu pal­cem. – Ty sobie nie igraj.

– To jak z pierw­szą randką, taką w ciemno. Spo­ty­kamy piękną dziew­czynę, mamy co do niej plany, ale pod­czas kola­cji zauwa­żamy, że nie mamy wspól­nych tema­tów, ona za gło­śno się śmieje, mlasz­cze przy jedze­niu, dłu­bie w nosie, śmiesz­nie kicha, może ma jakiś tik, opo­wiada dyr­dy­mały, taka tro­chę głu­piutka. Róż­nie bywa. Roz­sta­jemy się, nasze pierw­sze spo­tka­nie oka­zuje się zara­zem tym ostat­nim. Zda­rza się, komi­sa­rzu.

– Ty nie jesteś rand­ko­wicz, tylko mor­derca – upo­mniał go Hardy.

– Moja namięt­ność szła może i o krok za daleko, ale była szczera. Wiem, że dla spo­łe­czeń­stwa jestem zwy­rod­nial­cem, mor­dercą, zbo­kiem, róż­nie pew­nie o mnie mówią. Ale sam dla sie­bie jestem nor­mal­nym czło­wie­kiem, który po pro­stu dał się porwać namięt­no­ści.

– No dobrze, o tych rze­czach to sobie poroz­ma­wiasz z dok­tor­kami od świ­rów – stwier­dził komi­sarz. – Wra­cajmy do tematu. Czyli wrzu­ca­łeś tu ciała dziew­czyn, które zamor­do­wa­łeś, ale z jakichś powo­dów nie zyskały two­jego uzna­nia, tak?

– Zga­dza się – odparł Kań­czuga.

– Pokaż – zażą­dał Paweł, kiwa­jąc głową na poli­cjanta trzy­ma­ją­cego mane­kina.

– O tak.

Kań­czuga wypo­wie­dział te słowa, po czym po pro­stu dał krok w bok i wsko­czył do czar­nego szybu.

Znik­nął.

Hardy nie wie­rzył wła­snym oczom, to nie mogło się zda­rzyć. Nie powinno. Nie miało prawa.

Tym­cza­sem wła­śnie się wyda­rzyło.

Komi­sarz dosko­czył do szybu, padł na kolana i nasłu­chi­wał. Po chwili usły­szał łomot, ale nie­zwy­kle odle­gły, jakby ciało dole­ciało nie­mal do samego środka ziemi. Jak głę­boko mogło tu być?

– Latarka! – krzyk­nął w stronę reszty uczest­ni­ków.

Kilka sekund póź­niej zoba­czył dwa snopy świa­tła wdzie­ra­jące się w zie­jącą czer­nią dziurę. Nie­wiele to jed­nak dało.

– To nie zadziała – usły­szał nad uchem kame­rzy­stę. – Do studni patrzy się przez odbite świa­tło sło­neczne, na przy­kład od lusterka.

Hardy w pierw­szym odru­chu chciał wrzu­cić gów­nia­rza do środka, żeby spraw­dził, czy coś tam jest, ale się powstrzy­mał. Dru­gim pomy­słem, rów­nie bez­sen­sow­nym, było strze­le­nie w czerń z pisto­letu. Prze­cież skoro Kań­czuga tam sko­czył, to naj­pew­niej roz­trza­skał się o dno, może spadł na stertę tru­pów swo­ich ofiar albo topił się wła­śnie w brud­nej wodzie, która uzbie­rała się tutaj przez lata.

– Musimy tam zejść – powie­dział, wsta­jąc.

Napo­tkał spoj­rze­nia poli­cjan­tów i pani pro­ku­ra­tor, żadne nie było miłe; patrzyli na niego z wyrzu­tem, a kame­rzy­sta spo­glą­dał na wiszące przy jego nad­garstku kaj­danki. To on był odpo­wie­dzialny za wizję lokalną, pil­no­wał Kań­czugi, on oso­bi­ście.

– Dzwo­nię po stra­ża­ków – zarzą­dził Kostecki. – Mają pew­nie sprzęt do takich akcji.

– Niech szybko tu przy­jadą – powie­działa pro­ku­ra­tor Potomna. – Wezwij­cie też karetkę, może on wciąż żyje.

– Jasne – zgo­dził się Kostecki i odszedł na kilka metrów z komórką w dłoni.

– Ty. – Potomna wska­zała na jed­nego z mun­du­ro­wych. – Idź do samo­chodu.

– Po co? – zdzi­wił się poli­cjant.

Pro­ku­ra­torka wzięła go pod łokieć i ode­szła na kilka kro­ków. Funk­cjo­na­riusz wysłu­chał tego, co miała mu do powie­dze­nia, ski­nął głową i wspól­nie ze swoim kolegą z patrolu ruszyli w stronę ścieżki.

Hardy patrzył cały czas w ciemny otwór sztolni i pró­bo­wał uspo­koić myśli. Na pewno pomo­głaby mu mała bute­leczka z zawar­to­ścią o mocy czter­dzie­stu pro­cent, naj­le­piej o kla­sycz­nym smaku, gorz­kim, cierp­kim i orzeź­wia­ją­cym. O, jakże by mu pomo­gła.

To, co zro­bił Kań­czuga, wyda­wało się cał­ko­wi­cie bez sensu. Samo­bój­stwo nie było w jego stylu, nie miał tego w pla­nach, Hardy o tym dosko­nale wie­dział. Przy­po­mniał sobie jedno z dłu­gich prze­słu­chań, które męczyły jego i kole­gów, ale ni­gdy tego zwy­rod­nialca. Uwiel­biał opo­wia­dać o swo­ich doko­na­niach, z uśmie­chem opi­sy­wał naj­drob­niej­sze szcze­góły zbrodni, nie oszczę­dzał im niczego. Psy­chia­trzy i psy­cho­lo­go­wie powie­dzieli, że to nor­malne, on na powrót prze­żywa gwałty i mor­der­stwa, wzbu­dza emo­cje, które towa­rzy­szyły mu w tam­tej chwili, to kla­syczne zacho­wa­nie, dla­tego też mor­dercy wra­cają na miej­sce prze­stęp­stwa, aby dostać choć namiastkę tego, co czuli w momen­cie wyrzą­dza­nia krzywdy bliź­niemu. Paweł pamię­tał, jak już pod koniec dnia Kań­czuga spoj­rzał mu w oczy i po zwy­cza­jo­wych sześć­dzie­się­ciu sekun­dach ode­zwał się z tym swoim cynicz­nym uśmie­chem:

– Ucieknę wam.

– Wąt­pię, Janek, wąt­pię – odpo­wie­dział mu komi­sarz.

– Wymiar spra­wie­dli­wo­ści nie jest na mnie gotowy – mówił dalej Kań­czuga. – Znie­siono karę śmierci, a tylko taka mi się należy. Spo­łe­czeń­stwo nie­po­tra­fiące eli­mi­no­wać zagro­żeń wygi­nie, nie ma innej moż­li­wo­ści, a ja jestem kolo­sal­nym zagro­że­niem, panie komi­sa­rzu. Olbrzy­mim. Powinno się mnie roz­gnieść jak kara­lu­cha cięż­kim bucio­rem ozdo­bio­nym para­gra­fami, a nie niań­czyć do końca życia w wię­zie­niu.

– Zatem jesteś kara­lu­chem?

– A czy to coś złego? Postrze­gamy je jako stwo­rze­nia paskudne, a jak one widzą nas? W swo­ich oczach są pew­nie stwo­rze­niami bożymi, a my potwo­rami.

– Dobra, nie będę wcho­dził w filo­zo­ficzne dys­puty, za głupi jestem na to – odpo­wie­dział Hardy. – Nie uciek­niesz, zarę­czam ci.

– Ucieknę, bo mój pobyt tutaj nie ma sensu – tłu­ma­czył mu Kań­czuga. – Ale wrócę, pierw­szego dnia po tym, gdy zosta­nie przy­wró­cona kara śmierci. Obie­cuję.

– Nikt nie przy­wróci kary śmierci wyłącz­nie dla cie­bie, bądź poważny. Niby taki filo­zof, a gadasz jak potłu­czony.

– Przy­wrócą, komi­sa­rzu, pro­szę to już zosta­wić mnie. Ucieknę, a potem zacznę pra­co­wać na to, aby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość.

Z zamy­śle­nia i mie­le­nia w gło­wie scen z prze­szło­ści wyrwał go war­kot sil­nika, jesz­cze stłu­miony przez krzaki, ale oznaj­mia­jący, że zbliża się pomoc. Rzu­cił okiem na zega­rek, minęło jakieś dwa­dzie­ścia minut. Pro­ku­ra­tor wyko­ny­wała jeden tele­fon za dru­gim, sto­jąc daleko od feral­nej sztolni, reszta funk­cjo­na­riu­szy paliła papie­rosy albo patrzyła w smart­fony, kame­rzy­sta i foto­graf dys­ku­to­wali o czymś zawzię­cie, co jakiś czas cicho się śmie­jąc.

War­kot sil­nika wzmógł się i po chwili w akom­pa­nia­men­cie trza­sków łama­nych gałęzi na polanę wje­chał quad straży pożar­nej z dwoma stra­ża­kami i przy­czepą. Jeden z nich zesko­czył i zaczął zdej­mo­wać z przy­czepki sprzęt, mun­du­rowi poli­cjanci rzu­cili mu się na pomoc. I już po chwili pusty pojazd mógł ruszyć w drogę powrotną.

Paweł roz­po­znał stra­żaka dowo­dzą­cego akcją, to był Michał Szklar­ski, z któ­rym już kil­ka­na­ście razy spo­tkał się na róż­nych akcjach.

– Co my tu mamy? – zapy­tał stra­żak, poda­jąc mu rękę na powi­ta­nie.

– Taka sytu­acja. – Komi­sarz wska­zał czarną dziurę. – Klient nam się zawi­nął do dziury i nie mamy jak spraw­dzić, co się z nim stało.

– No, Edek już stre­ścił przez tele­fon. Cze­kaj, muszę powie­dzieć chło­pa­kom, co zabrać.

Wyjął z kie­szeni radio i wydał krót­kie pole­ce­nia, wymie­nia­jąc sprzęt, jaki będzie im potrzebny. Trwało to kil­ka­dzie­siąt sekund, a gdy uzy­skał potwier­dze­nie, scho­wał krót­ko­fa­lówkę i sta­nął nad dziurą.

– Na wszelki wypa­dek wezwiemy nur­ków – oznaj­mił. – Cho­lera wie, co tam jest.

– Mam złe prze­czu­cia – powie­dział Hardy.

– Gość strze­lił samo­bója? – zapy­tał stra­żak.

– Na stówę – wtrą­cił się kame­rzy­sta.

– Nie – odparł sta­now­czo komi­sarz, po czym odwró­cił się w stronę chło­paka z kamerą. – A ty jak wła­ści­wie masz na imię?

– Patryk.

– Spier­da­laj, Patryk.

Kame­rzy­sta zro­bił duże oczy, odwró­cił się i rzu­cił coś pod nosem, co ewi­dent­nie Paw­łowi zabrzmiało jak „debil”. Ruszył w jego stronę, ale stra­żak zła­pał go za ramię i powstrzy­mał, po czym pokrę­cił głową.

– Nie warto – powie­dział. – Olej gnoja. Co z tym zbi­rem?

– To nie ten typ – stwier­dził Hardy z wes­tchnie­niem. – On by ni­gdy nie popeł­nił samo­bój­stwa. Nie ma szans.

Na polanę wje­chał ponow­nie quad zała­do­wany sprzę­tem, a zaraz za nim wkro­czyło czte­rech kolej­nych stra­ża­ków. Poja­wili się też dwaj mun­du­rowi poli­cjanci ode­słani wcze­śniej przez Potomną.

– Komi­sa­rzu? – Pro­ku­ra­tor pode­szła do Har­dego. – Mogę na chwilę?

– Pani pro­ku­ra­tor, mamy chyba waż­niej­sze sprawy niż… – zaczął Paweł, ale Potomna po pro­stu się odwró­ciła i ode­szła kilka metrów na bok. Ruszył za nią.

– O co cho­dzi? – zapy­tał, gdy już się zatrzy­mała.

– Czy pan spo­ży­wał dzi­siej­szego dnia alko­hol? – odpo­wie­działa pyta­niem.

Mil­czał. Jej wzrok był świ­dru­jący, usta zacięte, lewą dłoń miała zaci­śniętą w pięść, prawą na tele­fo­nie.

– Pani pro­ku­ra­tor – zaczął spo­koj­nie. – Wiem, że doszło tutaj…

– Cisza – rzu­ciła przez zaci­śnięte zęby, nie dając mu dokoń­czyć.

Pod­szedł do nich jeden z poli­cjan­tów, zła­mana belka na pago­nie infor­mo­wała, że ma sto­pień sier­żanta, czyli potocz­nie sier­ściu­cha. W ręku trzy­mał żółty alko­mat, minę miał nie­tęgą, ade­kwatną do wyzna­czo­nego mu zada­nia.

– Pro­szę dmuch­nąć – pole­ciła Potomna.

– Pani pro­ku­ra­tor, to nie czas i miej­sce na takie rze­czy – zaopo­no­wał Hardy.

– Komi­sa­rzu, jeśli pan nie dmuch­nie, to może natych­miast żegnać się z pracą. Gwa­ran­tuję.

– Ale…

– Dmu­chaj, kurwa! – wark­nęła.

– Spier­da­laj! – odparł i ruszył w stronę sztolni i stra­ża­ków przy­go­to­wu­ją­cych sprzęt.

Nie odwra­cał się, nie inte­re­so­wało go, co zrobi ani jak zare­aguje. Przy­glą­dał się stra­ża­kom roz­kła­da­ją­cym ste­laż z blocz­kiem, przez który prze­ło­żyli linę, potem jeden z nich dopiął nie­duży uchwyt z zamon­to­waną kamerą i zaczęto całość spusz­czać w czarną pasz­czę sztolni. Lina roz­wi­jała się z cichut­kim szu­mem, a jeden ze stra­ża­ków wpa­try­wał się w moni­tor prze­ka­zu­jący obraz z kamery, jed­no­cze­śnie kciu­kami opar­tymi o joy­sticki kon­tro­lo­wał zacho­wa­nie sprzętu.

– Stop – oznaj­mił i kiw­nął głową w stronę kapi­tana Szklar­skiego, a ten natych­miast pod­szedł i spoj­rzał na ekran.

– Pięć metrów niżej jest roz­pięta siatka alpi­ni­styczna – powie­dział stra­żak kon­tro­lu­jący sprzęt. – Czarna, matowa, nie widać jej w świe­tle latarki. Świeża robota, bo na hakach nie ma żad­nych nacie­ków ani koro­zji.

– Co takiego? – zapy­tał Hardy.

– Siatka, taka, jaką cza­sem roz­pina się w jaski­niach, żeby zabez­pie­czyć się przed ewen­tu­al­nym upad­kiem, albo żeby sprzęt nie pole­ciał na dół. No, taka jakby paję­czyna. Wasz gość wsko­czył i miękko na niej wylą­do­wał. Pan sam zoba­czy, komi­sa­rzu.

Hardy natych­miast pod­szedł do stra­ża­ków i spoj­rzał na moni­tor. Fak­tycz­nie, obraz poka­zy­wał siatkę roz­piętą w dziu­rze w taki spo­sób, że osoba wpa­da­jąca musiała się na niej zatrzy­mać.

– O, tędy spier­do­lił – oznaj­mił stra­żak, po czym ruszył joy­stic­kiem i na ekra­nie poja­wił się otwór wykuty w bocz­nej ścia­nie sztolni.

– Trzeba wejść w tę dziurę. Natych­miast – zarzą­dził komi­sarz.

– To nie my – odpo­wie­dział koor­dy­nu­jący akcję Szklar­ski. – Do tego potrzebna jest ekipa ze sprzę­tem, zabez­pie­cze­nie. Ratow­nicy z Byto­mia muszą przy­je­chać, z ratow­nic­twa gór­ni­czego, a nie my, to nie nasza działka.

– Facet wsko­czył tam tak, jak stał, i wlazł w tę dziurę, a wy potrze­bu­je­cie sprzętu? – Hardy pod­niósł głos.

– Nie wiemy, co tam jest – odparł kapi­tan. – Może gość sie­dzi w tym chod­niku i czeka? Skoro przy­go­to­wał sobie taką ucieczkę, może tam mieć broń. To jest mor­derca, Paweł. Widzisz, wszystko przy­go­to­wał, pew­nie także miał plan na wypa­dek tego, że ktoś za nim pój­dzie. Nie mogę ryzy­ko­wać. My jeste­śmy od rato­wa­nia życia, a nie ści­ga­nia prze­stęp­ców. A po dru­gie, to jest jakaś stara kopal­nia i to po pro­stu nie nasz zakres obo­wiąz­ków. Na akcje w kopal­niach wzywa się gór­ni­ków.

– Mnie tam spuść­cie – powie­dział komi­sarz.

– Nie – usły­szeli z tyłu kobiecy głos. – Komi­sarz został wła­śnie zawie­szony w czyn­no­ściach służ­bo­wych. Jest tutaj bez­praw­nie i nie może brać udziału w akcji.

– Paweł, daj spo­kój – ode­zwał się do niego Kostecki.

– Edek, musimy za nim pójść.

– Nie ty, dobra? – Kolega pod­szedł do niego. – Nie nakrę­caj się, idź grzecz­nie z chło­pa­kami, zwiozą cię na bada­nie. Wiesz, że jak będziesz się sta­wiał, to niczego nie zmieni, będzie tylko gorzej.

Wie­dział to. Zamknął oczy, uspo­ka­jał oddech. Cisza, która zapa­no­wała na pola­nie, była ciężka i przy­tła­cza­jąca. Może i dobrze, że wódka wie­trzała z jego umy­słu, mógł spo­koj­nie zasta­no­wić się nad dal­szym dzia­ła­niem, nie ule­gać pijac­kim emo­cjom.

– Chcesz go jesz­cze kie­dyś zła­pać? – zapy­tał Edek.

Hardy zro­zu­miał, co chciał mu prze­ka­zać kolega z wydziału. Potomna była uwa­żana za karie­ro­wiczkę i straszną kosę, z chę­cią dorzuci kamy­czek do swo­jego poletka, wykry­wa­jąc pija­nego poli­cjanta na służ­bie, i to jesz­cze takiego, któ­remu uciekł oskar­żony. Jeśli będzie się teraz sta­wiał, to prze­kre­śli wszel­kie szanse na zamie­ce­nie sprawy pod dywan. Miał sporo zna­jo­mo­ści i przy­sług do wyko­rzy­sta­nia, ale są gra­nice, zza któ­rych wró­cić się nie da.

– Chcę.

– Wezwiemy jed­nostkę spe­cjalną, mają tam fachow­ców od takiego łaże­nia po dziu­rach.

– Złap­cie go – rzu­cił Hardy i ruszył w stronę ścieżki.

Zaczęło padać.

Rozdział 1

1

Rok póź­niej

Męż­czy­zna mocno zapu­kał w drzwi, aż echo ponio­sło się po klatce scho­do­wej czte­ro­pię­tro­wego bloku na sosno­wiec­kim Kazi­mie­rzu przy ulicy Wago­wej. Na par­te­rze budynku mie­ściła się mała cukier­nia bez­czel­nie wypeł­nia­jąca powie­trze aro­ma­tem świe­żych pącz­ków, co tylko dodat­kowo go iry­to­wało. Był na die­cie, rzu­cił pale­nie, a teraz jesz­cze ta wizyta.

Zapu­kał ponow­nie, tym razem gło­śniej. Drzwi się otwo­rzyły, ale nie te, do któ­rych upo­rczy­wie się dobi­jał. Jakiś mło­dziak z ledwo syp­nię­tym wąsem spoj­rzał na niego podejrz­li­wie z progu miesz­ka­nia naprze­ciwko.

– Nie otwo­rzy – powie­dział chło­pak.

– Nie ma go?

– Nie­dy­spo­no­wany.

Męż­czy­zna, który nazy­wał się Mar­cin Drew­niak i słu­żył w ślą­skiej poli­cji w wydziale docho­dze­niowo-śled­czym w stop­niu nad­ko­mi­sa­rza, ude­rzył kan­tem dłoni w szyję i pyta­jąco kiw­nął głową.

– Ta – odpo­wie­dział chło­pak. – O tej porze naje­bany. Zresztą jak o każ­dej.

– Dużo chleje?

– Codzien­nie pod korek. Cza­sem szcza na klatce albo tu zasy­pia. Samo­zwań­czy patrol sąsiedzki wzy­wał psiar­nię, ale on z firmy, to nie chcą nic robić, tylko go wno­szą i jadą z powro­tem.

Męż­czy­zna wes­tchnął. Zabur­czało mu w brzu­chu, zjadłby świe­żego pączka, albo nawet dwa. Szarp­nął ner­wowo za klamkę, ale było zamknięte.

– Kurwa – rzu­cił bez emo­cji.

– Pan kto? Komor­nik? – zapy­tał chło­pak.

– Brat.

– Ta, jasne – skwi­to­wał z krzy­wym uśmiesz­kiem mło­dzik.

Męż­czy­zna się­gnął po odznakę i pod­sta­wił mło­demu pod nos. Ten zmru­żył oczy i poki­wał głową.

– Wystar­czy? – zapy­tał poli­cjant.

– Pan też z firmy, co?

– Przy­pa­dek.

– No to chwila. – Chło­pak cof­nął się do miesz­ka­nia i wyszedł z klu­czem w dłoni. – Doro­bi­łem, jak zgu­bił swój na klatce. Cza­sem go wno­szę, raz spa­lił gar­nek, to gasi­łem, potem zalał sąsiadkę. Takie tam.

– Tak za fra­jer poma­gasz?

– Przyj­mijmy, że dobry chło­pak ze mnie.

Poli­cjant nie sko­men­to­wał. Wziął klucz i otwo­rzył drzwi do miesz­ka­nia. Zapach cukierni natych­miast ule­ciał, w noz­drza ude­rzył go smród brud­nego czło­wieka, odór znany każ­demu funk­cjo­na­riu­szowi i wypeł­nia­jący więk­szość dni na ulicy. Zamknął za sobą drzwi, nie patrząc na chło­paka, po czym ruszył do środka.

Nie można było powie­dzieć, żeby lokum przy­po­mi­nało melinę, wnę­trze było po pro­stu puste i zanie­dbane. W kory­ta­rzu leżała rzu­cona na pod­łogę kurtka i znisz­czone buty, a na płyt­kach w kuchni zasty­gła spora plama. Poli­cjant otwo­rzył kuchenne okno na całą sze­ro­kość, żeby tro­chę prze­wie­trzyć. Pod ścianą stało kilka bute­lek po wódce, część stłu­czo­nych, wszyst­kie puste. W zle­wie pię­trzyła się sterta pla­sti­ko­wych jed­no­ra­zó­wek. Zaj­rzał do lodówki. Sple­śniały biały ser, zasu­szona kaszanka i gotowe kanapki zawi­nięte w folię. Wie­dział, że chło­paki z jego komendy dbali o kolegę i przy­sy­łali cza­sem kogoś do uzu­peł­nie­nia zapa­sów i spraw­dze­nia, czy komi­sarz Paweł Hardy na­dal żyje.

On sam nie mógł tu przy­jeż­dżać, Potomna wie­działa, że się przy­jaź­nią, i pil­no­wali go. Dziwna to była kobieta, strasz­nie mściwa. Nie zdzi­wiłby się, gdyby przy­cho­dziła cza­sem do tego miesz­ka­nia tylko po to, aby napa­wać się upodle­niem czło­wieka, który tak jej pod­padł.

Prze­szedł do salonu tego uro­czego miesz­kanka, spo­dzie­wa­jąc się zastać Har­dego nie­przy­tom­nego na łóżku, ale ze zdzi­wie­niem zoba­czył, że ten sie­dzi na krze­śle i patrzy wprost na drzwi od pokoju. Prze­tłusz­czone i dawno nie­przy­ci­nane czarne włosy żyły chyba wła­snym życiem, zarost na bro­dzie też ster­czał na wszyst­kie strony jak zużyta szczotka do kibla. Czarny pod­ko­szu­lek uwa­lany był czymś bia­łym wokół szyi, a resztę ubioru sta­no­wiły jedy­nie bok­serki i jedna skar­petka. Smętny widok. Postura mu pozo­stała, choć ramiona opa­dły, przy­stojna twarz z pro­por­cjo­nal­nymi rysami nieco zwiot­czała, a ślady urody, która zmięk­czała serca wielu kole­ża­nek w pracy, ginęły w nie­chluj­nym zaro­ście.

– Cześć – powi­tał go Mar­cin i pod­szedł do okna, po czym otwo­rzył je sze­roko.

Lekki prze­ciąg powi­nien wycią­gnąć smród z miesz­ka­nia cho­ciaż na tyle, aby dało się tu swo­bod­nie oddy­chać.

Wziął mały tabo­ret i usiadł na wprost gospo­da­rza. Przy­jaź­nili się od początku służby, mimo iż na początku pra­co­wali w róż­nych wydzia­łach. Czę­sto jadali wspól­nie obiady, nawet cho­dzili na podwójne randki. Oczy­wi­ście było to w cza­sach, gdy alko­hol był tylko pro­ble­mem, a nie całym życiem Har­dego.

– Paweł, jest kon­takt? – zapy­tał.

Przy­ja­ciel spoj­rzał na niego i poki­wał głową.

– Ta – odparł po chwili zachry­płym gło­sem. – Cza­sem mnie puści ten cug i przez dzień czy dwa mam nadzieję… Posprzą­tam, ogolę się i coś zjem. – Zła­pał się za twarz i jakby z zasko­cze­niem odkrył, że na dro­dze do gład­kiej skóry stoi czarna, skoł­tu­niona broda.

– I to ta chwila?

– Ta – odparł Hardy. – Chyba tak.

– Ale tra­fi­łem, jak szóstkę w totka – ucie­szył się Mar­cin. – No to dawaj, wal­niemy toa­letę i w drogę.

– Ale potem mi się przy­po­mina, wiesz, że ten dupek tak mnie pod­szedł i ta suka z pro­ku­ra­tury, i to wszystko…

– Dobra, faj­nie, ale nie przy­sze­dłem tu słu­chać gorz­kich żali. Jest decy­zja.

– Co?

– Decy­zja. Chcą cię odwie­sić. Minął rok, Potomna awan­so­wała do gene­ral­nej, można było zacząć dzia­łać.

– Zła­pali go?

– Kań­czugę?

– No.

– Nie.

– I nie zła­pią.

– Zła­pią czy nie zła­pią, to ma dru­go­rzędne zna­cze­nie – powie­dział Mar­cin, pod­cho­dząc do szafy, żeby poszu­kać czy­stych ubrań. – Jebać to. Naj­waż­niej­sze, że koniec tego… – Zato­czył ręką po pokoju.

– Gówna – dokoń­czył za niego Paweł.

– No wła­śnie. Wra­casz, tylko musisz się ogar­nąć. Co prawda nie od razu do firmy, ale powo­lutku do cycu­sia, metoda małych krocz­ków.

– Co? – Wzrok przy­ja­ciela był zamglony.

– Wra­casz! – Kolega pod­niósł głos. – Zaraz sko­czę i kupię ci jakiś ciuch, bo tutaj wszystko poża­ło­wa­nia godne.

– Nie wiem, czy… No wiesz, to…

Paweł spoj­rzał na niego, oczy mu się roz­sze­rzyły i Mar­cin już wie­dział, co za chwilę nastąpi. W porę się odsu­nął, aby unik­nąć stru­mie­nia wymio­cin. Jego przy­ja­ciel z bul­go­tem wyrzu­cał kwasy żołąd­kowe, po czym padł na par­kiet w kałuży rzy­go­win.

Kolega zła­pał go za nogę i prze­cią­gnął po śli­skim par­kie­cie w stronę drzwi, aby ten nie leżał w tej cuch­ną­cej kałuży. Uło­żył go w pozy­cji bocz­nej, poszedł do kuchni, wziął brudną ścierkę, którą następ­nie wytarł twarz przy­ja­cie­lowi. Wszedł do łazienki, umył ręce, po czym wyjął tele­fon z kie­szeni i wybrał numer.

– Plan B – powie­dział. – Karetka plus jeden silny chło­pak, żeby mi pomógł z noszami, tu nie ma windy. Zapy­taj naszej sprzą­taczki, czy nie chce sobie doro­bić, trzeba by tu ogar­nąć prze­strzeń.

Scho­wał tele­fon do kie­szeni i wes­tchnął głę­boko, spo­glą­da­jąc na przy­ja­ciela. No tak, zanim doje­dzie karetka, zdąży zjeść jesz­cze pączka. Albo dwa. Zasłu­żył.

2

Mar­cin patrzył na sie­dzą­cego w ogro­dzie Pawła. Dziś był trzeci dzień pobytu Har­dego w ośrodku lecze­nia uza­leż­nień i według infor­ma­cji leka­rza, który tutaj wci­snął jego przy­ja­ciela, można było się jakoś poro­zu­mieć. Jak u każ­dego alko­ho­lika naj­trud­niej­sze były pierw­sze dni odtru­wa­nia, gdy orga­nizm za cho­lerę nie chciał wró­cić na tory zdrow­szego życia i przy­jąć do wia­do­mo­ści, że wię­cej pro­cen­tów nie będzie.

– Lepiej? – zapy­tał i usiadł na ławce obok kolegi.

Hardy wzru­szył ramio­nami. Na­dal miał prze­krwione oczy i popę­kane naczynka na twa­rzy, ale zaczy­nał już zdro­wiej wyglą­dać. Ktoś zajął się jego fry­zurą i to cał­kiem uda­nie, bo mod­nie wygo­lono mu włosy po bokach, zosta­wia­jąc tro­chę na górze, przy­strzy­żono brodę.

– Dłuży się.

– Jesz­cze ze dwa, może trzy tygo­dnie, wytrzy­maj, co?

– Kań­czuga… – zaczął Hardy. – Jest jakiś ślad?

– Skup się na sobie, na to przyj­dzie czas.

– Jest?

– Kamień w wodę – odpo­wie­dział z wes­tchnie­niem Mar­cin. – Spier­do­lił tymi pod­ziem­nymi tune­lami jak pie­przony szczur. Mało tego, miał tam przy­go­to­wany ładu­nek wybu­chowy i zawa­lił chod­nik. Zaprzę­gli­śmy do roboty gór­ni­ków, ale dokąd pro­wa­dziła ta sztol­nia, to nikt nie wie.

– Chu­jowo.

– No, zde­cy­do­wa­nie. Ale pod siatką na dole nie było żad­nych ofiar. Nikogo tam nie wrzu­cał. To było przy­go­to­wane jako jego plan awa­ryjny. Wszystko sobie pięk­nie zapla­no­wał: wizje lokalne, uda­wa­nie grzecz­nego i ucieczkę. Sztol­nia jest cho­ler­nie głę­boka, na dnie zna­le­ziono tylko pęk­nięty worek po śmie­ciach. Według tech­ni­ków, gdy spadł na siatkę, to go odciął, żeby­śmy usły­szeli odgłos spa­da­ją­cego ciała.

– Był roz­kuty, mogłem go nie pusz­czać.

– Hardy, to nie twoja wina. Dał sędzia zgodę na wizję lokalną i roz­ku­cie aresz­to­wa­nego? Dał. Nie upil­no­wa­li­ście, i już, na chuj drą­żyć.

– My? – prych­nął Hardy. – Nie było cię tam.

– Wszy­scy sie­dzimy w tym gów­nie razem, sam dobrze wiesz. Musimy się wspo­ma­gać, szcze­gól­nie teraz.

– Było postę­po­wa­nie?

Mar­cin spoj­rzał na przy­ja­ciela. Rok picia na umór zaczął jesz­cze tego samego dnia, gdy Kań­czuga im uciekł. Wszy­scy funk­cjo­na­riu­sze z wydziału kry­mi­nal­nego i docho­dze­niówki mieli surowy zakaz odwie­dza­nia komi­sa­rza, ale uru­cho­mili zna­jo­mo­ści i co kilka dni poja­wiał się ktoś z pre­wen­cji albo straż miej­ska, żeby dopil­no­wać ich kolegi. Zosta­wiali suchy pro­wiant, rapor­to­wali, że cza­sem Paweł miał spo­koj­niej­sze dni i jadł coś w osie­dlo­wym barze albo hot dogi w Żabce. Żył. A oni cze­kali, aż Justyna Potomna znik­nie z ich pola widze­nia, aby móc go przy­wró­cić do praw­dzi­wego świata żywych. Kostecki cier­piał szcze­gól­nie, bo przy­jaź­nił się z Har­dym, ale dla jego dobra musiał na jakiś czas o nim zapo­mnieć. Drew­niak miał cynk, że ludzie z wewnętrz­nego obser­wują miesz­ka­nie, ponie­waż podej­rze­wali, że skom­pro­mi­to­wany poli­cjant mógł współ­pra­co­wać z Kań­czugą, co było oczy­wi­ście bzdurą. Potomna nie odpusz­czała. Dla­czego tak go nie­na­wi­dziła?

– Było postę­po­wa­nie – odparł Mar­cin. – Ale mój szwa­gier zała­twił zwol­nie­nia lekar­skie, coś tam nakła­mali, i tyle. Zde­gra­do­wali cię do pod­ko­mi­sa­rza, zawie­sili. Zresztą nie cie­bie jed­nego, bo ja też dosta­łem po pago­nach.

– Źle.

– Ja wiem, że ty się obwi­niasz, i w sumie masz rację. Nie cho­dzi o ucieczkę, ale o wódę.

– Powinni byli mnie wyje­bać.

– I wyje­bali.

– Co?

– Nie możesz wró­cić do firmy.

Hardy wypro­sto­wał się na krze­śle, a na jego prze­krwio­nej twa­rzy wyma­lo­wał się wyraz auten­tycz­nego zdzi­wie­nia.

– To dla­czego tu jesteś? Po co to lecze­nie?

– Dla zdro­wia.

– Po co?

– Na Kań­czu­dze świat się nie koń­czy. Musisz zebrać się do kupy, Paweł. Życie czeka.

– Po co?

– Dosta­niesz prze­nie­sie­nie.

– Co? Jak? Gdzie? Do straży miej­skiej?

– Nie no, nie będzie aż tak źle.

– To dokąd?

– Do Skar­bo­nek.

– Do czego?

– Izba Celno-Skar­bowa.

– Prze­cież to urzęd­nicy.

– Zro­bili im zbrojne ramię, prze­no­szą tam poli­cjan­tów.

– Prze­cież to urzęd­nicy.

– A poli­cjant to kim, kurwa, jest? – Jego przy­ja­ciel pod­niósł głos. – Urzęd­ni­kiem! Tyle że w mun­du­rze, ale powin­no­ści ma te same. Skar­bówka teraz się pano­szy, bo muszą uszczel­niać budżet, żeby pie­niążki na osiem­set plus były. Mają swo­ich komi­nia­rzy, szu­kają doświad­czo­nych poli­cjantów, żeby bez­piecz­nie mogli latać z bro­nią i nie odstrze­lili w ner­wach łba komuś, kto zje­bał roczny PIT.

– To ja już wolę picie.

– Hardy, ja obie­ca­łem chło­pa­kom, że dowiozę cię do kli­niki – powie­dział spo­koj­nie Drew­niak. – Wszy­scy patrzy­li­śmy przez palce na to, że chle­jesz w robo­cie. Nam też się zda­rzało, nikt nie jest święty. To, że spier­do­li­łeś z Kań­czugą, to też tro­chę nasza wina, więc ogar­nę­li­śmy ci szansę na powrót do nor­mal­nego życia. Popra­cu­jesz tro­chę w Skar­bon­kach, zła­piesz jakie­goś gościa, co kręci na Vacie, kolej­nego han­dlu­ją­cego lewym pali­wem, i już. Po roku, może dwóch trans­fer z powro­tem do nas. Zleci.

– Czy ty sie­bie sły­szysz?

– Do Skar­bo­nek odsy­łają przo­du­ją­cych urzęd­ni­ków i poli­cjan­tów na cen­zu­ro­wa­nym. Taki wydział nie­chcia­nych. Pew­nie spo­tkasz kilku zna­jom­ków, nic się nie martw. Jest obie­cane, że po roku już będzie szansa wró­cić. Potomna ma podobno prze­sko­czyć tak wysoko, że już nie da rady cię dostrzec.

– Kurwa.

– Otóż to. Odcier­pisz swoje, a potem znowu popra­cu­jemy razem.

– Ale Kań­czuga…

– A co do Kań­czugi – prze­rwał mu zde­cy­do­wa­nym gło­sem Mar­cin. – Gość wypły­nie, bądź spo­kojny. Zacznie zabi­jać, o ile jesz­cze nie zaczął. Wiesz, że tacy nie prze­stają, to sil­niej­sze od nich, rów­nie ważne jak jedze­nie. Aku­rat odpocz­niesz, nabie­rzesz sił i będziesz gotów znów na niego zapo­lo­wać. Kań­czuga się przy­czaił, może poła­mał nogi w tej jaskini, a może i w niej zdechł. Kto wie, może spier­do­lił za gra­nicę i tam sobie hasa.

– Nie­moż­liwe. Prze­żył, czuję to. Dzia­łał na Zagłę­biu, na swoim tere­nie. Tam wróci, zoba­czysz. Oni nie lubią obcych tere­nów, są jak tygrysy, mają ogra­ni­czone tery­to­rium łowiec­kie. Znowu mor­duje dziew­czyny i gdzieś ukrywa zwłoki.

– Nie ma żad­nych zagi­nięć ponad normę. Moni­to­ru­jemy to i uwierz mi, robimy to wręcz z cho­ro­bliwą gor­li­wo­ścią.

– On już działa i jest spryt­niej­szy, nauczył się na błę­dach – powie­dział moc­nym gło­sem Hardy. – Mor­duje.

– Paweł, nie myśl o tym na razie. Skup się na sobie i pamię­taj, że jeśli chcesz go zła­pać, musisz wró­cić do formy. Zachlany do niczego się nie przy­dasz. Będziemy cię stale infor­mo­wać, jeśli coś się wyda­rzy. Masz mój numer tele­fonu, dzwoń o każ­dej porze dnia i nocy. Jakby poja­wiło się coś z Kań­czugą, dosta­niesz info jako pierw­szy, nawet wpu­ścimy cię na miej­sce zbrodni, zor­ga­ni­zu­jemy to, ale twoje zada­nie na dziś to wydo­brzeć. Prio­ry­tet.

– Zro­bię, co w mojej mocy.

– Stać cię na to, naprawdę. Przy­jadę za dwa tygo­dnie i chcę cię zoba­czyć w olim­pij­skiej for­mie. Zosta­wiam ci ordy­na­cję podat­kową i ustawę o VAT wraz z komen­ta­rzami, dokształć się.

Drew­niak wstał, pokle­pał przy­ja­ciela po ramie­niu i ruszył w stronę wyj­ścia. Znowu nabrał ochoty na pączka.

3

Dwa tygo­dnie póź­niej nad­ko­mi­sarz Mar­cin Drew­niak pogo­dził się już z fak­tem, że tego lata raczej nie schud­nie. Na szczę­ście nie wró­cił do pale­nia, odsta­wił też na dobre alko­hol, no ale słod­kie wcho­dziło mu tak dobrze, że działo się to jakby poza jego świa­do­mo­ścią. Raz zna­lazł wie­czo­rem para­gon w kie­szeni na dwa pączki i napo­le­onkę, a nawet nie pamię­tał, że je jadł.

– Zawie­ziesz mnie do domu? – zapy­tał Paweł i oparł się o dach samo­chodu.

– Nie, przy­je­cha­łem tu pokrę­cić z tobą bączki po osie­dlu.

Komi­sarz Hardy, a wła­ści­wie pod­ko­mi­sarz, wsiadł z cięż­kim wes­tchnie­niem do samo­chodu. Zajął miej­sce i spoj­rzał z nostal­gią na bie­lony mur szpi­tala, w któ­rym docho­dził do sie­bie, było mu tam w sumie dobrze.

– Mam jesz­cze dom? – Spoj­rzał na przy­ja­ciela.

– Jasne. Wysprzą­ta­li­śmy, lodówka pełna. Będziesz grzeczny?

– Nie wiem.

– Co? Aż tak źle było?

– Lecze­nie fajne, sana­to­rium nie­mal. Naj­gor­szy był psy­cho­log i jego poga­danki o alko­ho­li­zmie. Już po kwa­dran­sie jego pier­do­le­nia marzy­łem tylko o tym, żeby się napić.

– Nie spier­dol tego, okej?

– Zaka­zano mi obie­cy­wać – odparł Paweł z uśmie­chem. – Ale mam głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że dam radę.

– Jak znowu będziesz chlał, a Kań­czuga wróci, to sumie­nie cię zabije.

– Wiem.

– A jak tam ustawa o VAT i regu­la­miny Służby Celno-Skar­bo­wej?

– To nie firma. Zwy­kły urząd. Mają zało­żony gor­szy kaga­niec niż poli­cja.

– Rok, Hardy, może kró­cej, Potomna ostat­nio ode­brała jakiś order od mini­stra spra­wie­dli­wo­ści, mocno idzie do góry.

– Nie wiem, czy nie lepiej byłoby jed­nak pić.

– Mordo! – Drew­niak pod­niósł głos. – Przy­wo­łuję cię do porządku. Zrób to dla mnie, metoda małych kro­ków, co? Na począ­tek popra­cuj przez mie­siąc. Ludzie sporo poświę­cili, żebyś wyszedł z tego bagna, pokaż im, że cho­ciaż spró­bo­wa­łeś, dobra? Rok cię niań­czyli, pil­no­wali, kar­mili. Daj im cho­ciaż tyle. Może aku­rat ci się spodoba.

– Posta­ram się.

– Wytrzy­maj cho­ciaż do końca waka­cji. Potem poga­damy, powiesz mi, co i jak, jeśli będzie kibel, to zała­twimy może inne prze­nie­sie­nie.

– Mie­siąc? – zapy­tał Hardy.

– Dokład­nie.

– Zgoda.

Uści­snęli sobie dło­nie.

Rozdział 2

1

Śmierć śmier­dzi. Wie to każdy poli­cjant, szcze­gól­nie ten z kry­mi­nal­nej. Nie ma zna­cze­nia, czy trup leżał godzinę, czy też tydzień, ma swoją woń, nie­moż­liwą do pomy­le­nia z żadną inną. Podobno zapach ścię­tej trawy to jej alarm, sygnał ostrze­gaw­czy dla całej trawy świata, że wła­śnie umiera, i Paweł był pewien, że czło­wiek ma podob­nie – wydziela swo­isty smród ostrze­ga­jący współ­ple­mień­ców przed śmier­tel­nym zagro­że­niem. Gdy życie ucieka, prze­bie­ra­jąc nogami, by jak naj­szyb­ciej opu­ścić ciało swo­jego nosi­ciela, to zosta­wia za sobą swąd palo­nej gumy jako ostrze­że­nie dla innych ludzi. Tutaj gra­suje śmierć. Strzeż się.

No i tego naj­bar­dziej mu bra­ko­wało w nowej pracy, zdał sobie z tego sprawę po dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu dniach w Służ­bie Celno-Skar­bo­wej. Nie było tru­pów, smrodu melin, odoru bez­dom­nych, meta­licz­nej woni krwi, brzę­czą­cych much na cia­łach. Nie było zamie­sza­nia na miej­scu zbrodni, tech­ni­ków, bły­ska­ją­cych fle­szy apa­ra­tów, nie­wy­spa­nych kole­gów, iry­tu­ją­cych świad­ków, podej­rza­nych kła­mią­cych jak z nut. Cała powyż­sza lista może dla zwy­czaj­nego śmier­tel­nika nie pre­zen­to­wała się zbyt atrak­cyj­nie, jed­nak dla niego to była codzien­ność, sta­no­wiła jego natu­ralne śro­do­wi­sko, z któ­rym potra­fił sobie dosko­nale radzić. Co dostał w zamian?

Czy­stość i ste­ryl­ność. Żad­nych melin, dwor­ców, naj­ciem­niej­szych ulic w naj­po­dlej­szych dziel­ni­cach. Tak naprawdę smród tych miejsc jest szyl­dem tego, co może się w nich wyda­rzyć, nos od razu wyła­puje fetor zwłok, smród nie­my­tych ciał, odór goto­wa­nego przez ćpu­nów kom­potu, który wstrzyk­nięty do zgru­bia­łych żył napę­dza ich do dzia­ła­nia mają­cego na celu zor­ga­ni­zo­wa­nie kolej­nej działki.

A tutaj? Gabi­nety leka­rzy nie­wy­sta­wia­ją­cych para­go­nów za wizyty, knajpy oszu­ku­jące na sprze­daży alko­holu bez akcyzy, hur­tow­nie wpusz­cza­jące do obrotu szmu­glo­wane papie­rosy, firmy trans­por­towe jeż­dżące na oleju opa­ło­wym. Wszę­dzie biura, eks­presy do kawy, jasne świa­tło ledo­wych żaró­wek, szum dru­ka­rek, miłe panie, które o niczym nie wie­dzą. Wszę­dzie czy­sto, pach­nąco, żad­nego ostrze­że­nia, bo i przed czym. Jego zada­niem było prze­pro­wa­dza­nie nud­nych pro­wo­ka­cji albo reali­za­cja, którą tu nazy­wano „win­dy­ka­cją”, taki żart wewnętrzny, he, he, he, boki zry­wać. Nad­rzędny cel: nie pozwo­lić na znisz­cze­nie dowo­dów, które znaj­do­wały się albo w kom­pu­te­rach, albo w segre­ga­to­rach równo uło­żo­nych na pół­kach.

Wytrzyma tu rok? Cho­ciażby dzień dłu­żej niż ten mie­siąc obie­cany Drew­nia­kowi? Nie wytrzyma. Dziś był ostatni dzień próby obie­ca­nej kole­dze, będzie mógł w końcu swo­bod­nie się naje­bać. Nie zamie­rza zostać w Skar­bon­kach, został stwo­rzony do psiarni, a nie jakie­goś gania­nia za księ­go­wymi i fak­tu­rami. Wolał się nawa­lić, miał już kupioną na tę oko­licz­ność flaszkę – stała dum­nie na stole w salo­nie, ozdo­biona czer­woną kokardką, i cze­kała na koniec trzy­dzie­stego dnia pracy, gdy zerwie wszyst­kie ozdoby, pozbę­dzie się zakrętki i gol­nie sobie od serca.

Czy miał z tyłu głowy kwe­stię Kań­czugi? Oczy­wi­ście, jed­nak przez ten mie­siąc prze­słu­chał dzie­siątki pod­ca­stów i repor­taży poświę­co­nych Kań­czu­dze, prze­czy­tał wszyst­kie arty­kuły, a nawet książkę o tej spra­wie i doszedł do wnio­sku, że ten zwy­rod­nia­lec fak­tycz­nie znik­nął, naj­pew­niej zdechł w kopalni, którą przy­go­to­wał sobie jako drogę ucieczki. Skoro tak, to Hardy nie miał już nic wię­cej do roboty.

– Komi­sa­rzu? – Gliń­ska, kole­żanka z patrolu zwró­ciła się do niego z manierą w gło­sie, która dopro­wa­dzała go do szału.

Nie­speł­niona urzęd­niczka skar­bówki, któ­rej ta posada tra­fiła się jak śle­pej kurze ziarno. Została od razu aspi­ran­tem, cho­ciaż zwy­czajny poli­cjant musiał wyszli­fo­wać tysiąc kra­węż­ni­ków, by dostać taki awans. Jemu nato­miast przy­wró­cono sto­pień zabrany po zawie­sze­niu, co tylko świad­czyło o tym, jak bar­dzo nie­po­waż­nie była trak­to­wana tu dra­binka służ­bowa.

– Tak? – zapy­tał z rezy­gna­cją. Żało­wał, że wyrwała go z zamy­śle­nia.

– Wcho­dzimy?

– Ta, wbi­jaj. – Ski­nął głową w stronę szkla­nych drzwi kli­niki gine­ko­lo­gicz­nej.

Gliń­ska szarp­nęła za klamkę, szklana tafla mlecz­nego szkła otwo­rzyła się z cichym sykiem i funk­cjo­na­riu­sze weszli do recep­cji. Pierw­sze pacjentki dopiero miały się zja­wić, ale lekarz przy­je­chał wcze­śniej, cze­kali na niego i gdy tylko jego nowy Mer­ce­des zapar­ko­wał z tyłu budynku, ruszyli do akcji.

To była spo­kojna win­dy­ka­cja, za którą nie musiał się wsty­dzić. Ina­czej niż dru­giego dnia pracy, kiedy wstrzy­mali parę nowo­żeń­ców zmie­rza­jącą do sali wesel­nej. Otrzy­mali infor­ma­cję, że na przy­ję­ciu będzie alko­hol bez akcyzy. No i był, bo ojciec panny mło­dej zor­ga­ni­zo­wał bim­ber z Pod­la­sia, kilka sma­ków i warian­tów. Para młoda stała wraz z gośćmi godzinę w wej­ściu, pod­czas gdy oni pro­to­ko­ło­wali zna­le­ziony alko­hol i wypi­sy­wali sto­sowne kwity.

Minęli pustą ladę recep­cji i weszli bez puka­nia do gabi­netu. Gine­ko­log spoj­rzał na nich nieco zdu­miony, a gdy Gliń­ska poka­zała mu swoją legi­ty­ma­cję i bla­chę, na któ­rej dum­nie pre­zen­to­wały się dwa skrzy­żo­wane klu­cze, lekko zbladł.

– Pan Hie­ro­nim Wolak? – zapy­tała.

– Tak – odpo­wie­dział spo­koj­nym, mięk­kim i niskim gło­sem.

– Panie Wolak, jest pan podej­rzany o łama­nie zapi­sów ustawy o skar­bie pań­stwa, nie­wy­sta­wia­niu para­go­nów oraz nie­le­galne wpro­wa­dza­nie do obrotu środ­ków medycz­nych zagra­ża­ją­cych życiu pacjenta.

Nie­wia­ry­godne, ale wyre­cy­to­wała to na jed­nym wyde­chu. I to zwra­ca­nie się do leka­rza na pan, tak mocno bez sza­cunku, przy­po­mi­nało mu czasy PRL-u, gdy każdy był „oby­wa­te­lem” bez względu na zaj­mo­wane sta­no­wi­sko.

– Pro­szę, niech pań­stwo usiądą. – Lekarz wska­zał im dwa wygodne skó­rzane fotele usta­wione pod zie­loną ścianą. – Poczę­sto­wał­bym kawą, ale Mal­winka, moja recep­cjo­nistka, przy­cho­dzi dopiero za pół godziny, a ja, wstyd przy­znać, nie potra­fię obsłu­gi­wać eks­presu.

– Ja bym się napił – wtrą­cił Paweł.

– Potrafi pan sobie pora­dzić z eks­pre­sem? – zapy­tał lekarz.

– Może się uda.

– Chyba nie zdaje sobie pan sprawy z przed­sta­wio­nych zarzu­tów?! – Gliń­ska pod­nio­sła głos.

– Póki co żad­nych mi pani nie przed­sta­wiła. Jeśli zamie­rza pani to uczy­nić, to chyba wypi­cie fili­żanki moc­nej kawy ich nie obali, czyż nie? Nie zamie­rzam także pań­stwa otruć, zapew­niam.

Gine­ko­log pod­szedł do zdob­nej szafy z litego drewna, otwo­rzył drzwi i wska­zał lśniący eks­pres. Urzą­dze­nie wyglą­dało na dro­gie i było sty­li­zo­wane na zabyt­kowe.

– Pod­czas ostat­niej burzy zalało nam pokój socjalny i musie­li­śmy go gdzieś prze­nieść – poin­for­mo­wał Wolak z lek­kim zakło­po­ta­niem.

– Piękna maszyna – pochwa­lił komi­sarz i zaczął uru­cha­miać eks­pres.

Gliń­ska pode­szła w stronę leka­rza, fuk­nęła gniew­nie i poczer­wie­niała na twa­rzy.

– Panie Wolak, jest pan oskar­żony…

– Pro­szę pani – prze­rwał jej gine­ko­log. – Oskar­że­nie wymaga posta­no­wie­nia o przed­sta­wie­niu zarzu­tów, ogło­sze­nia ich podej­rza­nemu i ich wymie­nie­nia. Rozu­miem, że wydano posta­no­wie­nie o przed­sta­wie­niu mi zarzu­tów, bo jeśli nie, to naj­pew­niej jeste­ście tutaj pań­stwo w ramach raczej roz­py­ta­nia.

– Dokład­nie – potwier­dził Hardy, pod­sta­wia­jąc kubek pod dyszę eks­presu. – Espresso, panie dok­to­rze?

– Dop­pio – odpo­wie­dział z uśmie­chem Wolak. – Zatem pytaj­cie – zwró­cił się do Gliń­skiej.

– Czy to prawda, że wyda­wał pan oby­wa­te­lom Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej recepty na środki wcze­sno­po­ronne?

– Nie.

– Jak to: nie? – zdzi­wiła się urzęd­niczka.

– Nie wyda­łem ani jed­nej recepty oby­wa­te­lowi Rzecz­po­spo­li­tej. – Medyk schy­lił się i wycią­gnął paczkę cia­stek z szafki nad pod­łogą.

– Panie Wolak! – Gliń­ska pod­nio­sła głos.

– To robu­sta? – zapy­tał Hardy, przy­kła­da­jąc nos do zia­ren kawy.

– Ara­bica – odparł lekarz. – Mie­szanka wprost z Bra­zy­lii.

– Ulala. – Komi­sarz poki­wał głową. – A ty, Gliń­ska, byłaś kie­dyś u gine­ko­loga? – Skie­ro­wał głowę w jej stronę.

– Ale co to ma do rze­czy?

– Byłaś?

– Oczy­wi­ście.

– I powiedz mi, czy ty widzia­łaś kie­dyś, aby twój lekarz przyj­mo­wał jakie­goś męż­czy­znę i wysta­wiał mu receptę? Szcze­gól­nie na środki wcze­sno­po­ronne?

Gliń­ska zaci­snęła usta, przez co wyglą­dały jak kre­ska naszki­co­wana kiep­skim ołów­kiem. To przez te usta wła­śnie jej nie lubił, takie same jak u Potom­nej. Tamta cho­ciaż cza­sem nało­żyła na nie szminkę, a jego part­nerka uzna­wała kosme­tyki za dzieło sza­tana, zresztą jak nie­mal wszystko na tym świe­cie. Nie, jed­nak nie cho­dziło tylko o usta, ale też o to podą­ża­nie jedy­nie jasno wyty­czo­nymi przez kodeksy i regu­la­miny szla­kami. Tak, to głów­nie przez to.

– Pani… – Wolak spoj­rzał pyta­jąco na kobietę, a ta natych­miast odparła.

– Aspi­rant.

– Pani aspi­rant, jak słusz­nie zauwa­żył pan komi­sarz, wysta­wiam recepty jedy­nie oby­wa­tel­kom Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej.

– Zatem potwier­dza pan, że dopu­ścił się czynu praw­nie zabro­nio­nego?

– Nie.

– Przed chwilą pan powie­dział, że to robił.

– Nie.

– Zatem wysta­wiał pan czy nie?

– Wysta­wia­łem. – Lekarz naj­wy­raź­niej dobrze się bawił, gra­jąc z urzęd­niczką w kotka i myszkę.

– Pro­szę. – Paweł wrę­czył Wola­kowi fili­żankę, po czym posta­wił pod dyszę drugą i uru­cho­mił pro­ces przy­go­to­wa­nia ame­ri­cano.

Widział, jak bar­dzo iry­tuje tym zacho­wa­niem swoją kole­żankę, co pobu­dzało go chyba moc­niej niż kawa. Aku­rat otwie­rała usta, aby coś powie­dzieć, gdy eks­pres dał znać cichym pika­niem, że cze­goś mu bra­kuje.

– Trzeba dolać wody – poin­for­mo­wał Hardy.

Lekarz podał mu z uśmie­chem butelkę mine­ral­nej. Gliń­ska aż zazgrzy­tała zębami. Paweł pomy­ślał, że mógłby popra­co­wać tutaj dłu­żej, dla samej satys­fak­cji zatru­wa­nia życia wred­nej urzęd­niczce.

– Wysta­wiał je pan nie­zgod­nie z pra­wem – oznaj­miła w końcu suchym gło­sem Gliń­ska, jakby odczy­ty­wała nie­mal wyrok śmierci.

– Ależ nic z tych rze­czy – odpo­wie­dział gine­ko­log. – Zapis ustawy jasno wska­zuje, że jeśli wystę­puje zagro­że­nie życia kobiety będą­cej w ciąży, lekarz, na jej wyraźne życze­nie i po pisem­nym potwier­dze­niu pacjentki oraz przy­naj­mniej jed­nego świadka, może doko­nać czyn­no­ści medycz­nych mają­cych na celu rato­wa­nie jej życia. Mówi o tym dokład­nie arty­kuł szes­na­sty, para­graf dwu­na­sty, pod­punkt A ustawy, na którą się pani powo­łuje. Tak było w każ­dym przy­padku.

– Mamy podej­rze­nia, że nie do końca – powie­działa z trium­fal­nym uśmie­chem.

– Gliń­ska, a ty co pijesz? – wpadł jej w słowo komi­sarz.

– Nic nie chcę – odpo­wie­działa szybko.

– Twoja strata, wyborna kawa – wes­tchnął Hardy i usiadł w skó­rza­nym fotelu, a Wolak usa­do­wił się w dru­gim.

Gliń­ska stała teraz przed nimi niczym petentka w gabi­ne­cie pre­zesa. Nie chciała kawy, ni­gdy nie przyj­mo­wała poczę­stunku od ludzi, któ­rych odwie­dzali. Twier­dziła, że to pod­cho­dzi pod przyj­mo­wa­nie korzy­ści mająt­ko­wych i jest niczym wię­cej jak tylko łapówką.

– Sza­nowna pani, każda ciąża sta­nowi w pew­nym sen­sie zagro­że­nie życia dla kobiety, ale z chę­cią pod­dam się sto­sow­nej wery­fi­ka­cji.

– Spraw­dzimy – rzu­ciła cierpko. – Skuć go? – Wska­zała pyta­jąco na leka­rza uno­szą­cego fili­żankę do ust.

– Wcze­śniej pobij – rzu­cił krótko Paweł, upi­ja­jąc łyk kawy, która sma­ko­wała wręcz nie­ziem­sko.

– Za co?

– Gliń­ska, po pro­stu spisz jego wyja­śnie­nia, poucz i spa­damy. A naj­le­piej wypisz man­dat.

– Ale prze­cież on… wyda­wał środki wcze­sno­po­ronne kobie­tom z pełną pre­me­dy­ta­cją, bo wie­dział, że nie może tego robić. Brał za to pie­nią­dze, ale nie wysta­wiał żad­nych rachun­ków. Może stra­cić prawo wyko­ny­wa­nia zawodu.

– Panie dok­to­rze – prze­rwał jej Hardy, zwra­ca­jąc się do leka­rza. – Ile poro­dów pan do tej pory ode­brał?

– No w tym roku powinno stuk­nąć pięć tysięcy – powie­dział z dumą lekarz.

– Pacjentki bar­dzo pana chwalą. Czy­ta­łem opi­nie w inter­ne­cie.

– Każda jest dla mnie małym cen­trum wszech­świata i tak je trak­tuję. Już nawet odbie­ra­łem porody od kobiet, które lata temu jako pierw­szy wita­łem na tym świe­cie.

– Panie dok­to­rze, pro­szę obie­cać, że dołoży pan szcze­gól­nych sta­rań, by wyklu­czyć sytu­acje, kiedy prze­pi­sze pan śro­dek wcze­sno­po­ronny, gdy życie kobiety nie będzie zagro­żone.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki