Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
GĘSTY, PRZERAŻAJĄCY OPIS ZBRODNI, KTÓRA WYRASTA Z PRZESZŁOŚCI. OPOWIEŚĆ O LUDZIACH, KTÓRZY MUSZĄ WEJŚĆ W CIEMNOŚĆ, BY ODKRYĆ, KTO NAPRAWDĘ POCIĄGA ZA SZNURKI
Kiedy w jednym z chodników zabrzańskiej kopalni Guido zostają odnalezione zmasakrowane zwłoki, szybko staje się jasne, że to nie jest zwyczajne morderstwo. Wydłubane oczy, pentagram na ścianie, ślady niknące w mroku i tajemnice sięgające czasów, o których wielu wolałoby zapomnieć… Komisarz Aleksander Aresowicz i prokurator Nina Kermel wiedzą, że w tej sprawie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Im bardziej zagłębiają się w labirynt powiązań, starych układów i brudnych sekretów elit, tym wyraźniej czują, że szukają nie tylko mordercy, ale także prawdy, którą ktoś z obsesyjną brutalnością stara się ukryć przed światem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 261
Data ważności licencji: 4/29/2031
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN
Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Barbara Milanowska, Damian Ryży
Zdjęcia na okładce:
© pl.freepik.com
Grafika wewnątrz:
© pl.freepik.com
© by Paulina Świst
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-4103-4
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Zanim spadnie deszcz, Nade mną czarne chmury i w oczach mam tylko czerń. Wejdź raz w moje buty i spróbuj przez bagno przejść. Spalam wspomnienia jak skuna, bo widzę, co przede mną jest, Co przede mną jest, Zanim spadnie deszcz…
Kuban ft. Mrozu, Zanim spadnie deszcz
Dużo siły i dużo zdrowia, H.!
Nie jesteś stworzona do przegrywania, kochana,
zatem jedziemy z tematem
Dziewczynka podeszła na paluszkach do uchylonych drzwi. Szła pewnie, doskonale omijając te klepki parkietu, które trzeszczały i mogły ją zdradzić. W jej pokoju było ciemno, ale widziała niebieskawy blask telewizora, który drżał na ścianach salonu. Rodzice siedzieli na kanapie w milczeniu, wpatrzeni w ekran. Zuza zastanawiała się, co będą dziś oglądać.
Bezszelestnie wsunęła się do ogromnego wiklinowego kosza stojącego tuż przy drzwiach jej pokoju. Mama trzymała w nim świeżo wyprane ubrania, czekające na prasowanie. Zuza znała jednak jego drugie, o wiele ważniejsze zastosowanie – to było jej tajne obserwatorium. Gdy kuliła się w środku i odchylała pokrywę kosza, idealnie widziała telewizor przez wąską szparę przy zawiasach drzwi. Rodzice nie mieli szans jej zauważyć. Jeśli spoglądali w kierunku wejścia, patrzyli zawsze tam, gdzie drzwi były uchylone, nie na przeciwną stronę. Nigdy nie przyszłoby im do głowy, że córka mogła wpaść na tak bezczelny pomysł.
Dzięki temu widziała niemal każdy odcinek zakazanego dla niej programu kryminalnego 997. Podglądała mroczne rekonstrukcje, policyjne śledztwa. Ale to było nic przy filmach, które rodzice czasem oglądali na wideo! Uwielbiała Psy. Podczas seansu siedziała w koszu jak zahipnotyzowana. Była bezapelacyjnie i do samego końca zakochana w Bogusławie Lindzie – mimo że raczej zdawała sobie sprawę, że ta miłość nie ma szans na spełnienie, nawet kiedy ona już dorośnie. „Przed komisją weryfikacyjną staje porucznik Franciszek Maurer, lat trzydzieści siedem…” – to był moment, w którym lekko się krzywiła. Trzydzieści siedem! Boże, jak można być takim starym? To ile on będzie miał lat, jak ona będzie dorosła? Ze sto pewnie!
Tego wieczoru coś jednak wisiało w powietrzu. Telewizor był ściszony, program jakiś inny, kobiety w połyskujących, niebieskich kieckach śpiewały piosenki. Miała wrażenie, że rodzice w ogóle tego nie oglądają. To dlaczego nie przełączają na 997, skoro zaraz się zaczyna? Bardzo żałowała, że nie może im o tym przypomnieć, jednocześnie unikając dekonspiracji.
– Co zrobisz? – Głos matki, zwykle pogodny i miękki, brzmiał teraz ostro i sztywno, jakby ze strachu.
Zuzanna poczuła, jak jej żołądek zawiązuje się w supeł. Zdarzało jej się to od wczesnego dzieciństwa – nierozpoznawalne dla dorosłych napięcie, które pojawiało się zawsze, gdy miało wydarzyć się coś złego. I tak jak zwykle, również teraz wiedziała, że jej przeczucie jest trafne.
– Zrobię to, co trzeba zrobić – odpowiedział ojciec, spokojny, może nawet zbyt spokojny. Zapalił papierosa, rozświetlając twarz krótkim błyskiem zapalniczki.
Matka nie zareagowała od razu.
– Wiesz, że wesprę cię w każdej decyzji – powiedziała w końcu. – Pójdę za tobą wszędzie. Ale pamiętaj… mamy dzieci.
– Pamiętam – warknął ojciec. – A ty pamiętaj, że komuna się skończyła. To jest wolny kraj. Tego nie zamiotą pod dywan. Nie tym razem.
– Yhym… – mruknęła matka, ale jej głos drżał.
Zuza usłyszała w nim wątpliwość, której nie potrafiła nazwać, ale wyczuwała ją całym ciałem.
Przez chwilę panowała ciężka cisza. Zuza poczuła, jak trzęsą jej się ręce. Tak jakby spod łóżka miał zaraz wyjść wielki potwór. Nie po to, by porwać ją. Tylko po to, by porwać rodziców, co było jeszcze bardziej przerażające.
– Halina… – Ojciec przysunął się bliżej mamy. – Przecież wiesz, że tak trzeba.
– I akurat TY musisz to zrobić? – wysyczała.
Nie odpowiedział, tylko zaciągnął się papierosem.
– Boję się – wyszeptała matka po chwili. Zuza ledwie to usłyszała. – Ale ufam ci. Tylko… Mam nadzieję, że to ty masz rację, a nie ja.
Dziewczynka zwinęła się w kłębek. Jej żołądek zacisnął się jeszcze boleśniej. Wiedziała, że odziedziczyła tę dziwną przypadłość po matce – trafne przeczucia, które zawsze zapowiadały nadejście czegoś niedobrego.
A dziś obie czuły to samo.
Kilkadziesiąt lat później Zuzanna Marchwicka stała na tarasie swojego domu pod lasem, wpatrzona w niezwykłe widowisko rozgrywające się na zimowym niebie. Najpierw była zachwycona, a potem… niespodziewanie poczuła ten sam co wtedy rodzaj niepokoju.
Noc z dziewiętnastego na dwudziestego stycznia dwa tysiące dwudziestego szóstego roku miała przejść do historii polskiej astronomii. Nad Śląskiem – jak i nad wieloma regionami kraju – niebo zapłonęło za sprawą zjawiska, którego te szerokości geograficzne prawie nie znają. Zamiast delikatnej, zielonkawej poświaty widocznej tylko przez aparat pojawiła się prawdziwa zorza: intensywna, krwistoczerwona łuna; pionowe, drżące filary światła, przesuwające się majestatycznie wzdłuż północnego horyzontu.
Tu, przed ich małym domkiem niedaleko Mikołowa, spektakl był oszałamiający. Czuła się jak świadek czegoś pradawnego, niepokojącego, o wiele większego niż oni.
– Jest niemal tak piękna jak ty – odezwał się tuż przy jej uchu Maciek.
Bajerant. Co z tego, skoro uwielbiała go w tym nastroju? W każdym innym zresztą też. Ale dziś nie miała ochoty na przekomarzanie. COŚ wisiało w powietrzu, mimo że teoretycznie wszystko było w porządku. Znała to rozedrganie, wiedziała, co ono oznacza. Nadal wpatrywała się w czerwone światło tańczące nad drzewami.
– To znak – szepnęła.
Maciek drgnął.
– Czujesz to naprawdę? – zapytał łagodnie. – Czy po prostu chcesz, żeby to coś znaczyło?
Sama nie była pewna. Od kilku tygodni nosiła w sobie pustkę – jakby informacja, którą niedawno poznała i która przewróciła jej życie do góry nogami, odcięła ją od dawnego daru. Jej przeczucia stały się zamglone, niespójne. Jakby ktoś zepsuł jej wewnętrzny kompas.
Maciek mówił dalej, spokojnie, jak zawsze, gdy próbował ją sprowadzić na ziemię.
– To będzie trudne zadanie, Zuza. Zupełnie inny kaliber niż czyszczenie internetu z kanalii. Tamci to amatorzy. A tu… tu mamy profesjonalistów. Takich samych albo lepszych niż my. Szkolonych. Bardzo dużo ryzykujemy.
– Nie chcesz? – zdziwiła się, słysząc w swoim głosie nutę, której nie planowała. Rozczarowanie? Strach?
Maciek westchnął.
– Nie chcę – przyznał. – To nie jest akcja według naszych metod. Nie chcę, ale… zrobię to dla ciebie.
Jej ciało rozluźniło się pod wpływem ulgi, choć jednocześnie czuła coraz mocniejsze ściskanie w brzuchu. Ten niepokój był jak echo z dzieciństwa, jak pamięć tamtej nocy i słów, których nigdy nie miała usłyszeć.
– Zaczynamy? – upewnił się Maciek.
Zuzanna patrzyła na zorzę, która gasła powoli, zmieniając barwę na głęboki róż. Przez sekundę miała wrażenie, że niebo próbowało ją ostrzec.
– Tak – odpowiedziała pewnym głosem.
Szkoda tylko, że wcale nie czuła tej pewności.
Zabrze-Guido 22 marca 2026 roku
– W dzisiejszym odcinku podcastu „Pieskie życie Aresa” opowiem wam, jak rozwalić nowe sneakersy w zaledwie piętnaście minut. – Oświetliłem latarką swoje buty.
Kiedy wychodziłem z domu, były nowiutkie. Teraz wyglądały, jakbym pół dnia zrzucał w nich węgiel. Jako że byłem trzysta dwadzieścia metrów pod ziemią i właśnie raźno maszerowałem kopalnianym chodnikiem, było to stosunkowo logiczne. Co nie znaczy, że choć odrobinę mniej wkurwiające.
– Zamszyk? – usłyszałem niewinne pytanie Jaśka.
Nie widziałem go za dobrze, bo zasadniczo gówno widziałem mimo lampy umieszczonej na kasku i latarki w ręce.
– To welur, wieśniaku – rzuciłem z wyższością.
Była ona o tyle nieuzasadniona, że niedawno też tego nie odróżniałem. Wyjaśniła mi to moja dziewczyna kilka dni temu. Tylko ona nie nazwała mnie wieśniakiem. Ale pewnie nazwałaby debilem, gdyby zobaczyła, że poszedłem w tych butach do roboty.
Byłem już kiedyś w Zabytkowej Kopalni Guido, na wycieczce o wdzięcznej nazwie „Podziemny spacer górniczy”. Moim zdaniem była to jedna z najciekawszych atrakcji turystycznych oferowanych przez nasz region. Przywiozłem tu znajomych z Pomorza, żeby pokazać im coś, czego z pewnością nie mogli obejrzeć u siebie. Byli zachwyceni – podobało im się wszystko: świetnie przygotowani przewodnicy, obowiązkowe kaski rozdawane zwiedzającym na starcie, mroczny klimat oraz pyszne piwo serwowane w podziemnym pubie. A jako że były to czasy, kiedy jeszcze nie byłem anonimowym alkoholikiem, tylko zupełnie jawnym ochlejem, to strzeliłem sobie pod ziemią cztery browary, których jednak nie za bardzo było po mnie widać, bo zanim wyjechaliśmy na powierzchnię, w toalecie wyprostowałem się kreską koksu.
Troszkę się zmieniło. Dziś nie byłem turystą. Dziś byłem na służbie, a alkoholu i koksu nie dotykałem od ponad dwóch lat… Czy dalej miałem na nie ochotę? Większą niż Adolf na Blitzkrieg. I to mi już chyba nie minie.
Jednak odmienne wrażenia nie wynikały tylko z mojej trzeźwości. Teraz szliśmy nieoświetlonym, wąskim chodnikiem, korzystając z własnych lamp górniczych, co pewnie uznałbym za fajną zabawę, gdybym nie wiedział, co znajdę na jego końcu. Kopalnia w takiej odsłonie robiła niesamowite wrażenie. Mój tata zawsze powtarzał, że Wieliczka, Bochnia i Guido w udostępnianych turystom częściach: oświetlonych, szerokich i wysokich – mają tyle samo wspólnego z prawdziwą kopalnią, co Kim Basinger z Kim Dzong Unem.
No i Bolek jak zawsze miał rację. Aż żal, że nie gadam z nim od pięciu lat i nie mogę mu tego przyznać.
– Gdybyś na dzisiejszą zmianę włożył gumowce… – Głos Jaśka wdarł się w moje rozmyślania.
– To pewnie zajebaliby kogoś w katowickim Marriotcie – przerwałem mu – i stałbym teraz w pięciogwiazdkowym hotelu. W gumowcach. Jak pajac.
– A w Ralphie Laurenie na kopalni nie czujesz się jak pajac? – W jego głosie pobrzmiewała autentyczna ciekawość.
– To była aluzja do prześladującego mnie fatum. Czego bym nie wybrał, skończyłoby się tak samo – wyjaśniłem. – Prawie załapałeś, jesteś bystry. Jeszcze sześć lat i awansują cię na komisarza.
– I po cóż te złośliwości? – Nie dał się sprowokować. – Ale jako dociekliwego stróża prawa nurtuje mnie jeszcze jedna kwestia. Czy mieliśmy jakąś premię, o której nie wiem? Skąd masz buty za co najmniej sześć stów? Znów bierzesz ekstra fuchy?
Pracowaliśmy z Jaśkiem przy kilku wspólnych sprawach w ciągu ostatniego roku. Chłopak miał niecałe trzydzieści lat, był dokładny, sumienny i dobrze orientował się w przepisach. Dla mnie jednak największą jego zaletą było to, że miał w głębokim poważaniu ciągnącą się za mną jak smród po gaciach opinię. Najlepszym dowodem na to był fakt, że potrafił z tego żartować… W przeciwieństwie do innych policjantów z KWP Katowice. No cóż, nie miałem do nich pretensji. Ciężko zapracowałem na swoją parszywą reputację i kilka lat mojego wygnania ze Śląska niewiele w tym względzie zmieniło. Dobitnie się o tym przekonałem po powrocie. Tym bardziej szanowałem, że ten gówniarz nie bał się mieć odmiennego zdania. Niewiele było rzeczy, które bardziej ceniłem w ludziach niż umiejętność niepoddawania się opinii ogółu. Rzadka, acz szlachetna cecha.
– Pomówienia – rzuciłem zblazowanym tonem. W końcu nikt nigdy mi niczego nie udowodnił. – „A do bucików to jestem trochę przywiązany. Od dziewczyny dostałem”.
– Czy to aby nie słowa Waldena z Jak zostałem gangsterem? Powiedział to, tuż zanim dał jakiemuś typowi po mordzie, nie? – Bezbłędnie rozpoznał cytat.
– Yhym – potwierdziłem. – Wyciągnij z tego wnioski.
Najwyraźniej wyciągnął właściwe, bo następne kilka minut szliśmy w ciszy.
– Jest. – Wskazałem migające za załomem korytarza światło górniczej lampki.
Emil Kitek, pracownik kopalni, który starał się ogarnąć cały ten burdel, bardzo nie chciał się zgodzić, byśmy przyszli tu sami. Jednocześnie musiał dopilnować ewakuacji pięćdziesięciu VIP-ów z podziemnej sali bankietowej na powierzchnię, zatem nie mógł nam towarzyszyć. Użyłem jednak wrodzonego uroku osobistego i w końcu powiedział mi, dokąd iść, żeby obejrzeć trupa i pogadać z pracownikami, którzy go znaleźli.
W miarę jak zbliżaliśmy się do światła, coraz głośniejszy stawał się jakiś dźwięk. Dziwny. Tak jakby ktoś walił kluczem do kół po rurach. Podczas naszego kilkunastominutowego spaceru słychać było sporo szumów i zgrzytów, ale nic tak charakterystycznego. Kiedy wyszliśmy zza zakrętu, zobaczyłem około sześćdziesięcioletniego mężczyznę, wyraźnie przerażonego, który omiatał ściany światłem latarki.
– Kto idzie? – Obrócił się do nas.
– Komisarz Aleksander Aresowicz – przedstawiłem się.
– Jorg Węcel – usłyszałem przejęty głos z wyraźnie śląskim akcentem.
– Co to za dźwięk?
– Tooooo, to pewnie wentylacja – wydukał.
Nie wiem, czy bardziej chciał przekonać mnie, czy siebie.
Całą siłą woli musiałem się powstrzymać przed podświetleniem sobie twarzy od dołu latarką i zapytaniem, czemu w takim razie wygląda, jakby trzykrotnie powiedział do lustra „Candyman”.
Badania psychologiczne w policji to kompletna ściema. Jestem tego żywym przykładem.
– Dali znać, żebym po was wyszedł, bo idziecie sami. I… to się nagle zaczęło – kontynuował Jorg. – Nie wiem, skąd dobiega.
Spojrzałem na zegarek. Trzecia rano. Czy to nie o tej godzinie diabeł wykazywał największą aktywność? Nie byłem pewien. Muszę o to zapytać moją kobietę. W końcu to ona była specjalistką od przeczuć, przesądów i wszelkiej maści mrocznych historii. Bardzo bawiła mnie ta fiksacja, zwłaszcza w zestawieniu z tym, jaka Nina była w pracy. Racjonalna do bólu, opanowana i bystra. Jednak póki tarot, którego stawiał jej ChatGPT, twierdził, że jestem jej „połączeniem karmicznym”, nie miałem zamiaru na to narzekać. Czy wpisałem mu w tym celu parę chwalących siebie tekstów, tak by je zapamiętał na przyszłość? Ależ skąd! Nigdy w życiu bym tego nie zrobił, jestem na to zbyt prawilny.
Byłem bardzo ciekaw, którego prokuratora wezwą na miejsce… Obawiałem się, że właśnie ją. Zabrze podlegało pod Prokuraturę Okręgową w Gliwicach, a ona miała dziś dyżur. Nie mogłem jednak tego ustalić, bo sto dwadzieścia pięter pod ziemią nie ma zasięgu. Powinni tę informację dodawać dzieciakom do lektury Łyska z pokładu Idy, pewnie wtedy byłoby im go bardziej żal.
– Okej. – Jasiek przybrał rzeczowy ton. – Ale czemu to takie dziwne, jeśli to wentylacja?
Facet uniósł palec w górę, jakby chciał, żebyśmy się zamknęli.
– Ile słyszycie uderzeń?
Wsłuchałem się uważnie.
– Dziesięć co sekundę – oznajmiłem po chwili. – Dłuższa przerwa i znów dziesięć.
Pokiwał głową, jakbym właśnie powiedział coś niezwykle odkrywczego.
– No i? – Jasiek pierwszy nie wytrzymał.
Przewodnik pokręcił głową, jakby sam nie wierzył w to, co chce nam powiedzieć.
– Wiem, że to zabrzmi głupio… – Uwielbiałem takie początki. Zwiastowały zwykle teorie spiskowe o Elvisie żyjącym sobie spokojnie na wyspie Wolin. – Ale… to brzmi jak dziesięciu…
Ot, jebany! Niby się spodziewałem, a jednak mnie zaskoczył. Muszę przyznać, że moje życie nie przestaje być codziennym zdumieniem.
– Co dziesięciu? Jeden z dziesięciu? Ten teleturniej z Tadeuszem Sznukiem? – zapytałem z kamienną twarzą. – Na siebie.
Zabrze-Guido 22 marca 2026 roku
– Skoro i tak musimy iść parę minut, niech mi pan opowie na spokojnie i po kolei. Co się stało? – Poprawiłam zsuwający mi się na czoło górniczy kask.
– Sam chciałbym wiedzieć. – Głos Emila Kitki drżał. – To było takie wielkie wydarzenie, wszystko szło tak dobrze… Wyjątkowy event, w Komorze Badawczej nr 8…
– Gdzie? – Opanowanie nomenklatury i planów tego miejsca trochę mi zajmie.
– To nasza główna sala eventowa – poinformował mnie tak zdziwionym tonem, jakbym nie wiedziała, kto był pierwszym królem Polski. Chłop naprawdę kochał i to miejsce, i swoją robotę. – Musiała pani o niej słyszeć!
Nie musiałam i nie słyszałam, ale nie sądziłam, żeby to był dobry moment, by popisywać się ignorancją.
– Zapewne jest wyjątkowa… – powiedziałam zamiast tego.
– Jest! Charakteryzuje się unikalnym oświetleniem z dziesiątek lamp żarowych i surowym, górniczym stylem! – wyrzucił z siebie jednym tchem.
Dobry był skubany. Zaraz namówi mnie, żebym zrobiła tu wesele. Mimo że nikt mi się nie oświadczył. Chłop był tak zajarany, że pewnie nie widziałby problemu – tak cudowną salę najpierw się zamawia, a potem ogarnia pierścionek i narzeczonego.
– Co to był za event? – Zgrabnie powróciłam do interesującego mnie tematu.
– Prywatne forum biznesu – odrzekł z dumą. – Planowano wielkie inwestycje… Na przykład związane z rekultywacją terenów pogórniczych. Sami bardzo ustosunkowani ludzie. – Nawet nie próbował ukrywać, jakie to robi na nim wrażenie. – Takie nieszczęście!
– Kiedy się zorientowaliście, że coś jest nie tak? – przerwałam, zanim się rozkręcił.
Bałam się, że zacznie lamentować jak słynna płaczka z serialu 1670. Wykazałabym zrozumienie, gdyby chodziło mu o trupa, ale mój wredny, acz niezawodny instynkt wskazywał, że bardziej mu żal popsutej imprezy.
– Około północy wszyscy zaczynali się zbierać… – wyjaśnił. – I ktoś zauważył, że brakuje jednego z gości… Przeszukaliśmy wszystkie udostępniane dla uczestników miejsca, aż w końcu sprawdziliśmy kamery i wtedy okazało się, że… – Zawiesił głos.
– Że? – dopytałam po chwili.
– To właśnie jest dziwne – przyznał Emil. – Zachowywał się, jakby dokładnie wiedział, dokąd idzie. Wymknął się z sali, zabrał kask ze stojaka, wziął latarkę i bez wahania ruszył w stronę korytarza, który nie jest udostępniany dla zwiedzających.
– Tego korytarza, którym idziemy, tak? – dopytałam.
– Tak – powiedział. – Ta część nie jest dostępna dla zwiedzających, ale podziemne korytarze tworzą rozległą sieć. Cały czas staramy się zmieniać ekspozycję, udostępniamy nowe obszary na specjalne okazje. Ten korytarz jest rzadko używany, dlatego nie ma tu światła, ale na końcu jest komora, stare wyrobisko, do którego można się dostać również z drugiej strony, tylko trzeba nadrobić drogi.
– Będę potrzebowała szczegółowych planów – zastrzegłam. – Póki co nie jestem w stanie sobie tego do końca wyobrazić. Czy był tu ktoś, kto mógł mu opowiedzieć o tym przejściu?
– Na takich imprezach oprócz gości i pracowników obsługi zawsze są też przewodnicy – poinformował. – Na wypadek, gdyby któryś z gości chciał posłuchać o historii kopalni oraz z bardziej przyziemnych względów, to znaczy żeby obsługiwać zjazdy i wyjazdy. Ale żaden z nich z nim nie rozmawiał.
I jeszcze ty – pomyślałam.
Tworzenie w głowie listy podejrzanych było u mnie takim samym nawykiem, jakim u normalnych ludzi jest lista zakupów. A pan Kitka najwyraźniej świetnie znał swoją kopalnię.
– Co było dalej? – dopytałam.
– Natychmiast wysłałem za gościem dwóch przewodników, bardzo doświadczonych, obaj są prawdziwymi górnikami, tylko już na emeryturze – wyjaśnił. – Jorg i Marian, obsługiwali dziś szolę, czyli…
– Wiem, co to jest szola – przerwałam mu. – Winda.
– Tak – potwierdził. – I oni poszli za tym facetem. Znaleźli go przed tym oświetlonym wyrobiskiem na końcu korytarza. Ledwo stał, trzymał się za serce, nie mógł złapać tchu. W tej komorze jest już podłączony prąd i kopalniany telefon. Zadzwonili do mnie, że chłop ma chyba zawał, a to wcale nie jest najgorsze, bo w grocie leży trup.
– Kogoś jeszcze z ekipy brakuje? – dopytałam.
– Właśnie nie! Liczymy wszystkich przy zjeździe, stan się zgadza. Nie umiem tego wyjaśnić!
No to jest nas dwoje.
– Nie wiedziałem, co robić, zadzwoniłem do dyrektora – kontynuował Emil. – Po pół godzinie zjechali ratownicy i wywieźli chorego na powierzchnię, zabrała go karetka… Nie mógł mówić… Nie wyglądał dobrze, choć był przytomny – dodał cicho.
Chyba wreszcie przejął się czymkolwiek innym niż klapa jego imprezy, więc postanowiłam podnieść go na duchu.
– Nie ma lepszego miejsca w Polsce na atak serca niż Zabrze – oznajmiłam. – Wzięli go do Śląskiego Centrum Chorób Serca?
– Tak mówili. – Kiwnął głową. – Nie wspominaliśmy innym gościom o trupie, żeby nie siać paniki. I tak było jej aż nadto… Nie wiem, jak my to przetrwamy! To bardzo ustosunkowani ludzie…
Już drugi raz to mówił, zatem pewnie coś w tym było. Moje dość długie doświadczenie życiowe wskazywało, że „ustosunkowani” często są też atencyjni, roszczeniowi i przekonani, że cały świat będzie usłużnie całował ich co chwilę w dupę. W której dodatkowo równie często mieli kij. A ja będę musiała wszystkich ich przesłuchać… Hip, hip, hurra!
– Zgodnie z poleceniem z góry od razu ich ewakuowałem. Skończyłem minutę przed pani przyjściem – podsumował Kitka.
– Rozumiem, że mamy pełną listę tych gości? – zapytałam.
– Tak – potwierdził. – Kilka minut po karetce przyjechali jeszcze policjanci, ale po cywilnemu. Chciałem, żeby zaczekali, ale taki jeden mi powiedział, że mam się zająć ewakuacją, bo jest synem sztygara, ma przebywanie na dole we krwi i na nic nie będzie czekał, bo cierpliwość nie jest jego największą cnotą… A jak powiedziałem, że nie ma odpowiednich papierów, żeby chodzić tu sam, to powiedział, że ma paszport Polsatu. Wyobraża sobie pani?
– Co też pan mówi! – Zagryzłam wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Czy wielu jest policjantów śledczych na Śląsku, którzy są synami sztygara? Pewnie kilku się znajdzie. Ilu z nich może mieć na dodatek aż tak niewyparzony pysk? Obawiam się, że tylko jeden i jest nim… mój facet. Powinnam się natychmiast wyłączyć z tej sprawy. Szybko i bez wahania. Wejść do tego wyrobiska, zobaczyć Aresa i powiedzieć: „Tak się cieszę, kochanie, że cię tu widzę, bo to znaczy, że ja tu być nie mogę. Do widzenia”.
Były tylko dwa problemy. Pierwszy: absolutnie nikt z roboty nie wiedział o naszym związku. Już raz romans w pracy przypłaciłam wygnaniem i nie zamierzałam tego powtarzać. Pewne rzeczy wybacza się raz, ale nigdy kolejny. A po drugie… To nie pierwszyzna, gdy nagięliśmy zasady. Oboje byliśmy uzależnieni od adrenaliny, zatem naginaliśmy je regularnie, odkąd wróciliśmy na Śląsk, i choć obiecywaliśmy sobie, że z tym skończymy, to szło nam tak, jak widać. Czyli średnio.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
