Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
405 osób interesuje się tą książką
GDY POTWÓR NOSI MASKĘ…
Igor Brudny i Julia Zawadzka wyjeżdżają na Hel, żeby odetchnąć i rozpocząć wszystko od nowa. Nie podejrzewają, że na horyzoncie już zbierają się ciemne chmury.
Niedługo po ich przyjeździe we wraku jednego z polskich okrętów policja odkrywa zwłoki młodej kobiety. W dodatku zarówno Brudnego, jak i Zawadzką zaczepia tajemniczy mężczyzna, który chce opowiedzieć im o rozgrywającym się na półwyspie koszmarze. Obydwoje postanawiają zostawić śledztwo trójmiejskiej komendzie.
Szybko okazuje się, że morderca ma inne plany. W makabryczny sposób wciąga Brudnego do swojej chorej gry. Nadchodzi sztorm i nie wiadomo, czy ktokolwiek utrzyma się na powierzchni.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 321
Iwonie Szantyko-Ptaszek, mojej cudownej polonistce z podstawówki, która już wtedy powtarzała, że kiedyś zostanę pisarzem
Zacumowany przy kei wiekowy kuter rybacki bujał się smętnie, skrzypiąc i jęcząc jak umierający starzec. Rybi zapach przyciągał mewy, które spacerowały po relingach i pokładzie w poszukiwaniu smakowitych kąsków z ostatniego połowu. Z lewej burty zwisały wysłużone sieci, a krople deszczu bębniły o drewniane deski.
Postawny mężczyzna odwrócił się, odchylił połę płaszcza przeciwdeszczowego i zgiął kark, aby uchronić się przed wiatrem i móc zapalić papierosa. Zaciągnął się głęboko i wypuścił dym, który porwał soczysty podmuch. Pociągnął nosem, odcharknął i splunął na wybetonowaną keję. Popatrzył w niebo. Stalowe chmury wciąż wisiały nad portem, ale nad horyzontem, niczym świetliste włócznie samego Posejdona, przebijały się pierwsze promienie słońca. Poprawił zerwany z głowy kaptur i przytrzymując go jedną dłonią, ruszył w kierunku zacumowanej łodzi.
– Udanego połowu! – poniósł się zgrzytliwy krzyk Macieja, powykręcanego reumatyzmem wiarusa, uczciwego rybaka i przyjaciela od wódki i brydża, który na pokładzie własnej łajby szykował sieci.
Mężczyzna uniósł rękę i odmachnął. Ze wschodniej części portu dotarł warkot uruchamianego silnika innego kutra. Kolejny podmuch wiatru sprawił, że mocniej przytrzymał naciągnięty na głowę kaptur. Zgarbiony podszedł do swojej łajby i chwycił się burty. Pogonił buszujące na łodzi mewy i wszedł na pokład, o mało nie wywracając się na rybich flakach. Przed upadkiem uchronił się w ostatniej chwili, łapiąc za reling.
– Jakim, kurwa, cudem… – mruknął, bo przecież nie powinno ich tu być. Zawsze sprzątał pokład po powrocie z połowu i nie zostawiał na zewnątrz ani jednej ryby. Może coś mu umknęło, a ptaki dobrały się do resztek?
Powiódł wzrokiem po skąpanych w deszczu wstęgach czerwieni, wciąż trzymając jedną dłonią kaptur. Krok dalej deski pokładu zdobiły wnętrzności, które nijak nie przypominały rybich. Przegonił kilka kolejnych mew usilnie szarpiących długi i zakręcony fragment połyskującej tkanki, jako żywo przypominający jelito. Odfrunęły, skrzecząc z niezadowolenia, i przysiadły na relingu, aby po chwili sfrunąć nieco dalej, gdzie znajdował się częściowo rozdziobany kawał krwawej miazgi.
Rybak przykucnął, a z oddali poniósł się grzmot sygnału wypływającego z portu tankowca. Włożył palec w tkankę, z której wysunął się skrawek nieprzetrawionej pizzy.
– Boże… – jęknął, puszczając kaptur, wtedy kolejny podmuch zerwał mu nakrycie głowy, w pełni ukazując widok tego, co znajdowało się na rufie. – Nie, nie, nie…
Łodzią zaczęło kołysać jak podczas sztormu. Obraz się rozmył, pot zalał mu oczy, mężczyzna poślizgnął się i runął na pokład jak długi. Zapadła ciemność, a gdy uniósł powieki, dostrzegł zarośniętą i wyjątkowo szpetną gębę współwięźnia.
– Obudź się, brachu. Już czas – usłyszał chrapliwy głos mężczyzny, który potrząsał nim energicznie. – Chyba nie chcesz tu leżeć kolejne dwadzieścia lat, co?
– Rusz dupę! – Ten głos też znał. Aż za dobrze. Szef strażników więzienia w Sztumie był wyjątkowym skurwysynem.
Mężczyzna poderwał się z podłogi, na którą runął z łóżka, śniąc swój odwieczny koszmar. Wytarł pot z czoła, wyprężył się jak struna i wydął dolną wargę.
– Nie napinaj się tak – rzucił mundurowy, którego więźniowie nazywali Carem. – To, że odjebałeś swoje, nie znaczy, że wkrótce się nie zobaczymy. Mnie się wydaje, że prędzej niż później, mam rację? – dodał, szczerząc się w złośliwym uśmiechu.
Mężczyzna nie odpowiedział. Chwycił przygotowany wcześniej lniany tobołek, skinął towarzyszowi niedoli i dumnym krokiem ruszył w kierunku otwartych drzwi celi. Mijając Cara, pomyślał, że jak rzadko się z nim zgadzał, tak tym razem chuj jeden może mieć rację. Pomyślał też, że czekał na ten moment długie dwadzieścia lat. I tym razem zrobi to, co powinien był zrobić, gdy jego życie miało jeszcze jakiś sens.
Krople deszczu tłukły w karoserię, a koronami drzew targał północny wiatr. Nowe wycieraczki nie nadążały zbierać wody, ale wyklepany przez blacharza Patrol zdawał się tym specjalnie nie przejmować. Dopiero gdy na szybę spadła iglasta gałązka, kierowca zjechał na pobocze.
– Wyciągnij mi bułkę, bo zgłodniałem – powiedział i nie czekając na odpowiedź, wysiadł z pojazdu. Szybkim ruchem wyrwał zahaczoną o rant maski gałązkę i wyrzucił ją w las. Gdy wrócił, cały skrzył się od kropel wody. – Dzięki – rzucił, odbierając częściowo zafoliowaną kajzerkę z szynką, serem i ogórkiem kiszonym. Zerknął w lusterko boczne, wgryzając się w bułkę. – Robisz najlepsze buły na świecie – dodał i ruszył z miejsca.
– Nie tylko w tym jestem taka dobra – odparła pasażerka.
– Wiem.
Nadkomisarz Igor Brudny wcisnął mocniej pedał gazu, błoto trysnęło spod opon i chwilę później Patrol znów był na asfaltówce. Zielona tabliczka z napisem „Hel” potwierdziła, że nie pozostało im wiele drogi do celu.
– Jak tu jest tak codziennie, to o romantycznych zachodach słońca chyba możemy zapomnieć – rzuciła komisarz Julia Zawadzka, wzdychając.
– Nie po to tu przyjechaliśmy – odparł Brudny, mieląc w ustach kolejny kęs.
– Ale miło by było. Ty zawsze musisz być taki… taki…
– Sorry. Nie tak to miało zabrzmieć.
– Dobra już. Nieważne.
– No właśnie ważne. Przeprosiłem. Wiesz, że czasem potrafię palnąć…
Zawadzka uniosła brwi i zacisnęła usta w linię, co można było odczytać jako pełną zgodę, choć podszytą nutką ironii co do treści ostatnich słów partnera. Igor w istocie często najpierw robił, a potem myślał. Zupełnie odwrotnie niż na służbie, choć i wtedy zdarzało mu się działać w sposób, który większość przełożonych w najlepszym wypadku traktowała jako niepotrzebną samowolkę. Ratowały go intuicja, instynkt i wyniki. Po spotkaniu z Brudnym każdy złol prędzej czy później trafiał do więzienia. Albo do piachu.
– Trochę się tym wszystkim stresuję. – Julia zmieniła temat.
– Popatrz na to jak na kolejną robotę, którą trzeba wykonać. Tylko że teraz po prostu sobie zaśniesz, a gdy się obudzisz, robota będzie zrobiona.
– Ty to masz na wszystko odpowiedź, co?
– Nie wiem, czy na wszystko, ale to chyba rozsądne podejście. Dziś wieczorem zjemy po rybie i się odstresujemy, a jutro pójdziemy do tego doktorka, który przyjrzy się bliznom i wszystko ogarnie.
– Dla ciebie to „wszystko” jest takie proste… – Julia westchnęła i przeniosła wzrok na mijane zabudowania.
– Staram się podnieść cię na duchu. Masz, schowaj. – Brudny oddał jej folię po bułce. Przełknął ostatni kęs. – Takie zabiegi to w dzisiejszych czasach normalka. Na stół chirurgów plastycznych ustawiają się kolejki chętnych. Zresztą głównie kobiet. Pomyśl o tym w ten sposób.
– Jakoś nie mogę…
– Będzie dobrze. – Brudny zerknął na nawigację. – Do celu zostało dwieście metrów. Uśmiechnij się.
Partnerka posłała mu nieco sztuczny uśmiech. Naprawdę się denerwowała i Brudny to widział. Próbował ją wspierać na różne sposoby, ale szło mu jak po grudzie, bo nigdy nie był dobry w te klocki. Z prostej przyczyny. Przez pierwsze osiemnaście lat życia w piekle sierocińca sióstr hieronimek nikt nigdy mu nie pomagał i z każdym problemem musiał radzić sobie sam, potem zaś zamknął się na świat i tej pomocy nie oczekiwał. Dopiero gdy w jego życiu pojawiła się Julia, coś w nim drgnęło. Pojawiły się emocje, trudna do zdefiniowania więź, której z początku nie rozumiał i długo zrozumieć nie potrafił. Z czasem partnerstwo na służbie przeobraziło się w przyjaźń, ta zaś wyewoluowała w coś więcej. Przy okazji jednego ze śledztw odkrył, że ma brata i bratanicę. Szczelny do tej pory mur zaczął pękać i kruszeć, a Igor Brudny uczył się życia na nowo.
Na tę myśl Julii zrobiło się cieplej na sercu. On naprawdę się starał.
– Dziękuję ci – powiedziała i raz jeszcze się uśmiechnęła, tym razem bardziej promiennie. – Dziękuję ci, że mnie tu zabrałeś i tak mocno mnie wspierasz.
– Nie ma za co – odparł, co w tej sytuacji zabrzmiało, jak zwykle u niego, koślawo. – Dotarliśmy na miejsce – dodał, zerkając na drewniany szyld na ścianie budynku. – Pokoje „U Babci Heli”. To chyba jest wjazd na podwórko…
– Też tak myślę.
Brudny skręcił kierownicę i powoli wjechał przez otwartą na oścież bramę. Zaparkował przy szopie, wyłączył silnik i spojrzał na Julię.
– Wysiadamy? – zapytał.
– Z cukru nie jesteśmy – odparła. – Najwyżej bagaże zabierzemy później. Marzę o tym, aby wziąć gorący prysznic i napić się kawy.
– Na trzy?
– Trzy.
Zawadzka otwarła drzwi w momencie, gdy rozległ się grzmot. Do drzwi niewielkiego budynku o spadzistym dachu dobiegła z prędkością błyskawicy. Zdążyła tylko zauważyć, że wygląda na taki, który stał tu jeszcze przed wojną. Po chwili doskoczył do niej Brudny, też cały mokry. Wtedy drzwi się otworzyły.
– Proszę, proszę – rzuciła starsza kobieta z grubym blond warkoczem. Upływający czas wymalował na jej twarzy trudy istnienia, ale w oczach wciąż zdawał się żarzyć młodzieńczy wigor. – Pogoda dziś pod psem albo i gorzej. Państwo z daleka, prawda? – zapytała, gdy weszli do sieni.
– Z Zielonej Góry.
– Oj, to rzeczywiście kawał drogi. Tu mogą państwo powiesić płaszcze. Kluczyk do pokoju zaraz dam, a jeśli państwo głodni, to mogę coś przygotować. Mam w lodówce świeżego dorsza.
– Bardzo dziękujemy. – Julia posłała kobiecie promienny uśmiech.
Wnętrze domu okazało się bardziej przestronne, niż mogłoby się wydawać. Tuż obok wyjścia z sieni znajdowała się lada, która w zamierzeniu miała być zapewne czymś w rodzaju recepcji. Udekorowano ją ręcznie dłubanymi figurkami kutrów i żaglowców, prawdziwymi muszlami i ozdobami z bursztynu. Na specjalnym obrotowym wieszaku prezentowały się widokówki, nie brakowało też breloczków do kluczy, magnesów, smyczy i innych dupereli nawiązujących do morza i samego Helu. Na parapecie stały kwiaty doniczkowe, a na ścianie wisiało kilka czarno-białych zdjęć oraz sporych rozmiarów koło sterowe.
– Pokój numer sześć. Największy i najlepszy. Taki nasz, no, prezydencki. W cenie zwykłego oczywiście – oznajmiła kobieta, wręczając dwa klucze z ciężkimi drewnianymi brelokami w kształcie ryby. – Proszę się rozgościć i odpocząć po podróży, a ja z największą przyjemnością upichcę dla państwa kolację. Mają państwo jakieś bagaże?
– W samochodzie. Weźmiemy później, bo strasznie leje i…
– Leje, nie leje, bagaże trzeba rozpakować. Zaraz zawołam syna i on je przyniesie. Chodź tu, jest robota! – krzyknęła, kierując twarz w stronę korytarza prowadzącego na piętro.
– Naprawdę nie trzeba. Chłopak zmoknie i…
– A niech zmoknie. Z cukru nie jest. I tak całe dnie nic nie robi, tylko tłucze w te przeklęte gry komputerowe. Z tego pieniędzy nie ma i nie będzie, choć on buja w obłokach i twierdzi, że będą. Ech…
– Dziękujemy bardzo.
– O sprawy formalne proszę się nie martwić. Załatwimy je później.
– Jeszcze raz bardzo dziękujemy.
– Gość w dom, Bóg w dom. O, jest syn.
– Igor…
Brudny, zajęty podziwianiem zdjęć starych rybaków przy sieciach, dopiero teraz wygrzebał z kieszeni kluczyki do samochodu. Wręczył je piegowatemu nastolatkowi o bujnej czuprynie i smętnych oczach. Ten się ukłonił i zniknął w sieni, oni zaś ruszyli po schodach na górę. Minutę później byli już w swoim pokoju, choć w istocie należałoby go nazwać apartamentem. Przestronny salon z widokiem na promenadę i morze cieszył oko drewnianym wykończeniem i meblami, które mogły uchodzić za takie z duszą. Ściany zdobiły obrazy olejne przedstawiające zachody słońca i rybaków na morzu, a na komodzie stała majestatyczna replika jakiegoś żaglowca.
Brudny rozsiadł się w miękkim fotelu i pozwolił partnerce dokonać obligatoryjnego rekonesansu. Pomyślał, że chętnie by teraz zrobił sobie drinka i zapalił papierosa. Niestety, na terenie obiektu był absolutny zakaz używania wyrobów tytoniowych.
– Spójrz, jaka urocza sypialnia. I ten zapach. – Julia zaciągnęła się wonią drewna. – Przyznaj się, kto ci podpowiadał, żeby wybrać akurat to miejsce.
– Było dwa razy tańsze od hotelowego. No i urzekł mnie głos Babci Heli – odparł, podnosząc się z fotela. Zajrzał do wnętrza i położył dłoń na biodrze partnerki. – Łóżko też mi wygląda na solidne – dodał, obierając kierunek na południe i wymownie zaciskając palce na pośladku.
– No rzeczywiście, wypadałoby je ochrzcić, ale… – Pocałowała go w policzek. – Najpierw kawa, kąpiel i bagaże. Potem będziesz mógł zrobić ze mną, co ci się tam żywnie podoba.
– Stoi.
– Już?
– Nie igraj z ogniem…
– Dobra już, koniec. Nastawiam kawę, a ty przypilnuj bagaży. Już mi się tu podoba.
Brudny odprowadził ją wzrokiem, a gdy wyjrzała za okno, za którym powoli zaczynało się przejaśniać, pomyślał, że drugiej takiej kobiety nie znajdzie nigdzie na świecie. I jeśli do tej pory nie miał w życiu celu poza łapaniem bandziorów, to teraz go ma, a ten wyjazd będzie okazją na nowe otwarcie.
Uśmiechnął się pod nosem zupełnie nieświadomy faktu, że już wkrótce wszystkie jego plany szlag trafi.
– Zatem widzimy się w piątek. I proszę się tym wszystkim nie stresować. Jest pani, nieskromnie mówiąc, w najlepszych rękach – oznajmił doktor Adrian Milewicz i wyciągnął dłoń w stronę Zawadzkiej. Julia uścisnęła ją, a po niej zrobił to Brudny.
– Do zobaczenia, doktorze.
– Do zobaczenia.
Droga na zewnątrz zajęła im chwilę. Prywatna klinika o chwytliwej nazwie „New Life” mieściła się w dwupiętrowym budynku, a łączna powierzchnia wszystkich pomieszczeń nie przekraczała trzech tysięcy metrów kwadratowych. Mimo że nieduża, od pierwszej wizyty mogła jednak budzić zachwyt. Włoskie marmury, hiszpańskie gresy, przezierne, podświetlane kwarcyty, akwaria z pływającymi w nich miniaturowymi rekinami, do tego fantazyjne rośliny i kwiaty w designerskich donicach, a na parkingu połyskujące świeżością cuda niemieckiej i włoskiej motoryzacji. Luksus widać było na każdym kroku. Tu leczyli się, a raczej tworzyli swój wizerunek wiecznie pięknych i młodych, najbogatsi Polacy i Polki.
– Powiesz mi w końcu, ile to nas będzie kosztowało? – zapytała Julia, raz jeszcze omiatając wzrokiem przeszklone wejście do kliniki.
– Nie.
– No Igor…
– Nie powiem.
– Ale ty jesteś uparty…
– To i tak nie ma żadnego znaczenia. Gdyby cena za twoje szczęście wyniosła dwa czy trzy razy tyle, to i tak jakoś bym tę kasę zdobył.
– Obrobiłbyś bank?
– Nie wiem. Może.
– Dobra, niech ci będzie. I tak kiedyś mi powiesz.
– Nie powiem.
– Powiesz.
– Wsiadaj, bo to ostatnie dni, kiedy będziesz mogła zjeść jak człowiek. Potem tylko jogurciki. Przez rurkę.
– Bardzo śmieszne.
– Dorsz czy halibut?
– Sola.
– No to sola.
Zjedli w przyportowej smażalni, a potem przespacerowali się po porcie. Listopadowe słońce powoli kryło się za dachami budynków, a wiatr stawał się coraz bardziej przenikliwy. Julia, wtulona w ramię partnera, w milczeniu obserwowała, jak kolejne kutry rybackie wracają z połowów. Warkot ich silników zagłuszał skrzek kołujących nad mostkami mew, które nieustannie próbowały pikować na pokład w poszukiwaniu co smaczniejszych kąsków. W dokach i hangarach przy kei robotnicy niespiesznie wyładowywali z kutrów morski urobek. Pachniało jodem i rybami.
Brudny i Zawadzka przysiedli na murku. Na horyzoncie majaczyły ramiona dźwigów gdańskiego portu, a bardziej na lewo migały czerwone światła obwodu królewieckiego. Igor wyjął paczkę papierosów i poczęstował partnerkę, ale ta odmówiła, zamiast tego upiła łyk napoju z aloesu.
– Zwariowany jest ten świat… – mruknęła, poprawiając kołnierz swetra.
– Co masz na myśli? – zapytał, osłaniając się połą płaszcza, aby przypalić papierosa.
– Te czerwone światła to już Rosja, mam rację?
– Nie wiem, chyba tak. Kaliningrad?
– Królewiec.
– Zwał, jak zwał. – Igor wypuścił dym, który uleciał z wiatrem.
– No to teraz pomyśl sobie, że my tu żyjemy sobie wolni jak ptaki, a tam… ile to może być stąd? Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt kilometrów…?
– Jakoś tak.
– No więc my tu sobie żyjemy jak pączki w maśle…
– Jak pączki w maśle?
– No wiesz, o co mi chodzi. Nikt nam nie narzuca, jak mamy żyć i w co wierzyć. Możemy mówić, gdy nam się coś nie podoba, głosować, na kogo chcemy, a jak trzeba, to wyjść na ulice protestować. A tam Putin trzyma ich wszystkich za mordę. Powiesz o jedno słowo za dużo i kolonia karna gdzieś na Syberii. Czyli pewna śmierć. Albo ni stąd, ni zowąd dostajesz wezwanie do wojska i z dnia na dzień lądujesz w okopie. Bo stary zgred ma kaprys, żeby zabrać trochę terytorium innego kraju. No i ludzie umierają zupełnie bez sensu, a ich żony i dzieci…
– Ich żony i dzieci tylko na to liczą. Za trupa dostają ponoć tyle, ile taki mężuś by nie zarobił przez kilka lat.
– Słyszałam o tym, ale wiesz, do czego dążę.
– Że mają tam przejebane.
– No, powiedzmy… zresztą dobra, nieważne.
Przez dłuższą chwilę milczeli, wpatrując się w horyzont. Po wodzie w ślimaczym tempie przesuwały się wielkie kontenerowce i rozświetlony prom. Do helskiego portu wracał ostatni w zasięgu wzroku kuter rybacki.
– Mamy jakieś plany na te kilka dni? – przerwała ciszę Julia.
– Mnie policyjna psycholog nakazała odpoczywać.
Julia prychnęła.
– Jakbyś kiedykolwiek się jej słuchał…
– Podobno jestem na granicy poczytalności i jest przeciwna mojemu powrotowi na ulicę.
– Kpisz sobie, prawda?
– Nigdy w życiu. Taką postawiła mi diagnozę i wyraźnie wyartykułowała, że ma zamiar porozmawiać o tym z Romkiem.
– W sumie to jej się nie dziwię. Dźgnąłeś się nożem rzeźnickim. To nie jest normalne.
– A czymże jest ta normalność?
– Na pewno nie polega na wbijaniu noża we własne ciało. Choćby w dobrej wierze.
Trudno było dyskutować z tym argumentem. Brudny zaciągnął się po raz ostatni i wyrzucił niedopałek do morza.
– Problem w tym, Julka, że trudno jednoznacznie ocenić, czym jest normalność. Sama przyznałaś, że tam… – wskazał na migające światła na horyzoncie – życie wygląda zupełnie inaczej. I w Rosji, czy tego chcemy, czy nie, to jest normalność, która u nas wydaje się upiorną abstrakcją. Dla wielu dzieciaków w sierocińcu życie pod batem Gwidony też było normalne. Bo nie znały innego.
– Coś w tym jest…
– Co nie znaczy, że rzeczywiście nie potrzebuję oddechu. – Brudny mocniej objął ramieniem partnerkę. – Cieszę się, że jestem tu z tobą. No i że się dogadaliśmy…
– Ja też.
Zawadzka wtuliła się w pierś partnera i przez dłuższą chwilę trwali tak w milczeniu, wpatrzeni w ciemniejący horyzont. Gdy płaszczem Brudnego szarpnął kolejny zimny podmuch, zeszli z murku i ruszyli w stronę miasta. Na promenadzie Julia wyjęła z kieszeni smartfon. Spojrzała na wyświetlacz.
– Chciałabym jeszcze zrobić krótką przebieżkę, więc jak chcesz, to idź do Heli i naszykuj dzbanek ciepłej herbaty – powiedziała. – Pomyślałam też, że przy okazji zajdę do lokalnej księgarni. Mijaliśmy ją, pamiętasz?
– Pamiętam.
– Na wystawce widziałam tu książki Ossowskiego, wiesz, tego, co pisze te popularne kryminały. Ostatnio wydał coś nowego, a to jedyny gość, którego książki naprawdę lubię.
– Nie znam.
– Ja za to miałam ostatnio dużo czasu na czytanie i naprawdę się wciągnęłam. Musisz spróbować, bo facet naprawdę ogarnia temat. Nie myli zatrzymania z aresztowaniem, trzyma się procedur, widać, że był na niejednej sekcji zwłok. Zresztą jest cholernie popularny. Wszyscy go czytają. Zwłaszcza tu, bo podobno mieszka gdzieś na Helu.
– Nie mam pojęcia, o kim mówisz, ale okej. Może się skuszę. Do później.
Pożegnali się i Zawadzka potruchtała wzdłuż promenady. Dobiegła do zachodniej kei, następnie zawróciła i skręciła w najbardziej obleganą uliczkę miasta, po sezonie prawie pustą, bo wszystkie pomniejsze knajpki i stragany już dawno zamknięto. Kilka otwartych restauracji też w większości świeciło pustkami, podobnie jak skryta w bocznej uliczce przytulna księgarenka. Julia, lekko dysząc, nacisnęła klamkę i przekroczyła próg. Rozległ się dzwonek sygnalizujący, że pojawił się nowy klient. W ostatniej chwili wzdrygnęła się, gdy w oknie wystawowym dostrzegła jakiś kształt. Obróciła się, ale postać zniknęła, jakby w jednej chwili wyparowała.
– Za bardzo się stresuję – mruknęła i pewniej wkroczyła do księgarni. Weszła pomiędzy półki, szukając interesującego ją tytułu. Kątem oka dostrzegła młodą brunetkę, która pojawiła się za ladą.
– Czy mogę jakoś pomóc? – zapytała dziewczyna. Na nogach miała czarne kozaki pod kolano, dżinsy z wysokim stanem, w które wcisnęła czarny T-shirt z logo jednej ze znanych i najczęściej podrabianych marek odzieżowych.
– Szukam najnowszej książki Ossowskiego.
– Nieobliczalny?
– Tak, właśnie. Autor pochodzi stąd, prawda?
– Tak. Nasza duma. Zapraszam do lady. Mam tu kilka sztuk i polecam każdemu klientowi. Kolejny jego świetny thriller.
Julia wychynęła zza regału w momencie, gdy za szybą wystawową znów mignął jej ten dziwny kształt. Powiodła za nim wzrokiem, ale zanim zdążyła się przyjrzeć, facet zniknął jej z oczu. Zastygła na chwilę, ale w końcu zignorowała go i podeszła do lady.
– Poproszę jeden egzemplarz. Rozumiem, że pani już po lekturze? – zapytała, wyjmując z nerki portfel.
– A jakże! Czytam wszystko, co wyjdzie spod jego pióra. I powiem pani, że uuu… – Westchnęła wyraźnie podekscytowana. – Co tam się dzieje, to…
– Dobrze, stop. Proszę nic nie mówić. Nie chcę nic wiedzieć. – Julia uśmiechnęła się lekko.
– Oczywiście. Nigdy bym pani niczego nie zaspojlerowała. Tylko… no zresztą proszę. – Wręczyła Zawadzkiej książkę. – Czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt. Cena okładkowa, bo to nowość, a my nie możemy dawać takich rabatów jak giganci branży. Ale gwarantuję, że warto.
– Nie wątpię. Dziękuję i do widzenia.
– Proszę wpaść, jak pani przeczyta. Chętnie porozmawiam o wrażeniach po lekturze.
– Będzie mi miło. Raz jeszcze dziękuję. Spokojnego wieczoru.
– Nawzajem.
Na zewnątrz było już całkiem ciemno. Pachniało rybami i szykowanymi kolacjami. Z kominów ulatniał się dym, a w tle dało się słyszeć szum uderzających o keje fal i pokrzykiwania pracowników portowych. Julia rozejrzała się po ciemnym zaułku i wyszła na oświetloną latarniami promenadę. Była prawie pusta, nie licząc spacerującego kilkanaście metrów dalej mężczyzny z psem i faceta siedzącego na ławeczce. Wzdrygnęła się, bo odniosła wrażenie, że to ten sam, którego widziała w odbiciu szyby wystawowej.
Mocniej zacisnęła palce na książce i ruszyła pewnym krokiem w jego stronę. Miał na sobie czarny płaszcz i beret, a w dłoni trzymał jakiś przedmiot. Gdy dostrzegła, że to książka, pomyślała, że się wygłupiła, i przechodząc obok, posłała mu zwyczajowy w takich sytuacjach uśmiech. Wtedy facet podniósł się z ławki.
– Komisarz Julia Zawadzka? – zapytał.
– Słucham? – Przystanęła zdziwiona.
– Pani przyjechała tu z nadkomisarzem Igorem Brudnym, mam rację?
– A kim pan jest?
– Kimś, kto ma do przekazania informację o czymś strasznym.
– Pan mnie chyba z kimś pomylił. Do widzenia.
– To nie są żarty…
Zawadzka przyspieszyła kroku, bo nie miała zamiaru dyskutować z jakimś obcym facetem. Kimkolwiek był. Ku jej zdumieniu mężczyzna potruchtał za nią.
– Widziałem, że była pani w księgarni i kupiła książkę Doriana Ossowskiego. To wyjątkowo podły…
– Już powiedziałam, że mnie pan z kimś pomylił – przerwała mu szorstko. – Nie wiem, kim pan jest i czego pan ode mnie chce, ale ostrzegam, że jeśli będzie mnie pan dalej nagabywał, to może się to dla pana źle skończyć.
– Pani może mnie nie znać, ale ja znam panią oraz pani partnera. To, co chcę powiedzieć, jest naprawdę ważne. Tylko wy możecie ukrócić ten koszmar i…
– Żegnam pana.
Julia odeszła w nadziei, że mężczyzna odpuści, i z ulgą przyjęła do wiadomości, że pozostał na miejscu. Zerknęła przez ramię dopiero pod drewnianym szyldem domu, w którym wynajmowali swój apartament. Mężczyzna stał jak słup soli i się na nią gapił.
Ciemną piwnicę ogrzewały oddechy pięciu postaci.
Siedziały skulone w niewielkich klatkach przypominających przenośne kojce dla psów, drżąc z zimna, nagie i brudne. Jedna z nich nieustannie szczękała zębami, inna cicho pochlipywała. Po ich bladych ciałach pełzały refleksy płomieni poustawianych na podłodze świec, a każdy ich ruch śledziło oko zamontowanej przy suficie kamery.
– Umrzemy tu – jęknęła oparta o kraty blondynka. Przez rozmazany makijaż trudno było ocenić jej wiek, ale szczupłe i jędrne ciało zdradzało, że we wnętrzu wciąż tli się młodzieńczy żar. Długie jasne włosy opadały jej na nogi podciągnięte do piersi. – Dlaczego nas tu trzyma? Czego od nas chce? – zapytała, chowając głowę w dłoniach.
– Ile razy jeszcze będziesz zadawać te durne pytania? – warknął siedzący w klatce obok mężczyzna. Sporą część jego kościstego ciała pokrywały tatuaże, a w dolnej wardze i prawej brwi połyskiwały kolczyki. – Każdy z nas wie tyle, co ty. Czyli nic.
– Ale przecież ja nic nie zrobiłam. Ja…
– Zamknij się już, bo…
– Ty się zamknij! – poniósł się szorstki głos z przeciwnej strony piwnicy. Należał do tęgiej kobiety z dorodnym biustem, którego grawitacja od lat nie oszczędzała. Kobieta uklękła na wyściełającym klatkę poplamionym materacu, a piersi zakołysały się jak boje na morzu. Chwyciła się krat. – To niedługo się skończy. Musi. Przecież nie będzie nas tu trzymał w nieskończoność.
Wytatuowany mężczyzna prychnął wyraźnie zdegustowany.
– No bo ty akurat wiesz najlepiej, co z nami zrobi – rzucił kpiąco. – Ta młoda ma rację. Zdechniemy tu. Jak nie z głodu, to przyjdzie po nas i zabije.
– Tego nie wiesz.
– A co niby z nami zrobi? Wypuści? – Mężczyzna zarechotał. – Nie może nas wypuścić, bo wie, że to zgłosimy, a wtedy pójdzie siedzieć. Zresztą widziałaś, jak wygląda. To jakiś psychol.
– Może to jakaś gra? Może właśnie dlatego nosi maskę?
– Taaa… gra. Na pewno gra.
– A ta kamera to niby po co? – Kobieta przeniosła wzrok na urządzenie. – Przecież po coś musi tu być.
– Obserwuje nas, i tyle. Pewnie dodatkowo się przy tym brandzluje. I ta jego maska…
Kobieta spojrzała na mężczyznę z niesmakiem.
– Na twoim miejscu uważałabym na słowa.
– Bo?
– Bo skoro nas podgląda, to pewnie też podsłuchuje.
– A ty skąd możesz to wiedzieć? Może jesteś z nim w zmowie? To nie ty jesteś tu z nas najdłużej?
– Głupiś, chłopaku. I życia nie znasz.
Kobieta pokręciła głową i z powrotem rozsiadła się na materacu. Oparła głowę o pręty i zamknęła oczy.
Przez nieokreślony czas wszyscy trwali w milczeniu. Zresztą czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Zlał się w ciąg nieregularnie podawanych posiłków i przerywanych koszmarami drzemek. Początkowe dyskusje mające na celu znalezienie jakiegoś sensownego wytłumaczenia sytuacji, w jakiej się znaleźli, z każdą kolejną godziną gasły, wstyd przed wypróżnieniem się do zardzewiałych wiader stłumiła natura, smród fekaliów nie budził już takiego wstrętu jak na początku. Wnętrze piwnicy wypełniły marazm i apatia, przerywane czasem bezcelowo rzuconym w eter pytaniem albo eksplozją płaczu jednej z trzech młodych dziewczyn, równie bezcelową. Najczęściej jednak piwnicę wypełniała cisza pozwalająca słyszeć syczenie płonących knotów, bicie własnego serca i upiorne odgłosy przemykających po podłodze szczurzych łapek. Tak jak teraz.
– Idzie – rzuciła półszeptem tęga kobieta, a w odpowiedzi piwnicę wypełniły szybsze oddechy jej młodszych współtowarzyszek niedoli. – Nie odzywajcie się, dopóki wam nie każe. Jest na tym punkcie bardzo czuły.
Dwie z kobiet wycofały się rakiem w rogi klatek, trzecia zaczęła wydawać z siebie nieokreślone dźwięki, mężczyzna przekręcił się na materacu. Wtedy popiskiwania szczurów się nasiliły, a zaraz po nich do uszu więzionych dotarły odgłosy ciężkich kroków. Szczęknął zamek stalowych drzwi. Jeden, drugi. Rygiel. Drzwi otwarły się z paskudnym skrzypnięciem, a chwilę później do środka weszła postać w płaszczu do ziemi. Na głowie miała pokraczną maskę imitującą pomarszczonego starucha i perukę wzorowaną na tych noszonych przez elity epoki oświecenia. W rękach trzymała wiadro.
Stanęła w rozkroku i zlustrowała każdą z klatek. W otworach na oczy wyraźnie połyskiwały jej ciemne tęczówki, a z tego na usta w rytm oddechów pojawiał się i znikał obłoczek pary.
– Mmm… – mruknęła postać w masce i niespiesznie ruszyła w stronę klatek.
Przez kolejne kilkadziesiąt sekund człapała od kojca do kojca. Przy każdym przystawała na chwilę, oceniała sytuację i wyjmowała z wiadra sporych rozmiarów surową rybę, którą następnie wrzucała do środka. Przy przedostatnim zatrzymała się na dłużej. W nim siedział wytatuowany mężczyzna, który agresywnym spojrzeniem najwyraźniej próbował rzucić jej wyzwanie. Postać w masce przez chwilę stała i patrzyła, w końcu włożyła odzianą w skórzaną rękawiczkę dłoń do wiadra i wyjęła z niej kolejnego dorsza. Bez słowa wrzuciła go do klatki i obróciła się w kierunku ostatniego kojca. Nagle zastygła w bezruchu.
– Mam to zjeść? – warknął wytatuowany facet. – Przecież ta ryba jest surowa. To jakaś kpina. Najpierw główka sałaty, a teraz surowy dorsz?
Zamaskowana postać pomału się odwróciła i przykucnęła przy prętach klatki. Przekręciła głowę, a jej tęczówki błysnęły w świetle najbliższej dopalającej się świecy. Przez dłuższą chwilę w milczeniu wpatrywała się w wytatuowanego mężczyznę, a gdy ten agresywnie chwycił stalowe szczeble kojca i już miał otworzyć usta, aby wypluć morze bluzgów, gwałtownie chwyciła jeden z przegubów i wyszarpnęła rękę chudzielca na zewnątrz.
– Puszczaj, pojebie! Puszczaj, bo…
Mężczyzna nie dokończył, bo usłyszał chrupnięcie, a chwilę później jego ciałem wstrząsnął gwałtowny paroksyzm bólu. Zanim się zorientował, paliczek jego środkowego palca odpadł od reszty ciała.
Zamaskowana postać puściła rękę i w akompaniamencie wrzasków ofiary schowała cęgi do kieszeni płaszcza. Sięgnęła po rybę i z powrotem wrzuciła ją do wiadra, a w klatce wylądował fragment odciętego palca. Postać zaśmiała się pod nosem, wpatrując się w wijącego się z bólu mężczyznę, po czym nie reagując na jego wrzaski, niespiesznie odwróciła się w stronę ostatniej klatki. Odstawiła wiadro. Wbiła wzrok w struchlałą blondynkę. Zapukała w pręty.
– Proszę, nie… – jęknęła dziewczyna.
– Dziś twój wielki dzień – szepnęła.
– Nie, nie, błagam, nie…
Zgrzytnięcie zamka utonęło we wrzaskach rannego mężczyzny. Wtedy postać w masce wyjęła z kieszeni płaszcza obrożę i smycz. Przerażona blondynka nie oponowała. Chwilę później przypięta jak pies człapała na czworakach za postacią w masce.
Przez kolejne dwa dni Julia z Igorem korzystali z czasu wolnego. Pogoda ich nie rozpieszczała, bo od północy dmuchało, jakby zbliżało się kolejne zlodowacenie, ale przynajmniej nie padało, w związku z czym wypożyczyli rowery i pozwiedzali okoliczne bunkry, którymi Hel był usiany jak front wojenny lejami po bombach. W kilku miejscach musieli zmienić trasę, bo znienacka, czasem na środku ścieżki, wyrastały im przed nosem płoty odgradzające tereny ogólnodostępne od wojskowych. Kilka godzin spędzili też, spacerując po północnej stronie półwyspu, gdzie znajdowały się szerokie, urokliwe plaże. O tej porze można było iść godzinami, nie napotykając żywego ducha. To właśnie w tych momentach Julię mocniej gryzło sumienie.
– Chyba mocno się denerwujesz tym zabiegiem… – rzucił Brudny.
– Nie aż tak bardzo – odparła.
– Przecież widzę, że coś jest nie tak. Powiesz mi w końcu, o co chodzi?
Julia zdawała sobie sprawę, że długo nie utrzyma w tajemnicy spotkania z tamtym dziwnym mężczyzną. Igor był jak wykrywacz kłamstw i z początku myślała nawet, aby o wszystkim mu opowiedzieć, ale ostatecznie podjęła inną decyzję. Znała go wystarczająco dobrze, aby podejrzewać, że tak tego nie zostawi. Pół biedy, gdyby postanowił wyjść i faceta przegonić. Wtedy nawet by się ucieszyła. Obawiała się jednak, że takie spotkanie może przynieść odwrotny skutek, a Igor znów wdepnie w jakieś gówno. W końcu tamten dziwny typek ewidentnie chciał ich w coś wmieszać, samo zaś wspomnienie Ossowskiego, co gorsza w jakimś mało przyjemnym kontekście, sprawiło, że rzuciła książkę na półkę i do tej pory po nią nie sięgnęła.
Późnym popołudniem odstawili rowery do wypożyczalni i wygłodniali pomaszerowali w okolice portu. To tam rybacy każdego dnia dostarczali świeże ryby, z których lokalne gospodynie wyczarowywały kulinarne cuda. Tego wieczoru promenada oraz doki były jednak kompletnie wyludnione. Nawet jeśli o tej porze roku nigdy tłumów tu nie było, tak teraz między budynkami tylko hulał wiatr.
– Gdzie oni wszyscy się podziali? – zapytała, gdy przechodzili obok kolejnych zacumowanych kutrów. Tuż przed zmierzchem rybacy zwykle kręcili się po dokach, szykując łajby do porannego wypłynięcia w morze.
Igor nie odpowiedział, uznając, że to pytanie rzucone w przestrzeń. Zawsze wychodził z założenia, że im mniej ludzi, tym lepiej.
– Nawet knajpy są pozamykane. Nie uważasz, że to dziwne?
– Może jest jakiś ważny mecz? Coś tam słyszałem w telewizji, że gra reprezentacja i… zresztą, czy to ważne?
– W sumie nie.
– Jak nie znajdziemy niczego do jedzenia po drodze, to zjemy u Heli. Trzeba przyznać, że ma talent do kucharzenia.
– Ano ma.
Na zachodnim krańcu portu natknęli się na jedną otwartą smażalnię, więc postanowili wejść do środka. Wnętrze było dość surowe i bardziej przypominało peerelowskie jadłodajnie niż lokal gastronomiczny. Unoszący się zapach również przywodził na myśl czasy słusznie minione. Z kilkunastu stolików zajęte były zaledwie dwa. Usiedli przy tym najbliżej okna.
Puszysta kelnerka o piegowatej i rumianej twarzy zmaterializowała się zaraz po tym, jak odwiesili kurtki. Wręczyła im kartkę z daniami, która miała robić za menu.
– Dzień dobry. Coś do picia dla państwa? – zapytała, szczerze się uśmiechając.
– Macie może zimową herbatę?
– Mamy.
– To poproszę. A dla ciebie, Igor?
– Piwo.
Kelnerka dygnęła i odeszła, a oni skupili się na liście dostępnych dań. Składała się głównie z ryb. Wędzonych, pieczonych, smażonych, wszelakich. Kilka pozycji zostało wykreślonych z menu, w tym halibut i flądra, w związku z czym zgodnie uznali, że uraczą się smażonym dorszem z purée ziemniaczanym i kiszoną kapustą.
Wymienili kilka uwag dotyczących ich ostatniej wyprawy po bunkrach, ale zanim zdążyli rozgadać się na dobre, zamilkli. To jedno słowo usłyszane ze stolika, przy którym siedziało dwóch mężczyzn w średnim wieku, sprawiło, że serce Julii zabiło szybciej.
Trup.
– Tomeczek mówił, że podobno miała wydłubane oczy, a w bebechach roiło się od robactwa. No mówię ci, gruba sprawa. Od czasów Samborowej czegoś takiego u nas nie było.
– Myślisz, że to on?
– A kto inny? Dopiero co wyszedł z pierdla.
– Widziałem go ostatnio. To już stary człowiek…
– Stary, ale jary. Widziałeś jego łapy?
Mężczyzna z siwą brodą podrapał się po policzku i sięgnął po kufel.
– No nie wiem… – Wychylił do dna. – Może to on, a może nie. W każdym razie na moje, to Buchenwald nie byłby takim idiotą. I to jeszcze we wraku? – Pokręcił głową i odstawił kufel. – Masz kontakt z Marusarzem?
– Dzwoniłem, ale mnie odbijał.
– W sumie mu się nie dziwię. Pewnie ma roboty po kokardy.
– Na bank.
Mężczyźni zmienili temat na zbliżający się mecz reprezentacji, który pozwalał przedłużyć szanse awansu Polski na mistrzostwa świata. Z rozmowy wynikało, że miał zostać rozegrany dziś wieczorem. Najwyraźniej to jednak nie mecz wyludnił ulice miasta. Julia poczuła suchość w gardle i automatycznie przełknęła ślinę.
– Dziwnie się zachowujesz – rzucił Igor półgębkiem. – Dobrze się czujesz?
– Tak, dobrze, ale… – Zamilkła i przeniosła wzrok na zacumowane przy kei kutry rybackie. Nie musiał powtarzać pytania, aby zrozumiała, że tym razem nie odpuści. Zebrała się w sobie. Z powrotem spojrzała partnerowi w oczy. – W tamten wieczór, kiedy poszłam pobiegać, zaczepił mnie jakiś dziwny facet. Wiedział, jak się nazywam i że przyjechałam tu z tobą.
– Czego chciał? – Brudny nie zmienił tonu.
– W sumie to nie wiem. Chciał przekazać jakąś informację o – ułożyła palce w cudzysłów – strasznych rzeczach. Powiedział też, że to ważne i… – westchnęła ciężko – tylko my możemy ukrócić ten koszmar.
Brudnemu drgnęła powieka, ale zachował kamienny wyraz twarzy. Julia pomyślała, że nawaliła. Dopiero co się zeszli, a ona już próbowała ukrywać przed nim niewygodne fakty.
– Przedstawił się? – zapytał, jakby w ogóle go to nie ruszyło.
– Nie.
– Powiedział coś jeszcze?
Julia zamknęła oczy i przytaknęła.
– Wspomniał coś o Ossowskim. Tym pisarzu, o którym ci mówiłam i którego książkę kupiłam.
– Co konkretnie?
– Powiedział, że… – Nerwowo odgarnęła włosy. – Zresztą czy to ważne? Po co w ogóle o tym gadamy?
– Widzę, że to cię męczy. To zaś oznacza, że facet osiągnął swój cel. Wyprowadził cię z równowagi.
– Nie wyprowadził mnie z równowagi, tylko… ech… zostawmy to może, okej? To był jakiś dziwak, i tyle.
– Julia… – Brudny nakrył jej dłoń własną. – Powiedz mi, co ten facet powiedział ci o Ossowskim.
Pomyślała, że wpadła jak śliwka w kompot. A Igor nie ustąpi. Zdrobnienia jej imienia nie używał tylko wtedy, gdy sprawa zaczynała się robić poważna.
Westchnęła.
– Powiedział, że to podły gość. Wtedy mu przerwałam. – Odchrząknęła. – I przepraszam, że nic ci nie powiedziałam. Nie chciałam, abyś tam poszedł i zaczął z nim gadać, bo facet miał w sobie coś upiornego. A w ostatnim czasie wystarczy mi upiornych rzeczy. Bałam się, że jeszcze zainteresujesz się sprawą i znów wdepniesz w jakieś bagno. Ty masz to… – zaśmiała się ironicznie – kurwa, w genach.
Teraz to Brudny zarechotał, ale uśmiech szybko zgasł mu na ustach.
– Powinnaś mi powiedzieć, ale wiesz co? – zapytał. – Jebać go. I tamtych też. Nawet tego trupa. Jesteśmy tu tylko po to, żebyś przeszła ten zabieg. Za dwa dni chirurg usunie blizny, a potem wracamy do domu. Pasuje?
Zawadzka pokiwała głową z wyraźną ulgą. W tym samym momencie przy stoliku pojawiła się kelnerka. Postawiła na blacie herbatę i piwo, po czym przyjęła zamówienie. Tego wieczoru Igor i Julia nie rozmawiali już ani o dziwnym facecie, ani o odkrytym we wraku trupie. Zjedli, poszli do apartamentu, pokochali się i obejrzeli film. Nie mieli pojęcia, że ich usilne próby ucieczki od tematu od początku są skazane na niepowodzenie.
Sambor Buchenwald był mężczyzną doświadczonym przez życie. Mało mówił, bo wolał gesty niż słowa, a poza tym dziś mało kto się do niego odzywał. Język w gębie co prawda miał, ale używał go oszczędnie i tylko w bezpośrednim kontakcie ze swoją żoną, której już nie było, Anną Buchenwald z domu Depka, której pamięć pielęgnował, a którą poślubił przed obliczem Boga czterdzieści dwa lata wcześniej w gotyckim Kościele Świętych Piotra i Pawła w Pucku, gdy jego twarz nie była jeszcze tak strzaskana słońcem i przeżarta solą oraz wiatrem z północy, a inne kobiety patrzyły na jego obrączkę z zazdrością, bo silne dłonie zawsze się kobietom podobają, tak jak niebieskie oczy, krzepkie ramiona i żyły na rękach, te miał do tej pory. To, nad czym ubolewał najbardziej, to fakt, że rzadko też rozmawiał z córką Wandą, bo ona nigdy nie chciała go słuchać, buntowała się, powtarzając, że pragnie żyć po swojemu, a to „swojemu” było naiwne i głupie, tylko imprezy i hulaj dusza, piekła nie ma, ale weź tu wytłumacz niepokornej dziewczynie, co to jej hormony w ciele diabelskie tańce grają, że życie to nie bajka i trzeba się napracować, żeby mieć na chleb, bo ten z nieba nie spadnie, choć w Biblii podobno spadł, manna z nieba czy jakoś tak, Sambor nie do końca pamiętał.
Wanda życia nie znała i bardzo go to wtedy martwiło, bo on życie znał i nabrał do niego pokory. Jego poorana głębokimi bruzdami twarz codziennie mu o tym przypominała, gdy tylko spojrzał w lustro, a spoglądał codziennie, bo golił się regularnie, smarując te bruzdy mydłem rozprowadzanym pędzlem z sierści borsuka, a potem już pianką, ostatnio firmy Gillette.
– Ty masz w ogóle jakieś plany na przyszłość? Poza tymi łubu-dubu i świeceniem gołą dupą? – zapytał Wandę lata temu, w nerwach, gdy po kolejnym lichym połowie natknął się w łazience na malującą się przed lustrem córkę. Na wcześniej zadane pytania dotyczące miejsca, do którego się wybierała, i godziny powrotu do domu, nawet nie raczyła zareagować. Ten obraz pojawiał się w jego głowie każdego dnia od dwudziestu lat.
– Mamo! – krzyknęła oburzona.
– Jakie „mamo”? Popatrz na siebie. Ta sukienka ledwo ci pośladki zakrywa!
– Nie znasz się! I daj mi spokój! Jestem dorosła!
– Ale wciąż mieszkasz w moim domu!
– Już niedługo. Wychodzę!
Ręka go zaświerzbiła, ale w ostatniej chwili się powstrzymał, a córka, posławszy mu pogardliwe spojrzenie, przemknęła obok i zarzuciwszy na ramię połyskującą torebkę, na którą nie miał pojęcia, skąd wzięła pieniądze, wyszła z domu. Rozmowa z żoną niewiele pomogła, bo ta trzymała stronę Wandy.
– Z młodością nie wygrasz. Nie pamiętasz, jacy byliśmy w jej wieku? – próbowała uspokoić skołatane nerwy męża Anna.
– Kiedyś to były inne czasy – skwitował.
– Też byłeś łobuzem, a i ja do aniołków nie należałam. Wandzi w końcu minie. Poza tym ma już dwadzieścia lat. Jest kobietą. Nie możesz jej traktować jak małej dziewczynki.
– Tylko że ja w ogóle nie potrafię się z nią porozumieć…
– Uczy się dobrze. W wakacje dorabia. A dziś taka moda. Nie możemy mówić jej, jak ma się ubierać, a tym bardziej trzymać jej pod kloszem.
– To się kiedyś źle skończy. Wspomnisz moje słowa.
Mijały miesiące, a Wandzi nie przechodziło. Co gorsza, w jego ocenie sprawy szły w coraz mniej przewidywalnym kierunku. Co prawda egzaminy na studiach zaliczała regularnie, ale trudno mu było udawać, że nie słyszy plotek o tym, że córka prowadzi się nieobyczajnie. Hel był małą mieściną, w której sąsiedzi wiedzieli o sobie wszystko. Fakt, że studiowała, a za co za tym idzie, większość czasu spędzała w Gdańsku, niczego w tej kwestii nie zmieniał, bo dokładnie taki sam kierunek edukacji obrała większość jej rówieśników z sąsiedztwa, a do tego letnie powroty do domu naznaczone były szaleństwami w towarzystwie nowobogackiej młodzieży, która Półwysep Helski upodobała sobie jako mekkę sportów wodnych i nieustanną imprezownię w jednym. Pogłoski o tym, co dzieje się na kempingach w Chałupach, urastały do legend, o których wolał nawet nie myśleć.
– Nie wierz, tato, w to, co powtarzają te głupie kwoki – tłumaczyła mu córka. – Owszem, czasem rozpalimy ognisko, wypijemy piwko czy dwa, ale nikt tam nie urządza dzikich orgii.
– A ta plaża nudystów?
– No jest, ale to frajda dla turystów. Ja tam nie chodzę.
A potem stało się to, co się stało. Wandzia po raz kolejny nie wróciła do domu. Co prawda stosunkowo często sobotnią noc kończyła u przyjaciółki we Władysławowie, aby dzień później jechać już do gdańskiego akademika na kolejny tydzień zajęć, ale Sambor nie potrafił się do tego przyzwyczaić. Jego obawy miały silne podstawy, bo natura obdarowała Wandzię nieprzeciętną urodą, po matce rzecz jasna, bo Anna w niczym jej nie ustępowała. Blond włosy do pasa, wielkie szmaragdy zamiast oczu, figura modelki. Była jego skarbem i kochał ją nad życie, dlatego pragnął, aby córka w końcu zmądrzała i nie kusiła losu, zwłaszcza że w telewizji coraz częściej słyszało się o zaginięciach bądź porwaniach młodych kobiet. Trójmiejski półświatek specjalizował się w handlu żywym towarem, a kolejni gangsterzy nawet specjalnie się z tym nie kryli, bo policję mieli w kieszeni. W Gdańsku, Sopocie i Gdyni kluby nocne wyrastały jak grzyby po deszczu i pomimo plotek o tych wszystkich bezeceństwach, które się tam działy, funkcjonowały jawnie i bez problemów. To nieustannie spędzało mu sen z powiek, ale nie umiał znaleźć wspólnego języka z córką ani antidotum na swoje lęki. Uważał, że jest stary i bezużyteczny, choć dopiero nieśmiało zbliżał się do pięćdziesiątki.
Dziś Sambor Buchenwald czuł się jak trup.
Mimo to chwycił kościstymi palcami sieci i zaczął je zwijać, od czasu do czasu wyjmując spomiędzy oczek jakiegoś skorupiaka albo kiść morskich glonów, które następnie wyrzucał do wody. Wymagało to sporej krzepy, ale jego sześćdziesięcioośmioletnie ciało wciąż nie ulegało pokusie zakolegowania się z jakimś nowotworem albo innym choróbskiem, może dlatego, że w trupa nie było już sensu inwestować, tak to sobie czasem tłumaczył. W kąciku ust wisiał mu papieros, a nad głową skrzeczały mewy.
– Głupie – mruknął pod nosem, bo przecież połów był nieudany, sieci puste, a ptaszyska i tak latały mu nad głową, jakby te były pełne.
Zaciągnął się, bo naszła go refleksja, że w ogóle niepotrzebnie otworzył usta. Marnotrawstwo, pomyślał. Czcze gadanie, które nic nie zmieni. Zaciągnął się po raz ostatni, wyrzucił niedopałek za burtę i dalej zaczął zwijać sieci. Gdy kończył, dostrzegł w doku policyjny radiowóz. Wysiadło z niego dwóch nieumundurowanych policjantów. Jednego z nich znał aż za dobrze.
Odłożył sieci w kąt i zapalił kolejnego papierosa. Sięgnął po puszkę Coca-Coli. Wypił na raz i zgniótł ją w palcach, jakby była zrobiona z papieru. Splunął, gdy mężczyźni stanęli przy burcie.
– Złaź tu, Buchenwald – rzucił szorstko ten starszy. Miał na sobie dżinsy i taktyczną kurtkę. Na głowie nosił czapkę z daszkiem. – I pospiesz się, bo nie będę tu marzł do usranej śmierci – dodał, nie dostrzegłszy spodziewanej reakcji.
– Czego chcesz? – warknął Sambor.
– Nie ty tu będziesz zadawał pytania.
– To spierdalaj.
– Sam tego chciałeś.
Kuter delikatnie się zabujał, gdy mężczyźni weszli na pokład. Mewy zerwały się z relingów i odfrunęły na zacumowaną obok łajbę. Powiał zimny wiatr.
– Dawaj łapy. Jesteś zatrzymany do wyjaśnień – oznajmił policjant.
Sambor splunął mu pod nogi, bo uznał, że i tak powiedział już zdecydowanie za dużo. Policjant westchnął i chwycił rybaka za ramię, następnie kilkoma szybkimi ruchami wykręcił mu ręce i założył na nadgarstki kajdanki.
– Jeśli to ty, to pożegnaj się z morzem. Już nigdy więcej go na oczy nie zobaczysz – syknął starszy stopniem do ucha rybaka, a potem razem z młodszym kompanem chwycili go za ramiona i w akompaniamencie skrzeczenia mew wyprowadzili na keję.
Kiedy pakowali go do radiowozu, na północy znów zebrały się czarne chmury. Tej nocy morze znów miało być niespokojne.
Brudny stał przed wejściem do budynku i palił papierosa. Przyglądał się spacerującym ludziom i latającym mewom. Te ostatnie darły się jak zwykle, ale zachowanie mieszkańców wyraźnie odstawało od normy. Z ich rozmów biła niezdrowa ekscytacja, a niemal każda dotyczyła znalezionej w pobliskim wraku dziewczyny. I czy tego chciał, czy nie, jeśli chciał zapalić i nie oddalać się od swojego pokoju, musiał ich słuchać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
