Markiz - Przemysław Piotrowski - ebook
NOWOŚĆ

Markiz ebook

Przemysław Piotrowski

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

405 osób interesuje się tą książką

Opis

GDY POTWÓR NOSI MASKĘ…

Igor Brudny i Julia Zawadzka wyjeżdżają na Hel, żeby odetchnąć i rozpocząć wszystko od nowa. Nie podejrzewają, że na horyzoncie już zbierają się ciemne chmury.

Niedługo po ich przyjeździe we wraku jednego z polskich okrętów policja odkrywa zwłoki młodej kobiety. W dodatku zarówno Brudnego, jak i Zawadzką zaczepia tajemniczy mężczyzna, który chce opowiedzieć im o rozgrywającym się na półwyspie koszmarze. Obydwoje postanawiają zostawić śledztwo trójmiejskiej komendzie.

Szybko okazuje się, że morderca ma inne plany. W makabryczny sposób wciąga Brudnego do swojej chorej gry. Nadchodzi sztorm i nie wiadomo, czy ktokolwiek utrzyma się na powierzchni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 321

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Iwo­nie Szan­tyko-Pta­szek, mojej cudow­nej polo­ni­stce z pod­sta­wówki, która już wtedy powta­rzała, że kie­dyś zostanę pisa­rzem

Prolog

Zacu­mo­wany przy kei wie­kowy kuter rybacki bujał się smęt­nie, skrzy­piąc i jęcząc jak umie­ra­jący sta­rzec. Rybi zapach przy­cią­gał mewy, które spa­ce­ro­wały po relin­gach i pokła­dzie w poszu­ki­wa­niu sma­ko­wi­tych kąsków z ostat­niego połowu. Z lewej burty zwi­sały wysłu­żone sieci, a kro­ple desz­czu bęb­niły o drew­niane deski.

Postawny męż­czy­zna odwró­cił się, odchy­lił połę płasz­cza prze­ciw­desz­czo­wego i zgiął kark, aby uchro­nić się przed wia­trem i móc zapa­lić papie­rosa. Zacią­gnął się głę­boko i wypu­ścił dym, który porwał soczy­sty podmuch. Pocią­gnął nosem, odchark­nął i splu­nął na wybe­to­no­waną keję. Popa­trzył w niebo. Sta­lowe chmury wciąż wisiały nad por­tem, ale nad hory­zon­tem, niczym świe­tli­ste włócz­nie samego Posej­dona, prze­bi­jały się pierw­sze pro­mie­nie słońca. Popra­wił zerwany z głowy kap­tur i przy­trzy­mu­jąc go jedną dło­nią, ruszył w kie­runku zacu­mo­wa­nej łodzi.

– Uda­nego połowu! – poniósł się zgrzy­tliwy krzyk Macieja, powy­krę­ca­nego reu­ma­ty­zmem wia­rusa, uczci­wego rybaka i przy­ja­ciela od wódki i bry­dża, który na pokła­dzie wła­snej łajby szy­ko­wał sieci.

Męż­czy­zna uniósł rękę i odmach­nął. Ze wschod­niej czę­ści portu dotarł war­kot uru­cha­mia­nego sil­nika innego kutra. Kolejny podmuch wia­tru spra­wił, że moc­niej przy­trzy­mał nacią­gnięty na głowę kap­tur. Zgar­biony pod­szedł do swo­jej łajby i chwy­cił się burty. Pogo­nił buszu­jące na łodzi mewy i wszedł na pokład, o mało nie wywra­ca­jąc się na rybich fla­kach. Przed upad­kiem uchro­nił się w ostat­niej chwili, łapiąc za reling.

– Jakim, kurwa, cudem… – mruk­nął, bo prze­cież nie powinno ich tu być. Zawsze sprzą­tał pokład po powro­cie z połowu i nie zosta­wiał na zewnątrz ani jed­nej ryby. Może coś mu umknęło, a ptaki dobrały się do resz­tek?

Powiódł wzro­kiem po ską­pa­nych w desz­czu wstę­gach czer­wieni, wciąż trzy­ma­jąc jedną dło­nią kap­tur. Krok dalej deski pokładu zdo­biły wnętrz­no­ści, które nijak nie przy­po­mi­nały rybich. Prze­go­nił kilka kolej­nych mew usil­nie szar­pią­cych długi i zakrę­cony frag­ment poły­sku­ją­cej tkanki, jako żywo przy­po­mi­na­jący jelito. Odfru­nęły, skrze­cząc z nie­za­do­wo­le­nia, i przy­sia­dły na relingu, aby po chwili sfru­nąć nieco dalej, gdzie znaj­do­wał się czę­ściowo roz­dzio­bany kawał krwa­wej mia­zgi.

Rybak przy­kuc­nął, a z oddali poniósł się grzmot sygnału wypły­wa­ją­cego z portu tan­kowca. Wło­żył palec w tkankę, z któ­rej wysu­nął się skra­wek nie­prze­tra­wio­nej pizzy.

– Boże… – jęk­nął, pusz­cza­jąc kap­tur, wtedy kolejny podmuch zerwał mu nakry­cie głowy, w pełni uka­zu­jąc widok tego, co znaj­do­wało się na rufie. – Nie, nie, nie…

Łodzią zaczęło koły­sać jak pod­czas sztormu. Obraz się roz­mył, pot zalał mu oczy, męż­czy­zna pośli­zgnął się i runął na pokład jak długi. Zapa­dła ciem­ność, a gdy uniósł powieki, dostrzegł zaro­śniętą i wyjąt­kowo szpetną gębę współ­więź­nia.

– Obudź się, bra­chu. Już czas – usły­szał chra­pliwy głos męż­czy­zny, który potrzą­sał nim ener­gicz­nie. – Chyba nie chcesz tu leżeć kolejne dwa­dzie­ścia lat, co?

– Rusz dupę! – Ten głos też znał. Aż za dobrze. Szef straż­ni­ków wię­zie­nia w Sztu­mie był wyjąt­ko­wym skur­wy­sy­nem.

Męż­czy­zna pode­rwał się z pod­łogi, na którą runął z łóżka, śniąc swój odwieczny kosz­mar. Wytarł pot z czoła, wyprę­żył się jak struna i wydął dolną wargę.

– Nie napi­naj się tak – rzu­cił mun­du­rowy, któ­rego więź­nio­wie nazy­wali Carem. – To, że odje­ba­łeś swoje, nie zna­czy, że wkrótce się nie zoba­czymy. Mnie się wydaje, że prę­dzej niż póź­niej, mam rację? – dodał, szcze­rząc się w zło­śli­wym uśmie­chu.

Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział. Chwy­cił przy­go­to­wany wcze­śniej lniany tobo­łek, ski­nął towa­rzy­szowi nie­doli i dum­nym kro­kiem ruszył w kie­runku otwar­tych drzwi celi. Mija­jąc Cara, pomy­ślał, że jak rzadko się z nim zga­dzał, tak tym razem chuj jeden może mieć rację. Pomy­ślał też, że cze­kał na ten moment dłu­gie dwa­dzie­ścia lat. I tym razem zrobi to, co powi­nien był zro­bić, gdy jego życie miało jesz­cze jakiś sens.

Rozdział 1

Kro­ple desz­czu tłu­kły w karo­se­rię, a koro­nami drzew tar­gał pół­nocny wiatr. Nowe wycie­raczki nie nadą­żały zbie­rać wody, ale wykle­pany przez bla­cha­rza Patrol zda­wał się tym spe­cjal­nie nie przej­mo­wać. Dopiero gdy na szybę spa­dła igla­sta gałązka, kie­rowca zje­chał na pobo­cze.

– Wycią­gnij mi bułkę, bo zgłod­nia­łem – powie­dział i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wysiadł z pojazdu. Szyb­kim ruchem wyrwał zaha­czoną o rant maski gałązkę i wyrzu­cił ją w las. Gdy wró­cił, cały skrzył się od kro­pel wody. – Dzięki – rzu­cił, odbie­ra­jąc czę­ściowo zafo­lio­waną kaj­zerkę z szynką, serem i ogór­kiem kiszo­nym. Zer­k­nął w lusterko boczne, wgry­za­jąc się w bułkę. – Robisz naj­lep­sze buły na świe­cie – dodał i ruszył z miej­sca.

– Nie tylko w tym jestem taka dobra – odparła pasa­żerka.

– Wiem.

Nad­ko­mi­sarz Igor Brudny wci­snął moc­niej pedał gazu, błoto try­snęło spod opon i chwilę póź­niej Patrol znów był na asfal­tówce. Zie­lona tabliczka z napi­sem „Hel” potwier­dziła, że nie pozo­stało im wiele drogi do celu.

– Jak tu jest tak codzien­nie, to o roman­tycz­nych zacho­dach słońca chyba możemy zapo­mnieć – rzu­ciła komi­sarz Julia Zawadzka, wzdy­cha­jąc.

– Nie po to tu przy­je­cha­li­śmy – odparł Brudny, mie­ląc w ustach kolejny kęs.

– Ale miło by było. Ty zawsze musisz być taki… taki…

– Sorry. Nie tak to miało zabrzmieć.

– Dobra już. Nie­ważne.

– No wła­śnie ważne. Prze­pro­si­łem. Wiesz, że cza­sem potra­fię pal­nąć…

Zawadzka unio­sła brwi i zaci­snęła usta w linię, co można było odczy­tać jako pełną zgodę, choć pod­szytą nutką iro­nii co do tre­ści ostat­nich słów part­nera. Igor w isto­cie czę­sto naj­pierw robił, a potem myślał. Zupeł­nie odwrot­nie niż na służ­bie, choć i wtedy zda­rzało mu się dzia­łać w spo­sób, który więk­szość prze­ło­żo­nych w naj­lep­szym wypadku trak­to­wała jako nie­po­trzebną samo­wolkę. Rato­wały go intu­icja, instynkt i wyniki. Po spo­tka­niu z Brud­nym każdy złol prę­dzej czy póź­niej tra­fiał do wię­zie­nia. Albo do pia­chu.

– Tro­chę się tym wszyst­kim stre­suję. – Julia zmie­niła temat.

– Popatrz na to jak na kolejną robotę, którą trzeba wyko­nać. Tylko że teraz po pro­stu sobie zaśniesz, a gdy się obu­dzisz, robota będzie zro­biona.

– Ty to masz na wszystko odpo­wiedź, co?

– Nie wiem, czy na wszystko, ale to chyba roz­sądne podej­ście. Dziś wie­czo­rem zjemy po rybie i się odstre­su­jemy, a jutro pój­dziemy do tego dok­torka, który przyj­rzy się bli­znom i wszystko ogar­nie.

– Dla cie­bie to „wszystko” jest takie pro­ste… – Julia wes­tchnęła i prze­nio­sła wzrok na mijane zabu­do­wa­nia.

– Sta­ram się pod­nieść cię na duchu. Masz, scho­waj. – Brudny oddał jej folię po bułce. Prze­łknął ostatni kęs. – Takie zabiegi to w dzi­siej­szych cza­sach nor­malka. Na stół chi­rur­gów pla­stycz­nych usta­wiają się kolejki chęt­nych. Zresztą głów­nie kobiet. Pomyśl o tym w ten spo­sób.

– Jakoś nie mogę…

– Będzie dobrze. – Brudny zer­k­nął na nawi­ga­cję. – Do celu zostało dwie­ście metrów. Uśmiech­nij się.

Part­nerka posłała mu nieco sztuczny uśmiech. Naprawdę się dener­wo­wała i Brudny to widział. Pró­bo­wał ją wspie­rać na różne spo­soby, ale szło mu jak po gru­dzie, bo ni­gdy nie był dobry w te klocki. Z pro­stej przy­czyny. Przez pierw­sze osiem­na­ście lat życia w pie­kle sie­ro­cińca sióstr hie­ro­ni­mek nikt ni­gdy mu nie poma­gał i z każ­dym pro­ble­mem musiał radzić sobie sam, potem zaś zamknął się na świat i tej pomocy nie ocze­ki­wał. Dopiero gdy w jego życiu poja­wiła się Julia, coś w nim drgnęło. Poja­wiły się emo­cje, trudna do zde­fi­nio­wa­nia więź, któ­rej z początku nie rozu­miał i długo zro­zu­mieć nie potra­fił. Z cza­sem part­ner­stwo na służ­bie prze­obra­ziło się w przy­jaźń, ta zaś wyewo­lu­owała w coś wię­cej. Przy oka­zji jed­nego ze śledztw odkrył, że ma brata i bra­ta­nicę. Szczelny do tej pory mur zaczął pękać i kru­szeć, a Igor Brudny uczył się życia na nowo.

Na tę myśl Julii zro­biło się cie­plej na sercu. On naprawdę się sta­rał.

– Dzię­kuję ci – powie­działa i raz jesz­cze się uśmiech­nęła, tym razem bar­dziej pro­mien­nie. – Dzię­kuję ci, że mnie tu zabra­łeś i tak mocno mnie wspie­rasz.

– Nie ma za co – odparł, co w tej sytu­acji zabrzmiało, jak zwy­kle u niego, koślawo. – Dotar­li­śmy na miej­sce – dodał, zer­ka­jąc na drew­niany szyld na ścia­nie budynku. – Pokoje „U Babci Heli”. To chyba jest wjazd na podwórko…

– Też tak myślę.

Brudny skrę­cił kie­row­nicę i powoli wje­chał przez otwartą na oścież bramę. Zapar­ko­wał przy szo­pie, wyłą­czył sil­nik i spoj­rzał na Julię.

– Wysia­damy? – zapy­tał.

– Z cukru nie jeste­śmy – odparła. – Naj­wy­żej bagaże zabie­rzemy póź­niej. Marzę o tym, aby wziąć gorący prysz­nic i napić się kawy.

– Na trzy?

– Trzy.

Zawadzka otwarła drzwi w momen­cie, gdy roz­legł się grzmot. Do drzwi nie­wiel­kiego budynku o spa­dzi­stym dachu dobie­gła z pręd­ko­ścią bły­ska­wicy. Zdą­żyła tylko zauwa­żyć, że wygląda na taki, który stał tu jesz­cze przed wojną. Po chwili dosko­czył do niej Brudny, też cały mokry. Wtedy drzwi się otwo­rzyły.

– Pro­szę, pro­szę – rzu­ciła star­sza kobieta z gru­bym blond war­ko­czem. Upły­wa­jący czas wyma­lo­wał na jej twa­rzy trudy ist­nie­nia, ale w oczach wciąż zda­wał się żarzyć mło­dzień­czy wigor. – Pogoda dziś pod psem albo i gorzej. Pań­stwo z daleka, prawda? – zapy­tała, gdy weszli do sieni.

– Z Zie­lo­nej Góry.

– Oj, to rze­czy­wi­ście kawał drogi. Tu mogą pań­stwo powie­sić płasz­cze. Klu­czyk do pokoju zaraz dam, a jeśli pań­stwo głodni, to mogę coś przy­go­to­wać. Mam w lodówce świe­żego dor­sza.

– Bar­dzo dzię­ku­jemy. – Julia posłała kobie­cie pro­mienny uśmiech.

Wnę­trze domu oka­zało się bar­dziej prze­stronne, niż mogłoby się wyda­wać. Tuż obok wyj­ścia z sieni znaj­do­wała się lada, która w zamie­rze­niu miała być zapewne czymś w rodzaju recep­cji. Ude­ko­ro­wano ją ręcz­nie dłu­ba­nymi figur­kami kutrów i żaglow­ców, praw­dzi­wymi musz­lami i ozdo­bami z bursz­tynu. Na spe­cjal­nym obro­to­wym wie­szaku pre­zen­to­wały się wido­kówki, nie bra­ko­wało też bre­locz­ków do klu­czy, magne­sów, smy­czy i innych dupe­reli nawią­zu­ją­cych do morza i samego Helu. Na para­pe­cie stały kwiaty donicz­kowe, a na ścia­nie wisiało kilka czarno-bia­łych zdjęć oraz spo­rych roz­mia­rów koło ste­rowe.

– Pokój numer sześć. Naj­więk­szy i naj­lep­szy. Taki nasz, no, pre­zy­dencki. W cenie zwy­kłego oczy­wi­ście – oznaj­miła kobieta, wrę­cza­jąc dwa klu­cze z cięż­kimi drew­nia­nymi bre­lo­kami w kształ­cie ryby. – Pro­szę się roz­go­ścić i odpo­cząć po podróży, a ja z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią upichcę dla pań­stwa kola­cję. Mają pań­stwo jakieś bagaże?

– W samo­cho­dzie. Weź­miemy póź­niej, bo strasz­nie leje i…

– Leje, nie leje, bagaże trzeba roz­pa­ko­wać. Zaraz zawo­łam syna i on je przy­nie­sie. Chodź tu, jest robota! – krzyk­nęła, kie­ru­jąc twarz w stronę kory­ta­rza pro­wa­dzą­cego na pię­tro.

– Naprawdę nie trzeba. Chło­pak zmok­nie i…

– A niech zmok­nie. Z cukru nie jest. I tak całe dnie nic nie robi, tylko tłu­cze w te prze­klęte gry kom­pu­te­rowe. Z tego pie­nię­dzy nie ma i nie będzie, choć on buja w obło­kach i twier­dzi, że będą. Ech…

– Dzię­ku­jemy bar­dzo.

– O sprawy for­malne pro­szę się nie mar­twić. Zała­twimy je póź­niej.

– Jesz­cze raz bar­dzo dzię­ku­jemy.

– Gość w dom, Bóg w dom. O, jest syn.

– Igor…

Brudny, zajęty podzi­wia­niem zdjęć sta­rych ryba­ków przy sie­ciach, dopiero teraz wygrze­bał z kie­szeni klu­czyki do samo­chodu. Wrę­czył je pie­go­wa­temu nasto­lat­kowi o buj­nej czu­pry­nie i smęt­nych oczach. Ten się ukło­nił i znik­nął w sieni, oni zaś ruszyli po scho­dach na górę. Minutę póź­niej byli już w swoim pokoju, choć w isto­cie nale­ża­łoby go nazwać apar­ta­men­tem. Prze­stronny salon z wido­kiem na pro­me­nadę i morze cie­szył oko drew­nia­nym wykoń­cze­niem i meblami, które mogły ucho­dzić za takie z duszą. Ściany zdo­biły obrazy olejne przed­sta­wia­jące zachody słońca i ryba­ków na morzu, a na komo­dzie stała maje­sta­tyczna replika jakie­goś żaglowca.

Brudny roz­siadł się w mięk­kim fotelu i pozwo­lił part­nerce doko­nać obli­ga­to­ryj­nego reko­ne­sansu. Pomy­ślał, że chęt­nie by teraz zro­bił sobie drinka i zapa­lił papie­rosa. Nie­stety, na tere­nie obiektu był abso­lutny zakaz uży­wa­nia wyro­bów tyto­nio­wych.

– Spójrz, jaka uro­cza sypial­nia. I ten zapach. – Julia zacią­gnęła się wonią drewna. – Przy­znaj się, kto ci pod­po­wia­dał, żeby wybrać aku­rat to miej­sce.

– Było dwa razy tań­sze od hote­lo­wego. No i urzekł mnie głos Babci Heli – odparł, pod­no­sząc się z fotela. Zaj­rzał do wnę­trza i poło­żył dłoń na bio­drze part­nerki. – Łóżko też mi wygląda na solidne – dodał, obie­ra­jąc kie­ru­nek na połu­dnie i wymow­nie zaci­ska­jąc palce na pośladku.

– No rze­czy­wi­ście, wypa­da­łoby je ochrzcić, ale… – Poca­ło­wała go w poli­czek. – Naj­pierw kawa, kąpiel i bagaże. Potem będziesz mógł zro­bić ze mną, co ci się tam żyw­nie podoba.

– Stoi.

– Już?

– Nie igraj z ogniem…

– Dobra już, koniec. Nasta­wiam kawę, a ty przy­pil­nuj bagaży. Już mi się tu podoba.

Brudny odpro­wa­dził ją wzro­kiem, a gdy wyj­rzała za okno, za któ­rym powoli zaczy­nało się prze­ja­śniać, pomy­ślał, że dru­giej takiej kobiety nie znaj­dzie ni­gdzie na świe­cie. I jeśli do tej pory nie miał w życiu celu poza łapa­niem ban­dzio­rów, to teraz go ma, a ten wyjazd będzie oka­zją na nowe otwar­cie.

Uśmiech­nął się pod nosem zupeł­nie nie­świa­domy faktu, że już wkrótce wszyst­kie jego plany szlag trafi.

Rozdział 2

– Zatem widzimy się w pią­tek. I pro­szę się tym wszyst­kim nie stre­so­wać. Jest pani, nie­skrom­nie mówiąc, w naj­lep­szych rękach – oznaj­mił dok­tor Adrian Mile­wicz i wycią­gnął dłoń w stronę Zawadz­kiej. Julia uści­snęła ją, a po niej zro­bił to Brudny.

– Do zoba­cze­nia, dok­to­rze.

– Do zoba­cze­nia.

Droga na zewnątrz zajęła im chwilę. Pry­watna kli­nika o chwy­tli­wej nazwie „New Life” mie­ściła się w dwu­pię­tro­wym budynku, a łączna powierzch­nia wszyst­kich pomiesz­czeń nie prze­kra­czała trzech tysięcy metrów kwa­dra­to­wych. Mimo że nie­duża, od pierw­szej wizyty mogła jed­nak budzić zachwyt. Wło­skie mar­mury, hisz­pań­skie gresy, prze­zierne, pod­świe­tlane kwar­cyty, akwa­ria z pły­wa­ją­cymi w nich minia­tu­ro­wymi reki­nami, do tego fan­ta­zyjne rośliny i kwiaty w desi­gner­skich doni­cach, a na par­kingu poły­sku­jące świe­żo­ścią cuda nie­miec­kiej i wło­skiej moto­ry­za­cji. Luk­sus widać było na każ­dym kroku. Tu leczyli się, a raczej two­rzyli swój wize­ru­nek wiecz­nie pięk­nych i mło­dych, naj­bo­gatsi Polacy i Polki.

– Powiesz mi w końcu, ile to nas będzie kosz­to­wało? – zapy­tała Julia, raz jesz­cze omia­ta­jąc wzro­kiem prze­szklone wej­ście do kli­niki.

– Nie.

– No Igor…

– Nie powiem.

– Ale ty jesteś uparty…

– To i tak nie ma żad­nego zna­cze­nia. Gdyby cena za twoje szczę­ście wynio­sła dwa czy trzy razy tyle, to i tak jakoś bym tę kasę zdo­był.

– Obro­bił­byś bank?

– Nie wiem. Może.

– Dobra, niech ci będzie. I tak kie­dyś mi powiesz.

– Nie powiem.

– Powiesz.

– Wsia­daj, bo to ostat­nie dni, kiedy będziesz mogła zjeść jak czło­wiek. Potem tylko jogur­ciki. Przez rurkę.

– Bar­dzo śmieszne.

– Dorsz czy hali­but?

– Sola.

– No to sola.

Zje­dli w przy­por­to­wej sma­żalni, a potem prze­spa­ce­ro­wali się po por­cie. Listo­pa­dowe słońce powoli kryło się za dachami budyn­ków, a wiatr sta­wał się coraz bar­dziej prze­ni­kliwy. Julia, wtu­lona w ramię part­nera, w mil­cze­niu obser­wo­wała, jak kolejne kutry rybac­kie wra­cają z poło­wów. War­kot ich sil­ni­ków zagłu­szał skrzek kołu­ją­cych nad most­kami mew, które nie­ustan­nie pró­bo­wały piko­wać na pokład w poszu­ki­wa­niu co smacz­niej­szych kąsków. W dokach i han­ga­rach przy kei robot­nicy nie­spiesz­nie wyła­do­wy­wali z kutrów mor­ski uro­bek. Pach­niało jodem i rybami.

Brudny i Zawadzka przy­sie­dli na murku. Na hory­zon­cie maja­czyły ramiona dźwi­gów gdań­skiego portu, a bar­dziej na lewo migały czer­wone świa­tła obwodu kró­le­wiec­kiego. Igor wyjął paczkę papie­ro­sów i poczę­sto­wał part­nerkę, ale ta odmó­wiła, zamiast tego upiła łyk napoju z alo­esu.

– Zwa­rio­wany jest ten świat… – mruk­nęła, popra­wia­jąc koł­nierz swe­tra.

– Co masz na myśli? – zapy­tał, osła­nia­jąc się połą płasz­cza, aby przy­pa­lić papie­rosa.

– Te czer­wone świa­tła to już Rosja, mam rację?

– Nie wiem, chyba tak. Kali­nin­grad?

– Kró­le­wiec.

– Zwał, jak zwał. – Igor wypu­ścił dym, który ule­ciał z wia­trem.

– No to teraz pomyśl sobie, że my tu żyjemy sobie wolni jak ptaki, a tam… ile to może być stąd? Pięć­dzie­siąt, sześć­dzie­siąt kilo­me­trów…?

– Jakoś tak.

– No więc my tu sobie żyjemy jak pączki w maśle…

– Jak pączki w maśle?

– No wiesz, o co mi cho­dzi. Nikt nam nie narzuca, jak mamy żyć i w co wie­rzyć. Możemy mówić, gdy nam się coś nie podoba, gło­so­wać, na kogo chcemy, a jak trzeba, to wyjść na ulice pro­te­sto­wać. A tam Putin trzyma ich wszyst­kich za mordę. Powiesz o jedno słowo za dużo i kolo­nia karna gdzieś na Sybe­rii. Czyli pewna śmierć. Albo ni stąd, ni zowąd dosta­jesz wezwa­nie do woj­ska i z dnia na dzień lądu­jesz w oko­pie. Bo stary zgred ma kaprys, żeby zabrać tro­chę tery­to­rium innego kraju. No i ludzie umie­rają zupeł­nie bez sensu, a ich żony i dzieci…

– Ich żony i dzieci tylko na to liczą. Za trupa dostają ponoć tyle, ile taki mężuś by nie zaro­bił przez kilka lat.

– Sły­sza­łam o tym, ale wiesz, do czego dążę.

– Że mają tam prze­je­bane.

– No, powiedzmy… zresztą dobra, nie­ważne.

Przez dłuż­szą chwilę mil­czeli, wpa­tru­jąc się w hory­zont. Po wodzie w śli­ma­czym tem­pie prze­su­wały się wiel­kie kon­te­ne­rowce i roz­świe­tlony prom. Do hel­skiego portu wra­cał ostatni w zasięgu wzroku kuter rybacki.

– Mamy jakieś plany na te kilka dni? – prze­rwała ciszę Julia.

– Mnie poli­cyjna psy­cho­log naka­zała odpo­czy­wać.

Julia prych­nęła.

– Jak­byś kie­dy­kol­wiek się jej słu­chał…

– Podobno jestem na gra­nicy poczy­tal­no­ści i jest prze­ciwna mojemu powro­towi na ulicę.

– Kpisz sobie, prawda?

– Ni­gdy w życiu. Taką posta­wiła mi dia­gnozę i wyraź­nie wyar­ty­ku­ło­wała, że ma zamiar poroz­ma­wiać o tym z Rom­kiem.

– W sumie to jej się nie dzi­wię. Dźgną­łeś się nożem rzeź­nic­kim. To nie jest nor­malne.

– A czymże jest ta nor­mal­ność?

– Na pewno nie polega na wbi­ja­niu noża we wła­sne ciało. Choćby w dobrej wie­rze.

Trudno było dys­ku­to­wać z tym argu­men­tem. Brudny zacią­gnął się po raz ostatni i wyrzu­cił nie­do­pa­łek do morza.

– Pro­blem w tym, Julka, że trudno jed­no­znacz­nie oce­nić, czym jest nor­mal­ność. Sama przy­zna­łaś, że tam… – wska­zał na miga­jące świa­tła na hory­zon­cie – życie wygląda zupeł­nie ina­czej. I w Rosji, czy tego chcemy, czy nie, to jest nor­mal­ność, która u nas wydaje się upiorną abs­trak­cją. Dla wielu dzie­cia­ków w sie­ro­cińcu życie pod batem Gwi­dony też było nor­malne. Bo nie znały innego.

– Coś w tym jest…

– Co nie zna­czy, że rze­czy­wi­ście nie potrze­buję odde­chu. – Brudny moc­niej objął ramie­niem part­nerkę. – Cie­szę się, że jestem tu z tobą. No i że się doga­da­li­śmy…

– Ja też.

Zawadzka wtu­liła się w pierś part­nera i przez dłuż­szą chwilę trwali tak w mil­cze­niu, wpa­trzeni w ciem­nie­jący hory­zont. Gdy płasz­czem Brud­nego szarp­nął kolejny zimny podmuch, zeszli z murku i ruszyli w stronę mia­sta. Na pro­me­na­dzie Julia wyjęła z kie­szeni smart­fon. Spoj­rzała na wyświe­tlacz.

– Chcia­ła­bym jesz­cze zro­bić krótką prze­bieżkę, więc jak chcesz, to idź do Heli i naszy­kuj dzba­nek cie­płej her­baty – powie­działa. – Pomy­śla­łam też, że przy oka­zji zajdę do lokal­nej księ­garni. Mija­li­śmy ją, pamię­tasz?

– Pamię­tam.

– Na wystawce widzia­łam tu książki Ossow­skiego, wiesz, tego, co pisze te popu­larne kry­mi­nały. Ostat­nio wydał coś nowego, a to jedyny gość, któ­rego książki naprawdę lubię.

– Nie znam.

– Ja za to mia­łam ostat­nio dużo czasu na czy­ta­nie i naprawdę się wcią­gnę­łam. Musisz spró­bo­wać, bo facet naprawdę ogar­nia temat. Nie myli zatrzy­ma­nia z aresz­to­wa­niem, trzyma się pro­ce­dur, widać, że był na nie­jed­nej sek­cji zwłok. Zresztą jest cho­ler­nie popu­larny. Wszy­scy go czy­tają. Zwłasz­cza tu, bo podobno mieszka gdzieś na Helu.

– Nie mam poję­cia, o kim mówisz, ale okej. Może się sku­szę. Do póź­niej.

Poże­gnali się i Zawadzka potruch­tała wzdłuż pro­me­nady. Dobie­gła do zachod­niej kei, następ­nie zawró­ciła i skrę­ciła w naj­bar­dziej oble­ganą uliczkę mia­sta, po sezo­nie pra­wie pustą, bo wszyst­kie pomniej­sze knajpki i stra­gany już dawno zamknięto. Kilka otwar­tych restau­ra­cji też w więk­szo­ści świe­ciło pust­kami, podob­nie jak skryta w bocz­nej uliczce przy­tulna księ­ga­renka. Julia, lekko dysząc, naci­snęła klamkę i prze­kro­czyła próg. Roz­legł się dzwo­nek sygna­li­zu­jący, że poja­wił się nowy klient. W ostat­niej chwili wzdry­gnęła się, gdy w oknie wysta­wo­wym dostrze­gła jakiś kształt. Obró­ciła się, ale postać znik­nęła, jakby w jed­nej chwili wypa­ro­wała.

– Za bar­dzo się stre­suję – mruk­nęła i pew­niej wkro­czyła do księ­garni. Weszła pomię­dzy półki, szu­ka­jąc inte­re­su­ją­cego ją tytułu. Kątem oka dostrze­gła młodą bru­netkę, która poja­wiła się za ladą.

– Czy mogę jakoś pomóc? – zapy­tała dziew­czyna. Na nogach miała czarne kozaki pod kolano, dżinsy z wyso­kim sta­nem, w które wci­snęła czarny T-shirt z logo jed­nej ze zna­nych i naj­czę­ściej pod­ra­bia­nych marek odzie­żo­wych.

– Szu­kam naj­now­szej książki Ossow­skiego.

– Nie­obli­czalny?

– Tak, wła­śnie. Autor pocho­dzi stąd, prawda?

– Tak. Nasza duma. Zapra­szam do lady. Mam tu kilka sztuk i pole­cam każ­demu klien­towi. Kolejny jego świetny thril­ler.

Julia wychy­nęła zza regału w momen­cie, gdy za szybą wysta­wową znów mignął jej ten dziwny kształt. Powio­dła za nim wzro­kiem, ale zanim zdą­żyła się przyj­rzeć, facet znik­nął jej z oczu. Zasty­gła na chwilę, ale w końcu zigno­ro­wała go i pode­szła do lady.

– Popro­szę jeden egzem­plarz. Rozu­miem, że pani już po lek­tu­rze? – zapy­tała, wyj­mu­jąc z nerki port­fel.

– A jakże! Czy­tam wszystko, co wyj­dzie spod jego pióra. I powiem pani, że uuu… – Wes­tchnęła wyraź­nie pod­eks­cy­to­wana. – Co tam się dzieje, to…

– Dobrze, stop. Pro­szę nic nie mówić. Nie chcę nic wie­dzieć. – Julia uśmiech­nęła się lekko.

– Oczy­wi­ście. Ni­gdy bym pani niczego nie zaspoj­le­ro­wała. Tylko… no zresztą pro­szę. – Wrę­czyła Zawadz­kiej książkę. – Czter­dzie­ści dzie­więć dzie­więćdziesiąt. Cena okład­kowa, bo to nowość, a my nie możemy dawać takich raba­tów jak giganci branży. Ale gwa­ran­tuję, że warto.

– Nie wąt­pię. Dzię­kuję i do widze­nia.

– Pro­szę wpaść, jak pani prze­czyta. Chęt­nie poroz­ma­wiam o wra­że­niach po lek­tu­rze.

– Będzie mi miło. Raz jesz­cze dzię­kuję. Spo­koj­nego wie­czoru.

– Nawza­jem.

Na zewnątrz było już cał­kiem ciemno. Pach­niało rybami i szy­ko­wa­nymi kola­cjami. Z komi­nów ulat­niał się dym, a w tle dało się sły­szeć szum ude­rza­ją­cych o keje fal i pokrzy­ki­wa­nia pra­cow­ni­ków por­to­wych. Julia rozej­rzała się po ciem­nym zaułku i wyszła na oświe­tloną latar­niami pro­me­nadę. Była pra­wie pusta, nie licząc spa­ce­ru­ją­cego kil­ka­na­ście metrów dalej męż­czy­zny z psem i faceta sie­dzą­cego na ławeczce. Wzdry­gnęła się, bo odnio­sła wra­że­nie, że to ten sam, któ­rego widziała w odbi­ciu szyby wysta­wo­wej.

Moc­niej zaci­snęła palce na książce i ruszyła pew­nym kro­kiem w jego stronę. Miał na sobie czarny płaszcz i beret, a w dłoni trzy­mał jakiś przed­miot. Gdy dostrze­gła, że to książka, pomy­ślała, że się wygłu­piła, i prze­cho­dząc obok, posłała mu zwy­cza­jowy w takich sytu­acjach uśmiech. Wtedy facet pod­niósł się z ławki.

– Komi­sarz Julia Zawadzka? – zapy­tał.

– Słu­cham? – Przy­sta­nęła zdzi­wiona.

– Pani przy­je­chała tu z nad­ko­mi­sa­rzem Igo­rem Brud­nym, mam rację?

– A kim pan jest?

– Kimś, kto ma do prze­ka­za­nia infor­ma­cję o czymś strasz­nym.

– Pan mnie chyba z kimś pomy­lił. Do widze­nia.

– To nie są żarty…

Zawadzka przy­spie­szyła kroku, bo nie miała zamiaru dys­ku­to­wać z jakimś obcym face­tem. Kim­kol­wiek był. Ku jej zdu­mie­niu męż­czy­zna potruch­tał za nią.

– Widzia­łem, że była pani w księ­garni i kupiła książkę Doriana Ossow­skiego. To wyjąt­kowo podły…

– Już powie­dzia­łam, że mnie pan z kimś pomy­lił – prze­rwała mu szorstko. – Nie wiem, kim pan jest i czego pan ode mnie chce, ale ostrze­gam, że jeśli będzie mnie pan dalej naga­by­wał, to może się to dla pana źle skoń­czyć.

– Pani może mnie nie znać, ale ja znam panią oraz pani part­nera. To, co chcę powie­dzieć, jest naprawdę ważne. Tylko wy może­cie ukró­cić ten kosz­mar i…

– Żegnam pana.

Julia ode­szła w nadziei, że męż­czy­zna odpu­ści, i z ulgą przy­jęła do wia­do­mo­ści, że pozo­stał na miej­scu. Zer­k­nęła przez ramię dopiero pod drew­nia­nym szyl­dem domu, w któ­rym wynaj­mo­wali swój apar­ta­ment. Męż­czy­zna stał jak słup soli i się na nią gapił.

Rozdział 3

Ciemną piw­nicę ogrze­wały odde­chy pię­ciu postaci.

Sie­działy sku­lone w nie­wiel­kich klat­kach przy­po­mi­na­ją­cych prze­no­śne kojce dla psów, drżąc z zimna, nagie i brudne. Jedna z nich nie­ustan­nie szczę­kała zębami, inna cicho pochli­py­wała. Po ich bla­dych cia­łach peł­zały refleksy pło­mieni pousta­wia­nych na pod­ło­dze świec, a każdy ich ruch śle­dziło oko zamon­to­wa­nej przy sufi­cie kamery.

– Umrzemy tu – jęk­nęła oparta o kraty blon­dynka. Przez roz­ma­zany maki­jaż trudno było oce­nić jej wiek, ale szczu­płe i jędrne ciało zdra­dzało, że we wnę­trzu wciąż tli się mło­dzień­czy żar. Dłu­gie jasne włosy opa­dały jej na nogi pod­cią­gnięte do piersi. – Dla­czego nas tu trzyma? Czego od nas chce? – zapy­tała, cho­wa­jąc głowę w dło­niach.

– Ile razy jesz­cze będziesz zada­wać te durne pyta­nia? – wark­nął sie­dzący w klatce obok męż­czy­zna. Sporą część jego kości­stego ciała pokry­wały tatu­aże, a w dol­nej war­dze i pra­wej brwi poły­ski­wały kol­czyki. – Każdy z nas wie tyle, co ty. Czyli nic.

– Ale prze­cież ja nic nie zro­bi­łam. Ja…

– Zamknij się już, bo…

– Ty się zamknij! – poniósł się szorstki głos z prze­ciw­nej strony piw­nicy. Nale­żał do tęgiej kobiety z dorod­nym biu­stem, któ­rego gra­wi­ta­cja od lat nie oszczę­dzała. Kobieta uklę­kła na wyście­ła­ją­cym klatkę popla­mio­nym mate­racu, a piersi zako­ły­sały się jak boje na morzu. Chwy­ciła się krat. – To nie­długo się skoń­czy. Musi. Prze­cież nie będzie nas tu trzy­mał w nie­skoń­czo­ność.

Wyta­tu­owany męż­czy­zna prych­nął wyraź­nie zde­gu­sto­wany.

– No bo ty aku­rat wiesz naj­le­piej, co z nami zrobi – rzu­cił kpiąco. – Ta młoda ma rację. Zdech­niemy tu. Jak nie z głodu, to przyj­dzie po nas i zabije.

– Tego nie wiesz.

– A co niby z nami zrobi? Wypu­ści? – Męż­czy­zna zare­cho­tał. – Nie może nas wypu­ścić, bo wie, że to zgło­simy, a wtedy pój­dzie sie­dzieć. Zresztą widzia­łaś, jak wygląda. To jakiś psy­chol.

– Może to jakaś gra? Może wła­śnie dla­tego nosi maskę?

– Taaa… gra. Na pewno gra.

– A ta kamera to niby po co? – Kobieta prze­nio­sła wzrok na urzą­dze­nie. – Prze­cież po coś musi tu być.

– Obser­wuje nas, i tyle. Pew­nie dodat­kowo się przy tym brandz­luje. I ta jego maska…

Kobieta spoj­rzała na męż­czy­znę z nie­sma­kiem.

– Na twoim miej­scu uwa­ża­ła­bym na słowa.

– Bo?

– Bo skoro nas pod­gląda, to pew­nie też pod­słu­chuje.

– A ty skąd możesz to wie­dzieć? Może jesteś z nim w zmo­wie? To nie ty jesteś tu z nas naj­dłu­żej?

– Głu­piś, chło­paku. I życia nie znasz.

Kobieta pokrę­ciła głową i z powro­tem roz­sia­dła się na mate­racu. Oparła głowę o pręty i zamknęła oczy.

Przez nie­okre­ślony czas wszy­scy trwali w mil­cze­niu. Zresztą czas prze­stał mieć jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Zlał się w ciąg nie­re­gu­lar­nie poda­wa­nych posił­ków i prze­ry­wa­nych kosz­ma­rami drze­mek. Począt­kowe dys­ku­sje mające na celu zna­le­zie­nie jakie­goś sen­sow­nego wytłu­ma­cze­nia sytu­acji, w jakiej się zna­leźli, z każdą kolejną godziną gasły, wstyd przed wypróż­nie­niem się do zardze­wia­łych wia­der stłu­miła natura, smród feka­liów nie budził już takiego wstrętu jak na początku. Wnę­trze piw­nicy wypeł­niły marazm i apa­tia, prze­ry­wane cza­sem bez­ce­lowo rzu­co­nym w eter pyta­niem albo eks­plo­zją pła­czu jed­nej z trzech mło­dych dziew­czyn, rów­nie bez­ce­lową. Naj­czę­ściej jed­nak piw­nicę wypeł­niała cisza pozwa­la­jąca sły­szeć sycze­nie pło­ną­cych kno­tów, bicie wła­snego serca i upiorne odgłosy prze­my­ka­ją­cych po pod­ło­dze szczu­rzych łapek. Tak jak teraz.

– Idzie – rzu­ciła pół­szep­tem tęga kobieta, a w odpo­wie­dzi piw­nicę wypeł­niły szyb­sze odde­chy jej młod­szych współ­to­wa­rzy­szek nie­doli. – Nie odzy­waj­cie się, dopóki wam nie każe. Jest na tym punk­cie bar­dzo czuły.

Dwie z kobiet wyco­fały się rakiem w rogi kla­tek, trze­cia zaczęła wyda­wać z sie­bie nie­okre­ślone dźwięki, męż­czy­zna prze­krę­cił się na mate­racu. Wtedy popi­ski­wa­nia szczu­rów się nasi­liły, a zaraz po nich do uszu wię­zio­nych dotarły odgłosy cięż­kich kro­ków. Szczęk­nął zamek sta­lo­wych drzwi. Jeden, drugi. Rygiel. Drzwi otwarły się z paskud­nym skrzyp­nię­ciem, a chwilę póź­niej do środka weszła postać w płasz­czu do ziemi. Na gło­wie miała pokraczną maskę imi­tu­jącą pomarsz­czo­nego sta­ru­cha i perukę wzo­ro­waną na tych noszo­nych przez elity epoki oświe­ce­nia. W rękach trzy­mała wia­dro.

Sta­nęła w roz­kroku i zlu­stro­wała każdą z kla­tek. W otwo­rach na oczy wyraź­nie poły­ski­wały jej ciemne tęczówki, a z tego na usta w rytm odde­chów poja­wiał się i zni­kał obło­czek pary.

– Mmm… – mruk­nęła postać w masce i nie­spiesz­nie ruszyła w stronę kla­tek.

Przez kolejne kil­ka­dzie­siąt sekund czła­pała od kojca do kojca. Przy każ­dym przy­sta­wała na chwilę, oce­niała sytu­ację i wyj­mo­wała z wia­dra spo­rych roz­mia­rów surową rybę, którą następ­nie wrzu­cała do środka. Przy przed­ostat­nim zatrzy­mała się na dłu­żej. W nim sie­dział wyta­tu­owany męż­czy­zna, który agre­syw­nym spoj­rze­niem naj­wy­raź­niej pró­bo­wał rzu­cić jej wyzwa­nie. Postać w masce przez chwilę stała i patrzyła, w końcu wło­żyła odzianą w skó­rzaną ręka­wiczkę dłoń do wia­dra i wyjęła z niej kolej­nego dor­sza. Bez słowa wrzu­ciła go do klatki i obró­ciła się w kie­runku ostat­niego kojca. Nagle zasty­gła w bez­ru­chu.

– Mam to zjeść? – wark­nął wyta­tu­owany facet. – Prze­cież ta ryba jest surowa. To jakaś kpina. Naj­pierw główka sałaty, a teraz surowy dorsz?

Zama­sko­wana postać pomału się odwró­ciła i przy­kuc­nęła przy prę­tach klatki. Prze­krę­ciła głowę, a jej tęczówki bły­snęły w świe­tle naj­bliż­szej dopa­la­ją­cej się świecy. Przez dłuż­szą chwilę w mil­cze­niu wpa­try­wała się w wyta­tu­owa­nego męż­czy­znę, a gdy ten agre­syw­nie chwy­cił sta­lowe szcze­ble kojca i już miał otwo­rzyć usta, aby wypluć morze blu­zgów, gwał­tow­nie chwy­ciła jeden z prze­gu­bów i wyszarp­nęła rękę chu­dzielca na zewnątrz.

– Pusz­czaj, poje­bie! Pusz­czaj, bo…

Męż­czy­zna nie dokoń­czył, bo usły­szał chrup­nię­cie, a chwilę póź­niej jego cia­łem wstrzą­snął gwał­towny parok­syzm bólu. Zanim się zorien­to­wał, pali­czek jego środ­ko­wego palca odpadł od reszty ciała.

Zama­sko­wana postać puściła rękę i w akom­pa­nia­men­cie wrza­sków ofiary scho­wała cęgi do kie­szeni płasz­cza. Się­gnęła po rybę i z powro­tem wrzu­ciła ją do wia­dra, a w klatce wylą­do­wał frag­ment odcię­tego palca. Postać zaśmiała się pod nosem, wpa­tru­jąc się w wiją­cego się z bólu męż­czy­znę, po czym nie reagu­jąc na jego wrza­ski, nie­spiesz­nie odwró­ciła się w stronę ostat­niej klatki. Odsta­wiła wia­dro. Wbiła wzrok w stru­chlałą blon­dynkę. Zapu­kała w pręty.

– Pro­szę, nie… – jęk­nęła dziew­czyna.

– Dziś twój wielki dzień – szep­nęła.

– Nie, nie, bła­gam, nie…

Zgrzyt­nię­cie zamka uto­nęło we wrza­skach ran­nego męż­czy­zny. Wtedy postać w masce wyjęła z kie­szeni płasz­cza obrożę i smycz. Prze­ra­żona blon­dynka nie opo­no­wała. Chwilę póź­niej przy­pięta jak pies czła­pała na czwo­ra­kach za posta­cią w masce.

Rozdział 4

Przez kolejne dwa dni Julia z Igo­rem korzy­stali z czasu wol­nego. Pogoda ich nie roz­piesz­czała, bo od pół­nocy dmu­chało, jakby zbli­żało się kolejne zlo­do­wa­ce­nie, ale przy­naj­mniej nie padało, w związku z czym wypo­ży­czyli rowery i pozwie­dzali oko­liczne bun­kry, któ­rymi Hel był usiany jak front wojenny lejami po bom­bach. W kilku miej­scach musieli zmie­nić trasę, bo znie­nacka, cza­sem na środku ścieżki, wyra­stały im przed nosem płoty odgra­dza­jące tereny ogól­no­do­stępne od woj­sko­wych. Kilka godzin spę­dzili też, spa­ce­ru­jąc po pół­noc­nej stro­nie pół­wy­spu, gdzie znaj­do­wały się sze­ro­kie, uro­kliwe plaże. O tej porze można było iść godzi­nami, nie napo­ty­ka­jąc żywego ducha. To wła­śnie w tych momen­tach Julię moc­niej gry­zło sumie­nie.

– Chyba mocno się dener­wu­jesz tym zabie­giem… – rzu­cił Brudny.

– Nie aż tak bar­dzo – odparła.

– Prze­cież widzę, że coś jest nie tak. Powiesz mi w końcu, o co cho­dzi?

Julia zda­wała sobie sprawę, że długo nie utrzyma w tajem­nicy spo­tka­nia z tam­tym dziw­nym męż­czy­zną. Igor był jak wykry­wacz kłamstw i z początku myślała nawet, aby o wszyst­kim mu opo­wie­dzieć, ale osta­tecz­nie pod­jęła inną decy­zję. Znała go wystar­cza­jąco dobrze, aby podej­rze­wać, że tak tego nie zostawi. Pół biedy, gdyby posta­no­wił wyjść i faceta prze­go­nić. Wtedy nawet by się ucie­szyła. Oba­wiała się jed­nak, że takie spo­tka­nie może przy­nieść odwrotny sku­tek, a Igor znów wdep­nie w jakieś gówno. W końcu tam­ten dziwny typek ewi­dent­nie chciał ich w coś wmie­szać, samo zaś wspo­mnie­nie Ossow­skiego, co gor­sza w jakimś mało przy­jem­nym kon­tek­ście, spra­wiło, że rzu­ciła książkę na półkę i do tej pory po nią nie się­gnęła.

Póź­nym popo­łu­dniem odsta­wili rowery do wypo­ży­czalni i wygłod­niali poma­sze­ro­wali w oko­lice portu. To tam rybacy każ­dego dnia dostar­czali świeże ryby, z któ­rych lokalne gospo­dy­nie wycza­ro­wy­wały kuli­narne cuda. Tego wie­czoru pro­me­nada oraz doki były jed­nak kom­plet­nie wylud­nione. Nawet jeśli o tej porze roku ni­gdy tłu­mów tu nie było, tak teraz mię­dzy budyn­kami tylko hulał wiatr.

– Gdzie oni wszy­scy się podziali? – zapy­tała, gdy prze­cho­dzili obok kolej­nych zacu­mo­wa­nych kutrów. Tuż przed zmierz­chem rybacy zwy­kle krę­cili się po dokach, szy­ku­jąc łajby do poran­nego wypły­nię­cia w morze.

Igor nie odpo­wie­dział, uzna­jąc, że to pyta­nie rzu­cone w prze­strzeń. Zawsze wycho­dził z zało­że­nia, że im mniej ludzi, tym lepiej.

– Nawet knajpy są poza­my­kane. Nie uwa­żasz, że to dziwne?

– Może jest jakiś ważny mecz? Coś tam sły­sza­łem w tele­wi­zji, że gra repre­zen­ta­cja i… zresztą, czy to ważne?

– W sumie nie.

– Jak nie znaj­dziemy niczego do jedze­nia po dro­dze, to zjemy u Heli. Trzeba przy­znać, że ma talent do kucha­rze­nia.

– Ano ma.

Na zachod­nim krańcu portu natknęli się na jedną otwartą sma­żal­nię, więc posta­no­wili wejść do środka. Wnę­trze było dość surowe i bar­dziej przy­po­mi­nało peere­low­skie jadło­daj­nie niż lokal gastro­no­miczny. Uno­szący się zapach rów­nież przy­wo­dził na myśl czasy słusz­nie minione. Z kil­ku­na­stu sto­li­ków zajęte były zale­d­wie dwa. Usie­dli przy tym naj­bli­żej okna.

Puszy­sta kel­nerka o pie­go­wa­tej i rumia­nej twa­rzy zma­te­ria­li­zo­wała się zaraz po tym, jak odwie­sili kurtki. Wrę­czyła im kartkę z daniami, która miała robić za menu.

– Dzień dobry. Coś do picia dla pań­stwa? – zapy­tała, szcze­rze się uśmie­cha­jąc.

– Macie może zimową her­batę?

– Mamy.

– To popro­szę. A dla cie­bie, Igor?

– Piwo.

Kel­nerka dygnęła i ode­szła, a oni sku­pili się na liście dostęp­nych dań. Skła­dała się głów­nie z ryb. Wędzo­nych, pie­czo­nych, sma­żo­nych, wsze­la­kich. Kilka pozy­cji zostało wykre­ślo­nych z menu, w tym hali­but i flą­dra, w związku z czym zgod­nie uznali, że ura­czą się sma­żo­nym dor­szem z purée ziem­nia­cza­nym i kiszoną kapu­stą.

Wymie­nili kilka uwag doty­czą­cych ich ostat­niej wyprawy po bun­krach, ale zanim zdą­żyli roz­ga­dać się na dobre, zamil­kli. To jedno słowo usły­szane ze sto­lika, przy któ­rym sie­działo dwóch męż­czyzn w śred­nim wieku, spra­wiło, że serce Julii zabiło szyb­ciej.

Trup.

– Tome­czek mówił, że podobno miała wydłu­bane oczy, a w bebe­chach roiło się od robac­twa. No mówię ci, gruba sprawa. Od cza­sów Sam­bo­ro­wej cze­goś takiego u nas nie było.

– Myślisz, że to on?

– A kto inny? Dopiero co wyszedł z pier­dla.

– Widzia­łem go ostat­nio. To już stary czło­wiek…

– Stary, ale jary. Widzia­łeś jego łapy?

Męż­czy­zna z siwą brodą podra­pał się po policzku i się­gnął po kufel.

– No nie wiem… – Wychy­lił do dna. – Może to on, a może nie. W każ­dym razie na moje, to Buchen­wald nie byłby takim idiotą. I to jesz­cze we wraku? – Pokrę­cił głową i odsta­wił kufel. – Masz kon­takt z Maru­sa­rzem?

– Dzwo­ni­łem, ale mnie odbi­jał.

– W sumie mu się nie dzi­wię. Pew­nie ma roboty po kokardy.

– Na bank.

Męż­czyźni zmie­nili temat na zbli­ża­jący się mecz repre­zen­ta­cji, który pozwa­lał prze­dłu­żyć szanse awansu Pol­ski na mistrzo­stwa świata. Z roz­mowy wyni­kało, że miał zostać roze­grany dziś wie­czo­rem. Naj­wy­raź­niej to jed­nak nie mecz wylud­nił ulice mia­sta. Julia poczuła suchość w gar­dle i auto­ma­tycz­nie prze­łknęła ślinę.

– Dziw­nie się zacho­wu­jesz – rzu­cił Igor pół­gęb­kiem. – Dobrze się czu­jesz?

– Tak, dobrze, ale… – Zamil­kła i prze­nio­sła wzrok na zacu­mo­wane przy kei kutry rybac­kie. Nie musiał powta­rzać pyta­nia, aby zro­zu­miała, że tym razem nie odpu­ści. Zebrała się w sobie. Z powro­tem spoj­rzała part­ne­rowi w oczy. – W tam­ten wie­czór, kiedy poszłam pobie­gać, zacze­pił mnie jakiś dziwny facet. Wie­dział, jak się nazy­wam i że przy­je­cha­łam tu z tobą.

– Czego chciał? – Brudny nie zmie­nił tonu.

– W sumie to nie wiem. Chciał prze­ka­zać jakąś infor­ma­cję o – uło­żyła palce w cudzy­słów – strasz­nych rze­czach. Powie­dział też, że to ważne i… – wes­tchnęła ciężko – tylko my możemy ukró­cić ten kosz­mar.

Brud­nemu drgnęła powieka, ale zacho­wał kamienny wyraz twa­rzy. Julia pomy­ślała, że nawa­liła. Dopiero co się zeszli, a ona już pró­bo­wała ukry­wać przed nim nie­wy­godne fakty.

– Przed­sta­wił się? – zapy­tał, jakby w ogóle go to nie ruszyło.

– Nie.

– Powie­dział coś jesz­cze?

Julia zamknęła oczy i przy­tak­nęła.

– Wspo­mniał coś o Ossow­skim. Tym pisa­rzu, o któ­rym ci mówi­łam i któ­rego książkę kupi­łam.

– Co kon­kret­nie?

– Powie­dział, że… – Ner­wowo odgar­nęła włosy. – Zresztą czy to ważne? Po co w ogóle o tym gadamy?

– Widzę, że to cię męczy. To zaś ozna­cza, że facet osią­gnął swój cel. Wypro­wa­dził cię z rów­no­wagi.

– Nie wypro­wa­dził mnie z rów­no­wagi, tylko… ech… zostawmy to może, okej? To był jakiś dzi­wak, i tyle.

– Julia… – Brudny nakrył jej dłoń wła­sną. – Powiedz mi, co ten facet powie­dział ci o Ossow­skim.

Pomy­ślała, że wpa­dła jak śliwka w kom­pot. A Igor nie ustąpi. Zdrob­nie­nia jej imie­nia nie uży­wał tylko wtedy, gdy sprawa zaczy­nała się robić poważna.

Wes­tchnęła.

– Powie­dział, że to podły gość. Wtedy mu prze­rwa­łam. – Odchrząk­nęła. – I prze­pra­szam, że nic ci nie powie­dzia­łam. Nie chcia­łam, abyś tam poszedł i zaczął z nim gadać, bo facet miał w sobie coś upior­nego. A w ostat­nim cza­sie wystar­czy mi upior­nych rze­czy. Bałam się, że jesz­cze zain­te­re­su­jesz się sprawą i znów wdep­niesz w jakieś bagno. Ty masz to… – zaśmiała się iro­nicz­nie – kurwa, w genach.

Teraz to Brudny zare­cho­tał, ale uśmiech szybko zgasł mu na ustach.

– Powin­naś mi powie­dzieć, ale wiesz co? – zapy­tał. – Jebać go. I tam­tych też. Nawet tego trupa. Jeste­śmy tu tylko po to, żebyś prze­szła ten zabieg. Za dwa dni chi­rurg usu­nie bli­zny, a potem wra­camy do domu. Pasuje?

Zawadzka poki­wała głową z wyraźną ulgą. W tym samym momen­cie przy sto­liku poja­wiła się kel­nerka. Posta­wiła na bla­cie her­batę i piwo, po czym przy­jęła zamó­wie­nie. Tego wie­czoru Igor i Julia nie roz­ma­wiali już ani o dziw­nym face­cie, ani o odkry­tym we wraku tru­pie. Zje­dli, poszli do apar­ta­mentu, poko­chali się i obej­rzeli film. Nie mieli poję­cia, że ich usilne próby ucieczki od tematu od początku są ska­zane na nie­po­wo­dze­nie.

Rozdział 5

Sam­bor Buchen­wald był męż­czy­zną doświad­czo­nym przez życie. Mało mówił, bo wolał gesty niż słowa, a poza tym dziś mało kto się do niego odzy­wał. Język w gębie co prawda miał, ale uży­wał go oszczęd­nie i tylko w bez­po­śred­nim kon­tak­cie ze swoją żoną, któ­rej już nie było, Anną Buchen­wald z domu Depka, któ­rej pamięć pie­lę­gno­wał, a którą poślu­bił przed obli­czem Boga czter­dzie­ści dwa lata wcze­śniej w gotyc­kim Kościele Świę­tych Pio­tra i Pawła w Pucku, gdy jego twarz nie była jesz­cze tak strza­skana słoń­cem i prze­żarta solą oraz wia­trem z pół­nocy, a inne kobiety patrzyły na jego obrączkę z zazdro­ścią, bo silne dło­nie zawsze się kobie­tom podo­bają, tak jak nie­bie­skie oczy, krzep­kie ramiona i żyły na rękach, te miał do tej pory. To, nad czym ubo­le­wał naj­bar­dziej, to fakt, że rzadko też roz­ma­wiał z córką Wandą, bo ona ni­gdy nie chciała go słu­chać, bun­to­wała się, powta­rza­jąc, że pra­gnie żyć po swo­jemu, a to „swo­jemu” było naiwne i głu­pie, tylko imprezy i hulaj dusza, pie­kła nie ma, ale weź tu wytłu­macz nie­po­kor­nej dziew­czy­nie, co to jej hor­mony w ciele dia­bel­skie tańce grają, że życie to nie bajka i trzeba się napra­co­wać, żeby mieć na chleb, bo ten z nieba nie spad­nie, choć w Biblii podobno spadł, manna z nieba czy jakoś tak, Sam­bor nie do końca pamię­tał.

Wanda życia nie znała i bar­dzo go to wtedy mar­twiło, bo on życie znał i nabrał do niego pokory. Jego poorana głę­bo­kimi bruz­dami twarz codzien­nie mu o tym przy­po­mi­nała, gdy tylko spoj­rzał w lustro, a spo­glą­dał codzien­nie, bo golił się regu­lar­nie, sma­ru­jąc te bruzdy mydłem roz­pro­wa­dza­nym pędz­lem z sier­ści bor­suka, a potem już pianką, ostat­nio firmy Gil­lette.

– Ty masz w ogóle jakieś plany na przy­szłość? Poza tymi łubu-dubu i świe­ce­niem gołą dupą? – zapy­tał Wandę lata temu, w ner­wach, gdy po kolej­nym lichym poło­wie natknął się w łazience na malu­jącą się przed lustrem córkę. Na wcze­śniej zadane pyta­nia doty­czące miej­sca, do któ­rego się wybie­rała, i godziny powrotu do domu, nawet nie raczyła zare­ago­wać. Ten obraz poja­wiał się w jego gło­wie każ­dego dnia od dwu­dzie­stu lat.

– Mamo! – krzyk­nęła obu­rzona.

– Jakie „mamo”? Popatrz na sie­bie. Ta sukienka ledwo ci pośladki zakrywa!

– Nie znasz się! I daj mi spo­kój! Jestem doro­sła!

– Ale wciąż miesz­kasz w moim domu!

– Już nie­długo. Wycho­dzę!

Ręka go zaświerz­biła, ale w ostat­niej chwili się powstrzy­mał, a córka, posław­szy mu pogar­dliwe spoj­rze­nie, prze­mknęła obok i zarzu­ciw­szy na ramię poły­sku­jącą torebkę, na którą nie miał poję­cia, skąd wzięła pie­nią­dze, wyszła z domu. Roz­mowa z żoną nie­wiele pomo­gła, bo ta trzy­mała stronę Wandy.

– Z mło­do­ścią nie wygrasz. Nie pamię­tasz, jacy byli­śmy w jej wieku? – pró­bo­wała uspo­koić sko­ła­tane nerwy męża Anna.

– Kie­dyś to były inne czasy – skwi­to­wał.

– Też byłeś łobu­zem, a i ja do anioł­ków nie nale­ża­łam. Wan­dzi w końcu minie. Poza tym ma już dwa­dzie­ścia lat. Jest kobietą. Nie możesz jej trak­to­wać jak małej dziew­czynki.

– Tylko że ja w ogóle nie potra­fię się z nią poro­zu­mieć…

– Uczy się dobrze. W waka­cje dora­bia. A dziś taka moda. Nie możemy mówić jej, jak ma się ubie­rać, a tym bar­dziej trzy­mać jej pod klo­szem.

– To się kie­dyś źle skoń­czy. Wspo­mnisz moje słowa.

Mijały mie­siące, a Wan­dzi nie prze­cho­dziło. Co gor­sza, w jego oce­nie sprawy szły w coraz mniej prze­wi­dy­wal­nym kie­runku. Co prawda egza­miny na stu­diach zali­czała regu­lar­nie, ale trudno mu było uda­wać, że nie sły­szy plo­tek o tym, że córka pro­wa­dzi się nie­oby­czaj­nie. Hel był małą mie­ściną, w któ­rej sąsie­dzi wie­dzieli o sobie wszystko. Fakt, że stu­dio­wała, a za co za tym idzie, więk­szość czasu spę­dzała w Gdań­sku, niczego w tej kwe­stii nie zmie­niał, bo dokład­nie taki sam kie­ru­nek edu­ka­cji obrała więk­szość jej rówie­śni­ków z sąsiedz­twa, a do tego let­nie powroty do domu nazna­czone były sza­leń­stwami w towa­rzy­stwie nowo­bo­gac­kiej mło­dzieży, która Pół­wy­sep Hel­ski upodo­bała sobie jako mekkę spor­tów wod­nych i nie­ustanną impre­zow­nię w jed­nym. Pogło­ski o tym, co dzieje się na kem­pin­gach w Cha­łu­pach, ura­stały do legend, o któ­rych wolał nawet nie myśleć.

– Nie wierz, tato, w to, co powta­rzają te głu­pie kwoki – tłu­ma­czyła mu córka. – Ow­szem, cza­sem roz­pa­limy ogni­sko, wypi­jemy piwko czy dwa, ale nikt tam nie urzą­dza dzi­kich orgii.

– A ta plaża nudy­stów?

– No jest, ale to frajda dla tury­stów. Ja tam nie cho­dzę.

A potem stało się to, co się stało. Wan­dzia po raz kolejny nie wró­ciła do domu. Co prawda sto­sun­kowo czę­sto sobot­nią noc koń­czyła u przy­ja­ciółki we Wła­dy­sła­wo­wie, aby dzień póź­niej jechać już do gdań­skiego aka­de­mika na kolejny tydzień zajęć, ale Sam­bor nie potra­fił się do tego przy­zwy­czaić. Jego obawy miały silne pod­stawy, bo natura obda­ro­wała Wan­dzię nie­prze­ciętną urodą, po matce rzecz jasna, bo Anna w niczym jej nie ustę­po­wała. Blond włosy do pasa, wiel­kie szma­ragdy zamiast oczu, figura modelki. Była jego skar­bem i kochał ją nad życie, dla­tego pra­gnął, aby córka w końcu zmą­drzała i nie kusiła losu, zwłasz­cza że w tele­wi­zji coraz czę­ściej sły­szało się o zagi­nię­ciach bądź porwa­niach mło­dych kobiet. Trój­miej­ski pół­świa­tek spe­cja­li­zo­wał się w han­dlu żywym towa­rem, a kolejni gang­ste­rzy nawet spe­cjal­nie się z tym nie kryli, bo poli­cję mieli w kie­szeni. W Gdań­sku, Sopo­cie i Gdyni kluby nocne wyra­stały jak grzyby po desz­czu i pomimo plo­tek o tych wszyst­kich beze­ceń­stwach, które się tam działy, funk­cjo­no­wały jaw­nie i bez pro­ble­mów. To nie­ustan­nie spę­dzało mu sen z powiek, ale nie umiał zna­leźć wspól­nego języka z córką ani anti­do­tum na swoje lęki. Uwa­żał, że jest stary i bez­u­ży­teczny, choć dopiero nie­śmiało zbli­żał się do pięć­dzie­siątki.

Dziś Sam­bor Buchen­wald czuł się jak trup.

Mimo to chwy­cił kości­stymi pal­cami sieci i zaczął je zwi­jać, od czasu do czasu wyj­mu­jąc spo­mię­dzy oczek jakie­goś sko­ru­piaka albo kiść mor­skich glo­nów, które następ­nie wyrzu­cał do wody. Wyma­gało to spo­rej krzepy, ale jego sześć­dzie­się­cio­ośmio­let­nie ciało wciąż nie ule­gało poku­sie zako­le­go­wa­nia się z jakimś nowo­two­rem albo innym cho­rób­skiem, może dla­tego, że w trupa nie było już sensu inwe­sto­wać, tak to sobie cza­sem tłu­ma­czył. W kąciku ust wisiał mu papie­ros, a nad głową skrze­czały mewy.

– Głu­pie – mruk­nął pod nosem, bo prze­cież połów był nie­udany, sieci puste, a pta­szy­ska i tak latały mu nad głową, jakby te były pełne.

Zacią­gnął się, bo naszła go reflek­sja, że w ogóle nie­po­trzeb­nie otwo­rzył usta. Mar­no­traw­stwo, pomy­ślał. Czcze gada­nie, które nic nie zmieni. Zacią­gnął się po raz ostatni, wyrzu­cił nie­do­pa­łek za burtę i dalej zaczął zwi­jać sieci. Gdy koń­czył, dostrzegł w doku poli­cyjny radio­wóz. Wysia­dło z niego dwóch nie­umun­du­ro­wa­nych poli­cjan­tów. Jed­nego z nich znał aż za dobrze.

Odło­żył sieci w kąt i zapa­lił kolej­nego papie­rosa. Się­gnął po puszkę Coca-Coli. Wypił na raz i zgniótł ją w pal­cach, jakby była zro­biona z papieru. Splu­nął, gdy męż­czyźni sta­nęli przy bur­cie.

– Złaź tu, Buchen­wald – rzu­cił szorstko ten star­szy. Miał na sobie dżinsy i tak­tyczną kurtkę. Na gło­wie nosił czapkę z dasz­kiem. – I pospiesz się, bo nie będę tu marzł do usra­nej śmierci – dodał, nie dostrze­gł­szy spo­dzie­wa­nej reak­cji.

– Czego chcesz? – wark­nął Sam­bor.

– Nie ty tu będziesz zada­wał pyta­nia.

– To spier­da­laj.

– Sam tego chcia­łeś.

Kuter deli­kat­nie się zabu­jał, gdy męż­czyźni weszli na pokład. Mewy zerwały się z relin­gów i odfru­nęły na zacu­mo­waną obok łajbę. Powiał zimny wiatr.

– Dawaj łapy. Jesteś zatrzy­many do wyja­śnień – oznaj­mił poli­cjant.

Sam­bor splu­nął mu pod nogi, bo uznał, że i tak powie­dział już zde­cy­do­wa­nie za dużo. Poli­cjant wes­tchnął i chwy­cił rybaka za ramię, następ­nie kil­koma szyb­kimi ruchami wykrę­cił mu ręce i zało­żył na nad­garstki kaj­danki.

– Jeśli to ty, to poże­gnaj się z morzem. Już ni­gdy wię­cej go na oczy nie zoba­czysz – syk­nął star­szy stop­niem do ucha rybaka, a potem razem z młod­szym kom­pa­nem chwy­cili go za ramiona i w akom­pa­nia­men­cie skrze­cze­nia mew wypro­wa­dzili na keję.

Kiedy pako­wali go do radio­wozu, na pół­nocy znów zebrały się czarne chmury. Tej nocy morze znów miało być nie­spo­kojne.

Rozdział 6

Brudny stał przed wej­ściem do budynku i palił papie­rosa. Przy­glą­dał się spa­ce­ru­ją­cym ludziom i lata­ją­cym mewom. Te ostat­nie darły się jak zwy­kle, ale zacho­wa­nie miesz­kań­ców wyraź­nie odsta­wało od normy. Z ich roz­mów biła nie­zdrowa eks­cy­ta­cja, a nie­mal każda doty­czyła zna­le­zio­nej w pobli­skim wraku dziew­czyny. I czy tego chciał, czy nie, jeśli chciał zapa­lić i nie odda­lać się od swo­jego pokoju, musiał ich słu­chać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki