Markiz - Przemysław Piotrowski - ebook + książka
BESTSELLER

Markiz ebook

Przemysław Piotrowski

4,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

450 osób interesuje się tą książką

Opis

GDY POTWÓR NOSI MASKĘ…

Igor Brudny i Julia Zawadzka wyjeżdżają na Hel, żeby odetchnąć i rozpocząć wszystko od nowa. Nie podejrzewają, że na horyzoncie już zbierają się ciemne chmury.

Niedługo po ich przyjeździe we wraku jednego z polskich okrętów policja odkrywa zwłoki młodej kobiety. W dodatku zarówno Brudnego, jak i Zawadzką zaczepia tajemniczy mężczyzna, który chce opowiedzieć im o rozgrywającym się na półwyspie koszmarze. Obydwoje postanawiają zostawić śledztwo trójmiejskiej komendzie.

Szybko okazuje się, że morderca ma inne plany. W makabryczny sposób wciąga Brudnego do swojej chorej gry. Nadchodzi sztorm i nie wiadomo, czy ktokolwiek utrzyma się na powierzchni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 321

Oceny
4,7 (649 ocen)
503
113
20
10
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
izuniaka

Z braku laku…

Koncowka ksiazki mocna, ale calosc taka sobie, prosta, płaska fabula z zaledwie kilkoma osobami. Albo mi sie wydaje, albo autor cos ostatnio slabo pracuje nad zyciem zawodowym Brudnego.
omega1990

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam i licze na kolejną część...
31
Basiura72

Całkiem niezła

Rozczarowanie.
20
Miroslawa0109

Nie polecam

Kolokwialnie ujmując, jakiś taki duszny fetor z tego zaleciał. Noi ten dziadzio na okładce z zasłoniętymi oczami ,to już komedia haha
10
czernieckaizabela

Nie oderwiesz się od lektury

„Markiz” Przemysława Piotrowskiego to książka, która od pierwszych stron wciąga w mroczny, intensywny klimat i nie pozwala się oderwać aż do samego końca. To kolejny tom serii o Igorze Brudnym i jednocześnie jeden z najmocniejszych. Autor świetnie buduje napięcie, stopniowo rozwijając fabułę i wprowadzając kolejne elementy historii. Szczególnie mocne wrażenie robi końcówka — dynamiczna, emocjonalna i pełna zwrotów akcji. Dużym atutem jest postać głównego bohatera. Igor Brudny to postać nieidealna, momentami trudna, ale właśnie przez to bardzo autentyczna. Jego sposób działania i myślenia sprawia, że czytelnik zaczyna analizować wydarzenia razem z nim. To książka, która angażuje nie tylko emocjonalnie, ale też intelektualnie. Już od początku miałam swoje podejrzenia i próbowałam łączyć fakty, co tylko zwiększyło moje zaangażowanie. Zmiana scenerii na nadmorską to ciekawe urozmaicenie serii, które wprowadza świeżość, nie tracąc przy tym charakterystycznego klimatu. To thriller, który zde...

Popularność




Dedykacja

Iwo­nie Szan­tyko-Pta­szek, mojej cudow­nej polo­ni­stce z pod­sta­wówki, która już wtedy powta­rzała, że kie­dyś zostanę pisa­rzem

Prolog

Zacu­mo­wany przy kei wie­kowy kuter rybacki bujał się smęt­nie, skrzy­piąc i jęcząc jak umie­ra­jący sta­rzec. Rybi zapach przy­cią­gał mewy, które spa­ce­ro­wały po relin­gach i pokła­dzie w poszu­ki­wa­niu sma­ko­wi­tych kąsków z ostat­niego połowu. Z lewej burty zwi­sały wysłu­żone sieci, a kro­ple desz­czu bęb­niły o drew­niane deski.

Postawny męż­czy­zna odwró­cił się, odchy­lił połę płasz­cza prze­ciw­desz­czo­wego i zgiął kark, aby uchro­nić się przed wia­trem i móc zapa­lić papie­rosa. Zacią­gnął się głę­boko i wypu­ścił dym, który porwał soczy­sty podmuch. Pocią­gnął nosem, odchark­nął i splu­nął na wybe­to­no­waną keję. Popa­trzył w niebo. Sta­lowe chmury wciąż wisiały nad por­tem, ale nad hory­zon­tem, niczym świe­tli­ste włócz­nie samego Posej­dona, prze­bi­jały się pierw­sze pro­mie­nie słońca. Popra­wił zerwany z głowy kap­tur i przy­trzy­mu­jąc go jedną dło­nią, ruszył w kie­runku zacu­mo­wa­nej łodzi.

– Uda­nego połowu! – poniósł się zgrzy­tliwy krzyk Macieja, powy­krę­ca­nego reu­ma­ty­zmem wia­rusa, uczci­wego rybaka i przy­ja­ciela od wódki i bry­dża, który na pokła­dzie wła­snej łajby szy­ko­wał sieci.

Męż­czy­zna uniósł rękę i odmach­nął. Ze wschod­niej czę­ści portu dotarł war­kot uru­cha­mia­nego sil­nika innego kutra. Kolejny podmuch wia­tru spra­wił, że moc­niej przy­trzy­mał nacią­gnięty na głowę kap­tur. Zgar­biony pod­szedł do swo­jej łajby i chwy­cił się burty. Pogo­nił buszu­jące na łodzi mewy i wszedł na pokład, o mało nie wywra­ca­jąc się na rybich fla­kach. Przed upad­kiem uchro­nił się w ostat­niej chwili, łapiąc za reling.

– Jakim, kurwa, cudem… – mruk­nął, bo prze­cież nie powinno ich tu być. Zawsze sprzą­tał pokład po powro­cie z połowu i nie zosta­wiał na zewnątrz ani jed­nej ryby. Może coś mu umknęło, a ptaki dobrały się do resz­tek?

Powiódł wzro­kiem po ską­pa­nych w desz­czu wstę­gach czer­wieni, wciąż trzy­ma­jąc jedną dło­nią kap­tur. Krok dalej deski pokładu zdo­biły wnętrz­no­ści, które nijak nie przy­po­mi­nały rybich. Prze­go­nił kilka kolej­nych mew usil­nie szar­pią­cych długi i zakrę­cony frag­ment poły­sku­ją­cej tkanki, jako żywo przy­po­mi­na­jący jelito. Odfru­nęły, skrze­cząc z nie­za­do­wo­le­nia, i przy­sia­dły na relingu, aby po chwili sfru­nąć nieco dalej, gdzie znaj­do­wał się czę­ściowo roz­dzio­bany kawał krwa­wej mia­zgi.

Rybak przy­kuc­nął, a z oddali poniósł się grzmot sygnału wypły­wa­ją­cego z portu tan­kowca. Wło­żył palec w tkankę, z któ­rej wysu­nął się skra­wek nie­prze­tra­wio­nej pizzy.

– Boże… – jęk­nął, pusz­cza­jąc kap­tur, wtedy kolejny podmuch zerwał mu nakry­cie głowy, w pełni uka­zu­jąc widok tego, co znaj­do­wało się na rufie. – Nie, nie, nie…

Łodzią zaczęło koły­sać jak pod­czas sztormu. Obraz się roz­mył, pot zalał mu oczy, męż­czy­zna pośli­zgnął się i runął na pokład jak długi. Zapa­dła ciem­ność, a gdy uniósł powieki, dostrzegł zaro­śniętą i wyjąt­kowo szpetną gębę współ­więź­nia.

– Obudź się, bra­chu. Już czas – usły­szał chra­pliwy głos męż­czy­zny, który potrzą­sał nim ener­gicz­nie. – Chyba nie chcesz tu leżeć kolejne dwa­dzie­ścia lat, co?

– Rusz dupę! – Ten głos też znał. Aż za dobrze. Szef straż­ni­ków wię­zie­nia w Sztu­mie był wyjąt­ko­wym skur­wy­sy­nem.

Męż­czy­zna pode­rwał się z pod­łogi, na którą runął z łóżka, śniąc swój odwieczny kosz­mar. Wytarł pot z czoła, wyprę­żył się jak struna i wydął dolną wargę.

– Nie napi­naj się tak – rzu­cił mun­du­rowy, któ­rego więź­nio­wie nazy­wali Carem. – To, że odje­ba­łeś swoje, nie zna­czy, że wkrótce się nie zoba­czymy. Mnie się wydaje, że prę­dzej niż póź­niej, mam rację? – dodał, szcze­rząc się w zło­śli­wym uśmie­chu.

Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział. Chwy­cił przy­go­to­wany wcze­śniej lniany tobo­łek, ski­nął towa­rzy­szowi nie­doli i dum­nym kro­kiem ruszył w kie­runku otwar­tych drzwi celi. Mija­jąc Cara, pomy­ślał, że jak rzadko się z nim zga­dzał, tak tym razem chuj jeden może mieć rację. Pomy­ślał też, że cze­kał na ten moment dłu­gie dwa­dzie­ścia lat. I tym razem zrobi to, co powi­nien był zro­bić, gdy jego życie miało jesz­cze jakiś sens.

Rozdział 1

Kro­ple desz­czu tłu­kły w karo­se­rię, a koro­nami drzew tar­gał pół­nocny wiatr. Nowe wycie­raczki nie nadą­żały zbie­rać wody, ale wykle­pany przez bla­cha­rza Patrol zda­wał się tym spe­cjal­nie nie przej­mo­wać. Dopiero gdy na szybę spa­dła igla­sta gałązka, kie­rowca zje­chał na pobo­cze.

– Wycią­gnij mi bułkę, bo zgłod­nia­łem – powie­dział i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wysiadł z pojazdu. Szyb­kim ruchem wyrwał zaha­czoną o rant maski gałązkę i wyrzu­cił ją w las. Gdy wró­cił, cały skrzył się od kro­pel wody. – Dzięki – rzu­cił, odbie­ra­jąc czę­ściowo zafo­lio­waną kaj­zerkę z szynką, serem i ogór­kiem kiszo­nym. Zer­k­nął w lusterko boczne, wgry­za­jąc się w bułkę. – Robisz naj­lep­sze buły na świe­cie – dodał i ruszył z miej­sca.

– Nie tylko w tym jestem taka dobra – odparła pasa­żerka.

– Wiem.

Nad­ko­mi­sarz Igor Brudny wci­snął moc­niej pedał gazu, błoto try­snęło spod opon i chwilę póź­niej Patrol znów był na asfal­tówce. Zie­lona tabliczka z napi­sem „Hel” potwier­dziła, że nie pozo­stało im wiele drogi do celu.

– Jak tu jest tak codzien­nie, to o roman­tycz­nych zacho­dach słońca chyba możemy zapo­mnieć – rzu­ciła komi­sarz Julia Zawadzka, wzdy­cha­jąc.

– Nie po to tu przy­je­cha­li­śmy – odparł Brudny, mie­ląc w ustach kolejny kęs.

– Ale miło by było. Ty zawsze musisz być taki… taki…

– Sorry. Nie tak to miało zabrzmieć.

– Dobra już. Nie­ważne.

– No wła­śnie ważne. Prze­pro­si­łem. Wiesz, że cza­sem potra­fię pal­nąć…

Zawadzka unio­sła brwi i zaci­snęła usta w linię, co można było odczy­tać jako pełną zgodę, choć pod­szytą nutką iro­nii co do tre­ści ostat­nich słów part­nera. Igor w isto­cie czę­sto naj­pierw robił, a potem myślał. Zupeł­nie odwrot­nie niż na służ­bie, choć i wtedy zda­rzało mu się dzia­łać w spo­sób, który więk­szość prze­ło­żo­nych w naj­lep­szym wypadku trak­to­wała jako nie­po­trzebną samo­wolkę. Rato­wały go intu­icja, instynkt i wyniki. Po spo­tka­niu z Brud­nym każdy złol prę­dzej czy póź­niej tra­fiał do wię­zie­nia. Albo do pia­chu.

– Tro­chę się tym wszyst­kim stre­suję. – Julia zmie­niła temat.

– Popatrz na to jak na kolejną robotę, którą trzeba wyko­nać. Tylko że teraz po pro­stu sobie zaśniesz, a gdy się obu­dzisz, robota będzie zro­biona.

– Ty to masz na wszystko odpo­wiedź, co?

– Nie wiem, czy na wszystko, ale to chyba roz­sądne podej­ście. Dziś wie­czo­rem zjemy po rybie i się odstre­su­jemy, a jutro pój­dziemy do tego dok­torka, który przyj­rzy się bli­znom i wszystko ogar­nie.

– Dla cie­bie to „wszystko” jest takie pro­ste… – Julia wes­tchnęła i prze­nio­sła wzrok na mijane zabu­do­wa­nia.

– Sta­ram się pod­nieść cię na duchu. Masz, scho­waj. – Brudny oddał jej folię po bułce. Prze­łknął ostatni kęs. – Takie zabiegi to w dzi­siej­szych cza­sach nor­malka. Na stół chi­rur­gów pla­stycz­nych usta­wiają się kolejki chęt­nych. Zresztą głów­nie kobiet. Pomyśl o tym w ten spo­sób.

– Jakoś nie mogę…

– Będzie dobrze. – Brudny zer­k­nął na nawi­ga­cję. – Do celu zostało dwie­ście metrów. Uśmiech­nij się.

Part­nerka posłała mu nieco sztuczny uśmiech. Naprawdę się dener­wo­wała i Brudny to widział. Pró­bo­wał ją wspie­rać na różne spo­soby, ale szło mu jak po gru­dzie, bo ni­gdy nie był dobry w te klocki. Z pro­stej przy­czyny. Przez pierw­sze osiem­na­ście lat życia w pie­kle sie­ro­cińca sióstr hie­ro­ni­mek nikt ni­gdy mu nie poma­gał i z każ­dym pro­ble­mem musiał radzić sobie sam, potem zaś zamknął się na świat i tej pomocy nie ocze­ki­wał. Dopiero gdy w jego życiu poja­wiła się Julia, coś w nim drgnęło. Poja­wiły się emo­cje, trudna do zde­fi­nio­wa­nia więź, któ­rej z początku nie rozu­miał i długo zro­zu­mieć nie potra­fił. Z cza­sem part­ner­stwo na służ­bie prze­obra­ziło się w przy­jaźń, ta zaś wyewo­lu­owała w coś wię­cej. Przy oka­zji jed­nego ze śledztw odkrył, że ma brata i bra­ta­nicę. Szczelny do tej pory mur zaczął pękać i kru­szeć, a Igor Brudny uczył się życia na nowo.

Na tę myśl Julii zro­biło się cie­plej na sercu. On naprawdę się sta­rał.

– Dzię­kuję ci – powie­działa i raz jesz­cze się uśmiech­nęła, tym razem bar­dziej pro­mien­nie. – Dzię­kuję ci, że mnie tu zabra­łeś i tak mocno mnie wspie­rasz.

– Nie ma za co – odparł, co w tej sytu­acji zabrzmiało, jak zwy­kle u niego, koślawo. – Dotar­li­śmy na miej­sce – dodał, zer­ka­jąc na drew­niany szyld na ścia­nie budynku. – Pokoje „U Babci Heli”. To chyba jest wjazd na podwórko…

– Też tak myślę.

Brudny skrę­cił kie­row­nicę i powoli wje­chał przez otwartą na oścież bramę. Zapar­ko­wał przy szo­pie, wyłą­czył sil­nik i spoj­rzał na Julię.

– Wysia­damy? – zapy­tał.

– Z cukru nie jeste­śmy – odparła. – Naj­wy­żej bagaże zabie­rzemy póź­niej. Marzę o tym, aby wziąć gorący prysz­nic i napić się kawy.

– Na trzy?

– Trzy.

Zawadzka otwarła drzwi w momen­cie, gdy roz­legł się grzmot. Do drzwi nie­wiel­kiego budynku o spa­dzi­stym dachu dobie­gła z pręd­ko­ścią bły­ska­wicy. Zdą­żyła tylko zauwa­żyć, że wygląda na taki, który stał tu jesz­cze przed wojną. Po chwili dosko­czył do niej Brudny, też cały mokry. Wtedy drzwi się otwo­rzyły.

– Pro­szę, pro­szę – rzu­ciła star­sza kobieta z gru­bym blond war­ko­czem. Upły­wa­jący czas wyma­lo­wał na jej twa­rzy trudy ist­nie­nia, ale w oczach wciąż zda­wał się żarzyć mło­dzień­czy wigor. – Pogoda dziś pod psem albo i gorzej. Pań­stwo z daleka, prawda? – zapy­tała, gdy weszli do sieni.

– Z Zie­lo­nej Góry.

– Oj, to rze­czy­wi­ście kawał drogi. Tu mogą pań­stwo powie­sić płasz­cze. Klu­czyk do pokoju zaraz dam, a jeśli pań­stwo głodni, to mogę coś przy­go­to­wać. Mam w lodówce świe­żego dor­sza.

– Bar­dzo dzię­ku­jemy. – Julia posłała kobie­cie pro­mienny uśmiech.

Wnę­trze domu oka­zało się bar­dziej prze­stronne, niż mogłoby się wyda­wać. Tuż obok wyj­ścia z sieni znaj­do­wała się lada, która w zamie­rze­niu miała być zapewne czymś w rodzaju recep­cji. Ude­ko­ro­wano ją ręcz­nie dłu­ba­nymi figur­kami kutrów i żaglow­ców, praw­dzi­wymi musz­lami i ozdo­bami z bursz­tynu. Na spe­cjal­nym obro­to­wym wie­szaku pre­zen­to­wały się wido­kówki, nie bra­ko­wało też bre­locz­ków do klu­czy, magne­sów, smy­czy i innych dupe­reli nawią­zu­ją­cych do morza i samego Helu. Na para­pe­cie stały kwiaty donicz­kowe, a na ścia­nie wisiało kilka czarno-bia­łych zdjęć oraz spo­rych roz­mia­rów koło ste­rowe.

– Pokój numer sześć. Naj­więk­szy i naj­lep­szy. Taki nasz, no, pre­zy­dencki. W cenie zwy­kłego oczy­wi­ście – oznaj­miła kobieta, wrę­cza­jąc dwa klu­cze z cięż­kimi drew­nia­nymi bre­lo­kami w kształ­cie ryby. – Pro­szę się roz­go­ścić i odpo­cząć po podróży, a ja z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią upichcę dla pań­stwa kola­cję. Mają pań­stwo jakieś bagaże?

– W samo­cho­dzie. Weź­miemy póź­niej, bo strasz­nie leje i…

– Leje, nie leje, bagaże trzeba roz­pa­ko­wać. Zaraz zawo­łam syna i on je przy­nie­sie. Chodź tu, jest robota! – krzyk­nęła, kie­ru­jąc twarz w stronę kory­ta­rza pro­wa­dzą­cego na pię­tro.

– Naprawdę nie trzeba. Chło­pak zmok­nie i…

– A niech zmok­nie. Z cukru nie jest. I tak całe dnie nic nie robi, tylko tłu­cze w te prze­klęte gry kom­pu­te­rowe. Z tego pie­nię­dzy nie ma i nie będzie, choć on buja w obło­kach i twier­dzi, że będą. Ech…

– Dzię­ku­jemy bar­dzo.

– O sprawy for­malne pro­szę się nie mar­twić. Zała­twimy je póź­niej.

– Jesz­cze raz bar­dzo dzię­ku­jemy.

– Gość w dom, Bóg w dom. O, jest syn.

– Igor…

Brudny, zajęty podzi­wia­niem zdjęć sta­rych ryba­ków przy sie­ciach, dopiero teraz wygrze­bał z kie­szeni klu­czyki do samo­chodu. Wrę­czył je pie­go­wa­temu nasto­lat­kowi o buj­nej czu­pry­nie i smęt­nych oczach. Ten się ukło­nił i znik­nął w sieni, oni zaś ruszyli po scho­dach na górę. Minutę póź­niej byli już w swoim pokoju, choć w isto­cie nale­ża­łoby go nazwać apar­ta­men­tem. Prze­stronny salon z wido­kiem na pro­me­nadę i morze cie­szył oko drew­nia­nym wykoń­cze­niem i meblami, które mogły ucho­dzić za takie z duszą. Ściany zdo­biły obrazy olejne przed­sta­wia­jące zachody słońca i ryba­ków na morzu, a na komo­dzie stała maje­sta­tyczna replika jakie­goś żaglowca.

Brudny roz­siadł się w mięk­kim fotelu i pozwo­lił part­nerce doko­nać obli­ga­to­ryj­nego reko­ne­sansu. Pomy­ślał, że chęt­nie by teraz zro­bił sobie drinka i zapa­lił papie­rosa. Nie­stety, na tere­nie obiektu był abso­lutny zakaz uży­wa­nia wyro­bów tyto­nio­wych.

– Spójrz, jaka uro­cza sypial­nia. I ten zapach. – Julia zacią­gnęła się wonią drewna. – Przy­znaj się, kto ci pod­po­wia­dał, żeby wybrać aku­rat to miej­sce.

– Było dwa razy tań­sze od hote­lo­wego. No i urzekł mnie głos Babci Heli – odparł, pod­no­sząc się z fotela. Zaj­rzał do wnę­trza i poło­żył dłoń na bio­drze part­nerki. – Łóżko też mi wygląda na solidne – dodał, obie­ra­jąc kie­ru­nek na połu­dnie i wymow­nie zaci­ska­jąc palce na pośladku.

– No rze­czy­wi­ście, wypa­da­łoby je ochrzcić, ale… – Poca­ło­wała go w poli­czek. – Naj­pierw kawa, kąpiel i bagaże. Potem będziesz mógł zro­bić ze mną, co ci się tam żyw­nie podoba.

– Stoi.

– Już?

– Nie igraj z ogniem…

– Dobra już, koniec. Nasta­wiam kawę, a ty przy­pil­nuj bagaży. Już mi się tu podoba.

Brudny odpro­wa­dził ją wzro­kiem, a gdy wyj­rzała za okno, za któ­rym powoli zaczy­nało się prze­ja­śniać, pomy­ślał, że dru­giej takiej kobiety nie znaj­dzie ni­gdzie na świe­cie. I jeśli do tej pory nie miał w życiu celu poza łapa­niem ban­dzio­rów, to teraz go ma, a ten wyjazd będzie oka­zją na nowe otwar­cie.

Uśmiech­nął się pod nosem zupeł­nie nie­świa­domy faktu, że już wkrótce wszyst­kie jego plany szlag trafi.

Rozdział 2

– Zatem widzimy się w pią­tek. I pro­szę się tym wszyst­kim nie stre­so­wać. Jest pani, nie­skrom­nie mówiąc, w naj­lep­szych rękach – oznaj­mił dok­tor Adrian Mile­wicz i wycią­gnął dłoń w stronę Zawadz­kiej. Julia uści­snęła ją, a po niej zro­bił to Brudny.

– Do zoba­cze­nia, dok­to­rze.

– Do zoba­cze­nia.

Droga na zewnątrz zajęła im chwilę. Pry­watna kli­nika o chwy­tli­wej nazwie „New Life” mie­ściła się w dwu­pię­tro­wym budynku, a łączna powierzch­nia wszyst­kich pomiesz­czeń nie prze­kra­czała trzech tysięcy metrów kwa­dra­to­wych. Mimo że nie­duża, od pierw­szej wizyty mogła jed­nak budzić zachwyt. Wło­skie mar­mury, hisz­pań­skie gresy, prze­zierne, pod­świe­tlane kwar­cyty, akwa­ria z pły­wa­ją­cymi w nich minia­tu­ro­wymi reki­nami, do tego fan­ta­zyjne rośliny i kwiaty w desi­gner­skich doni­cach, a na par­kingu poły­sku­jące świe­żo­ścią cuda nie­miec­kiej i wło­skiej moto­ry­za­cji. Luk­sus widać było na każ­dym kroku. Tu leczyli się, a raczej two­rzyli swój wize­ru­nek wiecz­nie pięk­nych i mło­dych, naj­bo­gatsi Polacy i Polki.

– Powiesz mi w końcu, ile to nas będzie kosz­to­wało? – zapy­tała Julia, raz jesz­cze omia­ta­jąc wzro­kiem prze­szklone wej­ście do kli­niki.

– Nie.

– No Igor…

– Nie powiem.

– Ale ty jesteś uparty…

– To i tak nie ma żad­nego zna­cze­nia. Gdyby cena za twoje szczę­ście wynio­sła dwa czy trzy razy tyle, to i tak jakoś bym tę kasę zdo­był.

– Obro­bił­byś bank?

– Nie wiem. Może.

– Dobra, niech ci będzie. I tak kie­dyś mi powiesz.

– Nie powiem.

– Powiesz.

– Wsia­daj, bo to ostat­nie dni, kiedy będziesz mogła zjeść jak czło­wiek. Potem tylko jogur­ciki. Przez rurkę.

– Bar­dzo śmieszne.

– Dorsz czy hali­but?

– Sola.

– No to sola.

Zje­dli w przy­por­to­wej sma­żalni, a potem prze­spa­ce­ro­wali się po por­cie. Listo­pa­dowe słońce powoli kryło się za dachami budyn­ków, a wiatr sta­wał się coraz bar­dziej prze­ni­kliwy. Julia, wtu­lona w ramię part­nera, w mil­cze­niu obser­wo­wała, jak kolejne kutry rybac­kie wra­cają z poło­wów. War­kot ich sil­ni­ków zagłu­szał skrzek kołu­ją­cych nad most­kami mew, które nie­ustan­nie pró­bo­wały piko­wać na pokład w poszu­ki­wa­niu co smacz­niej­szych kąsków. W dokach i han­ga­rach przy kei robot­nicy nie­spiesz­nie wyła­do­wy­wali z kutrów mor­ski uro­bek. Pach­niało jodem i rybami.

Brudny i Zawadzka przy­sie­dli na murku. Na hory­zon­cie maja­czyły ramiona dźwi­gów gdań­skiego portu, a bar­dziej na lewo migały czer­wone świa­tła obwodu kró­le­wiec­kiego. Igor wyjął paczkę papie­ro­sów i poczę­sto­wał part­nerkę, ale ta odmó­wiła, zamiast tego upiła łyk napoju z alo­esu.

– Zwa­rio­wany jest ten świat… – mruk­nęła, popra­wia­jąc koł­nierz swe­tra.

– Co masz na myśli? – zapy­tał, osła­nia­jąc się połą płasz­cza, aby przy­pa­lić papie­rosa.

– Te czer­wone świa­tła to już Rosja, mam rację?

– Nie wiem, chyba tak. Kali­nin­grad?

– Kró­le­wiec.

– Zwał, jak zwał. – Igor wypu­ścił dym, który ule­ciał z wia­trem.

– No to teraz pomyśl sobie, że my tu żyjemy sobie wolni jak ptaki, a tam… ile to może być stąd? Pięć­dzie­siąt, sześć­dzie­siąt kilo­me­trów…?

– Jakoś tak.

– No więc my tu sobie żyjemy jak pączki w maśle…

– Jak pączki w maśle?

– No wiesz, o co mi cho­dzi. Nikt nam nie narzuca, jak mamy żyć i w co wie­rzyć. Możemy mówić, gdy nam się coś nie podoba, gło­so­wać, na kogo chcemy, a jak trzeba, to wyjść na ulice pro­te­sto­wać. A tam Putin trzyma ich wszyst­kich za mordę. Powiesz o jedno słowo za dużo i kolo­nia karna gdzieś na Sybe­rii. Czyli pewna śmierć. Albo ni stąd, ni zowąd dosta­jesz wezwa­nie do woj­ska i z dnia na dzień lądu­jesz w oko­pie. Bo stary zgred ma kaprys, żeby zabrać tro­chę tery­to­rium innego kraju. No i ludzie umie­rają zupeł­nie bez sensu, a ich żony i dzieci…

– Ich żony i dzieci tylko na to liczą. Za trupa dostają ponoć tyle, ile taki mężuś by nie zaro­bił przez kilka lat.

– Sły­sza­łam o tym, ale wiesz, do czego dążę.

– Że mają tam prze­je­bane.

– No, powiedzmy… zresztą dobra, nie­ważne.

Przez dłuż­szą chwilę mil­czeli, wpa­tru­jąc się w hory­zont. Po wodzie w śli­ma­czym tem­pie prze­su­wały się wiel­kie kon­te­ne­rowce i roz­świe­tlony prom. Do hel­skiego portu wra­cał ostatni w zasięgu wzroku kuter rybacki.

– Mamy jakieś plany na te kilka dni? – prze­rwała ciszę Julia.

– Mnie poli­cyjna psy­cho­log naka­zała odpo­czy­wać.

Julia prych­nęła.

– Jak­byś kie­dy­kol­wiek się jej słu­chał…

– Podobno jestem na gra­nicy poczy­tal­no­ści i jest prze­ciwna mojemu powro­towi na ulicę.

– Kpisz sobie, prawda?

– Ni­gdy w życiu. Taką posta­wiła mi dia­gnozę i wyraź­nie wyar­ty­ku­ło­wała, że ma zamiar poroz­ma­wiać o tym z Rom­kiem.

– W sumie to jej się nie dzi­wię. Dźgną­łeś się nożem rzeź­nic­kim. To nie jest nor­malne.

– A czymże jest ta nor­mal­ność?

– Na pewno nie polega na wbi­ja­niu noża we wła­sne ciało. Choćby w dobrej wie­rze.

Trudno było dys­ku­to­wać z tym argu­men­tem. Brudny zacią­gnął się po raz ostatni i wyrzu­cił nie­do­pa­łek do morza.

– Pro­blem w tym, Julka, że trudno jed­no­znacz­nie oce­nić, czym jest nor­mal­ność. Sama przy­zna­łaś, że tam… – wska­zał na miga­jące świa­tła na hory­zon­cie – życie wygląda zupeł­nie ina­czej. I w Rosji, czy tego chcemy, czy nie, to jest nor­mal­ność, która u nas wydaje się upiorną abs­trak­cją. Dla wielu dzie­cia­ków w sie­ro­cińcu życie pod batem Gwi­dony też było nor­malne. Bo nie znały innego.

– Coś w tym jest…

– Co nie zna­czy, że rze­czy­wi­ście nie potrze­buję odde­chu. – Brudny moc­niej objął ramie­niem part­nerkę. – Cie­szę się, że jestem tu z tobą. No i że się doga­da­li­śmy…

– Ja też.

Zawadzka wtu­liła się w pierś part­nera i przez dłuż­szą chwilę trwali tak w mil­cze­niu, wpa­trzeni w ciem­nie­jący hory­zont. Gdy płasz­czem Brud­nego szarp­nął kolejny zimny podmuch, zeszli z murku i ruszyli w stronę mia­sta. Na pro­me­na­dzie Julia wyjęła z kie­szeni smart­fon. Spoj­rzała na wyświe­tlacz.

– Chcia­ła­bym jesz­cze zro­bić krótką prze­bieżkę, więc jak chcesz, to idź do Heli i naszy­kuj dzba­nek cie­płej her­baty – powie­działa. – Pomy­śla­łam też, że przy oka­zji zajdę do lokal­nej księ­garni. Mija­li­śmy ją, pamię­tasz?

– Pamię­tam.

– Na wystawce widzia­łam tu książki Ossow­skiego, wiesz, tego, co pisze te popu­larne kry­mi­nały. Ostat­nio wydał coś nowego, a to jedyny gość, któ­rego książki naprawdę lubię.

– Nie znam.

– Ja za to mia­łam ostat­nio dużo czasu na czy­ta­nie i naprawdę się wcią­gnę­łam. Musisz spró­bo­wać, bo facet naprawdę ogar­nia temat. Nie myli zatrzy­ma­nia z aresz­to­wa­niem, trzyma się pro­ce­dur, widać, że był na nie­jed­nej sek­cji zwłok. Zresztą jest cho­ler­nie popu­larny. Wszy­scy go czy­tają. Zwłasz­cza tu, bo podobno mieszka gdzieś na Helu.

– Nie mam poję­cia, o kim mówisz, ale okej. Może się sku­szę. Do póź­niej.

Poże­gnali się i Zawadzka potruch­tała wzdłuż pro­me­nady. Dobie­gła do zachod­niej kei, następ­nie zawró­ciła i skrę­ciła w naj­bar­dziej oble­ganą uliczkę mia­sta, po sezo­nie pra­wie pustą, bo wszyst­kie pomniej­sze knajpki i stra­gany już dawno zamknięto. Kilka otwar­tych restau­ra­cji też w więk­szo­ści świe­ciło pust­kami, podob­nie jak skryta w bocz­nej uliczce przy­tulna księ­ga­renka. Julia, lekko dysząc, naci­snęła klamkę i prze­kro­czyła próg. Roz­legł się dzwo­nek sygna­li­zu­jący, że poja­wił się nowy klient. W ostat­niej chwili wzdry­gnęła się, gdy w oknie wysta­wo­wym dostrze­gła jakiś kształt. Obró­ciła się, ale postać znik­nęła, jakby w jed­nej chwili wypa­ro­wała.

– Za bar­dzo się stre­suję – mruk­nęła i pew­niej wkro­czyła do księ­garni. Weszła pomię­dzy półki, szu­ka­jąc inte­re­su­ją­cego ją tytułu. Kątem oka dostrze­gła młodą bru­netkę, która poja­wiła się za ladą.

– Czy mogę jakoś pomóc? – zapy­tała dziew­czyna. Na nogach miała czarne kozaki pod kolano, dżinsy z wyso­kim sta­nem, w które wci­snęła czarny T-shirt z logo jed­nej ze zna­nych i naj­czę­ściej pod­ra­bia­nych marek odzie­żo­wych.

– Szu­kam naj­now­szej książki Ossow­skiego.

– Nie­obli­czalny?

– Tak, wła­śnie. Autor pocho­dzi stąd, prawda?

– Tak. Nasza duma. Zapra­szam do lady. Mam tu kilka sztuk i pole­cam każ­demu klien­towi. Kolejny jego świetny thril­ler.

Julia wychy­nęła zza regału w momen­cie, gdy za szybą wysta­wową znów mignął jej ten dziwny kształt. Powio­dła za nim wzro­kiem, ale zanim zdą­żyła się przyj­rzeć, facet znik­nął jej z oczu. Zasty­gła na chwilę, ale w końcu zigno­ro­wała go i pode­szła do lady.

– Popro­szę jeden egzem­plarz. Rozu­miem, że pani już po lek­tu­rze? – zapy­tała, wyj­mu­jąc z nerki port­fel.

– A jakże! Czy­tam wszystko, co wyj­dzie spod jego pióra. I powiem pani, że uuu… – Wes­tchnęła wyraź­nie pod­eks­cy­to­wana. – Co tam się dzieje, to…

– Dobrze, stop. Pro­szę nic nie mówić. Nie chcę nic wie­dzieć. – Julia uśmiech­nęła się lekko.

– Oczy­wi­ście. Ni­gdy bym pani niczego nie zaspoj­le­ro­wała. Tylko… no zresztą pro­szę. – Wrę­czyła Zawadz­kiej książkę. – Czter­dzie­ści dzie­więć dzie­więćdziesiąt. Cena okład­kowa, bo to nowość, a my nie możemy dawać takich raba­tów jak giganci branży. Ale gwa­ran­tuję, że warto.

– Nie wąt­pię. Dzię­kuję i do widze­nia.

– Pro­szę wpaść, jak pani prze­czyta. Chęt­nie poroz­ma­wiam o wra­że­niach po lek­tu­rze.

– Będzie mi miło. Raz jesz­cze dzię­kuję. Spo­koj­nego wie­czoru.

– Nawza­jem.

Na zewnątrz było już cał­kiem ciemno. Pach­niało rybami i szy­ko­wa­nymi kola­cjami. Z komi­nów ulat­niał się dym, a w tle dało się sły­szeć szum ude­rza­ją­cych o keje fal i pokrzy­ki­wa­nia pra­cow­ni­ków por­to­wych. Julia rozej­rzała się po ciem­nym zaułku i wyszła na oświe­tloną latar­niami pro­me­nadę. Była pra­wie pusta, nie licząc spa­ce­ru­ją­cego kil­ka­na­ście metrów dalej męż­czy­zny z psem i faceta sie­dzą­cego na ławeczce. Wzdry­gnęła się, bo odnio­sła wra­że­nie, że to ten sam, któ­rego widziała w odbi­ciu szyby wysta­wo­wej.

Moc­niej zaci­snęła palce na książce i ruszyła pew­nym kro­kiem w jego stronę. Miał na sobie czarny płaszcz i beret, a w dłoni trzy­mał jakiś przed­miot. Gdy dostrze­gła, że to książka, pomy­ślała, że się wygłu­piła, i prze­cho­dząc obok, posłała mu zwy­cza­jowy w takich sytu­acjach uśmiech. Wtedy facet pod­niósł się z ławki.

– Komi­sarz Julia Zawadzka? – zapy­tał.

– Słu­cham? – Przy­sta­nęła zdzi­wiona.

– Pani przy­je­chała tu z nad­ko­mi­sa­rzem Igo­rem Brud­nym, mam rację?

– A kim pan jest?

– Kimś, kto ma do prze­ka­za­nia infor­ma­cję o czymś strasz­nym.

– Pan mnie chyba z kimś pomy­lił. Do widze­nia.

– To nie są żarty…

Zawadzka przy­spie­szyła kroku, bo nie miała zamiaru dys­ku­to­wać z jakimś obcym face­tem. Kim­kol­wiek był. Ku jej zdu­mie­niu męż­czy­zna potruch­tał za nią.

– Widzia­łem, że była pani w księ­garni i kupiła książkę Doriana Ossow­skiego. To wyjąt­kowo podły…

– Już powie­dzia­łam, że mnie pan z kimś pomy­lił – prze­rwała mu szorstko. – Nie wiem, kim pan jest i czego pan ode mnie chce, ale ostrze­gam, że jeśli będzie mnie pan dalej naga­by­wał, to może się to dla pana źle skoń­czyć.

– Pani może mnie nie znać, ale ja znam panią oraz pani part­nera. To, co chcę powie­dzieć, jest naprawdę ważne. Tylko wy może­cie ukró­cić ten kosz­mar i…

– Żegnam pana.

Julia ode­szła w nadziei, że męż­czy­zna odpu­ści, i z ulgą przy­jęła do wia­do­mo­ści, że pozo­stał na miej­scu. Zer­k­nęła przez ramię dopiero pod drew­nia­nym szyl­dem domu, w któ­rym wynaj­mo­wali swój apar­ta­ment. Męż­czy­zna stał jak słup soli i się na nią gapił.

Rozdział 3

Ciemną piw­nicę ogrze­wały odde­chy pię­ciu postaci.

Sie­działy sku­lone w nie­wiel­kich klat­kach przy­po­mi­na­ją­cych prze­no­śne kojce dla psów, drżąc z zimna, nagie i brudne. Jedna z nich nie­ustan­nie szczę­kała zębami, inna cicho pochli­py­wała. Po ich bla­dych cia­łach peł­zały refleksy pło­mieni pousta­wia­nych na pod­ło­dze świec, a każdy ich ruch śle­dziło oko zamon­to­wa­nej przy sufi­cie kamery.

– Umrzemy tu – jęk­nęła oparta o kraty blon­dynka. Przez roz­ma­zany maki­jaż trudno było oce­nić jej wiek, ale szczu­płe i jędrne ciało zdra­dzało, że we wnę­trzu wciąż tli się mło­dzień­czy żar. Dłu­gie jasne włosy opa­dały jej na nogi pod­cią­gnięte do piersi. – Dla­czego nas tu trzyma? Czego od nas chce? – zapy­tała, cho­wa­jąc głowę w dło­niach.

– Ile razy jesz­cze będziesz zada­wać te durne pyta­nia? – wark­nął sie­dzący w klatce obok męż­czy­zna. Sporą część jego kości­stego ciała pokry­wały tatu­aże, a w dol­nej war­dze i pra­wej brwi poły­ski­wały kol­czyki. – Każdy z nas wie tyle, co ty. Czyli nic.

– Ale prze­cież ja nic nie zro­bi­łam. Ja…

– Zamknij się już, bo…

– Ty się zamknij! – poniósł się szorstki głos z prze­ciw­nej strony piw­nicy. Nale­żał do tęgiej kobiety z dorod­nym biu­stem, któ­rego gra­wi­ta­cja od lat nie oszczę­dzała. Kobieta uklę­kła na wyście­ła­ją­cym klatkę popla­mio­nym mate­racu, a piersi zako­ły­sały się jak boje na morzu. Chwy­ciła się krat. – To nie­długo się skoń­czy. Musi. Prze­cież nie będzie nas tu trzy­mał w nie­skoń­czo­ność.

Wyta­tu­owany męż­czy­zna prych­nął wyraź­nie zde­gu­sto­wany.

– No bo ty aku­rat wiesz naj­le­piej, co z nami zrobi – rzu­cił kpiąco. – Ta młoda ma rację. Zdech­niemy tu. Jak nie z głodu, to przyj­dzie po nas i zabije.

– Tego nie wiesz.

– A co niby z nami zrobi? Wypu­ści? – Męż­czy­zna zare­cho­tał. – Nie może nas wypu­ścić, bo wie, że to zgło­simy, a wtedy pój­dzie sie­dzieć. Zresztą widzia­łaś, jak wygląda. To jakiś psy­chol.

– Może to jakaś gra? Może wła­śnie dla­tego nosi maskę?

– Taaa… gra. Na pewno gra.

– A ta kamera to niby po co? – Kobieta prze­nio­sła wzrok na urzą­dze­nie. – Prze­cież po coś musi tu być.

– Obser­wuje nas, i tyle. Pew­nie dodat­kowo się przy tym brandz­luje. I ta jego maska…

Kobieta spoj­rzała na męż­czy­znę z nie­sma­kiem.

– Na twoim miej­scu uwa­ża­ła­bym na słowa.

– Bo?

– Bo skoro nas pod­gląda, to pew­nie też pod­słu­chuje.

– A ty skąd możesz to wie­dzieć? Może jesteś z nim w zmo­wie? To nie ty jesteś tu z nas naj­dłu­żej?

– Głu­piś, chło­paku. I życia nie znasz.

Kobieta pokrę­ciła głową i z powro­tem roz­sia­dła się na mate­racu. Oparła głowę o pręty i zamknęła oczy.

Przez nie­okre­ślony czas wszy­scy trwali w mil­cze­niu. Zresztą czas prze­stał mieć jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Zlał się w ciąg nie­re­gu­lar­nie poda­wa­nych posił­ków i prze­ry­wa­nych kosz­ma­rami drze­mek. Począt­kowe dys­ku­sje mające na celu zna­le­zie­nie jakie­goś sen­sow­nego wytłu­ma­cze­nia sytu­acji, w jakiej się zna­leźli, z każdą kolejną godziną gasły, wstyd przed wypróż­nie­niem się do zardze­wia­łych wia­der stłu­miła natura, smród feka­liów nie budził już takiego wstrętu jak na początku. Wnę­trze piw­nicy wypeł­niły marazm i apa­tia, prze­ry­wane cza­sem bez­ce­lowo rzu­co­nym w eter pyta­niem albo eks­plo­zją pła­czu jed­nej z trzech mło­dych dziew­czyn, rów­nie bez­ce­lową. Naj­czę­ściej jed­nak piw­nicę wypeł­niała cisza pozwa­la­jąca sły­szeć sycze­nie pło­ną­cych kno­tów, bicie wła­snego serca i upiorne odgłosy prze­my­ka­ją­cych po pod­ło­dze szczu­rzych łapek. Tak jak teraz.

– Idzie – rzu­ciła pół­szep­tem tęga kobieta, a w odpo­wie­dzi piw­nicę wypeł­niły szyb­sze odde­chy jej młod­szych współ­to­wa­rzy­szek nie­doli. – Nie odzy­waj­cie się, dopóki wam nie każe. Jest na tym punk­cie bar­dzo czuły.

Dwie z kobiet wyco­fały się rakiem w rogi kla­tek, trze­cia zaczęła wyda­wać z sie­bie nie­okre­ślone dźwięki, męż­czy­zna prze­krę­cił się na mate­racu. Wtedy popi­ski­wa­nia szczu­rów się nasi­liły, a zaraz po nich do uszu wię­zio­nych dotarły odgłosy cięż­kich kro­ków. Szczęk­nął zamek sta­lo­wych drzwi. Jeden, drugi. Rygiel. Drzwi otwarły się z paskud­nym skrzyp­nię­ciem, a chwilę póź­niej do środka weszła postać w płasz­czu do ziemi. Na gło­wie miała pokraczną maskę imi­tu­jącą pomarsz­czo­nego sta­ru­cha i perukę wzo­ro­waną na tych noszo­nych przez elity epoki oświe­ce­nia. W rękach trzy­mała wia­dro.

Sta­nęła w roz­kroku i zlu­stro­wała każdą z kla­tek. W otwo­rach na oczy wyraź­nie poły­ski­wały jej ciemne tęczówki, a z tego na usta w rytm odde­chów poja­wiał się i zni­kał obło­czek pary.

– Mmm… – mruk­nęła postać w masce i nie­spiesz­nie ruszyła w stronę kla­tek.

Przez kolejne kil­ka­dzie­siąt sekund czła­pała od kojca do kojca. Przy każ­dym przy­sta­wała na chwilę, oce­niała sytu­ację i wyj­mo­wała z wia­dra spo­rych roz­mia­rów surową rybę, którą następ­nie wrzu­cała do środka. Przy przed­ostat­nim zatrzy­mała się na dłu­żej. W nim sie­dział wyta­tu­owany męż­czy­zna, który agre­syw­nym spoj­rze­niem naj­wy­raź­niej pró­bo­wał rzu­cić jej wyzwa­nie. Postać w masce przez chwilę stała i patrzyła, w końcu wło­żyła odzianą w skó­rzaną ręka­wiczkę dłoń do wia­dra i wyjęła z niej kolej­nego dor­sza. Bez słowa wrzu­ciła go do klatki i obró­ciła się w kie­runku ostat­niego kojca. Nagle zasty­gła w bez­ru­chu.

– Mam to zjeść? – wark­nął wyta­tu­owany facet. – Prze­cież ta ryba jest surowa. To jakaś kpina. Naj­pierw główka sałaty, a teraz surowy dorsz?

Zama­sko­wana postać pomału się odwró­ciła i przy­kuc­nęła przy prę­tach klatki. Prze­krę­ciła głowę, a jej tęczówki bły­snęły w świe­tle naj­bliż­szej dopa­la­ją­cej się świecy. Przez dłuż­szą chwilę w mil­cze­niu wpa­try­wała się w wyta­tu­owa­nego męż­czy­znę, a gdy ten agre­syw­nie chwy­cił sta­lowe szcze­ble kojca i już miał otwo­rzyć usta, aby wypluć morze blu­zgów, gwał­tow­nie chwy­ciła jeden z prze­gu­bów i wyszarp­nęła rękę chu­dzielca na zewnątrz.

– Pusz­czaj, poje­bie! Pusz­czaj, bo…

Męż­czy­zna nie dokoń­czył, bo usły­szał chrup­nię­cie, a chwilę póź­niej jego cia­łem wstrzą­snął gwał­towny parok­syzm bólu. Zanim się zorien­to­wał, pali­czek jego środ­ko­wego palca odpadł od reszty ciała.

Zama­sko­wana postać puściła rękę i w akom­pa­nia­men­cie wrza­sków ofiary scho­wała cęgi do kie­szeni płasz­cza. Się­gnęła po rybę i z powro­tem wrzu­ciła ją do wia­dra, a w klatce wylą­do­wał frag­ment odcię­tego palca. Postać zaśmiała się pod nosem, wpa­tru­jąc się w wiją­cego się z bólu męż­czy­znę, po czym nie reagu­jąc na jego wrza­ski, nie­spiesz­nie odwró­ciła się w stronę ostat­niej klatki. Odsta­wiła wia­dro. Wbiła wzrok w stru­chlałą blon­dynkę. Zapu­kała w pręty.

– Pro­szę, nie… – jęk­nęła dziew­czyna.

– Dziś twój wielki dzień – szep­nęła.

– Nie, nie, bła­gam, nie…

Zgrzyt­nię­cie zamka uto­nęło we wrza­skach ran­nego męż­czy­zny. Wtedy postać w masce wyjęła z kie­szeni płasz­cza obrożę i smycz. Prze­ra­żona blon­dynka nie opo­no­wała. Chwilę póź­niej przy­pięta jak pies czła­pała na czwo­ra­kach za posta­cią w masce.

Rozdział 4

Przez kolejne dwa dni Julia z Igo­rem korzy­stali z czasu wol­nego. Pogoda ich nie roz­piesz­czała, bo od pół­nocy dmu­chało, jakby zbli­żało się kolejne zlo­do­wa­ce­nie, ale przy­naj­mniej nie padało, w związku z czym wypo­ży­czyli rowery i pozwie­dzali oko­liczne bun­kry, któ­rymi Hel był usiany jak front wojenny lejami po bom­bach. W kilku miej­scach musieli zmie­nić trasę, bo znie­nacka, cza­sem na środku ścieżki, wyra­stały im przed nosem płoty odgra­dza­jące tereny ogól­no­do­stępne od woj­sko­wych. Kilka godzin spę­dzili też, spa­ce­ru­jąc po pół­noc­nej stro­nie pół­wy­spu, gdzie znaj­do­wały się sze­ro­kie, uro­kliwe plaże. O tej porze można było iść godzi­nami, nie napo­ty­ka­jąc żywego ducha. To wła­śnie w tych momen­tach Julię moc­niej gry­zło sumie­nie.

– Chyba mocno się dener­wu­jesz tym zabie­giem… – rzu­cił Brudny.

– Nie aż tak bar­dzo – odparła.

– Prze­cież widzę, że coś jest nie tak. Powiesz mi w końcu, o co cho­dzi?

Julia zda­wała sobie sprawę, że długo nie utrzyma w tajem­nicy spo­tka­nia z tam­tym dziw­nym męż­czy­zną. Igor był jak wykry­wacz kłamstw i z początku myślała nawet, aby o wszyst­kim mu opo­wie­dzieć, ale osta­tecz­nie pod­jęła inną decy­zję. Znała go wystar­cza­jąco dobrze, aby podej­rze­wać, że tak tego nie zostawi. Pół biedy, gdyby posta­no­wił wyjść i faceta prze­go­nić. Wtedy nawet by się ucie­szyła. Oba­wiała się jed­nak, że takie spo­tka­nie może przy­nieść odwrotny sku­tek, a Igor znów wdep­nie w jakieś gówno. W końcu tam­ten dziwny typek ewi­dent­nie chciał ich w coś wmie­szać, samo zaś wspo­mnie­nie Ossow­skiego, co gor­sza w jakimś mało przy­jem­nym kon­tek­ście, spra­wiło, że rzu­ciła książkę na półkę i do tej pory po nią nie się­gnęła.

Póź­nym popo­łu­dniem odsta­wili rowery do wypo­ży­czalni i wygłod­niali poma­sze­ro­wali w oko­lice portu. To tam rybacy każ­dego dnia dostar­czali świeże ryby, z któ­rych lokalne gospo­dy­nie wycza­ro­wy­wały kuli­narne cuda. Tego wie­czoru pro­me­nada oraz doki były jed­nak kom­plet­nie wylud­nione. Nawet jeśli o tej porze roku ni­gdy tłu­mów tu nie było, tak teraz mię­dzy budyn­kami tylko hulał wiatr.

– Gdzie oni wszy­scy się podziali? – zapy­tała, gdy prze­cho­dzili obok kolej­nych zacu­mo­wa­nych kutrów. Tuż przed zmierz­chem rybacy zwy­kle krę­cili się po dokach, szy­ku­jąc łajby do poran­nego wypły­nię­cia w morze.

Igor nie odpo­wie­dział, uzna­jąc, że to pyta­nie rzu­cone w prze­strzeń. Zawsze wycho­dził z zało­że­nia, że im mniej ludzi, tym lepiej.

– Nawet knajpy są poza­my­kane. Nie uwa­żasz, że to dziwne?

– Może jest jakiś ważny mecz? Coś tam sły­sza­łem w tele­wi­zji, że gra repre­zen­ta­cja i… zresztą, czy to ważne?

– W sumie nie.

– Jak nie znaj­dziemy niczego do jedze­nia po dro­dze, to zjemy u Heli. Trzeba przy­znać, że ma talent do kucha­rze­nia.

– Ano ma.

Na zachod­nim krańcu portu natknęli się na jedną otwartą sma­żal­nię, więc posta­no­wili wejść do środka. Wnę­trze było dość surowe i bar­dziej przy­po­mi­nało peere­low­skie jadło­daj­nie niż lokal gastro­no­miczny. Uno­szący się zapach rów­nież przy­wo­dził na myśl czasy słusz­nie minione. Z kil­ku­na­stu sto­li­ków zajęte były zale­d­wie dwa. Usie­dli przy tym naj­bli­żej okna.

Puszy­sta kel­nerka o pie­go­wa­tej i rumia­nej twa­rzy zma­te­ria­li­zo­wała się zaraz po tym, jak odwie­sili kurtki. Wrę­czyła im kartkę z daniami, która miała robić za menu.

– Dzień dobry. Coś do picia dla pań­stwa? – zapy­tała, szcze­rze się uśmie­cha­jąc.

– Macie może zimową her­batę?

– Mamy.

– To popro­szę. A dla cie­bie, Igor?

– Piwo.

Kel­nerka dygnęła i ode­szła, a oni sku­pili się na liście dostęp­nych dań. Skła­dała się głów­nie z ryb. Wędzo­nych, pie­czo­nych, sma­żo­nych, wsze­la­kich. Kilka pozy­cji zostało wykre­ślo­nych z menu, w tym hali­but i flą­dra, w związku z czym zgod­nie uznali, że ura­czą się sma­żo­nym dor­szem z purée ziem­nia­cza­nym i kiszoną kapu­stą.

Wymie­nili kilka uwag doty­czą­cych ich ostat­niej wyprawy po bun­krach, ale zanim zdą­żyli roz­ga­dać się na dobre, zamil­kli. To jedno słowo usły­szane ze sto­lika, przy któ­rym sie­działo dwóch męż­czyzn w śred­nim wieku, spra­wiło, że serce Julii zabiło szyb­ciej.

Trup.

– Tome­czek mówił, że podobno miała wydłu­bane oczy, a w bebe­chach roiło się od robac­twa. No mówię ci, gruba sprawa. Od cza­sów Sam­bo­ro­wej cze­goś takiego u nas nie było.

– Myślisz, że to on?

– A kto inny? Dopiero co wyszedł z pier­dla.

– Widzia­łem go ostat­nio. To już stary czło­wiek…

– Stary, ale jary. Widzia­łeś jego łapy?

Męż­czy­zna z siwą brodą podra­pał się po policzku i się­gnął po kufel.

– No nie wiem… – Wychy­lił do dna. – Może to on, a może nie. W każ­dym razie na moje, to Buchen­wald nie byłby takim idiotą. I to jesz­cze we wraku? – Pokrę­cił głową i odsta­wił kufel. – Masz kon­takt z Maru­sa­rzem?

– Dzwo­ni­łem, ale mnie odbi­jał.

– W sumie mu się nie dzi­wię. Pew­nie ma roboty po kokardy.

– Na bank.

Męż­czyźni zmie­nili temat na zbli­ża­jący się mecz repre­zen­ta­cji, który pozwa­lał prze­dłu­żyć szanse awansu Pol­ski na mistrzo­stwa świata. Z roz­mowy wyni­kało, że miał zostać roze­grany dziś wie­czo­rem. Naj­wy­raź­niej to jed­nak nie mecz wylud­nił ulice mia­sta. Julia poczuła suchość w gar­dle i auto­ma­tycz­nie prze­łknęła ślinę.

– Dziw­nie się zacho­wu­jesz – rzu­cił Igor pół­gęb­kiem. – Dobrze się czu­jesz?

– Tak, dobrze, ale… – Zamil­kła i prze­nio­sła wzrok na zacu­mo­wane przy kei kutry rybac­kie. Nie musiał powta­rzać pyta­nia, aby zro­zu­miała, że tym razem nie odpu­ści. Zebrała się w sobie. Z powro­tem spoj­rzała part­ne­rowi w oczy. – W tam­ten wie­czór, kiedy poszłam pobie­gać, zacze­pił mnie jakiś dziwny facet. Wie­dział, jak się nazy­wam i że przy­je­cha­łam tu z tobą.

– Czego chciał? – Brudny nie zmie­nił tonu.

– W sumie to nie wiem. Chciał prze­ka­zać jakąś infor­ma­cję o – uło­żyła palce w cudzy­słów – strasz­nych rze­czach. Powie­dział też, że to ważne i… – wes­tchnęła ciężko – tylko my możemy ukró­cić ten kosz­mar.

Brud­nemu drgnęła powieka, ale zacho­wał kamienny wyraz twa­rzy. Julia pomy­ślała, że nawa­liła. Dopiero co się zeszli, a ona już pró­bo­wała ukry­wać przed nim nie­wy­godne fakty.

– Przed­sta­wił się? – zapy­tał, jakby w ogóle go to nie ruszyło.

– Nie.

– Powie­dział coś jesz­cze?

Julia zamknęła oczy i przy­tak­nęła.

– Wspo­mniał coś o Ossow­skim. Tym pisa­rzu, o któ­rym ci mówi­łam i któ­rego książkę kupi­łam.

– Co kon­kret­nie?

– Powie­dział, że… – Ner­wowo odgar­nęła włosy. – Zresztą czy to ważne? Po co w ogóle o tym gadamy?

– Widzę, że to cię męczy. To zaś ozna­cza, że facet osią­gnął swój cel. Wypro­wa­dził cię z rów­no­wagi.

– Nie wypro­wa­dził mnie z rów­no­wagi, tylko… ech… zostawmy to może, okej? To był jakiś dzi­wak, i tyle.

– Julia… – Brudny nakrył jej dłoń wła­sną. – Powiedz mi, co ten facet powie­dział ci o Ossow­skim.

Pomy­ślała, że wpa­dła jak śliwka w kom­pot. A Igor nie ustąpi. Zdrob­nie­nia jej imie­nia nie uży­wał tylko wtedy, gdy sprawa zaczy­nała się robić poważna.

Wes­tchnęła.

– Powie­dział, że to podły gość. Wtedy mu prze­rwa­łam. – Odchrząk­nęła. – I prze­pra­szam, że nic ci nie powie­dzia­łam. Nie chcia­łam, abyś tam poszedł i zaczął z nim gadać, bo facet miał w sobie coś upior­nego. A w ostat­nim cza­sie wystar­czy mi upior­nych rze­czy. Bałam się, że jesz­cze zain­te­re­su­jesz się sprawą i znów wdep­niesz w jakieś bagno. Ty masz to… – zaśmiała się iro­nicz­nie – kurwa, w genach.

Teraz to Brudny zare­cho­tał, ale uśmiech szybko zgasł mu na ustach.

– Powin­naś mi powie­dzieć, ale wiesz co? – zapy­tał. – Jebać go. I tam­tych też. Nawet tego trupa. Jeste­śmy tu tylko po to, żebyś prze­szła ten zabieg. Za dwa dni chi­rurg usu­nie bli­zny, a potem wra­camy do domu. Pasuje?

Zawadzka poki­wała głową z wyraźną ulgą. W tym samym momen­cie przy sto­liku poja­wiła się kel­nerka. Posta­wiła na bla­cie her­batę i piwo, po czym przy­jęła zamó­wie­nie. Tego wie­czoru Igor i Julia nie roz­ma­wiali już ani o dziw­nym face­cie, ani o odkry­tym we wraku tru­pie. Zje­dli, poszli do apar­ta­mentu, poko­chali się i obej­rzeli film. Nie mieli poję­cia, że ich usilne próby ucieczki od tematu od początku są ska­zane na nie­po­wo­dze­nie.

Rozdział 5

Sam­bor Buchen­wald był męż­czy­zną doświad­czo­nym przez życie. Mało mówił, bo wolał gesty niż słowa, a poza tym dziś mało kto się do niego odzy­wał. Język w gębie co prawda miał, ale uży­wał go oszczęd­nie i tylko w bez­po­śred­nim kon­tak­cie ze swoją żoną, któ­rej już nie było, Anną Buchen­wald z domu Depka, któ­rej pamięć pie­lę­gno­wał, a którą poślu­bił przed obli­czem Boga czter­dzie­ści dwa lata wcze­śniej w gotyc­kim Kościele Świę­tych Pio­tra i Pawła w Pucku, gdy jego twarz nie była jesz­cze tak strza­skana słoń­cem i prze­żarta solą oraz wia­trem z pół­nocy, a inne kobiety patrzyły na jego obrączkę z zazdro­ścią, bo silne dło­nie zawsze się kobie­tom podo­bają, tak jak nie­bie­skie oczy, krzep­kie ramiona i żyły na rękach, te miał do tej pory. To, nad czym ubo­le­wał naj­bar­dziej, to fakt, że rzadko też roz­ma­wiał z córką Wandą, bo ona ni­gdy nie chciała go słu­chać, bun­to­wała się, powta­rza­jąc, że pra­gnie żyć po swo­jemu, a to „swo­jemu” było naiwne i głu­pie, tylko imprezy i hulaj dusza, pie­kła nie ma, ale weź tu wytłu­macz nie­po­kor­nej dziew­czy­nie, co to jej hor­mony w ciele dia­bel­skie tańce grają, że życie to nie bajka i trzeba się napra­co­wać, żeby mieć na chleb, bo ten z nieba nie spad­nie, choć w Biblii podobno spadł, manna z nieba czy jakoś tak, Sam­bor nie do końca pamię­tał.

Wanda życia nie znała i bar­dzo go to wtedy mar­twiło, bo on życie znał i nabrał do niego pokory. Jego poorana głę­bo­kimi bruz­dami twarz codzien­nie mu o tym przy­po­mi­nała, gdy tylko spoj­rzał w lustro, a spo­glą­dał codzien­nie, bo golił się regu­lar­nie, sma­ru­jąc te bruzdy mydłem roz­pro­wa­dza­nym pędz­lem z sier­ści bor­suka, a potem już pianką, ostat­nio firmy Gil­lette.

– Ty masz w ogóle jakieś plany na przy­szłość? Poza tymi łubu-dubu i świe­ce­niem gołą dupą? – zapy­tał Wandę lata temu, w ner­wach, gdy po kolej­nym lichym poło­wie natknął się w łazience na malu­jącą się przed lustrem córkę. Na wcze­śniej zadane pyta­nia doty­czące miej­sca, do któ­rego się wybie­rała, i godziny powrotu do domu, nawet nie raczyła zare­ago­wać. Ten obraz poja­wiał się w jego gło­wie każ­dego dnia od dwu­dzie­stu lat.

– Mamo! – krzyk­nęła obu­rzona.

– Jakie „mamo”? Popatrz na sie­bie. Ta sukienka ledwo ci pośladki zakrywa!

– Nie znasz się! I daj mi spo­kój! Jestem doro­sła!

– Ale wciąż miesz­kasz w moim domu!

– Już nie­długo. Wycho­dzę!

Ręka go zaświerz­biła, ale w ostat­niej chwili się powstrzy­mał, a córka, posław­szy mu pogar­dliwe spoj­rze­nie, prze­mknęła obok i zarzu­ciw­szy na ramię poły­sku­jącą torebkę, na którą nie miał poję­cia, skąd wzięła pie­nią­dze, wyszła z domu. Roz­mowa z żoną nie­wiele pomo­gła, bo ta trzy­mała stronę Wandy.

– Z mło­do­ścią nie wygrasz. Nie pamię­tasz, jacy byli­śmy w jej wieku? – pró­bo­wała uspo­koić sko­ła­tane nerwy męża Anna.

– Kie­dyś to były inne czasy – skwi­to­wał.

– Też byłeś łobu­zem, a i ja do anioł­ków nie nale­ża­łam. Wan­dzi w końcu minie. Poza tym ma już dwa­dzie­ścia lat. Jest kobietą. Nie możesz jej trak­to­wać jak małej dziew­czynki.

– Tylko że ja w ogóle nie potra­fię się z nią poro­zu­mieć…

– Uczy się dobrze. W waka­cje dora­bia. A dziś taka moda. Nie możemy mówić jej, jak ma się ubie­rać, a tym bar­dziej trzy­mać jej pod klo­szem.

– To się kie­dyś źle skoń­czy. Wspo­mnisz moje słowa.

Mijały mie­siące, a Wan­dzi nie prze­cho­dziło. Co gor­sza, w jego oce­nie sprawy szły w coraz mniej prze­wi­dy­wal­nym kie­runku. Co prawda egza­miny na stu­diach zali­czała regu­lar­nie, ale trudno mu było uda­wać, że nie sły­szy plo­tek o tym, że córka pro­wa­dzi się nie­oby­czaj­nie. Hel był małą mie­ściną, w któ­rej sąsie­dzi wie­dzieli o sobie wszystko. Fakt, że stu­dio­wała, a za co za tym idzie, więk­szość czasu spę­dzała w Gdań­sku, niczego w tej kwe­stii nie zmie­niał, bo dokład­nie taki sam kie­ru­nek edu­ka­cji obrała więk­szość jej rówie­śni­ków z sąsiedz­twa, a do tego let­nie powroty do domu nazna­czone były sza­leń­stwami w towa­rzy­stwie nowo­bo­gac­kiej mło­dzieży, która Pół­wy­sep Hel­ski upodo­bała sobie jako mekkę spor­tów wod­nych i nie­ustanną impre­zow­nię w jed­nym. Pogło­ski o tym, co dzieje się na kem­pin­gach w Cha­łu­pach, ura­stały do legend, o któ­rych wolał nawet nie myśleć.

– Nie wierz, tato, w to, co powta­rzają te głu­pie kwoki – tłu­ma­czyła mu córka. – Ow­szem, cza­sem roz­pa­limy ogni­sko, wypi­jemy piwko czy dwa, ale nikt tam nie urzą­dza dzi­kich orgii.

– A ta plaża nudy­stów?

– No jest, ale to frajda dla tury­stów. Ja tam nie cho­dzę.

A potem stało się to, co się stało. Wan­dzia po raz kolejny nie wró­ciła do domu. Co prawda sto­sun­kowo czę­sto sobot­nią noc koń­czyła u przy­ja­ciółki we Wła­dy­sła­wo­wie, aby dzień póź­niej jechać już do gdań­skiego aka­de­mika na kolejny tydzień zajęć, ale Sam­bor nie potra­fił się do tego przy­zwy­czaić. Jego obawy miały silne pod­stawy, bo natura obda­ro­wała Wan­dzię nie­prze­ciętną urodą, po matce rzecz jasna, bo Anna w niczym jej nie ustę­po­wała. Blond włosy do pasa, wiel­kie szma­ragdy zamiast oczu, figura modelki. Była jego skar­bem i kochał ją nad życie, dla­tego pra­gnął, aby córka w końcu zmą­drzała i nie kusiła losu, zwłasz­cza że w tele­wi­zji coraz czę­ściej sły­szało się o zagi­nię­ciach bądź porwa­niach mło­dych kobiet. Trój­miej­ski pół­świa­tek spe­cja­li­zo­wał się w han­dlu żywym towa­rem, a kolejni gang­ste­rzy nawet spe­cjal­nie się z tym nie kryli, bo poli­cję mieli w kie­szeni. W Gdań­sku, Sopo­cie i Gdyni kluby nocne wyra­stały jak grzyby po desz­czu i pomimo plo­tek o tych wszyst­kich beze­ceń­stwach, które się tam działy, funk­cjo­no­wały jaw­nie i bez pro­ble­mów. To nie­ustan­nie spę­dzało mu sen z powiek, ale nie umiał zna­leźć wspól­nego języka z córką ani anti­do­tum na swoje lęki. Uwa­żał, że jest stary i bez­u­ży­teczny, choć dopiero nie­śmiało zbli­żał się do pięć­dzie­siątki.

Dziś Sam­bor Buchen­wald czuł się jak trup.

Mimo to chwy­cił kości­stymi pal­cami sieci i zaczął je zwi­jać, od czasu do czasu wyj­mu­jąc spo­mię­dzy oczek jakie­goś sko­ru­piaka albo kiść mor­skich glo­nów, które następ­nie wyrzu­cał do wody. Wyma­gało to spo­rej krzepy, ale jego sześć­dzie­się­cio­ośmio­let­nie ciało wciąż nie ule­gało poku­sie zako­le­go­wa­nia się z jakimś nowo­two­rem albo innym cho­rób­skiem, może dla­tego, że w trupa nie było już sensu inwe­sto­wać, tak to sobie cza­sem tłu­ma­czył. W kąciku ust wisiał mu papie­ros, a nad głową skrze­czały mewy.

– Głu­pie – mruk­nął pod nosem, bo prze­cież połów był nie­udany, sieci puste, a pta­szy­ska i tak latały mu nad głową, jakby te były pełne.

Zacią­gnął się, bo naszła go reflek­sja, że w ogóle nie­po­trzeb­nie otwo­rzył usta. Mar­no­traw­stwo, pomy­ślał. Czcze gada­nie, które nic nie zmieni. Zacią­gnął się po raz ostatni, wyrzu­cił nie­do­pa­łek za burtę i dalej zaczął zwi­jać sieci. Gdy koń­czył, dostrzegł w doku poli­cyjny radio­wóz. Wysia­dło z niego dwóch nie­umun­du­ro­wa­nych poli­cjan­tów. Jed­nego z nich znał aż za dobrze.

Odło­żył sieci w kąt i zapa­lił kolej­nego papie­rosa. Się­gnął po puszkę Coca-Coli. Wypił na raz i zgniótł ją w pal­cach, jakby była zro­biona z papieru. Splu­nął, gdy męż­czyźni sta­nęli przy bur­cie.

– Złaź tu, Buchen­wald – rzu­cił szorstko ten star­szy. Miał na sobie dżinsy i tak­tyczną kurtkę. Na gło­wie nosił czapkę z dasz­kiem. – I pospiesz się, bo nie będę tu marzł do usra­nej śmierci – dodał, nie dostrze­gł­szy spo­dzie­wa­nej reak­cji.

– Czego chcesz? – wark­nął Sam­bor.

– Nie ty tu będziesz zada­wał pyta­nia.

– To spier­da­laj.

– Sam tego chcia­łeś.

Kuter deli­kat­nie się zabu­jał, gdy męż­czyźni weszli na pokład. Mewy zerwały się z relin­gów i odfru­nęły na zacu­mo­waną obok łajbę. Powiał zimny wiatr.

– Dawaj łapy. Jesteś zatrzy­many do wyja­śnień – oznaj­mił poli­cjant.

Sam­bor splu­nął mu pod nogi, bo uznał, że i tak powie­dział już zde­cy­do­wa­nie za dużo. Poli­cjant wes­tchnął i chwy­cił rybaka za ramię, następ­nie kil­koma szyb­kimi ruchami wykrę­cił mu ręce i zało­żył na nad­garstki kaj­danki.

– Jeśli to ty, to poże­gnaj się z morzem. Już ni­gdy wię­cej go na oczy nie zoba­czysz – syk­nął star­szy stop­niem do ucha rybaka, a potem razem z młod­szym kom­pa­nem chwy­cili go za ramiona i w akom­pa­nia­men­cie skrze­cze­nia mew wypro­wa­dzili na keję.

Kiedy pako­wali go do radio­wozu, na pół­nocy znów zebrały się czarne chmury. Tej nocy morze znów miało być nie­spo­kojne.

Rozdział 6

Brudny stał przed wej­ściem do budynku i palił papie­rosa. Przy­glą­dał się spa­ce­ru­ją­cym ludziom i lata­ją­cym mewom. Te ostat­nie darły się jak zwy­kle, ale zacho­wa­nie miesz­kań­ców wyraź­nie odsta­wało od normy. Z ich roz­mów biła nie­zdrowa eks­cy­ta­cja, a nie­mal każda doty­czyła zna­le­zio­nej w pobli­skim wraku dziew­czyny. I czy tego chciał, czy nie, jeśli chciał zapa­lić i nie odda­lać się od swo­jego pokoju, musiał ich słu­chać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki