Kat Gaudiego - Aro Sáinz de la Maza - ebook
NOWOŚĆ

Kat Gaudiego ebook

Aro Sáinz de la Maza

0,0

80 osób interesuje się tą książką

Opis

Jego dzieło jest napędzane złem. I musi być doskonałe

Działa z precyzją artysty i okrucieństwem kata.
Czy jego ofiarą może być… miasto?

Na fasadzie budynku Casa Milà w Barcelonie zawisa płonące ciało mężczyzny. Wszystko wskazuje na starannie zaplanowaną zbrodnię – bez śladów, za to z brutalnym nagraniem, które paraliżuje mieszkańców miasta.

Do śledztwa dołącza inspektor Milo Malart. Ma ostatnią szansę, aby udowodnić, że jego intuicja nadal działa jak skalpel. Z pomocą bystrej profilerki Rebeki Mercader, odkrywa kolejne elementy układanki. Znaki pozostawione przez sprawcę oznaczają jedno – miasto Gaudiego jeszcze długo spokojnie nie zaśnie.

Kat Gaudiego Aro Sainza de La Mazy otwiera cykl Morderstwa w Barcelonie. Mroczny klimat, precyzyjna intryga i bohater, który sam balansuje na krawędzi – to kryminał idealny dla fanów solidnych, klasycznych dochodzeń z pełnokrwistą psychologią i gęstą atmosferą miasta. Na platformie Netflix dostępna jest ekranizacja pod tytułem Miasto cieni (2025).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 804

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

"Kat Gaudiego" Aro Sainza de La Mazy otwiera cykl Morderstwa w Barcelonie, którego ekranizacja dostępna jest na Netflixie pod tytułem "Miasto cieni" (2025). W samym sercu Barcelony, na jednym z budynków zaprojektowanych przez Gaudiego, ktoś wiesza, a następnie podpala człowieka. To brutalne i symboliczne morderstwo staje się początkiem śledztwa prowadzonego przez inspektora Milo Malarta, któremu pomaga profilerka Rebeka Mercader. Malart to bohater doświadczony przez życie, jeden z najlepszych śledczych w kraju - choć jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, można by mu wiele zarzucić. Jest szorstki, zamknięty w sobie i daleki od ideału, ale właśnie ta niejednoznaczność czyni go tak interesującą postacią. Równie ważnym bohaterem powieści staje się samo miasto. Barcelona pulsuje na kartach książki: zachwyca architekturą, męczy tłumami turystów, żyje piłką nożną, topi się w nieznośnym upale. Nad tym wszystkim unosi się widmo nieuchwytnego i precyzyjnego sprawcy, który chce zniszczyć wizer...
00



Dla Beatriz, oczywiście

Radość przynosi owoce. Ból je rodzi.

WILLIAM BLAKE

PROLOG

Barcelona, 10 czerwca 1990

Młody mężczyzna skulił się na kamiennej płycie. Drżał. Odkąd opuścił ośrodek, czuł się jak wymazany, bez woli. Zagubiony. Jak skorupa pozbawiona ducha. Koszmary powracały raz za razem w jego umyśle, słyszał głosy, na nowo przeżywał rozkazy. Tak samo jak dwa dni temu, gdy zdezorientowany niczym automatowi pozwolił, by nogi zaprowadziły go na cmentarz. Nie wiedział, co od tamtej pory tam robił, w tej ciasnej przestrzeni, z wnękami po prawej i lewej stronie, jedna nad drugą, każda z nazwiskiem krewnego oraz datami narodzin i śmierci wyrytymi w kamieniu. Potrzebował wskazówek, sensu. Ale jedyna osoba, która mogła mu je dać, została w domu, a bez niej jego życie było pozbawione ognia. Tęsknił za jej siłą. Pilnie potrzebował, by wyznaczyła mu kierunek.

I by mu wybaczyła.

W ciemności powoli dźwignął się na kolana. W jego umyśle zaczęła się kształtować myśl. Podąży za śladami geniusza. Stworzy dzieło, by go wychwalano, by uzyskać odkupienie. Coś wzniosłego, dzięki czemu znów poczuje dumę. To olśnienie sprawiło, że ogarnął go spokój. Dziś przypadała pierwsza rocznica, ale też dzień, który miał wyznaczyć początek jego drogi. Nowej drogi. Teraz musiał tylko poszukać rzeczy odrzuconych, zepsutych, bezużytecznych. Będzie wiedział, jak je wykorzystać. Ale najpierw musiał uwolnić swego anioła z rąk potwora, odzyskać jego przychylność. Pragnął od niego usłyszeć rozkaz, by wyruszyć. Tylko wtedy zniknie słabość. I odzyska ten ogień.

Wstał, wiedział już, czego chce.

– Nikt mnie nie powstrzyma. Nikt – powiedział ochrypłym głosem.

Opuścił małe pomieszczenie. Noc przyjęła go z otwartymi ramionami.

Już poczuł, jak powraca tamten żar. Lawa.

1

I skoczył.

W powietrzu jego ciało nie nakreśliło żadnego cudownego łuku. Nie spadało też z wdziękiem. Jak worek po prostu runęło w przepaść, bezwładne, wymachując ramionami i nogami niczym kukła, gdy z zawrotną prędkością zbliżało się do ostrych skał w dole. Tymczasem wzburzone morze z furią rozbijało fale o klif i Milo Malart odniósł wrażenie, że nie czeka na niego po to, by przyjąć go do swojego łona, ale raczej z obojętnością kogoś, kto przyjmuje kolejną porcję śmieci. Jeszcze jedną. Tak jak cały świat, morze miało jego skok głęboko gdzieś.

Sekunda, dwie – i jego głowa roztrzaskała się o skały, rozchlapując krew po wilgotnej powierzchni. Natychmiast przetoczyła się potężna fala i zmyła wszystko. Znikająca krew. Krew kogoś bezużytecznego.

– Pierdolone życie – mruknął, otwierając oczy.

Cofnął się o dwa kroki.

Zadzwonił telefon. Dzwonił tak cały dzień. Tak jak wcześniej, Milo się nie ruszył, by odebrać.

Stojąc blisko przepaści, przyglądał się pięknu błękitu, jak się wił między białymi grzywami; tej hipnotycznej sile. Od dzieciństwa, odkąd przychodził tu jako chłopiec, widok ten dawał mu niezrozumiałą energię. Siłę. Jasność umysłu. Jednak dziś, stojąc na szczycie Punta Gran, tam, gdzie tramontana wiała najmocniej w całym Alt Empordà, jego rytuał nie zadziałał.

Odrętwiały, znów zamknął oczy. Telefon zamilkł.

Musiał wejść w jego skórę, myśleć i czuć jak Marc. A sposób, w jaki to osiągnie, był bez znaczenia: skok w pustkę, strzał w usta… efekt ten sam. Gra skończona. Game over. Dlaczego to zrobił? Wziął jego H&K, broń służbową inspektora Wydziału Zabójstw, i odstrzelił sobie głowę. Dlaczego? To pytanie nie dawało mu spokoju. Dlaczego piętnastoletni chłopak nagle postanawia zakończyć swoje życie? Czy naprawdę doszedł do wniosku, że to koniec, że nie warto już żyć? To był jakiś cholerny absurd.

Nagle zachwiał nim podmuch wiatru. Nie ruszył się z miejsca, odzyskał równowagę. Nawet gdyby runął w dół, nie zrobiłoby mu to różnicy. Masz swoje powody, ale jesteś tchórzem. Wciągnął głęboko powietrze. Ponownie się zmusił, by się w niego wczuć.

Jestem w domu Irene i Milo, w salonie. Są w sypialni, kłócą się. Wezmę jego pistolet. Zostawił go przez nieuwagę na szafce przy drzwiach wejściowych. Z bronią w ręce podchodzę do okna. Wszystko mi się zamazuje i widzę tylko cienie za szybą. To adrenalina. Mój oddech przyspiesza, podobnie jak puls. Przykładam broń do głowy, ręka mi się trzęsie. Wiem, co zamierzam zrobić, i drżę. Jestem katem i ofiarą w jednej osobie. Wreszcie jestem kimś. Ale to nie wystarcza. Nie ma dla mnie nadziei. Po co czekać? Słyszę bicie swojego serca. To ostatni dźwięk, który oznajmia, że gra skończona.

Telefon znów zaczął dzwonić.

Wkładam lufę do ust i strzelam. Suchy huk. Już po wszystkim. Broń wypada mi z ręki i uderza o podłogę, jeszcze zanim upada moje ciało. Impet odrzuca moją głowę do tyłu, a ja, jak marionetka z przeciętymi sznurkami, osuwam się bez życia, padam plecami na parkiet. Na ścianach krew. Krew na suficie i meblach. Krew na podłodze, tryska z górnej części czaszki, tworzy kałużę.

Milo zasłonił twarz dłońmi. Gdy usłyszał strzał, wybiegł z pokoju i zobaczył Marca leżącego na podłodze jak zepsuta zabawka. Ale jego krew nie była krwią kogoś bezużytecznego. Kogoś bez nadziei. Był młody, miał całe życie przed sobą. Po co czekać? Miał wszystko – rodzinę, możliwości – ale to nie wystarczyło. Nie obchodzi mnie, co mam. Irene krzyczała, a on, świadom absurdu tego, co robi, sprawdził tętno. Mam dość udawania. Leży z rozwaloną głową, a on sprawdza tętno. Szaleństwo. Nie zniosę tego wstydu. Można pęknąć ze śmiechu. Jestem nikim. Irene wciąż krzyczała, a on trwał bez ruchu, klęcząc przy jego ciele, niezdolny do działania. Dam wam nauczkę. Groteskowa chwila wieczności.

Telefon zadzwonił ponownie. Nie zniosę tego wstydu. Poirytowany Milo odebrał.

– Co jest? – warknął.

– Gdzie jesteś? Cały dzień próbuję się do ciebie dodzwonić! – krzyknęła Susana Cabot, sędzia śledcza z Barcelony. Dobra przyjaciółka, dawna kochanka i ktoś, kto naprawdę znał się na swojej robocie. – Powiedz mi, do cholery, gdzie jesteś?

– Na cmentarzu. Odwiedzam Marca. A czemu miałbym się przed tobą tłumaczyć? Jestem zawieszony, pamiętasz? Przymusowy urlop. Mogę robić, co mi się podoba.

Susana Cabot przez chwilę milczała. W końcu rzuciła:

– Nie wciskaj mi kitu. A może twojego bratanka pochowano w tunelu aerodynamicznym?

Milo się skrzywił. Trudno było wcisnąć sędzi jakikolwiek kit. Zasłaniając dłonią telefon przed szumem wiatru, przyznał:

– No dobrze, miałem jechać na Montjuïc, ale uciekłem do Port de la Selva. Pojadę tam później.

– I dobrze. Trzeba się pogodzić z tym, że ktoś umarł.

– No to skoro mam już twoją aprobatę, to może przełożymy tę rozmowę? To nie najlepszy moment. Zadzwonię później albo jeszcze lepiej jutro…

– Nie – przerwała mu. – Potrzebuję cię w Barcelonie. Natychmiast. Nie czytałeś gazet, nie oglądałeś wiadomości?

– Coś tam słyszałem mimo mojego odosobnienia. – Potarł nasadę nosa. – Mówisz o La Pedrera, o tym, co się wydarzyło parę dni temu.

– Cztery dni temu, Milo. W nocy z soboty na niedzielę, czwartego lipca. Minęły już cztery dni, a Wydział Zabójstw nie ma najmniejszego pojęcia, kto mógł dokonać tej potworności. Jesteśmy w kropce, a całe miasto aż kipi. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaką wywierają na mnie presję.

– Aż kipi? Ciekawe…

– Inspektorze Malart, to nie czas na sarkazm. Rozmawiam z tobą jako sędzia. Powiedz mi, co wiesz o tej sprawie.

Milo próbował sobie przypomnieć. Na fasadzie Casa Milà, znanej też jako La Pedrera, przy samym Passeig de Gràcia, znaleziono powieszonego mężczyznę. Morderca użył stalowej linki, by przywiązać go za nadgarstki, zwiesił go z balkonu na pierwszym piętrze i podpalił. Gdy strażacy dotarli na miejsce, ciało było już doszczętnie spalone.

– O ile dobrze pamiętam, zidentyfikowano go jako jakiegoś ważniaka z La Caúca, byłego consellera, chyba od kultury. Gość, który przewijał się wśród kandydatów na burmistrza. Nie pamiętam nazwiska. Trzeba przyznać, że morderca miał tupet, żeby…

– Tak, w samym sercu Barcelony, i to na budynku Gaudíego. To szaleństwo. Kto mógłby zrobić coś takiego? Na pewno jakiś wariat. Nikt normalny nie zadałby sobie tyle trudu, żeby kogoś zabić.

– A może wręcz przeciwnie. Wiecie już, jak udało mu się powiesić ciało?

– Wiemy. Urządził dla nas pokaz przed kamerami monitoringu. Widać, jak podjeżdża na chodnik pojazdem z podnośnikiem, takim, jakiego się używa do przycinania drzew. Jakiś idiota zostawił go zaparkowanego parę ulic dalej. Morderca zwarł kable, odpalił silnik, podjechał nim pod La Pedrera i ustawił pod wybranym balkonem. Potem wciągnął ofiarę na platformę, podniósł ją na wysokość pierwszego piętra i zawiesił na poręczy balkonu. Następnie oblał ofiarę łatwopalną cieczą, zwlekał przez kilka sekund, co nas z początku zdziwiło, i zjechał na dół. Na chodniku odpalił zapalniczkę Zippo i rzucił nią. Ciało zajęło się ogniem jak pochodnia.

– Okropna śmierć. Ofiara była odurzona?

– Nie wiemy. Ogień zniszczył wszystkie płyny ustrojowe. Ale patolodzy ustalili, że ofiara żyła, gdy ją podpalono.

Milo spojrzał w stronę morza. Po chwili dostrzegł w pobliżu ptaka, zapewne kormorana, unoszącego się na falach. Rozpościerał skrzydła, jakby próbował się wzbić w powietrze, po czym znów je składał.

– Jeśli macie nagranie z kamer, to wiecie, jak wygląda.

– Zwinny, o atletycznej budowie, około siedemdziesięciu kilo, metr osiemdziesiąt wzrostu. Ubrany jak motocyklista, cały na czarno: rękawice, kombinezon, buty z grubą podeszwą i kask z przyciemnianą szybą, co uniemożliwia nam ustalenie płci, ale po ruchach oceniliśmy, że to mężczyzna. Wiek też trudno określić, między dwadzieścia a czterdzieści lat. Wiemy za to, że oprócz zimnej krwi ma też specyficzne poczucie humoru. Pomachał w stronę kamery.

Milo wpatrywał się w kormorana. Ptak nadal poruszał skrzydłami, nie mogąc się wzbić. Z przemoczonymi piórami zmagał się z falą, potrząsał szyją.

– A co zrobił z pojazdem? – zapytał.

– Odjechał nim za róg i porzucił. Zniknął z kamer, gdy przebiegał przez aleję. Założyliśmy to, co wydawało się najbardziej logiczne: że wsiadł do własnego pojazdu i się ulotnił…

– Ale?

– Facet wrócił. Zajął miejsce na rogu naprzeciw, co ustaliliśmy z nagrania, i stamtąd nagrał agonię ofiary.

– I wiecie to, bo to nagranie gdzieś wypłynęło.

– W internecie. Próbowaliśmy je zablokować, ale było za późno; stacje telewizyjne już je ściągnęły i puszczają w kółko. Nie widziałeś tego? Okazuje się, że kiedy ten skurwysyn robił coś z ofiarą, zanim zszedł na dół, tak naprawdę kręcił to z bliska. A potem nagrywał dalej, aż do przyjazdu straży pożarnej. Teraz rozumiesz, czemu to takie pilne, żebyś wrócił jeszcze dziś i pomógł nam w tej sprawie?

Nie odpowiedział. Wciąż stał bez ruchu, wpatrzony w kormorana. Ptak dalej walczył, próbując wzbić się w powietrze, i Milo się domyślił, że zaplątał nogę w żyłkę lub kawałek sieci.

Wplątany. Marc. W co?

– Milo, jesteś tam? Słyszę tylko ten pieprzony wiatr! Milo?!

– Jestem, nie zasnąłem.

– Nie rozumiem, jak wytrzymujesz na tym wietrze. Mówią, że od niego można zwariować.

– Z tej strony już nie wieje – odparł roztargniony. – To ty prowadzisz śledztwo?

– Złapało mnie na mojej zmianie – odpowiedziała sędzia. – W takie dni żałuję, że już nie zajmuję się sprawami nieletnich. Cholera, już takie moje pieprzone szczęście.

– Szczęście zależy od nas samych – odpowiedział mimowolnie cytatem.

– Co takiego?

– Jacyś świadkowie?

– Dziesiątki. Ale oprócz kilku wszyscy bezużyteczni. Stało się to o piątej czterdzieści nad ranem, a sam wiesz, kto się wtedy szwenda po mieście. Pijacy, ćpuny…

– Susana, nie mogę wrócić. Jestem zawieszony, bez pensji, czekam na proces. Odebrali mi broń i odznakę, a w policji nie mam wielu przyjaciół.

– I co z tego? Od kiedy cię to obchodzi?

– Mówię ci, że nie mogę. Próbuję… powiedzmy, na nowo się odnaleźć. Muszę rozwiązać pewną osobistą sprawę i…

– Jesteś pieprzonym egoistą. Mam już dość twoich dziwactw! Proszę cię o pomoc, a ty mi wyskakujesz z jakimiś pierdołami! „Odnaleźć się na nowo”! Co to, do diabła, ma znaczyć? Haruję jak wół, żeby odkręcić twoje zawieszenie, a ty mi się odpłacasz tekstami z książek o samopomocy?!

Zaskoczony jej wybuchem wściekłości poczekał, aż Susana się uspokoi.

– Słuchaj, inspektorze Malart…

– Znowu mówisz do mnie jako sędzia?

– Jako sędzia i jako przyjaciółka. Jest pewien szczegół tej sprawy, którego nie ujawniono. Zanim morderca spalił go żywcem, przetrzymywał go przez pięć dni i przez ten czas… nie dawał mu nic do jedzenia ani do picia. Do takich wniosków doszli biegli sądowi. Pięć dni. Człowiek może przeżyć tygodnie bez jedzenia, ale bez wody nie więcej niż cztery, góra pięć dni. I trzymał go właśnie przez pięć. Rozumiesz, co mówię? Ofiara była torturowana w taki sposób, by nie było żadnych śladów przemocy. Zabójca siedział sobie i czekał. Pozwalał mu umierać z pragnienia. A kiedy mężczyzna był już na skraju wytrzymałości, powiesił go na jednym z architektonicznych klejnotów miasta i spalił żywcem. Mamy do czynienia z sadystą, Milo, z pieprzonym sadystą.

– A motyw?

– Nie mamy pojęcia. Eduard Pinto, ofiara, jest czysty jak łza. Prześwietliliśmy na wylot jego życie zawodowe i prywatne. Nic. Żonaty, dwoje dzieci, żadnych kochanek ani skandali, zamożny… święty człowiek. Żadnych znanych nałogów, żadnych słabości. Kompletnie nic. A wszyscy z jego otoczenia wypowiadają się o nim w samych superlatywach.

– Aż trudno uwierzyć. Jak nie z tego świata. Sprawdziliście jego kręgi polityczne?

– Oczywiście. Ale nikt nie robi czegoś takiego rywalowi. To nie ma sensu.

– Chcesz mi powiedzieć, że bierzecie pod uwagę, że mógł zostać wybrany przypadkowo?

Sędzia milczała przez dłuższą chwilę, zanim odpowiedziała. Słychać było powściągliwość w jej głosie.

– Na razie to wykluczamy. Nikt nie chce nawet myśleć, że mamy do czynienia z robotą jakiegoś oportunisty. To, że mógłby znów to zrobić, jest… nie do pomyślenia.

– Rozumiem. Masz związane ręce. Ktoś z MSW się przestraszył i nie ma nawet mowy, by móc dyskretnie obserwować inne budynki Gaudíego. Zwłaszcza na trzy tygodnie przed wizytą papieża. Bardzo się mylę?

– Milo, jesteśmy w szczycie sezonu. Nie możemy otoczyć agentami głównych atrakcji turystycznych Barcelony. Sama Sagrada Família przyciąga ponad dwa i pół miliona turystów! Wyobrażasz sobie, co by się stało z wizerunkiem miasta po takim dyskretnym wysłaniu ludzi w teren? Szkody byłyby nie do naprawienia.

Milo zagryzł wargi, żeby nie powiedzieć, co naprawdę o tym sądzi.

– Musi być coś w aktach Eduarda Pinto – kontynuowała sędzia – coś, czego jeszcze nie znaleźliśmy, a co uzasadniałoby tak okrutne zabójstwo.

– Dlaczego robimy to, co robimy? To pytanie za milion. Nie zawsze da się znaleźć odpowiedź.

– Nie – upierała się przy swoim. – Zgadzam się z prowadzącymi śledztwo. To odosobniony przypadek, jakieś porachunki. Problem w tym, że nie trafiliśmy na żaden ślad, który mógłby nas doprowadzić do sprawcy. I tu jesteś mi potrzebny. Potrzebuję twojej głowy, twojej pieprzonej anteny satelitarnej.

– Czyli kogoś na tyle stukniętego, żeby złapał kogoś jeszcze bardziej stukniętego.

– Nie. Potrzebuję kogoś, kto dostrzeże to, co umknęło innym inspektorom.

– Żartujesz? To jak rzucić mnie lwom na pożarcie.

– Zupełnie jak na rzymskiej arenie. To twój problem, nie mój. Martwisz się o reputację?

– Zawsze podziwiałem twoją subtelność w zarządzaniu sytuacjami, wysoki sądzie.

– Daruj sobie ten sarkazm. Ludzie muszą wiedzieć, że możemy go dopaść, inaczej zapanuje chaos – powiedziała stanowczo. – Dlatego potrzebuję najlepszych inspektorów. A ty jesteś jednym z nich. Masz wyjątkowy talent, jesteś jedynym, który nie boi się pójść na całość, bez względu na konsekwencje.

– Jedynym wystarczająco głupim.

Po drugiej stronie usłyszał westchnienie zniecierpliwienia.

– Trzy lata temu twoja interwencja w sprawie Zabójczyni z Gracii była kluczowa, a rok później, wbrew wszystkim, którzy byli przekonani, że mają głównego podejrzanego, wskazałeś prawdziwego Parkingowego Zabójcę. Głupi to ty nie jesteś.

– Miałem po prostu farta.

– Przemawiają za tobą fakty. Potrafisz łączyć kropki, wychwytujesz szczegóły, które umykają innym. Widzisz wyraźnie ciemną stronę ludzi i w tym przypadku, choć później pewnie będę musiała odszczekiwać swoje słowa, może się przydać ktoś, kto nie wierzy w ludzkość. Tak, twoje metody są mało ortodoksyjne. Ale co z tego? Działają. Takie są realia. Presja mediów będzie szalona, już teraz naciski ze strony polityków są ogromne. Wrześniowe wybory są tuż-tuż, zaczyna się walka o stołki. I przykro mi, ale nie mam pełnego zaufania do obecnego zespołu śledczego. To nie czas, żeby myśleć o orderach. Dlatego uważam, że to właśnie ty jesteś odpowiednim człowiekiem. Nie lubisz polityki, a wiem, i nawet nie próbuj zaprzeczać, że kochasz tę pieprzoną robotę.

– Teraz to już naprawdę przysnąłem, wysoki sądzie.

– Na Boga, daj sobie wreszcie spokój z tym sarkazmem!

Milo odsunął telefon od ucha i znów spojrzał na kormorana. Ptak się nie ruszał. Oddalał się powoli, niesiony na fali. Zbierał siły.

Znów przyłożył telefon do ucha, drugą ręką osłonił go przed wiatrem i powiedział:

– Chciałbym wiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, kto prowadzi tę sprawę. I po drugie, za jakie sznurki pociągałaś w mojej.

– Zacznę od tej drugiej. Po długich dyskusjach komisarz Bastos w końcu zgodził się tymczasowo cofnąć twoje zawieszenie; stawia tylko dwa warunki. A co do pierwszego pytania, mam złą wiadomość. Sprawę prowadzi inspektor naczelny Singla, z tego, co pamiętam, przepadacie za sobą jak ogień i woda.

– Tak, nasze ostatnie spotkanie skończyło się dla niego pękniętą kością jarzmową. – Przerwał na chwilę. – Susana, nic z tego nie wyjdzie.

– Proszę cię tylko o to, byś rzucił swym ponurym okiem na tę sprawę, a nie o to, żebyś się z nim żenił.

– A jakie są te dwa warunki? Coś czuję, że mi się nie spodobają.

Sędzia odchrząknęła, nabrała powietrza i odparła:

– Po pierwsze, poddasz się psychoterapii przez nieokreślony z góry czas. A po drugie, będziesz miał opiekuna na czas śledztwa, będzie ci towarzyszył ktoś z wydziału. Jeśli zgodzisz się na oba warunki, zawieszenie zostanie wstrzymane do czasu procesu i od razu odzyskasz odznakę, broń i wypłatę. Ale komisarz Bastos wyraził się bardzo jasno: jedno potknięcie i wylatujesz. Tym razem na dobre.

– Dlatego daje mi opiekuna, żeby kontrolował moje ruchy, i psychiatrę, żeby ogarnął, co siedzi mi w głowie.

– Zaczynasz łapać. Czekam na ciebie dziś o dziewiątej wieczorem w moim gabinecie. I słuchaj, nie przesadzaj z tym odnajdywaniem się na nowo; nie chciałabym, żebyś się zepsuł.

– Lepiej będzie rano, wysoki sądzie. Też o dziewiątej. I jeszcze jedno: zakładam, że będę miał pełną swobodę działania, prawda?

– Żaden problem.

Milo zakończył rozmowę.

Od razu pożałował, że się zgodził. Nie miał najmniejszej ochoty wracać do wydziału. Znowu czuć się jak dziwadło. Znowu znosić szepty za plecami i ukradkowe spojrzenia. Pokręcił głową. Sędzia się myliła. Nie lubił tej roboty ani tego, co musiał w niej wciąż na nowo przeżywać – cieni, strachu, że przekroczy cienką granicę obłędu. Ale miał już dość bezczynności, zabijania czasu byle czym. Dwa miesiące zagubienia i to okropne wrażenie odosobnienia wystarczały aż nadto. Tęsknił za działaniem, za poczuciem, że jest komuś potrzebny. Za jakimkolwiek sensem upływających godzin. Nie wspominając już o pieniądzach. Potrzebował ich.

Z rezygnacją pokiwał głową i rozejrzał się za ptakiem. Zniknął. Zasłonił dłonią oczy przed słońcem, próbując go wypatrzyć. Ani śladu. Poddał się? Udało mu się wzbić w powietrze? A może tylko mu się zdawało, że go widział?

Zrobił krok i znów stanął na skraju klifu. Spojrzał w dół, na ostre krawędzie skał, ich kanciaste formy jak ostrza noży. Tak, z braku broni byłyby równie śmiercionośne jak strzał w usta. Rozłupana czaszka. Marc nie zdołał się uwolnić od tego, co go spętało, i dokonał wyboru. Pod jego pozorną obojętnością tliły się bezsens, frustracja. A on tego nie dostrzegł. Nie potrafił uchylić zasłon i zajrzeć do środka. Marc był dla niego tak niewidzialny jak dla wszystkich innych. Zawiódł go. Przeklęta niewidzialność.

Nie zniosę tego wstydu.

Zakręciło mu się w głowie. Już nie był pewien, czy naprawdę chce poznać odpowiedzi. Z zaciśniętym gardłem pomyślał, że jego też coś więzi. Jeśli się od tego nie uwolni, skończy na dnie. Musiał odkryć, co pchnęło Marca do tego, by rozwalić sobie głowę. Albo kto. Odwrócił się i zszedł z urwiska.

Wsiadł do starego, poobijanego Volkswagena i ruszył. Jechał krętą drogą wzdłuż wybrzeża, przejechał przez miasteczko, a potem przyspieszył w stronę autostrady. Gdy znalazł się na trasie szybkiego ruchu, zajął trzeci pas. W oddali dostrzegł sylwetkę szpitala psychiatrycznego, do którego musiał oddać ojca. Zacisnął szczęki i mocniej wcisnął gaz. W kierunku północnym był duży ruch, w przeciwieństwie do niemal pustej drogi na południe, którą właśnie podążał. Jechał szybko, zapadał już zmierzch. Półprzytomny od jednostajnego pomruku silnika, jechał, mając wrażenie, jakby sunął po olbrzymiej, gładkiej zjeżdżalni prowadzącej prosto do miasta.

Później, po zapłaceniu drugiej z dwóch opłat drogowych, dostrzegł na niebie rozciągnięte chmury w czerwono-pomarańczowych barwach. A poniżej, nabrzmiały w przytłaczającym, wilgotnym upale gęsty, czarny smog wiszący nad miastem. Gdy zmierzał w mrok, nagle ogarnęło go dziwne wrażenie, że wjeżdża w rozwartą paszczę olbrzymiej dzikiej bestii. Paszczę z koszmaru.

Pokręcił głową i pojechał dalej. To przecież tylko Barcelona.

Zaparkował na przejściu dla pieszych, dokładnie na rogu Paseo de Gràcia i Provença, po czym wysiadł z auta. O tej porze chodniki wciąż były pełne ludzi. Rozejrzał się dookoła i po ubiorze rozpoznał, że większość stanowili turyści. Krótkie spodenki, skarpetki i sandały, kuse spódniczki i klapki. Wszyscy z aparatami fotograficznymi, zaglądali do luksusowych sklepów, pokazywali sobie wystawy i omijali żebraków, którzy wyciągali do nich ręce. Mieszkańców miasta dało się rozpoznać bez trudu; ku jego zaskoczeniu było ich niewielu. Nie interesując się witrynami, patrzyli prosto przed siebie albo szli ze wzrokiem wbitym w ziemię, jakby zawstydzeni swoją bladą, niemal chorobliwą cerą, kontrastującą z czerwonymi, spieczonymi twarzami przyjezdnych.

Przeszedł przez jezdnię i stanął przed Casa Milà.

Na pierwszy rzut oka widać było, że po zdarzeniu nie pozostał żaden ślad. Żadnych policyjnych taśm, żadnych oznaczeń techników, nie dało się nawet dostrzec śladów ognia pod balkonem na pierwszym piętrze. Turystyka była jednym z głównych źródeł dochodu miasta i należało ją pielęgnować, a nie straszyć turystów. Ludzie, śmiejąc się i wykrzykując z zachwytu, przechodzili obok miejsca, w którym żywcem spłonął Eduard Pinto. Niektórzy robili zdjęcia.

Milo wzruszył ramionami. Nie był tu po to, żeby osądzać, tylko żeby pracować.

By mieć lepszy widok, przeszedł przez główną aleję i oddalił się trochę, aż stanął na przeciwległym rogu. Stamtąd spojrzał w górę i po raz kolejny zachwycił się pięknem tej niezwykłej budowli. Majestatyczna, jedyna w swoim rodzaju, wyjątkowa. Jedno z najbardziej charakterystycznych, osobistych i pełnych wyobraźni dzieł Antoniego Gaudíego. „Udręczony wyraz katalońskiej duszy” – przypomniał sobie słowa Dalego o tym budynku--rzeźbie.

Patrzył na pięć pięter i falującą fasadę. Wyglądała, jakby jakaś magiczna siła nadawała jej kształt, wprawiała ją w ruch. Wszystko w tym budynku zdawało się płynąć – od kutych żelaznych balkonów przypominających korzenie, kwiaty i pnącza po zaokrąglone powierzchnie, unikające linii prostych. Na dachu wyróżniały się kominy, które, przez połączenie syfonów i wieńczących je osłon, przypominały zamaskowanych żołnierzy w hełmach. Ich twarze miały otwory nadające im upiorny wygląd pustych oczodołów.

Spojrzał w dół, na balkon pierwszego piętra, znajdujący się po stronie Passeo de Gràcia, tuż za rogiem. Drzewa częściowo zasłaniały widok i musiał kilkakrotnie się przemieścić, ale bez skutku, bo z żadnego miejsca nie udało mu się zobaczyć całości. Czuł się zdezorientowany. O ile nie okaże się inaczej w komisariacie, znajdował się mniej więcej w tym samym miejscu, z którego morderca nagrał swoją ofiarę. Więc dlaczego powiesił ją właśnie tam? Gałęzie przesłaniały widok, łatwiej byłoby zawiesić ciało na głównej fasadzie, gdzie chodnik oferował więcej miejsca do zaparkowania samochodu z wysięgnikiem. Jeśli mordercy zależało na jak największym rozgłosie, to dlaczego filmując śmierć Eduarda Pinto, wybrał balkon z boku, częściowo zasłonięty przez drzewa?

Pokręcił głową. To nie miało sensu. Zastanowił się, co znajduje się za tym balkonem.

Przeszedł przez aleję na czerwonym świetle i podszedł do ogromnej żelaznej bramy wejściowej. Chwycił za klamkę. Zamknięte. Przylgnął twarzą do szyby, próbując wypatrzyć jakiegoś strażnika w holu. Nikogo. Tłumiąc westchnienie frustracji, przeczytał na tabliczce, że godziny zwiedzania już minęły. Będzie musiał poczekać do dziewiątej rano.

Cofnął się o kilka kroków, aż znalazł się na rogu. Spojrzał w lewo, w stronę balkonu na pierwszym piętrze, wychodzącego na boczną część promenady, a potem na wprost, na balkon od strony fasady. Dzięki słabemu oświetleniu wnętrza i braku żaluzji zauważył, że na oba wychodziło się z tego samego pomieszczenia. Z miejsca, w którym stał, nie dostrzegł ścian ani przegród, jedynie kolumny pod sufitem, który imitował w gipsie powierzchnię morza zmarszczoną wiatrem.

Rozległ się przenikliwy dźwięk syreny karetki. Odruchowo odwrócił głowę.

– Co do…! – wykrzyknął, podchodząc w kilku krokach do Volks-wagena.

Obok pojazdu stał strażnik miejski, który właśnie wsuwał za wycieraczkę mandat za nieprawidłowe parkowanie. Dźwięk syreny znikał gdzieś w oddali.

– Funkcjonariuszu, jestem inspektorem z Wydziału Zabójstw i zaparkowałem tutaj, żeby sprawdzić coś w budynku – wyjaśnił Milo, sięgając do kieszeni po odznakę. Zaklął w duchu. – Wie pan, nie mam teraz przy sobie dokumentów, ale…

Strażnik nieufnie zmierzył go wzrokiem. Spojrzał na jego kilkudniowy zarost, podkrążone oczy, pogniecioną koszulkę i znoszone trampki, równie zużyte jak dżinsy.

– Nie można parkować na przejściu dla pieszych – powiedział.

– Wiem, ale to było tylko na chwilę. Jestem na służbie. Kilka dni temu w tym miejscu popełniono przestępstwo, wie pan o tym?

Strażnik skrzywił się i skinął głową.

– No więc właśnie dołączyłem do śledztwa i tak, nie mam przy sobie odznaki, ale…

– Proszę nie nalegać. – Strażnik schował bloczek mandatowy i wsiadł na motocykl. – Po prostu wykonuję swoją pracę.

– Jasne, musicie wyrabiać te cholerne limity. Może mi pan przynajmniej powiedzieć, co znajduje się na pierwszym piętrze?

– A skąd niby mam to wiedzieć? Jestem strażnikiem miejskim, a nie przewodnikiem turystycznym.

Milo miał ochotę coś odpowiedzieć, ale się powstrzymał i tylko patrzył, jak strażnik uruchamia motocykl i odjeżdża. Wyjął kartkę zza wycieraczki. Po chwili wsiadł do samochodu, schował mandat do schowka, obok innych, i ruszył. Udał się do Barcelonety, dzielnicy, w której mieszkał od kilku miesięcy. Gdy już tam dotarł, musiał jechać powoli z powodu tłumu ludzi, którzy albo szli na plażę, albo z niej wracali. Dzisiaj i tak było ich mniej niż zwykle, co znów go zdziwiło. Skręcił w Almirante Cervera, aż dotarł do starego magazynu na rogu ulicy Atlántida. Tam, między deskami surfingowymi a rowerami z wypożyczalni, pozwalali mu parkować samochód.

Wysiadł z wozu w lepki, wilgotny skwar. Przeszedł kilka wąskich uliczek, aż dotarł do obskurnej i brudnej tawerny. Od razu uderzył w niego duszący zapach potu, taniego wina i smażonego mięsa. Lokal był pełen ludzi, a on zajął niewielką przestrzeń na końcu lady. Na drugim jej końcu wzrok wszystkich bywalców przykuwał lśniący telewizor. No i zagadka rozwiązana. Już wiedział, gdzie się wszyscy podziewali. Oglądali mecz piłki nożnej. Dał znak staruszkowi za barem i zamówił to, co zwykle.

– Nie możesz poczekać? Gramy z Niemcami. – Wskazał na ekran. – Półfinał.

Milo pokręcił głową. Mężczyzna, mrucząc pod nosem, przygotował kilka dań, nie odrywając wzroku od telewizora. Po chwili postawił przed nim sałatkę rosyjską, smażone ryby i chleb z pomidorem. Podał mu też szklankę czerwonego wina. Milo pochylił się nad kolacją i zaczął jeść, ledwo przeżuwając. Przy takim upale nie miał apetytu i jadł z obowiązku, żeby uzupełnić zapasy energii. Zawahał się na chwilę przy winie. Dziedziczne skłonności były zbyt silnym przeciwnikiem, a alkohol mógł tylko wszystko pogorszyć. Wypił kilka łyków i skończył jeść. Dał znać właścicielowi, żeby dopisał to do rachunku. Mężczyzna już zmierzał w jego stronę z gniewnym wyrazem twarzy, gdy nagle ludzie zaczęli wrzeszczeć z radości. Staruszek zacisnął pięści.

Milo dotarł do bramy. Wszedł na klatkę schodową, nacisnął włącznik światła, a potem w ciemności wspiął się na czwarte piętro i dotarł do mieszkania na poddaszu, które mu udostępniono. W małym mieszkaniu ruszył prosto do lodówki. Wyciągnął puszkę toniku i wyszedł na taras, gdzie opadł na jedyny leżak. Zmęczony, zamknął oczy i przycisnął zimną puszkę do czoła.

– Cholera, co za życie – mruknął.

El Verdugo de Gaudí

Copyright © Aro Sáinz de la Maza, 2012

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Copyright © for for the translation by Robert Kędzierski, Anna Krochmal 2026

Redakcja – Sandra Popławska

Korekta – Kornelia Dąbrowska, Katarzyna Myszkorowska

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Zuzanna Pieczyńska

Grafiki na okładce – chat gpt, freepik, pngtree

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788384061466

ISBN mobi: 9788384061459

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Strony tytułowe

Dedykacja

PROLOG

1

Reklama

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Cover