Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
148 osób interesuje się tą książką
Flora Steele wraz z narzeczonym, pisarzem kryminałów Jackiem Carringtonem, rozwiązują swoją najbardziej zagadkową sprawę.
Kiedy Flora wchodzi rano do biblioteki, spodziewa się, że spędzi spokojne chwile między regałami pełnymi książek. Zamiast tego trafia na scenę, która burzy sielankową atmosferę miasteczka – dostrzega martwą bibliotekarkę i znajomego mężczyznę stojącego tuż obok. W jego dłoni znajduje się przedmiot, który od razu wzbudza we Florze niepokój i każe jej zadać sobie pytanie: co naprawdę wydarzyło się w bibliotece tej nocy?
Flora zna Lowella od czasów studiów. Trudno jej uwierzyć w to, że mężczyzna mógł zabić, mimo niemal niepodważalnych dowodów. Wkrótce okazuje się także, że ze zbiorów bibliotecznych zniknęła niezwykle cenna książka…
Czy Lowell naprawdę jest mordercą? A może jest to Rose Lawson, nowa mieszkanka Abbeymead, która znajduje się w tragicznej sytuacji finansowej? Albo Felix Wingrave, autor bestsellerów, o którym plotki głoszą, że zrobiłby wszystko, by zdobyć cenną książkę?
Flora i Jack zdają sobie sprawę, że kluczowa wskazówka kryje się na kartach powieści. Zanim jednak bohaterowie odkryją prawdę, zabójca może dopisać do tej historii krwawy finał.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 279
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MERRYN ALLINGHAM
Morderstwow bibliotece
Przełożyła Ewa Ratajczyk
– Jestem naprawdę dumna z tego afisza.
Flora Steele cofnęła się, żeby się przyjrzeć planszy reklamowej, nad którą pracowała od kilku dni. Szczególnie podobały jej się róże w rogach – ich delikatnie opadające pędy pięknie podkreślały nazwę jej księgarni, All’s Well, zapisaną dużymi czarnymi literami kursywą na kremowym tle.
Zjazd wielbicieli kryminałów, który miał się odbywać w Abbeymead przez kilka najbliższych dni, był w miasteczku ważnym wydarzeniem i Flora chciała, żeby jej stoisko z książkami prezentowało się jak najlepiej. Basil Webb, prezes Stowarzyszenia „Sztylet i Scyzoryk” oraz pomysłodawca konferencji, zapewnił jej duży stragan na szkolnym korytarzu, w dobrze widocznym miejscu. Każdy, kto zamierzał usiąść w sali, musiał przejść obok jej stołu.
– Jak ci się podoba, Jack? – zapytała swojego kompana. – Tak myślę… może trzeba by go przesunąć lekko w lewo?
– Dopiero co przesunąłem w prawo – zaprotestował Jack Carrington. – Moje ręce już protestują. Owszem, żenię się z tobą, Floro, ale moje oddanie ma swoje granice.
– Tylko troszeczkę? Musi być idealnie równo.
Jack delikatnie poprawił planszę i zanim Flora zdążyła się znów odezwać, wbił gwoździe.
– Stoisko wygląda okazale z afiszem i bez niego. – Wskazał ręką ciasno ułożone rzędy nowych książek, które poprzedniego wieczoru dostarczono do szkoły w Abbeymead.
– Fakt – przyznała. – Ale nie przestaję trzymać kciuków za sprzedaż. Zamówiłam mnóstwo książek i bardzo liczę na to, że członkowie Stowarzyszenia „Sztylet i Scyzoryk” zabiorą ze sobą pełne portfele. Niesprzedanych egzemplarzy nie będę mogła zwrócić, a Basil pokazał mi listę gości i wyglądała dość skromnie.
Jack wygładził wiecznie niesforny kosmyk włosów. Lista rzeczywiście była skromna, co martwiło również jego.
– Pomysł Basila nie spotkał się z tak entuzjastycznym przyjęciem, na jakie liczył. – Jack poruszył zesztywniałymi ramionami. – Od początku uważałem, że jest zbyt pewny siebie. Przez ostatnie kilka tygodni żałowałem, że zadzwoniłem do niego po tym, jak zostawił wiadomość Alice. Pomaganie mu okazało się ciężką pracą i całkowicie przeszkodziło mi w pisaniu. Życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby żadne z nas się w to nie zaangażowało.
Flora objęła Jacka i lekko przytuliła.
– Ale się zaangażowaliśmy, a ty właściwie nie miałeś wyjścia. Nie mogłeś odmówić, skoro piszesz kryminały i mieszkasz w Abbeymead, gdzie akurat organizują zjazd.
– Problemem jest miasteczko. Leży na zbytnim odludziu, żeby przyciągnąć dużą liczbę gości, a nie dysponuje rozbudowaną bazą noclegową. Webb powinien był wybrać miejsce na południe od Londynu. Gdzieś w swojej okolicy.
– Wyjaśnił, dlaczego tego nie zrobił?
Jack prychnął lekceważąco.
– Uznał, że to zbyt miejskie, zbyt nudne. Pracuje w ubezpieczeniach, zajęcie ma dość trywialne i wydaje mi się, że w kryminałach szuka przygód, których mu brakuje. Jego zdaniem wiejska sceneria jest idealnym miejscem na intrygę kryminalną, to chyba wpływy Agathy Christie, i dlatego świetnie nadaje się na zjazd wielbicieli kryminałów. Szkoła w Abbeymead spełnia wszystkie wymagania. Jest pusta z powodu wakacji, ma dużą aulę i sporo miejsca na rozstawienie krzeseł.
– Podobne warunki gwarantowałoby pół tuzina wiejskich szkół. – Flora uporządkowała niewielki stos ulotek reklamujących jej księgarnię i rozejrzała się w poszukiwaniu płachty materiału, którą przyniosła, żeby przykryć stoisko na noc.
– Wszystko przez jego siostrę. – Jack westchnął cicho. – Basil mi powiedział, że mieszka w Sussex, to ona podała mu nazwy kilku miejscowości, między innymi Abbeymead. I to my wyciągnęliśmy los na loterii! Miejmy nadzieję, że Basil się nie myli. Liczy na to, że zjazd ożywi Stowarzyszenie „Sztylet i Scyzoryk”, które w ostatnich latach przegrywało z prężnie działającą grupą pod nazwą, wyobraź sobie, „Fałszywy Trop”. Webb chyba ma nadzieję na jakieś odrodzenie.
Na twarzy Flory zagościł grymas.
– Wątpliwe, ale chcąc nie chcąc, oboje zaangażowaliśmy się w przedsięwzięcie: ty w organizację imprezy, a ja w sprzedaż książek, oby ich zeszło jak najwięcej.
Starała się podchodzić do sprawy pragmatycznie, ale jeśli miała być szczera, od samego początku odnosiła się sceptycznie do pomysłu organizacji zjazdu w Abbeymead. Widziała wiele przeszkód, choćby to, że wieś była mała i oddalona od stacji kolejowych. Najbliższe znajdowały się w Brighton i Worthing, ale w jaki sposób goście mieli dostać się stamtąd do Abbeymead? Taksówki były drogie, a miejscowe autobusy kursowały, cóż, jak to miejscowe autobusy. Basil Webb potrzebował jednak udziału tutejszej księgarki, czyli Flory, a ona chciała wesprzeć Jacka.
Jack znalazł się w samym sercu wydarzeń – co prawda do pomocy go nie zmuszano, ale właściwie nie miał wyjścia. Flora wiedziała, że znacznie ograniczyło mu to czas na pisanie, co stało się przyczyną jego frustracji i pewnych obaw. Agent Jacka, Arthur Bellaby, był człowiekiem wyrozumiałym, jednakże umowa została podpisana i należało dotrzymać terminu. Lipcowa data przedsięwzięcia zmusiła ich również do przełożenia planów ślubnych. Mieli na głowie zbyt wiele obowiązków – zaproszenie prelegentów, organizację zakwaterowania i wyżywienia – by zajmować się jeszcze ślubem. Po pięknym wieczorze nad Sekwaną, kiedy Flora nieoczekiwanie zachęciła Jacka do oświadczyn, on czuł się ogromnie rozczarowany z powodu takiego obrotu spraw, a nastrój poprawił mu się dopiero, gdy Flora zaproponowała, by pobrali się w październiku, w dniu jego urodzin lub jakoś w pobliżu tej daty. A jak czuła się ona? Najpierw chyba lekko jej ulżyło. A potem ogarnęło ją poczucie winy.
– Mamy wsparcie w postaci Maud – przypomniała radośnie, zerkając w stronę wejścia do szkoły i dziedzińca tuż za nim. – Objazdowa biblioteka wysyła właściwy komunikat: że książki są dla wszystkich. Maud z pewnością zachęci ludzi do korzystania z miejscowego oddziału wypożyczalni.
– To kolejny problem. Za Chiny nie mogę pojąć, dlaczego Basil się uparł, żeby na dziedzińcu stanął bibliobus.
Flora próbowała poprawić mu humor, ale na Jacka najwyraźniej nic nie działało.
– Rozumiem, że nie każdy może sobie pozwolić na nowe książki i to prawda, że autorzy otrzymują pewne wynagrodzenie od bibliotek, ale przecież Maud Frobisher obsługuje Sussex. Co ma mieć z tego ktoś… nie wiem… z Oxfordshire?
– Może zachęci go do skorzystania z biblioteki? Maud chyba już wzbudza zainteresowanie. Posłuchaj!
Z placu przed szkołą dobiegł szmer podekscytowanych głosów.
Jack podszedł do drzwi i wyjrzał na zewnątrz.
– Basil chyba wrócił ze swoimi gośćmi. Postanowił zabrać ich na obiad do Cross Keys, chociaż go ostrzegałem, że serwowane tam potrawy są niejadalne. Co tam tak gwarno?
– Sensacja – odpowiedział głos młodej kobiety, która przemknęła obok Jacka do recepcji. Jej ciemne włosy, niemal kruczoczarne, były splecione w długi warkocz sięgający do połowy pleców. Miała na sobie prostą, ale znakomicie uszytą sukienkę w kwiaty.
– Rose! – wykrzyknęła Flora. – Spodziewałam się ciebie na otwarciu.
– Jestem – odparła radośnie dziewczyna. – Trochę przed czasem, ale nie mogłam się doczekać, żeby wyjść z domu, chcę jak najlepiej wykorzystać swój bilet. Uwielbiam kryminały, mogę jednak wysłuchać tylko dwóch wystąpień, dzisiejszego i w środę po południu, kiedy All’s Well jest zamknięte.
Mieszkająca w Abbeymead od niedawna Rose Lawson zgodziła się poprowadzić księgarnię w czasie, gdy Flora będzie na konferencji. Flora nie bez obaw zdecydowała się na powierzenie swojej ukochanej księgarenki osobie, którą ledwo znała, ale Rose od pewnego czasu pracowała na poczcie pod czujnym okiem Dilys Fuller i taka rekomendacja Florze wystarczyła.
– Przyjechał Felix Wingrave! – ciągnęła Rose z błyskiem w ciemnobrązowych oczach. – Niesamowite, jest tutaj, w Abbeymead! – Odwróciła się do Jacka i przyjrzała mu się uważnie. – Uwielbiam pańskie książki, panie Carrington. Ale pan chyba nie przemawia? Przynajmniej nie widzę tego w programie?
– Zgadza się. Uznałem, że skupię się na kwestiach organizacyjnych. Pan Webb bardzo potrzebuje pomocy.
Flora zmarszczyła brwi. Zbyt dobrze znała Jacka, żeby uwierzyć w tę wymówkę. Wiedziała, że wolałby tortury niż wygłaszanie przemowy ze sceny.
– Wiesz, co się tam dzieje? – zapytała. – Zdaje się, że objazdowa biblioteka wywołuje spore poruszenie.
– Z pewnością po raz pierwszy – wtrącił z przekąsem Jack.
– Ekscytująca sprawa. Zerknęłam przez szybę! Pani Frobisher pokazywała pisarzom, którzy przemawiają na konferencji, swój nowy nabytek. Wyjątkowa książka, wszyscy oglądali ją z zachwytem. Clive’owi Slattery’emu, na pewno masz jego tytuły w All’s Well, Floro, bardzo spodobały się ilustracje. Widziałam, jak ukradkiem gładził oprawę!
– Co to za książka? – Flora była zaintrygowana. – Słyszałaś może?
– Tak, słyszałam, bo drzwi furgonetki były otwarte. Chodzi o ilustrowane pierwsze wydanie Opowieści wigilijnej, z tysiąc osiemset czterdziestego trzeciego roku, z dołączonym listem od samego Dickensa! Wszyscy uznali, że jest bardzo cenne, ale ja się na tym zupełnie nie znam.
– O rany! Skąd Maud wytrzasnęła tę książkę?
– Aż trudno uwierzyć: podarował ją klient. Było to w zeszłym tygodniu w Storrington, kiedy Maud robiła swój objazd. Jakiś zamożny emeryt chciał, żeby jego skarb trafił w dobre ręce. Maud jest wniebowzięta. Znam ją od lat, nigdy nie widziałam jej tak uszczęśliwionej.
– Nic dziwnego, że jest podekscytowana. Kto by nie był? Nie znam się zbytnio na starych książkach – przyznała Flora. – Ale pierwsze wydanie Dickensa musi być wiele warte.
– Maud zapowiedziała, że tom trafi na aukcję, a dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na finansowanie objazdowej biblioteki. Była wyraźnie oburzona tym, że jej biblioteka jest traktowana po macoszemu i musi liczyć na wsparcie z zewnątrz. – Rose podniosła torebkę i wygładziła sukienkę. – Lepiej już pójdę zająć krzesło, zanim zjawią się tłumy. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć miejsce z dobrym widokiem na scenę. Prelegenci, którzy już tu są, zaprezentują się i opowiedzą o swoich najnowszych książkach. To na pewno będzie interesujące. Jutro rano zjawię się w księgarni, na długo przed dziewiątą.
– Dziękuję. I również za to, że tak ochoczo podjęłaś się zastępstwa.
Flora poczekała, aż jej nowa pracownica zniknie z pola widzenia.
– Mam wyrzuty sumienia. Jestem pewna, że Rose sprawdzi się w All’s Well, ale mogę jej zaoferować pracę tylko na ten jeden tydzień. Księgarnia nie zarabia tyle, by było mnie stać na zatrudnienie ekspedientki na stałe.
– Ale ona chyba pracuje gdzieś w miasteczku, prawda? Widziałem ją na poczcie.
– Jakoś od miesiąca, lecz tylko do czasu powrotu Maggie Unwin. Kiedy Maggie zdejmą z ręki gips, Rose zapewne straci pracę. A wiem, że potrzebuje pieniędzy. Nie wspominając już o towarzystwie, sprawia wrażenie kobiety dość samotnej.
– Może Dilys Fuller ją zatrzyma?
– W życiu. – Poczmistrzyni nie była uosobieniem życzliwości, zwłaszcza jeśli chodziło o sprawy związane z urzędem pocztowym.
Jack rzucił okiem na stół wystawowy i skinął głową.
– Dość już się napracowaliśmy, nie sądzisz? Otwierasz dopiero jutro, a nad tą pierwszą sesją czuwa Basil. Chyba koniec na dziś?
Od niechcenia wyciągnął rękę i podniósł gruby tom leżący z tyłu stoiska.
– Morderstwa sfinksów, najnowsza książka Wingrave’a. Felix na pewno zainteresuje się znaleziskiem Maud. – Skrzywił się. – Kolekcjonuje białe kruki, zwłaszcza z epoki wiktoriańskiej, i stać go na tak kosztowną pasję. Słyszałem, że wystawia je w swojej rezydencji, która oczywiście mieści się w najdroższej części Surrey.
Szare oczy Jacka spochmurniały i Flora wiedziała, co to oznacza.
– Nie lubisz go?
– Felixa nie da się polubić. Można go tylko czcić. Jest ponad wszystkimi, włącznie ze mną. Nie zjawił się tu po to, żeby zwiększyć sprzedaż, nie musi tego robić, po prostu chce się napawać uwielbieniem.
– Bardzo surowa ocena.
– Moim zdaniem zasłużona. Zetknąłem się z Wingrave’em parokrotnie i za każdym razem wydawał mi się arogancki i lekceważący wobec twórczości innych pisarzy, ma jednak ogromną rzeszę wielbicieli, a jego książki regularnie trafiają na listy bestsellerów. Zbił na nich majątek, choć poza tą ostatnią wcale nie były dobre. Może jestem zawistny, bo po prostu zazdroszczę mu sukcesu.
Jack bywał zazdrosny, Flora o tym wiedziała. Źle zareagował, gdy Richard, jej były chłopak, ponownie wkroczył do jej życia. Ale zawiść? Po chwili zastanowienia uznała, że Wingrave prawdopodobnie zasługiwał na pogardę Jacka.
– Sprzedaję sporo jego książek – przyznała. – Ale nie powiedziałabym, że więcej niż twoich. Jack Carrington cieszy się dużą popularnością wśród moich klientów. Czy Wingrave jest rzeczywiście aż tak sławny?
Jack wzruszył ramionami wyraźnie zniecierpliwiony.
– Basil uważa, że Wingrave będzie największą atrakcją konferencji. Jest przekonany, że to właśnie ze względu na niego zjawią się tutaj ludzie, więc chyba pokazuje mi, gdzie moje miejsce. Właściwie to akurat czytam tę książkę. – Lekko stuknął w nią palcem. – Całkiem niezła. Lepsza niż typowa twórczość Wingrave’a. On naprawdę produkuje książki taśmowo, jak powiedziałby mój ojciec.
Pogląd Ralpha Carringtona na twórczość literacką syna irytował Jacka od momentu, gdy jego ojciec wypowiedział te niefortunne słowa, i najwyraźniej nic się w tej kwestii nie zmieniło.
– Kiedy spotkasz Wingrave’a, możesz mu powiedzieć, że bardzo podoba ci się jego najnowsza książka, by jeszcze bardziej obrósł w piórka! – powiedziała Flora ze śmiechem. – Masz rację, dość już zrobiliśmy. – Poprawiła opaskę na głowie i doprowadziła do ładu falowane kasztanowe włosy. – Wracajmy do domu, czeka na nas zapiekanka z wołowiną, o której ci wspominałam.
– Przygotowana przez Alice? – zapytał z entuzjazmem Jack.
– Zgadza się. Dostarczona przez nią osobiście prosto z kuchni Klasztoru. Po wyjściu Alice poszłam na sam koniec ogrodu, mam nadzieję, że to docenisz, i przyniosłam pęczek marchewki i kalafiora. Mój warzywnik dość kiepsko ostatnio wygląda.
– Trzeba było powiedzieć! – rzucił zaczepnie Jack i doczekał się lekkiego pacnięcia w rękę. Odkąd zaczął interesować się swoim ogrodem w Overlay House, rywalizowali w kwestii uprawy warzyw. – Alice udzieliła nam nieocenionego wsparcia. Mimo że miała w hotelu pełne ręce roboty, zdołała osiągnąć coś, co uważałem za niemożliwe: przekonała pół tuzina mieszkańców Abbeymead, by otworzyli drzwi swoich domów i zapewnili przyjezdnym noclegi ze śniadaniem. Uratowała Basila z tarapatów. Sporo osób nie chciało nocować w pubie, a nie mogło sobie pozwolić na pobyt w Klasztorze.
Alice Jenner, najlepsza kucharka w Abbeymead i szefowa kuchni w Hotelu Klasztor, należącym obecnie do jej siostrzenicy Sally, przyjaźniła się z Florą, a w ciągu ostatnich dwóch lat stała się również ulubienicą Jacka.
– Alice jest niezawodna – stwierdziła stanowczo Flora.
Następnego ranka Flora wyszła ze swojego domku wcześniej niż zwykle i wyciągnęła ze schowka oporną Betty. Rower nie lubił wczesnych poranków ani zmian w rutynie; pedały wydawały się ciężkie, a kilka przerzutek, które miał, wyjątkowo się zacinało, gdy Flora jechała Greenway Lane. Zignorowała brak entuzjazmu swojej towarzyszki i pedałowała dalej.
Wczoraj wyszła z Jackiem ze szkoły na długo przed zakończeniem przemowy pierwszego prelegenta i nie zobaczyła się już z Rose Lawson. Jej zastępczyni nie miała doświadczenia w pracy w księgarni, ale Flora była przekonana, że poradzi sobie, jak należy. Pokrzepiła ją złożona przez Rose obietnica, że pojawi się w księgarni na długo przed otwarciem, zgodnie z życzeniem Violet Steele – ciotka Flory zawsze pilnowała, by All’s Well była gotowa do pracy w chwili, gdy wiszący na jedynej wolnej ścianie zegar wiktoriański wybije dziewiątą.
Niemniej Flora, z powodu niewytłumaczalnego niepokoju, przed uruchomieniem stoiska w szkole postanowiła wpaść do All’s Well. Odziedziczona kilka lat temu po Violet księgarnia była dla niej bardzo cenna. Nie tylko ze względu na to, że mieściła się w starym budynku, którego piękno należało zachować, lub na to, że stanowiła sposób zarabiania na życie, traktowała ją jako nieodłączną część samej siebie. Wszystko, co dotyczyło All’s Well – zapach drewna i wanilii, rzędy lśniących grzbietów książek, radosne kolory okładek, a nawet książkowa cisza – płynęło w jej krwi.
Gdy z bocznej uliczki skręciła w główną ulicę, zdziwił ją widok Rose jadącej z przeciwnej strony w jej kierunku z zawrotną prędkością. Oba rowery dotarły do pomalowanych na biało drzwi księgarni mniej więcej w tym samym czasie.
– Przepraszam za spóźnienie, Floro. – Rose z trudem łapała oddech. Jej ciemne włosy wysunęły się z luźnego koka, w jaki dziś je upięła, i opadały na twarz. – Nie mogę w to uwierzyć, ale kiedy wyjeżdżałam spod domu, złapałam gumę i musiałam wymienić oponę.
Flora przekonała się na własnej skórze, że takie rzeczy się zdarzają, ale z którego domu wyjeżdżała Rose? Od Kate, przyjaciółki prowadzącej miejscową kafejkę, Flora dowiedziała się, że Rose Lawson była zmuszona prosić o nocleg, gdzie tylko mogła, i wyglądało na to, że obecnie mieszka w Larkspur Cottage, tam przebywała również Maggie Unwin. Ale ten domek znajdował się za Florą, z całkiem innej strony.
Odłożyła tę zagadkę na później i odezwała się serdecznym tonem:
– Takie niespodzianki są sporym utrudnieniem, cieszę się, że tak szybko się z tym uporałaś. – W myślach życzyła sobie, żeby nowa pracownica, zgodnie z pokładanymi w niej nadziejami, okazała się niezawodna. Flora zostawiała All’s Well tylko na chwilę, ale mimo wszystko… księgarnia była jej skarbem.
– Nie będę wchodzić – uspokoiła swoją pracownicę. – Chciałam się tylko upewnić, czy wszystko w porządku, zanim pojadę na konferencję.
W oczach Rose nie było widać zadowolenia.
– Wszystko w porządku, Floro. – Nie mówiąc nic więcej, odwróciła się, żeby wprowadzić rower na brukowany dziedziniec za sklepem.
Flora poczuła się zlekceważona i niepewna, czy powinna cieszyć się z tego, że Rose przejęła władzę nad księgarnią, czy też nieco urażona.
Nie ma czasu na takie uczucia, upomniała samą siebie. Przed otwarciem stoiska musiała dostarczyć prezent, schowany w koszyku Betty, który trzymała do tej pory. Maud Frobisher pod koniec miesiąca miała przejść na emeryturę i jak powiedziała Florze, zamierzała wykorzystać resztę lata. Udział w konferencji był ostatnim ważnym wydarzeniem w jej życiu zawodowym, zanim otworzą się przed nią całkiem nowe perspektywy, i Flora chciała uczcić tę okazję.
Maud była przyjaciółką cioci Violet, właściwie najlepszą; łączyło je zamiłowanie do książek i do aukcji. W koszyku Betty znajdowała się piękna secesyjna szkatułka z palisandru i mosiądzu. Obie kobiety rywalizowały o nią na aukcji, w której uczestniczyły przed wojną, i choć zwyciężyła Violet, dobrodusznie zaproponowała ją przyjaciółce. Flora pamiętała, że oszołomiona Maud stwierdziła, że Violet wygrała szkatułkę w uczciwy sposób. Cacko miało teraz znaleźć się w nowym domu, tym, którego Violet chciała dla niego przed laty.
Po zaledwie pięciu minutach energicznego pedałowania – gdy już Betty zaczęła zapominać o swoich dąsach – zjechała z Paprociowego Wzgórza i wjechała na długą, porośniętą po obu stronach drzewami ulicę, która prowadziła do nowej szkoły, wybudowanej na odległej parceli. Szkoła właściwie nie była wcale nowa, pomyślała z ironią Flora, ponieważ z wiktoriańskiego budynku, w którym mieściła się wcześniej, przeniesiono ją co najmniej przed sześcioma laty. Jednak dla wielu mieszkańców wsi zawsze będzie miejscem „nowym”, bardzo nielubianym.
Bibliobus stał dokładnie w tym samym miejscu, w którym zaparkowano go wczoraj. Opuszczone rolety chroniły go przed porannym słońcem, a Maud nigdzie nie było widać. Flora się zdziwiła – Maud Frobisher, podobnie jak Violet, słynęła z punktualności, a pierwsza sesja poniedziałkowej konferencji miała się rozpocząć za niecałe pół godziny. Grupki uczestników już kierowały się w stronę wejścia do szkoły, a jedna czy dwie rozczarowane osoby oddalały się od biblioteki, najwyraźniej rezygnując z zamiaru odwiedzin.
Kiedy Flora podeszła do furgonetki z prezentem w ręku, okazało się, że drzwi są zamknięte. To również wydało jej się niezwykłe. Wiedziała, że latem w furgonetce robi się bardzo gorąco, a w dzień taki jak ten – słoneczny, bez jednej chmurki na niebie – Maud zostawiłaby drzwi otwarte na oścież.
Flora delikatnie zapukała w mały kwadratowy kawałek szkła umieszczony wysoko w drzwiach, mając nadzieję, że nie przestraszy przyjaciółki, jeśli zdarzyło jej się przysnąć. Maud, mimo swojego wieku, wyglądała na sprawną i zdrową, ale praca, którą wykonywała, mogła stanowić wyzwanie nawet dla osób znacznie młodszych: pakowanie i rozpakowywanie ciężkich kartonów z książkami – wybór lektur w furgonetce regularnie się zmieniał – oraz codzienne pokonywanie wielu kilometrów po rozległym hrabstwie Sussex.
Kiedy Flora ponownie zapukała i nie doczekała się reakcji, spróbowała otworzyć drzwi. Kolejna niespodzianka! Drzwi furgonetki nie były zamknięte na klucz. Oczywiście, przypomniała sobie, że Maud miała asystenta na stażu, młodego mężczyznę, którego Flora jeszcze nie poznała; widocznie przyjechał wcześniej, być może po to, żeby umożliwić swojej zwierzchniczce spokojniejszy początek dnia. To pewnie on otworzył furgonetkę, żeby przygotować ją na nadchodzący dzień.
– W marcu skończyłam sześćdziesiąt lat – oznajmiła Maud kilka miesięcy wcześniej, gdy Flora wpadła na nią na głównej ulicy. – Najwyższy czas przejść na emeryturę. Niedługo będę mogła cieszyć się nowymi aukcjami i piec ciasta! Ale zgodziłam się zostać do końca lipca. Dzięki temu będę miała czas na wyszkolenie następcy.
– Mam nadzieję, że ktokolwiek nim będzie, okaże się równie pracowity!
– Ja też. – W głosie Maud dało się wyczuć ostrożność. – Chłopak sprawia wrażenie miłego. Nie miałam jednak nic do powiedzenia w sprawie jego zatrudnienia, to była decyzja rady. – Skrzywiła się. Dla lokalnej społeczności rada hrabstwa była źródłem wszystkich kłopotów.
– Młody mężczyzna? To będzie spora zmiana. – Maud jeździła bibliobusem, odkąd Flora była dzieckiem, i wydawała się uosobieniem tej usługi.
– On też nie jest z Sussex. Pochodzi z Bath, ale mieszka tu już od jakiegoś czasu. Chyba wszystko będzie dobrze, jak już go wdrożę.
Flora uśmiechnęła się wtedy do siebie. Mogła sobie wyobrazić, jak wygląda to wdrażanie.
Dzisiejszego ranka Flora musiała się spieszyć – o tej porze stoisko z książkami przy wejściu do szkoły powinno być już czynne. To idealny moment, aby sprzedać książki, zanim ludzie zajmą miejsca, by wysłuchać pierwszego prelegenta. Pomyślała, że zostawi prezent na biurku Maud wraz z liścikiem, a później wpadnie sprawdzić, czy przyjaciółka go znalazła.
Gdy Flora weszła po schodkach do furgonetki, zastała tam pustkę. Nie było stażysty ani Maud. Cichą straż pełniły zatłoczone półki przy obu ścianach furgonetki. Flora znalazła na biurku bezpieczny schowek na szkatułkę, chwyciła długopis oraz notatnik Maud i pochyliła głowę, żeby napisać krótką wiadomość. Kiedy długopis zaczął kreślić pierwsze D w nagłówku „Droga Maud”, zobaczyła czyjąś sylwetkę. Zobaczyła ją. Maud. Leżała kilka metrów dalej, w tylnej części furgonetki, wciśnięta między regały z książkami.
W jednej chwili upuściła długopis i podeszła szybko do leżącej kobiety. Pierwszą myślą, jaka przyszła jej do głowy, było to, że Maud musiała zemdleć, ale kiedy przy niej uklękła, by udzielić jej pomocy, dostrzegła strużkę krwi sączącą się z głowy bibliotekarki. Biedaczka podczas upadku najwyraźniej uderzyła się o krawędź drewnianej półki. Flora, której zaschło w gardle, zerwała się na równe nogi. Musiała wezwać pomoc. Natychmiast. Telefon, pomyślała gorączkowo. W sekretariacie szkoły na pewno jest aparat. Pobiegnie tam i wezwie karetkę. Potem zadzwoni do Jacka z nadzieją, że zastanie go w domu.
Ale kiedy się odwróciła, chcąc ruszyć w stronę drzwi, usłyszała odgłos. Szuranie niepewnych kroków dochodzące z tyłu furgonetki. Przerażona patrzyła, jak z mroku wyłania się postać. Postać mężczyzny. Flora była tak spięta, że impuls kazał jej uciekać, ale zdrowy rozsądek wziął górę. To pewnie stażysta, pomyślała zdezorientowana. Ale co on tu robi? Dlaczego nie wezwał pomocy?
Jej przerażone spojrzenie spoczęło na dłoni mężczyzny. Trzymał coś – książkę? Serce Flory zamarło. Nie był to zwykły tom, lecz duży, splamiony krwią ciężki wolumin.
Kiedy podniosła wzrok, mężczyzna uniósł wolną rękę w geście powitania, a później gwałtownie zaczął szarpać swoje blond loki, które już i tak były w nieładzie.
– Witaj, Floro – odezwał się. – Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
Lowell Gracey? To niemożliwe. Florze drżały dłonie i mimo usilnych starań nie mogła ich uspokoić. Pięć lat temu – wtedy widziała go po raz ostatni, pośród energicznego machania uniwersyteckimi apaszkami, gdy jej pociąg do Sussex odjeżdżał ze stacji. Gracey był jej kolegą ze studiów w Bath, dzielił pokój z Richardem Frantem, chłopakiem, który tak bardzo ją zawiódł. Znała Lowella niemal tak dobrze jak Richarda, zepchniętego obecnie na margines jej życia. Spędzili we troje wiele zimowych wieczorów w studenckim barze lub w jego okolicy.
Lowell Gracey? Jej zmęczony umysł wciąż powtarzał to nazwisko. To nie mógł być on. A jednak – to był on.
– Ona nie żyje, wiesz o tym – oznajmił Gracey niemal groźnym tonem.
Flora z trudem przełknęła ślinę. Nie wiedziała. A raczej nie chciała wiedzieć, wolała mieć nadzieję, że Maud odzyska przytomność, zostanie uratowana.
– Jak tylko ją zobaczyłem, sprawdziłem puls – ciągnął Lowell. – Nie wyczułem go. Musiała upaść i uderzyć głową w regał.
Oszołomiona Flora wpatrywała się w mężczyznę, wciąż nie mogąc pomieścić w głowie tego, co widzi.
– Co tu robisz? – zapytała w końcu. – I dlaczego trzymasz to w ręce? – Wskazała bez sił na odrażający przedmiot w dłoni Lowella, nie chcąc przyglądać mu się zbyt uważnie.
– Znalazłem tę książkę. – W jego głosie znów pobrzmiewała agresja. – Leżała obok Maud. Ktoś… ktoś użył jej, żeby… ją zabić.
Ktoś czy sam Gracey?
– Ale co ty tu w ogóle robisz, Lowell?
– Odbywałem staż u Maud. Miałem przejąć jej posadę, kiedy przejdzie na emeryturę.
To nie miało sensu. Gracey był chemikiem, a nie bibliotekarzem. To absolutnie nie miało sensu. Dlaczego ona wymieniała uprzejmości z potencjalnym mordercą? Wiedziała, że musi stamtąd wyjść, musi zadzwonić w wiele miejsc. Na policję, do Jacka.
Odwróciła się ponownie i ruszyła do drzwi, ale nim zdążyła do nich dotrzeć, Gracey ominął ciało Maud i zaszedł jej drogę.
– Znalazłem tę książkę – powtórzył, jakby podejrzewał, że Flora mu nie uwierzy. – Leżała obok niej. – Pochylił głowę i po raz pierwszy Flora dostrzegła w jego oczach niepewność i smutek.
Cofnęła się.
– Dlaczego Maud była sama? – spytała. – Skoro jesteś jej asystentem, dlaczego cię przy niej nie było?
– Wyszedłem się przejść – mruknął. Na jego twarzy znów zagościła ponura mina. – A pod moją nieobecność ktoś odwiedził Maud. Na pewno z zamiarem kradzieży, a Maud stanęła na przeszkodzie.
– Jakiej kradzieży?
Gracey przeszedł obok niej do ostatniego regału i pochylił się nad najniższą półką.
– Spójrz. Zniknęła.
Flora przez lata wielokrotnie odwiedzała objazdową bibliotekę, ale nigdy nie zauważyła sejfu, częściowo zasłoniętego przez ciasny rząd książek. Teraz widziała go wyraźnie – jego drzwiczki były otwarte na oścież.
– Ta wyjątkowa książka – ciągnął Lowell. – Dickensa, którą Maud chciała sprzedać. Zniknęła. Mówiłem jej, żeby nie trzymała tego tomu w bibliobusie. Radziłem, żeby do czasu wystawienia na aukcji przechowywała go w urzędzie hrabstwa, ale ona zawsze wszystko wiedziała lepiej. „Albo zostawię go tutaj, albo zabiorę do domu”, tak powiedziała. „W urzędzie siedzą filistyni. Nie znają wartości tej książki, nie zatroszczą się o nią należycie”. – Pokręcił głową. – Uczulałem ją, że pozostawienie tego wydania w furgonetce jest proszeniem się o kradzież. Ale ona nie chciała słuchać.
Czyżby rzeczywiście było proszeniem się o kradzież, zastanawiała się Flora. Ile osób wiedziało, że książka znajduje się w sejfie, ile z nich miało świadomość wartości tego egzemplarza? Myśli wciąż zszokowanej Flory zaczęły dryfować i dopiero dobiegające z zewnątrz głosy wyrwały ją z niebezpiecznego bezruchu. Nie miała chwili do stracenia. Co prawda na pomoc Maud było za późno, ale należało poinformować inspektora Ridleya, ważnego znajomego Jacka z policji w Brighton.
– Floro? Jesteś tam? – To był Jack, wyraźnie w dobrym humorze. – Wiesz, że powinnaś sprzedawać? Basil mi powiedział, że przy twoim stoisku ustawiła się kolejka.
Flora podeszła do otwartych drzwi i spojrzała na uśmiechniętego Jacka.
– Zgadza się. – Za plecami Jacka pojawił się Basil Webb z łysiną lśniącą w porannym słońcu. Obaj zaczęli wchodzić po schodkach do furgonetki. – Wygląda na to, że radzisz sobie… – Basil urwał. – O Boże – przeraził się.
– O rany! – wykrzyknął Jack tuż po nim. Odwrócił się i uważnie studiował twarz Flory. – To straszne. Nic ci nie jest, Floro?
– Mnie nie – odpowiedziała wątłym głosem. – Ale doszło do… do…
– Morderstwa – dokończył za nią Lowell.
Jack objął ją i mocno przytulił, a Basil, z przerażoną miną na pulchnej twarzy, cofnął się w kierunku drzwi, nie spuszczając wzroku z Lowella Graceya. Jak królik w świetle reflektorów.
– W takim razie – wyjąkał – chyba trzeba…
– Zadzwonić na policję – dokończył za niego Jack. – A czy pan powinien to trzymać? – zwrócił się do Lowella, wskazując na poplamioną krwią książkę, którą chłopak nadal ściskał w dłoni, jakby mu się do niej przykleiła. – Może powinienem ją zabrać. – Wyjął z kieszeni chusteczkę i wyciągnął rękę. Gracey w milczeniu podał mu ciężki tom.
– Ktoś ukradł Dickensa – zdołała wykrztusić Flora i nagle przebiegł ją zimny dreszcz. Zaczynała do niej docierać powaga sytuacji. Maud Frobisher, jedna z najbliższych przyjaciółek jej ciotki, leżała martwa w odległości kilku metrów, zabita trylogią Tolkiena.
Jack, trzymając narzędzie zbrodni, podszedł do otwartego sejfu i niemal zgiął się wpół, żeby zajrzeć do środka.
– Zrobił to ktoś, kto znał szyfr – orzekł. – Nie ma śladów włamania. Musimy zostawić wszystko tak, jak jest, żeby policja mogła zbadać miejsce zbrodni. Masz klucz do bibliobusu, Floro?
Flora skinęła głową.
– Maud i ja wymieniłyśmy się kluczami. Dałam jej zapasowy klucz do drzwi szkoły. Na wypadek, gdyby coś… coś się wydarzyło, co przeszkodziłoby w otwarciu biblioteki lub doglądaniu stoiska z książkami. Zamierzałyśmy sobie pomagać.
– A pan, panie…?
– Gracey.
– Panie Gracey?
Lowell pokręcił głową.
– Zgubiłem swój i nie powierzono mi kolejnego – wyznał ostrym tonem.
– W takim razie proponuję, żebyśmy wyszli i zamknęli furgonetkę do przyjazdu policji.
Lowell Gracey niecierpliwie wzruszył ramionami i ruszył w stronę drzwi. Flora, wciąż lekko drżącymi dłońmi, wyciągnęła z torebki kluczyki do bibliobusu i podała je Jackowi. On, przed zamknięciem drzwi, starannie odłożył zakrwawioną książkę wraz ze swoją chusteczką na biurko Maud.
– Potrzebujesz kawy – powiedział do Flory, gdy znaleźli się na zewnątrz. – Podwójnej – stwierdził i delikatnie pocałował ją w policzek.
– Zorganizuję sobie filiżankę, nie przejmuj się mną. Musisz iść. Chyba powinieneś rozpoczynać dzisiejsze spotkanie? Jest już późno.
– Przemowa otwierająca konferencję będzie musiała zostać przesunięta – stwierdził stanowczo. – Ma ją wygłosić chyba Slattery. Basil musi z nim porozmawiać. Wyjaśnić, co się stało. Nikt z nich nie będzie zadowolony, ale dopóki Alan Ridley nie potwierdzi, że możemy działać, nie mamy wyjścia.
Chwycił Florę za rękę i poszedł z nią do szkoły, mijając po drodze stoisko z książkami. Chętni do zakupów najwyraźniej zrezygnowali.
– Myślisz, że to on za tym stoi? – zapytał Jack. – Gracey?
– Nie chce mi się wierzyć. Ale nie mogę też uwierzyć, że był asystentem Maud.
Jack spojrzał na Florę pytająco.
– Znam go, Jack. Przeżyłam ogromny szok, gdy go zobaczyłam. Studiował w Bath wtedy, kiedy i ja byłam na studiach, mieszkał z Richardem. – Ostatnie słowa wypowiedziała szeptem, bo wiedziała, jak bardzo Jack nie znosi dźwięku imienia Richard. – Lowell był na chemii, więc jakim cudem przejmuje posadę Maud w objazdowej bibliotece? I w dodatku dlaczego stał nad jej ciałem z zakrwawionym egzemplarzem Władcy Pierścieni w rękach?
– Zadzwoniłem na policję. – Podbiegł do nich pulchny, krępy Basil Webb z niebezpiecznie zaczerwienionymi policzkami. – Inspektor Ridley jest w drodze. – Jack skinął głową. – Wkrótce się tu zjawi ze swoją ekipą, ale jadą z Brighton i nie wolno nam rozpocząć konferencji, dopóki nie dadzą nam zielonego światła. – Był wyraźnie poirytowany.
– A co z poczęstunkiem? Wszystko gotowe?
– Tak, tak. Jest kawa, Bóg jeden wie, jak będzie smakować, i jest herbata. I ciastka. Przekażę informację, niech goście coś przekąszą i się napiją. Pracownicy szkolnej stołówki zgodzili się na podanie przekąsek wcześniej, niż zaplanowano. Rozstawili stół na tyłach sali.
Jack ścisnął dłoń Flory.
– Chodź. Znajdziemy ci miejsce.
Flora pozwoliła się zaprowadzić do sali i ciężko usiadła na krześle. Próbując choćby na chwilę wyrzucić z głowy wspomnienie potwornego odkrycia, którego dokonała dzisiejszego poranka, zmusiła się do rozejrzenia po sali. Ciemnoczerwone kotary okalały scenę, na której znajdowały się jedynie drewniana mównica i mały stolik z ogromnym dzbanem z wodą i bukietem świeżych kwiatów. Salę wypełniały rzędy prostych drewnianych krzeseł, a szerokie przejście pośrodku dzieliło ją na dwie odrębne części. W pewnych odstępach wzdłuż obu bocznych ścian ustawiono kartonowe stojaki, które lekko kołysały się w powiewach wiatru wpadających przez otwarte okna. Na każdym stojaku znajdowało się powiększone zdjęcie uczestnika konferencji, a pod nim lista jego dzieł. Flora uznała, że miejsce konferencji trudno byłoby nazwać eleganckim, ale Basil Webb zrobił wszystko, żeby wyglądało profesjonalnie. Jedynie utrzymujący się w powietrzu zapach szkolnych bluz i sportowych butów wskazywał na prawdziwe przeznaczenie tego miejsca. Jack wrócił po kilku minutach z dwoma papierowymi kubkami.
– Kawa. Może złagodzi zdenerwowanie, ale nie gwarantuję. – Odczekał, aż wypiła kilka łyków. – Jesteś w stanie odpowiedzieć na kilka pytań?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Okładka
Strona tytułowa
Abbeymead Sussex, lipiec 1958
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Originally published under the title The Library Murders
Copyright © 2024 Merryn Allingham
All rights reserved
Published in Great Britain in 2024 by Bookouture, an imprint of Storyfire Ltd.
Copyright for this edition © Wydawnictwo WAM, 2026
Opieka redakcyjna: Agnieszka Ćwieląg-Pieculewicz
Redakcja: Sylwia Kajdana
Korekta: Maria Armata, Katarzyna Onderka
Projekt okładki: Ania Jamróz
Skład: Lucyna Sterczewska
ISBN 978-83-277-5034-1
MANDO
ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków
tel. 12 62 93 200
mando.pl
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 12 62 93 254-255
e-mail: [email protected]
Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk
