Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
96 osób interesuje się tą książką
Nic tak nie łączy jak… wielki spadek.
W wieku 90 lat umiera Alojzy Stawicki, multimilioner, przedsiębiorca, dobroczyńca, a także - choć nigdy mu tego nie udowodniono - jeden z największych w historii złodziej dzieł sztuki. Według niektórych to właśnie on dokonał kradzieży trzech najcenniejszych obrazów polskich malarzy, nazywanych "Wielką Trójką Stawickiego".
Spadkobiercami fortuny Stawickiego zostają jego dwaj wnukowie, obecnie skłóceni i śmiertelnie na siebie obrażeni. Alojzy nie byłby jednak sobą, gdyby nie przygotował dla braci nieprzyjemnej niespodzianki. Żeby otrzymać spadek, bracia muszą wspólnie rozwiązać zagadkę Wielkiej Trójki Stawickiego. Na domiar złego czas nie jest ich sprzymierzeńcem, a przeszkody zaczynają się mnożyć. Chętnych na obrazy Stawickiego jest bowiem wielu, a wśród nich: policja, Kościół, a nawet… mafia. Szczególnie zdeterminowana wydaje się zaś komisarz Iga Mauer. A wszystko to obserwują wścibskie media.
Czy w tym chaosie cokolwiek można zachować w tajemnicy? I co było prawdziwym celem Alojzego Stawickiego?
"Spadek po mojemu" to przewrotna, pełna akcji i błyskotliwych dialogów komedia kryminalna, w której to, co nie powinno się wydarzyć, wydarzy się na pewno.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 474
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku!
Zanim zaczniesz lekturę tej książki, winien Ci jestem kilka słów wyjaśnienia.
Po pierwsze, wszystkie zdarzenia i postaci występujące w książce są zmyślone, wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń są niezamierzone.
Po drugie, wszelkie poglądy prezentowane w książce przez bohaterów są tylko i wyłącznie ich poglądami. Nie należy ich utożsamiać z poglądami autora. W żadnym wypadku.
Po trzecie, obrazy Matejki, Malczewskiego, Chełmońskiego i Wyspiańskiego, wokół których toczy się fabuła powieści, są wytworami fantazji autora. Nigdy nie istniały, chociaż gdyby życie malarzy potoczyło się inaczej, może mogłyby powstać.
Życzę dobrej zabawy!
Mieczysław Gorzka
Są różne metody na poderwanie samotnej dziewczyny w barze. Można udawać twardziela i pewnego siebie zdobywcę niewieścich serc, można zgrywać nadzianego gościa, który szasta pieniędzmi na lewo i prawo, albo kreować się na intelektualistę, który słynne siedem tomów Prousta przeczytał w jeden weekend i nie zasnął podczas lektury Stu lat samotności Márqueza. Metody są naprawdę różne, a zdesperowani faceci stosują je zazwyczaj naprzemiennie, w zależności od okoliczności. O doborze działań decydują: kilka pierwszych zdań zamienionych z upatrzoną panią i trafna ocena jej upodobań.
Pośród tych wszystkich sposobów metoda „na Szkota” wyróżnia się już na pierwszy rzut oka. Wnosi powiew świeżości w opisywaną wyżej trudną dziedzinę wiedzy, ale ma jedną podstawową wadę. Nie może być stosowana masowo, gdyż zaraz wzbudziłaby podejrzenia wśród płci pięknej. Bo ilu może być przystojnych Szkotów w naszym pięknym kraju między Odrą a Bugiem? Poza tym ta metoda wymaga od stosującego bezczelności oraz poniesienia pewnych nakładów finansowych. Przynajmniej na kilt, czyli tradycyjną szkocką męską spódnicę w kratę z tą śmieszną torebką na przedzie.
Gdyby ktoś tego wieczoru zajrzał do loży położonej najdalej od baru w irlandzkim pubie Guinness, znajdującym się na Placu Solnym we Wrocławiu, mógłby na własne oczy zobaczyć, jak stosuje się metodę „na Szkota”. Oczywiście nikt tam nie zaglądał, dlatego wysoki i przystojny mężczyzna o kruczoczarnych krótkich włosach, bladej cerze i brązowych oczach, wyglądający na nie więcej niż trzydzieści lat, mógł swobodnie bajerować ładną brunetkę z wielkimi oczami i niezłym biustem.
Gdyby ktoś rozsądniejszy przyjrzał się i posłuchał tego „Szkota”, mógłby powziąć wątpliwości, czy ów osobnik na pewno pochodzi z tego pięknego kraju o surowym klimacie. Facet co prawda miał klasyczny kilt wraz z odpowiednią torebką, ale już czapka na jego głowie bardziej przypominała wysłużoną leninówkę w wyblakłą kratę niż szkocki beret z czerwonym pomponem. Jeśli chodzi o koszulę, to mogła być szkocka, czego nie dało się już powiedzieć o szarych podkolanówkach i zwykłych adidasach. Para rozmawiała po angielsku, lecz wymowa faceta była staranna, bez śladu dziwacznego akcentu i twardego w wymowie „r”, przez które stawała się trudna do zrozumienia nawet przez rodowitych Anglików. Czarne, a nie rude włosy, też mogły być podstawą do podejrzeń o to, czy „Szkot” jest prawdziwym Szkotem. No i najważniejsze: wmówił brunetce, że piwo Guinness jest narodowym trunkiem Szkotów, którzy pochłaniają je w ilościach hurtowych. Nikt jednak się tej parze nie przysłuchiwał ani jej nie obserwował.
Kobieta nie zwróciła uwagi na te dość istotne szczegóły, ponieważ przeszkadzała jej w tym ciekawość. Koniecznie chciała się przekonać, czy jest prawdą, jakoby Szkoci pod spódniczką nie nosili bielizny. Przysuwała się zatem coraz bardziej do mężczyzny w kilcie i już nawet trzymała dłoń na jego zarośniętym udzie. Jednak w tej chwili pomyślała, że „Szkot” gotów jest uznać ją za łatwą, i trochę zwolniła tempo sprawdzania. Odsunęła się nieco, wskazała na opróżnione szklanki i powiedziała nawet niezłą angielszczyzną:
– Zaschło mi w gardle, kup nam jeszcze po szklaneczce tego waszego narodowego trunku.
Usatysfakcjonowany przebiegiem wieczoru czarnowłosy „Szkot” wstał, skierował się do baru i przepchnął przez okupujący go tłumek miłośników irlandzkiego piwa. Prawdopodobnie pomogła mu spódniczka. Faceci przy kontuarze też pewnie zastanawiali się, czy ma coś pod spodem, ale im trudniej było sprawdzić. Dlatego odsunęli się z szacunkiem.
„Szkot” zamówił dwa piwa, odczekał, aż barman napełni szklanki, po czym sięgnął do torebki przy pasie i wyciągnął złotą kartę kredytową.
– Odmowa – powiedział barman, kiedy terminal wyświetlił komunikat.
– Kurwa mać! Niemożliwe!
– Proszę spróbować jeszcze raz. – Barman po raz pierwszy spojrzał na gościa podejrzliwie.
Niestety, zarówno drugi, jaki i trzeci raz nic nie dały. Karta kredytowana najwyraźniej została zablokowana i konieczna była wizyta w banku. Dochodziła dwudziesta trzecia, więc nikt w banku nie pracował. Tym bardziej w sobotę.
Mężczyzna w kilcie przeklął jeszcze kilka razy i nagle poczuł mocne uderzenie. Odwrócił się z kolejnym soczystym przekleństwem na ustach i zamilkł na widok wściekłej brunetki. Musiała się zaniepokoić jego długą nieobecnością w loży i przyszła zobaczyć, co się dzieje. Niestety usłyszała podwórkową polszczyznę „Szkota” i nagle dostrzegła to, co powinna była dostrzec już wcześniej: oszusta.
– Ty cholerny gnoju! – krzyknęła, po czym uderzyła go w policzek, aż plasnęło, a leninówka potoczyła się po barze i wpadła między puste szklanki. – Pieprzony oszust!
– Ale poczekaj! Posłuchaj, wszystko wytłumaczę…
– To ty posłuchaj! Odwal się ode mnie, żałosny przebierańcu!
Brunetka odwróciła się i energicznym krokiem wyszła z pubu. Goście patrzyli na fałszywego Szkota z rozbawieniem, ale też ze współczuciem. Pewnie ich ciekawość tego, co ma pod spódnicą, także znacząco spadła.
Facet chciał pójść za kobietą, lecz usadziła go w miejscu dłoń barmana, który wychylił się zza kontuaru i chwycił go za ramię.
– Kolego, a kto zapłaci za piwo? – warknął.
– Spokojnie, mam gotówkę.
Czarnowłosy sięgnął na dno torebki i wyciągnął garść drobnych. Wysypał je na bar, odliczył należność i powiedział:
– Reszty nie trzeba.
Oddał oba piwa najbliższym gościom, kulturalnie życzył wszystkim dobrej zabawy i wyszedł z pubu. Na zewnątrz wyciągnął papierosa, zapalił i rozejrzał się. Całodobowe stragany z kwiatami znajdowały się nieopodal. To miał być następny punkt jego planu. Kupiłby brunetce bukiet czerwonych róż, co pewnie przesądziłoby o pięknym końcu tygodnia. No ale cóż, nie udało się. Niech to szlag trafi! Co się stało z tą pieprzoną kartą kredytową? Nigdy jeszcze nie miał takiego przypadku. Jakiś problem z bankiem?
Zgasił peta w kuble na śmieci i już chciał ruszyć do samochodu, gdy w torebce zawibrował mu telefon. Sprawdził, kto dzwoni, i uniósł w zdumieniu brwi. O tej porze?
– Szczęść Boże, Szymonie – rozległ się w słuchawce poważny i spokojny głos.
– Szczęść Boże, mecenasie – odpowiedział i poczuł pierwsze ukłucie niepokoju.
– Mam nadzieję, że jesteś już w łóżku, Szymonie.
Szymek odbiegł szybko od grupy głośno zachowujących się Anglików i przesłonił mikrofon w aparacie dłonią.
– Tak, mecenasie, właśnie zasypiałem. – Ziewnął ostentacyjnie.
– To dobrze, bo musiałem zablokować twoją kartę kredytową.
Niech cię szlag trafi, stary dziadu – jęknął w duchu Szymon.
– Ależ dlaczego, panie mecenasie? – zapytał, nie zmieniając tonu głosu.
– Niestety, mam dla ciebie złą wiadomość – mówił dalej prawnik. – Twój ukochany dziadek nie żyje.
Szymon poczuł, jak uginają się pod nim nogi.
– Ale co ma z tym wspólnego karta kredytowa? – jęknął.
– Nie pamiętasz, jaka była umowa? Dostajesz pieniądze na konto i możesz nimi swobodnie dysponować tylko za życia dziadka – przypomniał mu mecenas. – Po jego śmierci musisz poczekać na otwarcie testamentu.
Szymon walnął się pięścią w czoło z radości. Aż pociemniało mu w oczach. Spadek, kurwa, spadek! Od teraz koniec kłopotów z kasą. Zastanowił się szybko i aż stracił na chwilę oddech. Sam dom dziadka był wart kilka milionów, a złoto, dzieła sztuki i kasa na koncie? Tak! Wkrótce będzie milionerem.
Pociągnął nosem i chlipnął do słuchawki:
– Kochany dziadek… jak to się stało… świat mi się zawalił…
– Zmarł w swoim ulubionym fotelu, spokojnie, zasnął.
– Przynajmniej nie cierpiał…
– Na pewno nie – zapewnił mecenas. – Śpij teraz, drogi chłopcze, i pomódl się za jego duszę. Jutro do ciebie zadzwonię i poinformuję cię, kiedy nastąpi otwarcie testamentu. Dobranoc.
– Z Bogiem.
Szymon schował telefon do kieszeni, wciągnął do płuc rześkie powietrze sierpniowej nocy i pognał do samochodu, śmiejąc się jak szaleniec.
Tak! Już niedługo świat będzie należał do niego!
Bartosz Dzióbek, zwany przez znajomych i nieznajomych Dziobakiem, obudził się z dziwnym przeświadczeniem, że oprócz niego i śpiącej obok dziewczyny w pokoju hotelowym jest ktoś jeszcze. Chwilę walczył z natrętnym bólem głowy, będącym ubocznym skutkiem dobrej zabawy w sobotni wieczór, po czym otworzył oczy. Na fotelu przed łóżkiem siedział Gruby. Ksywka ochroniarza nie wzięła się znikąd, można by nawet powiedzieć, że idealnie odzwierciedlała jego fizjonomię. Była też trochę myląca. Gruby, mimo nadwagi, był silny jak tur i szybki jak jaszczurka. Bartek wiedział, że nie należy z nim zadzierać, no chyba że w ten sposób chce się popełnić samobójstwo. Na szczęście mężczyźni znali się od lat i nigdy nie było między nimi nieporozumień. Gruby był ochroniarzem kasyna i przynależącego do niego luksusowego hotelu, w którym się aktualnie znajdowali.
– Co ty tu robisz? – jęknął Dziobak, siadając na łóżku.
Odszukał wzrokiem leżące na podłodze bokserki i szybko je włożył. Suchość w ustach nie pozwoliła mu jednak wypowiedzieć kolejnego pytania. Dlatego sięgnął do stolika, na którym stały na wpół opróżnione szklanki i walały się butelki. Na szczęście szampan był wypity tylko w połowie. Pociągnął kilka łyków prosto z butelki i z trudem zapanował nad protestującym żołądkiem, który przez chwilę miał pomysł, żeby pozbyć się całej swojej zawartości. Na szczęście się rozmyślił. Za to Bartoszowi głośno się odbiło.
Przyjrzał się milczącemu Grubemu. Miał taką minę, jakby ich przyjaźń i bezkonfliktowa współpraca właśnie się zakończyły.
W międzyczasie naga dziewczyna się obudziła. Przeciągnęła się i spojrzała na ochroniarza.
– Cześć, Gruby – powiedziała.
– Cześć, Mary. Zbieraj się i zrób na bóstwo, bo klienci czekają.
Kobieta wstała i zaczęła zbierać swoje ubrania z podłogi i łóżka.
– Zaraz! Jesteś dziwką?! – wykrzyknął Bartosz. – Mówiłaś, że jesteś ważnym menadżerem w Orlenie!
– Ty też mnie okłamałeś – prychnęła pogardliwie. – Powiedziałeś, że jesteś wiceministrem, a przecież ja wszystkich facetów z tego ministerstwa znam osobiście.
Gruby paskudnie się uśmiechnął.
– Mamy tu poważne sprawy do omówienia. Mary, idź się ubierać na korytarz – rzucił.
Kobieta wzruszyła ramionami, przewróciła oczami, wcisnęła fatałaszki i torebkę pod pachę i nie przejmując się tym, że nie ma na sobie nawet majtek, wyszła z pokoju. Kiedy drzwi się za nią zatrzasnęły, Bartek ciężko zwalił swoje cztery litery na łóżko.
– O co chodzi, Gruby? Dlaczego tak brutalnie zakłóciłeś mi chwile cierpienia o poranku?
– Masz dług do uregulowania, Dziobak – odpowiedział spokojnie ochroniarz.
– Ale wczoraj wieczorem przelałem wam połowę kasy, a twój szef się zgodził, żebym resztę spłacał w ratach.
– To było wczoraj. Dzisiaj sytuacja się zasadniczo zmieniła.
– Jezu… – jęknął Dzióbek i znowu pociągnął kilka łyków szampana z butelki. – Przecież mieliśmy gentlemen’s agreement.
– No tak, ale okazałeś się niewypłacalny – wyjaśnił Gruby.
– Jak to: niewypłacalny? – Bartosz wytrzeszczył na niego oczy.
– Wczorajszy przelew do nas nie dotarł.
– Niemożliwe. To był przelew błyskawiczny, działa nawet w weekendy.
– Nie o to zasadniczo chodzi. Twoje konto zostało zablokowane przez bank.
– Ale jak to możliwe?
– Nawet nie zablokowane – mówił dalej ochroniarz. – Ono jest w trakcie likwidacji. Wiemy też, że nie masz innych kont w innych bankach. Jesteś bankrutem, Dziobak.
– Nie, kurwa, to niemożliwe – jęknął tamten.
– Możliwe! – Gruby pokiwał głową jakby z entuzjazmem.
Bartek w końcu zrozumiał, skąd ta wizyta i że wpadł w kłopoty po uszy. Ale spokojnie, z tym bankiem to musi być nieporozumienie. Jakoś z tego wybrnie.
– Ile jestem wam winny? – zapytał cicho.
– Trzysta tysięcy.
– Ile?!! Wczoraj było sto dziewięćdziesiąt!
Gruby uśmiechnął się do niego prawie życzliwie.
– Licząc to, co wczoraj przegrałeś, hotel, napitki i Mary, to wychodzi trzydzieści dodatkowo.
– Czyli dwieście dwadzieścia. Umiem liczyć!
– Ale nie tak dobrze jak mój szef. – Ochroniarz pokręcił głową. – On jest doskonałym matematykiem i strategiem finansowym. Kapitału jest dwieście dwadzieścia, ale do tego dochodzi odszkodowanie za utracone zyski. Gdyby szef miał te pieniądze na koncie, to by nimi obracał i zarabiał, musisz mu więc zrekompensować straty.
– Ale osiemdziesiąt tysięcy? – zaprotestował słabo Bartek.
– Nie wiesz, jakie szef ma marże na inwestycjach. Ciesz się, że potraktował cię ulgowo.
Dziobak nareszcie myślał w normalnym tempie. Był w czarnej dupie i nie bardzo wiedział, jak się wywinąć z tej opresji. Zacisnął zęby i zapytał:
– I co teraz?
Gruby popatrzył na niego i pokiwał głową z uznaniem.
– Cieszę się, że tak szybko się dogadaliśmy co do kwoty – powiedział. – Gdybyś się tu złościł, protestował i rzucał, to według procedury obwiązującej w naszym kasynie powinienem ci spuścić porządny wpierdol. Ale taki, żeby cię rodzona matka nie poznała. Żeby się za tobą już żadna panienka nie obejrzała, ewentualnie ze zgrozą na widok twojej pokancerowanej facjaty.
– Dobra, odpuść już sobie – przerwał mu Bartosz.
– W porządku. Skoro nie będzie wpierdolu, przechodzimy do interesów. – Gruby sięgnął po teczkę leżącą na stoliku przy fotelu i wyciągnął z niej dwie kartki. – To jest umowa na sprzedaż twojego auta. Płacimy dwieście pięćdziesiąt tysięcy i doceń to, bo zwykle zaczynamy negocjacje od dwustu.
– Kurwa, mój Mercedes jest wart prawie pół bańki! – wykrzyknął Dzióbek.
– Miarkuj się, przyjacielu, i nie podnoś głosu – ostrzegł go ochroniarz.
– Dobrze. – Bartek natychmiast się opanował. – Dajcie mi za niego trzysta i będziemy kwita. To chyba logiczne.
– Może i logiczne – zgodził się Gruby – ale szef powiedział, że to nieetyczne. Niczego cię taka transakcja nie nauczy i dalej będziesz popełniał te same błędy. Dlatego pięć dych musisz zapłacić w gotówce za miesiąc.
– Za miesiąc?! – wykrzyknął znowu Bartek.
– Masz jakieś zastrzeżenia? – Gruby spojrzał na niego zimno.
– Nie, skąd, super, w życiu korzystniej nie sprzedałem auta za pół miliona.
– Wobec tego podpisz umowę sprzedaży i masz kwadrans, żeby stąd zniknąć – podsumował ochroniarz. – Najlepiej, żebyś już się tu nigdy nie pokazywał, jasne?
– To jak mam zwrócić kasę?
– Ja cię znajdę, nie martw się.
Bartosz zacisnął zęby, podpisał umowę i oddał ją Grubemu, który zaraz potem wyszedł bez słowa. Dzióbek zaczął w panice szukać telefonu. Kiedy już myślał, że Mary mu go podprowadziła, znalazł aparat w nogach łóżka zaplątany w czerwone stringi. Spojrzał na wyświetlacz i zobaczył cztery nieodebrane połączenia. Dwa z wczorajszego wieczoru i dwa z poranka. Poczuł niepokój. Ubrał się szybko i wybiegł z hotelu. Na zewnątrz uderzył go chłodny podmuch niosący zapach wilgoci i morza. Gdzieś niedaleko rozkrzyczały się mewy. Oddzwonił.
– Dzień dobry, panie mecenasie – powiedział.
– Nie odbierałeś – rzucił prawnik z przyganą.
– Nie słyszałem, zajęty byłem.
– Pewnie dziwki, alkohol i kasyno.
– Pan to mnie zawsze potrafi rozszyfrować, mecenasie – mruknął w odpowiedzi Dziobak, siląc się na beztroski ton.
Myślał, że w ten sposób zakończy temat, jednak prawnik jak zwykle postanowił wygłosić mu kazanie:
– Kiedy ty dorośniesz, Bartoszu? Powinieneś brać przykład ze swojego brata. Służy ludziom i przykładnie się prowadzi.
– Na pewno… – Bartek nie cierpiał, kiedy był porównywany do swojego młodszego brata. – Czy pan mecenas wie, co stało się z moim kontem w banku?
– Tak, zlikwidowałem je – padła spokojna odpowiedź.
Bartosz omal nie zakrztusił się śliną.
– Ale dlaczego?! – wrzasnął.
– Mam dla ciebie smutną wiadomość, chłopcze. Twój kochany dziadek nie żyje.
Bartek znieruchomiał. Teraz zrozumiał. Zgodnie z umową dziadek miał wypłacać pieniądze wnukom do chwili swojej śmierci. Ale żeby od razu likwidować konto? Mecenas pewnie zrobił to złośliwie.
– Jezus Maria… niemożliwe – szepnął chrapliwie. – To nie może być prawda!
– Niestety, pan Stawicki zmarł wczoraj wieczorem w swoim ulubionym fotelu.
Bartosz zastanawiał się gorączkowo, co dalej. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Dalej będzie spadek! Dziadek miał kasy jak Eskimosi lodu. Jego wieczne kłopoty z wierzycielami skończą się raz na zawsze. Będzie się pewnie musiał podzielić z tym cholernym bratem, ale co tam, przeżyje.
– Bartoszu!
– Tak, tak, jestem. To dla mnie szok, kochałem dziadka jak ojca.
– Wiem i współczuję. W środę musisz stawić się w pałacyku. Będę odczytywał ostatnią wolę pana Stawickiego.
– Tak, na pewno będę – zapewnił Bartosz i zaraz przypomniał sobie o swoim niezbyt dobrym położeniu. – Mecenasie, mam prośbę. Jestem teraz nad morzem, zepsuł mi się samochód, no i mam zablokowaną kartę.
– Nie masz za co wrócić – domyślił się prawnik. – Dobrze, zorganizuję ci transport, ale potrącę tę kwotę ze spadku – ostrzegł.
A potrącaj sobie nawet sto razy tyle, kutwo! – pomyślał Bartosz.
Kiedy chwilę później czekał przed hotelem na taksówkę, wyobrażał sobie siebie w kasynie w Las Vegas. To dopiero będzie zabawa!
Zaraz jednak posmutniał. Naprawdę szczerze kochał dziadka. To dziadek zaopiekował się nim i jego bratem, kiedy w dzieciństwie stracili rodziców. Może w ostatnich latach się między nimi nie układało, ale Alojzy to był równy gość.
Komisarz Iga Mauer szła szybko korytarzem Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, omijając przeszkody w postaci sunących z naprzeciwka ludzi. W obu dłoniach trzymała kubki z gorącą kawą, a pod pachą opasły tom akt. Wreszcie, nie uroniwszy ani kropli, udało jej się dotrzeć pod drzwi pokoju szefa. Zacisnęła zęby i łokciem naparła na klamkę. Niestety szarpnięcie, kiedy klamka poddała się naciskowi, spowodowało, że z jednego kubka ulała się kawa, skapnęła na podłogę i zostawiła smugi na kubku.
– Szlag by to! – warknęła.
– Dziękuję za kawę – powiedział jej szef, szerzej otwierając drzwi.
– Taka, jak lubisz – rzuciła. – Parzona, dwie łyżeczki cukru, niemieszana.
– Co cię do mnie sprowadza? – zapytał inspektor Jan Nowak, kiedy już usiedli po dwóch stronach jego biurka.
– Dowiedziałam się rano, że w wieku dziewięćdziesięciu lat w swoim barokowym pałacu w jednej z wiosek pod miastem zmarł… Uwaga! – Dla osiągnięcia większego efektu zrobiła dramatyczną pauzę. – Alojzy Stawicki!
Nowak znieruchomiał z kubkiem przy ustach.
– Ten złodziej? – zapytał.
– Złodziejem to on był trzydzieści lat temu – prychnęła Iga. – Od dawna uchodził za szanowanego biznesmena, przykładnego obywatela, patriotę, katolika i dobroczyńcę…
– Złodziej już na zawsze pozostaje złodziejem.
– Chyba dla ciebie! Społeczeństwo szybko wybacza grzechy komuś, kto lekką ręką rozdaje miliony potrzebującym.
– Czyżbym słyszał sarkazm w twoim głosie? – Inspektor spojrzał na nią bystro.
– Bardzo wyraźny, a nawet ostentacyjny.
– Zaraz, zaraz… – Nowak wyprostował się na krześle. – Czy to nie tego Stawickiego ścigał twój ojciec?
Mauer zgrzytnęła zębami.
– Tego samego – mruknęła.
– Czyli mamy rodzinną wendetę, to zmienia postać rzeczy. – Inspektor znowu napił się kawy, teraz już skupiony, z marsem na czole. – Z tego, co pamiętam, Tadek Mauer prowadził akurat śledztwo w sprawie kradzieży dzieł sztuki, o którą podejrzewano Stawickiego, kiedy zginął w tym podejrzanie wyglądającym wypadku?
– Nie mylisz się. – Iga nie podniosła wzroku, za to zagrały jej mięśnie żuchwy pod skórą.
Inspektor Nowak już wiedział, że to nie przelewki. Czekała ich poważna rozmowa. Rozsiadł się wygodniej w fotelu z kawą w dłoni.
– No dobrze. Opowiadaj.
– Alojzy Stawicki był znanym złodziejem na warszawskiej Pradze jeszcze przed wojną – zaczęła Mauer. – Tam zdobył pierwsze złodziejskie szlify, ale zaraz przeniósł się na Wolę i działał na Kercelaku. Nazywali go Kozak. Był bezczelny, nie szanował świętości, przeciwników zawsze posyłał na deski, podobno większość z nich załatwił z główki. Na początku kradł wszystko, potem wyspecjalizował się w zegarkach i biżuterii.
Walczył w powstaniu warszawskim, a po wojnie trafił do komunistycznego więzienia. Nawet dawni ubecy mówili, że tylko cudem go nie rozstrzelali. Nikogo nie sypnął. Po wyjściu na powietrze odnowił stare znajomości i wrócił do zawodu. Od tamtej pory specjalizował się w kradzieżach dzieł sztuki, a gdy się dorobił, wycofał się z branży, kasę zainwestował w biznes. Zmarł jako właściciel dużej firmy transportowej, sieci sklepów spożywczych i udziałowiec kilku poważnych przedsiębiorstw.
– Ciągle nie wiem, do czego zmierzasz.
– Poczekaj jeszcze chwilę. – Mauer też napiła się kawy. – Od lat siedemdziesiątych Stawicki kradł tylko obrazy. I to nie byle jakie obrazy. Tylko naszych największych mistrzów. Kossak, Chełmoński, Gierymski, Matejko. Był wielokrotnie podejrzany, lecz nigdy mu niczego nie udowodniono. Pamiętasz, jak dwa lata temu w „Rzeczpospolitej” opublikowano artykuł o skradzionych dziełach sztuki?
– Pamiętam doskonale, zrobiła się z tego niezła chryja. Ujawnili, że od początku lat siedemdziesiątych do dzisiaj skradziono prawie sto tysięcy dzieł sztuki.
– No właśnie. – Komisarz Mauer pokiwała głową. – To była istna plaga. Minister się wtedy wkurzył i kazał wznowić wiele śledztw. Zbliżały się wybory, a tu taki pasztet mu Rzepa zrobiła. Nie dość, że nasz kraj został ograbiony podczas wojny, to jeszcze teraz kradnie się nasze dobra narodowe i sprzedaje za granicę. Pamiętasz, że wtedy wróciłam do sprawy Stawickiego i dostałam za to po uszach?
Inspektor Nowak skrzywił się i pokręcił głową.
– To nie tak, Iga – powiedział. – Stawicki nie był już w kręgu podejrzanych, miałaś skupić się na tym, co możemy realnie zdziałać, a nie planować zemstę za śmierć ojca.
– Ojciec zginął, bo miał coś na Stawickiego – stwierdziła twardo Mauer.
– Iga, nie ma na to dowodów.
– Ale ja jestem tego pewna!
W pokoju zapadło nagle krępujące milczenie. Nowak spojrzał na zegarek.
– Czas mi się kończy – ostrzegł.
– Dlatego do rzeczy. Mój ojciec był pewien, że Stawicki ukradł około stu obrazów. Sprzedał wszystkie poza trzema. W jednej z ostatnich notatek w pamiętniku tato opisał trzy obrazy, które Alojzy Stawicki zostawił sobie na pamiątkę albo jako zabezpieczenie na trudne czasy. Wszystkie pochodzą z prywatnych kolekcji i zostały skradzione w połowie lat dziewięćdziesiątych.
– Do rzeczy, Iga – jęknął inspektor. – Stawicki nie żyje, jak chcesz się do niego dobrać? Już za późno.
– On nie żyje, ale spadek po nim przejmą jego wnukowie, bracia Szymon i Bartosz Dzióbkowie. Chciałabym, żebyś załatwił mi u prokuratora zgodę na ich czasową obserwację.
– Myślisz, że jak zobaczą, co mają, to zaczną się tym chwalić albo spróbują coś sprzedać? Przecież odziedziczą po dziadku miliony w gotówce, złocie, legalnych dziełach sztuki i nieruchomościach. Co ich będą interesować jakieś małe obrazki?
– Na to właśnie liczę. Oni nie znają się na sztuce, może nawet nie będą wiedzieć, że obrazy pochodzą z kradzieży. Dziadek ich rozpieszczał. Odkąd skończyli osiemnaście lat, dostawali od Stawickiego po sto tysięcy miesięcznie na konto. Wyobrażasz sobie taką kasę? Wszystko rozpuszczali na drogie dziewczyny i jeszcze droższe samochody. Bartosz Dzióbek robił to oficjalnie. Z tego, co wiem, ma spore długi u podejrzanych ludzi. Szymon robił to potajemnie, bo jest księdzem wikariuszem w jakiejś dziurze pod miastem.
– Księdzem? – Brwi Nowaka powędrowały w górę. – Niezły numer.
– Nieważne. – Iga machnęła ręką. – Chcę się nimi zająć przez jakiś czas. Co nam szkodzi? A jak odzyskamy chociaż jeden z tych obrazów, będzie o tym głośno w całym kraju. A cały splendor spadnie na szefa wydziału i jego niekonwencjonalne metody działania. Że o nieustępliwości nie wspomnę.
– Iga, w ten sposób nic nie zdziałasz. – Przełożony pogroził jej palcem. – Nie jestem próżny i żądny sławy.
– Tylko tak mówisz, każdy jest.
Inspektor otworzył akta, obejrzał zdjęcia starego Stawickiego i jego wnuków, potem trafił na fotografie obrazów, w zaginięcie których zamieszany był Alojzy.
– Mówisz, że ukradł blisko sto obrazów? – zapytał wreszcie.
– Dziewięćdziesiąt pięć to prawie pewne. I jeszcze osiem jest niepewnych. Razem sto trzy.
– Nich go szlag trafi! – Nowak pokręcił głową.
– Na szczęście już trafił, chociaż mógł trochę poczekać – odparła Iga.
– A te trzy ostatnie?
Iga rozłożyła zdjęcia na biurku, pokazywała je po kolei palcem i mówiła:
– Autoportret Matejki, Fantazja Malczewskiego i Taniec przed karczmą Chełmońskiego. W środowisku handlarzy i paserów nazywane są Wielką Trójką Stawickiego. Najpierw była plotka, która potem zmieniła się w legendę. Dziś chyba wszyscy są pewni, że obrazy są u Stawickiego. Oczywiście policja nigdy nie miała dowodów, że to on je ukradł.
– Ile one są warte?
– Jeśli chodzi o dobro narodowe, są bezcenne. Jeśli chodzi o szacowaną wartość aukcyjną, możemy mówić nawet o czterdziestu pięciu milionach. Te obrazy nigdy nie pojawiły się publicznie na wystawach ani aukcjach. Gdyby wreszcie ujrzały światło dzienne, to by była sensacja. Wtedy cena mogłaby się podwoić.
Nowak gwizdnął przez zęby i stwierdził:
– Takie kwoty robią wrażenie.
– Czyżbyś złapał bakcyla? – zapytała z krzywym uśmiechem.
– Jak najbardziej. – Inspektor się wyprostował. – Zainteresowałaś mnie. Dostaniesz środki i ludzi, żeby przycisnąć braci o te obrazy. Gdyby ci się udało, to naprawdę będzie sensacja. Do roboty.
Komisarz Iga Mauer wracała do siebie z szerokim uśmiechem na twarzy i obmyślała plan działania. Szymon i Bartosz Dzióbkowie byli dwoma głównymi punktami tego planu, ale tu pojawiała się także największa niepewność. Mężczyźni byli chodzącym chaosem, zawsze pakowali się w kłopoty, a potem z wdziękiem się z nich wygrzebywali. Byli niezatapialni, nikt nie miał na nich wpływu. Bartosz od zawsze miał długi i jak dotąd udawało mu się wygrzebać z kłopotów w ostatniej chwili. Szymon był odporny nawet na nagany i pouczenia z kurii. Ciekawe dlaczego?
– Szlag by to! – Walnęła pięścią w otwartą dłoń, aż zabolało. – Musi się udać!
Siostra Gabriela służyła księżom w parafii w Winnicy Małej dopiero od miesiąca. Mimo to już zdążyła polubić starego proboszcza, Józefa, który mimo swoich wielu wad był naprawdę dobrym i oddanym Kościołowi człowiekiem. Szczególnie zaś polubiła młodego i przystojnego wikariusza, Szymona. On też miał swoje wady i czasem zastanawiała się, jak to w ogóle jest możliwe, że został księdzem. Słuchał głośno strasznej muzyki. Brzmiała jak piekielny łomot, a wokalista skrzeczącym głosem darł się, że „prawda to metal i… piekło”. KAT, tak nazywał się ten hałaśliwy zespół. Siostra Gabriela podkradała się czasem pod drzwi pokoju wikarego i słuchała tej muzyki. Na początku czuła strach i trochę obrzydzenie, lecz po jakimś czasie pojawiało się też przyjemne mrowienie na karku. Powoli odkrywała w sobie zalążki fana heavy metalu. To było fascynujące przeżycie.
Wikary miał też inne wady: czasem zbyt szybko odprawiał mszę świętą, czasem jego kazania były kompletnie niezrozumiałe dla wiernych, ale to chyba świadczyło tylko o jego wysokiej inteligencji, za którą zwykli, szarzy parafianie nie potrafili nadążyć. Palił też potajemnie papierosy, czasem popijał whisky, często znikał w sobotni wieczór i wracał dopiero nad ranem, wdrapując się do swojego pokoju po gałęziach rosnącego tuż przy budynku dębu. Raz nawet spadł i Gabriela nasłuchała się brzydkich wyrazów. Ale takich, jakich jeszcze chyba w życiu nie słyszała. Poza tym wikary jeździł obrzydliwie drogim samochodem. Zawsze był jednak dla niej bardzo uprzejmy, witał ją uśmiechem, prawił komplementy, zachwalał przygotowane jedzenie, otwierał jej drzwi i przepuszczał przodem. Dlatego poszłaby za nim w ogień.
W ten poniedziałek ksiądz Szymon był w wyjątkowym humorze. Przy śniadaniu ciągle żartował, obsypywał Gabrielę komplementami, aż się czerwieniła, zjadł jajecznicę na boczku z dokładką, a potem zapewniał, że takich delicji nie jadł nawet w restauracji w Paryżu. Na koniec wycałował siostrę po rękach z wdzięczności i wciąż się śmiejąc, pognał na piętro do swojego pokoju.
Stary proboszcz pokręcił głową z dezaprobatą.
– Ech, coraz gorzej z nim – powiedział cicho.
Potem myśląc, że siostra zakonna, zajęta zmywaniem naczyń, niczego nie widzi, wyciągnął spod sutanny piersiówkę i pociągnął z niej uczciwie. Skrzywił się i poprawił jeszcze większym łyczkiem.
– Usiądź, siostro Gabrysiu – powiedział wreszcie. – Musimy poważnie porozmawiać.
Zakonnica przerwała zmywanie naczyń, wytarła dłonie w ścierkę, przysiadła po drugiej stronie stołu i spojrzała niepewnie na proboszcza.
– Czym zawiniłam, księże proboszczu? – zapytała cicho. – Ja dopiero zaczynam tu pracować, mogłam czegoś nie dopatrzyć przez niewiedzę. Ale ja się staram i na pewno będzie tylko lepiej. Może jedzenie nie smakowało? Jeśli tak, to ja znajdę jakieś przepisy w internecie i zacznę przygotowywać coś bardziej wyszukanego, jeśli taka księdza wola. Tylko z pieniędzmi cieniutko, musiałby ksiądz proboszcz zwiększyć trochę limit na wydatki spożywcze…
Zamilkła, zauważywszy wreszcie niecierpliwe gesty proboszcza, który już od kilku chwil chciał jej przerwać ten monolog.
– Przecież nie o siostrę Gabrysię tu chodzi, tylko o naszego wikariusza.
– A co on takiego zrobił? Niczego nie zauważyłam.
– Siostra jest jeszcze młoda, niedoświadczona i łatwo ulega wpływom, dlatego muszę mieć na siostrę baczenie, żeby na złą drogę kiedyś nie zeszła.
Zakonnica zrobiła obrażoną minę.
– Ja tam sama potrafię o siebie zadbać i jeszcze o proboszcza dbam, i o wikarego, bo takie jest moje zadanie.
– Mówię w sensie bardziej duchowym niż fizycznym – żachnął się proboszcz.
– No chyba że tak…
Proboszcz poczuł nagle wielką chęć sięgnięcia po piersiówkę, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał. Nie mógł sobie pozwolić na picie przy młodej zakonnicy.
– Musi siostra przyznać, że ksiądz Szymon zachowuje się… że tak powiem… niestosownie – odezwał się. – Odkąd się dowiedział, że jego dziadek nie żyje, jest w doskonałym humorze. Tak przecież nie uchodzi. – Wzniósł wzrok do nieba i szybko dodał: – Panie Boże, widzisz i nie grzmisz.
– Bo to nie takie proste. Ksiądz Szymon kochał dziadka, jego śmierć jest dla niego wielkim szokiem i to pewnie dlatego tak dziwnie się zachowuje. Czasem człowiek dostaje takiego pomieszania w stresie, że jest rozdrażniony albo uśmiechnięty.
– Co też siostra wygaduje?
– No tak! – brnęła Gabriela. – Tak samo jest z kobietami, kiedy mają te trudne dni w trakcie miesiąca.
– Nie chcę tego słuchać. – Stary proboszcz gwałtownie zamachał rękami.
– Oczywiście! Wy nigdy nie chcecie słyszeć niczego o kobietach – zirytowała się zakonnica. – A gdybyście trochę posłuchali, to może takich głupot o kobietach byście z ambony nie wygadywali.
– Panie Boże! Widzisz i nie grzmisz! Nie wolno siostrze tak mówić.
Speszona Gabriela spuściła wzrok.
– Przepraszam – szepnęła, ale zaraz dodała już głośniej: – No i widzi proboszcz, jak niestabilna emocjonalnie może być kobieta, gdy ma te trudne dni w miesiącu?
Józef pobladł gwałtownie i znowu z trudem opanował chęć golnięcia sobie z piersiówki.
– Silentium! Silentium!Nie mówmy już o tym więcej! Tak czy inaczej, chyba będę musiał donieść na mojego wikariusza. No bo niech siostra Gabrysia sama oceni: zawsze w soboty dokądś wychodzi i wraca późną nocą, potem jest nieprzytomny na mszy o szóstej. Do tego rozbija się strasznie drogim samochodem, co kłuje w oczy biedniejszych parafian i na kościół nie chcą dawać. Słucha tej piekielnej muzyki, a na dodatek dzisiaj zakrztusił się winem mszalnym podczas porannego nabożeństwa. Kasłał z dziesięć minut, zanim się uspokoił. Nie wiem, czy po takim Podniesieniu msza w ogóle była ważna. Stary już jestem, nie dam rady okiełznać takiego wikariusza i jeszcze na złą drogę zejdzie.
Siostra Gabriela kiwała głową z posępnym wyrazem twarzy.
– Księże proboszczu – odezwała się ze śmiertelną powagą w głosie. – Mimo wszystko nie godzi się donosić.
– Ale ja jedynie dla dobra księdza Szymona – bronił się proboszcz.
– Dla dobra albo i nie dla dobra. Ksiądz Szymon jest młodym człowiekiem i musi się wyszumieć. Ma zadatki na dobrego duszpasterza. Parafianie go uwielbiają, a jak proboszcz zgłosi do kurii, to kuria zareaguje i wtedy dopiero może zniszczyć młodego księdza.
– Ale ja nie mogę na to patrzeć w spokoju. Muszę coś zmienić.
Siostra Gabriela zagryzła wargi, zmarszczyła czoło i przystąpiła do ataku:
– A skąd proboszcz wie, że te zmiany wyjdą na lepsze? A może będzie gorzej? Bo na przykład ktoś w kurii się dowie, że pewien proboszcz z Winnicy Małej już dawno powinien trafić do domu opieki dla księży, ale uchroniła go przed tym pomoc znajomego biskupa? Albo że ten sam proboszcz od lat podczas mszy zamiast wina mszalnego do kielicha każe sobie nalewać cytrynówki?
– Ale siostro Gabrysiu… – Proboszcz pobladł i w końcu nie wytrzymał. Drżącymi rękami sięgnął po piersiówkę i pociągnął spory łyk.
– Żadna Gabrysiu! Po wczorajszej mszy proboszcz zapomniał zmienić trunek z karafki na wino i na rano księdzu Szymkowi ministrant nalał cytrynówki. I dlatego się rozkaszlał. To mocny alkohol, wiem, bo próbowałam.
– Panie Boże! Widzisz i nie grzmisz? – Proboszcz znowu wzniósł oczy ku niebu.
– Nie ma co grzmieć – mówiła dalej Gabriela. – Mnie księdza zamiłowanie do cytrynówki nie przeszkadza i dopóki żadnego donosu na wikarego nie będzie, ja też nic nie powiem, choćby mnie na tortury brali. Poza tym uważam, że jakby Pan Jezus był przeciwko piciu alkoholu, to by tym opojom na weselu w Kanie Galilejskiej wody w wino nie zmienił, prawda?
– Święta prawda! – przytaknął ochoczo Józef.
– No to doskonale – ucieszyła się zakonnica. – Ja też uważam, że wypić sobie to nie grzech. A cytrynówka pita z umiarem nie szkodzi nawet w dużych ilościach.
– A jakże, a jakże!
Zakonnica wstała, sięgnęła do szafki pod zlewem, zza kubła na śmieci wyciągnęła butelkę proboszczowej cytrynówki własnej produkcji i dołożyła dwa kryształowe kieliszki z witrynki.
– No to napijmy się, księże Józefie, na zgodę, żeby żadnych donosów u nas nie było – powiedziała, nalewając do pełna.
Wypili i oboje się skrzywili, kiedy ostry płyn połechtał ich kubki smakowe, a potem gardła. W tej chwili na górze buchnęła głośna metalowa muzyka. Proboszcz zerknął na sufit, pokręcił tylko głową i nalał po jeszcze jednym kieliszku.
– Z księdza to naprawdę dobry człowiek jest. – Gabriela nachyliła się i poklepała proboszcza po dłoni. – Ze mną proboszcz nie zginie, nie ma takiej możliwości.
– A Gabrysia to zanim się obejrzeć przeoryszą zostanie – stwierdził Józef.
Zakonnica się zaśmiała.
– Oj, chyba nie chcieliby takiej matki przełożonej – powiedziała ze śmiechem.
Metal! Prawda to metal! Metal! Prawda to metal… i piekło! Piekło! Piekło! – zaryczał wokalista zespołu KAT. Dobrze, że śpiewał dość niewyraźnie i proboszcz był już mocno przygłuchy.
Kilkugodzinna podróż upłynęła Bartoszowi na rozważaniach. Kierowca taksówki na początku próbował go zagadywać, jednak widząc minę Bartka, przestał się odzywać. A Bartek milczał z powodu nawału myśli pod czaszką.
Po pierwsze żałował swojego nowego Mercedesa, na którego zakup odkładał pieniądze przez kilka miesięcy i na który tak leciały ładne dziewczyny. Wraz z autem przepadły laptop w bagażniku i całkiem spora kolekcja markowych ciuchów w dwóch walizkach. Podczas rozmowy z Grubym miał takiego kaca, że zupełnie o tym nie pomyślał. Teraz było już za późno.
Po drugie dziadek. Oczywiście, że pierwszą myślą, kiedy dowiedział się o jego śmierci, był spadek. Jednak potem, gdy już jechał na tylnym siedzeniu taksówki, zawstydził się. Przecież kochał dziadka, bardzo wiele mu zawdzięczał. Żałował, że go nie widywał, ale przecież takie jest życie. Było, minęło, nie wróci. Alojzy Stawicki zajął się nim i jego bratem po śmierci ich rodziców, wychował ich, wykształcił, niczego im nie brakowało. Nawet próbował zrobić z nich uczciwych, ciężko pracujących prezesów jakichś jego spółek, lecz mu się nie udało. Szymonowi kompletnie odbiła szajba i poszedł do seminarium, zaś Bartosz chciał po prostu korzystać z życia, nie kalając się żadną pracą. No i dziadek mu to zapewnił. Przy okazji ta umowa solidarnie objęła młodego księdza.
Potem zaczął rozmyślać o spadku. Na początku się cieszył. Potem jednak przyszedł do niego lekki niepokój i rozsiadł się obok niego na tylnej kanapie taksówki. Dziadek nie był mściwym człowiekiem, pewnie mu wybaczył, tak jak wybaczył Szymonowi to jego pożal się Boże kapłaństwo. Ale może Bartka wydziedziczył, czy coś w tym stylu. Alojzy był honorowym człowiekiem starej daty, lecz stać go było na to, żeby wyciąć mu taki numer. I to właśnie niepokoiło starszego z braci Dzióbków.
Nazajutrz, kiedy po prysznicu w samych bokserkach poszedł do kuchni, okazało się, że nie ma kawy, o jedzeniu nie wspominając. Musiał pójść na zakupy. Ubrał się i powlókł noga za nogą po schodach. Dobrze, że Żabka była blisko, a on zawsze miał parę stów schowanych na czarną godzinę. No tak, tylko te parę stów to był obecnie cały jego majątek. Trudno, do odczytania testamentu w środę powinno wystarczyć.
Mieszkał na Osiedlu Olimpia Port na wrocławskich Swojczycach. Lokalizacja z dala od centrum przy samym kanale Odry nie była może najlepsza, ale ujęły go nazwy ulic utworzone od nazwisk wielkich żeglarzy i odkrywców, takich jak Magellan czy Vasco da Gama. Mieszkanie Dzióbka znajdowało się na samym początku ulicy Amerigo Vespucciego. Aż chciało się rzucić wszystko w diabły, spakować marynarski worek i zaciągnąć się na jakąś krypę.
Wrócił obładowany reklamówkami, brzęcząc butelkami z piwem. Zatrzymał się przy drzwiach, wygrzebał z kieszeni klucze, które jednak zaraz wyślizgnęły mu się z dłoni i zadzwoniły o podłogę. Nachylił się i wtedy usłyszał za sobą zrzędliwy głos starej kobiety:
– Pan Bartosz! Może przyjechał pan spłacić wreszcie swoje długi?
Niech to jasna cholera! – jęknął w duchu, prostując się z trudem. Miał nadzieję, że uda mu się nie wpaść w łapy tej starej szantażystki, a tu taki pech! Odwrócił się i przywołał na twarz uprzejmy uśmiech.
– Witam kochaną sąsiadkę – powiedział. – O jakich długach pani raczy wspominać?
– Oj, nieładnie, panie Bartoszu, nieładnie. – Wyszła na próg i wzięła się pod boki. – Teraz pan udaje, że o niczym nie wie? Przecież mamy umowę.
Bartek postanowił jeszcze przez chwilę rżnąć głupa. Nie ugnie się tak łatwo, chyba że nie będzie miał już innego wyjścia.
– Jaką umowę, droga pani?
Sąsiadka była kobietą po sześćdziesiątce, ze sporą nadwagą, siwą, zaniedbaną, wiecznie pokazującą się w tej samej podomce. Była też wyszczekana i wścibska, co w przypadku kłopotów Bartosza z wierzycielami miało spore zalety. Zawsze miała oko na obcych kręcących się po klatce schodowej i na nieznane auta parkujące w zasięgu jej czujnego wzroku. To dlatego Dzióbek zawarł z nią umowę. Płacił jej pięćset złotych gotówką co miesiąc, a ona informowała go, kto podczas jego nieobecności go szukał i czego chciał. To się sprawdzało do momentu, kiedy przez skłonność do hazardu popadł w długi.
– Niech pan nie robi ze mnie głupiej! – Postąpiła krok do przodu, mierząc go groźnym spojrzeniem. – Tę, co zawsze. Wisi mi pan już za dwa miesiące, to jest tysiąc złotych.
Z tego, co Bartosz słyszał od sąsiadów, pani Zosia, jak miała na imię wścibska kobieta, była na rencie i nie śmierdziała groszem. Mieszkanie kupił jej zamożny syn i opłacał rachunki. Pewnie wolał płacić i mieć święty spokój niż wiecznie użerać się z męczącą rodzicielką.
– Ale już pani mówiłem, kochana sąsiadko. Ja już nie potrzebuję pani usług. Popyt na pani usługi u mnie się skończył i dlatego jakiś czas temu rozwiązałem naszą ustną umowę – wyjaśniał cierpliwie Bartosz.
– Niby jak ją pan rozwiązał? Nic o tym nie wiem.
– Ustnie, któregoś dnia, pod pani drzwiami.
– Nic nie słyszałam.
– Zaręczam, że mówiłem głośno.
Kiedy już myślał, że ściągnie na siebie kolejne gromy, pani Zosia nagle machnęła ręką i jej twarz się wypogodziła.
– No dobra – powiedziała pojednawczo. – Nawet się nie gniewam. Chociaż muszę panu powiedzieć, że może i popyt na moje usługi u pana już się skończył, za to popyt na wszelkie informacje o panu ma się dobrze. Myślę nawet, że rośnie, dlatego podniosłam trochę ceny. Wie pan, zawsze to jakiś grosz wpadnie do portfela, i do tego bez podatku! Niemal jakbym wykopała skarb templariuszy na polu kukurydzy. Ot co!
Dziobak poczuł nagły niepokój. Przyjrzał się sąsiadce uważniej.
– Zaraz, zaraz – mruknął. – Jak to: popyt na informacje o mnie rośnie? Jakie ceny pani podniosła?
Sąsiadka uśmiechnęła się do niego szeroko, z błyskiem szyderstwa w oczach.
– Pan płacił mi pięćset za to, żebym pana informowała, kto się panem interesuje. No i ja przecież tak robiłam, a że uczciwa kobieta jestem, nic mi nie można było zarzucić. Ale od tych, którzy o pana pytają, też pobierałam opłaty. Na przykład był tu taki jeden smutny pan, z tydzień temu. Zażądałam dwie stówy za to, że powiem, gdzie pan jest. Zapłacił, to mu powiedziałam, że jak zwykle przegrywa pan pieniążki w kasynie w jakimś hotelu na Pomorzu. I co? Dwie stówki wpadły, a pana nie wydałam. Tak trzeba robić interesy.
Bartek z brzękiem postawił reklamówki na podłodze i złapał się za głowę.
– Kurwa mać, no niech to szlag trafi – jęknął. – Dużo pani tak zarabiała?
– Jak był dobry miesiąc, to i drugie pięćset się uzbierało. Czasem więcej – odpowiedziała wielce z siebie zadowolona. – Tysiąc do renty to gruba kasa. I do tego bez podatku! – powtórzyła.
– Kto jeszcze pytał i za ile?
– Nie dalej jak w zeszłym miesiącu to był ruch. Jakaś ładna, ale bardzo smutna młoda kobieta za sto, jakichś dwóch łysoli za dwieście i jeszcze ktoś, ale już nie pamiętam. Dlatego odpuszczę panu długi. Zresztą przed chwilą zarobiłam na panu pięćset, to przecież nie mam już serca ciągnąć od pana pieniędzy. Wiem, że pan ich chwilowo nie ma, za to ma wielkie kłopoty.
– Przed chwilą?! – wykrzyknął Bartosz, wybałuszając na sąsiadkę oczy.
– No tak, jak pan poszedł po zakupy, zaraz przyszło takich trzech. Dwóch łysych, co to bym ich na dziesięć lat bez procesu do pierdla posłała. I jeszcze jeden miły, elegancko ubrany starszy pan. Wyglądał jak, nie przymierzając, jakiś sławny aktor. To on mi zaproponował dwieście za informację. Wzięłam i powiedziałam, że pan zaraz wróci, bo na zakupach tylko jest.
Bartoszowi wydawało się, że się przesłyszał.
– Co pani im powiedziała?!
– Tylko tyle, że pan jest.
Bartek znowu złapał się za głowę i przeklął głośno. Sąsiadka tymczasem opowiadała dalej, nie zwracając na niego uwagi.
– Ten elegancki pan, pewnie aktor, podziękował i powiedział, że poczekają. Ale już widziałam, że tych dwóch łysych się szykuje, żeby drzwi wyważyć albo zamki wyłamać. Więc powiedziałam temu eleganckiemu aktorowi, żeby niczego nie niszczyli, bo za trzy stówy ja im udostępnię klucze, które pan mi kiedyś zostawił, żebym kwiatki podlewała. Dopóki jeszcze są, to co się mają marnować? Pewnie teraz i tak pan je zabierze.
– Dała im pani moje klucze?!
– No tak i pięćset zarobiłam, dlatego odpuszczam panu miesięczną opłatę.
– Gdzie oni teraz są? – wyszeptał mężczyzna przez ściśnięte gardło.
– U pana w mieszkaniu. – Uśmiechnęła się do niego szeroko.
W tym momencie szczęknęły drzwi za plecami Bartosza i na jego ramieniu wylądowała wielka i cholernie ciężka łapa. Na ucieczkę było już za późno.
Łapa wciągnęła go brutalnie do mieszkania, a druga zatrzasnęła za nimi drzwi. Po chwili pojawiła się jeszcze trzecia łapa, a po niej czwarta. Dwóch mięśniaków zawlekło Bartosza do jego własnej kuchni i twardo usadziło na stołku. Dziobak mimo strachu miał tylko jedną, za to koszmarnie natrętną myśl w głowie: Ta stara jędza, sąsiadka, zdradziła go za marne pięćset złotych! Nie do wiary! Postanowił sobie, że kiedyś odwdzięczy się tej wrednej babie.
Zanim jednak zdążył się zastanowić, jak niby miałaby wyglądać ta jego zemsta, musiał zareagować na to, co się działo wokoło niego.
– Puśćcie go, do jasnej ciasnej! – warknął starszy, rzeczywiście bardzo elegancko ubrany mężczyzna.
Miał na sobie obrzydliwie drogi garnitur, a pod nim równie drogą koszulę. W tym zestawie najdroższy jednak musiał być płaszcz, skoro elegant zakrył nim ten cholernie drogi zestaw. Wokół szyi zawiązał gustowny jedwabny szalik w jakieś abstrakcyjne wzory, w ręku trzymał czarną laskę ze złotym uchwytem w kształcie kuli. Bartosz dałby sobie teraz uciąć to i owo, że w środku laski było ukryte ostre jak brzytwa i długie jak szpada ostrze. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś był zbyt natrętny albo… nie spłacał długów.
Mężczyzna wyglądał na ponad siedemdziesiąt lat i miał białe jak śnieg włosy. Dbał o siebie, co było widać. Niemal wcale nie miał zmarszczek, ciemne brwi wyglądały na przeszczepione w Turcji albo innym kraju specjalizującym się akurat w męskich brwiach. Kiedy się uśmiechnął, w ustach błysnęły mu nienaturalnie białe i równe zęby, jak u gwiazdy z Hollywood. Oczywiście sztuczne. Te zęby zdaniem Bartosza psuły cały efekt. Nikt mu nie powiedział, że takie zęby nie pasują do wizerunku starszego pana? Czasu się nie cofnie, nikt też nie uwierzy, że zęby rosną trzeci i czwarty raz.
Mięśniaki wykonały polecenie jak dobrze wyszkolone dobermany, które doskonale wiedzą, że i tak spróbują dzisiaj ludzkiego mięsa, a jak teraz chwilę poczekają, to dodatkowo pan będzie z nich zadowolony. Dwie korzyści w jednym, osiągnięte niewielkim kosztem.
Bartosz rozmasował sobie nadgarstki.
– Przepraszam, że spotykamy się w takich niezręcznych okolicznościach – odezwał się starszy mężczyzna. – Ja lubię być zawsze pierwszy. Wie pan, taka moja słabość. Zawsze byłem pierwszy w szkole, potem pierwszy w biznesie, pierwszy w zabawie i pierwszy w łóżku z pięknymi żonami moich przyjaciół i znajomych. Tę ostatnią moją słabość powinien pan doskonale rozumieć, panie Bartoszu.
– Rozumiem – wybąkał Dzióbek.
Przez te kilka sekund trochę się jednak uspokoił. Facet nie przypominał żadnego z jego wierzycieli. Był winny kasę kilku osobom, ale nie aż tyle, żeby fatygował się do niego osobiście człowiek, który pewnie nie potrafi policzyć zer na kontach bankowych, do tego z dwoma gorylami. O co więc chodziło? Jakieś nieporozumienie?
– Nazywam się Stefan Englert – przedstawił się nieoczekiwany gość.
Twarz eleganta nawet mogłaby wzbudzać zaufanie, gdyby nie zimne jak lód spojrzenie człowieka, który z niejednego pieca chleb jadał i niejednego frajera utopił w Odrze.
– Englert? Ten aktor? – zapytał niezbyt inteligentnie Bartek.
– Nie, nie aktor – zaśmiał się Englert. – Chociaż często mnie z nim mylą.
– Przepraszam, takie głupie skojarzenie…
– Nic nie szkodzi. – Nieaktor uśmiechnął się tak, że aż powiało chłodem, jak z prosektorium.
Bartosz przełknął głośno ślinę. Był nierobem, lekkoduchem, podrywaczem, nałogowym hazardzistą, facetem niedojrzałym i wiecznym leserem, nie był jednak twardzielem. Miewał do czynienia z osobami z półświatka, lecz zawsze starał się im schodzić z drogi bez żadnych negatywnych konsekwencji dla swojego zdrowia. Dwa dni temu w tym celu poświęcił ukochanego Mercedesa. Po prostu był tchórzem, więc nie przywykł do takich sytuacji.
To z tego powodu głos mu zadrżał nieprzyjemnie, kiedy zapytał:
– Co pana sprowadza… hmm… w moje… skromne progi?
– Tak jak mówiłem, chcę być pierwszy – odpowiedział zaraz Englert.
– Ale w czym? – Bartek znieruchomiał z głupawym uśmiechem na ustach.
Englert się skrzywił i zaczął obracać główkę laski w dłoniach, jakby się zastanawiał, czy już wyciągnąć z niej ostrze, czy jeszcze chwilę poczekać. Bartosz obejrzał się na mięśniaków stojących nieruchomo w drzwiach, jak wykuci z kamienia. Nie było szans na ucieczkę. Nawet gdyby się porządnie rozpędził, nie przebije tej góry mięśni.
– Słyszałem o śmierci Alojzego Stawickiego. Przyjmij moje wyrazy współczucia, młody człowieku. To był twój dziadek, prawda?
– Tak, dziękuję.
– Wiele lat robiliśmy ze sobą interesy i nie ukrywam, że nie rozstaliśmy się w zgodzie – mówił zamyślony staruszek. – Może teraz tego żałuję, a może nie. Jestem człowiekiem spełnionym, ale ze starych czasów została mi słabość do obrazów. Mam jedną z największych w kraju prywatnych kolekcji dzieł polskich mistrzów.
– Gratuluję.
– Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, prawdopodobnie pan, młody człowieku, razem ze swoim bratem Szymonem dziedziczycie po Alojzym Stawickim.
Dzióbek nareszcie zrozumiał i nadstawił uszu, unosząc wyżej brwi. Englert musiał dostrzec jego nagłe zainteresowanie, bo mówił dalej:
– Wasz dziadek pozyskiwał dla mnie obrazy, czasem legalnie, a czasem, powiedzmy, mniej legalnie.
– Kradł dla pana obrazy? – zapytał wprost Bartosz.
Englert znowu zakręcił laseczką.
– Po co od razu takie nieładne słowa? Umówmy się, że pozyskiwał je dla mnie w mniej legalny sposób, i zostańmy przy tym określeniu. Potem Alojzy Stawicki zaprzestał tej działalności, zaczął zarabiać duże pieniądze na różnych biznesach, a sam stał się kolekcjonerem. Kupował obrazy na aukcjach i przekazywał je do Muzeum Narodowego. To było chyba dla niego takie, powiedzmy, odkupienie dawnych win.
Bartosz słuchał starego, kiwając tylko głową. Englert zamilkł na moment, spojrzał na niego badawczo i zadał pytanie pozornie niezwiązane z tematem.
– Słyszał pan, panie Bartoszu, o Wielkiej Trójce Stawickiego?
Dzióbek zrobił autentycznie zdziwioną minę. Ten termin naprawdę słyszał po raz pierwszy.
– Nie, nigdy – zaprzeczył.
Oczy starego kolekcjonera obrazów wzięły go na cel i za chwilę twarz gościa nieznacznie się rozpogodziła.
– Mógł pan nie słyszeć – przyznał. – Można by powiedzieć, że to taka legenda wśród marszandów i kolekcjonerów obrazów w Polsce. Mówi ona o tym, że pański świętej pamięci dziadek wszedł w posiadanie trzech bardzo cennych obrazów bardzo znanych malarzy i z niewiadomych powodów zostawił je dla siebie. I jak się pan domyśla, skoro mówimy o legendzie, nikomu nie powiedział, że są w jego posiadaniu.
– To skąd wiadomo, że są? – zainteresował się Bartosz.
– Młody człowieku, środowisko marszandów jest dość hermetyczne. Tu nic się nie da ukryć. A pański dziadek miał przecież opinię mistrza w branży, że tak powiem, nielegalnego pozyskiwania obrazów.
– Ale ja nadal nie rozumiem, do czego pan zmierza, panie Janie… przepraszam, Stefanie…
– Niedługo wraz z bratem zostanie pan spadkobiercą majątku Alojzego Stawickiego. Ja wiem, że wartość tego majątku będzie wielokrotnie wyższa niż cena obrazów z Wielkiej Trójki, ale może jednak pokusicie się panowie o ich sprzedaż. Trzymanie w domu tych dzieł nie jest zbyt rozsądne, szczególnie kiedy wszyscy, łącznie z policją, podejrzewają, że są w waszym posiadaniu. Tylko patrzeć, jak wreszcie komuś uda się je odzyskać. Ja jako pierwszy chciałbym przedstawić propozycję rozsądnego rozwiązania tego nieprzyjemnego kłopotu. Byłbym skłonny nabyć od panów Wielką Trójkę. Oczywiście ta transakcja nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ja płacę gotówką, panowie pozbywają się problemu. Pomagam też zalegalizować pieniądze bez podatku i biorę tylko dziesięć procent opłaty. Jestem skłonny zapłacić tyle…
Englert sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyciągnął z niej notes i pióro. Napisał szybko liczbę i pchnął wyrwaną kartkę w kierunku Bartosza.
Dzióbek był skołowany i zaskoczony, dlatego nie od razu policzył zera następujące po trójce. Najpierw naliczył ich pięć. Szybko pomyślał, że jak się podzieli kasą z Szymonem, to nawet na spłatę długów mu nie starczy. Co to jest trzysta tysięcy? Tym bardziej że przecież Englert miał rację, wkrótce odziedziczą ogromny majątek. Potem jeszcze raz policzył zera i serce zabiło mu już szybciej. Tym razem tych zer było sześć. Trzy miliony! No, o takiej kasie to już można było rozmawiać. Jeśli obrazy były kradzione, może naprawdę lepiej się ich pozbyć i nie mieć kłopotów w przyszłości.
– No nie wiem – powiedział. – Muszę porozmawiać z bratem.
– Oczywiście, oczywiście – zapewnił go szybko Englert. – Proszę się z nim naradzić. Chciałem tylko zaznaczyć, że sprzedaż na własną rękę się nie uda. Wielka Trójka to jest za duży kaliber, żeby ot tak zgłosić się do zwykłego pasera. A paser specjalista wie, w czym rzecz, i nie kupi od was tych obrazów. Nikt nie ma takich pieniędzy i nie zaryzykuje. To proszenie się o więzienie. Jest tylko trzech albo czterech kolekcjonerów w Polsce, którzy są skłonni zaproponować taką kwotę. Do tego są patriotami i nie puszczą obrazów do miliarderów ze świata.
Bartosz trochę się zdziwił. Marszandzi, kolekcjonerzy, paserzy! Co to za hołota, która nie ma nawet trzech milionów, żeby zapłacić za słynne obrazy? To jakiś śmiech na sali! Dziwił się, dopóki jeszcze raz nie policzył zer na kartce. Wtedy zakrztusił się własną śliną i rozkaszlał.
– Czy to jest kwota trzydziestu milionów? – zapytał, kiedy już się trochę opanował. – Pan się nie pomylił?
O dziwno Englert, który nie był tym znanym aktorem, odebrał jego reakcję zupełnie inaczej. Zmarszczył groźnie czoło, a z jego oczu znowu powiało chłodem. Tym razem było zimniej niż w prosektorium.
– To wstępna propozycja – wycedził przez zęby. – Zawsze możemy ponegocjować. Chcę mieć tylko gwarancję, że najpierw będziecie negocjować ze mną.
– Tak, oczywiście – zapewnił go szybko starszy z Dzióbków. – Ma pan to zagwarantowane. Gentlemen’s agreement, jeśli mogę tak powiedzieć. Tylko muszę z bratem… wie pan…
Englert wstał gwałtownie. Goryle natychmiast wyszli z kuchni, a ich szef podążył bez słowa za nimi.
– Panie Jerzy! – zawołał za nim Bartek. – Jak ja się z panem skontaktuję?
– To ja was znajdę, gdy przyjdzie odpowiedni czas – padła złowroga odpowiedź, po czym trzasnęły drzwi i Dziobak został sam w mieszkaniu.
Zapomniał o kawie, wilczym głodzie i zakupach, które goryle uprzejmie wnieśli mu do mieszkania i zostawili pod drzwiami. Chwiejnym krokiem przeniósł się na ulubiony fotel w pokoju. Serce waliło mu jak młotem, ciśnienie pewnie zbliżyło się w okolice dwustu jednostek. Oddychał głęboko, żeby się uspokoić. Co się wokoło niego dzieje? Czy to jest sen, czy bajka? Kiedy się z tego obudzi? Kilka dni temu stracił auto za długi, zablokowali mu kartę, a teraz rozmawia o obrazach za trzydzieści milionów? Czy to w ogóle ma jakikolwiek sens? Oczywiście, że nie ma sensu. Jeszcze nie otrzymał spadku. Zresztą co to jest trzydzieści baniek w porównaniu z majątkiem Alojzego? Kropla w wielkiej wannie.
– Ożeż kurwa! – szepnął do siebie.
Chyba dopiero teraz zaczął sobie uświadamiać, jak ogromne pieniądze mogły wchodzić w grę. Dziadek zostawił sobie Wielką Trójkę i kolekcjonował obrazy? To ile warte są te jego zbiory? To wszystko brzmiało fantastycznie i nieprawdopodobnie.
Ogarnęła go euforia. Zaraz po euforii przyszły jednak opamiętanie i strach. Nie wolno dzielić skóry na niedźwiedziu. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Przecież wiadomo, że zły los atakuje znienacka.
Postanowił być czujny i nie tracić kontaktu z rzeczywistością.
Gdyby w poniedziałkowy wieczór ktoś znalazł się w jednym z barów w okolicach wrocławskiego rynku, mógłby zobaczyć dwie kobiety przy stoliku przy oknie pijące czerwone wino. Zwykłego francuskiego merlota, nic wyszukanego. Cena w okolicach dwustu złotych. Gdyby zaś ktoś był naprawdę wścibski i podszedłby bardzo blisko obu pań, mógłby usłyszeć ich rozmowę. Szybko też by się domyślił, że to rozmowa o facetach.
– I jaki jest ten twój? – zapytała blondynka, uśmiechając się do koleżanki znad prawie opróżnionego kieliszka.
– Jeszcze nie wiem. – Brunetka wzruszyła ramionami. – Tak naprawdę dotąd nie miałam okazji z nim szczerze porozmawiać.
– Żartujesz, przecież minęło już kilka tygodni.
– Niby tak, ale wiesz, jak to jest w mojej robocie. Zajmuję się setką innych spraw i nie mam czasu na te najważniejsze.
– Nie wiem, jak jest u ciebie w robocie, ale cholera, żebyś później nie była rozczarowana. Połowa sukcesu z facetem to dobra komunikacja.
– Mnie to mówisz?! – żachnęła się brunetka. – Połowa mojej pracy to gadanie, dlatego czasem jak wracam na chatę, to już tylko marzę, żeby pomilczeć.
– Wiesz, ale w tym przypadku to już nie ma żadnego marginesu błędu. Tak jak ustalałyśmy, ta ostatnia próba musi być skuteczna – powiedziała blondynka i dolała wino do kieliszków. Stuknęły się i upiły łyk. Trunek był wytrawny, ale doskonale łagodny, znawca mógł nawet wyczuć odrobinę słodyczy, idealnie spajającą wyraziste smaki.
– Będzie, nie martw się, już nad nim pracuję – zapewniła ją szybko koleżanka.
– A jaki on jest, przystojny?
Brunetka uśmiechnęła się po raz pierwszy od początku spotkania.
– Kurwa, jest zajebiście przystojny – odpowiedziała. – A ten jego uśmiech i dołeczki w policzkach. Jak go widzę, od razu mam gęsią skórkę na całym ciele.
– Ale na całym? – Blondynka puściła oko do przyjaciółki i roześmiały się głośno.
– Na całym.
– Faceci są jednak dziwni, to zbiór sprzeczności upchniętych w seksownym ciele. A do tego im więcej tych sprzeczności się w nich mieści, tym bardziej są seksowni. Zwariować można.
– W tym, co mówisz, coś jest, moja kochana – potwierdziła brunetka.
– Tylko się nie zakochaj.
– Przestań! Wiesz, ile on wcześniej bzyknął kobiet? Jak będę szukać partnera na spokojne życie do późnej starości, poszukam gdzie indziej.
– Przyganiał kocioł garnkowi. Bo ty niby taka święta jesteś. Mam ci przypomnieć, z iloma facetami byłaś w łóżku?
– No dobrze, nie brnijmy w to. – Brunetka machnęła ręką. – Ale gadaj, jak ten twój.
Teraz na twarzy blondynki zagościł wyraz rozmarzenia.
– Jest piękny, można z nim porozmawiać na każdy temat. A jakie prawi komplementy i jakie mi posyła uśmiechy. No palce lizać.
– A przystojny?
– Cholernie przystojny!
– Czyli też poważnie popierdolony – oceniła brunetka. – Sama mówiłaś, że im więcej sprzeczności w jednym ciele, tym bardziej przystojny i seksowny.
– Szczera prawda – westchnęła blondynka i posmutniała. – Żebyś ty wiedziała, jakie on głupoty robi. No głowa mała, zero instynktu samozachowawczego, jakby był królem świata. W końcu przegnie pałę i nawet ja mu nie pomogę.
– Nie możesz do tego dopuścić. Ustaliłyśmy już, że ta robota ma być bez żadnej fuszerki.
Tym razem blondynka mocno pociągnęła z kieliszka.
– Kiepsko to widzę… – Pokręciła głową.
– Damy radę – zapewniła ją pewnym głosem brunetka. – Na najbliższe dni plan jest taki…
Gdyby ktoś był bardzo ciekawy i usiadł na tyle blisko, żeby podsłuchać tę rozmowę dwóch kobiet, na pewno dowiedziałby się teraz, o jaki plan chodzi i czego on tak naprawdę dotyczy. Niestety w poniedziałkowy wieczór bar był prawie pusty, nie licząc pary w kącie sali i dwóch kobiet siedzących przy stoliku pod oknem.
Redakcja
Małgorzata Starosta
Korekta
Joanna Rodkiewicz, Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Mieczysław Gorzka, Wrocław 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302668
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Kilka słów na początek
Zagadka pierwsza. Ile obrazów ukradł dziadek?
Rozdział pierwszy, z którego możemy się dowiedzieć, co wspólnego z kartą kredytową ma śmierć dziadka.
Rozdział drugi, w którym już wiemy, że dziadek nie żyje, a karta kredytowa nie działa.
Rozdział trzeci, w którym policja zastanawia się, ile obrazów ukradł Alojzy Stawicki, i jest bardzo bliska prawdy.
Rozdział czwarty, w którym poznajemy prawdę o cudzie zamiany wina mszalnego w cytrynówkę.
Rozdział piąty, w którym sąsiadka zdradza, jak dorobić do renty i nie zapłacić podatku.
Rozdział szósty, w którym dowiadujemy się o pewnej propozycji, która w tym momencie nie ma jeszcze sensu.
Pauza numer jeden:. Łatwo jest przy winie narzekać na facetów, prawda, Drogie Panie?
Strona redakcyjna
Spis treści
