Zagadka martwego wydawcy - Aneta Jadowska - ebook
NOWOŚĆ

Zagadka martwego wydawcy ebook

Aneta Jadowska

5,0

364 osoby interesują się tą książką

Opis

Są relacje, których nie da się zakończyć po cichu. Zwłaszcza gdy druga strona pada trupem!

Zuza miała dość! Dość presji, szantażu emocjonalnego i pisania w trybie chowu klatkowego. Gdy po latach jej zobowiązania wobec toksycznego wydawcy dobiegają końca, miał on zniknąć z jej życia raz na zawsze. Tymczasem znika… i to dosłownie.

Gdy w nadmorskim ośrodku dochodzi do zbrodni, a trup okazuje się człowiekiem, który przez lata skutecznie podcinał Zuzie skrzydła, sprawy się komplikują. Bo jak udowodnić niewinność, kiedy trzyma się na widoku ranking pomysłów na morderstwo idealne?

Humor miesza się z mrokiem, tajemnice wydawniczego świata wychodzą na światło dzienne, a stawką okazuje się coś więcej niż rozwiązanie kolejnej zagadki.

Bo prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie przestajesz grać według cudzych zasad.

Tom zawiera bonusowe opowiadanie – Gracje rozwiązują tajemnicę, która pół wieku czekała na wyjaśnienie pod schodami domu Uklejów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 433

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mbotka_56
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Smutno mi że to już koniec. Przywiązałam się do Gracji. Bawiłam się świetnie. Gorąco polecam
10
wikikiki

Nie oderwiesz się od lektury

jak zwykle połknieta w jeden wieczor. jednak jedno zastrzezenie pani Aneto. Pani powinna pisac 12 ksiazek w roku. Zwlaszcza o Thornie i rysiach
00
cybusiek

Nie oderwiesz się od lektury

Fantatyczna lektura
00



Spis treści
Okładka
Strony tytułowe
Spis treści
Spis książek Anety Jadowskiej
Dedykacja
1. Małe szczęścia z domieszką trupów
2. Ranking drastycznych śmierci Krzysia Zdzisia
3. Mężczyzna gotowy na każde wyzwanie
4. Harmonia stukotu
5. Czasami kurier nie dzwoni nawet raz

6. Magiczna moc spodenek gimnastycznych 7. Źródło rozproszenia 8. Stare i nowe twarze 9. Marketing zawsze z tarczą, nigdy na tarczy 10. Chaos i hipotermia 11. Łopot sztandaru 12. Czasami ucieczka jest jedynym wyjściem 13. Lizanie ran 14. Trup o świcie? Tego nie robi się sowom 15. Trup na plaży i długi cień podejrzeń 16. Lista podejrzanych 17. Obecni i nieobecni 18. Miejsca przeklęte 19. Czerwony kabriolet i mętne alibi 20. Mobilizacja i lista podejrzanych 21. Okłamała mnie pani! 22. Alibi w odmętach niepamięci 23. Pytania i czekoladki 24. Kobieta, która kochała Krzysia Zdzisia 25. Papieros prawdy 26. Głosy w nocy 27. Sześć Gracji z Ustki 28. Dziury w zeznaniach 29. Brakujący świadek 30. Czarno na białym 31. Chaos w trójgłosie 32. Brutalna retardacja 33. Nie takie znów samotne popołudnie 34. Przyczajony tygrys, ukryte pretensje 35. Co kipi pod powierzchnią 36. Rycerz na srebrnym rowerze 37. Kurz opada po bitwie 38. Priorytety 39. Kropka nad i Epilog Tajemnice Luli Uklej

Strona redakcyjna
Reklama
Spis treści

Książki Anety Jadowskiej w wydawnictwie SQN

THORNVERSE

Heksalogia o Dorze Wilk

Złodziej dusz

Bogowie muszą być szaleni

Zwycięzca bierze wszystko

Wszystko zostaje w rodzinie

Egzorcyzmy Dory Wilk

Na wojnie nie ma niewinnych

Trylogia Szamańska

Szamański blues

Szamańskie tango

Szamański twist

Kroniki Thornu

Dzikie dziecko miłości

Katia. Cmentarne love story

Głowa rodziny

Wilk z lasu

Trylogia Nikity

Dziewczyna z Dzielnicy Cudów

Akuszer Bogów

Diabelski Młyn

Kroniki Sąsiedzkie

Afera na tuzin rysiów

Próby ognia i wody

Dziewczyna z przeklętej wyspy

Zbiory opowiadań

Ropuszki. Opowiadania ze świata Thornu

Dynia i Jemioła. Nietypowe historie świąteczne

Kurczaczek i Salamandra

Klątwy i pierniczki

Dla dzieci

Przygody małego duchołapa

SERIE POZA THORNVERSE

Klan Koźlaków

Cud, miód, Malina

Cuda wianki. Nowe przygody rodziny Koźlaków

Garstka z Ustki

Trup i inne sekrety rodzinne

Martwy sezon

Denat wieczorową porą

Gracje z Ustki

Tajemnica domu Uklejów

Sekret prawie byłego męża

Zagadka martwego wydawcy

Dla Przemka Romańskiego, na którego mogę liczyć we wszystkim poza podsuwaniem inspiracji dla postaci Krzysia Zdzisia.

I ku przestrodze wydawcom, którym do Krzysia Zdzisia za blisko.

1

Małe szczęścia z domieszką trupów

Nina Rawicz była szczęśliwa. Nie do końca odnajdywała się w tym nowym dla siebie stanie, nie mogła jednak zaprzeczyć faktom. Ostatnie dwa i pół miesiąca były intensywne, ale też najszczęśliwsze w całym jej życiu. Rozpoczęły się źle – śmiercią Luli Uklej, jej pracodawczyni i przyjaciółki – ale rozwinęły się w najniezwyklejszą z przygód.

Najwyraźniej, by podążyć zupełnie nową ścieżką, kobieta potrzebuje tylko starego domu w lesie i najlepszych przyjaciółek. A żeby ruszyła lawina wydarzeń zmieniających wszystko, wystarczy, że pierwszej nocy pod nowym adresem trafisz na trupa i cień podejrzeń, że aktywnie pomogłaś obcemu nieszczęśnikowi zejść z tego świata. Właśnie dlatego przyjaciółki Niny, znane dotąd tylko online, rzuciły wszystko i stawiły się w starym domu, gotowe bronić jej honoru i wolności. A gdy ryzyko postawienia zarzutów minęło, zostały. Nawet nie musiała ich przekupywać kawą i słodkościami.

Mieszkanie z Agatą i Zuzą było wspaniałym doświadczeniem. Nina czasami szczypała się w ramię, by się upewnić, że nie śni.

Może nigdy nie dojechała do Zapadłego koło Ustki? Może przewróciła się na peronie w Poznaniu, kiedy próbowała zdążyć na przesiadkę z Berlina do Słupska? Uderzyła głową o beton i wszystko, co uważała za najpiękniejszy czas w swoim życiu, było tylko produkcją jej nieprzytomnego mózgu oraz koktajlu leków, który pompowano w jej żyły?

Może nigdy nie dotarła do domu Uklejów, nikt nie włamał się tam pierwszej nocy, by potem dramatycznie zabić się na schodach, rujnując je dokumentnie? A jeśli to się nie wydarzyło, nie wezwała też Gracji na ratunek, nie zadzwoniła na sto dwanaście, w związku z czym do jej domu nie trafił przystojny strażak, by poratować ją drabiną i siłą spokoju, kiedy Straszewicz, lokalny stróż prawa, nawet nie silił się na owijanie aluzji woalem.

Wszystko zaczęło się tamtej upiornej burzowej nocy. Trup na schodach, Gracje – i Robert, który zaczął od drabiny, kontynuował, budując jej nowe schody, a skończył, dotarłszy do wieży, w której dawno temu zamknęła swoje serce, przekonana, że miłość nie jest jej pisana.

Tym sposobem dwa i pół miesiąca później Nina mieszkała z najlepszymi przyjaciółkami. Miała chłopaka, w którym zakochiwała się z każdym dniem bardziej, i już prawie pozbyła się podejrzenia, że to wszystko jest na chwilę i zaraz sen złoty pryśnie. Do cholery, miała nawet psa! No dobrze, Robert miał psa, ale gdyby spytała Fąfla, przysiągłby, że kocha ją niemniej niż ona jego, a dom, w którym ma własne smaczki i legowisko, jest również jego domem.

I jasne, nie wszystko było idealne. Na żółtej ceglanej ścieżce przed starym domem Uklejów trafiały się wertepy – zwykle w postaci trupów. Bo po pierwszym przyszły kolejne. Starsze i późniejsze, czasem zupełnie świeże. Ale Gracje sobie radziły! Przy trzecim właściwie miały już wprawę. Zdołały nawet przekonać Straszewicza, by nie traktował Agaty jako głównej podejrzanej, co po dziś dzień poczytywały sobie za prawdziwy sukces. Sierżant sztabowy długo był oporny na ich wdzięk, ale i on w końcu uległ ich urokowi i szaleństwu. Chyba pogodził się z tym, że z Gracjami nie wygra, więc równie dobrze może zaprząc ich szajbę do działania w słusznej sprawie.

Dom Uklejów nie miał dobrej reputacji, ale – jak twierdził Robert – miał dobre kości. Skoro dało się naprawić elektrykę i hydraulikę, a dzięki malowaniu zniknęły pajęczyny i zacieki rozpaczy, to może i reputację z czasem uda się podreperować?

Dom zresztą nie był niczemu winien. Przez lata mieszkał tu Poldek Uklej, ojciec Luli, człowiek nieprzyjemny i agresywny. Ściany nasiąkały jego energią przez dobre osiemdziesiąt lat. Nic dziwnego, że zastąpienie jej nową zajmowało im dłuższą chwilę.

Gracje troskliwie dbały jednak o to, by stara posiadłość nasiąkała śmiechem, miłością i nutą szaleństwa. Zamiast gniewnych pomruków starego właściciela rozbrzmiewały tu dźwięki stukania klawiszy i muzyka. Jeśli puszczane na cały regulator ścieżki dźwiękowe z musicali nie pomogą wyegzorcyzmować tego domu, to nic nie zdoła!

Trzy pisarki pod jednym dachem. Ktoś mógłby zwątpić, czy to się może udać. I niewykluczone, że trzy przypadkowe pisarki nie umiałyby się tu odnaleźć. Nina potrafiła sobie wyobrazić katastrofę, jaka mogłaby wyniknąć ze zderzenia osobowości, neuroz i trybów pracy trzech niekompatybilnych osób twórczych.

Ale Gracje… ach, Gracje to coś zupełnie innego. Z nimi mogłaby konie kraść, trupy zakopywać, prowadzić śledztwa i pisać książki do ostatnich dni swego życia.

Gdyby tylko Lula wiedziała, co zapoczątkuje, zapisując Ninie w testamencie dom po ojcu! Może zresztą nie byłaby zaskoczona? Sama o sobie mówiła, że ma coś z wiedźmy. Że ma czuja do ludzi. Wystarczało jedno spojrzenie, by wiedziała, z kim ma do czynienia. Na samą myśl o Luli Nina się uśmiechnęła. Smutek i tęsknota nie znikały, może nigdy nie znikną, ale z czasem wspominanie przyjaciółki rzadziej doprowadzało ją do łez, częściej do refleksji nad miłością, której śmierć nie zdoła unieważnić.

Byłaby dumna, z całej naszej trójki, pomyślała Nina, mieszając w głębokiej patelni sos pomidorowy.

Zerknęła na Agatę, która przy stole metodycznie kroiła cukinię na idealnie równe plasterki. Lula pokochałaby ją od pierwszego wejrzenia. Z miejsca dostrzegłaby jej siłę, żelazny kręgosłup i hojne serce.

– Co dalej? – zapytała przyjaciółka, gdy ostatni kawałek cukinii wylądował w misce.

Nina, bez zerknięcia w przepis, podała jej dwa małe bakłażany i wróciła do mieszania sosu. Miała nikłe doświadczenie w kuchni i obawiała się, że gdy tylko spuści sos z oka, ten przywrze do dna naczynia, nie bacząc na teflon i jej dobre chęci.

– Nie wierzę, że naprawdę gotujemy, tak na serio i z przepisu. Nie wiem, jak się z tym czuję – zażartowała Agata, układając pokrojone plastry bakłażana na ręcznikach papierowych.

– Autorka przepisu, po długim wstępie opiewającym jej wyprawę do Prowansji, zapewnia, że jest prosty, więc powinnyśmy dać radę – powiedziała Nina. – Gdybyśmy nie oglądały wczoraj Julie i Julii, pewnie skończyłybyśmy z tostami. Ale mogło być gorzej, w końcu to tylko elegancka wersja zapiekanki warzywnej, a nie zaszywanie kuropatwy w brzuchu kury, która wyląduje w brzuchu kaczki i tak dalej…

Agata aż się wzdrygnęła.

– Z krojeniem warzyw sobie poradzę, ale gdybyś mi kazała luzować kości, mogłabym się opętańczo rozwrzeszczeć.

Naraz, jakby wywołała wilka z lasu, ciszę domu Uklejów przeszył przejmujący wrzask. Długi aż do ochrypnięcia, naznaczony frustracją. Nina i Agata zamarły, wpatrując się w sufit. Gdy wrzask ucichł, rozległo się tupanie, a po chwili odgłos szybkich kroków na schodach.

– Czy to nie wspaniałe, że zawaliły się pod włamywaczem, więc nie ma ryzyka, że załamią się pod Zuzą? – zapytała filozoficznie Nina.

2

Ranking drastycznych śmierci Krzysia Zdzisia

Zuza wparowała do kuchni z rozwianym włosem i zaczerwienioną twarzą. Jej flanelowa koszula narzucona na piżamę łopotała jak peleryna. Z ogniem w oczach Zuza wykrzyknęła:

– Zamorduję! Ubiję gada! Nie zniosę tego ani minuty dłużej! Musi zginąć! On albo ja!

Całe jej ciało trzęsło się od upakowanych w nim emocji. Uniosła pięści ku sufitowi i pogroziła bóstwom, które splątały jej zawodową ścieżkę z najgorszą kanalią, jaka kiedykolwiek stąpała po ziemi.

– Zabić, tak łatwo powiedzieć – skwitowała Agata, wracając do krojenia bakłażana. – Lepiej zdradź, w jaki sposób, a zobaczymy, gdzie się plasuje w rankingu.

Nina zmniejszyła gaz pod patelnią i podeszła do ściany, na której specjalnie dla Zuzy stworzyły przestrzeń terapeutyczną, zwaną też zwojem śmierci. Wściekłość na Krzysia Zdzisia była stałym elementem życia Zuzy i zgodnie uznały, że muszą zapewnić przyjaciółce jakąś zdrową formę ujścia, inaczej dziewczyna skończy z wrzodami, nadciśnieniem albo zacznie pić o wiele więcej, niż jej wątroba zdoła wytrzymać. Podeszły do tematu, jak to one, niestandardowo i kreatywnie.

W markecie znalazły wielką rolkę papieru do rysowania i zamontowały ją na ścianie za pomocą uchwytu na ręczniki papierowe. A wykaligrafowany przez Agatę napis obwieszczał światu, że zwój zawiera RANKING DRASTYCZNYCH ŚMIERCI KRZYSIA ZDZISIA. Obok zawiesiły małą tablicę suchościeralną, na której mogły zliczać punkty, nabijane za sprawą kolejnych pomysłów Zuzy.

Gracje zdawały sobie sprawę, że istniały zdrowsze i być może mniej makabryczne sposoby radzenia sobie ze stresem, ale czy były równie satysfakcjonujące i twórcze? Ranking okazał się niewątpliwym sukcesem. Zuza żyła, piła umiarkowanie, a jej wrzody miały się nieźle, za to przez tydzień, odkąd zwój zawisł na ścianie, zapisała dwa metry papieru swoim drobnym i czytelnym pismem. Trzydzieści siedem pomysłów na to, jak zamordowałaby Krzysia Zdzisia, gdyby puściły jej nerwy. Reakcja na trzydzieści siedem interakcji, jakie mieli w tym czasie – głównie telefonicznych, choć i mailem potrafił popchnąć ją do fantazjowania o jego nagłej, brutalnej i nieuniknionej śmierci.

Nina podała Zuzie fioletowy flamaster, by ta mogła dopisać trzydziesty ósmy pomysł.

Zuza nabrała powietrza i z namysłem popatrzyła na ranking. Z każdym kolejnym punktem musiała być coraz kreatywniejsza, bo pierwsza dwudziestka wyczerpała te najbardziej oczywiste pomysły.

– Konie! – wykrzyknęła w przebłysku natchnienia. – Przywiązałabym gnojka do czterech nieujarzmionych ogierów i pozwoliła im się rozbiec na cztery strony świata.

Szybko zanotowała pomysł numer trzydzieści osiem i zadowolona odsunęła się o krok, by podziwiać swoje dzieło.

– Nieźle, tak z tradycjami – przyznała Nina.

– Ale punktów za wiele nie dostaniesz – dodała Agata, nie przerywając krojenia. – Diabeł tkwi w szczegółach.

Zuza musiała przyznać jej rację.

– No tak, mało dyskretna metoda. Zostawiłabym mnóstwo śladów. Ale należą mi się dodatkowe punkty za fantazję! A jaką miałabym satysfakcję!

Nina pokręciła głową i powiedziała:

– Niestety wykonywalność słaba, skoro żadna z nas nie ma nawet pół kucyka. A wypożyczenie koni oznaczałoby pozostawienie tropów… Poza tym czy chcemy te miłe zwierzęta narażać na obcowanie z Krzysiem Zdzisiem? Miałyby potem traumę. A gdyby je znaleźli… Czy zwierząt w takich sytuacjach po prostu nie usypiają? Wiecie, gdy uznają je za winne czyjegoś zgonu? Jak psy?

– No dobra, nie mogę tego zrobić koniom – przyznała Zuza niechętnie. – Góra dwanaście punktów i nie wchodzi do pierwszej dziesiątki rankingu.

Odłożyła mazak do koszyczka i westchnęła.

– Aż tak? – zapytała ze współczuciem Nina.

– To jest jak kopanie się, o ironio, z koniem.

– Może w ogóle nie powinnaś odbierać? Uprzeć się przy komunikacji mailowej? – podsunęła Agata.

– Próbowałam… ale on po prostu nie słucha, nie czyta maili, wchodzi w spiralę wyrzutów, oskarżeń i roszczeń. Gdyby nie ostatnia premiera… – Znów westchnęła głośno.

Dziewczyny ze współczuciem pokiwały głowami, bo słyszały dość awantur Krzysia Zdzisia, by bezbłędnie odtworzyć jego retorykę.

– Więc czego chciał tym razem? Poza tym, żebyś mu napisała od ręki trzy kolejne książki? – zapytała Agata.

– Och, żeby trzy! Trzy Reginy i trzy Liliany! Tego już nawet nie komentuję. Ale uparł się, że muszę przyjechać do Warszawy, bo on chce nową sesję zdjęciową i po prostu musimy porozmawiać jak dorośli. Z daleka od wrogich mu podszeptów. – Ostatnie słowa wzięła w cudzysłów.

– O, czyżby to o nas? – zapytała z rozbawieniem Nina.

– On sobie wyobraża, że jestem sierotką bosą, bez krztyny inteligencji i niezależności. I skoro jego manipulacja już na mnie nie działa, to znaczy, że teraz manipuluje mną ktoś inny. Czyli wy. Bo przecież nie ma takiej możliwości, żebym sama poszła po rozum do głowy – piekliła się Zuza.

– Chcesz posiekać cebulę? Gdybym wiedziała, że znów zadzwoni, zostawiłabym ci do krojenia cukinie i bakłażany – powiedziała Agata spokojnie.

Zuza parsknęła śmiechem.

– Wtedy nie byłyby pokrojone w tak równiutkie plasterki, tylko posiekane na miazgę.

– Miazgi nie da się malowniczo ułożyć warstwami na dnie naczynia – zaprotestowała Nina.

– Dobra, daj tę cebulę – sapnęła Zuza.

Pierwsza główka już po chwili leżała na desce posiekana w drobniutką kosteczkę. Nina nawet się nie zająknęła, że wedle przepisu to powinny być piórka, zresztą nie była pewna, jak właściwie wyglądają piórka z cebuli.

– Więc na czym stanęło? Jedziesz do Warszawy? – zapytała Agata.

– Na niczym nie stanęło, bo kiedy zaczął na mnie krzyczeć i obrażać moją godność osobistą, rzuciłam telefonem – burknęła Zuza i pociągnęła nosem. – Spokojnie, nie płaczę przez gada, to od tej cebuli – zapewniła, widząc zaniepokojone spojrzenia przyjaciółek. – Ale zanim zaczął wrzeszczeć, zacytował mi paragraf naszej umowy, tej o współpracy przy promocji książki. I stwierdził, że ta sesja jest po prostu konieczna.

– Możemy pojechać z tobą – zaproponowała Nina.

– Ale ja nie chcę jechać! Nie chodzi o zdjęcia! Nie chcę znaleźć się w jego pieczarze, na jego terytorium! Boję się, że cała moja odwaga i determinacja zostałyby tu, w domu Uklejów! Że znowu bym uległa i dała się w coś wmanewrować! – Zuza z frustracją wymachiwała nożem.

– Nie dałabyś, jesteś na to za bystra i wiesz, że tego nie chcesz – zaprotestowała Nina.

– Zuzanna Lewicka, która jest tu z wami, wie o tym doskonale… ale on wyciąga ze mnie młodszą, mniej dorosłą i pewną siebie wersję!

– Bo pamięta cię taką i nie aktualizuje sobie obrazu twojej osoby. Woli cię złamaną i łatwą do manipulowania, taką jak wtedy, gdy podsuwał ci do podpisania pierwszy kontrakt – zauważyła przytomnie Agata. – To jak z tymi memami o powrotach do rodzinnego domu i narcystycznych rodziców. Odpalają się atawizmy i schematy. To nie twoja wina, on robi to specjalnie. Ta huśtawka emocjonalna, którą ci serwuje przez telefon, w jednej chwili podlizując się i wychwalając pod niebiosa, a w następnej gnojąc cię i obrażając, jest częścią perfidnej strategii.

– Chciałabym, żeby była mniej skuteczna. Odpala mi stare traumy – jęknęła Zuza, ukrywając twarz w dłoniach, niepomna, że chwilę wcześniej dotykała cebuli.

Nina i Agata wymieniły zatroskane spojrzenia. W chwilach, gdy widziały przyjaciółkę tak zgnębioną i kruchą, miały ochotę dopisać co nieco na zwoju śmierci. A może nawet nic nie pisać, by nie zostawiać śladów – tylko w milczeniu wcielić plan w życie.

– Nie musisz tam jechać. Wystarczy, że zaoferujesz mu swój czas, ale niech to on się trochę pogimnastykuje. Góra do Mahometa i tak dalej – rzuciła Agata.

Zuza spojrzała na nią zaskoczona.

– Myślisz?

– Będziesz na swoim terytorium, z nami w narożniku. Powstrzymamy cię.

– Przed czym?

– Morderstwem lub ulegnięciem manipulacji, cokolwiek przyjdzie pierwsze – wyjaśniła Agata.

– A jak mi skazi Ustkę na zawsze? – zmartwiła się Zuza.

– Wiatr od morza przegoni smrodek, nie bój żaby – zapewniła Nina, która odkąd zamieszkała w nadbałtyckiej miejscowości, wierzyła w leczniczą moc fal i sztormów.

– A jeśli to nie wystarczy, będę biegać po ulicach miasteczka z kadzidłem – dodała Agata.

– Chciałabym to zobaczyć – zażartowała Zuza.

– Jeśli cię to uszczęśliwi, jeszcze dziś zamówię największy pęk szałwii, jaki internety widziały – zapewniła najstarsza z Gracji. – Przerzuć piłkę na jego stronę boiska. Niech się spoci.

– Jest to jakaś myśl – przyznała Zuza.

– Jak na nas to praktycznie plan – skwitowała Nina i podbiegła do patelni zamieszać sos, zanim przywarłby do dna.

Kwadrans później, kiedy przyglądały się swojemu dziełu – ułożonym gęsto na solidnej warstwie sosu plastrom cukinii, bakłażana i żółtych oraz malinowych pomidorów posypanych cebulką i ziołami, a następnie obłożonych strzępami mozzarelli – czuły dumę.

– Może nie będzie smaczne, ale na pewno jest ładne – przyznała Nina.

– To całe gotowanie nie jest takie złe – skwitowała żartobliwie Agata.

– Dopóki nikt nie zażąda od nas luzowania kości! – zaznaczyła Zuza, czym rozbawiła przyjaciółki.

Nina wstawiła naczynie żaroodporne do piekarnika i przez chwilę wszystkie trzy kucały przed jego szybą jak matki odprowadzające pociechy pierwszy raz do przedszkola.

– Prawie mi się łezka w oku zakręciła – zażartowała Nina.

– Tylko ustaw timer, żebyśmy nie zapomniały i nie puściły domu z dymem – zauważyła przytomnie Agata.

– Tosty by nam tego nie zrobiły! – stwierdziła Nina.

Jeszcze zanim minął czas pieczenia, zadzwonił pozostawiony na piętrze telefon Zuzy.

– To znowu on? – zapytała Agata, widząc, jak przyjaciółce witki opadają.

– Nie, połączenia od niego zapowiada Marsz imperialny… ale to ktoś z wydawnictwa…

– Może ktoś rozsądniejszy od Krzysia Zdzisia? O to przecież nietrudno! – Ninie udało się wykrzesać z siebie optymizm, gdy Zuza maszerowała już na piętro po komórkę, wydzwaniającą donośnie melodię z Poszukiwaczy zaginionej Arki.

3

Mężczyzna gotowy na każde wyzwanie

Jakub Jedliński zwany Dżejdżejem, szef marketingu wydawnictwa Venus, był mężczyzną cierpliwym. Nie tylko dlatego, że od ośmiu lat pracował z Krzysiem Zdzisiem i prawie nigdy nie narzekał, ale i dlatego, że nie przyjmował porażki łatwo. Był więc gotów słuchać sygnału oczekiwania na połączenie dopóty, dopóki nie usłyszy po drugiej stronie głosu Zuzy. A gdy katarynka poinformowała go, że abonent jest czasowo niedostępny, rozłączył się i ponownie wybrał numer. I czekał. Aż w końcu dopiął swego.

– Hej, Dżejdżej, co tam? – Zuza brzmiała na zmęczoną i intuicja podpowiadała mu, że miało to związek z jego szefem. Nie słyszał szczegółów ich wcześniejszej rozmowy, ale obserwował go uważnie przez szybę wydzielonego z open space’u akwarium i po mowie ciała wnioskował, że doszło do kolejnej burzliwej dyskusji.

– Zuzanno kochana, jak miło cię słyszeć! – Aż tryskał radością. Całkiem szczerą, bo spośród wszystkich autorek wydawnictwa Zuzę darzył szczególnym sentymentem.

I nie zrażał się, nawet gdy zamiast odpowiedzi uraczyła go zbolałym westchnieniem.

– Dzwonię, bo dostałem misję specjalną! Mam ustalić szczegóły sesji, wiesz, daty i w ogóle! I nawet nie musisz się martwić dojazdem do Warszawy! Słyszałem, że to stanowi pewien problem, więc znalazłem rozwiązanie, na pewno ci się spodoba! Zaproponowałem Krzysiowi Zdzisiowi, że może po prostu wpadniemy do ciebie z całą ekipą. Co ty na to?

Zuza przetarła powieki. Była przekonana, że Dżejdżej musiał się wspomagać farmakologicznie, by wykrzesać z siebie ten radosny entuzjazm. Niemożliwe, by po tylu latach w Venus człowiek sam z siebie produkował go aż tyle.

– Ale mnie nie ma w Bydgoszczy, Dżejdżejku, jestem dosłownie na drugim końcu Polski – powiedziała w końcu.

– W Zakopanem? – zdziwił się szczerze.

– Przeciwny kierunek. Kilka miesięcy temu przeniosłam się do Ustki. Małe miasteczko, fatalne połączenie kolejowe – skłamała, bo sezonowy „Słoneczny” już kursował prosto do Warszawy.

– Nad morzem? Ale to jest doskonała wiadomość! – rozentuzjazmował się Dżejdżej. – Przyznam, że sesja w Bydgoszczy byłaby pewnym wyzwaniem, ale Ustka? Przecież to wspaniała sceneria! Już widzę te zdjęcia! Będą rewelacyjne! Klimatyczne, romantyczne, artystyczne! Jakie tylko chcemy! Sceneria współpracująca, więc nie muszę szukać studia! Zaklepię Raka, porządną stylistkę… Zajmę się kostiumami i resztą, ty się niczym nie musisz przejmować… Już mi się wizja krystalizuje, ależ to będzie piękne! Wezmę Rubelę, znasz Gosię? Chyba nie, pracuje od niedawna, ogarnia social media, ponagrywa rolki, tiktoki, co tam jeszcze, jakiś wywiadzik… przecież tam kontent się sam zrobi! I nie będzie ci musiała zawracać głowy przy premierze, bo wszystko machniemy za jednym razem!

Zuza milczała. Zapomniała już, jak to jest zetknąć się z kreatywnym tornadem Jedlińskiego. A jednak… czy sam nie wpadł właśnie na dokładnie to samo, na co przed chwilą wpadła Agata?

– Krzysio Zdzisio może się nie zgodzić – przypomniała. – To jednak spory kawałek i koszty…

– A daj spokój – niemal słyszała jego machnięcie ręką – w koszty sobie wrzuci. A jak mu powiem, ile oszczędzi na marketingu, to jeszcze się do pomysłu zapali. Przecież całą kampanię wizualną tam zrobimy!

– Nadal nie jestem przekonana, czy te nowe zdjęcia są potrzebne. To moja ostatnia premiera w Venus – przypomniała.

Teraz to Dżejdżej jęknął, jakby telepatycznie dźgnęła go nożem.

– Zuza, ja cię proszę, nie łam mi serca. Potrzebuję sesji, żeby sprzedać tę książkę! Przecież to nie tylko kwestia foci na okładkę! Z taką morską sesją wepchnę materiały promocyjne do najważniejszych mediów! Premiera powieści nikogo tam nie interesuje, ale piękne zdjęcia pięknej dziewczyny świetnie wypełniają strony magazynów. Inaczej premiery nie przemycę, przecież wiesz, jak jest. Literatura jest pariasem, a już popularna i gatunkowa? Dziewczyno, ja cię proszę, zgódź się, tak ci tę książkę pięknie wypromuję, że jeszcze mi przyślesz pudełko Merci na Gwiazdkę! – Nagle spoważniał. – Zuzka, my naprawdę musimy tę książkę sprzedać, bo robi się nerwowo. Już nam zapowiedział, że nie mamy co liczyć na premie świąteczne. Branża kwiczy, ale stanę na rzęsach i zrobimy bestseller!

– Przecież na moje miejsce ma sto autorek za progiem – mruknęła, przypomniawszy sobie słowa Krzysia Zdzisia, które wgryzły się w jej duszę jak kwas.

– Ciekawe gdzie, bo jak ostatnio wyglądałem za próg, to tylko wierzyciele się szczerzyli – skwitował Dżejdżej.

– Aż tak źle?

– Nie chcę narzekać… ale wiesz, że on nigdy nie myślał dwa kroki do przodu. Nie dziwię się, że chcesz iść gdzie indziej, ale pozwól mi choć z tą ostatnią książką poszaleć i wycisnąć z niej sprzedażowo, ile się da. – W jego głosie pobrzmiewały błagalne nuty.

– Dobra, przyjedźcie więc do Ustki. Ale was nie przenocuję. Sama mieszkam kątem u przyjaciółki – zaznaczyła, bo nagle owładnęła nią wizja Krzysia Zdzisia panoszącego się po domu Uklejów.

Pokusa, by sprawdzić, czy nowe schody są wystarczająco strome, byłaby zbyt silna. A zepchnięcie Krzysia Zdzisia z bardzo wysokich i stromych stopni widniało w rankingu śmierci całkiem wysoko. Jedyny minus, jaki znalazła Agata, to recydywa i ryzyko ponownego uszkodzenia schodów.

Tymczasem tornado Jedlińskiego nie zwalniało ani na moment.

– W ogóle się tym nie martw, znajdę nam miejscówkę, ogarnę noclegi i całą resztę. Ty musisz się tylko pojawić na sesji i pięknie wyglądać, a z tym poradzisz sobie bez problemu. Jak stoisz z czasem?

– Daj mi znać, kiedy ustalisz szczegóły, a stawię się punktualnie – odpowiedziała Zuza z lekką rezygnacją.

Nie słuchała kolejnej minuty entuzjastycznego szczebiotu. Gdy wreszcie Dżejdżej umilkł, wykorzystała to i powiedziała:

– Podeślij plan na maila. Muszę kończyć, bo mi się obiad w piekarniku spali. Do usłyszenia! – Rozłączyła się, zanim znów by spróbował zagadać ją na śmierć.

Gracje stały w progu pokoju.

– Słyszałyście wszystko czy powtarzać? – zapytała Zuza.

– Słyszałyśmy dość – przyznała Agata. – Jak tam, w porządku?

– O ile może być w porządku w tych okolicznościach, to tak. – Wzruszyła ramionami.

– Może Krzysio Zdzisio w ogóle nie przyjedzie, bo za daleko? – podsunęła Nina. – Z marketingowcami sobie poradzisz śpiewająco.

– Twój optymizm w ostatnich dniach jest po prostu… zaskakująco rozbuchany – jęknęła Zuza, która nie miała złudzeń. Przyjedzie. Wiedział, że ucieszyłaby się, gdyby został w Warszawie.

– Zaczynam podejrzewać, że to ich randkowanie z Robertem weszło na nowy poziom i hormony jej w głowie mieszają – zażartowała Agata, a Nina natychmiast oblała się rumieńcem.

– Bingo – skwitowała Zuza. – Dobrze, że mój celibat nie jest zagrożony. Co ja bym zrobiła, gdyby mi hormony zaczęły mieszać w mroku?

4

Harmonia stukotu

Gdyby na to pozwoliła, rozmowa z Krzysiem Zdzisiem, wisząca jej nad głową sesja i reszta mordęgi całkiem wytrąciłyby ją z równowagi, blokując kreatywność. Bywało tak nie raz i nie dwa podczas pisania ostatniej książki Liliany Mist, gdy inspiracja uchodziła z Zuzy jak z przebitego balonika po każdym telefonie czy mailu od przeklętego wydawcy. Ale nie tym razem. Zamknęła frustracje w szczelnej szufladce z tyłu głowy i gdy tylko Gracje skończyły jeść (zapiekanka okazała się zaskakująco przyzwoita i same sobie pogratulowały, wznosząc toasty lemoniadą), siadła z laptopem w gabinecie dawnego pana domu, po czym zabrała się do roboty.

Obawiała się, że po pierwszym zrywie ugrzęźnie, zderzy się ze ścianą lub odkryje, że jednak nie odnajduje się w gatunku i fantastyce jako takiej, ale na razie obawy się nie potwierdziły. Szła jak pożar buszu. Współczesne urban fantasy okazało się dla niej idealne – potrafiło pomieścić zarówno jej ciemną, jak i jaśniejszą stronę. Być może Regina Lux i Liliana Mist żyłyby wciąż i cieszyły się dobrym zdrowiem, gdyby nie eksploatowały tylko maleńkiego skrawka osobowości Zuzy, całkowicie blokując inne. Tym razem miała wrażenie, że nie musi się krępować ani zakładać filtra na swój mrok czy sarkazm.

Bohaterka współpracowała i robiła, co trzeba, by zasłużyć na miano heroiny, trup ścielił się gęsto, a magia wypełniała każdą stronę klimatem i tajemnicą. Zuza ciągle czekała, aż coś się spierdoli, ale na razie wszystko trzymało się kupy. Fabuła, choć zawiła i wielowątkowa, nie rzucała jej kłód pod nogi, a narracja płynęła wartko, bez wypełniaczy. Zuza korzystała więc z tego, że jest na fali wznoszącej, i pisała w każdej wolnej chwili; maszynopis rósł, a wraz z nim nadzieja Zuzy, że coś z tego będzie. Wciąż nie wiedziała, czy kariera, ale coś na pewno.

Miała jeszcze jedną motywację. Chciała napisać solidny kawał, zanim na maila zapuka redaktorka z plikami hrabiego wymoczka. Musiała być w dobrym miejscu z nowym projektem, by powrót do uniwersum Liliany nie wybił jej z rytmu.

Dlatego zaparzyła wielki dzbanek kawy, zaopatrzyła się w miseczkę kamyczków (przekonywała samą siebie, że wartości odżywcze orzechów przewyższają wady cukrowej osłonki) i siedziała przy laptopie tak długo, jak długo słowa płynęły, kręgosłup wytrzymywał i oczy dawały radę.

Pomagało też to, że Agata i Nina pracowały tuż za ścianą. Często słyszała stukot klawiszy Niny, niczym echo jej własnych, a Agata wzięła na siebie ogrom pracy związanej ze zbliżającym się kursem. Jednym słowem, robota wrzała, kreatywność buchała jak z pieca – Gracje były jak samonakręcająca się maszyna.

Gdy wartki strumień słów przysychał na chwilę, Zuza sięgała po kubek kawy, a jej wyobraźnia przywoływała słowa Krzysia Zdzisia albo podsuwała rzeczy, którymi mogłaby się zamartwiać w związku z desantem wydawnictwa Venus na Ustkę, ale odpędzała niechciane myśli bez pardonu.

– Nie dziś, szatanie – egzorcyzmowała swojego wydawcę i wracała do pisania.

*

Do Agaty zaczęło docierać, że rzuciła się z motyką na słońce i nie doceniła istotnych czynników. Raz – nie doszacowała rozmiarów potencjalnej grupy docelowej, i to grubo. Dwa – nie doszacowała też czasu, jaki zajmie jej przeczytanie wszystkich nadesłanych tekstów i listów intencyjnych. Zwłaszcza że adepci sztuki pisarskiej i kandydaci na kryminalistów byli najwyraźniej beznadziejni w podążaniu za prostymi wytycznymi. Gracje jasno określiły wymagania: maksymalna długość próbki literackiej mogła wynosić trzydzieści tysięcy znaków ze spacjami, a dzieło (gatunek dowolny) nie musiało być ukończone.

Niestety, masa kandydatów albo nie umiała liczyć, albo liczyła, że ich geniusz w pełni objawi się Agacie, gdy tylko przeczyta sto tysięcy znaków, albo przerosła ich konieczność wycięcia kawałka tekstu.

Poza tym zgłoszeń było cholernie dużo. Termin ich nadsyłania wciąż całkiem odległy, a miała ich już na skrzynce sto osiemdziesiąt sześć. Szanse, że przeczyta je do końca tygodnia i zdoła wybrać czworo kandydatów, spadały z każdym odświeżeniem skrzynki pocztowej. Była już właściwie pewna, że będzie musiała przedłużyć termin ogłoszenia decyzji, a tym samym przesunąć termin kursu z końca maja na drugą połowę czerwca; może i połowę lipca, jeśli zgłoszeń napłynie jeszcze więcej.

Nie znosiła przeciągania deadline’ów, ceniła sobie terminowość i rzetelność, ale musiała przyznać, że ma przed sobą stanowczo za dużego słonia, by uporać się z nim na raz. Zwłaszcza że zobowiązała się przed dziewczynami do pierwszej selekcji, a one potem miały przeczytać wybrane teksty i pomóc jej podjąć ostateczną decyzję. Może wyłonią na tyle dużo kandydatów, by zaplanować kolejną turę kursu?

Dziś wyeliminowała trzy zgłoszenia. Pierwsze zawierało wyłącznie poezję religijną – jakoś nie widziała ich autora (zakonnika zresztą) na warsztatach – w kolejnych dwóch zamiast tekstu były zdjęcia autorów w negliżu. W pełni demokratycznie: jedno męskie, jedno żeńskie, a w listach intencyjnych autorzy, jakby się zmówili, proponowali Agacie usługi erotyczne i obwieszczali się jej przyszłymi muzami. Agata przewróciła oczami i od razu wrzuciła oba maile do kosza.

Pierwotnie planowała wydrukować wszystkie zgłoszenia, by czytać je w komforcie, ale gdy ich liczba przekroczyła piętnaście, a objętość tekstów po zsumowaniu dałaby ryzę papieru, zwątpiła w sens druku. Dlatego siedziała na kanapie z tabletem i przedzierała się przez kwiecistą prozę, mrucząc pod nosem przekleństwa na przydawki u jednych autorów i „suchą dosadność” u innych, którzy pisali tak, jakby musieli wysłać tekst telegramem, a stawka za nadanie przymiotnika była trzy razy wyższa niż za nadanie rzeczownika.

– W co my się wpakowałyśmy? – zapytała w chwili refleksji, gdy natknęła się na porównanie żeńskiej anatomii do silnika Formuły 1, z zaskakująco obszernym rozbudowaniem metafory w stronę rury wydechowej. – Mówią, że to nie ludzie czytają książki, tylko książki czytają ludzi, ale przysięgam ci, są fetysze, których we mnie nigdy by nie przeczytały.

Nina parsknęła śmiechem ze swojego fotela. Z nogami przerzuconymi przez poręcz i laptopem na kolanach stukała w klawisze miarowo i wytrwale. Agata powstrzymała się przed małym wykładem o pozycji ergonomicznej, głównie dlatego, że wiedziała, że za chwilę dziewczynie zdrętwieją kończyny i będzie musiała usiąść inaczej.

– Może wprowadź brutalną selekcję? Kończ czytanie za każdym razem, gdy autor napisze „była piękna, ale o tym nie wiedziała”, albo zacznie opisywać anatomię w jakikolwiek dziwaczny sposób? Samoświadome piersi tryskające emocjami czy skręcające się w podnieconym drżeniu jajniki? Dziękuję, następny proszę? – zaproponowała Nina.

– No nie wiem, odrzuciłabym tylu facetów, że na pewno ktoś dopatrzyłby się w tym seksizmu i nienawiści do mężczyzn – mruknęła Agata, która ledwie uporała się z akapitem z rurą wydechową, a już natknęła się na sutki sterczące przez trzy warstwy odzieży, w tym puchową kurtkę. – Czuję się odpowiedzialna za nasze decyzje, więc wydaje mi się, że muszę przeczytać do końca…

– Możesz też jako sito pierwszej selekcji potraktować zdolność czytania ze zrozumieniem. Wtedy wszystkie zgłoszenia z tekstami powyżej trzydziestu tysięcy znaków odpadną i wystarczy wysłać wiadomość z informacją, że zapraszamy na kolejne edycje po uprzednim starannym zapoznaniu się z regulaminem oraz wymogami technicznymi zgłoszenia.

Agata parsknęła śmiechem.

– Nina, jesteś bezwzględna! Może powinnam ci oddać ten przywilej i raz-dwa wyłoniłabyś najwyżej dziesiątkę. O wiele łatwiej byłoby wybierać z dziesięciorga kandydatów.

– Wcale nie, znam cię, Agato. Masz za miękkie serce. Przy dziesięciorgu czułabyś, że wybierając czworo, ranisz głęboko pozostałych sześcioro. O wiele mniej zaboli tych, którzy odpadną, gdy dowiedzą się, że przegrali w wyścigu trzydziestu osób na jedno miejsce.

– Czterdziestu sześciu – poprawiła Agata.

Nina uniosła wzrok znad ekranu.

– Żartujesz?

Agata pokręciła głową.

– Najgorsze, że mają czas do piątku do północy.

– No tak, czyli dojdą jeszcze prokrastynatorzy i piewcy robienia rzeczy na ostatnią chwilę. Drugie tyle, jak nic.

– Co w sumie, patrząc optymistycznie, dowodzi, że jest popyt na nasz kurs, więc możemy organizować go cyklicznie.

– Aż cię kurwica strzeli, bo co innego jedna grupa, a co innego dwadzieścia. Usłyszysz zew porucznik Zywert i będziesz fantazjowała o zgubieniu kursantów w lesie, byleby popisać w spokoju.

Agata parsknęła pod nosem. Mogło tak być. Nie bez powodu regularnie odmawiała uniwerkom i instytucjonalnym kursom kreatywnego pisania, gdzie umowa wiązałaby ją na semestr czy dwa.

– Oni już walą drzwiami i oknami, a ja mam dopiero bardzo mętny zarys programu zajęć. Mogą się rozczarować – powiedziała nagle, bo syndrom oszusta dawał się jej we znaki i coś podszeptywało, że w ogóle z czym do ludzi i skąd pomysł, że ma komukolwiek do zaoferowania cokolwiek mądrego.

– Zajmiemy się tym. Masz zarys, ja mam czarny pas w PowerPoincie i jako początkująca autorka dorzucam ekspertyzę w zakresie: „to wcale nie jest tak oczywiste, jak myślisz, bo ja nie wiem, a chętnie się dowiem”.

Agata wiedziała, że nie jest sama, i tylko dlatego jeszcze nie rozesłała maila z formatką: „Kurs się nie odbędzie. Przepraszamy”.

Przez chwilę pracowały w milczeniu. Agata przedzierała się przez jedną z dziwniejszych scen erotycznych, jakie w życiu czytała (i nadal nie była pewna, czy to aby na pewno seks ludzki, a nie fanfik do transformersów), Nina zaś stukała kolejne akapity z nową motywacją – skoro istniał na świecie wydawca, który nie tylko chciał jej pierwszą powieść, ale jeszcze dopytywał o kolejne, bo „trzeba iść za ciosem” i „marketing szybciej chwyta, gdy autorka dostarcza”, nie mogła zmarnować tej szansy.

Nagle zadzwonił jej w głowie dzwonek alarmowy.

– Agata, ile czasu minęło, odkąd im wysłałam tę podpisaną umowę? Czy nie powinni już odesłać z podpisem prezeski? – zapytała nagle, przejęta.

– Nina, polecony Pocztą Polską, to raz. Słowo „priorytet” jest tam tak na wyrost, jak metr osiemdziesiąt wzrostu w opisie na Tinderze. A dwa, nawet jeśli twoja przesyłka doszła w ciągu tygodnia, to pewnie musi się zebrać zarząd. Na umowie były miejsca na podpis prezeski i redaktorki prowadzącej. Takie rzeczy potrafią trochę potrwać. A potem list musi przecież jeszcze wrócić. I nie jest powiedziane, że wyślą go priorytetem.

– Niby tak – przyznała Nina, kompletnie nieprzekonana.

– Następnym razem możemy pojechać do Poznania, gdy już ustalicie kształt umowy, i podpiszesz na miejscu.

– Jeśli będzie następny raz – mruknęła najmłodsza z Gracji. A po chwili nieco głośniej spytała: – Bo daliby znać, gdyby się rozmyślili, nie?

– Zapewne. Ale nie są szaleni, Ninka, nie bój żaby, nie zapeszaj, zostaw mrok Zuzce. Ona tam z niego tka teraz grubą magię, więc nie podbieraj budulca.

– Widzisz, widzisz? Najpierw mówicie, że mnie ponosi optymizm, a potem nagle mrok wypełza – zażartowała.

– Och, optymizm wobec osoby Krzysia Zdzisia jest objawem. Nie wiem jeszcze czego, ale czegoś na pewno. Za to optymizm wobec twojej własnej twórczości to oznaka zdrowego rozsądku.

– Muszę ci wierzyć na słowo. Rynek zweryfikuje.

– Jeśli poczujesz się lepiej, mogę ci poczytać na głos kawałki dzieła, przez które właśnie brnę – zaproponowała Agata.

– Nie poczuję się lepiej tylko dlatego, że jakiś młodzik pisze gorzej – zaprotestowała Nina.

– Młodzik? Wedle formularza zgłoszeniowego obywatel ma czterdzieści sześć lat, szesnaście opublikowanych książek na koncie i trzy nagrody branżowe. A jednak pcha swój tłok w rurę wydechową, a w żyłach mu krąży rozgrzany olej.

Nina parsknęła.

– No dobrze, przeczytaj mi na głos. To faktycznie może mi poprawić samoocenę – przyznała.

5

Czasami kurier nie dzwoni nawet raz

Zuza tańczyła, jakby jutra miało nie być. Muzyka pulsowała jej w żyłach, a miliardy świetlików wirowały wokół niej, dodając klimatu. Jeszcze parę minut temu byli tu inni ludzie, inne spojrzenia i uśmiechy, ale nic nie trwało wiecznie i wcale jej nie wadziło, że została sama – dopóki muzyka grała, dopóty całe jej ciało wypełniał rytm. Nie wiedziała, gdzie była ani jak się tam znalazła, ale nie zaprzątała sobie tym głowy. Nie teraz. Czuła się wolna jak nigdy na jawie. Skąd się wzięło ognisko, też nie wiedziała, lecz powitała ogień z radością, okrążyła go w radosnym pląsie, grzejąc ręce bliskością płomieni.

Nagły dźwięk rozciął muzykę. Natarczywy, namolny, zagłuszał wszystko inne i zmieniał rytm muzyki tak, że nie dało się już do niej tańczyć – stała się zbyt mechaniczna, jak wiertło dentystyczne.

Zuza zatrzymała się i rozejrzała dookoła, w ciemności wypełnionej świetlikami i blaskiem ognia szukając źródła tego dziwnego, mechanicznego brzęczenia i terkotania, wysokiego pisku i stukotu.

Wszystko wokół znów się zmieniało. Już nie czuła trawy pod stopami. Dźwięk domagał się uwagi, ale potrząsnęła głową. Nie chciała go słyszeć, chciała tańczyć. Czemu muzyka zamilkła? Zniknęła jej długa sukienka z połyskującego złotem jedwabiu… Co robiła w środku lasu w szortach i rozciągniętej koszulce? Tych samych, w których położyła się spać?

Cholera, uzmysłowiła sobie, to tylko sen, a coś uparcie próbuje go przerwać. Zatkała uszy dłońmi, ale nadal czuła to nieprzyjemne wibrowanie w kościach. Ognisko zniknęło, wyparowały świetliki, była tylko ona w piżamie, oszołomiona i zmarznięta. To na nic, skończyło się, równie dobrze może się poddać.

Otworzyła oczy. W sypialni było jasno. Zerknęła na zegarek, minęła dziewiąta. Byłaby to całkiem miła godzina na pobudkę, gdyby nie pisała do czwartej. Pisałaby pewnie dłużej, ale zaczęło padać i monotonny szum deszczu ululał ją skuteczniej niż kołysanka.

Pogrzebała w pościeli i wreszcie znalazła przeklęty artefakt, który wyrwał ją z miłego snu. Komórka wibrowała i wygrywała histerycznie robotyczną melodyjkę. Na ekranie wyświetlało się imię Majki, dziewczyny z działu handlowego wydawnictwa Venus.

– Co tam, Maju? – wymamrotała Zuza, pocierając oczy.

– Hej, Zuzka, widzę, że już odebrałaś paczkę! Super! Słuchaj, podpisz wszystko, a ja ci na rano ustawię kuriera, żeby odebrał ją z powrotem, dobra? – świergotała Majka, wulkan energii.

– Niczego nie odebrałam i nie bardzo kojarzę, o czym mówisz – przyznała Zuza.

– Mam potwierdzenie od kuriera, że już doręczono… – W tle dało się słyszeć stukanie w klawisze. – Pamiętasz? Pisałam do ciebie tydzień temu z pytaniem, na jaki adres ci wysłać te egzemplarze, które masz podpisać, konkursowe…

Zuza wytężyła pamięć. Być może coś jej się tam mętnie kołatało. Zanim zdołała odpowiedzieć, dotarł do niej słowotok Majki.

– Musiałam ci wysłać maila, bo mam twój adres w Zapadłem, nie? Więc wysłałam, parę sztuk więcej, to nie będę ci za chwilę zawracać głowy o kolejne. Ale musisz je szybciutko podpisać, bo ustawiłam kuriera na jutro rano, nie przejmuj się etykietą nadawczą, będzie miał ze sobą. Tylko zaklej dobrze pudełko i puść do mnie migusiem – nawijała z werwą, którą Zuza osiągnęłaby o tej porze tylko dzięki Monsterom i być może nielegalnym środkom, gdyby takowe zażywała. U Majki to był stan naturalny.

Dziewczyna zamilkła tylko na chwilę, by nagle zapytać z podejrzliwością dźwięczącą w każdym słowie:

– Zuzka, ty jesteś przytomna, co? Nie śpisz już? Nie zapomnisz tej rozmowy? Wysyłam ci maila na wszelki wypadek… Słyszałam, że oddałaś już maszynopis, więc nie pomyślałam, że możesz pisać po nocy… Potwierdź, że zrozumiałaś, co do ciebie mówię, bo z tymi książkami to pilna sprawa… Zaraz się influ będą pieklić, że ciągle nie dostali nagród, i zamiast promocji będzie drama na BookToku…

– Maja, spokojnie, oddychaj – poprosiła Zuza, wygrzebując się z pościeli. – Zaraz poszukam paczki. Może moje współlokatorki odebrały albo kurier zostawił na progu.

– Zadzwoń koniecznie, jak ją znajdziesz! I smacznej kawusi! – Majka rozłączyła się, a Zuza zwalczyła pokusę, by wrócić do łóżka. Wiedziała, że za kilka minut Majka znów zadzwoni. To był jej modus operandi, miała więcej wytrwałości i cierpliwości, niż zakładały zdrowe relacje międzyludzkie. Pewnie dlatego wytrzymywała od pięciu lat w wydawnictwie Venus.

W domu Uklejów panowała cisza. Drzwi do pokojów dziewczyn były przymknięte. Zuzka zeszła po schodach i pociągnęła nosem. Nie wyczuła ani odrobiny aromatu kawy, nabrała więc pewności, że przyjaciółki wciąż śpią. Położyły się tylko trochę wcześniej niż Zuza.

Wyszła na werandę, mrużąc oczy. Było za jasno. I wilgotno. Wszystko połyskiwało tą świeżością zaraz po deszczu i było nawet urocze, dopóki nie spojrzało się na głębokie kałuże i bajoro w miejscu podjazdu.

A im bardziej rozglądała się za paczką, tym bardziej paczki nie było. Zeszła po schodkach i zerknęła na boki (kurier dał im się już poznać jako bestia cwana i leniwa), ale nadal nie widziała nigdzie pakunku z książkami.

Wyciągnęła z kieszeni szortów komórkę i sprawdziła, czy ma maile od firmy kurierskiej. Dwa jak byk. Dziś doręczymy twoją przesyłkę, tuż po szóstej. Potwierdzenie doręczenia przesyłki – za kwadrans ósma. W pierwszej wiadomości był też numer do kuriera Kamila, więc kliknęła w niego z rezygnacją. Rzecz jasna, nie odebrał. Oni nigdy nie odbierali.

Mogła zadzwonić do Majki i powiadomić ją o zaginięciu paczki, ale dziewczyna zaczęłaby hiperwentylować. Równie dobrze mogła to odwlec i spróbować szczęścia w dodzwonieniu się do kuriera. W końcu może będzie miał jej dość na tyle, że odbierze…

Poczłapała do kuchni, wymieniła filtr w ekspresie i nasypała dwie czubate miarki kawy. Najchętniej wróciłaby do łóżka i spróbowała zasnąć na dwie czy trzy godziny, ale nawet gdyby jej się udało, Majka jak nic znów przerwałaby jej pląsy wokół ogniska.

Gdy kawa wreszcie się przelała, Zuza napełniła swój litrowy kubek termiczny, dodała cukru i mleka, a potem stanęła przed wyborem: ruszyć prosto do gabinetu i spróbować szczęścia z kolejnym rozdziałem albo… Nie, jej głowa wciąż była pusta po całonocnym maratonie. A z pustego to i Salomon nie naleje. Poszła więc, tuląc do piersi kubek, do salonu, gdzie z ciężkim westchnieniem opadła na kanapę. Znów wybrała numer kuriera, zgodnie z przewidywaniami bez rezultatu. Głowa jej ciążyła, więc oparła ją o poduszkę, tylko na chwilkę…

Kolejny dzwonek nie przerwał jej tańców. Była zbyt zmęczona, by śnić, dryfowała tuż pod powierzchnią przytomności. Odebrała, wciąż nie otwierając oczu.

– Majka, jeszcze jej nie znalazłam, ale nie przestaję szukać – wymamrotała.

W słuchawce panowała cisza. Zuza gwałtownie otworzyła oczy i zerknęła na wyświetlacz. Numer był obcy.

– Halo? Z kim rozmawiam? – zapytała zdezorientowana. Jeśli to telemarketer, rzucę klątwę, pomyślała z irytacją.

– Mam coś, co należy do pani – usłyszała w końcu kobiecy głos.

*

Ku sporej uldze Zuzy okazało się, że nie był to telefon z żądaniem okupu. Ale wystarczył, by rozbudziła się na dobre i pobiegła po schodach do swojego pokoju, żeby ubrać się w coś bardziej wyjściowego niż piżama.

Trzy minuty później, po umyciu zębów i kilku solidnych łykach kawy, maszerowała już dziarsko w stronę Zapadłego. Nie miała daleko. Według Google Maps dom Uklejów i adres, który podała jej kobieta, dzieliło nie więcej niż półtora kilometra.

Najwyraźniej klątwa ukrytego przed GPS-em kurierów domu Uklejów miała się świetnie, bo kolejny zbłądził na manowce. Ten nie był jednak wystarczająco rozgarnięty, by zadzwonić i zapytać o wskazówki dojazdu. To byłoby zbyt proste, zbyt logiczne, nie będzie mu zdrowy rozsądek dyktował, jak ma wykonywać swoją pracę. Zamiast tego dotarł do końca wioski, nie znalazł domu o takim numerze jak w liście przewozowym, więc po prostu przerzucił przesyłkę przez płot przypadkowej mieszkanki.

Kobieta na szczęście znalazła paczkę, zanim się rozpadało na dobre, choć uprzedziła Zuzę przez telefon, że pudło jednak złapało trochę wilgoci, bo wylądowało w kępie wysokiej trawy, wciąż mokrej po nocnym deszczu. Zuza mogła jedynie mieć nadzieję, że książki są zapakowane naprawdę szczelnie.

Przezorna Majka na pudełku, oprócz imienia i nazwiska Zuzy, wypisała także jej numer telefonu. Tylko dlatego przypadkowa odbiorczyni przesyłki mogła skontaktować się z adresatką i umówić na oddanie paczki. Byle szybko, bo zbierała się do pracy, którą zaczynała równo o jedenastej.

W połowie drogi Zuza usłyszała grzmot. Suchy i bez błyskawic, mimo to poczuła oddech burzy na karku. Przyspieszyła, wyciągając nogi. Powietrze pachniało wilgocią i mokrym mchem, gdy szła szutrówką przez las, a asfalt głównej drogi wciąż był lśniąco czarny, z wodą gromadzącą się w głębokich pęknięciach.

Maszerowała dziarsko, mijając nibyrondo z przystankiem autobusowym i tablicą lokalnych ogłoszeń. Przeszła obok ciągu zielonych jak przeleżałe korniszony domów wielorodzinnych – stanowczo za małych, by nazywać je blokami, i położonych za daleko na północ, by zasłużyć na miano familoków – po czym odbiła w prawo, gdzie na samym końcu wsi znajdował się niewielki dom jednorodzinny z czerwonym dachem. Przed bramą stał zaparkowany pomarańczowy Golf, a przy nim niecierpliwie kręciła się kobieta po czterdziestce – niewysoka, z krótkimi rudymi włosami, ubrana w ogrodniczki i narzuconą na wierzch kraciastą koszulę. Zerkała to na niebo, to na zegarek, a gdy wreszcie zauważyła zbliżającą się Zuzę, westchnęła z ulgą.

– No, zdążyła pani. – Prawie rzuciła w Zuzę pudłem z książkami, wskoczyła za kierownicę i odjechała, jakby się paliło, a ona była strażaczką.

Pudło okazało się dużo większe, niż się Zuza spodziewała. I zdecydowanie cięższe. Umawiała się z Majką, że ta przyśle jej sześć egzemplarzy do podpisu. Trzy ostatnie tytuły Liliany i takoż Reginy. Teraz, gdy ugięła się pod wielkim pudłem, zaczynała podejrzewać, że tych „parę dodatkowych egzemplarzy”, o których wspominała Majka, było raczej kilkunastoma dodatkowymi książkami. Przeklinając, poprawiła chwyt na pudle. Pod palcami wyczuła miękką śliskość namoczonego kartonu. A papierowa taśma klejąca, choć bardziej ekologiczna od klasycznej, z miejsca przegrywała w starciu z wilgocią.

– Noż kurwa jego mać – mruknęła Zuza.

Gdyby wiedziała, że wysłano jej tak potężny i ciężki pakunek, podskoczyłaby tu autem Agaty. Miała tylko dwa nadgarstki i książkę do napisania, więc nie wpadłaby na to, żeby nieść ciężkie pudło półtora kilometra. Ale to nie tak, że miała wielki wybór, prawda?

Ruszyła z powrotem, próbując balansować kartonem tak, by część ciężaru przenieść na biodra i brzuch, a ostry kant nie ugniatał miednicy.

A ponieważ nieszczęścia najwyraźniej lubią chodzić parami, po parunastu krokach poczuła pierwsze krople deszczu na twarzy.

– Nie rozpada się, przejdzie bokiem – zaklinała rzeczywistość.

Niestety już chwilę później deszczyk zmienił się płynnie w oberwanie chmury, podobne do tego nocnego. Lunęło gwałtownie i intensywnie. W dwie minuty Zuza była przemoczona, włosy kleiły się jej do twarzy, ograniczając pole widzenia, a adidasy błyskawicznie przemokły, gdy ulica zmieniła się w wartki potok. Do tego ten przeklęty karton nasiąkał wodą i z każdą sekundą robił się cięższy!

Zuza, sapiąc, ruszyła do biegu, choć rogi kartonu boleśnie obijały jej miednicę. Byle dotrzeć do przystanku autobusowego i schronić się przed największą ulewą! Dopadła wiaty jak szalupy ratunkowej. Nigdy aż tak nie doceniała małej architektury wiejskiej jak teraz, gdy kawałek wygiętej w łuk pleksi dzielił ją od nawałnicy. Cofnęła się najdalej, jak się dało, i postawiła pudło na wątłej ławeczce, bo z krawędzi daszku spadał prawdziwy wodospad, który rozbijał się tuż obok w głębokiej kałuży i chlustał na boki.

– Jak tak dalej pójdzie, zamiast remontować Poloneza Niny, lepiej będzie zainwestować w arkę – mruknęła.

Na dodatek robiło się coraz zimniej, jakby ulewa przywołała front z Syberii. Mokre doszczętnie ciuchy lepiły się do ciała. Zuza patrzyła ponuro na swoje posiniałe nogi, pokrywająca je gęsia skórka upodabniała je do świeżo oskubanego kurczaka.

Deszcz ani myślał ustać. Zuza już zaczęła się zastanawiać, czy sytuacja uzasadnia podjęcie drastycznych środków, jak zadzwonienie do Agaty i obudzenie jej prośbą o podwózkę, gdy nagle pole widzenia przysłoniła jej wysoka, ciemna sylwetka. Zuza odruchowo cofnęła się, uderzając tyłkiem o karton.

Mężczyzna, bo oczywiście to musiał być mężczyzna, nie od razu ją zauważył. Odwrócony do Zuzy szerokimi plecami, odgarniał z twarzy kręcone włosy i otrząsał się z wody jak seter irlandzki. A ona miała zaskakująco interesujący widok na długie, umięśnione nogi i kształtnie uformowane pośladki, okryte jedynie szortami. Lekki syntetyczny materiał świetnie sprawdzał się w czasie biegania, ale mokry oblepiał wszystko, nie pozostawiając wiele pola dla wyobraźni. Koszulka z lycry była równie szczodra, podkreślając wyrzeźbione mięśnie i szerokie barki. Jesteśmy kwita, pomyślała Zuza, zerkając w stronę ciemnego nieba.

Do mężczyzny dopiero po chwili dotarło, że nie jest pod wiatą sam. Może usłyszał, jak zassała powietrze, może dobiegło go szurnięcie buta o żwir – tak czy inaczej, odwrócił się gwałtownie.

– Zuza? – Wyglądał na szczerze zaskoczonego.

Cóż, ona była znacznie bardziej zaskoczona. W jednej chwili pojęła, że przez ostatnią minutę (która zdawała się trwać co najmniej kwadrans!) podziwiała anatomię dobrze znajomego przecież ciała. Jakim cudem on ukrywał taką sylwetkę pod codziennymi ciuchami?

– Cześć, Szymek – wykrztusiła, czując, jak policzki zaczynają palić ją żywym ogniem.

Nagle wcale nie było jej zimno. Zwłaszcza że Szymek – dzielnicowy Boberek – odwrócił się do niej, a biały przód jego cholernej koszulki okazał się jeszcze bardziej przejrzysty niż tył.

Zacisnęła powieki, by nie przyłapał jej na sprawdzaniu, czy przód szortów jest równie niedyskretny.

– Hej, wszystko w porządku? – zapytał i odruchowo zrobił krok w jej stronę.

– Tak, tak, tylko mokro – bąknęła, odgarniając z twarzy mokrutkie pasma włosów. Jej zwykle sprężyste fale teraz wisiały ciężko, klejąc się do ciała sporo poniżej piersi. Co, jak nagle odkryła, mogło być błogosławieństwem, bo jej biała muślinowa koszula zapewne igrała z nią niemniej niż szorty z Szymkiem.

– Znikąd ten deszcz! A przecież sprawdzałem prognozę, zanim wyszedłem pobiegać – rzucił dzielnicowy, przyglądając się Zuzie z uwagą. Coś w jej spłoszeniu go zaniepokoiło, jednak nie naciskał.

– Ja nawet nie sprawdzałam. Wyskoczyłam tylko na chwilę i zaraz miałam wracać. Nie masz może pontonu? Bo jeśli to potrwa jeszcze trochę… – mruknęła.

– A nawet mam, w domu. Niby niedaleko, ale wolałbym przeczekać najgorsze – zażartował.

Skinęła głową i odsunęła się lekko, by nie mieć na linii wzroku tego cholernego sześciopaka. Czemu nawet nie pomyślała, że pod mundurem kryje się sześciopak?! I jakim cudem mimo ulewy zrobiło jej się sucho w ustach? I te loczki na skroniach! To był zamach na jej trzeźwy osąd! Owszem, przez ostatnie miesiące zauważała, że włosy mu urosły, ale na co dzień zaczesywał je do tyłu z odrobiną żelu. A teraz stał przed nią jak Clark Kent, który nieoczekiwanie zdjął okulary.

– Zuza, na pewno wszystko dobrze? – zapytał znowu.

– Jasne, a co?

– Mamroczesz.

Przeklęła pod nosem i przyłożyła zimne dłonie do policzków.

– Za mało spałam – przyznała. – Nawet nie dopiłam kawy. Wszystkiemu winien kurier. Kusi mnie, by znów coś zamówić, tylko po to, żeby mu nawymyślać, jak już w końcu trafi pod właściwy adres.

Opowiedziała mu o porannej farsie z rzekomo dostarczoną paczką.

– Ta szutrówka to ich pięta achillesowa – przyznał Szymon. Ale wciąż patrzył na Zuzę, jakby próbował wyczytać coś z jej twarzy.

Czemu nagle nie potrafiła spojrzeć mu w oczy? Zwykle nie miała z tym problemu. Widywali się regularnie: służbowo – bo jej współlokatorki miały wyjątkowy talent do odnajdywania zwłok – i prywatnie, odkąd jedna z nich spotykała się z bratem jego najlepszego kumpla. Nagle, jakby czytał jej w myślach, zapytał:

– Chyba nie ukrywacie jakiegoś nowego trupa?

Wyraźnie odetchnął, kiedy wybuchnęła śmiechem.

– Zero trupów, słowo daję. – Uniosła dwa palce jak do przysięgi.

– Na pewno?

– Jedyne ciało, które zaprząta moją uwagę, jest całkiem żywe – wypaliła i utkwiła wzrok w tej przeklętej klacie oblepionej jasną tkaniną.

Jeśli sądziła, że go zawstydzi, myliła się. Szymek roześmiał się tak głośno i szczerze, że aż oparł dłonie na kolanach. Wreszcie się wyprostował, wciąż rozbawiony, i rzucił:

– To ten moment, kiedy powinienem powiedzieć, że oczy mam tutaj? – Wskazał palcem wspomniane oczy.

Jakby to cokolwiek pomagało. One były równie niebezpieczne, a okalające je mokre rzęsy jeszcze dłuższe i ciemniejsze niż zazwyczaj, przez co wyglądał… cóż, zbyt dobrze. Znowu zasłoniła policzki dłońmi.

Co się z nią działo? Od lat nie płoniła się jak nastolatka, od tego były bohaterki Liliany Mist. Czy teraz, gdy pożegnała się, przynajmniej na jakiś czas, ze swoim alter ego, sama zacznie reagować jak debiutantki, których perypetie opisywała? Cofnęła się o krok i opadła na ławkę. Zbyt energicznie. Ławka, stara i chybotliwa, już i tak obciążona kartonem z książkami, nie wytrzymała. W jednej chwili Zuza poczuła pod pośladkami chropowatą deskę, a w następnej…

– Zuza! – Szymon rzucił się do przodu, ale nie zdążył jej złapać, zanim grzmotnęła tyłkiem o żwir.

– Nic mi nie jest – jęknęła, choć kość ogonowa zaprotestowała ostrzem bólu.

Zanim Szymon pomógł jej wstać, ławka kompletnie się poddała, a karton runął na ziemię z głośnym łupnięciem. I niepokojąco mokrym mlaśnięciem do kompletu. Przemoczony spód puścił, otwierając się jak wrota piekieł.

Zuza padła na kolana, by ratować książki przed zamoczeniem. Odetchnęła z ulgą – były zafoliowane w paczkach po pięć sztuk. Trzydzieści… No tak, Majkę poniosło. Nic dziwnego, że karton ważył tonę. Odwróciła go do góry nogami, poukładała pakunki w środku i spojrzała na ławkę: wsporniki wisiały pod absurdalnym kątem, a z podgniłej deski sterczały śruby.

– To nie był wandalizm – zapewniła stanowczym tonem.

– Poświadczę, że nie było zamiaru, a winę ponosi wyłącznie zaniedbanie gminy – zapewnił Szymon. – Od dwóch lat czekamy na odświeżenie przystanku.

– Dobrze, że to tylko ja, a nie jakaś biedna staruszka. Usiadłaby i nieszczęście gotowe.

Parsknął śmiechem.

– Miejscowi wiedzą, że lepiej tu nie siadać – przyznał.

– No ja też już wiem. Nie żeby wciąż było na czym.

Zerkała na karton leżący na mokrym żwirze. Ile czasu zajmie wodzie spenetrowanie i jego? Za mało. Foliowe zgrzewki były niezłym rozwiązaniem, ale po bokach miały spore dziury, przez które woda mogła dostać się do zawartości. A jeśli pudło rozleci jej się po drodze, nie zdoła przenieść wszystkich egzemplarzy pod pachami.

Wyciągnęła komórkę z kieszeni (na szczęście kość ogonowa przyjęła siłę upadku, oszczędzając ekran telefonu) i wybrała numer Agaty. Ta najwyraźniej miała wyciszony telefon, bo nie odebrała nawet po dwudziestu sygnałach. Zuza przymknęła oczy, szukając rozwiązania. Wybrała numer Niny, ale rezultat był identyczny. Oczywiście. Tylko ona wciąż zapominała wyciszać telefon na noc i dlatego Majka mogła ją wyrwać ze snu. Sfrustrowana schowała komórkę do kieszeni i wgapiła się w ścianę deszczu, który ani myślał ustać.

– Znowu mamroczesz – zauważył uczynnie Szymek.

– Tylko myślę – mruknęła. Czemu nikt jej nigdy nie powiedział, że najwyraźniej myślenie automatycznie przechodzi w mamrotanie?

– Nad czym?

– Jak przetransportować karton książek w taką pogodę. Dziewczyny jeszcze śpią… Daleko stąd do ciebie do domu? – zapytała po chwili.

Powoli pokręcił głową, jakby się zastanawiał, co Zuza kombinuje.

– Mogłabym zostawić u ciebie ten karton, pobiec po auto i wrócić nim do ciebie…

– Możesz też poczekać chwilę, a ja skoczę po transport i cię odwiozę – zaproponował.

– Nie wiem, czy rower wiele pomoże… ale jeśli masz jakąś względnie wodoodporną torbę, to może się uda – przyznała.

Parsknął.

– Możesz też zaliczyć jazdę radiowozem, w ramach sąsiedzkiej przysługi i na chwałę researchu – powiedział.

– Jak ja lubię, że rozumiesz implikacje tego, że wszystko jest researchem – zażartowała.

A chwilę później patrzyła, jak biegnie w tym samym kierunku, z którego przyszła, niosąc karton. I być może dłużej, niż wypadało, przyglądała się pracy tych czworogłowych, dwugłowych i ilu tam jeszcze było „-głowych” mięśni, napinających się pod wilgotnym materiałem, gdy dzielnicowy Boberek biegł w strugach deszczu.

– Kto by pomyślał – mruknęła do siebie. – Widać w Zapadłem nie tylko stare domy mają swoje tajemnice.

Dziewczyny jej nie uwierzą. Sama miała wrażenie, że to może być tylko sen, bardzo miły, choć zaskakująco mokry – i nie w ten przyjemny sposób.

Zagadka martwego wydawcy

Copyright © by Aneta Jadowska 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Kornelia Dąbrowska, Jagoda Kubiesza, Katarzyna Myszkorowska

Projekt typograficzny i skład – Kasia Kotynia

Okładka – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788384064528

ISBN mobi: 9788384064511

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Strony tytułowe

Spis treści

Spis książek Anety Jadowskiej

Dedykacja

1. Małe szczęścia z domieszką trupów

2. Ranking drastycznych śmierci Krzysia Zdzisia

3. Mężczyzna gotowy na każde wyzwanie

4. Harmonia stukotu

5. Czasami kurier nie dzwoni nawet raz

Strona redakcyjna

Reklama

Punkty orientacyjne

Spis treści