Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
72 osoby interesują się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Tenant
Copyright © 2025 by Freida McFadden First published by Poisoned Pen Press, an imprint of Sourcebooks Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Pawlik, 2026
Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Karolina Guzik
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński
Projekt okładki i strony tytułowe: Tomasz Majewski
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68692-85-3
CZWARTA STRONA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla mojej pierwszej współlokatorki, która ustawiała budzik na trzecią nad ranem, by wstać i się uczyć, a potem włączała drzemkę. Dwa razy.
Wybaczam Ci.
Sześć miesięcy temu ktoś stał dokładnie w tym samym miejscu – na dwudziestym piątym piętrze wieżowca, w którym znajdowały się biura Coble & Roy, firmy marketingowej na Manhattanie, w której pracuję – i próbował skoczyć.
Na jego nieszczęście (lub szczęście) okna uchylały się tylko na jakieś siedem centymetrów, co nie jest wystarczającą szczeliną, przez którą może się przecisnąć dorosły człowiek. Usiłował uchylić okno szerzej, żeby wcisnąć swoje ciało w szparę, ale bez powodzenia. Ochrona zatrzymała go, zanim zleciał dwadzieścia pięć pięter w dół na spotkanie śmierci, i teraz znajduje się w jakimś ośrodku na odludziu w stanie Nowy Jork, gdzie zbiera stokrotki albo śpiewa piosenki, lub jest poddawany terapii szokowej, czy jakie tam metody stosują w takich miejscach.
A ja dostałem jego posadę.
Chciałem tej pozycji. Marzyłem o niej, odkąd zacząłem tu pracować. To świetne stanowisko. Wszyscy się o nie zabijali, odkąd Quigley postanowił zanurkować głową w betonie. A teraz jest moje.
A mój nowy gabinet? Jest fenomenalny. Skórzany fotel doskonale dopasowuje się do kształtu mojego kręgosłupa i kosztował więcej niż mój pierwszy samochód. Brązowa skórzana sofa pasuje idealnie do peruwiańskiego regału z drewna orzechowego, który z kolei ma taki sam odcień jak biurko stojące w centralnej części pomieszczenia, jakby ktoś wyrzeźbił je z tego samego kawałka drewna.
Ale najlepsza ze wszystkiego jest plakietka stojąca na biurku, grawerowana złotymi literami: Blake Porter, wiceprezes.
Spoglądam przez okno na panoramę Nowego Jorku zdobioną legendarnymi drapaczami chmur. Gdy byłem dzieckiem dorastającym w Cleveland, najbardziej na świecie chciałem zobaczyć Empire State Building, a teraz patrzę na niego każdego dnia. Opuszczam wzrok na ulicę, gdzie dwadzieścia pięć pięter niżej ludzie kręcą się jak mrówki, a samochody wyglądają jak resoraki, na które moja matka polowała dla mnie na wyprzedażach garażowych.
Jaki kretyn rzuca się z okna, skoro ma taki gabinet? Co za idiota.
Nie był w stanie znieść presji. Ja jestem.
Na biurku wibruje mój telefon. Odwracam głowę i widzę, że na wyświetlaczu miga imię Krista Marshall. Podchodzę szybko i odbieram. Niektóre połączenia odrzucam, niektóre przyjmuję, ale kiedy dzwoni Krista, odbieram ZAWSZE.
– Hej, skarbie – rzucam do słuchawki.
– Dzień dobry, panie wiceprezesie. – Krista chichocze.
Rany, nie znudzi mi się to jeszcze przez co najmniej cały następny tydzień.
– Więc jak sobie radzisz? – pyta.
Rzucam okiem na stos dokumentów piętrzący się na moim biurku, z którym może rywalizować tylko jakieś sto maili czekających na mnie w skrzynce odbiorczej. Kiedy idę do łazienki, po powrocie znajduję dwadzieścia nowych. A ja naprawdę szybko sikam.
Ale wiecie co? Mnie to pasuje. Awansowałem z działu marketingu na wiceprezesa, ponieważ potrafię sobie z tym poradzić. Ponieważ na to zapracowałem. Masz robotę na tydzień, którą musisz zrobić w godzinę? Świetnie. Dawaj mi to.
– Bardzo dobrze – odpowiadam.
– Będziesz w domu za parę godzin? – chce wiedzieć Krista. – Mam zamówić chińszczyznę?
Już prawie osiemnasta, a ja nawet nie zbliżam się do końca. Ale w ciągu ostatniego miesiąca niemal codziennie wracałem do domu tylko po to, żeby zjeść zimne żarcie na wynos albo batonik proteinowy i paść na łóżko. Zamykam oczy i wyobrażam sobie moją narzeczoną z włosami w kolorze rudego blondu związanymi w wysoki kucyk i w czarnych legginsach idealnie dopasowanych do jej talii, czekającą na mnie w salonie naszego mieszkania na Upper West Side, znajdującego się w charakterystycznym dla Nowego Jorku budynku z czerwonobrunatnego piaskowca, który pieszczotliwie nazywamy kamienicą.
Dwa miesiące temu zadałem Kriście to ważne pytanie, sprezentowawszy jej diament, od którego, mam nadzieję, zakręciło jej się w głowie. Od tamtej pory nie mam czasu nawet na porządne zaczerpnięcie tchu. Nie wyprawiliśmy przyjęcia zaręczynowego, o jakim marzyła, nie byliśmy nawet na zaręczynowej kolacji. Ona zasługuje na więcej.
– Żadnego jedzenia na wynos – postanawiam. – Wracam wcześniej.
– Serio?
Czuję się dotknięty faktem, że jest tym zdumiona.
– Tak. I zabieram cię na kolację.
– Blake – protestuje łagodnie. – Nie musisz tego robić. Rozumiem, że musisz pracować.
– Ty jesteś ważniejsza. – Mój głos jest stanowczy. To ten ton, któremu ludzie nie odważają się sprzeciwiać. – Wychodzimy na kolację i to będzie jakaś świetna restauracja, więc lepiej szykuj miejsce w żołądku. Będę przed wpół do ósmej.
Wydaje się taka szczęśliwa. A praca poczeka na mnie do jutra. Poza tym mam laptop, który mogę otworzyć, gdy ona zaśnie.
Kocham moje życie domowe z Kristą. Gdy miałem dwadzieścia pięć lat, pomysł zamieszkania z kobietą wydawał mi się niewyobrażalny, ale jest świetnie. Właściwie jest tak dobrze, że postanowiliśmy wziąć zwierzaka domowego, co do którego zgodziliśmy się, że będzie próbą generalną przed naszym wspólnym dzieckiem. Myśleliśmy o kocie lub psie, ale nie byliśmy w stanie podjąć się takiego zobowiązania, więc skończyło się na złotej rybce. Nazwaliśmy ją Goldy. Jasne, rybki akwariowe nie są może zbyt przytulaśne, ale ja już się do niej przywiązałem.
Jednak muszę znaleźć balans pomiędzy pracą a życiem domowym. Potrzebowałem tego awansu, żeby zapewnić Kriście i mnie życie, o jakim marzyliśmy – na jakie ona zasługuje – i które, miejmy nadzieję, okaże się lepsze niż to, jakie miała moja mama. Potrzebowałem go, by opłacać hipotekę, bo raty kredytu pochłaniały niemal całą moją wypłatę.
W dzieciństwie nie miałem nic i nienawidziłem tego. Mój ojciec jest właścicielem niewielkiego sklepu z narzędziami i wiecznie wypruwał sobie żyły, żeby utrzymać się na powierzchni, więc ja podjąłem kroki, by zapewnić sobie zupełnie inne życie. Przysięgłem sobie, że nigdy nie będę musiał się martwić o to, czy nie odetną mi prądu.
Wsuwam telefon do kieszeni moich szytych na miarę spodni. Dokończę parę niecierpiących zwłoki spraw i spadam stąd. Ale nim siądę znów przy biurku, po raz ostatni rzucam okiem na panoramę za oknem. Widzę swoje niewyraźne odbicie w szybie. Jestem wysoki, mam prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, brązowe włosy, które zawsze strzygę na bardzo krótko, ponieważ mają denerwującą tendencję do kręcenia się, dołeczek w brodzie i ciemnobrązowe oczy, które są osadzone nieco zbyt blisko siebie, ale ludzie mówią, że są „intensywne”, co biorę za komplement.
– Blake?
Odrywam wzrok od widoku za oknem. Sekretarka szefa, Stacie, stoi w otwartych drzwiach mojego gabinetu z dłonią zwiniętą w pięść, gotowa do zapukania we framugę, by przykuć moją uwagę. I dostaje ją. O tak, w tej spódniczce... święci pańscy, jasne, że ją dostaje.
– Hej – rzucam. – Co tam, Stacie?
– Wayne chce z tobą rozmawiać.
Zerkam na zegarek. Trochę za późno na spotkanie.
– Teraz?
– Powiedział, że w tej chwili.
Nie patrzy mi w oczy jak zazwyczaj. Przygląda się orientalnemu dywanowi leżącemu na podłodze, jakby to była najbardziej interesująca rzecz, jaką kiedykolwiek widziała. To dziwne, myślę sobie.
– Okej – mówię. – Zaraz będę.
Odwracam się od okna i wychodzę za Stacie z gabinetu, nie przeczuwając nawet, że za pięć minut całe moje życie się rozpadnie.
Wayne Vincent jest moim szefem od dziesięciu lat, odkąd skończyłem studia na NYU.
To on mnie zatrudnił. Wszystko, co wiem na temat marketingu, zawdzięczam Wayne’owi. Nauczył mnie, jak rozwijać kampanie. Jak organizować budżet. Jak analizować rynek i konkurencję. W czasie, w którym go znam, miał już dwie żony, przybrał i zrzucił jakieś dwadzieścia kilogramów i wspólnie skonsumowaliśmy całą cysternę alkoholu.
A teraz wygląda na wściekłego.
Siedzi za swoim mahoniowym biurkiem – co najmniej połowę większym od mojego – i wbija we mnie wzrok, gdy wchodzę do jego gabinetu. Kiedy waham się w drzwiach, wskazuje palcem na krzesło przed biurkiem i warczy:
– Siadaj.
Nie mam pojęcia, o co chodzi. Jestem na tym stanowisku od tygodnia i dobrze sobie radzę. Nie, radzę sobie świetnie. Więc cokolwiek jest na rzeczy, to na pewno jakaś bzdura. Mimo to czuję, że zaczynam się denerwować.
Jednak nawet jeśli się myli, jest moim szefem, więc siadam na wyściełanym miękkim aksamitem krześle naprzeciwko niego.
– Wszystko w porządku, Wayne?
Krzyżuje swoje przypominające balerony ręce na piersi, tylko częściowo zakrytej przez drogi garnitur, który ma na sobie.
– Ty mi powiedz, Porter.
Zwrócił się do mnie po nazwisku. On nigdy nie zwraca się do mnie po nazwisku.
– Pracuję nad kampanią Clemente – zaczynam. – Do piątku będę miał już wstępny projekt. Albo do czwartku, jeśli potrzebujesz wcześniej. Sen jest dla słabych.
Wtedy on mówi coś, co wprawia mnie w osłupienie.
– Wyniosłeś kampanię Hendersona.
– Ja... Co?
Widzę, jak skóra jego głowy prześwitująca przez rzednące włosy robi się różowa.
– Przekazałeś naszą kampanię, WSZYSTKO, konkurencji. Pozwoliłeś im ją nam ukraść, ty zdradziecki dupku.
CO? Opada mi szczęka.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
– Wiem, że to zrobiłeś, Blake. – Pulsuje mu szczęka. – Chcę tylko wiedzieć, z kim się dogadałeś i ile ci za to zapłacili.
– Wayne...
– ILE, Porter?
– Wayne. – To musi być nieporozumienie. Odchrząkuję. – Przysięgam, że nigdy bym...
– Pierdolenie. – Spada na mnie kropelka jego śliny, gdy cedzi to słowo. – Jesteś zwolniony, Porter. Spakuj swoje graty i wynoś się stąd.
CO?
– Wayne! – Zrywam się z łomoczącym w piersi sercem. – Chyba nie myślisz poważnie, że mógłbym zrobić coś takiego firmie. Tobie. Nie wiem, dlaczego uważasz, że mógłbym...
– Powiedziałem: wynocha.
Po pogardliwym spojrzeniu w jego oczach poznaję, że to nie jest jakiś okrutny żart. Nikt nie wyskoczy z szafy z tortem, żeby pogratulować mi awansu. On jest śmiertelnie poważny. Chce, żebym zszedł mu z oczu. Po dekadzie lojalnej pracy zostaję zwolniony. Tak po prostu.
Pod moimi pachami pojawiają się plamy zimnego potu.
– Czy możemy, proszę, o tym porozmawiać?
– Wynoś. Się. – Podnosi słuchawkę telefonu stojącego na biurku, a drugą ręką wciska guziki. – Dzwonię po ochronę, żeby wyprowadzili cię z budynku.
To się dzieje naprawdę. Straciłem nie tylko awans, ale i pracę. Co się tu, do diabła, dzieje? To musi być jakieś nieporozumienie.
– Okej. – Wstaję z uniesionymi rękami. – Pójdę, ale... może przedyskutujemy to później.
Wyraz twarzy Wayne’a mówi mi, że nigdy nie będziemy już o tym dyskutować.
– Po prostu się wynoś. I zapomnij o odprawie po tym, co zrobiłeś. I nawet nie myśl o ubieganiu się o zasiłek dla bezrobotnych. Oskarżę cię o kradzież, ty gnido.
Kręcę tylko głową, nie znajdując słów odpowiedzi na to wszystko.
Chociaż jest już osiemnasta, praktycznie wszyscy są jeszcze w biurze, więc słyszeli każde słowo. Wychodząc, mijam biurko Stacie, a ona znów odwraca ode mnie wzrok.
– Stacie – zwracam się do niej.
– Przykro mi, Blake – mamrocze, nie odrywając oczu od ekranu monitora. – Nie mogę nic zrobić.
Aha, więc tak to będzie wyglądało. Do diabła z nimi wszystkimi. Znajdę sobie pracę dziesięć razy lepszą niż ta.
Upokorzony wracam do swojego gabinetu, podczas gdy moi współpracownicy aż huczą od plotek trzy metry za moimi plecami. Chad Pickering będzie najszczęśliwszy z nich – myślał, że awans będzie jego, a to ja go dostałem. Ale nie tylko on będzie świętował.
Co mam powiedzieć? Jeśli chce się iść do przodu, trzeba sobie zrobić kilku wrogów.
Kiedy wchodzę do gabinetu – MOJEGO gabinetu – dociera do mnie, że nie mam wielu rzeczy, które mogę ze sobą zabrać. Zdjęcie Kristy w ramce. Pióro, które dostałem od dziadka w prezencie za ukończenie studiów – był taki dumny, że jako pierwszy w naszej rodzinie skończyłem college.
I jestem też pewien, że mogę zabrać plakietkę z napisem Blake Porter, wiceprezes. Nikomu tutaj się nie przyda.
W przypływie impulsu chwytam ją z biurka i rzucam o ścianę z taką siłą, że robi się wgłębienie w tynku. Tabliczka upada na podłogę złamana na pół. Całe biuro zamilkło, oglądając moje małe przedstawienie. A niech patrzą. Przynajmniej nie złamałem sobie ręki, waląc w ścianę, jak ten kretyn Craig Silverton, po tym jak stracił klienta, tego Robertsa.
Podchodzę do okna, by po raz ostatni spojrzeć na panoramę. Opieram czoło o chłodną taflę, nie przejmując się już tym, że zostawię ślady.
I po raz pierwszy rozumiem mojego poprzednika. Ponieważ nie miałbym nic przeciwko, gdyby szyba pękła i poleciałbym sto metrów w dół na pewną śmierć.
Jestem bezrobotny od sześćdziesięciu dwóch dni.
Nie żebym liczył.
Wracam do domu po dwugodzinnym joggingu, przed którym jeszcze przez godzinę podnosiłem ciężary. Zostały mi dwa miesiące członkostwa na siłowni i zamierzam je wykorzystać do cna. Krista skomentowała, że to niezdrowe, żeby codziennie godzinami ćwiczyć, ale hej, jak to? Przecież to ćwiczenia. Są zdrowe z samej definicji.
A poza tym muszę dbać o kondycję, która będzie mi potrzebna, gdy znajdę nową pracę.
Kiedy wchodzę do środka, jestem cały oblepiony potem, a T-shirt przywiera mi do skóry. Sierpień w Nowym Jorku to najgorszy czas na bieganie z powodu okropnej wilgotności powietrza, ale i tak to robię. Lubię sprawdzać swoje granice. Co najgorszego może się stać? Padnę z wycieńczenia?
Naprawdę nie możemy sobie pozwolić na włączanie klimatyzacji, ale cieszę się, że pracuje, gdy zaczerpuję tchu w salonie. Do moich nozdrzy dolatuje zapach cynamonu i zaczyna burczeć mi w brzuchu. Jadłem dziś tylko energetyczne śniadanie (trzy jajka na twardo) i umieram z głodu.
Wchodzę do kuchni, gdzie Krista właśnie wyciąga blachę z ciasteczkami z pieca. Ogląda się na mnie przez ramię i uśmiecha się.
– Cynamonki? – pytam.
Potakuje i odstawia blachę na ladę kuchenną, tuż obok antycznego metalowego zegara, który kupiliśmy w zeszłe wakacje na pchlim targu. Cynamonki, czyli maślane ciasteczka cynamonowe, są jej specjalnością – jej popisowym wypiekiem. To właśnie robi, gdy jest szczęśliwa, znudzona albo wyjątkowo zestresowana – piecze.
Pozwólcie, że opowiem wam co nieco o ciasteczkach Kristy. Kiedy wkłada się je do ust, brzegi są chrupiące, ale środek miękki i natychmiast rozpuszczają się na języku, zostawiając po sobie doskonałą kombinację smaku cynamonu, cukru i masła. Upiekła je dla mnie na naszej pierwszej randce i częściowo to dzięki nim się w niej zakochałem. Wiedziałem, że w kobiecie, która potrafi upiec takie pyszności, musi być coś wyjątkowego.
Nauczyła się je piec od swojej matki, którą spotkałem raz, kiedy przyleciała z Idaho, i jest dokładnie takim typem kobiety, po której spodziewasz się, że będzie piekła pyszne ciasteczka. Kiedy prosiłem Kristę, żeby za mnie wyszła, wyobrażałem sobie, że pewnego dnia będzie piekła te ciasteczka dla naszych dzieci, tak jak jej mama piekła je dla niej.
Takiego życia pragnąłem. Z nią.
Sięgam po ciastko, ale ona klepie mnie w dłoń.
– Są wrzące, prosto z pieca! – beszta mnie. – Weź prysznic i jak skończysz, będą akurat do jedzenia.
Nie znosi, kiedy jestem spocony po bieganiu, co mnie wcale nie dziwi.
– Dooobra.
Idę na górę i rozbieram się z przepoconego T-shirta i szortów. Odkręcam lodowatą wodę i wchodzę pod strumień. Słyszałem, że tylko psychopaci biorą lodowate prysznice, ale ja jestem od nich uzależniony, kąpię się tak już od czasów college’u. Daje mi to dodatkową porcję adrenaliny, którą mam już w sobie po ćwiczeniach.
Gdy jestem już czysty i przebrany, schodzę na dół, a burczenie w moim brzuchu się nasila. Po drodze mijam Goldy, która pływa zadowolona w swoim okrągłym akwarium. Wrzucam jej szczyptę jedzonka, chociaż Krista twierdzi, że ją przekarmiam. Nie znoszę myśli, że może być głodna.
Krista wychodzi z kuchni z talerzem ciasteczek cynamonowych. Zanosi je do kanapy, a ja idę za nią jak posłuszny piesek. Stawia talerz na stoliku kawowym i siada na kanapie, chowając jedną nogę pod siebie, jak ma w zwyczaju. Zajmuję miejsce obok niej i sięgam po ciastko.
Jest przepyszne, jak zawsze.
– Jakieś nowiny w sprawie pracy? – pyta mnie.
Byłem głupi, gdy myślałem, że od razu uda mi się znaleźć pracę w marketingu. Po tym, jak Wayne nagadał o mnie na mieście, możecie sobie wyobrazić, że nikt nie pałał chęcią do zatrudnienia mnie na jakiekolwiek stanowisko. Miałem zdecydowanie zbyt duże kwalifikacje na pozycje, na które aplikowałem, a oferowane wynagrodzenie było jedną czwartą tego, co zarabiałem przed awansem. Nie dostałem nawet żadnej odpowiedzi.
– Jeszcze nie – odpowiadam, starając się nie brzmieć na tak pokonanego, jak się czuję.
Jednak Krista i tak wyczuwa to w moim głosie i nachyla się, by mnie przytulić.
– Tak jest dobrze? – szepcze mi do ucha.
– Ósemkę poproszę – mówię.
Ściska mnie mocniej. To taki nasz mały system, który wypracowaliśmy na samym początku związku. Jakoś tuż po tym, jak zaczęliśmy się spotykać, Krista miała okropny dzień w pracy i kiedy zobaczyliśmy się wieczorem i opowiedziała mi o nim, nachyliłem się, żeby ją przytulić. Gdy zaczęła narzekać, że nie przytulam jej dość mocno, wymyśliliśmy dziesięciostopniową skalę, by określić, jak mocnego przytulasa potrzebujemy w zależności od tego, jak beznadziejnie się czujemy w danym momencie. Wiem, wiem, jesteśmy tak słodcy, że chce się wam rzygać.
Przez dobrą minutę trwamy w tym uścisku, który oscyluje w granicach ósemki lub dziewiątki. Kriście świetnie idzie zgadywanie, jakiego mocnego uścisku potrzebuję w danym momencie.
Ale oczywiście kiedyś musi się skończyć. Kiedy się ode mnie odsuwa, ma zatroskany wyraz twarzy i zmarszczone brwi.
– Ale masz pieniądze na kolejną ratę kredytu? – pyta łagodnie.
Mam – ledwie. Jednak po zapłaceniu tego będę już spłukany. Nie będę w stanie spłacić kredytu i stracę to mieszkanie. I chociaż jest zapisane na moje nazwisko, a nie Kristy, ona też będzie bezdomna. Staram się o tym nie myśleć.
– Jest ciężko – przyznaję.
– Mogę dokładać się więcej – proponuje, choć wiem, że sama niewiele ma.
Krista pracuje w pralni kilka przecznic stąd. Tak się poznaliśmy. Przyniosłem garnitur i kiedy zobaczyłem ją za ladą, nagle dotarło do mnie, że niewystarczająco często piorę swoje garnitury. Wpadałem dwa lub trzy razy w tygodniu i zostawiałem małą fortunę w pralni chemicznej tylko po to, żeby porozmawiać z nią przez kilka chwil, gdy odbierałem lub oddawałem rzeczy.
Nie uderzyłem do niej od razu, ponieważ byłem wtedy w związku. Umawiałem się z dziewczyną o imieniu Gwen, ale nienajlepiej nam się układało i robiło się coraz gorzej. Więc następnego dnia po zerwaniu z Gwen poszedłem do pralni i zaprosiłem Kristę na kolację.
– Znajdę coś – obiecuję.
Unosi jedną ze swoich jasnobrązowych brwi.
– Czyżby?
Krzywię się.
– Nie będę wiecznie bezrobotny, Kristo. Coś się w końcu pojawi.
W końcu coś znajdę – muszę – ale nie będę zarabiał tyle, co w ostatniej pracy, nawet ułamka tej kwoty. Będę musiał poszerzyć pole poszukiwań.
Cholera, nadal nie mogę w to uwierzyć. Sześćdziesiąt dwa dni temu miałem wszystko. Jak to się mogło tak szybko rozpaść? Dzwoniłem do Wayna dziesiątki razy, ale nie odbierał. Wydaje mi się, że moje maile wpadają do spamu.
– Chcę ci coś zaproponować – mówi Krista, zmieniając pozycję na kanapie – ale nie mów od razu nie.
Świetnie. Na jaki niesamowity pomysł wpadła? Chce, żebym sprzedał nerkę? Ciekawe, ile w dzisiejszych czasach można dostać za nerkę.
– Okeeej...
– Uważam, że powinniśmy przyjąć pod dach lokatora, dopóki nie staniesz na nogi.
Patrzę na nią szeroko otwartymi oczami. Czy ona mówi poważnie?
– Nie. Nie ma mowy. Nie zamierzam mieszkać z kimś obcym.
– Czemu nie?
Ta sprzedaż nerki nagle nie wydaje mi się już taka bezsensowna, chociaż mogę nie dostać najwyższej stawki z powodu ilości skonsumowanego alkoholu w ciągu ostatniej dekady.
– Bo nie jestem dwudziestoletnim studentem?
Krista marszczy nos.
– Wiesz, że miałam współlokatorkę, zanim zamieszkaliśmy razem.
– I nie znosiłaś jej!
Była współlokatorka Kristy była dyrektorką przedszkola za dnia i piosenkarką amatorką wieczorami. Podczas moich wizyt w tym maleńkim, dwupokojowym mieszkaniu niedaleko Inwood Hill Park jej współlokatorka wyśpiewywała podczas brania prysznica, gotowania, a czasami nawet w połowie zdania.
– Więc znajdziemy kogoś normalniejszego – oznajmia Krista.
– Na Manhattanie? – jęczę. – Przecież tu nikt nie jest normalny. Nie znajdziesz nikogo normalnego.
Śmieje się i sięga po moją rękę, która tylko częściowo jest pokryta cynamonowymi okruszkami.
– Znalazłam ciebie – podkreśla.
Bez komentarza.
Przysuwa się do mnie na kanapie i opiera głowę o moje ramię. Strzepuję resztki cynamonek z koszulki, a potem obejmuję ją i przyciągam bliżej siebie. Co ona nakłada na włosy, że są tak cudownie miękkie? Musi być jakiś magiczny składnik w tym jej dziewczyńskim szamponie, bo to jest wprost niesamowite.
– Nie wiem, co robić, Blake – mruczy mi w szyję. – Wiem, że w końcu coś znajdziesz, ale... martwię się.
No to jest nas dwoje, bejbe.
– Może... – Wyciąga przed siebie lewą rękę, na której w świetle lampy lśni jej diament. – Może powinnam sprzedać pierścionek. To by nam kupiło trochę czasu.
Wciągam powietrze. Nie. Nie chcę, żeby go sprzedawała. To znaczy, pewnie, dzięki temu moglibyśmy odetchnąć przez miesiąc czy dwa, ale mam to gdzieś. Mój ojciec ze swoim nędznym sklepikiem z narzędziami, który odziedziczył po moim dziadku, dał mojej matce pierścionek zaręczynowy z podróbką diamentu, która i tak była żenująco maleńka. Byłem z siebie taki dumny, kiedy dałem Kriście nie tylko prawdziwy diament, ale też taki, którego mogą zazdrościć jej przyjaciółki. Gdyby została zmuszona go sprzedać, żebyśmy utrzymali się na powierzchni...
Nie. Nie pozwolę jej na to.
Obiecałem, że zawsze będę opiekował się Kristą, w zdrowiu i w chorobie. Nie, chwila, to się przysięga, kiedy się bierze ślub. A jeśli nie wyciągnę nas z tej gównianej sytuacji, nigdy do niego nie dojdzie. Nie poślubi mnie, jeśli przeze mnie oboje będziemy bezdomni.
– Okej – zgadzam się. – Weźmy lokatora.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
