Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
36 osób interesuje się tą książką
Nowa seria autora bestsellerowego cyklu z Igorem Brudnym!
Młoda kobieta znika w Bieszczadach. Nie była pierwsza. Jaką tajemnicę kryje pobliski las?
Czyściec – niewielka wieś w Bieszczadach. To tutaj przed laty po raz ostatni widziano siostrę Niny. Sprawa nigdy nie została rozwiązana.
Po latach historia się powtarza. W tym samym miejscu znika kolejna dziewczyna. Nina, dziś dziennikarka, rozpoczyna własne śledztwo. Odkrywa, że zaginięć było więcej, a wszystkie mają związek z jednym miejscem – okolicznym lasem.
Mieszkańcy milczą, jakby coś ukrywali. Jakby wszyscy wiedzieli więcej, niż chcą zdradzić. Każdy ostrzega przed lasem. Każdy powtarza to samo: las zabiera i nie oddaje.
Im bliżej prawdy jest Nina, tym większe grozi jej niebezpieczeństwo. W Czyśćcu nie znika się bowiem przypadkiem…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 307
Copyright © 2026 by Przemysław Piotrowski Copyright © 2026 by Wydawnictwo Czarna Owca
All rights reserved
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redakcja: Jacek Ring Korekta: Ewa Skibińska, Anna Brzezińska, Beata Wójcik Projekt okładki: Piotr Cieśliński (Dark Crayon) Przygotowanie okładki do druku: Magdalena Zawadzka Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 9788383829401
Oli, najmilszej Pani Dyrektor, jaką znam
Mgła wisiała nisko, jakby ktoś ją przybił do ziemi gwoździami.
Dziewczyna szła lasem bez planu, ale z jedną myślą – nie wracać. To wystarczało. Każdy krok był małym kłamstwem wobec domu. Że to tylko spacer, że tylko się przewietrzy, że zaraz zawróci. A przecież wiedziała, że jeśli zawróci, coś w niej pęknie na dobre. Ściółka pod podeszwami cicho skrzypiała. Za cicho. Jakby las tłumił dźwięki, żeby nikt przypadkiem nie usłyszał, że idzie.
Kiedy oznajmiła ludziom, co zamierza, usłyszała:
– To zły pomysł.
– Niech pani tam nie idzie.
– Ten las zabiera i nie oddaje.
Powtarzali to jak mantrę. Baby w chustach, pijaczki sączące wino pod sklepem, kobieta sprzątająca płyty nagrobne. Biedne istoty, myślała. Zabobonni wieśniacy. Głupi ludzie.
I poszła.
Bo i tak już nic gorszego jej spotkać nie mogło. Nic gorszego niż ten skurwiel, ojciec, alkoholik, damski bokser, pieprzony sadysta. Kopnęła leżącą na ścieżce gałązkę, a chwilę później wykrzyczała w przestrzeń cały swój gniew. I żal. I ból. Gwałtownie, jakby chciała wyrzucić z siebie całą zżerającą ją złość. Niewiele to dało.
Zdjęła plecak, wyjęła butelkę i wypiła łyk wody. Usiadła pod drzewem i skryła głowę w dłoniach. W kieszeni miała tylko trochę zaskórniaków, w plecaku parę pajd chleba z serem i ogórkiem, trochę wody, ciuchy na zmianę, pluszowego misia, a w głowie żal i wyrzuty sumienia. Poza tym żadnego planu, żadnego pomysłu, co dalej.
Były tylko drzewa i echo własnej rozpaczy.
I mgła.
Podniosła się i ruszyła dalej. Pomyślała, że może dojdzie do granicy, a po słowackiej stronie jakoś się ułoży. Tam jej nie będą szukać. Może znajdzie jakąś pracę przy obejściu, może ktoś będzie potrzebował opieki, a jak szczęście dopisze, to będzie sprzedawać piwo.
Ta myśl sprawiła, że przyspieszyła kroku. Przystanęła przy dziwnie wyglądającej gałązce. Leżała na środku ścieżki i była zawiązana w supeł. Popatrzyła na nią przez chwilę, podniosła i przytknęła do nosa. Pachniała świeżą żywicą i czymś jeszcze. Czymś, czego nie potrafiła nazwać, ale co budziło w niej szacunek do lasu i jego mieszkańców.
Kilka kroków dalej pień sosny był nacięty. Trzy ukośne kreski, a pod nimi pojedyncza pionowa, jakby ktoś odliczał czas. Dotknęła kory. Cięcie było świeże, w bruzdach błyszczała żywica, gęsta i lepka jak łza.
Palce przykleiły się na moment, a gdy je odciągnęła, poczuła zapach. Ciężki, słodkawy, mdlący. Budzący niepokój. Poczuła chłód, jakby nagle temperatura spadła o kilka stopni. Zawahała się, ale prychnęła i ruszyła dalej. Przed chwilą pomyślała o czymś wyjątkowo niedojrzałym i głupim.
Przypomniała sobie film o grupie przyjaciół, którzy wybrali się do lasu i ich wyprawa zmieniła się w koszmar. Podobno prawdziwa historia, a przynajmniej tak był reklamowany. Wszystkich dopadła wiedźma.
Uśmiechnęła się pod nosem na tę myśl. Bała się wtedy jak diabli, bo miała czternaście lat, a starsi koledzy po raz pierwszy poczęstowali ją skrętem z marihuaną. Nigdy potem już nie zapaliła.
To tylko film, tłumaczyła sobie, brnąc w las głębiej i głębiej. Ale znaki zaczęły się powtarzać. Na jednym drzewie kreski, na drugim rozdarcie kory w kształcie ust, na trzecim przybita do drzewa gałązka.
To nie był przypadek. I nie zrobił tego wiatr ani deszcz. Zrobiły to czyjeś ręce.
Gdy przedramiona pokryły się jej gęsią skórką, wzrok przykuły kolejne figurki. Małe, powyginane z patyków, poskręcane z gałązek, związane sznurkami i włosami. Wisiały na gałęziach na wysokości jej twarzy, kołysząc się delikatnie. Jedna przypominała człowieka z rozczapierzonymi rękami. Druga coś zbyt długiego, zbyt chudego, z głową przechyloną jak u wisielca. Trzecia miała w brzuchu otwór na wylot. Ktoś musiał wyłamać z niej środek palcem.
Przełknęła ślinę, bo obrazy z seansu powróciły. Rozejrzała się wokół, pocierając zmarznięte przedramiona.
– Ktoś robi sobie z ciebie jaja, i tyle – bąknęła, aby dodać sobie odwagi, ale zamiast tego poczuła, że serce bije coraz szybciej.
Mgła zgęstniała. Wilgoć wślizgnęła się pod kołnierz. Usłyszała szczęk własnych zębów.
I wtedy między pniami dostrzegła to coś. Coś dyszącego. Coś z kory, gałęzi i liści. Jakby las uformował sylwetkę i pozwolił jej oddychać.
Zastygła w bezruchu, a gdy to coś zrobiło krok w jej kierunku, krzyk uwiązł jej w gardle.
Zanim poczuła na skórze zimny dotyk, po policzkach popłynęły jej ciepłe łzy.
Artykuł był krótki. Za krótki jak na zaginięcie człowieka.
Zaginiona turystka z województwa mazowieckiego, Klaudia S., lat 22, po raz ostatni była widziana w miejscowości Czyściec (pow. leski) w barze Kukułka. Wyszła wieczorem na spacer w stronę lasu i nie wróciła do pensjonatu. Policja i GOPR prowadzą poszukiwania w okolicach pobliskiego kompleksu leśnego Borek. Osoby posiadające informacje proszone są o kontakt…
I do tego jedno niewyraźne, przepalone zdjęcie.
Nina czytała te zdania trzy razy, jakby w końcu litery miały się ułożyć inaczej. Zaginiona turystka. Spacer w stronę lasu. Nie wróciła.
Zbyt znajome słowa, by je tak zostawić.
Był późny wieczór, jej kawalerka w Warszawie tonęła w półmroku. Laptop stał na wytartym biurku, obok stygła kawa. Za oknem ciągnęły się światła Trasy Łazienkowskiej, białe kreski na mokrym asfalcie. Zwykle lubiła ten widok. Dziś ją drażnił. Kliknęła w miniaturę zdjęcia, powiększyła.
Bar. Drewniane wnętrze, łuna żółtego światła, kilka stolików. Na pierwszym planie dziewczyna z długimi włosami spiętymi w wysoki kucyk – to musiała być Klaudia. Na szyi połyskiwał srebrny wisiorek z wygrawerowanym skorpionem, jak się domyśliła, znakiem zodiaku. Uśmiechała się do kogoś poza kadrem, w ręku trzymała kufel z piwem. Obok ktoś siedział, ale to miejsce było rozmazane.
Nina przesunęła obraz, bardziej z przyzwyczajenia zawodowego niż z nadziei na cokolwiek. W głębi, za barem, znajdowało się lustro. Krzywe, stare, z wytartą ramą. W nim odbijał się fragment sali i czyjaś twarz. Poczuła ukłucie, tuż pod sercem, a chwilę potem przytkało ją, jakby otrzymała cios w splot słoneczny. Przełknęła ślinę, skupiła wzrok. Najpierw zobaczyła tylko zarys. Profil. Potem ślad kosmyka za długiej grzywki opadającej na czoło. I te oczy. Wydawało jej się, że patrzą prosto w obiektyw. Prosto na nią.
– Co, do…?
Nina jeszcze powiększyła zdjęcie, aż piksele zaczęły się rozpadać na kwadraty.
To nie mogła być ona. Niemożliwe.
Linię żuchwy rozpoznawała z setek wspomnień: Maja przygryzająca dolną wargę, kiedy się wkurza. Maja, kiedy śmieje się zbyt głośno. Maja, kiedy mówi: spokojnie, Mała, ja to ogarnę. Na zdjęciu kobieta wyglądała inaczej. Chudsza. Twarz pociągła, policzki zapadnięte, jakby ktoś wyssał z niej wnętrze. Ale dostrzegła lekki skręt głowy, sposób, w jaki trzymała rękę przy barku. Ten gest był tak charakterystyczny, że Nina poczuła, jak coś w niej pęka.
Maja.
Jeśli to nie była ona, to ktoś, kto nosił jej twarz.
Nina odsunęła się na krześle, aż kółka zaskrzypiały o panel. Przez chwilę miała wrażenie, że pokój się kurczy. Ściany były za blisko, powietrze za gęste. Telefon zawibrował na biurku. Wiadomość na grupie redakcyjnej.
Kto jutro robi nasz stały kącik „Zaginięcia tygodnia”? Mamy świeżą sprawę turystki z Bieszczad. Jakieś lasy, jakaś wiocha, klasyk – ktoś chętny?
Nina gapiła się w tekst, jakby czytała go przez wodę.
Zaginiona turystka. Lasy. Wiocha. I to zdjęcie.
Jej kursor zawisł nad klawiaturą. Chwilę później bezwiednie wystukała:
Biorę!
Enter. Wiadomość została wysłana. Dopiero wtedy ciało poinformowało ją, że znowu oddycha. W kuchni otworzyła szafkę i sięgnęła po butelkę wina. Zatrzymała się w pół ruchu i odstawiła wino. Zamiast tego z najwyższej półki zdjęła małą, obdrapaną metalową puszkę. Pudełko po herbacie, które pamiętała z dzieciństwa. W środku znajdowały się stare rzeczy, których nigdy nie wyrzuciła. Zdjęcia z polaroidu, zmięte bilety autobusowe, kartka z krzywym napisem: Nina, nie bój się! – M. I wydruk z policyjnego maila sprzed lat.
Ostatni logowany sygnał telefonu komórkowego Mai Baceli (lat 16) zarejestrowano w okolicach powiatu leskiego. Prawdopodobne przebywała w rejonie kompleksu leśnego Borek.
Wtedy te słowa nic jej nie mówiły. Była za młoda, zbyt wystraszona, za bardzo skupiona na oczach matki i pięściach ojca. Okolice powiatu leskiego znaczyły mniej więcej tyle, że gówno wiemy, gdzie jest.
Teraz, po latach map, śledztw, spraw, Bieszczady były dla niej krainą z innej planety. Usiadła z powrotem przy laptopie. Otworzyła mapę. Wpisała: Czyściec.
Niewielka kropka. Wieś między lasem a niebem. Przybliżyła. Przeciągnęła w dół.
Pasma drzew. Zaznaczony rezerwat. Opis: „Kompleks Leśny Borek”.
Przyłożyła do ekranu stary wydruk, jakby chciała dopasować dwie warstwy świata. Rejon kompleksu leśnego Borek.
Coś w jej klatce piersiowej przesunęło się i zaskoczyło jak zamek. Maja nie zniknęła gdzieś w Bieszczadach. Nie w abstrakcyjnej zielonej plamie na mapie. Zniknęła tu. W lasach obok Czyśćca. Niejasne podejrzenie po latach nagle nabrało kształtu. Nie chodziło tylko o podobieństwo twarzy na zdjęciu czy puste spojrzenie barmanki w tle. Ten sam powiat. Ten sam las. Ten sam typ ciszy w policyjnych odpowiedziach.
Z łazienki przyniosła małe okrągłe lustro. Ustawiła je tak, by widziała w nim powiększone zdjęcie na ekranie. Chciała zobaczyć ten sam kadr, który zrobił fotograf z lokalnej gazety. Na pierwszym planie zaginiona Klaudia. Uśmiechnięta. W ręku piwo. Ot, zadowolona z życia turystka, która wierzy, że las jest atrakcją. W tle, w lustrze za barem, odbicie dziewczyny o wychudzonej twarzy.
Stała nieruchomo. Nie nalewała piwa. Nie sprzątała. Nie robiła kompletnie nic. Jakby stała tam po prostu po to, żeby być tłem. W lustrze wyglądała jak duch. Jak odbicie kogoś, kto nie należy ani do świata klientów, ani do świata obsługi. Jak ktoś, kogo nikt nie miał zauważyć.
Nikt poza Niną.
– Czy to w ogóle…? – mruknęła do ekranu, ale nie dokończyła myśli. W redakcyjnym czacie pojawił się kolejny komunikat.
Nina, możesz pojechać na miejsce? Zobaczysz bar, pensjonat, popytasz ludzi, napiszesz tekst, machniesz foty, klasyka. Mamy budżet na dwie noce.
Dwie noce. Śmiesznie mało w porównaniu z szesnastoma latami.
Odpisała:
Jadę jutro!
Kiedy wyłączyła laptop, w mieszkaniu zrobiło się zbyt cicho. Warszawa za oknem wciąż szumiała, ale ten szum był daleki, nieszkodliwy, obojętny. Przypomniała sobie tamten dzień. Maja w drzwiach. Plecak na ramieniu. Siniec na policzku, który próbowała zakryć pudrem.
– Wrócę po ciebie – powiedziała. – Tylko poczekaj, wytrzymaj. Ogarnę się i po ciebie wrócę.
Nie wróciła. Zamiast niej przyjechała policja. Potem były raporty, zeznania, statystyka.
Nieletnia. Prawdopodobna ucieczka z domu. Może do pracy, może do chłopaka i tego typu bzdury.
Nina sięgnęła po odstawioną butelkę z winem i tym razem nalała sobie pół kieliszka. Upiła kilka łyków, poprawiła kosmyk włosów i znów włączyła laptop. Popatrzyła na ekran.
– Szesnaście lat… – Westchnęła. – Czy ty się za bardzo nie podpalasz, Ninka?
Dopiła wino i nalała sobie kolejną porcję. Odchyliła się na krześle, jakby ta perspektywa miała schłodzić buzujące w niej emocje. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w zdjęcie, w końcu przeniosła wzrok na widok za oknem. W refleksie na szybie dostrzegła swoje odbicie, a także wiszącego przy drzwiach balkonowych worka bokserskiego. Obiektu, którego żaden z jej gości nigdy nie komentował, bo jego obecność mówiła sama za siebie.
Zamknęła program i wstała z krzesła. Ruszyła w stronę balkonu. Worek wisiał tam jak czerwony strażnik, sfatygowany, cichy, czekający. Dotknęła go lekko opuszkami palców. Był zimny.
Jak ręce jej ojca, kiedy podnosił je do bicia. Nina zacisnęła palce w pięść i uderzyła. Raz. Worek skrzypnął łańcuchami, odsunął się, wrócił wolniej, jakby coś w jej ruchu było cięższe niż zwykle.
Boks nie był chwilowym kaprysem, decydował o przetrwaniu.
Pierwszy raz poszła na trening dzień po tym, jak ojciec wbił matkę w kuchenną podłogę tak mocno, że został odcisk jej ramienia na panelach. Nina miała wtedy trzynaście lat, była drobna, przestraszona, bezsilna. Trener, starszy facet z tatuażami na dłoniach, spojrzał na nią i wskazał na worek.
– Bij, ile chcesz. Tu wolno – powiedział.
I Nina zaczęła bić. Wściekle, do utraty tchu, aż padła plackiem z wycieńczenia. Od tamtej pory biła regularnie. Teraz też musiała.
Zrzuciła bluzę, owinęła dłonie taśmą i zaczęła uderzać. Najpierw lekko, technicznie, potem szybciej, mocniej. Lewy prosty, jeden, drugi, unik, prawy sierp. Kolejne kombinacje, jedna za drugą, trwało to minutę, może dwie, nigdy tego nie sprawdzała, po prostu biła, aż znikały złe emocje. Kiedy poczuła drżenie barków, przerwała, oparła czoło o worek i w myślach podziękowała mu, że przyjął jej gniew bez protestu. Oddychała ciężko, spychając obrazy, które od kilku minut wracały. Lustro w barze, oczy z przeszłości, echo krzyku z nocy, w której Maja uciekła.
Nina otworzyła oczy i wytarła pot z czoła. Pod prysznicem gorąca woda paliła jej skórę, ale nie czuła ulgi. W głowie krystalizował się plan. Prosty, żelazny, bez miejsca na wątpliwości.
To zdjęcie nie pojawiło się przypadkiem. To było wezwanie.
Usiadła na łóżku, pozwalając wilgotnym włosom przykleić się do karku.
Turystka, która zniknęła, brzmiało równie podle jak szesnaście lat temu. Co to miało znaczyć, że zniknęła? Ludzie nie znikali ot tak. Nie wyparowywali. Nie przenosili się w czasie. A jednak to słowo od szesnastu lat nie pozwalało jej zasypiać w spokoju.
Maja też zniknęła. Też wyparowała. A przynajmniej na tym stanęło. Policja robiła to, co zwykle – sprawdzała „wszystkie możliwe scenariusze”, czyli nie robiła nic. Później, gdy Nina dorosła i zajęła się pisaniem o przemocy względem kobiet, ich traumach, zaginięciach i podobnych sprawach, zrozumiała, że policja nigdy nie kochała „zaginięć”. One nie budowały statystyk i obnażały bezsilność całej formacji.
Nina wróciła do biurka i wbiła w wyszukiwarkę nazwę miejscowości.
Czyściec. Powiat leski.
Wyświetliły się archiwalne zdjęcia – małe szare domki na tle gór, mgła, bar o żółtych światłach, droga jak wstęga rozciągnięta między drzewami. Wieś, która wyglądała jak miejsce nie tyle odcięte od świata, ile zatrzymane w czasie.
Kliknęła mapę. Powiększyła obraz.
Kompleks leśny Borek. Opis: rozległy, gęsty las o rzadkich szlakach, częściowo objęty ochroną.
Idealne miejsce, aby zniknąć… Albo zostać zabranym, dodała w myślach.
Otworzyła teczkę z wycinkami dotyczącymi zaginięcia siostry. Po raz tysięczny przeczytała notatkę: „Ostatnie logowanie telefonu Mai B. zarejestrowano w rejonie kompleksu leśnego Borek”. Zacisnęła zęby, zamknęła oczy i przez chwilę tak trwała, w końcu chwyciła plecak i zaczęła pakować najpotrzebniejsze rzeczy. Laptop, ładowarka, ciuchy na trzy dni, płaszcz przeciwdeszczowy, gaz pieprzowy. Zatrzymała się przy scyzoryku. To był prezent od Mai, która kiedyś kupiła go na targu.
– Nie żebyś miała kogo ciąć, Mała. Ale żebyś wiedziała, że możesz – powiedziała jej wtedy, ale ona jeszcze tego nie zrozumiała.
Przyjrzała się wygrawerowanym inicjałom N+M, po czym włożyła go do wewnętrznej kieszeni plecaka. Nie dla obrony, ale dla pamięci.
Przed snem po raz ostatni przyjrzała się zdjęciu. Czy Maja mogła teraz wyglądać jak kobieta w lustrze?
Jeśli w ogóle żyła, dziś miała trzydzieści dwa lata i pewnie nie przypominała już tej buntowniczej nastolatki w dresowych spodniach i czapce z daszkiem. Tak Nina ją zapamiętała. Miała wtedy dziesięć lat. Co mógł zakodować mózg pogubionej i przerażonej dziesięciolatki?
Maja, pomyślała. To musi być ona. Oczy nie kłamią.
Z tą myślą Nina Bacela poprawiła poduszkę i mocniej naciągnęła na siebie kołdrę.
Las czekał na nią z utęsknieniem.
Droga do Czyśćca była jak rana rozcinająca zbocze gór.
Nina jechała swoim wysłużonym ciemnoszarym Subaru, które zakupiła specjalnie po to, aby radził sobie w terenie. Samochód miał napęd na cztery koła, mocne zawieszenie i bagażnik pełen rzeczy na wszelki wypadek. W redakcji żartowano, że Nina ma auto jak preppers, który szykuje się na koniec świata, ale teraz gdy patrzyła na gęstniejące ściany Bieszczadów, brzmiało to nie jak żart, tylko trafna obserwacja.
W miarę jak wspinała się serpentynami, las przybliżał się do drogi, jakby chciał ją połknąć. Gałęzie drapały o dach i lusterka, a niebo robiło się coraz ciemniejsze. Nie dlatego, że nadchodził wieczór, lecz dlatego, że Borek zasłaniał pół świata.
Nina zerknęła na nawigację. Sygnał zanikał i wracał, jak oddech ciężko chorego. Ostatnie kilometry były puste. Zero samochodów, zero pieszych, zero domów. Gdyby nie tablica informacyjna, można by pomyśleć, że Czyściec nie istnieje na żadnej mapie.
Jej auto powoli wtoczyło się na pierwszy odcinek wsi. Nierówny asfalt, pojedyncze latarnie, drewniane domy wyglądające tak, jakby stały tu sto lat i bały się runąć. Nikt nie wyszedł na drogę. Psy nie szczekały. Okna były zamknięte, rolety opuszczone, a powietrze miało tę charakterystyczną, niepokojącą gęstość miejsc, które widziały zbyt wiele.
Nina zaparkowała na niewielkim placu obok pensjonatu Słoneczna. Zgasiła silnik. Cisza natychmiast przywarła do samochodu, jak wilgoć do szkła.
Wysiadła. Spojrzała na ścianę lasu i poczuła, że on też na nią patrzy.
– No nieźle, Ninka. Na dzień dobry wkręcasz sobie takie jazdy. Las patrzy. Jasne, kuźwa…
Pensjonat Słoneczna wyglądał, jakby nazwa była ponurym żartem. Wyblakły szyld, ściany o kolorze pożółkłej kości, ganek, który opadał lekko na jedną stronę. Na nim siedziała starsza kobieta z dłonią zaciśniętą na kubku herbaty. Patrzyła nie na Ninę, lecz w jej stronę – różnica subtelna, ale wyczuwalna.
– Dobry wieczór – przywitała się Nina.
– Wynajem? – zapytała kobieta, nie zmieniając wyrazu twarzy.
– Tak. Bacela. Nina Bacela. Na dwie noce, może dłużej.
Kobieta zmrużyła oczy.
– Dziennikarka. – To było raczej stwierdzenie niż pytanie.
– Z Warszawy – przytaknęła Nina. – Piszę o tej zaginionej turystce.
Teresa – bo tak przedstawiła się właścicielka – ścisnęła kubek odrobinę mocniej.
– Klaudia. Nie wróciła z lasu.
– Skąd pani wie? – Nina uniosła brwi.
– Las nie oddaje każdego – odparła i to nie była metafora. Nina to natychmiast wyczuła. – Rejestracja w środku – dodała Teresa, odwracając wzrok.
Hol był drewniany, skromny, pachniał wilgocią i starymi gazetami. Na ladzie leżał egzemplarz tej samej, z której Nina miała zdjęcie. Przypomniała sobie twarz dziewczyny, odbitą w krzywym lustrze, jakby świat przypadkiem odsłonił sekret.
Teresa podała jej klucze i chwyciła w rękę gazetę z ewidentnym zamiarem usunięcia jej z oczu gościa. Nina nie odpuściła.
– Znała pani Klaudię? – zapytała.
Kobieta uniosła wzrok. Miała zaniedbaną cerę pełną przebarwień i zmarszczek, włosy spięte w niedbały warkocz, oczy wydawały się jałowe, bez życia.
– Nikt jej nie znał – odparła. – Turystka. Przyjechała sama. Ale nie powinna była iść do lasu.
– Dlaczego nie?
– Bo tu się w las nie chodzi. Nie głęboko.
Nina oparła dłonie o ladę.
– A jednak pani wie, że poszła.
Teresa zastygła. Oczy nagle ożyły. Ale nie w dobrym tego słowa znaczeniu.
– Tak mówią – wyszeptała. – Tyle mogę powiedzieć.
– Kto tak mówi?
– Ludzie.
– Jacy lu…
Nina nie dokończyła, bo nagle zaskrzypiały drzwi, a do środka wpełzło zimne powietrze. Obróciła się. W progu stał mężczyzna. Wysoki, potężny, z twarzą jak kawał kamienia przeciętego nożem. Miał ręce człowieka, który całe życie pracował, i oczy takiego, który za dużo w tym życiu widział.
Teresa zesztywniała.
– Ryś…
Mężczyzna skinął jej głową, ale wzrok natychmiast zatrzymał na Ninie. Nie jak na gościu. Jak na intruzie.
– Obca – wymamrotał. I to też nie było pytanie.
– Dziennikarka – poprawiła go chłodno Nina. – Pan stąd?
Mężczyzna podszedł tak blisko, że poczuła zapach żywicy i metalu. Miał rudą czuprynę, rude wąsiska i zrośnięte brwi. W istocie bardziej przypominał rysia niż człowieka.
Przez dłuższą chwilę milczał, nachalnie mierząc ją wzrokiem. Nina nie znosiła, jak faceci tak na nią patrzyli.
– Słyszał pan o zniknięciu Klaudii Skrzypczak?
Krzaczaste brwi mężczyzny uniosły się, co trudno było zinterpretować. Nina odniosła wrażenie, że ją analizuje. Ale nie w sposób, w jaki kobiety bywają oceniane, ale w taki, w jaki myśli się o problemach.
– U nas nie ma co rozgrzebywać – odparł w końcu. – Las ją wziął.
– A moją siostrę też wziął?
Twarz mężczyzny stężała jeszcze bardziej, co biorąc pod uwagę kanciaste rysy, jeszcze chwilę wcześniej wydawało się niemożliwe. Nina pomyślała, że jak zwykle się zagalopowała. Zawsze była wyszczekana, ale w tej pracy nie można było spuszczać wzroku. Ani kłaść uszu po sobie.
– Różne rzeczy las tu bierze – odezwał się w końcu mężczyzna. – A pani mi się nie podoba.
– Nie jestem tu od tego, aby się podobać. – Nina pomyślała, że znów niepotrzebnie podgrzewa atmosferę. Co z tego, skoro nigdy nie potrafiła ugryźć się w język. – Przyjechałam sprawdzić, co tu bierze ludzi. I nie spocznę, dopóki się tego nie dowiem – dodała.
Ryś, jak nazwała go Teresa, uśmiechnął się. Ale w tym uśmiechu nie było nic wesołego. Grymas, który pojawił się na jego twarzy, skojarzył jej się z miną drapieżnika, który widzi, że ofiara sama pcha się w pułapkę.
– Jak sobie chcesz. Ja tylko dobrze radzę – powiedział, a uśmiech na jego twarzy zgasł. – Porozmawiamy kiedy indziej – zwrócił się do Teresy, odkręcił się na pięcie i wyszedł bez pożegnania.
Kobieta za ladą wypuściła powietrze, jakby do tej pory wstrzymywała oddech.
– On… on pilnuje wsi. Ale nie każdemu pomaga – powiedziała cicho. – Pani klucz – dodała, kładąc na ladę ciężki brelok.
Z tego gestu dało się jasno wyczytać, że to koniec dyskusji. Nina postanowiła wyhamować. I tak zaczęła marnie, a jeśli miała tu spędzić kolejnych kilka dni, to uznała, że lepiej nie zrażać do siebie gospodyni pensjonatu. Poszła na piętro, odnalazła swój pokój, wsadziła klucz, chwilę mocowała się z zamkiem i wreszcie otworzyła drzwi.
Pokój był skromny, ale czysty. Łóżko, komoda, nad nią telewizor, szafa dwudrzwiowa, na ścianie obraz jelenia na rykowisku. I okno wychodzące na ścianę lasu.
– Borek – mruknęła, odsłaniając firankę.
Las był blisko. Za blisko. Stał jak mur, nieprzenikniony, cichy, posępny. Gałęzie drzew niemal drapały o szyby. Mrok wydawał się gęstnieć, gdy się w niego wpatrywała. Otulał pnie. Zasysał światło w swe trzewia.
I wtedy Ninie wydało się, że coś dostrzegła. Wzdrygnęła się, choć nie należała do lękliwych. Zbliżyła twarz do szyby i zmrużyła oczy. Ta na wysokości jej ust pokryła się delikatną warstwą skroplonej pary wodnej.
– Chcesz mnie nastraszyć, Borek? – zapytała.
Las odpowiedział czymś, co można by porównać do drapania pazurem o korę. A może jej się tylko wydawało. Chwilę później jedna z gałęzi musnęła parapet.
– Nie przestraszysz mnie – mruknęła wyzywająco. – I tym razem dowiem się wszystkiego. Masz to, kurwa, jak w banku.
Las odpowiedział milczeniem. Ale już wiedział, że tu jest. Nina czuła to całą sobą. Gdy kładła się do łóżka, mimo wszystko zaciągnęła zasłony.
Ziemia była zimna niczym martwe ciało.
Korzenie pod plecami drapały, jakby las próbował wrosnąć w skórę. Ręce oplatał mocno zaciśnięty wianek z pnączy. Przypominał ludzkie ramiona, ale zbyt długie i zbyt krzywe, pokraczne.
Wtedy ciemność drgnęła. Nieznacznie, złowrogo. Znów usłyszała bicie własnego serca.
Krok? Nie. Szelest. Powolny, przeciągły, jakby ktoś suwał po ziemi długimi palcami.
Dziewczyna nauczyła się milczeć, ale tym razem instynkt nakazał jej wołać pomocy. Otworzyła usta, ale głos uwiązł jej w gardle. Czyjeś palce przesunęły się po jej włosach. Długie, kościste, szponiaste. Łzy spłynęły po policzkach.
– Ciii… – Szept zabrzmiał tuż przy jej uchu. Chropowaty, jakby rodził się z samej ziemi. – Tylko złe dziewczyny płaczą.
Poczuła na twarzy gałąź, która powoli zaczęła zdzierać skórę z policzka. Krew spłynęła po brodzie i zmieszana ze łzami wsiąknęła w ziemię.
– Trzeba cię oczyścić. – Szept wpełzł do jej czaszki jak oślizła larwa. – Z mięsa, z lęku, z imienia…
Po jej ramieniu przemknęło coś ostrego. Jakby korzeń, który pragnął wbić się w ciało, szukając miejsca, gdzie może zapuścić się głębiej. Strach zgasił instynkt. Nie szarpnęła się. Nie krzyknęła. Milczała. Wtedy gałęzie oplotły ją mocniej, skrzypiąc jak łamane kości. Werżnęły się w ciało.
– Grzeczna dziewczyna. Posłuszna…
Zanim Klaudia Skrzypczak straciła przytomność, znów poczuła na szyi oddech lasu.
Rano Czyściec wyglądał niewinnie.
Słońce przeciskało się przez chmury, rozlewając blade światło po dachach. Na drodze pojawiło się kilka osób: kobieta z wiadrem, chłopiec prowadzący rower, mężczyzna w gumofilcach, który palił papierosa, udając, że nie patrzy na Ninę, kiedy wychodziła z pensjonatu.
Borek wciąż był ciemny. Ściana drzew nie rozjaśniała się od słońca.
Jakby nieustannie przeżywała własną, wewnętrzną noc.
Nina poprawiła plecak na ramieniu, wsunęła dłonie do kieszeni bluzy i ruszyła w stronę centrum wsi. Nie potrzebowała mapy. Takie wsie wyglądały, jakby ktoś wyciął je z podobnego szablonu. Bar, sklep, warsztat, kościół. Zawsze ten sam układ. Wszystko o rzut beretem.
Najpierw wypatrzyła sklep. Kwadratowy, betonowy, z zielonym szyldem pamiętającym PRL. Obok niego stała tablica ogłoszeń, zawilgocona, z krzywo przyczepionymi kartkami. Z przyzwyczajenia podeszła bliżej.
Sprzedam cielaka. Oddam szczeniaki. Zaginął pies.
I grupa wsparcia.
Pomyślała, że to trochę dziwne. Takich ogłoszeń nie widuje się w miejscowościach takich jak Czyściec. Zwłaszcza takich.
Grupa wsparcia dla osób po stracie, traumie i przemocy. Prowadzi dr Ignacy Gajda. Spotkania w sali ośrodka edukacyjnego Pod Borkiem. Oczyszczanie z ciężarów przeszłości. Dyskretnie, tanio, skutecznie.
Pod spodem małymi literami widniał numer telefonu. Wyjęła z plecaka notes i go zapisała. Wtedy dostrzegła na ziemi cień stojącej za nią osoby. Poczuła lekkie napięcie mięśni, ale szybko zniknęło. Nie było zagrożenia.
– Szuka pani pomocy u naszego doktora? – usłyszała skrzekliwy kobiecy głos.
Obróciła się.
Przed nią stała kobieta z siatkami zakupów w obu rękach. Po czterdziestce, dość atrakcyjna, choć oczy wyglądały na zmęczone prozą życia. Miała sztywną fryzurę, twarz już trochę pomarszczoną, palce zaciśnięte na plastikowych uchwytach.
– Doktor Gajda – doprecyzowała. – On pomaga ludziom. Jak komuś coś się stało albo jak ktoś… No różne dramaty, proszę pani.
– To psycholog?
– Tak mówią. – Kobieta wzruszyła ramionami. – Swój człowiek. Pani do niego przyszła? – Przyjrzała się jej uważnie.
– Jeszcze nie wiem. Może… – Nina skinęła w stronę ogłoszenia. – Jestem dziennikarką. Piszę artykuł o Klaudii Skrzypczak. Tej turystce, która zaginęła w okolicy.
Twarz kobiety stężała.
– To nie do mnie – powiedziała szybko. – O takich rzeczach lepiej nie gadać. Tu ściany mają uszy. Las też.
– Co ma pani na myśli?
– Nic. Ja… nieważne. Może niech pani Ojc… doktora zapyta. On wie, co powiedzieć.
Ojc…
Przejęzyczenie przecięło powietrze jak cienki nóż.
– Ojca? – dopytała Nina.
Kobieta wyraźnie się zmieszała.
– Tak go tu czasem nazywają. – Obróciła się, jakby w istocie spodziewała się, że ktoś je podsłuchuje. – Bo on ludziom pomaga. Pani też by pomógł, gdyby pani chciała… – przerwała, przyglądając się Ninie jeszcze raz. – Albo i nie.
– Dlaczego nie?
– Pani wygląda, jakby sobie pani sama radziła – odparła, a w jej głosie zabrzmiało coś pomiędzy podziwem a niechęcią. – Takie… co to mają mocne pięści, to mało kto lubi.
Nina instynktownie spojrzała na swoje dłonie. Niepomalowane paznokcie, brzydkie skórki, ślady po taśmach. To były dłonie, które pamiętały ciężar worka. I nie tylko worka.
– Aż tak to widać? – Uśmiechnęła się.
– Po barkach widać. – Kobieta odpowiedziała uśmiechem, dziwnie krzywym. – I po tym, jak pani idzie. Jak ktoś, kto przed nikim nie ucieka.
Kiedyś Nina usłyszała już coś podobnego. Choć w innym kontekście.
„Nie uciekasz. Idziesz po swoje” – powiedział jej trener, gdy pierwszy raz kazał jej wejść do ringu. Dostała wtedy lanie, ale to ją tylko nakręciło. Kilka tygodni później role się odwróciły i to ona na koniec mogła spojrzeć na rywalkę z góry.
Kobieta zastanowiła się chwilę, po czym dodała ściszonym głosem:
– Jak pani chce, to doktor bywa w barze. Przychodzi na kawę. A i piwo czasem wypije. Mówi, że trzeba być między ludźmi, żeby ich zrozumieć.
Bar.
Kukułka.
Tam, gdzie po raz ostatni widziano turystkę. I gdzie zrobiono jej zdjęcie. I gdzie…
– Dziękuję – rzuciła Nina. – Narobiła mi pani smaku tą kawą. Miłego dnia.
Bar Kukułka stał przy skrzyżowaniu, jakby miał pilnować wejścia do wsi. Parterowy budynek z drewnianą elewacją, szyld z namalowanym ptakiem, który wyglądał bardziej jak kruk niż kukułka. Drzwi były uchylone, jakby w ogóle się nie zamykały.
Nina zatrzymała się na moment przed wejściem. Wciągnęła powietrze. Poczuła zapach piwa, smażonego oleju i czegoś jeszcze, czego nie umiała nazwać. Czegoś jak kurz, który osiadł na emocjach ludzi.
Weszła.
W środku było chłodno. Kilka stolików, długi bar, krzywe lustro za nim – właśnie to, które znała ze zdjęcia. Przez moment miała wrażenie, że jest w środku fotografii. Za barem stała młoda dziewczyna o krótkich kruczoczarnych włosach. Miała pełną, rumianą twarz i charakterystyczny pieprzyk nad lewym kącikiem ust. Wycierała szklankę, kręcąc biodrami w takt snującej się z głośnika muzyki.
– Otwarte? – zapytała Nina.
– Otwarte. – Dziewczyna zmierzyła ją wzrokiem. – Co podać?
– Cappuccino.
Nina podeszła do baru i stanęła tak, by widzieć swoje odbicie w lustrze. Rama była obdrapana, a szkło porysowane. Ale to było to miejsce.
– Szukam właściciela – powiedziała, patrząc, jak kobieta szykuje zamówioną kawę.
– Kukułki? – zapytała barmanka.
– Tak.
– To może się pani nie doczekać – prychnęła. – On tu bywa, kiedy chce. Pani z gazety?
– Aż tak to widać?
– Nie jest pani pierwsza. Czyściec przyciąga uwagę portali plotkarskich.
– Nie jestem z Pudelka – obruszyła się Nina. Nie znosiła, gdy wszyscy sprowadzali pracę dziennikarzy do siania plotek i pisania o głupotach.
– Pudelek nie Pudelek. Wszystkie takie same – odparła kobieta, jakby chciała zrobić jej na złość.
Nina odczekała do momentu, gdy filiżanka z parującym cappuccino stanęła na ladzie. Pianka ułożyła się w niepokojący wzór. Przypominała upiorną twarz jakiejś staruchy, choć to mogła być nadinterpretacja.
– O tej porze chyba nie ma tu wielu gości? – zagaiła, zmieniając temat.
– Za chwilę przyjdzie doktor. – Barmanka wymownie spojrzała na zegarek. – Pięć minut po nim Ryś, jeśli akurat w lesie spokój. Po nich Sępy. O dziewiątej trzydzieści zawsze robią sobie przerwę na kawę.
Doktor, Ryś, Sępy. Robiło się coraz ciekawiej. Nina postanowiła skupić się na tym, który miał do baru zawitać pierwszy.
– Ma pani na myśli doktora Gajdę? – dopytała.
– Zawsze siada przy tamtym stoliku przy oknie. Później dołącza do niego Ryś. I mruczą do siebie, a potem idą każdy w swoją stronę. Taki, wie pani, dzień świstaka.
– A czym dokładnie zajmuje się doktor Gajda?
– Pomaga ludziom.
– A mnie pomoże?
– Nie wiem, może. Jak pani chce o Klaudii, to on dużo wie. Zawsze dużo wie.
Zanim Nina zdążyła odpowiedzieć, drzwi skrzypnęły. W lustrze dostrzegła, że do środka wszedł mężczyzna w ciemnym płaszczu, z szalikiem luźno zawiniętym wokół szyi. Nie pasował do wsi, a przynajmniej nie do takiej jak Czyściec. Był schludny, elegancki i choć jeszcze nie powiedział słowa, skojarzenie, że jest szarmancki, pojawiło się samo. Włosy miał przyprószone siwizną, krótko przystrzyżone, brodę zadbaną. Nosił okulary w cienkich oprawkach. Mógłby wykładać na uczelni albo prowadzić gabinet w centrum dużego miasta.
Ale wszedł do Kukułki.
Dziewczyna za barem natychmiast się wyprostowała.
– Dzień dobry, panie doktorze – przywitała się.
– Dzień dobry, Marto. Jak dziś? – Uśmiechnął się do niej łagodnie.
– Tak jak zawsze – odparła szybko.
Jego wzrok przesunął się po sali i zatrzymał na Ninie. Nie nachalnie. Nie natrętnie. Ale też nie zwyczajnie. Nina poczuła się dziwnie.
– Widzę nową twarz – powiedział. – To rzadkość w tych stronach.
Nina obróciła się, opierając się łokciem o bar.
– Miło, że pan to zauważa – odparła.
Podszedł bliżej, wyciągnął rękę.
– Doktor Ignacy Gajda. – Uśmiech miał łagodny, otwarty. – Pracuję w tutejszym ośrodku edukacyjnym. Psycholog.
Nina uścisnęła jego dłoń. Była chłodna i sucha.
– Nina Bacela, dziennikarka.
– Z Warszawy, prawda? – zapytał, jakby nie potrzebował odpowiedzi. Zmierzył ją badawczo wzrokiem. – Sposób, w jaki się pani rozgląda, porusza. I to, że przyjeżdża tu pani sama. Czuć bijącą od pani pewność siebie.
– Znajomość ludzkich zachowań? – rzuciła zaczepnie.
– Zboczenie zawodowe. Choć nie bardzo lubię to określenie. Brzmi niesmacznie. – Usiadł przy stoliku, tym przy oknie, na który wskazała przed chwilą barmanka. – Spocznie pani? – zapytał.
Nina nie odmówiła. Instynkt podpowiedział jej, że lepiej mieć tego faceta naprzeciwko niż za plecami.
– Pisze pani o Klaudii? – zapytał, gdy postawiła filiżankę na blacie.
– Szybki pan jest – odparła.
Uśmiechnął się blado.
– W takich miejscach nowi ludzie pojawiają się rzadko. Obcy z notesem tylko wtedy, gdy ktoś zniknął albo zrobił coś bardzo głupiego. – Pokręcił głową, jakby szczerze się zasmucił. – Przykra sprawa. Bardzo przykra. Dziś młodzi ludzie bywają bardzo nieroztropni, a wielkomiejskie życie zabija w nich instynkt samozachowawczy.
– Co ma pan na myśli?
– Bieszczady to nie centrum miasta wypełnione przytulnymi kafejkami. Tu łatwo zgubić drogę, zwłaszcza po zmierzchu. Młodzi tego nie rozumieją. A potem giną w leśnej dziczy jak Klaudia.
– Myśli pan, że Klaudia zginęła?
– Zaginęła. W istocie ma pani rację. Słowa mają znaczenie.
Nina zanotowała w pamięci to „przejęzyczenie”.
– Znał ją pan? – zapytała.
– Tyle, ile trzeba, by zauważyć, że miała w sobie chaos. – Wzruszył lekko ramionami. – Turyści przyjeżdżają tu z przeświadczeniem, że las wyleczy ich traumy, rozwiąże za nich nawarstwiające się latami problemy. Zapominają, że on tylko wyciąga to, co już w nich jest.
– Las czy ludzie? – Nina lekko zmrużyła oczy.
Uśmiech mu nie zniknął, ale na ułamek sekundy coś w nim drgnęło.
– Jedno i drugie, proszę pani. Jedno jest narzędziem.
Inteligentny gość, pomyślała Nina. Mówił jak ktoś, kto układa rzeczy ludziom w głowie. Słowa miękkie, znaczenia ostre.
– Pani też przyjechała się wyleczyć? – zapytał.
– Przyjechałam pracować – odparła.
– Praca też czasem leczy. – Oparł łokcie o stół. – Co panią bardziej interesuje? Turystka, która zniknęła, czy siostra, która zniknęła dawno temu?
Twarz Niny stężała. Poczuła się, jakby dostała prosto w mostek.
– Kto panu powiedział o mojej siostrze? – spytała cicho.
– Wieś – odparł. – We wsi informacje przepływają szybciej niż w sieci. Ryś widział panią w pensjonacie i przypomniał sobie, że była tu kiedyś inna Bacela. Ta, którą też wziął las.
To „też” zabrzmiało posępnie. Gajda nachylił się odrobinę.
– Tu ludzie pamiętają takie rzeczy – dodał.
– Policja nie pamięta. – Nina przygryzła policzek. Poczuła się obnażona. I, to słowo zabrzmiało w jej głowie jeszcze bardziej ponuro niż tamto „też”, zdiagnozowana. – Akta zostały zarchiwizowane, a sprawa zamknięta – dorzuciła w nadziei, że choć odrobinę złagodzi wydźwięk trudnych do opanowania emocji.
Doktor pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Policja ma inne zajęcia. To teren przygraniczny. Rozumie pani – powiedział. – My, że się tak wyrażę, zajmujemy się tym, co zostaje.
– Czym konkretnie?
– Lękami. Wstydem. Winą.
Słowo „winą” zostało na stole jak plama po kawie.
– Czyją winą? – spytała Nina.
– Tych, którzy z nią zostali. – Spojrzenie Gajdy nie oderwało się od jej twarzy. – Pani na przykład…
Nerwowo przełknęła ślinę. Poczuła, że facet próbuje dotknąć miejsca, które dawno zakopała. A może jednak nie? W końcu dlaczego tu przyjechała? Znów poczuła się obnażona. Gajda rozegrał ją jak żółtodzioba. Był dobry w te klocki. Jak ci, którzy najpierw mówią „rozumiem cię jak nikt”, potem „zaufaj mi”, a na końcu „beze mnie nie istniejesz”.
Przemoc domowa, o której pisała od lat, prawie zawsze wynikała z tego samego. Schemat był bardzo powtarzalny.
– Nie potrzebuję terapii – powiedziała spokojnie.
– Każdy jej potrzebuje, tylko nie każdy jest gotów nazwać to w ten sposób. Poza tym… – raz jeszcze zmierzył ją wzrokiem – nie wygląda mi pani na kogoś, kto lubi się poddawać. Sądzę raczej, że wybrała pani walkę.
– Skąd pan to wie?
– Proszę nie udawać, że pani nie wie. Pani barki, dłonie, sposób, w jaki pani stawia stopy. – Uśmiechnął się lekko. – Boks? Muay thai? Coś w tym stylu.
– Boks – odparła twardo.
– Klasyka. – Skinął głową z uznaniem. – Kobiety, które uczą się zadawać ciosy, zwykle mają długą historię bycia ich celem.
Zacisnęła szczęki.
– A to źle?
– Nie mówię, że źle. – Dotknął palcami brzegu filiżanki z kawą, którą jakiś czas temu przyniosła barmanka. – Mówię tylko, że to interesujące z punktu widzenia mojej praktyki. Mało kobiet potrafi odpowiedzieć siłą.
– Ma pan lepszą propozycję?
– Oczyszczenie. – Słowo wypowiedział miękko, bez emfazy. – Z brudnych wspomnień. Z poczucia winy. Z fałszywych tożsamości. Właśnie tym się zajmuję. Pomagam ludziom przestać udawać, że są kimś, kim nigdy nie byli.
Maja miała tylko jedną tożsamość. Ta myśl pojawiła się samoistnie.
– I ile pan ich już… oczyścił? – spytała, pozwalając, by ironia zaszła mu pod skórę.
– Tyle, ile trzeba – odparł nad wyraz spokojnie. – Choć wiele z nich się broniło. Zresztą bronią się do tej pory. – Nachylił się bliżej. – Pani na przykład. Pani się broni. Mogłaby pani tu zostać. Odpocząć. Przekonać się, że czasem najtrudniej jest pozwolić, aby ktoś inny trzymał ster.
Nina pod stołem zacisnęła palce w pięść. Odniosła wrażenie, że ostatnie słowa są podszyte groźbą. Pięknie zawoalowaną, ale jednak groźbą. W życiu poznała wielu takich pozerów. Gajda przypominał właśnie kogoś takiego. Pozera.
– Nie po to uczyłam się uderzać, aby oddawać komuś ster – odcięła się szorstko.
I wtedy po raz pierwszy zobaczyła cień. Nie w sali, nie w lustrze, nie na ulicy. Ujrzała go w jego oczach. Przez moment maska mu pękła. To, co naprawdę sądzi o takich kobietach jak ona, na chwilę wyskoczyło na powierzchnię.
Gajda posłał jej zbolały uśmiech.
– To niedobrze – powiedział cicho. – Ludzie, którzy nie umieją się poddać, kończą różnie.
– Ludzie, którzy żądają poddania, też – odparła.
Przez sekundę napięcie było wręcz namacalne. A potem jego twarz znów złagodniała.
– Proponuję tak – podsumował. – Jak pani skończy rozmawiać z mieszkańcami, proszę wpaść do ośrodka Pod Borkiem. Pokażę pani, jak wygląda praca z ludźmi po traumie. Może tam znajdzie pani odpowiedzi. I nie mówię tylko o Klaudii.
Nina zacisnęła palce na notesie. Poczuła nieodpartą pokusę, aby zapytać, czy znajdzie tam też odpowiedź dotyczącą swojej siostry, ale w porę się powstrzymała. Jeśli rzeczywiście chciała ją znaleźć, musiała okiełznać swój temperament. I schować dumę do kieszeni.
– Dziękuję za zaproszenie. Chętnie odwiedzę pański ośrodek – powiedziała, następnie wstała od stołu i wyciągnęła dłoń. Gajda zawahał się, ale w końcu ją ujął i uścisnął. – Dziękuję za poświęcony czas, doktorze – dodała.
– To była czysta przyjemność.
Na pewno, pomyślała w duchu, następnie posłała rozmówcy wyuczony uśmiech i zapłaciwszy przy barze za kawę, ruszyła w stronę wyjścia. Gdy stanęła w progu, usłyszała za plecami jego głos.
– Proszę nie chodzić samej po lesie – powiedział.
– Zapamiętam – odparła i wyszła.
Zaraz za progiem niemal zderzyła się z postawnym mężczyzną. Ryś spojrzał na nią z góry jak jastrząb na mysz polną.
– Dzień dobry – zaryzykowała.
– Dla kogo dobry, dla tego dobry – odparł i przecisnął się do środka.
Nina nie ułatwiła mu zadania, przez co lekko zahaczył ją ramieniem. Utrzymała jednak równowagę. Zawsze pewnie stała na nogach.
– Toście wszyscy tu, kurwa, przyjaźnie nastawieni – mruknęła pod nosem, po czym poprawiła plecak i wyszła na ulicę.
Słońce przyjemnie łaskotało policzki, ale strzegący wsi Borek wydawał się chłodny i ciemny, jakby wciąż trwała w nim czarna noc. Pomyślała, że jeśli wszystko tutaj krzyczy, aby brała nogi za pas, to znaczy, że jest na dobrym tropie. Chwilę później spojrzała na las i wystawiła środkowy palec.
Teresa podała obiad w milczeniu.
Pierogi bojkowskie, pajda chrupkiego chleba, herbata. Żadnych pytań, żadnych komentarzy. Tylko jedno spojrzenie, które mówiło: „zastanów się, dziewczyno, czy na pewno chcesz w to brnąć”.
Nina już się zastanowiła.
– Którędy Klaudia poszła do lasu? – zapytała, sięgając po kubek.
Teresa zamarła w pół kroku.
– Różnie mówią – odpowiedziała wymijająco. – Jedni, że poszła na punkt widokowy, drudzy, że tylko na chwilę za wieś.
– A pani co myśli?
– Myślę, że poszła tam, gdzie zakazali jej chodzić. Na zły szlak.
Dwa ostatnie słowa zawisły w powietrzu.
– Zły, czyli jaki?
– Taki, o którym się wie, ale się nie mówi. – Teresa spojrzała na nią spod oka. – Pani idzie do lasu?
– Tak.
– To niech pani wróci, zanim słońce się schowa. A o tej porze roku chowa się szybko.
– Brzmi jak kolejne ostrzeżenie…
Teresa zacisnęła wargi, jakby miała coś do dodania, ale zrezygnowała. Uciekła spojrzeniem w stronę okna, gdzie cień Borka kładł się na ulicę jak ciężki koc.
– Wszyscy mnie tu ostrzegają przed wejściem w las. Dlaczego? – naciskała Nina.
– To nie ostrzeżenia.
– A co?
– Dobre rady.
Nina skończyła jeść i wyszła na zewnątrz. Jej Subaru stało w tym samym miejscu, oblepione cienką warstwą wilgoci. Przeciągnęła palcami po masce, jakby sprawdzała, czy wciąż jest realne. Samochód był jedyną rzeczą, która łączyła ją z czymś spoza Czyśćca.
Nie uruchomiła go. Ruszyła pieszo.
Droga asfaltowa kończyła się szybko, zastąpiona przez szuter. Po jednej stronie straszyły rzędy krzywych płotów, po drugiej ciągnęły się łąki, za nimi rosły drzewa. Ludzie pracowali przy domach: ktoś rąbał drewno, ktoś nosił wiadro z wodą, ktoś inny naprawiał dach. Kiedy przechodziła, milkli i odprowadzali ją wzrokiem. Znała te spojrzenia. Tak patrzyli na nią sąsiedzi po pierwszej interwencji policji w ich mieszkaniu, gdy ojciec złamał matce szczękę.
W pewnym momencie usłyszała za sobą ciężkie kroki. Nie odwróciła się od razu. Pozwoliła, by dźwięk ją dogonił.
– Mówiłem, żeby trzymała się pani z dala od lasu.
Znała ten głos. Chwilę później dogonił ją postawny Ryś. Szli chwilę obok siebie, ktoś mógłby pomyśleć, że rozmawiają o pogodzie.
– Słyszała pani, co powiedziałem?
– Słyszałam. I tak, wiem. Dobre rady. Wszyscy mi je tu dają.
– Może właśnie dlatego warto ich posłuchać.
– Ano właśnie, dlaczego konkretnie?
Nina spojrzała w twarz mężczyzny. Miał szorstki rudy zarost, spod którego przebijało kilka blizn. Bez dwóch zdań nie wiódł spokojnego życia.
– Tamta dziewczyna poszła tak jak pani. – Spojrzał przed siebie. – Też przy drodze, na początku. I też myślała, że wróci.
– A skąd pan to wie?
– Widziałem ją. – Wzruszył ramionami. – Turyści zawsze tak idą. Najpierw chcą zobaczyć, jak daleko jest las. Jakby to miało jakieś znaczenie.
– A ma?
– Ma. – Skinął głową. – Ale nie dla nich.
Pomyślała, że te gadki szmatki stają się irytujące. Wszyscy tu mówili jakimiś zagadkami. Żadnych konkretów, tylko po to, żeby gadać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
