W ciemnym, głodnym lesie - Przemysław Piotrowski - ebook
NOWOŚĆ

W ciemnym, głodnym lesie ebook

Przemysław Piotrowski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa seria autora bestsellerowego cyklu z Igorem Brudnym!

Młoda kobieta znika w Bieszczadach. Nie była pierwsza. Jaką tajemnicę kryje pobliski las?

Czyściec – niewielka wieś w Bieszczadach. To tutaj przed laty po raz ostatni widziano siostrę Niny. Sprawa nigdy nie została rozwiązana.

Po latach historia się powtarza. W tym samym miejscu znika kolejna dziewczyna. Nina, dziś dziennikarka, rozpoczyna własne śledztwo. Odkrywa, że zaginięć było więcej, a wszystkie mają związek z jednym miejscem – okolicznym lasem.

Mieszkańcy milczą, jakby coś ukrywali. Jakby wszyscy wiedzieli więcej, niż chcą zdradzić. Każdy ostrzega przed lasem. Każdy powtarza to samo: las zabiera i nie oddaje.

Im bliżej prawdy jest Nina, tym większe grozi jej niebezpieczeństwo. W Czyśćcu nie znika się bowiem przypadkiem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 307

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © 2026 by Prze­my­sław Pio­trow­ski Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Jacek Ring Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Anna Brze­ziń­ska, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: Piotr Cie­śliń­ski (Dark Crayon) Przy­go­to­wa­nie okładki do druku: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 9788383829401

Dedykacja

Oli, naj­mil­szej Pani Dyrek­tor, jaką znam

Prolog

Mgła wisiała nisko, jakby ktoś ją przy­bił do ziemi gwoź­dziami.

Dziew­czyna szła lasem bez planu, ale z jedną myślą – nie wra­cać. To wystar­czało. Każdy krok był małym kłam­stwem wobec domu. Że to tylko spa­cer, że tylko się prze­wie­trzy, że zaraz zawróci. A prze­cież wie­działa, że jeśli zawróci, coś w niej pęk­nie na dobre. Ściółka pod pode­szwami cicho skrzy­piała. Za cicho. Jakby las tłu­mił dźwięki, żeby nikt przy­pad­kiem nie usły­szał, że idzie.

Kiedy oznaj­miła ludziom, co zamie­rza, usły­szała:

– To zły pomysł.

– Niech pani tam nie idzie.

– Ten las zabiera i nie oddaje.

Powta­rzali to jak man­trę. Baby w chu­s­tach, pijaczki sączące wino pod skle­pem, kobieta sprzą­ta­jąca płyty nagrobne. Biedne istoty, myślała. Zabo­bonni wie­śniacy. Głupi ludzie.

I poszła.

Bo i tak już nic gor­szego jej spo­tkać nie mogło. Nic gor­szego niż ten skur­wiel, ojciec, alko­ho­lik, dam­ski bok­ser, pie­przony sady­sta. Kop­nęła leżącą na ścieżce gałązkę, a chwilę póź­niej wykrzy­czała w prze­strzeń cały swój gniew. I żal. I ból. Gwał­tow­nie, jakby chciała wyrzu­cić z sie­bie całą zże­ra­jącą ją złość. Nie­wiele to dało.

Zdjęła ple­cak, wyjęła butelkę i wypiła łyk wody. Usia­dła pod drze­wem i skryła głowę w dło­niach. W kie­szeni miała tylko tro­chę zaskór­nia­ków, w ple­caku parę pajd chleba z serem i ogór­kiem, tro­chę wody, ciu­chy na zmianę, plu­szo­wego misia, a w gło­wie żal i wyrzuty sumie­nia. Poza tym żad­nego planu, żad­nego pomy­słu, co dalej.

Były tylko drzewa i echo wła­snej roz­pa­czy.

I mgła.

Pod­nio­sła się i ruszyła dalej. Pomy­ślała, że może doj­dzie do gra­nicy, a po sło­wac­kiej stro­nie jakoś się ułoży. Tam jej nie będą szu­kać. Może znaj­dzie jakąś pracę przy obej­ściu, może ktoś będzie potrze­bo­wał opieki, a jak szczę­ście dopi­sze, to będzie sprze­da­wać piwo.

Ta myśl spra­wiła, że przy­spie­szyła kroku. Przy­sta­nęła przy dziw­nie wyglą­da­ją­cej gałązce. Leżała na środku ścieżki i była zawią­zana w supeł. Popa­trzyła na nią przez chwilę, pod­nio­sła i przy­tknęła do nosa. Pach­niała świeżą żywicą i czymś jesz­cze. Czymś, czego nie potra­fiła nazwać, ale co budziło w niej sza­cu­nek do lasu i jego miesz­kań­ców.

Kilka kro­ków dalej pień sosny był nacięty. Trzy uko­śne kre­ski, a pod nimi poje­dyn­cza pio­nowa, jakby ktoś odli­czał czas. Dotknęła kory. Cię­cie było świeże, w bruz­dach błysz­czała żywica, gęsta i lepka jak łza.

Palce przy­kle­iły się na moment, a gdy je odcią­gnęła, poczuła zapach. Ciężki, słod­kawy, mdlący. Budzący nie­po­kój. Poczuła chłód, jakby nagle tem­pe­ra­tura spa­dła o kilka stopni. Zawa­hała się, ale prych­nęła i ruszyła dalej. Przed chwilą pomy­ślała o czymś wyjąt­kowo nie­doj­rza­łym i głu­pim.

Przy­po­mniała sobie film o gru­pie przy­ja­ciół, któ­rzy wybrali się do lasu i ich wyprawa zmie­niła się w kosz­mar. Podobno praw­dziwa histo­ria, a przy­naj­mniej tak był rekla­mo­wany. Wszyst­kich dopa­dła wiedźma.

Uśmiech­nęła się pod nosem na tę myśl. Bała się wtedy jak dia­bli, bo miała czter­na­ście lat, a starsi kole­dzy po raz pierw­szy poczę­sto­wali ją skrę­tem z mari­hu­aną. Ni­gdy potem już nie zapa­liła.

To tylko film, tłu­ma­czyła sobie, brnąc w las głę­biej i głę­biej. Ale znaki zaczęły się powta­rzać. Na jed­nym drze­wie kre­ski, na dru­gim roz­dar­cie kory w kształ­cie ust, na trze­cim przy­bita do drzewa gałązka.

To nie był przy­pa­dek. I nie zro­bił tego wiatr ani deszcz. Zro­biły to czy­jeś ręce.

Gdy przed­ra­miona pokryły się jej gęsią skórką, wzrok przy­kuły kolejne figurki. Małe, powy­gi­nane z paty­ków, poskrę­cane z gałą­zek, zwią­zane sznur­kami i wło­sami. Wisiały na gałę­ziach na wyso­ko­ści jej twa­rzy, koły­sząc się deli­kat­nie. Jedna przy­po­mi­nała czło­wieka z roz­cza­pie­rzo­nymi rękami. Druga coś zbyt dłu­giego, zbyt chu­dego, z głową prze­chy­loną jak u wisielca. Trze­cia miała w brzu­chu otwór na wylot. Ktoś musiał wyła­mać z niej śro­dek pal­cem.

Prze­łknęła ślinę, bo obrazy z seansu powró­ciły. Rozej­rzała się wokół, pocie­ra­jąc zmar­z­nięte przed­ra­miona.

– Ktoś robi sobie z cie­bie jaja, i tyle – bąk­nęła, aby dodać sobie odwagi, ale zamiast tego poczuła, że serce bije coraz szyb­ciej.

Mgła zgęst­niała. Wil­goć wśli­zgnęła się pod koł­nierz. Usły­szała szczęk wła­snych zębów.

I wtedy mię­dzy pniami dostrze­gła to coś. Coś dyszą­cego. Coś z kory, gałęzi i liści. Jakby las ufor­mo­wał syl­wetkę i pozwo­lił jej oddy­chać.

Zasty­gła w bez­ru­chu, a gdy to coś zro­biło krok w jej kie­runku, krzyk uwiązł jej w gar­dle.

Zanim poczuła na skó­rze zimny dotyk, po policz­kach popły­nęły jej cie­płe łzy.

Rozdział 1

Arty­kuł był krótki. Za krótki jak na zagi­nię­cie czło­wieka.

Zagi­niona turystka z woje­wódz­twa mazo­wiec­kiego, Klau­dia S., lat 22, po raz ostatni była widziana w miej­sco­wo­ści Czy­ściec (pow. leski) w barze Kukułka. Wyszła wie­czo­rem na spa­cer w stronę lasu i nie wró­ciła do pen­sjo­natu. Poli­cja i GOPR pro­wa­dzą poszu­ki­wa­nia w oko­li­cach pobli­skiego kom­pleksu leśnego Borek. Osoby posia­da­jące infor­ma­cje pro­szone są o kon­takt…

I do tego jedno nie­wy­raźne, prze­pa­lone zdję­cie.

Nina czy­tała te zda­nia trzy razy, jakby w końcu litery miały się uło­żyć ina­czej. Zagi­niona turystka. Spa­cer w stronę lasu. Nie wró­ciła.

Zbyt zna­jome słowa, by je tak zosta­wić.

Był późny wie­czór, jej kawa­lerka w War­sza­wie tonęła w pół­mroku. Lap­top stał na wytar­tym biurku, obok sty­gła kawa. Za oknem cią­gnęły się świa­tła Trasy Łazien­kow­skiej, białe kre­ski na mokrym asfal­cie. Zwy­kle lubiła ten widok. Dziś ją draż­nił. Klik­nęła w minia­turę zdję­cia, powięk­szyła.

Bar. Drew­niane wnę­trze, łuna żół­tego świa­tła, kilka sto­li­ków. Na pierw­szym pla­nie dziew­czyna z dłu­gimi wło­sami spię­tymi w wysoki kucyk – to musiała być Klau­dia. Na szyi poły­ski­wał srebrny wisio­rek z wygra­we­ro­wa­nym skor­pio­nem, jak się domy­śliła, zna­kiem zodiaku. Uśmie­chała się do kogoś poza kadrem, w ręku trzy­mała kufel z piwem. Obok ktoś sie­dział, ale to miej­sce było roz­ma­zane.

Nina prze­su­nęła obraz, bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia zawo­do­wego niż z nadziei na cokol­wiek. W głębi, za barem, znaj­do­wało się lustro. Krzywe, stare, z wytartą ramą. W nim odbi­jał się frag­ment sali i czy­jaś twarz. Poczuła ukłu­cie, tuż pod ser­cem, a chwilę potem przy­tkało ją, jakby otrzy­mała cios w splot sło­neczny. Prze­łknęła ślinę, sku­piła wzrok. Naj­pierw zoba­czyła tylko zarys. Pro­fil. Potem ślad kosmyka za dłu­giej grzywki opa­da­ją­cej na czoło. I te oczy. Wyda­wało jej się, że patrzą pro­sto w obiek­tyw. Pro­sto na nią.

– Co, do…?

Nina jesz­cze powięk­szyła zdję­cie, aż pik­sele zaczęły się roz­pa­dać na kwa­draty.

To nie mogła być ona. Nie­moż­liwe.

Linię żuchwy roz­po­zna­wała z setek wspo­mnień: Maja przy­gry­za­jąca dolną wargę, kiedy się wku­rza. Maja, kiedy śmieje się zbyt gło­śno. Maja, kiedy mówi: spo­koj­nie, Mała, ja to ogarnę. Na zdję­ciu kobieta wyglą­dała ina­czej. Chud­sza. Twarz pocią­gła, policzki zapad­nięte, jakby ktoś wyssał z niej wnę­trze. Ale dostrze­gła lekki skręt głowy, spo­sób, w jaki trzy­mała rękę przy barku. Ten gest był tak cha­rak­te­ry­styczny, że Nina poczuła, jak coś w niej pęka.

Maja.

Jeśli to nie była ona, to ktoś, kto nosił jej twarz.

Nina odsu­nęła się na krze­śle, aż kółka zaskrzy­piały o panel. Przez chwilę miała wra­że­nie, że pokój się kur­czy. Ściany były za bli­sko, powie­trze za gęste. Tele­fon zawi­bro­wał na biurku. Wia­do­mość na gru­pie redak­cyj­nej.

Kto jutro robi nasz stały kącik „Zagi­nię­cia tygo­dnia”? Mamy świeżą sprawę turystki z Biesz­czad. Jakieś lasy, jakaś wio­cha, kla­syk – ktoś chętny?

Nina gapiła się w tekst, jakby czy­tała go przez wodę.

Zagi­niona turystka. Lasy. Wio­cha. I to zdję­cie.

Jej kur­sor zawisł nad kla­wia­turą. Chwilę póź­niej bez­wied­nie wystu­kała:

Biorę!

Enter. Wia­do­mość została wysłana. Dopiero wtedy ciało poin­for­mo­wało ją, że znowu oddy­cha. W kuchni otwo­rzyła szafkę i się­gnęła po butelkę wina. Zatrzy­mała się w pół ruchu i odsta­wiła wino. Zamiast tego z naj­wyż­szej półki zdjęła małą, obdra­paną meta­lową puszkę. Pudełko po her­ba­cie, które pamię­tała z dzie­ciń­stwa. W środku znaj­do­wały się stare rze­czy, któ­rych ni­gdy nie wyrzu­ciła. Zdję­cia z pola­ro­idu, zmięte bilety auto­bu­sowe, kartka z krzy­wym napi­sem: Nina, nie bój się! – M. I wydruk z poli­cyj­nego maila sprzed lat.

Ostatni logo­wany sygnał tele­fonu komór­ko­wego Mai Baceli (lat 16) zare­je­stro­wano w oko­li­cach powiatu leskiego. Praw­do­po­dobne prze­by­wała w rejo­nie kom­pleksu leśnego Borek.

Wtedy te słowa nic jej nie mówiły. Była za młoda, zbyt wystra­szona, za bar­dzo sku­piona na oczach matki i pię­ściach ojca. Oko­lice powiatu leskiego zna­czyły mniej wię­cej tyle, że gówno wiemy, gdzie jest.

Teraz, po latach map, śledztw, spraw, Biesz­czady były dla niej kra­iną z innej pla­nety. Usia­dła z powro­tem przy lap­to­pie. Otwo­rzyła mapę. Wpi­sała: Czy­ściec.

Nie­wielka kropka. Wieś mię­dzy lasem a nie­bem. Przy­bli­żyła. Prze­cią­gnęła w dół.

Pasma drzew. Zazna­czony rezer­wat. Opis: „Kom­pleks Leśny Borek”.

Przy­ło­żyła do ekranu stary wydruk, jakby chciała dopa­so­wać dwie war­stwy świata. Rejon kom­pleksu leśnego Borek.

Coś w jej klatce pier­sio­wej prze­su­nęło się i zasko­czyło jak zamek. Maja nie znik­nęła gdzieś w Biesz­cza­dach. Nie w abs­trak­cyj­nej zie­lo­nej pla­mie na mapie. Znik­nęła tu. W lasach obok Czyśćca. Nie­ja­sne podej­rze­nie po latach nagle nabrało kształtu. Nie cho­dziło tylko o podo­bień­stwo twa­rzy na zdję­ciu czy puste spoj­rze­nie bar­manki w tle. Ten sam powiat. Ten sam las. Ten sam typ ciszy w poli­cyj­nych odpo­wie­dziach.

Z łazienki przy­nio­sła małe okrą­głe lustro. Usta­wiła je tak, by widziała w nim powięk­szone zdję­cie na ekra­nie. Chciała zoba­czyć ten sam kadr, który zro­bił foto­graf z lokal­nej gazety. Na pierw­szym pla­nie zagi­niona Klau­dia. Uśmiech­nięta. W ręku piwo. Ot, zado­wo­lona z życia turystka, która wie­rzy, że las jest atrak­cją. W tle, w lustrze za barem, odbi­cie dziew­czyny o wychu­dzo­nej twa­rzy.

Stała nie­ru­chomo. Nie nale­wała piwa. Nie sprzą­tała. Nie robiła kom­plet­nie nic. Jakby stała tam po pro­stu po to, żeby być tłem. W lustrze wyglą­dała jak duch. Jak odbi­cie kogoś, kto nie należy ani do świata klien­tów, ani do świata obsługi. Jak ktoś, kogo nikt nie miał zauwa­żyć.

Nikt poza Niną.

– Czy to w ogóle…? – mruk­nęła do ekranu, ale nie dokoń­czyła myśli. W redak­cyj­nym cza­cie poja­wił się kolejny komu­ni­kat.

Nina, możesz poje­chać na miej­sce? Zoba­czysz bar, pen­sjo­nat, popy­tasz ludzi, napi­szesz tekst, mach­niesz foty, kla­syka. Mamy budżet na dwie noce.

Dwie noce. Śmiesz­nie mało w porów­na­niu z szes­na­stoma latami.

Odpi­sała:

Jadę jutro!

Kiedy wyłą­czyła lap­top, w miesz­ka­niu zro­biło się zbyt cicho. War­szawa za oknem wciąż szu­miała, ale ten szum był daleki, nie­szko­dliwy, obo­jętny. Przy­po­mniała sobie tam­ten dzień. Maja w drzwiach. Ple­cak na ramie­niu. Siniec na policzku, który pró­bo­wała zakryć pudrem.

– Wrócę po cie­bie – powie­działa. – Tylko pocze­kaj, wytrzy­maj. Ogarnę się i po cie­bie wrócę.

Nie wró­ciła. Zamiast niej przy­je­chała poli­cja. Potem były raporty, zezna­nia, sta­ty­styka.

Nie­let­nia. Praw­do­po­dobna ucieczka z domu. Może do pracy, może do chło­paka i tego typu bzdury.

Nina się­gnęła po odsta­wioną butelkę z winem i tym razem nalała sobie pół kie­liszka. Upiła kilka łyków, popra­wiła kosmyk wło­sów i znów włą­czyła lap­top. Popa­trzyła na ekran.

– Szes­na­ście lat… – Wes­tchnęła. – Czy ty się za bar­dzo nie pod­pa­lasz, Ninka?

Dopiła wino i nalała sobie kolejną por­cję. Odchy­liła się na krze­śle, jakby ta per­spek­tywa miała schło­dzić buzu­jące w niej emo­cje. Przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wała się w zdję­cie, w końcu prze­nio­sła wzrok na widok za oknem. W reflek­sie na szy­bie dostrze­gła swoje odbi­cie, a także wiszą­cego przy drzwiach bal­ko­no­wych worka bok­ser­skiego. Obiektu, któ­rego żaden z jej gości ni­gdy nie komen­to­wał, bo jego obec­ność mówiła sama za sie­bie.

Zamknęła pro­gram i wstała z krze­sła. Ruszyła w stronę bal­konu. Worek wisiał tam jak czer­wony straż­nik, sfa­ty­go­wany, cichy, cze­ka­jący. Dotknęła go lekko opusz­kami pal­ców. Był zimny.

Jak ręce jej ojca, kiedy pod­no­sił je do bicia. Nina zaci­snęła palce w pięść i ude­rzyła. Raz. Worek skrzyp­nął łań­cu­chami, odsu­nął się, wró­cił wol­niej, jakby coś w jej ruchu było cięż­sze niż zwy­kle.

Boks nie był chwi­lo­wym kapry­sem, decy­do­wał o prze­trwa­niu.

Pierw­szy raz poszła na tre­ning dzień po tym, jak ojciec wbił matkę w kuchenną pod­łogę tak mocno, że został odcisk jej ramie­nia na pane­lach. Nina miała wtedy trzy­na­ście lat, była drobna, prze­stra­szona, bez­silna. Tre­ner, star­szy facet z tatu­ażami na dło­niach, spoj­rzał na nią i wska­zał na worek.

– Bij, ile chcesz. Tu wolno – powie­dział.

I Nina zaczęła bić. Wście­kle, do utraty tchu, aż padła plac­kiem z wycień­cze­nia. Od tam­tej pory biła regu­lar­nie. Teraz też musiała.

Zrzu­ciła bluzę, owi­nęła dło­nie taśmą i zaczęła ude­rzać. Naj­pierw lekko, tech­nicz­nie, potem szyb­ciej, moc­niej. Lewy pro­sty, jeden, drugi, unik, prawy sierp. Kolejne kom­bi­na­cje, jedna za drugą, trwało to minutę, może dwie, ni­gdy tego nie spraw­dzała, po pro­stu biła, aż zni­kały złe emo­cje. Kiedy poczuła drże­nie bar­ków, prze­rwała, oparła czoło o worek i w myślach podzię­ko­wała mu, że przy­jął jej gniew bez pro­te­stu. Oddy­chała ciężko, spy­cha­jąc obrazy, które od kilku minut wra­cały. Lustro w barze, oczy z prze­szło­ści, echo krzyku z nocy, w któ­rej Maja ucie­kła.

Nina otwo­rzyła oczy i wytarła pot z czoła. Pod prysz­ni­cem gorąca woda paliła jej skórę, ale nie czuła ulgi. W gło­wie kry­sta­li­zo­wał się plan. Pro­sty, żela­zny, bez miej­sca na wąt­pli­wo­ści.

To zdję­cie nie poja­wiło się przy­pad­kiem. To było wezwa­nie.

Usia­dła na łóżku, pozwa­la­jąc wil­got­nym wło­som przy­kleić się do karku.

Turystka, która znik­nęła, brzmiało rów­nie podle jak szes­na­ście lat temu. Co to miało zna­czyć, że znik­nęła? Ludzie nie zni­kali ot tak. Nie wypa­ro­wy­wali. Nie prze­no­sili się w cza­sie. A jed­nak to słowo od szes­na­stu lat nie pozwa­lało jej zasy­piać w spo­koju.

Maja też znik­nęła. Też wypa­ro­wała. A przy­naj­mniej na tym sta­nęło. Poli­cja robiła to, co zwy­kle – spraw­dzała „wszyst­kie moż­liwe sce­na­riu­sze”, czyli nie robiła nic. Póź­niej, gdy Nina doro­sła i zajęła się pisa­niem o prze­mocy wzglę­dem kobiet, ich trau­mach, zagi­nię­ciach i podob­nych spra­wach, zro­zu­miała, że poli­cja ni­gdy nie kochała „zagi­nięć”. One nie budo­wały sta­ty­styk i obna­żały bez­sil­ność całej for­ma­cji.

Nina wró­ciła do biurka i wbiła w wyszu­ki­warkę nazwę miej­sco­wo­ści.

Czy­ściec. Powiat leski.

Wyświe­tliły się archi­walne zdję­cia – małe szare domki na tle gór, mgła, bar o żół­tych świa­tłach, droga jak wstęga roz­cią­gnięta mię­dzy drze­wami. Wieś, która wyglą­dała jak miej­sce nie tyle odcięte od świata, ile zatrzy­mane w cza­sie.

Klik­nęła mapę. Powięk­szyła obraz.

Kom­pleks leśny Borek. Opis: roz­le­gły, gęsty las o rzad­kich szla­kach, czę­ściowo objęty ochroną.

Ide­alne miej­sce, aby znik­nąć… Albo zostać zabra­nym, dodała w myślach.

Otwo­rzyła teczkę z wycin­kami doty­czą­cymi zagi­nię­cia sio­stry. Po raz tysięczny prze­czy­tała notatkę: „Ostat­nie logo­wa­nie tele­fonu Mai B. zare­je­stro­wano w rejo­nie kom­pleksu leśnego Borek”. Zaci­snęła zęby, zamknęła oczy i przez chwilę tak trwała, w końcu chwy­ciła ple­cak i zaczęła pako­wać naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Lap­top, łado­warka, ciu­chy na trzy dni, płaszcz prze­ciw­desz­czowy, gaz pie­przowy. Zatrzy­mała się przy scy­zo­ryku. To był pre­zent od Mai, która kie­dyś kupiła go na targu.

– Nie żebyś miała kogo ciąć, Mała. Ale żebyś wie­działa, że możesz – powie­działa jej wtedy, ale ona jesz­cze tego nie zro­zu­miała.

Przyj­rzała się wygra­we­ro­wa­nym ini­cja­łom N+M, po czym wło­żyła go do wewnętrz­nej kie­szeni ple­caka. Nie dla obrony, ale dla pamięci.

Przed snem po raz ostatni przyj­rzała się zdję­ciu. Czy Maja mogła teraz wyglą­dać jak kobieta w lustrze?

Jeśli w ogóle żyła, dziś miała trzy­dzie­ści dwa lata i pew­nie nie przy­po­mi­nała już tej bun­tow­ni­czej nasto­latki w dre­so­wych spodniach i czapce z dasz­kiem. Tak Nina ją zapa­mię­tała. Miała wtedy dzie­sięć lat. Co mógł zako­do­wać mózg pogu­bio­nej i prze­ra­żo­nej dzie­się­cio­latki?

Maja, pomy­ślała. To musi być ona. Oczy nie kła­mią.

Z tą myślą Nina Bacela popra­wiła poduszkę i moc­niej nacią­gnęła na sie­bie koł­drę.

Las cze­kał na nią z utę­sk­nie­niem.

Rozdział 2

Droga do Czyśćca była jak rana roz­ci­na­jąca zbo­cze gór.

Nina jechała swoim wysłu­żo­nym ciem­no­sza­rym Sub­aru, które zaku­piła spe­cjal­nie po to, aby radził sobie w tere­nie. Samo­chód miał napęd na cztery koła, mocne zawie­sze­nie i bagaż­nik pełen rze­czy na wszelki wypa­dek. W redak­cji żar­to­wano, że Nina ma auto jak prep­pers, który szy­kuje się na koniec świata, ale teraz gdy patrzyła na gęst­nie­jące ściany Biesz­cza­dów, brzmiało to nie jak żart, tylko trafna obser­wa­cja.

W miarę jak wspi­nała się ser­pen­ty­nami, las przy­bli­żał się do drogi, jakby chciał ją połknąć. Gałę­zie dra­pały o dach i lusterka, a niebo robiło się coraz ciem­niej­sze. Nie dla­tego, że nad­cho­dził wie­czór, lecz dla­tego, że Borek zasła­niał pół świata.

Nina zer­k­nęła na nawi­ga­cję. Sygnał zani­kał i wra­cał, jak oddech ciężko cho­rego. Ostat­nie kilo­me­try były puste. Zero samo­cho­dów, zero pie­szych, zero domów. Gdyby nie tablica infor­ma­cyjna, można by pomy­śleć, że Czy­ściec nie ist­nieje na żad­nej mapie.

Jej auto powoli wto­czyło się na pierw­szy odci­nek wsi. Nie­równy asfalt, poje­dyn­cze latar­nie, drew­niane domy wyglą­da­jące tak, jakby stały tu sto lat i bały się runąć. Nikt nie wyszedł na drogę. Psy nie szcze­kały. Okna były zamknięte, rolety opusz­czone, a powie­trze miało tę cha­rak­te­ry­styczną, nie­po­ko­jącą gęstość miejsc, które widziały zbyt wiele.

Nina zapar­ko­wała na nie­wiel­kim placu obok pen­sjo­natu Sło­neczna. Zga­siła sil­nik. Cisza natych­miast przy­warła do samo­chodu, jak wil­goć do szkła.

Wysia­dła. Spoj­rzała na ścianę lasu i poczuła, że on też na nią patrzy.

– No nie­źle, Ninka. Na dzień dobry wkrę­casz sobie takie jazdy. Las patrzy. Jasne, kuźwa…

Pen­sjo­nat Sło­neczna wyglą­dał, jakby nazwa była ponu­rym żar­tem. Wybla­kły szyld, ściany o kolo­rze pożół­kłej kości, ganek, który opa­dał lekko na jedną stronę. Na nim sie­działa star­sza kobieta z dło­nią zaci­śniętą na kubku her­baty. Patrzyła nie na Ninę, lecz w jej stronę – róż­nica sub­telna, ale wyczu­walna.

– Dobry wie­czór – przy­wi­tała się Nina.

– Wyna­jem? – zapy­tała kobieta, nie zmie­nia­jąc wyrazu twa­rzy.

– Tak. Bacela. Nina Bacela. Na dwie noce, może dłu­żej.

Kobieta zmru­żyła oczy.

– Dzien­ni­karka. – To było raczej stwier­dze­nie niż pyta­nie.

– Z War­szawy – przy­tak­nęła Nina. – Piszę o tej zagi­nio­nej tury­stce.

Teresa – bo tak przed­sta­wiła się wła­ści­cielka – ści­snęła kubek odro­binę moc­niej.

– Klau­dia. Nie wró­ciła z lasu.

– Skąd pani wie? – Nina unio­sła brwi.

– Las nie oddaje każ­dego – odparła i to nie była meta­fora. Nina to natych­miast wyczuła. – Reje­stra­cja w środku – dodała Teresa, odwra­ca­jąc wzrok.

Hol był drew­niany, skromny, pach­niał wil­go­cią i sta­rymi gaze­tami. Na ladzie leżał egzem­plarz tej samej, z któ­rej Nina miała zdję­cie. Przy­po­mniała sobie twarz dziew­czyny, odbitą w krzy­wym lustrze, jakby świat przy­pad­kiem odsło­nił sekret.

Teresa podała jej klu­cze i chwy­ciła w rękę gazetę z ewi­dent­nym zamia­rem usu­nię­cia jej z oczu gościa. Nina nie odpu­ściła.

– Znała pani Klau­dię? – zapy­tała.

Kobieta unio­sła wzrok. Miała zanie­dbaną cerę pełną prze­bar­wień i zmarsz­czek, włosy spięte w nie­dbały war­kocz, oczy wyda­wały się jałowe, bez życia.

– Nikt jej nie znał – odparła. – Turystka. Przy­je­chała sama. Ale nie powinna była iść do lasu.

– Dla­czego nie?

– Bo tu się w las nie cho­dzi. Nie głę­boko.

Nina oparła dło­nie o ladę.

– A jed­nak pani wie, że poszła.

Teresa zasty­gła. Oczy nagle ożyły. Ale nie w dobrym tego słowa zna­cze­niu.

– Tak mówią – wyszep­tała. – Tyle mogę powie­dzieć.

– Kto tak mówi?

– Ludzie.

– Jacy lu…

Nina nie dokoń­czyła, bo nagle zaskrzy­piały drzwi, a do środka wpeł­zło zimne powie­trze. Obró­ciła się. W progu stał męż­czy­zna. Wysoki, potężny, z twa­rzą jak kawał kamie­nia prze­cię­tego nożem. Miał ręce czło­wieka, który całe życie pra­co­wał, i oczy takiego, który za dużo w tym życiu widział.

Teresa zesztyw­niała.

– Ryś…

Męż­czy­zna ski­nął jej głową, ale wzrok natych­miast zatrzy­mał na Ninie. Nie jak na gościu. Jak na intru­zie.

– Obca – wymam­ro­tał. I to też nie było pyta­nie.

– Dzien­ni­karka – popra­wiła go chłodno Nina. – Pan stąd?

Męż­czy­zna pod­szedł tak bli­sko, że poczuła zapach żywicy i metalu. Miał rudą czu­prynę, rude wąsi­ska i zro­śnięte brwi. W isto­cie bar­dziej przy­po­mi­nał rysia niż czło­wieka.

Przez dłuż­szą chwilę mil­czał, nachal­nie mie­rząc ją wzro­kiem. Nina nie zno­siła, jak faceci tak na nią patrzyli.

– Sły­szał pan o znik­nię­ciu Klau­dii Skrzyp­czak?

Krza­cza­ste brwi męż­czy­zny unio­sły się, co trudno było zin­ter­pre­to­wać. Nina odnio­sła wra­że­nie, że ją ana­li­zuje. Ale nie w spo­sób, w jaki kobiety bywają oce­niane, ale w taki, w jaki myśli się o pro­ble­mach.

– U nas nie ma co roz­grze­by­wać – odparł w końcu. – Las ją wziął.

– A moją sio­strę też wziął?

Twarz męż­czy­zny stę­żała jesz­cze bar­dziej, co bio­rąc pod uwagę kan­cia­ste rysy, jesz­cze chwilę wcze­śniej wyda­wało się nie­moż­liwe. Nina pomy­ślała, że jak zwy­kle się zaga­lo­po­wała. Zawsze była wyszcze­kana, ale w tej pracy nie można było spusz­czać wzroku. Ani kłaść uszu po sobie.

– Różne rze­czy las tu bie­rze – ode­zwał się w końcu męż­czy­zna. – A pani mi się nie podoba.

– Nie jestem tu od tego, aby się podo­bać. – Nina pomy­ślała, że znów nie­po­trzeb­nie pod­grzewa atmos­ferę. Co z tego, skoro ni­gdy nie potra­fiła ugryźć się w język. – Przy­je­cha­łam spraw­dzić, co tu bie­rze ludzi. I nie spo­cznę, dopóki się tego nie dowiem – dodała.

Ryś, jak nazwała go Teresa, uśmiech­nął się. Ale w tym uśmie­chu nie było nic weso­łego. Gry­mas, który poja­wił się na jego twa­rzy, sko­ja­rzył jej się z miną dra­pież­nika, który widzi, że ofiara sama pcha się w pułapkę.

– Jak sobie chcesz. Ja tylko dobrze radzę – powie­dział, a uśmiech na jego twa­rzy zgasł. – Poroz­ma­wiamy kiedy indziej – zwró­cił się do Teresy, odkrę­cił się na pię­cie i wyszedł bez poże­gna­nia.

Kobieta za ladą wypu­ściła powie­trze, jakby do tej pory wstrzy­my­wała oddech.

– On… on pil­nuje wsi. Ale nie każ­demu pomaga – powie­działa cicho. – Pani klucz – dodała, kła­dąc na ladę ciężki bre­lok.

Z tego gestu dało się jasno wyczy­tać, że to koniec dys­ku­sji. Nina posta­no­wiła wyha­mo­wać. I tak zaczęła mar­nie, a jeśli miała tu spę­dzić kolej­nych kilka dni, to uznała, że lepiej nie zra­żać do sie­bie gospo­dyni pen­sjo­natu. Poszła na pię­tro, odna­la­zła swój pokój, wsa­dziła klucz, chwilę moco­wała się z zam­kiem i wresz­cie otwo­rzyła drzwi.

Pokój był skromny, ale czy­sty. Łóżko, komoda, nad nią tele­wi­zor, szafa dwu­drzwiowa, na ścia­nie obraz jele­nia na ryko­wi­sku. I okno wycho­dzące na ścianę lasu.

– Borek – mruk­nęła, odsła­nia­jąc firankę.

Las był bli­sko. Za bli­sko. Stał jak mur, nie­prze­nik­niony, cichy, posępny. Gałę­zie drzew nie­mal dra­pały o szyby. Mrok wyda­wał się gęst­nieć, gdy się w niego wpa­try­wała. Otu­lał pnie. Zasy­sał świa­tło w swe trze­wia.

I wtedy Ninie wydało się, że coś dostrze­gła. Wzdry­gnęła się, choć nie nale­żała do lękli­wych. Zbli­żyła twarz do szyby i zmru­żyła oczy. Ta na wyso­ko­ści jej ust pokryła się deli­katną war­stwą skro­plo­nej pary wod­nej.

– Chcesz mnie nastra­szyć, Borek? – zapy­tała.

Las odpo­wie­dział czymś, co można by porów­nać do dra­pa­nia pazu­rem o korę. A może jej się tylko wyda­wało. Chwilę póź­niej jedna z gałęzi musnęła para­pet.

– Nie prze­stra­szysz mnie – mruk­nęła wyzy­wa­jąco. – I tym razem dowiem się wszyst­kiego. Masz to, kurwa, jak w banku.

Las odpo­wie­dział mil­cze­niem. Ale już wie­dział, że tu jest. Nina czuła to całą sobą. Gdy kła­dła się do łóżka, mimo wszystko zacią­gnęła zasłony.

Rozdział 3

Zie­mia była zimna niczym mar­twe ciało.

Korze­nie pod ple­cami dra­pały, jakby las pró­bo­wał wro­snąć w skórę. Ręce opla­tał mocno zaci­śnięty wia­nek z pną­czy. Przy­po­mi­nał ludz­kie ramiona, ale zbyt dłu­gie i zbyt krzywe, pokraczne.

Wtedy ciem­ność drgnęła. Nie­znacz­nie, zło­wrogo. Znów usły­szała bicie wła­snego serca.

Krok? Nie. Sze­lest. Powolny, prze­cią­gły, jakby ktoś suwał po ziemi dłu­gimi pal­cami.

Dziew­czyna nauczyła się mil­czeć, ale tym razem instynkt naka­zał jej wołać pomocy. Otwo­rzyła usta, ale głos uwiązł jej w gar­dle. Czy­jeś palce prze­su­nęły się po jej wło­sach. Dłu­gie, kości­ste, szpo­nia­ste. Łzy spły­nęły po policz­kach.

– Ciii… – Szept zabrzmiał tuż przy jej uchu. Chro­po­waty, jakby rodził się z samej ziemi. – Tylko złe dziew­czyny pła­czą.

Poczuła na twa­rzy gałąź, która powoli zaczęła zdzie­rać skórę z policzka. Krew spły­nęła po bro­dzie i zmie­szana ze łzami wsiąk­nęła w zie­mię.

– Trzeba cię oczy­ścić. – Szept wpełzł do jej czaszki jak ośli­zła larwa. – Z mięsa, z lęku, z imie­nia…

Po jej ramie­niu prze­mknęło coś ostrego. Jakby korzeń, który pra­gnął wbić się w ciało, szu­ka­jąc miej­sca, gdzie może zapu­ścić się głę­biej. Strach zga­sił instynkt. Nie szarp­nęła się. Nie krzyk­nęła. Mil­czała. Wtedy gałę­zie oplo­tły ją moc­niej, skrzy­piąc jak łamane kości. Werż­nęły się w ciało.

– Grzeczna dziew­czyna. Posłuszna…

Zanim Klau­dia Skrzyp­czak stra­ciła przy­tom­ność, znów poczuła na szyi oddech lasu.

Rozdział 4

Rano Czy­ściec wyglą­dał nie­win­nie.

Słońce prze­ci­skało się przez chmury, roz­le­wa­jąc blade świa­tło po dachach. Na dro­dze poja­wiło się kilka osób: kobieta z wia­drem, chło­piec pro­wa­dzący rower, męż­czy­zna w gumo­fil­cach, który palił papie­rosa, uda­jąc, że nie patrzy na Ninę, kiedy wycho­dziła z pen­sjo­natu.

Borek wciąż był ciemny. Ściana drzew nie roz­ja­śniała się od słońca.

Jakby nie­ustan­nie prze­ży­wała wła­sną, wewnętrzną noc.

Nina popra­wiła ple­cak na ramie­niu, wsu­nęła dło­nie do kie­szeni bluzy i ruszyła w stronę cen­trum wsi. Nie potrze­bo­wała mapy. Takie wsie wyglą­dały, jakby ktoś wyciął je z podob­nego sza­blonu. Bar, sklep, warsz­tat, kościół. Zawsze ten sam układ. Wszystko o rzut bere­tem.

Naj­pierw wypa­trzyła sklep. Kwa­dra­towy, beto­nowy, z zie­lo­nym szyl­dem pamię­ta­ją­cym PRL. Obok niego stała tablica ogło­szeń, zawil­go­cona, z krzywo przy­cze­pio­nymi kart­kami. Z przy­zwy­cza­je­nia pode­szła bli­żej.

Sprze­dam cie­laka. Oddam szcze­niaki. Zagi­nął pies.

I grupa wspar­cia.

Pomy­ślała, że to tro­chę dziwne. Takich ogło­szeń nie widuje się w miej­sco­wo­ściach takich jak Czy­ściec. Zwłasz­cza takich.

Grupa wspar­cia dla osób po stra­cie, trau­mie i prze­mocy. Pro­wa­dzi dr Ignacy Gajda. Spo­tka­nia w sali ośrodka edu­ka­cyj­nego Pod Bor­kiem. Oczysz­cza­nie z cię­ża­rów prze­szło­ści. Dys­kret­nie, tanio, sku­tecz­nie.

Pod spodem małymi lite­rami wid­niał numer tele­fonu. Wyjęła z ple­caka notes i go zapi­sała. Wtedy dostrze­gła na ziemi cień sto­ją­cej za nią osoby. Poczuła lek­kie napię­cie mię­śni, ale szybko znik­nęło. Nie było zagro­że­nia.

– Szuka pani pomocy u naszego dok­tora? – usły­szała skrze­kliwy kobiecy głos.

Obró­ciła się.

Przed nią stała kobieta z siat­kami zaku­pów w obu rękach. Po czter­dzie­stce, dość atrak­cyjna, choć oczy wyglą­dały na zmę­czone prozą życia. Miała sztywną fry­zurę, twarz już tro­chę pomarsz­czoną, palce zaci­śnięte na pla­sti­ko­wych uchwy­tach.

– Dok­tor Gajda – dopre­cy­zo­wała. – On pomaga ludziom. Jak komuś coś się stało albo jak ktoś… No różne dra­maty, pro­szę pani.

– To psy­cho­log?

– Tak mówią. – Kobieta wzru­szyła ramio­nami. – Swój czło­wiek. Pani do niego przy­szła? – Przyj­rzała się jej uważ­nie.

– Jesz­cze nie wiem. Może… – Nina ski­nęła w stronę ogło­sze­nia. – Jestem dzien­ni­karką. Piszę arty­kuł o Klau­dii Skrzyp­czak. Tej tury­stce, która zagi­nęła w oko­licy.

Twarz kobiety stę­żała.

– To nie do mnie – powie­działa szybko. – O takich rze­czach lepiej nie gadać. Tu ściany mają uszy. Las też.

– Co ma pani na myśli?

– Nic. Ja… nie­ważne. Może niech pani Ojc… dok­tora zapyta. On wie, co powie­dzieć.

Ojc…

Prze­ję­zy­cze­nie prze­cięło powie­trze jak cienki nóż.

– Ojca? – dopy­tała Nina.

Kobieta wyraź­nie się zmie­szała.

– Tak go tu cza­sem nazy­wają. – Obró­ciła się, jakby w isto­cie spo­dzie­wała się, że ktoś je pod­słu­chuje. – Bo on ludziom pomaga. Pani też by pomógł, gdyby pani chciała… – prze­rwała, przy­glą­da­jąc się Ninie jesz­cze raz. – Albo i nie.

– Dla­czego nie?

– Pani wygląda, jakby sobie pani sama radziła – odparła, a w jej gło­sie zabrzmiało coś pomię­dzy podzi­wem a nie­chę­cią. – Takie… co to mają mocne pię­ści, to mało kto lubi.

Nina instynk­tow­nie spoj­rzała na swoje dło­nie. Nie­po­ma­lo­wane paznok­cie, brzyd­kie skórki, ślady po taśmach. To były dło­nie, które pamię­tały cię­żar worka. I nie tylko worka.

– Aż tak to widać? – Uśmiech­nęła się.

– Po bar­kach widać. – Kobieta odpo­wie­działa uśmie­chem, dziw­nie krzy­wym. – I po tym, jak pani idzie. Jak ktoś, kto przed nikim nie ucieka.

Kie­dyś Nina usły­szała już coś podob­nego. Choć w innym kon­tek­ście.

„Nie ucie­kasz. Idziesz po swoje” – powie­dział jej tre­ner, gdy pierw­szy raz kazał jej wejść do ringu. Dostała wtedy lanie, ale to ją tylko nakrę­ciło. Kilka tygo­dni póź­niej role się odwró­ciły i to ona na koniec mogła spoj­rzeć na rywalkę z góry.

Kobieta zasta­no­wiła się chwilę, po czym dodała ści­szo­nym gło­sem:

– Jak pani chce, to dok­tor bywa w barze. Przy­cho­dzi na kawę. A i piwo cza­sem wypije. Mówi, że trzeba być mię­dzy ludźmi, żeby ich zro­zu­mieć.

Bar.

Kukułka.

Tam, gdzie po raz ostatni widziano turystkę. I gdzie zro­biono jej zdję­cie. I gdzie…

– Dzię­kuję – rzu­ciła Nina. – Naro­biła mi pani smaku tą kawą. Miłego dnia.

Bar Kukułka stał przy skrzy­żo­wa­niu, jakby miał pil­no­wać wej­ścia do wsi. Par­te­rowy budy­nek z drew­nianą ele­wa­cją, szyld z nama­lo­wa­nym pta­kiem, który wyglą­dał bar­dziej jak kruk niż kukułka. Drzwi były uchy­lone, jakby w ogóle się nie zamy­kały.

Nina zatrzy­mała się na moment przed wej­ściem. Wcią­gnęła powie­trze. Poczuła zapach piwa, sma­żo­nego oleju i cze­goś jesz­cze, czego nie umiała nazwać. Cze­goś jak kurz, który osiadł na emo­cjach ludzi.

Weszła.

W środku było chłodno. Kilka sto­li­ków, długi bar, krzywe lustro za nim – wła­śnie to, które znała ze zdję­cia. Przez moment miała wra­że­nie, że jest w środku foto­gra­fii. Za barem stała młoda dziew­czyna o krót­kich kru­czo­czar­nych wło­sach. Miała pełną, rumianą twarz i cha­rak­te­ry­styczny pie­przyk nad lewym kąci­kiem ust. Wycie­rała szklankę, krę­cąc bio­drami w takt snu­ją­cej się z gło­śnika muzyki.

– Otwarte? – zapy­tała Nina.

– Otwarte. – Dziew­czyna zmie­rzyła ją wzro­kiem. – Co podać?

– Cap­puc­cino.

Nina pode­szła do baru i sta­nęła tak, by widzieć swoje odbi­cie w lustrze. Rama była obdra­pana, a szkło pory­so­wane. Ale to było to miej­sce.

– Szu­kam wła­ści­ciela – powie­działa, patrząc, jak kobieta szy­kuje zamó­wioną kawę.

– Kukułki? – zapy­tała bar­manka.

– Tak.

– To może się pani nie docze­kać – prych­nęła. – On tu bywa, kiedy chce. Pani z gazety?

– Aż tak to widać?

– Nie jest pani pierw­sza. Czy­ściec przy­ciąga uwagę por­tali plot­kar­skich.

– Nie jestem z Pudelka – obru­szyła się Nina. Nie zno­siła, gdy wszy­scy spro­wa­dzali pracę dzien­ni­ka­rzy do sia­nia plo­tek i pisa­nia o głu­po­tach.

– Pude­lek nie Pude­lek. Wszyst­kie takie same – odparła kobieta, jakby chciała zro­bić jej na złość.

Nina odcze­kała do momentu, gdy fili­żanka z paru­ją­cym cap­puc­cino sta­nęła na ladzie. Pianka uło­żyła się w nie­po­ko­jący wzór. Przy­po­mi­nała upiorną twarz jakiejś sta­ru­chy, choć to mogła być nad­in­ter­pre­ta­cja.

– O tej porze chyba nie ma tu wielu gości? – zaga­iła, zmie­nia­jąc temat.

– Za chwilę przyj­dzie dok­tor. – Bar­manka wymow­nie spoj­rzała na zega­rek. – Pięć minut po nim Ryś, jeśli aku­rat w lesie spo­kój. Po nich Sępy. O dzie­wią­tej trzy­dzie­ści zawsze robią sobie prze­rwę na kawę.

Dok­tor, Ryś, Sępy. Robiło się coraz cie­ka­wiej. Nina posta­no­wiła sku­pić się na tym, który miał do baru zawi­tać pierw­szy.

– Ma pani na myśli dok­tora Gajdę? – dopy­tała.

– Zawsze siada przy tam­tym sto­liku przy oknie. Póź­niej dołą­cza do niego Ryś. I mru­czą do sie­bie, a potem idą każdy w swoją stronę. Taki, wie pani, dzień świ­staka.

– A czym dokład­nie zaj­muje się dok­tor Gajda?

– Pomaga ludziom.

– A mnie pomoże?

– Nie wiem, może. Jak pani chce o Klau­dii, to on dużo wie. Zawsze dużo wie.

Zanim Nina zdą­żyła odpo­wie­dzieć, drzwi skrzyp­nęły. W lustrze dostrze­gła, że do środka wszedł męż­czy­zna w ciem­nym płasz­czu, z sza­li­kiem luźno zawi­nię­tym wokół szyi. Nie paso­wał do wsi, a przy­naj­mniej nie do takiej jak Czy­ściec. Był schludny, ele­gancki i choć jesz­cze nie powie­dział słowa, sko­ja­rze­nie, że jest szar­mancki, poja­wiło się samo. Włosy miał przy­pró­szone siwi­zną, krótko przy­strzy­żone, brodę zadbaną. Nosił oku­lary w cien­kich opraw­kach. Mógłby wykła­dać na uczelni albo pro­wa­dzić gabi­net w cen­trum dużego mia­sta.

Ale wszedł do Kukułki.

Dziew­czyna za barem natych­miast się wypro­sto­wała.

– Dzień dobry, panie dok­to­rze – przy­wi­tała się.

– Dzień dobry, Marto. Jak dziś? – Uśmiech­nął się do niej łagod­nie.

– Tak jak zawsze – odparła szybko.

Jego wzrok prze­su­nął się po sali i zatrzy­mał na Ninie. Nie nachal­nie. Nie natręt­nie. Ale też nie zwy­czaj­nie. Nina poczuła się dziw­nie.

– Widzę nową twarz – powie­dział. – To rzad­kość w tych stro­nach.

Nina obró­ciła się, opie­ra­jąc się łok­ciem o bar.

– Miło, że pan to zauważa – odparła.

Pod­szedł bli­żej, wycią­gnął rękę.

– Dok­tor Ignacy Gajda. – Uśmiech miał łagodny, otwarty. – Pra­cuję w tutej­szym ośrodku edu­ka­cyj­nym. Psy­cho­log.

Nina uści­snęła jego dłoń. Była chłodna i sucha.

– Nina Bacela, dzien­ni­karka.

– Z War­szawy, prawda? – zapy­tał, jakby nie potrze­bo­wał odpo­wie­dzi. Zmie­rzył ją badaw­czo wzro­kiem. – Spo­sób, w jaki się pani roz­gląda, poru­sza. I to, że przy­jeż­dża tu pani sama. Czuć bijącą od pani pew­ność sie­bie.

– Zna­jo­mość ludz­kich zacho­wań? – rzu­ciła zaczep­nie.

– Zbo­cze­nie zawo­dowe. Choć nie bar­dzo lubię to okre­śle­nie. Brzmi nie­smacz­nie. – Usiadł przy sto­liku, tym przy oknie, na który wska­zała przed chwilą bar­manka. – Spo­cznie pani? – zapy­tał.

Nina nie odmó­wiła. Instynkt pod­po­wie­dział jej, że lepiej mieć tego faceta naprze­ciwko niż za ple­cami.

– Pisze pani o Klau­dii? – zapy­tał, gdy posta­wiła fili­żankę na bla­cie.

– Szybki pan jest – odparła.

Uśmiech­nął się blado.

– W takich miej­scach nowi ludzie poja­wiają się rzadko. Obcy z note­sem tylko wtedy, gdy ktoś znik­nął albo zro­bił coś bar­dzo głu­piego. – Pokrę­cił głową, jakby szcze­rze się zasmu­cił. – Przy­kra sprawa. Bar­dzo przy­kra. Dziś mło­dzi ludzie bywają bar­dzo nie­roz­tropni, a wiel­ko­miej­skie życie zabija w nich instynkt samo­za­cho­waw­czy.

– Co ma pan na myśli?

– Biesz­czady to nie cen­trum mia­sta wypeł­nione przy­tul­nymi kafej­kami. Tu łatwo zgu­bić drogę, zwłasz­cza po zmierz­chu. Mło­dzi tego nie rozu­mieją. A potem giną w leśnej dzi­czy jak Klau­dia.

– Myśli pan, że Klau­dia zgi­nęła?

– Zagi­nęła. W isto­cie ma pani rację. Słowa mają zna­cze­nie.

Nina zano­to­wała w pamięci to „prze­ję­zy­cze­nie”.

– Znał ją pan? – zapy­tała.

– Tyle, ile trzeba, by zauwa­żyć, że miała w sobie chaos. – Wzru­szył lekko ramio­nami. – Tury­ści przy­jeż­dżają tu z prze­świad­cze­niem, że las wyle­czy ich traumy, roz­wiąże za nich nawar­stwia­jące się latami pro­blemy. Zapo­mi­nają, że on tylko wyciąga to, co już w nich jest.

– Las czy ludzie? – Nina lekko zmru­żyła oczy.

Uśmiech mu nie znik­nął, ale na uła­mek sekundy coś w nim drgnęło.

– Jedno i dru­gie, pro­szę pani. Jedno jest narzę­dziem.

Inte­li­gentny gość, pomy­ślała Nina. Mówił jak ktoś, kto układa rze­czy ludziom w gło­wie. Słowa mięk­kie, zna­cze­nia ostre.

– Pani też przy­je­chała się wyle­czyć? – zapy­tał.

– Przy­je­cha­łam pra­co­wać – odparła.

– Praca też cza­sem leczy. – Oparł łok­cie o stół. – Co panią bar­dziej inte­re­suje? Turystka, która znik­nęła, czy sio­stra, która znik­nęła dawno temu?

Twarz Niny stę­żała. Poczuła się, jakby dostała pro­sto w mostek.

– Kto panu powie­dział o mojej sio­strze? – spy­tała cicho.

– Wieś – odparł. – We wsi infor­ma­cje prze­pły­wają szyb­ciej niż w sieci. Ryś widział panią w pen­sjo­na­cie i przy­po­mniał sobie, że była tu kie­dyś inna Bacela. Ta, którą też wziął las.

To „też” zabrzmiało posęp­nie. Gajda nachy­lił się odro­binę.

– Tu ludzie pamię­tają takie rze­czy – dodał.

– Poli­cja nie pamięta. – Nina przy­gry­zła poli­czek. Poczuła się obna­żona. I, to słowo zabrzmiało w jej gło­wie jesz­cze bar­dziej ponuro niż tamto „też”, zdia­gno­zo­wana. – Akta zostały zar­chi­wi­zo­wane, a sprawa zamknięta – dorzu­ciła w nadziei, że choć odro­binę zła­go­dzi wydźwięk trud­nych do opa­no­wa­nia emo­cji.

Dok­tor poki­wał głową ze zro­zu­mie­niem.

– Poli­cja ma inne zaję­cia. To teren przy­gra­niczny. Rozu­mie pani – powie­dział. – My, że się tak wyrażę, zaj­mu­jemy się tym, co zostaje.

– Czym kon­kret­nie?

– Lękami. Wsty­dem. Winą.

Słowo „winą” zostało na stole jak plama po kawie.

– Czyją winą? – spy­tała Nina.

– Tych, któ­rzy z nią zostali. – Spoj­rze­nie Gajdy nie ode­rwało się od jej twa­rzy. – Pani na przy­kład…

Ner­wowo prze­łknęła ślinę. Poczuła, że facet pró­buje dotknąć miej­sca, które dawno zako­pała. A może jed­nak nie? W końcu dla­czego tu przy­je­chała? Znów poczuła się obna­żona. Gajda roze­grał ją jak żół­to­dzioba. Był dobry w te klocki. Jak ci, któ­rzy naj­pierw mówią „rozu­miem cię jak nikt”, potem „zaufaj mi”, a na końcu „beze mnie nie ist­nie­jesz”.

Prze­moc domowa, o któ­rej pisała od lat, pra­wie zawsze wyni­kała z tego samego. Sche­mat był bar­dzo powta­rzalny.

– Nie potrze­buję tera­pii – powie­działa spo­koj­nie.

– Każdy jej potrze­buje, tylko nie każdy jest gotów nazwać to w ten spo­sób. Poza tym… – raz jesz­cze zmie­rzył ją wzro­kiem – nie wygląda mi pani na kogoś, kto lubi się pod­da­wać. Sądzę raczej, że wybrała pani walkę.

– Skąd pan to wie?

– Pro­szę nie uda­wać, że pani nie wie. Pani barki, dło­nie, spo­sób, w jaki pani sta­wia stopy. – Uśmiech­nął się lekko. – Boks? Muay thai? Coś w tym stylu.

– Boks – odparła twardo.

– Kla­syka. – Ski­nął głową z uzna­niem. – Kobiety, które uczą się zada­wać ciosy, zwy­kle mają długą histo­rię bycia ich celem.

Zaci­snęła szczęki.

– A to źle?

– Nie mówię, że źle. – Dotknął pal­cami brzegu fili­żanki z kawą, którą jakiś czas temu przy­nio­sła bar­manka. – Mówię tylko, że to inte­re­su­jące z punktu widze­nia mojej prak­tyki. Mało kobiet potrafi odpo­wie­dzieć siłą.

– Ma pan lep­szą pro­po­zy­cję?

– Oczysz­cze­nie. – Słowo wypo­wie­dział miękko, bez emfazy. – Z brud­nych wspo­mnień. Z poczu­cia winy. Z fał­szy­wych toż­sa­mo­ści. Wła­śnie tym się zaj­muję. Poma­gam ludziom prze­stać uda­wać, że są kimś, kim ni­gdy nie byli.

Maja miała tylko jedną toż­sa­mość. Ta myśl poja­wiła się samo­ist­nie.

– I ile pan ich już… oczy­ścił? – spy­tała, pozwa­la­jąc, by iro­nia zaszła mu pod skórę.

– Tyle, ile trzeba – odparł nad wyraz spo­koj­nie. – Choć wiele z nich się bro­niło. Zresztą bro­nią się do tej pory. – Nachy­lił się bli­żej. – Pani na przy­kład. Pani się broni. Mogłaby pani tu zostać. Odpo­cząć. Prze­ko­nać się, że cza­sem naj­trud­niej jest pozwo­lić, aby ktoś inny trzy­mał ster.

Nina pod sto­łem zaci­snęła palce w pięść. Odnio­sła wra­że­nie, że ostat­nie słowa są pod­szyte groźbą. Pięk­nie zawo­alo­waną, ale jed­nak groźbą. W życiu poznała wielu takich poze­rów. Gajda przy­po­mi­nał wła­śnie kogoś takiego. Pozera.

– Nie po to uczy­łam się ude­rzać, aby odda­wać komuś ster – odcięła się szorstko.

I wtedy po raz pierw­szy zoba­czyła cień. Nie w sali, nie w lustrze, nie na ulicy. Ujrzała go w jego oczach. Przez moment maska mu pękła. To, co naprawdę sądzi o takich kobie­tach jak ona, na chwilę wysko­czyło na powierzch­nię.

Gajda posłał jej zbo­lały uśmiech.

– To nie­do­brze – powie­dział cicho. – Ludzie, któ­rzy nie umieją się pod­dać, koń­czą róż­nie.

– Ludzie, któ­rzy żądają pod­da­nia, też – odparła.

Przez sekundę napię­cie było wręcz nama­calne. A potem jego twarz znów zła­god­niała.

– Pro­po­nuję tak – pod­su­mo­wał. – Jak pani skoń­czy roz­ma­wiać z miesz­kań­cami, pro­szę wpaść do ośrodka Pod Bor­kiem. Pokażę pani, jak wygląda praca z ludźmi po trau­mie. Może tam znaj­dzie pani odpo­wie­dzi. I nie mówię tylko o Klau­dii.

Nina zaci­snęła palce na note­sie. Poczuła nie­od­partą pokusę, aby zapy­tać, czy znaj­dzie tam też odpo­wiedź doty­czącą swo­jej sio­stry, ale w porę się powstrzy­mała. Jeśli rze­czy­wi­ście chciała ją zna­leźć, musiała okieł­znać swój tem­pe­ra­ment. I scho­wać dumę do kie­szeni.

– Dzię­kuję za zapro­sze­nie. Chęt­nie odwie­dzę pań­ski ośro­dek – powie­działa, następ­nie wstała od stołu i wycią­gnęła dłoń. Gajda zawa­hał się, ale w końcu ją ujął i uści­snął. – Dzię­kuję za poświę­cony czas, dok­to­rze – dodała.

– To była czy­sta przy­jem­ność.

Na pewno, pomy­ślała w duchu, następ­nie posłała roz­mówcy wyuczony uśmiech i zapła­ciw­szy przy barze za kawę, ruszyła w stronę wyj­ścia. Gdy sta­nęła w progu, usły­szała za ple­cami jego głos.

– Pro­szę nie cho­dzić samej po lesie – powie­dział.

– Zapa­mię­tam – odparła i wyszła.

Zaraz za pro­giem nie­mal zde­rzyła się z postaw­nym męż­czy­zną. Ryś spoj­rzał na nią z góry jak jastrząb na mysz polną.

– Dzień dobry – zary­zy­ko­wała.

– Dla kogo dobry, dla tego dobry – odparł i prze­ci­snął się do środka.

Nina nie uła­twiła mu zada­nia, przez co lekko zaha­czył ją ramie­niem. Utrzy­mała jed­nak rów­no­wagę. Zawsze pew­nie stała na nogach.

– Toście wszy­scy tu, kurwa, przy­jaź­nie nasta­wieni – mruk­nęła pod nosem, po czym popra­wiła ple­cak i wyszła na ulicę.

Słońce przy­jem­nie łasko­tało policzki, ale strze­gący wsi Borek wyda­wał się chłodny i ciemny, jakby wciąż trwała w nim czarna noc. Pomy­ślała, że jeśli wszystko tutaj krzy­czy, aby brała nogi za pas, to zna­czy, że jest na dobrym tro­pie. Chwilę póź­niej spoj­rzała na las i wysta­wiła środ­kowy palec.

Rozdział 5

Teresa podała obiad w mil­cze­niu.

Pie­rogi boj­kow­skie, pajda chrup­kiego chleba, her­bata. Żad­nych pytań, żad­nych komen­ta­rzy. Tylko jedno spoj­rze­nie, które mówiło: „zasta­nów się, dziew­czyno, czy na pewno chcesz w to brnąć”.

Nina już się zasta­no­wiła.

– Któ­rędy Klau­dia poszła do lasu? – zapy­tała, się­ga­jąc po kubek.

Teresa zamarła w pół kroku.

– Róż­nie mówią – odpo­wie­działa wymi­ja­jąco. – Jedni, że poszła na punkt wido­kowy, dru­dzy, że tylko na chwilę za wieś.

– A pani co myśli?

– Myślę, że poszła tam, gdzie zaka­zali jej cho­dzić. Na zły szlak.

Dwa ostat­nie słowa zawi­sły w powie­trzu.

– Zły, czyli jaki?

– Taki, o któ­rym się wie, ale się nie mówi. – Teresa spoj­rzała na nią spod oka. – Pani idzie do lasu?

– Tak.

– To niech pani wróci, zanim słońce się schowa. A o tej porze roku chowa się szybko.

– Brzmi jak kolejne ostrze­że­nie…

Teresa zaci­snęła wargi, jakby miała coś do doda­nia, ale zre­zy­gno­wała. Ucie­kła spoj­rze­niem w stronę okna, gdzie cień Borka kładł się na ulicę jak ciężki koc.

– Wszy­scy mnie tu ostrze­gają przed wej­ściem w las. Dla­czego? – naci­skała Nina.

– To nie ostrze­że­nia.

– A co?

– Dobre rady.

Nina skoń­czyła jeść i wyszła na zewnątrz. Jej Sub­aru stało w tym samym miej­scu, oble­pione cienką war­stwą wil­goci. Prze­cią­gnęła pal­cami po masce, jakby spraw­dzała, czy wciąż jest realne. Samo­chód był jedyną rze­czą, która łączyła ją z czymś spoza Czyśćca.

Nie uru­cho­miła go. Ruszyła pie­szo.

Droga asfal­towa koń­czyła się szybko, zastą­piona przez szu­ter. Po jed­nej stro­nie stra­szyły rzędy krzy­wych pło­tów, po dru­giej cią­gnęły się łąki, za nimi rosły drzewa. Ludzie pra­co­wali przy domach: ktoś rąbał drewno, ktoś nosił wia­dro z wodą, ktoś inny napra­wiał dach. Kiedy prze­cho­dziła, mil­kli i odpro­wa­dzali ją wzro­kiem. Znała te spoj­rze­nia. Tak patrzyli na nią sąsie­dzi po pierw­szej inter­wen­cji poli­cji w ich miesz­ka­niu, gdy ojciec zła­mał matce szczękę.

W pew­nym momen­cie usły­szała za sobą cięż­kie kroki. Nie odwró­ciła się od razu. Pozwo­liła, by dźwięk ją dogo­nił.

– Mówi­łem, żeby trzy­mała się pani z dala od lasu.

Znała ten głos. Chwilę póź­niej dogo­nił ją postawny Ryś. Szli chwilę obok sie­bie, ktoś mógłby pomy­śleć, że roz­ma­wiają o pogo­dzie.

– Sły­szała pani, co powie­dzia­łem?

– Sły­sza­łam. I tak, wiem. Dobre rady. Wszy­scy mi je tu dają.

– Może wła­śnie dla­tego warto ich posłu­chać.

– Ano wła­śnie, dla­czego kon­kret­nie?

Nina spoj­rzała w twarz męż­czy­zny. Miał szorstki rudy zarost, spod któ­rego prze­bi­jało kilka blizn. Bez dwóch zdań nie wiódł spo­koj­nego życia.

– Tamta dziew­czyna poszła tak jak pani. – Spoj­rzał przed sie­bie. – Też przy dro­dze, na początku. I też myślała, że wróci.

– A skąd pan to wie?

– Widzia­łem ją. – Wzru­szył ramio­nami. – Tury­ści zawsze tak idą. Naj­pierw chcą zoba­czyć, jak daleko jest las. Jakby to miało jakieś zna­cze­nie.

– A ma?

– Ma. – Ski­nął głową. – Ale nie dla nich.

Pomy­ślała, że te gadki szmatki stają się iry­tu­jące. Wszy­scy tu mówili jaki­miś zagad­kami. Żad­nych kon­kre­tów, tylko po to, żeby gadać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki