Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
121 osób interesuje się tą książką
Nocna zmiana to nie tylko praca. To walka o przetrwanie.
Amy od dawna obawiała się nocnego dyżuru na Oddziale D – szpitalnej jednostce całodobowej opieki psychiatrycznej. Istnieją bardzo konkretne powody, dla których nigdy nie chciała objąć tej obowiązkowej zmiany. Powody, o których nikt nigdy nie może się dowiedzieć.
Z upływem kolejnych godzin Amy nabiera przekonania, że w obrębie tych ściśle strzeżonych murów dzieje się coś strasznego. Gdy pacjenci i personel zaczynają znikać bez śladu, staje się jasne, że wszyscy na oddziale są w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Oddział D był dla Amy miejscem z najgorszych koszmarów.
A teraz może okazać się pułapką bez wyjścia.
Opis krótki:
Amy od dawna obawiała się nocnego dyżuru na oddziale opieki psychiatrycznej. Istnieją powody, dla których nigdy nie chciała objąć tej zmiany. Powody, o których nikt nigdy nie może się dowiedzieć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 303
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Ward D
Copyright © 2023 by Freida McFadden
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Pawlik, 2026
Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Natalia Angier, Karolina Guzik
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Projekt okładki i strony tytułowe: Tomasz Majewski
Fotografia autorki na skrzydełku: © Mira Whiting
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-58-6
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Obecnie
Szanowna Pani AMY BRENNER,
została pani przydzielona w dniu dzisiejszym na nocny dyżur na naszym zamkniętym oddziale psychiatrycznym, oddziale D.
W celu przygotowania się do dyżuru proszę o zapoznanie się z poniższymi wskazówkami:
• Otrzyma pani kod numeryczny służący do opuszczania oddziału D. Podczas dyżuru opuszczanie oddziału jest uzasadnione wyłącznie w przypadku sytuacji nagłych i awaryjnych.
• Proszę nie przekazywać pacjentom żadnych osobistych informacji, w tym szczegółów dotyczących życia prywatnego lub adresu zamieszkania.
• Zakaz wnoszenia na oddział D: alkoholu, łatwopalnych płynów, pinezek, długopisów, igieł, spinaczy biurowych, agrafek, pilników do paznokci, pęset, cążków do paznokci, wyrobów tytoniowych, elektronicznych papierosów, toreb plastikowych, żyletek, broni oraz wszelkich przedmiotów, które mogą być użyte jako broń.
• Podczas zmiany obowiązuje zakaz spania.
Lekarzem dyżurującym podczas dzisiejszej zmiany jest doktor BECK. Po przybyciu na oddział D proszę się do niego zgłosić.
Z poważaniem
PAULINE WALKER
asystentka administracyjna ordynatora oddziału psychiatrycznego
Pani Pritchett nie może spać.
A przynajmniej taki problem miała, kiedy przyszła na ostatnią wizytę w poradni psychiatrycznej, w której od dwóch tygodni odbywam staż. Pracuję pod okiem psychiatry, doktora Silvera, któremu nadałam przezwisko doktor Sen (oczywiście tylko w swojej głowie), ponieważ osiemdziesiąt procent jego pacjentów uskarża się na kłopoty ze spaniem. Staż w zakresie psychiatrii, który odbywam w ramach studiów medycznych, ma na celu zapoznanie mnie z ogólną praktyką ambulatoryjną obejmującą depresję, lęki, psychozy i tym podobne, ale w rzeczywistości zajmujemy się tu tylko problemami ze snem. I nie mam nic przeciwko temu.
Zerkam do swojego kołonotatnika, w którym zrobiłam zapiski po ostatniej wizycie pani Pritchett. Aż do teraz nie zdawałam sobie sprawy, jak nieczytelne stało się moje odręczne pismo. Poza jej wiekiem – sześćdziesiąt cztery lata – jestem w stanie odczytać tylko dwa zdania:
„Nie może zasnąć”.
Oraz:
„Kot”.
Podkreśliłam „kota” kilkukrotnie, więc musiało być to ważne, ale nie jestem w stanie odczytać ani słowa z tego, co zapisałam poniżej. Prawdopodobnie coś o kotach. Może kot siadał jej na twarzy, gdy próbowała zasnąć. Zdarzyło mi się kiedyś coś takiego.
Pani Pritchett siedzi w gabinecie lekarskim, jej siwe włosy ułożone są w schludnego boba sięgającego podbródka, a na kolanach trzyma dużą, różową torebkę. W przeciwieństwie do innych gabinetów, w których miałam okazję przebywać, w tym nie ma podwyższanego stołu do badań. To zwykły pokój wyposażony w dwa drewniane krzesła. Pani Pritchett siedzi na jednym z nich, ja siadam na drugim, a kiedy przyjdzie doktor Sen, to on zajmie to miejsce, a ja będę niezręcznie stała nad nimi.
– Amy! – wykrzykuje pani Pritchett, gdy wchodzę do gabinetu. – Tak się cieszę, że cię widzę, moja droga!
– Och? – To coś zgoła innego niż zwyczajowe zamglone spojrzenia, którymi witają mnie pacjenci. – Jak pani spała?
– O wiele lepiej. I to dzięki tobie!
– Naprawdę? – Staram się nie brzmieć na zbyt zdumioną, ale trudno mi nie pomyśleć: „Ale ja kompletnie nic nie zrobiłam”.
– Tak! – Uśmiecha się do mnie szeroko. – Wszyscy inni przepisywali mi coraz to nowe leki, a tylko ty ze mną naprawdę porozmawiałaś. A co ważniejsze: wysłuchałaś. I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że moje kłopoty ze spaniem wynikają z tęsknoty za Panem Wąsikiem, który odszedł pół roku temu.
No tak, kot. Teraz to ma sens.
– Cieszę się, że mogłam pomóc.
Uśmiecha się do mnie przez łzy.
– Więc po rozmowie z tobą poszłam i wzięłam sobie nowego kiciusia. Od czasu, gdy zamieszkał ze mną Pan Puszek, śpię jak dziecko. I to wszystko twoja zasługa. Ponieważ poświęciłaś czas, żeby mnie wysłuchać.
Co mam powiedzieć? Jako studentka medycyny nie mam jeszcze zbyt dużej wiedzy, za to dużo czasu, który mogę spędzać z pacjentami. I dobrze, ponieważ teraz pani Pritchett pokazuje mi jakieś pięć miliardów polaroidowych zdjęć swojego nowego pupila.
Kiedy kończymy je oglądać, dodaje:
– Mam też dla ciebie prezent w podziękowaniu.
Prezent? Serio? Wow, to najbardziej ekscytująca rzecz, jaka mnie spotkała od jakichś dwóch lat.
Jednak mój entuzjazm maleje, gdy pani Pritchett wstaje z miejsca. I powiedziałabym, że całkiem wyparowuje, gdy bierze do ręki gigantyczny obraz, którego wcześniej nie zauważyłam, gdy stał oparty o ścianę gabinetu. Przedtem był odwrócony tyłem, natomiast teraz doskonale widzę, co przedstawia.
To obraz kota.
I jest prawie tak duży jak ja.
– To obraz Pana Wąsika, który zamówiłam po jego śmierci – oznajmia z dumą moja pacjentka. – I chciałabym ci go podarować.
– Och – rzucam. – Hm. Dziękuję!
Gigantyczny portret przedstawia czarnego kota. Musi być przerysowany, chyba że Pan Wąsik był rysiem albo małym lwem. I czemu na tym obrazie wygląda na takiego wściekłego?
– Czyż nie jest realistyczny? – zachwyca się pani Pritchett.
O, tak. Zdecydowanie wygląda, jakby miał wyskoczyć z tego obrazu i mnie pokiereszować.
Wytaszczam obraz z gabinetu, niepewna, gdzie mam go zmieścić w moim maleńkim mieszkanku. Na razie zostanie na korytarzu.
Doktor Sen pracuje w gabinecie sąsiadującym z tym, w którym siedziałam z panią Pritchett. W tym pomieszczeniu znajduje się biurko i komputer, a doktor Sen właśnie stuka w klawiaturę, gdy pukam do otwartych drzwi. Kiedy podnosi na mnie wzrok, opuszcza okulary do czytania na czubek nosa i uśmiecha się do mnie łagodnie.
– Witaj, Amy. – Doktor Sen zawsze przemawia spokojnym głosem, niemal monotonnym. Jestem przekonana, że większość swoich pacjentów zdołałby ululać do snu samym głosem. Prawdopodobnie zaraz po wizycie natychmiast zapadają w sen w swoich samochodach, niewykluczone, że podczas jazdy. – Jesteś gotowa?
– Tak – odpowiadam.
– Świetnie, w takim razie opowiedz mi o pani Pritchett.
Odczytuję informacje o pacjentce z mojego notatnika i uzupełniam je dodatkowymi uwagami, a mój przełożony słucha w milczeniu, w odpowiednich momentach wydając z siebie pełne uznania mruknięcia. Wspominam o portrecie kota z nadzieją, że może będzie chciał go przejąć dla siebie, ale nie mam szczęścia.
– W każdym razie – kończę – to chyba wszystko.
Doktor Sen z namysłem gładzi się po swojej koziej bródce.
– A jak ty sobie radzisz, Amy? Też nie wyglądasz, jakbyś najlepiej spała.
Ma rację – nie spałam dobrze ubiegłej nocy. Jestem pewna, że mam potężne wory pod oczami.
– Jestem trochę zdenerwowana, bo mam dziś nocny dyżur na oddziale D.
– A, to zrozumiałe. – Nie jestem pewna, jak bardzo powinnam być zaniepokojona faktem, iż on uważa, że to normalne martwić się przez pół nocy nadchodzącym nocnym dyżurem na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. – Oddział D może stanowić wyzwanie. Ale myślę, że tej nocy nauczysz się bardzo wiele. Kto będzie twoim opiekunem?
– Doktor Beck.
Kiwa głową z uznaniem.
– Jeden z najlepszych psychiatrów, jakich znam. Wspaniały nauczyciel. To będzie dla ciebie świetne doświadczenie.
Szczerze w to wątpię.
– Nie ma się czym martwić – dodaje tym swoim uspokajającym głosem. – Pamiętaj, że będziesz miała kod do wyjścia. Możesz opuścić oddział w każdej chwili.
Tak. Przy drzwiach prowadzących na oddział D znajduje się klawiatura z sześciocyfrowym kodem odblokowującym zamek. Ale ja mam problem z zapamiętaniem numeru telefonu, a to tylko jedna cyfra więcej. Co, jeśli zapomnę kodu i będę uwięziona? CO WTEDY?
Lekarz uśmiecha się do mnie kojąco.
– Wykonałaś kawał dobrej roboty w ciągu minionych dwóch tygodni, Amy. Wszyscy pacjenci mówią mi, że jesteś wspaniałą słuchaczką. Zwykle studenci medycyny zapominają, że pacjenci psychiatryczni są też ludźmi jak ja i ty. Chcą poczuć się lepiej i twoją rolą jako psychiatry jest dać im najlepszą możliwą opiekę.
– Wiem.
Przechyla głowę na bok i patrzy na mnie z namysłem, co często mu się zdarza.
– Czym się tak martwisz, Amy?
– Po prostu… wydaje się, że to może być… niebezpieczne.
– Dasz sobie radę. – Wbija we mnie swoje niebieskie spojrzenie. – Wszyscy pacjenci mają dobrze dobrane leki. Nie ma się czym martwić.
To brzmi jak kłamstwo. Gdyby leki dobrze działały, oddział nie musiałby być zamknięty, prawda?
Ale to nie jest prawdziwy powód, dla którego jestem przerażona nocną zmianą na oddziale D. Nie mogę podać doktorowi Senowi prawdziwej przyczyny mojej bezsenności i przewracania się z boku na bok. Nikomu nie mogę podać prawdziwej przyczyny mojego rozpaczliwego strachu przed oddziałem D.
– Posłuchaj. – Doktor Sen zerka na swój złoty zegarek na nadgarstku. – Może ja dokończę z panią Pritchett, a ty wyjdziesz dziś wcześniej? Poświęć trochę czasu sobie, zanim udasz się na oddział D.
Czas dla siebie brzmi świetnie. Ostatnio nieczęsto zdarza mi się go mieć.
– Bardzo dziękuję – odpowiadam.
Puszcza do mnie oko.
– Żaden problem. I nie martw się. Jak już tam będziesz, przekonasz się, że oddział D nie jest taki zły. Przysięgam.
Gryzę się w język, żeby nie wyznać mu prawdy. Która brzmi tak, że już kiedyś byłam na oddziale D. Odwiedziłam go raz, niemal dekadę temu.
Wtedy, gdy moja najlepsza przyjaciółka była tam pacjentką.
Wciąż pamiętam jej zmatowiałe włosy i dzikie spojrzenie, kiedy przyszłam z wizytą. Nie wyglądała już jak moja najlepsza przyjaciółka – bardziej jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Ale to, co uderzyło mnie najbardziej – czego nigdy nie zapomnę – to słowa, jakie wycedziła do mnie tuż przed tym, jak wybiegłam z oddziału, przysięgając sobie, że już nigdy tam nie wrócę:
To ty powinnaś być tu zamknięta, Amy.
Następne trzynaście godzin mojego życia spędzę zamknięta na oddziale psychiatrycznym.
Staram się nie myśleć o tym fakcie, gdy siedzę na miejscu pasażera w samochodzie Gabby, mojej współlokatorki. Szara Toyota z trzeciej ręki najpierw należała do jej taty, potem do brata, a teraz jest jej – ale w każdej chwili może przejść na własność najbliższego złomowiska. Wspaniałomyślnie zaproponowała mi podwózkę do szpitala na nocny dyżur, który zaczyna się dokładnie za dwadzieścia minut. Czuję się, jakbym odliczała czas do własnej egzekucji.
– Przestań panikować, Amy – zwraca się do mnie Gabby. Przez ostatnie dwa tygodnie odbywała dzienne dyżury na tym oddziale i nie rozumie moich obaw. Przez pierwszy tydzień miała nawet zmiany z doktorem Beckiem i jest nim totalnie zauroczona. – Będzie dobrze.
Oczywiście zaczynam panikować jeszcze bardziej, kiedy Gabby przejeżdża obok znaku STOP, nawet nie zwolniwszy. Jest ona prawdopodobnie drugim najgorszym kierowcą na Long Island (pierwsze miejsce należy oczywiście do mnie). Ale w sumie, gdyby zderzyła się czołowo z jakimś drzewem, miałabym pełne prawo wymigać się z tego dyżuru. Pierwszy raz w życiu liczę na to, że będę uczestniczką jakiegoś okropnego wypadku.
No, może nie bardzo okropnego. Ale na tyle poważnego, by mój stan wymagał wizyty w szpitalu. Może złamana kość – jakaś nieważna, na przykład mały palec u ręki.
– Z kim masz dyżur? – pyta mnie Gabby.
– Ze Stephanie.
– Och! – Cieszy się. – Stephanie jest super. To idealnie.
Z tym muszę się zgodzić. Stephanie Margolis jest jedną z bardziej ogarniętych koleżanek z mojego roku. Jest typem osoby, z którą chcesz się uczyć dzień przed egzaminem, bo zawsze jest przygotowana, ale nie obnosi się z tym. Wnosi spokój do każdego pomieszczenia, w którym się pojawia. Wiedząc, że będzie tam dziś ze mną, czuję się odrobinę lepiej.
Gabby przeczesuje palcami swoje gęste czarne loki i kiedy jej dłoń się w nie zaplątuje, przez chwilę jestem naprawdę przerażona, że będę musiała przejąć kontrolę nad autem i kierownicą, podczas gdy ona będzie próbowała ją wyplątać, używając obu rąk. Na szczęście szybko udaje jej się opanować sytuację.
Czuję na udzie wibrowanie telefonu. Gdy po niego sięgam, krzywię się na widok paskudnie obgryzionych paznokci – nadal bym je obgryzała, gdyby zostało coś do obgryzienia. Na wyświetlaczu widnieje nazwisko Cameron Berger, a tuż pod nim słowo:
Hej.
Myślałam, że ten wieczór nie może być już gorszy, a jednak. To wiadomość od mojego byłego chłopaka, który zerwał ze mną w bardzo upokarzający sposób.
– Co się dzieje? – chce wiedzieć Gabby.
– Cameron – odpowiadam krótko.
Krzywi się. To Gabby podawała mi chusteczki po naszym zerwaniu, pomogła mi nawet wzniecić małe ognisko, w którym spaliłam wszystkie rzeczy Camerona, jakie zostawił w moim mieszkaniu.
– Co ma do powiedzenia ten dupek?
– Napisał „hej”.
– Jak on śmie! – Naciska na klakson, prawdopodobnie narażając na zawał serca kierowcę przed nami, który nie zrobił niczego złego. – Mam nadzieję, że mu nie odpisujesz.
– Oczywiście, że nie.
– Nie rozumiem, dlaczego go po prostu nie zablokujesz!
Ma rację – powinnam go zablokować. I zrobię to.
Może jutro.
Skręcamy za róg i przed naszymi oczami ukazuje się szpital. To nowy budynek wzniesiony na planie koła, zaprojektowany tak, by oddziały szpitalne tworzyły zamkniętą pętlę. Ma ultranowoczesny wygląd, jakbyśmy żyli w niedalekiej przyszłości.
Od dwóch lat odbywam tu zajęcia z anatomii, fizjologii, patologii, mikrobiologii i tym podobne. Ale dopiero teraz zaczynamy korzystać z niego zgodnie z przeznaczeniem, czyli widywać pacjentów i uczyć się, jak być lekarzami. Marzyłam o tym przez całe życie.
Natomiast nigdy nie chciałam zostać psychiatrą. Ze wszystkich specjalności, jakie brałam pod uwagę, ta jako jedyna nigdy nie przeszła mi przez myśl.
Gabby zatrzymuje się z wywołującym mdłości szarpnięciem przed wiecznie obleganym głównym wejściem, o milimetry mijając mężczyznę na wózku inwalidzkim.
– Jesteśmy!
– Jesteśmy – powtarzam za nią jak echo, ściskając w dłoniach brązową papierową torebkę, w której mam kanapkę z serem i paczkę czipsów znalezioną w jednej z naszych szafek. Torebka szeleści, gdy coraz mocniej miętoszę ją w rękach.
– Nie martw się – pociesza mnie przyjaciółka. – Nic ci nie będzie.
– Napiszę do ciebie, jak wejdę do środka. – Mam ochotę dodać: A jeśli nie będę się odzywać co godzinę, wyślij pomoc.
– Właściwie… – Gabby nawija sobie czarny kosmyk na palec. – Tam jest słaby zasięg. Szczerze mówiąc… nie istnieje.
Gapię się na nią z otwartymi ustami. Nie sądziłam, że może być jeszcze gorzej, a jednak.
– Nie powiedziałaś mi tego!
– Już i tak się denerwowałaś. Nie chciałam cię dobijać!
Opieram głowę o zagłówek i wydymam usta.
– Wtedy mogłabym się przynajmniej nastawić.
– Słuchaj – mówi – jak wejdziesz do pokoju socjalnego i zbliżysz telefon do okna… w sensie, że musi dotknąć szyby… to może złapiesz kilka kresek.
Wygląda na to, że większość nocy spędzę w pokoju socjalnym z telefonem przyciśniętym do szyby.
– Odbiorę cię rano – obiecuje Gabby. – Punkt siódma. Pójdziemy na naleśniki.
Mam wyrzuty sumienia, że ciągnę Gabby pod szpital o siódmej rano w sobotę, choć jak mam być szczera, to był jej błyskotliwy pomysł, żeby spróbować w tym roku carpoolingu. Na razie eksperyment wydaje się niezbyt udany, ale nie ustajemy w staraniach. A poza tym sama myśl, że jutro rano wsiądę do samochodu Gabby i pojadę do pobliskiej śniadaniowni na naleśniki, sprawia, że mam na co czekać.
– Okej – odpowiadam, ale nie wysiadam z auta. Nie ruszam się z miejsca pasażera.
– Amy. – Gabby patrzy na mnie ze zmarszczonymi brwiami. – Musisz się uspokoić. Czym się tak martwisz?
To samo pytanie zadał mi doktor Sen. Otwieram usta, chcąc jej o wszystkim powiedzieć, a jednocześnie wiem, że nie mogę. Tylko jedna osoba zna prawdę i jest nią Jade. Nie mogę powiedzieć nikomu innemu. Ani rodzicom, ani Gabby… nie mogłam powiedzieć nawet Cameronowi, zanim się okazało, jakim jest dupkiem.
– A co, jeśli – odzywam się cicho – w środku nocy się pomylą i uznają mnie za jedną ze swoich pacjentek i nie pozwolą mi stamtąd wyjść?
Gabby wpatruje się we mnie przez chwilę bez słowa, a potem wybucha głośnym śmiechem. To ten rodzaj zaraźliwego śmiechu, do którego zwykle nie da się nie przyłączyć, ale nie dziś.
– Rany boskie, Amy. Jesteś taka zabawna.
Uważa, że żartuję.
Mierzę spojrzeniem piętnastopiętrowy szpital górujący przede mną. Jest lipiec, ale chyba zbliża się deszcz, bo słońce już zaszło, a nad dachem szpitala zbierają się ciężkie, szare chmury, nadając mu złowieszczego charakteru. Nigdy w życiu tak się nie bałam.
Ale przesadzam. To, co się stało, było dawno temu. To tylko odległe wspomnienie, naprawdę.
Wszystko będzie dobrze.
Osiem lat wcześniej
Uwielbiam ten sweter. Normalnie go kocham.
Nigdy nie przepadałam za swetrami. Ale ten odcień różu doskonale podkreśla ton mojej skóry. A kiedy muskam dłonią miękką tkaninę, czuję, jakbym dotykała chmurki. Obracam się przed lustrem na wszystkie strony, podziwiając się w przymierzalni sklepu Ricardo, w którym zawsze są tłumy.
– Wygląda na tobie niesamowicie.
Niemal podskakuję na dźwięk głosu mojej przyjaciółki Jade Carpenter. To zabawne, ponieważ jest jedną z najgłośniejszych osób, jakie znam, i z najsilniejszą osobowością, a czasami potrafi skradać się jak ninja. Odwracam się, a ona stoi za mną i opiera się ryzykownie o stos dżinsów w rozmiarze XS, które na nią byłyby prawdopodobnie za duże.
– Myślisz? – mówię. Znów głaszczę materiał swetra.
– Tak! – Jade zakłada sobie pasmo swoich prostych jak druty blond włosów za ucho. Tak mocno pomalowała sobie dziś oczy, że boję się, że gdy mrugnie, może zdzielić mnie po twarzy rzęsami. – Nigdy nie kupujesz sobie nowych ubrań, Amy. Ciągle chodzisz w tym samym.
Nie mogę odmówić prawdziwości temu stwierdzeniu. Tak, najczęściej można zobaczyć mnie w dżinsach i oversize’owej bluzie z kapturem. Ale ja lubię bluzy z kapturem. Są miłe i ciepłe, a jak pada, można założyć kaptur. Ubranie doskonałe!
– Kup go – zachęca mnie Jade. – Zaufaj mi.
Zostawia mnie z tymi słowami i oddala się, by zrobić własne zakupy. Mama dała mi trochę pieniędzy – dwie szeleszczące dwudziestodolarówki, które rozmieniłam już na butelkę brzoskwiniowej ice tea (to mój najulubieńszy napój w całym wszechświecie), ale reszta nadal tkwi w portfelu. Mogłabym sobie kupić sweter. Mogłabym mieć coś ładnego do ubrania, co choć raz w życiu nie będzie bluzą z kapturem. Fajnie byłoby przyjść w poniedziałek do szkoły w swetrze.
Sięgam do metki przymocowanej do rękawa. I rozdziawiam usta.
Okej, czyli nie kupię dziś swetra.
Ściągam go z siebie, odwieszam na wieszak, a ten z kolei na drążek przy przymierzalni, tłumiąc w sobie uczucie tęsknoty. Jak to możliwe, że głupi sweter kosztuje tyle pieniędzy? Przecież to tylko trochę włóczki. Muszę stąd odejść, zanim zbytnio się do niego przywiążę.
Stoję pośrodku Ricardo i staram się nie myśleć o zakazanym swetrze, gdy nagle zauważam małą dziewczynkę, stojącą po drugiej stronie stojaka z wieszakami. Ma jakieś sześć czy siedem lat, ubrana jest w różową sukienkę w tym samym kolorze co sweter, a wokół jej twarzy układają się blond loczki. Jest urocza, zwłaszcza kiedy uśmiecha się do mnie i widzę szparę po brakującym zębie.
– Ładnie ci było w tym swetrze – mówi swoim słodkim, dziecięcym głosikiem.
– Och, dziękuję – odpowiadam.
– Powinnaś go kupić.
Uśmiecham się do dziewczynki z żalem.
– Niestety, jest za drogi.
Dziewczynka patrzy na mnie. Jej oczy są bardzo niebieskie, jak dwa małe oceany, i okolone długimi, ciemnymi rzęsami.
– W takim razie powinnaś go sobie wziąć – stwierdza.
Co?
Wpatruję się w nią, sądząc, że się przesłyszałam. Ciekawe, gdzie są jej rodzice. Tak mała dziewczynka nie powinna być tu całkiem sama, prawda?
– Słucham?
Dziewczynka znów pokazuje mi swój szczerbaty uśmiech.
– Nikt się nie dowie – mówi. – To duży sklep. Nawet nie zauważą.
Ma rację. Ricardo to wielki sklep. A na zmianie jest niewiele ekspedientek. Gdybym schowała sweter do plecaka, nikt by się nie zorientował. Mogłabym wyjść stąd ze swetrem i nie kosztowałby mnie ani centa.
Ale nie mogę tego zrobić. To byłaby kradzież! Nigdy w życiu niczego nie ukradłam, nawet paczki gumy do żucia. Nie byłabym w stanie ukraść swetra.
Jednak zanim zdążę wyjaśnić tej małej dziewczynce, że kradzież nie jest w porządku, czyjaś dłoń łapie mnie za przedramię. Obok mnie stoi Jade, a w jej niebieskich oczach z żółtymi plamkami czai się dzikie spojrzenie. Poprawia sobie charakterystyczną czerwoną torebkę na ramieniu.
– Hej, Amy – mówi do mnie. – Ja już skończyłam. Wynośmy się stąd.
Nim zdążę zaprotestować, ciągnie mnie w kierunku wyjścia. Tak będzie najlepiej, myślę. Trzydzieści siedem dolarów i trochę drobnych, jakie mam w portfelu, i tak nie wystarczy na nic z tego sklepu, co mi się naprawdę podoba.
– Chcesz teraz wejść do Sally? – pytam, gdy mijamy stojaki z ubraniami w drodze do wyjścia. – Tam jest taniej.
– Pewnie. Może.
– Albo może kupię sobie kolejną brzoskwiniową ice tea.
Jade się śmieje.
– Jestem pewna, że gdybym cię rozcięła, twoja krew w dziewięćdziesięciu procentach składałaby się z brzoskwiniowej ice tea.
No co mam powiedzieć? Kocham brzoskwiniową ice tea. Są gorsze używki.
Jade nadal zaciska swoje szczupłe palce na moim przedramieniu, gdy zbliżamy się do wyjścia ze sklepu. Gdy przechodzimy przez bramki, rozlega się ogłuszający alarm. Zamieram z zaskoczenia, a uścisk Jade na mojej ręce się wzmaga.
– Leć – instruuje mnie.
Nim zdążę się nad tym zastanowić, Jade i ja biegniemy. Głos za nami wrzeszczy, że mamy się zatrzymać, ale jest oczywiste, że na tym etapie nie możemy tego zrobić. Pędzimy przez galerię handlową, przepychamy się pomiędzy rodzinami z dziećmi, a ja w pewnym momencie niemal się potykam o wózek dziecięcy. Natomiast Jade prawie przewraca kobietę z laską. Jednak gdy mijamy dwa kolejne zakręty, przyjaciółka wciąga mnie w zakamarek i wreszcie przestajemy biec.
Jade dyszy ciężko, ale jednocześnie zanosi się śmiechem. Ma zaróżowione policzki, a jej rozjaśnione, platynowoblond włosy są rozwichrzone.
– O Boże – sapie.
Przyciskam jedną rękę do klatki piersiowej, a drugą próbuję rozmasować kolkę w boku.
– Co to było? – pytam, chociaż obawiam się, że już wiem.
Jade otwiera swoją czerwoną torebkę. Zaglądam do środka i widzę upchniętą tam bluzkę, do której nadal przytwierdzona jest metka.
– Jade! – wołam. – Nie wierzę, że to zrobiłaś!
Wzrusza ramionami.
– Ten sklep jest taki drogi. Nie miałam wyboru! A poza tym to nic wielkiego.
Jade i ja przyjaźnimy się od przedszkola, odkąd odkryłyśmy, że jesteśmy ubrane w takie same sukienki – białe z różowymi i fioletowymi serduszkami na piersi. Od dziewiątego do jedenastego roku życia w każdy weekend nocowałyśmy u siebie nawzajem, ta dziewczyna wie o wszystkich obiektach moich westchnień i przysięgła, że zabierze moje sekrety ze sobą do grobu. Już nigdy nie będę miała tak dobrej przyjaciółki jak Jade Carpenter.
Jednak ostatnio odnoszę wrażenie, że już jej nie znam. Kiedyś była taka jak ja: lubiła chodzić do szkoły, czytać i postępowała zgodnie z zasadami. Jednak od mniej więcej roku zaczęła miewać te wszystkie szalone pomysły. Na przykład w zeszłym tygodniu zadzwoniła do mnie o drugiej nad ranem i zapytała, czy chcę się włamać do basenu pana McCloskeya i kąpać się nago! Nie, nie chciałam.
– Nie powinnaś kraść, Jade. – Nie chcę zabrzmieć jak nudziara i dawać jej wykładu o tym, że kradzież jest zła, więc dodaję tylko: – A gdyby cię złapali?
Macha ręką, jakby w ogóle się tym nie przejmowała. Ale JA się przejmuję. W przyszłym roku będziemy składać podania do college’u. Nie mam ochoty wyjaśniać, dlaczego w moich papierach znajduje się wzmianka o kradzieży w sklepie.
– Wszyscy to robią. – Jade spogląda na mnie znacząco. – Powinnaś była wziąć ten sweter. Było ci w nim świetnie.
Prycham.
– Wiesz, że ta mała dziewczynka też mi mówiła, że powinnam go wziąć? Możesz w to uwierzyć?
Jade wyciąga bluzkę z torebki i wyciąga ją przed siebie, by podziwiać lśniący napis na przodzie.
– Jaka mała dziewczynka?
– Taka mała blondyneczka, stała obok mnie.
– Nie widziałam żadnej blondyneczki obok ciebie. O czym ty mówisz, Amy?
Przewracam oczami. Jade nie jest specjalnie spostrzegawcza. Jak mogła jej nie zauważyć? Ta mała tkwiła tam sama jak palec w różowej sukience z falbankami. I stała tuż obok mnie.
Prawda?
