Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
428 osób interesuje się tą książką
Julia Lemańska mieszka w Warszawie, pisze książki i wychowuje czternastoletniego Wiktora. Pewnego dnia, ze względu na sprawy rodzinne, podejmuje decyzję o przeprowadzce do Bagiennego Lasu, gdzie się wychowała. Problem w tym, że w miasteczku nikt, oprócz owdowiałego ojca, na nią nie czeka, a są tacy, którzy mówią wprost, że Julia zrujnowała życie kilku osób.
Lemańska nie pamięta wszystkiego, co zaszło kilkanaście lat temu, ale w jej snach pojawiają się obrazy z przeszłości. Ma nadzieję, że dzięki powrotowi w rodzinne strony zdoła odzyskać wspomnienia, zadośćuczynić krzywdzie i uwolnić się od poczucia winy.
Julia nie wie, że w Bagiennym Lesie mieszka ktoś, kto do tej pory sądził, że jego sekret jest bezpieczny. Ujawnienie prawdy nie jest mu na rękę, więc zrobi wszystko, by temu zapobiec.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 281
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ten gąszcz wciąż mnie wzywa,
słyszę jego szept i zawodzenie.
Świadomość nieprzewidywalności człowieczego losu nigdzie nie była tak silna jak w otoczeniu dusz zmarłych.
Znów była w Bagiennym Lesie i szła powoli wśród gęstwiny drzew, z trudem przebijając wzrokiem ciemność. Rosnący po nowiu księżyc zasłoniły chmury, na nieboskłonie próżno by szukać gwiazd. Nieopodal coś trzasnęło, jakby ktoś nadepnął stopą na szyszkę lub patyk. Znieruchomiała i zaczęła nasłuchiwać, jej ciałem wstrząsnął dreszcz, serce zakołatało. Strach oplótł ją swymi mackami i ścisnął za gardło, utrudniając zaczerpnięcie tchu, ale pragnienie poznania prawdy było od niego silniejsze.
Zrobiła wdech, potem długi wydech, zmusiła nogi do ruchu. Po przejściu kilkudziesięciu kroków wyczuła, że dukt zmienił się w ścieżkę o miękkim podłożu i zdała sobie sprawę, że ma mokrą twarz. Nie zauważyła, kiedy zaczęło padać. Deszcz nadszedł niepostrzeżenie, z każdą chwilą narastał i wkrótce jego szum zagłuszył inne dźwięki. Jej włosy i ubranie nasiąkły wodą, a buty zaczęły grzęznąć w śliskim błocie. Aby utrzymać równowagę i podążać dalej, musiała przytrzymywać się drzew. Ulewa nie ustawała, gałęzie gięły się pod naporem silnych podmuchów wiatru, ale ona brnęła z uporem przed siebie, do momentu gdy las się przerzedził i pomiędzy pniami zobaczyła niewielką polanę. Wtedy stanęła pod osłoną wysokiego krzewu i szczękając zębami z zimna, wbiła wzrok w ledwo widoczne postacie ludzi.
Miała nadzieję, że tym razem zdoła przeniknąć przez warstwę mroku i zajrzeć za kurtynę niepamięci. Wierzyła, że wreszcie uzyska odpowiedzi na swoje pytania, ale kiedy jedna z tamtych osób ją spostrzegła i zaczęła iść w jej stronę, przerażenie wzięło górę. Nie czekając na dalszy ciąg, rzuciła się do ucieczki. Biegła, ile sił w nogach, ślizgała się na przesiąkniętej wodą ściółce, ocierała boleśnie o korę sosen, dębów i brzóz. Upadała na nierównościach terenu, ale zaraz podrywała się i gnała przed siebie. Nie zważała na deszcz zalewający jej oczy ani na ogień w piersi, była skupiona tylko na tym, by zniknąć.
Zwolniła dopiero wtedy, gdy miała pewność, że zgubiła podążającego jej śladem człowieka. Truchtała jeszcze przez kilka minut, po czym stanęła, by wyrównać oddech i dać odpocząć drżącym z wysiłku mięśniom. Ciężko dysząc, przylgnęła rękami i czołem do najbliższego pnia. Tkwiła tak przez długą chwilę z zamkniętymi oczami, próbując odzyskać spokój, gdy nagle paraliżujący ból głowy wciągnął ją w swoją otchłań.
– Mamo? – Głos Wiktora zabrzmiał jak zza grubej ściany.
Julia nie zareagowała. Wciąż jeszcze przebywała w Bagiennym Lesie, przeniesiona wstecz do czasów, gdy jedno zdarzenie podzieliło jej życie na „wtedy” i „później”. Lewitując umysłem na granicy jawy i snu, uderzała w zawrotnym tempie palcami w klawisze, żeby nadążyć za przepływającymi na ekranie wyobraźni kadrami. Pisząc nową powieść, Lemańska znów się łudziła, że tym razem będzie inaczej – że gdy przekaże bohaterom część mroku, który ją wypełniał, zdoła rozjaśnić ciemność zakamarków swojej pamięci.
– Mamo? Co na śniadanie?
– Słucham? – Dłonie Julii znieruchomiały, jej wzrok spoczął na synu.
– Mówię do ciebie i mówię, a ty nie reagujesz. – Chłopak przestąpił z nogi na nogę, z jego kieszeni dobiegło piknięcie. – Spóźnię się do szkoły. I teraz to nie z mojej winy.
– Już. – Julia spojrzała na monitor komputera. Pisała od godziny piątej, w piżamie, korzystając z ciszy poranka. Nie zdawała sobie sprawy, że Wiktor już wstał. – Przepraszam, straciłam kontakt z rzeczywistością.
– No, raczej. – Syn przewrócił oczami. – Idę zrobić herbatę.
– Jajecznica czy kiełbaski? – Matka poszła za nim do kuchni, skąd dobiegały szum czajnika i bulgotanie wody.
– Wszystko jedno. – Wiktor włożył do dzbanka torebki z suszem i zalał je wrzątkiem. Następnie zerknął na ekran telefonu.
– Nie podczas posiłku. – Julia rozpuściła w płaskim rondlu kawałek masła klarowanego.
– Jeszcze nie jemy – odparł nastolatek, wciąż wpatrzony w widok na wyświetlaczu. – Mamo? Ada pyta, czy masz jeszcze egzemplarze autorskie poprzedniej książki.
– Mam. Ale to chyba nie jest fabuła dla nastolatki. – Lemańska pokroiła wędlinę, podsmażyła ją krótko, dodała jajka i zerknęła na Wiktora, który coraz bardziej przypominał z wyglądu swojego ojca. Za każdym razem, gdy patrzyła na jego twarz, tak bardzo podobną do twarzy Przemka, jej serce przeszywał ból.
– Ona czyta każdą twoją powieść. – Syn postawił kubki na blacie. – Jara się tym, że cię zna i że jest dziewczyną syna pisarki.
– To trochę słabe, nie sądzisz? – Julia przełożyła biało-żółtą mieszaninę na dwa talerze, sypnęła szczypiorku, wyjęła koszyk z chlebem. – Powinna cię lubić dla ciebie samego.
– Oesu, ty zawsze musisz się czepiać. – Wiktor znów przewrócił oczami. – Dlaczego nie lubisz Ady?
– Ależ lubię ją – odparła matka, mijając się z prawdą.
W rzeczywistości nie przepadała za nastolatką, pod której wpływem syn się zmienił na niekorzyść. Uważała, że Wiktor jest za młody, by się angażować uczuciowo, a już na pewno nie akceptowała faktu, że w imię młodzieńczych porywów serca i dla zyskania podziwu Ady opuszczał się w nauce i pakował w kłopoty.
Wiktor uczęszczał do siódmej klasy, na początku lutego skończył czternaście lat, dojrzewał i uważał się za prawie dorosłego. Nie wiadomo kiedy z lubiącego się przytulać, uśmiechniętego i rozmownego chłopca stał się mrukliwym nastolatkiem. Przesiadywał zamknięty w łazience lub w swoim pokoju albo znikał z domu, oznajmiwszy enigmatycznie, że wychodzi. Miał sekrety, pytany o cokolwiek, odburkiwał, wzruszał ramionami i stroił miny, nadmiernie przejmował się opinią rówieśników na swój temat. Ożywiał się jedynie w ich towarzystwie oraz – rzecz jasna – w obecności Ady. Miał profil na Instagramie oraz TikToku, z kolegami komunikował się głównie za pośrednictwem WhatsAppa. I coraz częściej sprawiał problemy wychowawcze.
– Co tak na mnie patrzysz? – spytał Wiktor, przerywając na moment pochłanianie jajecznicy.
– Mam nadzieję, że pamiętasz o naszej ostatniej rozmowie u pedagoga szkolnego.
– Rany, nie musisz mi tego codziennie przypominać. – Chłopak drgnął na dźwięk SMS-a. Sięgnął do kieszeni, ale zaraz cofnął rękę pod wypływem spojrzenia matki. – Poza tym nie tylko ja byłem wtedy w łazience.
– Wiktor. – Julia oparła przedramiona na stole i pochyliła się w stronę syna. – Już o tym rozmawialiśmy. Nie interesuje mnie, co robią inni. Nigdy więcej nie chcę słyszeć, że rzucałeś mokrym papierem toaletowym w sufit albo kopałeś komuś w drzwi kabiny. Jasne?
– Uhm. – Nastolatek wydął wargi. – Przecież nic takiego się nie stało.
Faktycznie, pomyślała z przekąsem Julia, nic takiego, jeśli weźmie się pod uwagę, że Wiktor oraz jego najlepszy kolega puścili w pracowni informatycznej, na komputerze podłączonym do tablicy multimedialnej, film pornograficzny. Skorzystali z okazji, że nauczyciel na chwilę wyszedł z sali i zapomniał się wylogować z systemu. Zdarzenie miało miejsce pod koniec pierwszego semestru i skutkowało obniżeniem oceny z zachowania.
– Masz się zachowywać przyzwoicie – rzekła matka stanowczym tonem. – To nie był twój pierwszy wybryk, jak wiesz. Nie chcę znów świecić oczami przed wychowawczynią i mam dość czytania uwag, że przeszkadzasz podczas lekcji, wygłupiasz się i używasz wulgaryzmów.
– Wszyscy używają, dziewczyny też. Niby jak mam mówić? – Wiktor dopił herbatę i położył talerz w zlewie.
– To dla mnie żaden argument. Nie chcę, żebyś brzydko się wyrażał.
– Dobra, muszę iść do szkoły. – Nastolatek spojrzał na wyświetlacz komórki. – Ada już czeka na skrzyżowaniu.
– Idź. – Julia odprowadziła syna do przedpokoju.
Wiktor wcisnął stopy w rozsznurowane adidasy, ściągnął z wieszaka kurtkę i zarzucił na ramię plecak. Kiedy wyszedł, Lemańska sprzątnęła po śniadaniu i podstawiła filiżankę pod dyszę ekspresu. Zaterkotał młynek, kuchnię wypełnił aromat mielonych ziaren arabiki. Zaszumiało. Julia wzięła naczynie z kawą i wróciła do pokoju, który był jednocześnie jej sypialnią i gabinetem. Kliknięciem myszy wybudziła komputer i siadła przed monitorem. Przeczytała napisany rankiem fragment tekstu, po czym położyła palce na klawiaturze.
***
Mimo że luty dobiegał końca, wciąż dawał się we znaki. Tego ranka termometr wskazywał minus trzy stopnie Celsjusza, było mgliście i prószył śnieg. Z południowego zachodu wiał wiatr. Bogusław Lemański naciągnął mocniej czapkę na uszy, zrobił wdech, potem wydech, wypuszczając ustami obłoczek pary wodnej. Omiótł wzrokiem nagie gałęzie brzóz i szron na łąkach, popatrzył na kaczki spokojnie drepczące brzegiem rzeki, przyzwyczajone do obecności psa. Podniósł twarz ku niebu i pomyślał, że niedługo przelecą tędy dzikie gęsi, a żurawie rozpoczną swój taniec godowy. Wszystko wokół się zazieleni, wzrośnie aktywność bobrów, urodzą się młode wilków, następnie łosi.
Bogusław nie mógł się doczekać dnia, gdy pierwszy raz w tym sezonie wypłynie tratwą na poszukiwanie oznak wiosny. Tymczasem gwizdnął na truchtającego czworonoga, a kiedy Karmel przybiegł na wezwanie, Lemański pogłaskał jego sierść w kolorze ciepłego brązu.
– Wracamy do domu, piesku.
Pół godziny później, gdy zwierzak dostał miskę z karmą, Bogusław i Urszula usiedli przy stole. Tego dnia żona szła później do pracy, więc mogli spędzić razem przy posiłku więcej czasu. Jedząc śniadanie, rozmawiali o rychłych odwiedzinach u córki i wnuka, omawiali atrakcje, które Julia przygotowała na ich przyjazd, cieszyli się swoją obecnością. Nagle uśmiech na twarzy Urszuli zgasł, żona zbladła i powiedziała, że jest jej duszno.
– Boguś, możesz otworzyć okno?
Mąż spełnił jej prośbę, po czym popatrzył z niepokojem na Ulę, jej sine usta i dłoń przyłożoną do piersi.
– Kochanie? – Mężczyzna dotknął jej nadgarstka. – Co się dzieje?
– Duszno mi… – powtórzyła i z wysiłkiem zaczerpnęła tchu. – Boli mnie serce… I cała ręka… Kręci mi się w głowie…
– Dzwonię po karetkę – zdecydował Bogusław, ale zanim sięgnął po komórkę, żona osunęła się z krzesła na dywan. Karmel zerwał się z legowiska przed kominkiem i z niepokojem zaczął krążyć w pobliżu. Lemański opadł na kolana, chwycił Ulę za barki, zaczął nią delikatnie potrząsać. – Słyszysz mnie? Ula! – Żona nie reagowała, Bogusław spostrzegł, że przestała oddychać. Walcząc z paniką, wybrał w telefonie numer pogotowia w Bagiennym Lesie, uchylił drzwi domu, następnie zaczął uciskać klatkę piersiową żony i nie przestał, nawet wtedy, gdy ciszę przecięła syrena i do pomieszczenia weszło dwóch ludzi w pomarańczowych uniformach. Na ich widok pies znieruchomiał i warknął.
– Błagam, ratujcie moją żonę – wykrztusił z rozpaczą Lemański i rzucił do zwierzęcia: – Karmel! Siad.
Kiedy czworonóg wykonał polecenie, lekarz kazał mężczyźnie się odsunąć i podjął resuscytację.
– Wiek pacjentki? – spytał, kontynuując uciskanie.
– Pięćdziesiąt osiem lat.
– Choroby przewlekłe?
– Żona leczy się u kardiologa.
Ratownik podpiął Urszuli przenośny defibrylator, popatrzył na ekran i wymamrotał pod nosem przekleństwo.
– Intubacja!
– Wkłucie! Adrenalina!
Bogusław, obserwując z napięciem ich ruchy i słuchając rzucanych szybko komend, jednocześnie zerkał na monitor sprzętu.
Niestety, mimo wysiłków medyków serce nie podjęło pracy.
– Bardzo mi przykro – rzekł lekarz po upływie kilkudziesięciu minut. – Pana żona nie żyje.
Karmel wydał przeciągły skowyt, podbiegł i położył się przy swojej pani. Wsunął pysk pod jej palce, jakby chciał sprawić, by drgnęły i, jak co dzień, obdarzyły go pieszczotą.
– Nie. To niemożliwe. – Bogusław usiadł, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. – Przecież rano było wszystko w porządku… Szykowaliśmy śniadanie, a potem… Ona… Nagle zrobiło się jej duszno. – Opuścił ręce. – Co… Co się stało?
– Zatrzymanie krążenia… Ma pan dokumentację medyczną żony?
– Tak. – Bogusław sięgnął do szuflady i wyjął tekturową teczkę. – Co teraz? – spytał łamiącym się głosem, gdy lekarz przejrzał papiery.
– Wypiszę kartę zgonu, wtedy będzie pan mógł wezwać firmę pogrzebową. – Mężczyzna posłał Bogusławowi współczujące spojrzenie. – Dom stoi na uboczu. Ktoś jeszcze mieszka z panem?
– Nie, ale zaraz… zadzwonię do córki. I do szwagierki.
– Proszę to zrobić jak najprędzej, nie powinien pan być teraz sam.
***
Po wyjściu Wiktora do szkoły Julia przez dwie godziny znów pisała jak w transie, żeby trafnie odmalować słowami wypełniające ją uczucia, opisać migoczące w głowie obrazy i kłębiące się myśli. Do rzeczywistości przywołała ją melodyjka telefonu, motyw z Czterech pór roku Vivaldiego. Lemańska wstała, by poruszać się po długim siedzeniu, i popatrzyła na wyświetlacz. Dzwonił ojciec. Niespodziewanie Julia poczuła ukłucie niepokoju. Miała nadzieję, że rodzice nie zamierzają odwołać swojej wizyty w Warszawie podczas najbliższego weekendu. Pokój dla nich był już przygotowany, bilety do teatru zarezerwowane, plany spędzenia razem czasu omówione. Nawet Maria, siostra matki, akurat miała wolne po cyklu koncertów z orkiestrą smyczkową i obiecała wpaść w sobotę do Julii i Wiktora na kolację.
Lemańska dotknęła ikony z zieloną słuchawką.
– Halo? Cześć, tato. – Uniosła kąciki ust w uśmiechu.
Odpowiedziała jej cisza.
– Tato? – Julia spoważniała. – Słyszysz mnie?
– Tak. – Głos ojca był zgaszony. – Córeczko… Nie wiem, jak ci to powiedzieć… Mama… Mama umarła.
– Co takiego?! – Lemańska poczuła miękkość w kolanach. – To niemożliwe! Nie ona… Przecież… – Płacz wstrząsnął jej ciałem.
– Dziś rano. Nagle. Próbowali ją reanimować, ale… Jej serce… Czekam na karawan.
– Nie mogę w to uwierzyć… – wyszlochała córka. – Tato, jak tylko Wiktor wróci ze szkoły, wsiadamy do samochodu. Zaraz napiszę do wychowawczyni… Zwolnię Wika z lekcji do końca tygodnia…
– Kochanie, spokojnie załatw swoje sprawy, nie będę sam. Marysia już do mnie jedzie. Na szczęście jest teraz na miejscu, w Warszawie.
– To dobrze. – Julia wytarła mokre policzki i pomyślała z wdzięcznością o siostrze matki, na którą Lemańscy zawsze mogli liczyć.
– …
– Tato?
– Muszę kończyć, ludzie z firmy pogrzebowej właśnie przyjechali.
– W porządku. Kocham cię. Będziemy przed wieczorem.
– Ja też cię kocham.
– Do zobaczenia.
Julia odłożyła telefon i zwinęła się w kłębek na łóżku. Płakała rozpaczliwie przez długie minuty, czekając, aż łzy same przestaną płynąć. Wtedy usiadła, zaczerpnęła tchu i przyciągnęła kolana do piersi. Tkwiła bez ruchu, zbierając siły do działania, gdy nagle dotarło do niej z całą mocą, że po prawie piętnastu latach nieobecności musi jechać do Bagiennego Lasu, gdzie nie jest mile widziana i gdzie nikt oprócz ojca na nią nie czeka.
Lemańska odbiegła myślami do okoliczności, które sprawiły, że opuściła rodzinne miasteczko. Nie miała prawa tam wrócić, dopóki choć w części nie naprawi zła, którego stała się przyczyną. Wspomniała Kamila i poczuła ucisk w trzewiach. Nie zdołała go uratować, choć bardzo tego pragnęła. Pomyślała o rodzicach, których z jej powodu wielu omijało łukiem, mimo że matka i ojciec nie byli winni temu, co zaszło. Mieszkańcy uważali, że Lemańscy chronią córkę, zamiast nakłonić ją do wyznania prawdy. Owszem, chronili ją, ale w inny sposób, niż ludzie sądzili.
Dźwięk komórki ponownie wyrwał Julię z zamyślenia. Pomyślała, że to znów ojciec lub Maria, ale na wyświetlaczu widniało imię i nazwisko wychowawczyni syna.
– Słucham. – Lemańska wsunęła stopy w kapcie.
– Dzień dobry. – Nauczycielka przedstawiła się i westchnęła ciężko. – Czy mogłaby pani dziś przyjść do szkoły? Mamy problem z Wiktorem.
Kiedy po południu Julia i Wiktor wsiedli do zaparkowanej przed blokiem ciemnoniebieskiej Toyoty Yaris, zaczął padać śnieg. Wkrótce chodniki i jezdnia pokryły się cienką warstwą puchu, który topniał pod butami przechodniów i kołami aut. Duże białe płatki wirowały w świetle reflektorów i opadały na przednią szybę, ograniczając widoczność, więc Julia uruchomiła wycieraczki. Była końcówka lutego, ale, wbrew prognozom synoptyków, nic nie zapowiadało rychłego nadejścia wiosny.
Zmierzając w stronę wylotówki z Warszawy, Julia albo sunęła do przodu w żółwim tempie, albo stawała na czerwonym świetle na skrzyżowaniach. Zmuszona do wolnej jazdy przez ciągnący się na każdym pasie ruchu sznur samochodów, niecierpliwie bębniła palcami w kierownicę, próbując trzymać nerwy na wodzy, co przychodziło jej z coraz większym trudem. Po spotkaniu z dyrektorką szkoły, pedagogiem i wychowawczynią Lemańska poinformowała Wiktora, że wrócą do tematu, gdy ona się uspokoi, po czym przekazała synowi wiadomość o śmierci babci oraz o tym, że czwartek i piątek spędzą w Bagiennym Lesie.
– To oczywiście nie znaczy, że masz wolne – dodała oschłym tonem. – Codziennie dowiesz się od kolegów, co było na lekcjach, i uzupełnisz notatki.
Potem już nie zamieniła z nim słowa, ale upływ czasu nie spowodował, że poczuła się gotowa do konfrontacji z nastolatkiem; za każdym razem, gdy jej myśli zaczynały krążyć wokół rozmowy w szkole, była bliska wybuchu, tym bardziej że Wiktor siedział na tylnym siedzeniu z głową zwieszoną nad smartfonem i sprawiał wrażenie, jakby miał za nic to, co zaszło.
Gdy utknęli w następnym korku, nie wytrzymała.
– Jak mogłeś?! – krzyknęła, odwracając się do syna. – Moja matka umarła, mój ojciec jest w rozsypce, a ty mi jeszcze dokładasz zmartwień, mimo że dopiero co rozmawialiśmy na temat twojego zachowania w szkole!
– Przecież wtedy nie wiedziałem, że babcia nie żyje – odparł Wiktor.
Jego słowa rozsierdziły Julię jeszcze bardziej.
– Odłóż ten cholerny telefon, jak do ciebie mówię.
– Dobra, no… – Wiktor podniósł wzrok. – Namówili mnie, nie mogłem się wyłamać, bo inaczej kręciliby potem ze mnie bekę. Poza tym Ada…
– Znów Ada! Od kiedy palisz? – Lemańska zmrużyła oczy.
– Nie palę. – Chłopak uciekł spojrzeniem.
– Kłamiesz – zawyrokowała.
– Dobra, no… to tylko elektronik.
– Tylko elektronik?! Kto ci go kupił? Na to dostajesz kieszonkowe?! Nikt w naszej rodzinie nigdy nie palił. Nikt! A ty się trujesz tym syfem, żeby zaimponować kolegom i dziewczynie?!
– Oesu, mamo, wrzeszczysz tak, że ludzie się na nas gapią z innych samochodów – rzucił Wiktor, zerkając przez szybę. – Jeszcze ktoś wezwie policję.
– Ty mi tu nie odwracaj uwagi. Słyszałeś, co powiedziała dyrektorka? Jeszcze jeden numer i pójdzie pismo do sądu rodzinnego. Chcesz mieć kuratora?
Zanim chłopak odpowiedział, ktoś zatrąbił ponaglająco. Julia zacisnęła dłoń na kierownicy, drugą oparła na dźwigni zmiany biegów. Ruszyła. W milczeniu dotarli do rozwidlenia jezdni i wyjechali z Warszawy już bez przeszkód.
Śnieg padał nieprzerwanie, pojawiła się mgła, warunki na drodze były coraz trudniejsze, co, paradoksalnie, miało swoją dobrą stronę. Pragnienie, by bezpiecznie dotrzeć do domu rodzinnego, sprawiło, że Lemańska odsunęła od siebie wszystkie sprawy, które burzyły jej spokój, i skupiła się wyłącznie na prowadzeniu auta. Z napięciem obserwowała okolicę i odetchnęła z ulgą, dopiero gdy skręciła w odnogę prowadzącą do miejscowości, w której spędziła dzieciństwo i wczesną młodość. Pokonawszy trzy kilometry wąską jezdnią pozbawioną oświetlenia, wjechała do Bagiennego Lasu. Zwolniła, zlustrowała okolicę. Było ciemno i pusto, pogoda nie nastrajała do spacerów. Mrok rozjaśniały nieliczne latarnie i blask lamp sączący się z okien mieszkań.
Julia włączyła kierunkowskaz, zwolniła, po czym stanęła na poboczu.
– Jesteśmy na miejscu? – Wiktor się wyprostował.
– Prawie.
Otworzyła drzwi, wysiadła, rozejrzała się dookoła. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak jak kiedyś. Wodząc wzrokiem po otoczeniu, wróciła myślami do dnia, w którym opuściła Bagienny Las. Miała osiemnaście lat, była w ciąży, ojciec jej dziecka nie żył, a osoba obwiniona o jego śmierć przebywała w areszcie.
W głowie Lemańskiej zawirowały obrazy, w jej uszach zabrzmiały dźwięki, nagły ucisk w trzewiach pozbawił ją tchu. Drgnęła i oparła się o maskę Toyoty. Przyłożyła dłonie do brzucha. Próbując zaczerpnąć powietrza, odniosła wrażenie, że nie jest sama, że ktoś jej się przygląda. Kiedy zdołała zrobić wdech i wydech, zerknęła w prawo, następnie w lewo, ale we mgle nikogo nie dostrzegła. Pomyślała, że uległa złudzeniu, i w tym momencie dobiegł do niej odgłos szybko stawianych kroków. Czując dreszcz niepokoju, Julia wróciła do auta.
– Przepraszam – rzekła do Wiktora. – Dawno mnie tu nie było.
Uruchomiła silnik i ruszyła ku peryferiom miasteczka, następnie skręciła w kierunku lasu. Tam, po drugiej stronie drogi, wśród łąk i drzew, stał dom z cegły wybudowany niegdyś przez dziadka. Reflektory omiotły teren i wydobyły z ciemności czerwoną Fiestę. Lemańska rozpoznała samochód ciotki Marii.
– Wysiadamy – rzekła, gasząc silnik.
W tym momencie ktoś otworzył drzwi i zapalił światło na zewnątrz.
– Wreszcie! Już się niepokoiliśmy. – W progu stanął Bogusław.
Kilkadziesiąt sekund później Julia wpadła w jego ramiona i dała upust łzom.
***
Wieść o nagłej śmierci Urszuli Lemańskiej, przekazywana z ust do ust, rozniosła się po szkole lotem błyskawicy już przed południem. Mimo to podczas rady pedagogicznej dyrektor oficjalnie poinformował podwładnych o przykrym zdarzeniu, a potem wspomniał w kilku zdaniach o wieloletniej pracy plastyczki oraz sympatii, którą cieszyła się wśród uczniów.
– Będzie mi Uli brakować – rzekł na koniec, walcząc ze wzruszeniem.
Kiedy po chwili przystąpił do omawiania bieżących spraw, Ewelina Olszewska bez powodzenia próbowała się skupić na słowach przełożonego. Jej myśli wciąż odpływały ku przyjaźni, która połączyła ją z Urszulą, gdy obie zaczęły pracować w podstawówce, i która zakończyła się niemal z dnia na dzień ponad czternaście lat temu. I choć Ula wiele razy próbowała wyjaśniać przyjaciółce, że nie ponosi winy za to, co się stało, przysięgała, że jej rodzina niczego nie ukrywa, przekonywała, że szkoda trwającej dwie dekady zażyłości i zerwanie będzie stratą dla nich obu, Ewelina była nieprzejednana.
– Nie chcę cię znać – oznajmiła podczas ostatniej takiej rozmowy, zalewając się łzami. – Nie będę za tobą tęsknić.
Urszula już nigdy więcej nie podjęła próby naprawienia ich relacji, a Ewelina, mimo rozpaczy, która ją wypełniała, zaczęła tęsknić za kontaktem z dawną przyjaciółką. Za każdym razem, gdy mijały się w szkole lub na ulicy, czuła ucisk w okolicy serca i chęć, by Ulę zatrzymać, ale chwilę później poczucie krzywdy brało górę. Z biegiem lat, gdy Olszewska nauczyła się żyć bez obecności Kamila, poczuła gotowość, by na zgliszczach dawnej przyjaźni zbudować coś nowego. Ale zanim zdecydowała się zapukać do drzwi domu naprzeciwko lasu, Lemańska umarła. I już nic nie można było zmienić.
Szuranie odsuwanych krzeseł przywołało Ewelinę do rzeczywistości. Rada pedagogiczna się skończyła, nadchodził czas zebrań z rodzicami. Matematyczka wyprostowała się i rozmasowała dolną część pleców. Ostatnio ból kręgosłupa dawał się jej coraz bardziej we znaki, miała też znacznie mniej motywacji do uczenia dzieci. Skończyła pięćdziesiąt osiem lat i, prawdę powiedziawszy, wyczekiwała z utęsknieniem przejścia na emeryturę, mimo iż dyrektor liczył, że jedna z jego ulubionych matematyczek zostanie w placówce dłużej niż dwa lata.
Kiedy Olszewska wracała po spotkaniach z opiekunami uczniów, zapadł już zmrok, nigdzie nie było żywego ducha, ulice pokrywał śnieg, a budynki oplatały pasma mgły. Ewelina szła ostrożnie, żeby się nie pośliznąć, i wdychała chłodne, nasycone wilgocią powietrze. Minęła rynek z siedzibą władz Bagiennego Lasu, parkingiem i klombem roślin, które latem tworzyły kompozycję różnorodnych barw oraz kształtów, następnie zbliżyła się do głównej drogi biegnącej przez miasteczko. Przeszła na drugą stronę, gdy usłyszała szum silnika. Zerknęła przez ramię i chciała iść dalej, ale samochód zwolnił, po czym stanął przy krawężniku. Ewelina zrobiła dwa kroki w tył, by pozostać niewidoczna, i spostrzegła, że drzwi od strony kierowcy się otwierają. Z auta wyszła kobieta. Miała na sobie dżinsy i sweter, jej długie włosy opadały na plecy. Kiedy powiodła wzrokiem po otoczeniu, na jej twarz padło światło latarni. Wtedy Olszewska ją poznała.
To była Julia.
Dziewczyna, która zrujnowała życie kilku osób.
Ewelina nie miała wątpliwości, że to ona. Śledziła profil pisarki w mediach społecznościowych i obsesyjnie pochłaniała jej książki z nadzieją, że w którejś z nich wyczyta prawdę między wierszami. Budzące niepokój powieści Julii Lemańskiej sprawiały, że czytelnik, nawet siedząc w domu, mimowolnie rozglądał się wokół siebie, żeby sprawdzić, czy nic mu nie zagraża. Pełno w nich było sugestywnych, działających na wyobraźnię opisów mokradeł, gęstych, ciemnych lasów, starych domostw i wzburzonych, płynących szybkim nurtem rzek. Bohaterka każdej fabuły zmagała się nie tylko z mrokiem, który ją otaczał, ale przede wszystkim z tym, który miała w sobie, a los dawał jej w podarunku nie to, czego pragnęła, tylko to, czego najbardziej się bała. Książki Lemańskiej miały zawsze otwarte zakończenie, zmuszające czytelnika do snucia przypuszczeń, co mogłoby dalej się wydarzyć. Jedni chwalili za to pisarkę, inni wyżywali się na niej za niedopowiedzenia i zasiewanie wątpliwości.
Olszewska otrząsnęła się z zamyślenia i szybko odeszła w stronę swojego domu. Córka przygotowywała się do sprawdzianu, zaś Andrzej czytał przy włączonym telewizorze. Ewelina opadła na fotel i rzekła półgłosem do męża:
– Nie uwierzysz, kogo właśnie widziałam.
– Zapewne Julię. – Mężczyzna odłożył powieść i obrzucił żonę badawczym spojrzeniem.
– Jesteś policjantem, nawet w wolnym czasie – skwitowała.
– Skoro umarła jej matka, nie było trudno przewidzieć, że dziewczyna pojawi się w miasteczku.
– Nie chcę jej tu widzieć. – Olszewska zacisnęła wargi.
– Kogo? – W progu pokoju stanęła Łucja.
– Aaa, nikogo, tak mi się powiedziało. Pokłóciłam się z kimś i jestem trochę wkurzona – skłamała matka. – Jak tam? Radzisz sobie?
– Tak. Chyba już umiem. Przepytasz mnie? Albo tata?
– Jasne. – Andrzej posłał córce uśmiech. – Tutaj czy w twoim pokoju?
– U mnie.
– W takim razie będę tam za dwie minuty, okej?
– Okej.
Trzynastolatka wróciła do siebie, a mężczyzna podszedł do żony. – Pojutrze pogrzeb.
– Skąd wiesz?
– Widziałem klepsydrę. Jeśli masz zamiar iść…
– Było nie było, to moja koleżanka z pracy – odparła Ewelina. – Pójdę ze względu na to, poza tym… Kiedyś…
– No właśnie – przytaknął mąż. – Skoro tak, spotkasz tam Julię i Bogusława.
– Wiem. Ale chyba nie dam rady do nich podejść.
– Wystarczy, że weźmiesz udział w ceremonii, ja zajmę się kondolencjami.
– Dziękuję. – Żona dotknęła ustami jego policzka.
– Tato…! Idziesz?
– Tak. Pogadamy później. – Mężczyzna oddał pocałunek i skierował się do przedpokoju.
– Jędrek? Myślisz, że ten człowiek, z którym się skontaktowaliśmy, w czymś pomoże?
– Zobaczymy. Przekazałem mu wszystko, czego zdołałem się dowiedzieć.
Po rozpakowaniu bagaży Julia pomogła Marii przygotować jedzenie. Karmel, podekscytowany gośćmi, kręcił się pod nogami i prosił o przekąski. Kiedy rodzina usiadła do kolacji, zwierzak położył się przy kominku. Czas przy stole upłynął na wymianie zdań związanych z organizacją pogrzebu i krótkich opowieściach, co u kogo słychać. Nikt nie miał ochoty na ożywioną rozmowę, na czele z Wiktorem, który pytany przez dziadka i Marię o szkołę, odburkiwał monosylabami z widoczną niechęcią i zaraz po posiłku wstał. Potarmosił psa, po czym wymknął się do pokoju na piętrze.
– Przepraszam. – Julia dotknęła zarumienionej twarzy. – Ostatnio mam z nim trochę problemów, zachowuje się tak, jakbym przestała być dla niego ważna. Odnoszę wrażenie, że liczy się dla niego tylko podziw rówieśników. I smartfon.
– To nastolatek – uspokoił córkę ojciec. – Dojrzewa, testuje granice, jest nadwrażliwy. Na pewno nie robi nic, czego ty nie robiłaś w jego wieku.
– Noo, nie wiem, tato… – Julia, po chwili wahania, opowiedziała o przyłapaniu syna na paleniu papierosa elektronicznego w szkolnej toalecie, następnie wspomniała o powodach innych wezwań do pedagoga lub wychowawczyni, w tym o niszczeniu mienia i puszczeniu w klasie filmu pornograficznego. – A dziś dyrektorka zagroziła mi wprost, że jeśli Wiktor jeszcze coś wywinie, ona wyśle pismo do sądu z wnioskiem o wgląd w sytuację rodzinną.
– Rozmawiałaś z synem na ten temat? – spytała dotąd milcząca Maria.
– Za każdym razem to robię, również niedawno w aucie… Dzisiejsze wezwanie zbiegło się z wiadomością o śmierci mamy… Do tego rano przypomniałam Wiktorowi, że ma się zachowywać przyzwoicie… Poczułam taką bezradność, że podczas jazdy nawrzeszczałam na niego. – Julii załamał się głos. – Gdyby Przemek żył, wszystko wyglądałoby inaczej. Wiktor potrzebuje męskiego wzorca.
– Nie obwiniaj się za to, co zaszło. – Skrzypaczka pogładziła jej dłoń. – Wszyscy dziś jesteśmy zdenerwowani i zmartwieni. – Spojrzała na zegarek. – Proponuję iść spać, bo jutro czeka nas jeszcze trochę spraw do załatwienia. Trzeba wybrać ubranie dla Uli i… – Maria zamrugała, żeby powstrzymać łzy, które napłynęły jej do oczu. – I wieniec.
– Tak, chodźmy już spać. – Bogusław poparł szwagierkę i, zgarbiony, ze zwieszonymi ramionami, odszedł do sypialni małżeńskiej.
Następnego dnia na zewnątrz nie było śladu śniegu. W nocy wzrosła temperatura powietrza i biały puch stopniał, na niebie zaświeciło słońce.
– To chyba był ostatni zryw zimy – zawyrokował Lemański. – Teraz już trzeba wypatrywać wiosny.
Przedpołudnie upłynęło rodzinie na ostatnich przygotowaniach do pochówku, a później Julia i ojciec wybrali się pieszo na zakupy, wyposażeni w listę produktów spisaną przez Marię. Sunąc nieśpiesznie u boku taty, Lemańska rozglądała się dookoła, ciekawa zmian, które nastąpiły w Bagiennym Lesie przez kilkanaście lat jej nieobecności. Po obu stronach głównej ulicy i kolejnych przecznic stały jedno- lub wielorodzinne domy, nad którymi górowała wieża kościoła. Julia dostrzegła również znajome punkty usługowe i handlowe. Po namyśle stwierdziła, że miasteczko chyba wcale się nie zmieniło wraz z upływem czasu. Podzieliła się tym spostrzeżeniem z Bogusławem, a on rzekł:
– Przybyło kilka nowych budynków i sklepów, a na rynku zrobili wielki klomb z zielenią i parking dla samochodów. Co do reszty… Faktycznie jest, jak było.
– Dzień dobry. – Idący z przeciwka mężczyzna ukłonił się im i stanął. Obrzucił Julię szybkim spojrzeniem, następnie jego wzrok spoczął na Bogusławie. – Wyrazy współczucia z powodu śmierci żony.
– Dziękuję – odparł Lemański.
– Moje dzieci bardzo lubiły lekcje z panią Urszulą… – Mężczyzna ponownie zerknął na Julię. – Już nie zatrzymuję państwa. – Jeszcze raz skinął głową i odszedł w swoją stronę.
– Kto to był? – spytała Julia, gdy ruszyli dalej. – Wydał mi się znajomy.
– Daniel Niewiadomski, właściciel Daniepolu.
– Aa, teraz sobie przypominam. Konserwy mięsne?
– Teraz również dania w słoikach.
– Pamiętam, że lubiłam ich mielonkę. To pewnie sama chemia, ale w tamtym czasie… Komu by przyszło do głowy czytać etykietę?
– Teraz też mało kto to robi, w przeciwnym razie Niewiadomski dawno by splajtował – odparł ojciec. – Tymczasem firma się rozwija i oferuje nowe miejsca pracy.
Gawędząc, dotarli do placu, gdzie w dni powszednie do godziny trzynastej odbywał się targ. Można tam było się zaopatrzyć w domowe wędliny, sery, świeże mleko i masło, zaś w sezonie również w warzywa i owoce prosto z ogrodu. Po zrobieniu zakupów Bogusław dotknął czoła.
– Jeszcze piekarnia – przypomniał, wskazując wzrokiem witrynę na rogu, i przez jego twarz przebiegł cień.
– Coś się stało, tato?
– Chcę cię tylko uprzedzić, że nie prowadzi jej już poprzedni właściciel. Po przejściu na emeryturę sprzedał lokal wraz z wyposażeniem. Kupili go Stachowiakowie. Zatrzymali pracowników i rozkręcili interes.
– Ach, tak… – Julia przełożyła siatkę z zakupami do drugiej ręki. – Pamiętam, że pan Stachowiak miał warsztat samochodowy.
– Dalej ma. Piekarnię prowadzi jego żona.
– Okej, jakoś to zniosę. – Lemańska westchnęła. – Jutro pogrzeb, a później wyjadę i znów mnie długo nie zobaczy. – Pierwsza podeszła do oszklonych drzwi i nacisnęła klamkę. W środku unosił się smakowity aromat pieczywa i słodkości, który sprawił, że Julia natychmiast poczuła głód. W kolejce stało kilka osób, więc miała chwilę, by obejrzeć wnętrze. Była to piekarnia-cukiernia z półkami z drewna i ze szklanymi gablotami, gdzie kusiły klientów bochenki chleba, począwszy od najprostszych pszennych, żytnich lub orkiszowych, a skończywszy na tych z dodatkami w postaci suszonych pomidorów, tymianku czy oliwek. Były tam również bagietki, kajzerki i chałki, a ponadto ciastka francuskie z owocami i bułki drożdżowe z nadzieniem z sera. Część pomieszczenia zajmowały okrągłe stoły z wyściełanymi krzesłami oraz samoobsługowy ekspres do parzenia kawy, obok którego stał wąski regał z ceramicznymi kubkami różnej wielkości.
Matka Przemka miała na sobie czarną sukienkę osłoniętą białym fartuchem na szelkach, w jej upiętych włosach pobłyskiwały pasma siwizny, twarz znaczyły bruzdy przeżywanego latami smutku. Kobieta dostrzegła Julię dopiero wtedy, gdy ta przysunęła się do lady. Wtedy otworzyła szeroko oczy, zaskoczona, i znieruchomiała.
– Dzień dobry – rzekła Lemańska, pilnując, by nie zadrżał jej głos.
Stachowiak nie odpowiedziała na powitanie. Stała, jakby jej nogi wrosły w ziemię, i bezgłośnie poruszała rozchylonymi ustami, dopóki towarzysząca jej pracownica nie zagadnęła:
– Pani Zosiu, wszystko w porządku?
– Tak, tak. – Stachowiak otrząsnęła się z osłupienia. – Proszę, obsłuż panią, ja muszę iść na moment na zaplecze.
– Oczywiście. Co podać? – Dziewczyna się uśmiechnęła.
Nie miała więcej niż dwadzieścia lat, w tamtym czasie chodziła do przedszkola, nie mogła pamiętać, co się wydarzyło, nie znała Julii. Lemańska spojrzała na milczącego dotychczas ojca, a ten podał jej listę zakupów.
– Jakoś przetrwałam – rzekła, gdy kilka minut później wyszli z piekarni i ruszyli w drogę powrotną. – Serce mi waliło jak młot. Miałam wrażenie, że bluzka mi się rusza. – Urwała piętkę z pachnącego czarnuszką chleba i ugryzła kęs.
– Stachowiak wyglądała, jakby ujrzała ducha. – Bogusław podciągnął suwak kurtki.
– Nie widziałyśmy się od… Od tamtego czasu. Nigdy nie próbowała się ze mną skontaktować, a moje propozycje odrzucała. Podobnie jak jej mąż.
– Wiem. Ja i mama też chcieliśmy coś zrobić, ale z tamtej strony nie było chęci. – Ojciec stanął i położył Julii dłonie na ramionach. – To nie twoja wina. Pora oddzielić kreską przeszłość i zacząć żyć bez…
– To niemożliwe tato, dopóki nie wiem, co zaszło, dopóki nie rozumiem, dlaczego Kamil… Ciągle o tym myślę i śnię.
– Możesz nigdy tego nie zrozumieć. – Ojciec opuścił ręce. – I nie uzyskać odpowiedzi na swoje pytania.
Po przyjściu do domu i krótkim odpoczynku Bogusław zaproponował wnukowi spacer skrajem lasu.
– Pokażę ci, jak przyroda budzi się z zimowego snu – rzekł, wypuszczając Karmela na podwórze. – A pies sobie pobiega.
Wiktor, który po śniadaniu znów zniknął w swoim pokoju, dał się namówić na wyjście z dziadkiem na powietrze, co Julia przyjęła z uczuciem ulgi. Zaproponowała Marii pomoc w przygotowaniu obiadu, ale ta odmówiła stanowczo.
– Gotowanie mnie uspokaja, lubię mieszać w garnkach – oznajmiła. – Chcę pobyć sama i zająć ręce. Bo inaczej znów się rozkleję – uprzedziła, nawiązując do chwili, gdy wybuchnęła płaczem podczas wybierania sukienki i butów dla Urszuli.
Lemańska nie nalegała. Po krótkim namyśle udała się do dawnej murowanej stodoły, gdzie matka przez dziesięciolecia gromadziła wiekowe zabawki. Były tam klocki i figurki zwierząt z drewna, blaszane bąki, konie na biegunach, żeliwne skarbonki, miniaturowe auta, lalki, pluszowe misie i wiele innych przedmiotów stanowiących niegdyś obiekt pożądania dzieci. Przez minione lata Urszula znacznie powiększyła swoje zbiory. Julia, oniemiała, chodziła od regału do regału i nie mogła przestać się zachwycać kolekcją. Na moment zapomniała o smutku, który rozdzierał jej serce, o problemach z Wiktorem, o książce, którą pisała, i poczuła się jak mała dziewczynka, która nieoczekiwanie dostała prezent.
Po obejrzeniu tego, co leżało na półkach, Lemańska podeszła do stołu w rogu pomieszczenia i wstrzymała oddech na widok kolejki składającej się z trzech wagonów i lokomotywy. Przez długą chwilę wodziła palcami po ich lśniących dachach, następnie przesunęła dźwignię hamulca. Pojazd z szumem ruszył sprzed budynku stacji. Pomknął po torach wśród zieleni i drzew, minął domy mieszkalne oraz postacie ludzi, pognał pod mostem i dalej na wzgórze, a później znów przejechał przez peron.
Julia stała jak urzeczona i patrzyła, jak pociąg wielokrotnie pokonuje swoją trasę, do czasu gdy usłyszała szmer rozmowy, a potem głos ojca:
– A, to ty. Zobaczyłem, że drzwi są uchylone…
Lemańska odwróciła się w stronę Bogusława, który stanął w progu razem z Wikiem.
– Nie mogłam się powstrzymać, żeby tu nie zajrzeć – powiedziała.
Nastolatek omiótł wnętrze zaciekawionym spojrzeniem i podszedł do matki. Na widok kolejki rzekł z podziwem:
– Łał, ale ekstra!
– Zabawki to zbiory babci – wyjaśnił dziadek wnukowi wpatrzonemu w pędzący pociąg. – Ale kolejka, makieta i akcesoria są moje.
– Nie wiedziałam, tato, że… – zaczęła Julia.
– Że dołączyłem do grona dużych chłopców, którzy bawią się pociągami? – zażartował Bogusław.
– Coś w tym rodzaju.
– Świetnie spędzaliśmy czas z Ulą, zajmując się tymi rzeczami. – Obrzucił spojrzeniem regały. – Oglądaliśmy je, przekładaliśmy z miejsca na miejsce, no i ratowaliśmy, jeśli coś wymagało naprawy. A teraz… Już nigdy nie będzie tak samo. – Ojciec zgarbił się i zwiesił ramiona. Milczał przez kilkadziesiąt sekund, walcząc ze wzruszeniem, po czym podjął wątek: – Marzeniem twojej matki było założenie przydomowego muzeum zabawek. Zamierzaliśmy zamówić u stolarza więcej regałów, uporządkować kolekcję i udostępnić ją chętnym do oglądania. To duży i wysoki budynek, można zrobić antresolę i przenieść tam część zbiorów. W sezonie przyjeżdżają tutaj turyści… My też wynajmujemy dwie jedynki. Przebiliśmy ścianę po drugiej stronie domu i zrobiliśmy osobne wejście dla przyjezdnych.
– Tato, świetny pomysł z tym muzeum – podchwyciła Julia. – Może później…
– Nie wiem, co będzie później. – Bogusławowi zaszkliły się oczy. – Jeszcze nie dociera do mnie, że Ula umarła… Nie mam pojęcia, jak będę bez niej żyć. Nie sięgam myślami dalej niż do następnego dnia. – Spojrzał na wnuka. – Jeśli chcesz, możesz tu zostać i pooglądać zbiory. Są tutaj zabawki także dla chłopaków: samochody, statki, samoloty…
– Mogę zrobić fotki i wysłać kolegom? Mamy taką grupę na WhatsAppie…
– Oczywiście. – Bogusław dał znak córce, by wyszli na zewnątrz.
Ruszyli w milczeniu w stronę domu, a gdy stanęli przed wejściem, zagaił:
– Na spacerze próbowałem rozmawiać z Wiktorem o jego zachowaniu… Nie było to łatwe, bo w kieszeni miał smartfon. Niby słuchał mnie i przytakiwał, ale wciąż zerkał na wyświetlacz i złościł się, że nie ma zasięgu… Miałem wrażenie, że w rzeczywistości w ogóle nie docierają do niego moje słowa.
– Ja też często mam takie odczucie.
– Słuchaj, Julio, myślałaś o tym, żeby… – Ojciec ściągnął brwi. – Żeby zmienić Wiktorowi środowisko?
– Co masz na myśli, tato?
– Piszesz książki, możesz pracować w każdym miejscu… Może wrócilibyście na trochę do Bagiennego Lasu, przynajmniej do czasu, aż Wiktor skończy podstawówkę? Mama zawsze mówiła, że w ósmej klasie, gdy pojawia się widmo egzaminów i wybór szkoły średniej, nawet największe rozrabiaki poważnieją.
– Nie, to niemożliwe. – Julię przeniknął dreszcz strachu. Nie mogłaby tu znów zamieszkać, wpadać na ulicy lub w sklepie na rodziców Przemka lub Kamila… – Tato, przecież oni wszyscy nie chcą mnie tu widzieć. Byliśmy w cukierni, widziałeś, jak matka Przemka na mnie spojrzała. A rodzice Kamila? Oni pewnie nienawidzą mnie jeszcze bardziej niż ona. Nikt tutaj za mną nie tęskni.
– O czym tak rozprawiacie? – Na ganek wyszła Maria. Miała na sobie fartuch kuchenny, a w dłoni drewnianą łyżkę. – Od minuty obserwuję was przez okno. Zaraz obiad.
– Zaproponowałem Julii, żeby ona i Wiktor przeprowadzili się do mnie – rzekł Bogusław po wejściu do domu.
– A wiesz, że to dobry pomysł – stwierdziła skrzypaczka. – Młody zmieni otoczenie, oderwie się od obecnych kolegów, nawiąże nowe znajomości… Bądź co bądź Bagienny Las to dziura zabita dechami. Tutaj dzieciaki na pewno żyją trochę inaczej.
– Fakt. – Ojciec zdjął buty i powiesił kurtkę na kołku. – Nie mają tyle pokus, co w dużym mieście, jest mniej hałasu i mniej bodźców. A i z Internetem różnie tu bywa. Co prawda, mam swój router, ale i tak często się zdarza, że sygnał jest słaby.
– Rozumiem. – Julia włożyła ręce do kieszeni płaszcza. – Ale to niemożliwe. Wiktor nigdy się na to nie zgodzi. Poza tym… Mimo wszystko nie miałabym serca odrywać go od przyjaciół, którzy są dla niego tak ważni. – Położyła dłoń na klamce. – Pójdę po niego.
Lemańska wyszła, zanim ojciec lub Maria zareagowali, i ruszyła do stodoły. Wiktor stał oparty o drewniany słup i przebierał kciukami na klawiaturze telefonu.
– Ekstra jest ta kolejka – rzucił na widok matki. – Puszczałem ją parę razy. Wysłałem kilka fotek Adzie, najbardziej podobały się jej lalki.
– Ciocia już woła nas na obiad – odpowiedziała Julia i kiedy wyszli na podwórze, zamknęła drzwi na klucz. – Wiktor…
– Mamo – przerwał jej, nim zdołała wyartykułować pytanie o ewentualną przeprowadzkę do Bagiennego Lasu. – Mamo, przykro mi, że babcia umarła. – Nastolatek potarł oczy zwiniętymi w pięści dłońmi.
– Mnie też, synku.
– I przepraszam za to, co w szkole. Serio, nie wiem, co mi odbiło, to się już nie powtórzy.
– Co konkretnie masz na myśli? – Lemańską ogarnęło znużenie.
– Noo, te papierosy i całą resztę. Obiecuję.
– Wiktor, bardzo chcę ci uwierzyć. Mam nadzieję, że twoje słowo jest coś warte.
– Udowodnię ci, że tak jest. – Chłopak objął matkę. Górował już nad nią wzrostem, był dobrze zbudowany i silny fizycznie. Psychicznie wciąż kruchy.
Redakcja
Monika Orłowska
Korekta
Bożena Sigismund
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Małgorzata Rogala, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302149
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
CZĘŚĆ I
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Strona redakcyjna
Spis treści
