Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
226 osób interesuje się tą książką
Zło już tu jest…
Komisarz Sikora ponownie staje do starcia z wrogiem, którego dobrze zna. Psychopata uważa, że dawne grzechy wymagają odpowiedniej kary. Wydział zabójstw musi się zmierzyć z potworem, który za cel postawił sobie zabicie Sikory.
Czy komisarz wyjdzie zwycięsko ze starcia? Czy śmierć kolejnego policjanta to początek serii czy tylko zbieg okoliczności?
Piotr Kościelny zabiera nas do mrocznego świata, w którym zło czai się na każdym kroku…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Przez całe życie odczuwałem nienawiść. Nienawidziłem wszystkich. Pamiętam, że gdy dorastałem, matka przebierała mnie za dziewczynkę. Trwało to dwa czy trzy lata. Rodzina traktowała mnie gorzej niż psa. Byłem notorycznie bity. Zmuszano mnie do robienia rzeczy, których nie powinien robić żaden człowiek. Zabijanie stało się dla mnie tym samym, co seks.
– Henry Lee Lucas (seryjny morderca)
Środa Śląska, 6 maja 2012 r.
Sikora patrzył na widniejący na ścianie napis i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Miał wroga, który nie cofnie się przed niczym. Przypomniał mu się sen, który ostatnio mu się śnił. Poczuł, jak przez jego ciało przechodzi dreszcz. Bał się. Tym razem naprawdę się bał. Nie miał pojęcia, kim jest ten zwyrodnialec, ale wiedział, że musi się z nim liczyć.
Odwrócił się do komisarza Lisowskiego ze średzkiej komendy.
– Macie jakieś ślady? – Czuł, że głos lekko mu się łamie.
Anna chyba też to usłyszała, bo popatrzyła na niego czujnie. Sikora zdawał sobie sprawę, że musi wziąć się w garść. Nie mógł pokazać, że strach zaczyna go paraliżować. Nie obawiał się o siebie, ale o swojego syna.
– Jest kilka paluchów – odparł Lisowski. – Poszły już do sprawdzenia.
– Trzeba jak najszybciej ustalić, kto jest za to odpowiedzialny.
Człowiek, który zabił matkę z dwójką dzieci był zdolny do wszystkiego. Komisarz nie miał wątpliwości, że to dopiero początek, że za jakiś czas psychol uderzy ponownie. Poczuł złość – miał na tapecie Ondráška i to nim chciał się zająć, a śledztwo w Środzie Śląskiej oddalało w czasie moment zatrzymania Czecha. Dodatkowo postanowił przyjrzeć się tajemniczej śmierci koleżanki Anny ze Szkoły Policji. Będzie musiał przekonać Dobrucką, by pozwoliła im się przyjrzeć temu, co dzieje się w komendzie w Ząbkowicach Śląskich. Słowem: mieli kupę roboty, a zabójcy nie próżnowali. Żaden nie stwierdził: „Dobra, z kolejnym morderstwem się wstrzymam, bo gliniarze muszą się zająć starymi sprawami”. Przeciwnie – każdego dnia dokładali im pracy.
– A kogoś podejrzewasz? – spytał policjant ze Środy Śląskiej.
Grzegorz przez chwilę myślał nad odpowiedzią. Pracował w policji od lat i doskonale wiedział, że narobił sobie wielu wrogów. Nie przychodziło mu jednak do głowy, który z nich byłby w stanie dopuścić się czegoś takiego.
– Szczerze mówiąc, nie. Tak na szybko nikt nie przychodzi mi do głowy.
– Trzeba przeanalizować wszystkie twoje sprawy – podpowiedziała Anna.
– My wam nie pomożemy. – Lisowski wzruszył ramionami. Był wyraźnie zniecierpliwiony. – Oficjalnie śledztwo należy do was.
– Cieszy was to, prawda? – spytał Sikora.
Policjant skinął głową, nie kryjąc uśmiechu.
– Nie będę ściemniać, że nie.
Komisarz też byłby zadowolony, gdyby ktoś inny zajął się tematem. Miał pewność, że to nie będzie łatwe śledztwo. Ale ostatnio prowadzili same trudne sprawy. Czasem miał wrażenie, że gra w Szklanej pułapce – co chwilę spotykało go coś nieprawdopodobnego. Niestety to nie był film, a on nie był superbohaterem. Coraz częściej balansował na skraju załamania, był coraz bardziej wypalony. Musiał jednak się trzymać. Cieszył się, że nie popadł w alkoholizm i nie zaczął ćpać. Tajemnicą poliszynela było, że wielu gliniarzy ucieka w używki, nie mogąc poradzić sobie z problemami. On jakoś się trzymał.
– Mamy typa – dobiegło od strony drzwi.
Policjanci się odwrócili i z zaciekawieniem spojrzeli na technika z jakąś kartką w dłoni.
– AFIS wypluł nam dane – oznajmił technik. – Facet nazywa się Krzysztof Hołub. Przed laty dokonał kilku zabójstw. Został skazany na długoletni pobyt w zakładzie zamkniętym.
Komisarz zmarszczył brwi, analizując dane. W końcu skojarzył.
– Pamiętam gościa. Ponad dekadę temu ubił kilka osób. Uważał, że to demony na usługach Szatana i sam Bóg nakazał mu je zabić. Typowy świr.
– Tyle że z bębna wychodzi, że facet aktualnie przebywa w wariatkowie – zauważył Lisowski.
Grzesiek sięgnął do kieszeni po papierosy.
– Tym bardziej trzeba się dowiedzieć, jakim cudem zostawił paluchy w Środzie Śląskiej.
Zapalił i wydmuchnął dym pod sufit. Ponownie spojrzał na napis na ścianie. Musiał jak najszybciej złapać Hołuba. Facet z takim bałaganem w głowie prawdopodobnie będzie chciał dokończyć to, co zaczął lata temu.
***
Wrocław, 6 maja 2012 r.
Ondrášek spojrzał na Dobrucką i uśmiechnął się szeroko. Widział, że komendantce bardzo smakuje przyrządzona przez niego potrawa. Wciąż się wahał, czy jej powiedzieć, że posiłek jest z mięsa, którego nie dostanie w powszechnej sprzedaży. Chciał zobaczyć minę inspektorki, gdy ta się dowie, co ma na talerzu. Wegetarianka jedząca człowieka! O czymś takim świat jeszcze nie słyszał. Co prawda w znanym filmie Milczenie owiec Hannibal Lecter zmusił agenta FBI do zjedzenia własnego mózgu, ale to był tylko film, fikcyjna historia. A tu było prawdziwe życie – brutalne i brudne.
Uśmiechnął się i ponownie na nią spojrzał. Dobrucka była tak pochłonięta jedzeniem, jakby zapomniała, że z zasady nie spożywa mięsa. Wegetarianizm kończy się zwykle tam, gdzie pojawia się dobry stek, pomyślał z rozbawieniem. A stek z uprowadzonego psychopaty wyszedł mu wyjątkowo dobrze.
Zamierzał właśnie nabić na widelec kolejny kawałek Kaczmarskiego, gdy usłyszał jakiś ruch za drzwiami. Ktoś był na korytarzu. Wiedział, że po niego przyszli. Zdał sobie sprawę, że błąd, który wcześniej popełnił, teraz ma swoje konsekwencje. Nie zamierzał jednak poddać się bez walki.
Zerwał się od stołu, doskoczył do komody i z górnej szuflady wyjął pistolet. Kątem oka widział, jak Dobrucka zamarła z widelcem w połowie drogi do ust. W tej samej chwili w budynku rozległ się huk eksplozji, która wyrwała drzwi z futryny.
Major w kilku krokach dotarł do Dobruckiej, chwycił ją od tyłu za szyję i przyłożył jej broń do skroni.
– Policja!!! – Do pomieszczenia wpadli antyterroryści. – Na glebę!!!
– Co się dzieje? – pisnęła spanikowana Dobrucka.
– Rzuć broń!!!
– Wycofajcie się, bo ją zabiję – powiedział spokojnie Czech, mrużąc oczy w dymie z granatów hukowych.
Antyterroryści mierzyli w jego kierunku. W powietrzu wibrowało napięcie. Widział czerwone znaczniki celowników laserowych wędrujące po jego ubraniu.
– Facet, odpuść. Wszystko skończone – powiedział jeden z członków oddziału specjalnego. Ten, w przeciwieństwie do pozostałych, miał broń krótką. Major domyślił się, że to dowodzący akcją.
– To ja decyduję o tym, kiedy jest skończone – powiedział i lekko się cofnął, ciągnąc za sobą Dobrucką razem z krzesłem.
Policjant uśmiechnął się nieznacznie. Jego spojrzenie zdawało się przewiercać majora na wylot. Wreszcie westchnął i wycofał się z mieszkania.
Ondrášek odczekał chwilę, a potem – wciąż ciągnąc Dobrucką – zbliżył się do okna i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Gdy zobaczył podjeżdżające przed budynek radiowozy, uświadomił sobie, że sprawy wymknęły mu się spod kontroli. Popełnił w ostatnim okresie za dużo błędów. Gdyby nie przyjechał do Polski i nie zaczął tu polować, nadal byłby bezkarny. W Czechach nie musiał się nawet starać, by wprowadzić śledczych w błąd. Sam decydował, jakie dowody trafiały do akt. W Pradze był panem sytuacji, tutaj jedynie członkiem grupy – i nie miało znaczenia, że wkrótce mógł nią dowodzić. Było już za późno na cokolwiek.
We Wrocławiu z pewnością zakończy się jego wieloletnia kariera ludożercy. Postanowił jednak, że odejdzie na własnych zasadach. Nie zamierzał zakończyć życia w więzieniu. Albo go stąd wypuszczą, albo wyda w mieszkaniu ostatnie tchnienie.
***
– Zdejmiecie go? – spytał Majewski, podchodząc do Topora.
– Nie ma szans. Strzelec nie ma dobrej pozycji do strzału. Kutas ciągle się rusza. Widać, że wie, co robić – odparł dowódca kontrterrorystów. – Trzeba negocjatora. Sorki.
– Kurwa mać. Miało być szybko i łatwo, a wychodzi kwas.
– Pamiętaj, że Ondrášek trzyma na muszce Dobrucką. Nic nie będzie ani szybko, ani łatwo. Trzeba powiadomić jej zastępcę – powiedział Nycz.
– A kto nim jest? – spytał Majewski. – Z tego, co wiem, nasza gwiazda nie miała czasu, by zająć się zmianami kadrowymi.
– Czyli zastępuje ją Frąckowiak.
– Niekoniecznie. Marian jest na zwolnieniu lekarskim. Rozchorował się na wieść o tym, z kim ma pracować.
– No to mamy bezkrólewie. – Nycz się uśmiechnął.
Majewski wiedział, że pomimo iż został zdjęty ze stanowiska, nie mógł zostawić tej sprawy. Liczył, że komendant główny za jakiś czas zrozumie, że popełnił katastrofalny w skutkach błąd, podejmując decyzję o zastąpieniu go Dobrucką. Jakby teraz nic nie zrobił, za jakiś czas z pewnością odbiłoby mu się to czkawką.
– Dobra. Przejmuję dowodzenie. Wezwij negocjatora – wydał polecenie.
Topór skinął głową i ruszył w kierunku jednego z Land Roverów.
Nycz tymczasem sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej cygaro.
– Mogę już symbolicznie uczcić twój sukces? – spytał z uśmiechem.
– Poczekajmy na uwolnienie Dobruckiej. Myślę, że po tym, jak weszła w nieformalne układy z seryjnym zabójcą, jej kariera trochę wyhamuje. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nikt nie wiedział, czym tak naprawdę zajmuje się Ondrášek, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie ona odpowiada teraz za komendę i postępy w śledztwie.
Nycz schował cygaro i wskazał na okna.
– Naprawdę myślisz o tym, żeby zdjąć Czecha?
– Jak nie będzie wyjścia, to trzeba będzie to zrobić. Nie możemy pozwolić, by nam zwiał. Jak znam życie, będzie starał się iść w niepoczytalność.
– Na jego miejscu też bym tak zrobił. I w sumie ma niepodważalne podstawy. Który psychiatra stwierdzi, że facet mordujący i zjadający ludzi jest w pełni władz umysłowych…
Majewski pokiwał głową. Był na siebie zły, że pozwolili Ondráškowi tak długo działać na swoim terenie. Sikora kolejny raz miał nosa, stwierdził w duchu. Cieszył się, że Grzesiek nie zdecydował się na przejście do cebosiów. Tam może zrobiłby szybką karierę, ale wydział zabójstw komendy wojewódzkiej wiele by na tym stracił.
Spojrzał na idącego w ich stronę Topora.
Po chwili dowódca antyterrorystów stanął przed nimi i oznajmił:
– Negocjator będzie za godzinę.
– Co? Kurwa, za godzinę to tu może być rzeź! – warknął Majewski.
– Nic na to nie poradzę. Facet ma teraz próbę samobójczą. Jakiś dzieciak grozi wysadzeniem mieszkania. Ponoć odkręcił gaz.
– A jest tylko jeden negocjator? Może niech dojedzie inny.
– Jakbyś zapomniał, jest niedziela. Zanim kogoś tu ściągniemy, i tak minie sporo czasu – wtrącił się Nycz.
– Dobra, to czekamy. Skoro nie ma wyjścia.
Majewski kolejny raz spojrzał na okna mieszkania czeskiego majora. Zastanawiał się, co czuje Dobrucka, trzymana na muszce przez psychopatę.
***
Środa Śląska, 6 maja 2012 r.
Sikora odłożył telefon i spojrzał na wchodzącą do pokoju Wojtyłę.
– Rozmawiałem właśnie z Wołowem. Okazało się, że Hołub spierdolił z wariatkowa. Zgarnął ze sobą innego pacjenta. Po drodze ubili paru ludzi. Czujesz?
– Co ty gadasz? – zdumiała się Anna.
– I nikt nie powiadomił wojewódzkiej o tym fakcie. Facet jest niebezpieczny.
– Czuję, że miałeś z nim do czynienia.
– Tak jak wcześniej mówiłem: to było dziesięć lat temu, może trochę więcej. Kolesiowi się ubzdurało, że Bóg go wybrał, by pokonał Szatana i jego demony. Zabił. A gdybym go nie powstrzymał, zabijałby nadal. Jestem pewny, że znów ma długą listę demonów do zlikwidowania.
– No to trzeba go zatrzymać – stwierdziła Anna, odsuwając krzesło od stołu.
Usiadła i zamyśliła się na chwilę.
– Co jest? – zapytał czujnie Sikora.
– Właśnie rozmawiałam z wujkiem. – Wojtyła podniosła na niego wzrok.
– I co ciekawego powiedział? Wie już, kiedy zawijamy pepika?
Uśmiechnęła się nieznacznie. Komisarz wyczuł jednak, że to wymuszony grymas.
– Będziesz zły…
– Co się dzieje?
– Właśnie go zawijają.
– Co…? Kurwa mać! Przecież miał poczekać na mnie!
Grzegorz był wściekły. Majewski doskonale wiedział, jak bardzo mu zależy na osobistym zawinięciu kanibala.
– Nie mogli czekać – stwierdziła Wojtyła. – Sprawy wymknęły się spod kontroli.
– Spierdolił?
– Nie. Wziął zakładnika. Kominiarze czekają właśnie na negocjatora.
Sikora wyjął z kieszeni papierosy. Drżącą dłonią włożył jednego do ust.
– Ja pierdolę. Mówiłem, że tak będzie. – Zapalił i wypuścił przed siebie chmurę dymu. – W myśl starej zasady: „Jak sam nie zrobisz, nie będzie zrobione”. – Strzepnął popiół do podstawka. – Dobra, nie ma co bić piany. Majewski dał ciała i trzeba z tym żyć.
Sięgnął po komórkę i wybrał numer byłego komendanta wojewódzkiego. Po kilku długich sygnałach wreszcie usłyszał głos Majewskiego:
– Zadzwoń później. Zajęty jestem.
– Nie. Pogadamy teraz. Słyszałem, że podjąłeś decyzję o zatrzymaniu Ondráška. Miałeś na mnie poczekać. Taka była umowa.
– Sikora, ile ty masz lat? Nie wiesz, że czasem sytuacja jest tak dynamiczna, że nie mają zastosowania wcześniejsze ustalenia? Tutaj tak właśnie było. Dostaliśmy potwierdzenie, że Ondrášek był w Sobótce. Było też info od Czechów, że został namierzony przez fotoradar. Nie mieliśmy innego wyjścia. Trzeba było działać, bo istniało spore ryzyko, że pepiki dadzą mu cynk i zdąży nam spieprzyć – tłumaczył Majewski.
Inspektor miał rację. W takiej sytuacji czas nie działał na ich korzyść. Jakby facet im zwiał, tak jak Kaczmarski, teraz Sikora plułby sobie w twarz. Mimo to powiedział:
– Ale mogliście dać znać. Podjechałbym.
– Uwierz mi, nie było czasu. A gdzie teraz jesteś? Anna mówiła, że macie jakiś syf w Środzie Śląskiej. Ponoć niezła rzeźnia.
Sikora wziął ostatniego macha i zgasił papierosa w podstawku.
– Zabójstwo matki z dwójką dzieci. Sprawcą jest Krzysztof Hołub. Znam typa z przeszłości. Niezły pojeb.
– Tak szybko to ustaliłeś? Szacunek.
– Paluchy zostawił. Jest tylko jeden problem: facet przebywał w psychuszce w Lubiążu. Ostatnio spierdolił i nikt z lokalsów nie powiadomił wojewódzkiej. Na dodatek gość zostawił po drodze krwawy ślad. Oprócz tej trójki w Środzie zabił pielęgniarza, parę staruszków i księdza.
– Ja pierdolę – zaklął Majewski.
– Dokładnie tak. Ziomki z Wołowa dały dupy po całości.
– Myślę, że w Wołowie wkrótce nastąpią spore zmiany. Ale o tym później. Teraz wracaj do roboty, a my postaramy się wyjąć Czecha.
– Może jednak do was dojadę? – zapytał Grzesiek. – Tutaj już praktycznie koniec. Lokalsi zabezpieczą monitoring z okolicy i przejdą się po sąsiadach. Nie musimy siedzieć na miejscu. A wam zawsze mogę się przydać.
– Zanim dotrzesz, będzie po wszystkim. Poza tym lepiej osobiście dopilnuj spraw w Środzie. Nie chcemy kolejnej wtopy.
Sikora się rozłączył i spojrzał na Annę. Z oczu policjantki wyzierał smutek.
– Aniu, co się dzieje? – spytał łagodnie.
– Nic. – Westchnęła ciężko. Muszę się przewietrzyć.
Wstała i skierowała się w stronę wyjścia z mieszkania.
***
Hołub wiedział, że nie może dłużej zostać w tym miejscu. Prędzej czy później policjanci zaczną go szukać. Bał się, że zarządzą obławę, a wtedy on i jego – pożal się Boże – wspólnik nie wydostaną się z miasta.
Musieli dojechać do Wrocławia. Tam było łatwiej się ukryć i przygotować do walki z Sikorą. Bo ta z pewnością ich czekała. Hołub wiedział, że to starcie będzie wymagało od niego dużo siły. Musiał się wystrzegać błędów. Mógł oczywiście zaatakować demona tutaj, ale w pobliżu kręciło się wielu policjantów, poza tym działałby bez odpowiedniego przygotowania, co mogłoby skutkować porażką. Jeśli teraz przegra, siły Stwórcy najpewniej nie wygrają wojny ze złem. Nie chciał sobie wyobrażać, co wtedy stałoby się z ludzkością. To byłaby prawdziwa tragedia.
Ciągle myślał o tym, jak dostać się do Wrocławia. Nie mieli auta, a on chyba nie potrafił żadnego ukraść. Jego towarzysz także nie wyglądał na kogoś, kto byłby w stanie to zrobić. W tej sytuacji musieli pojechać pociągiem, choć to wiązało się ze sporym ryzykiem. Hołub wciąż miał na sobie zakrwawione ubranie i ktoś na pewno zwróciłby na to uwagę.
– Idziemy, mój drogi przyjacielu – powiedział do Szymanka.
Mężczyzna popatrzył na niego wzrokiem, który dzisiejsza młodzież określiłaby tęskniącym za rozumem. Krzysztof się uśmiechnął. Wcześniej denerwował się na swojego towarzysza, na tę jego bezmyślność. Teraz jednak – po zwycięskiej bitwie z Azazelem – zachowanie wybrańca tak bardzo go nie drażniło. Bóg go wyznaczył do swojej misji i chcąc nie chcąc, Hołub musiał się Mu podporządkować.
– Trzeba jechać – rzucił.
– Do księżniczki?
Skinął głową.
– A jak tam będzie smok, to mogę odciąć mu głowę? – zapytał Szymanek.
– I to nie jedną.
– Co? To smoki mają kilka głów? Nie wiedziałem!
– Tak. Niektóre mają. Ponoć jeden miał nawet sto głów. Ale nie będziemy z nimi walczyć.
– To dobrze, bo mam tylko jeden miecz. – Szymanek uniósł w dłoni patyk.
Krzysztof jednak już na niego nie patrzył. Jego uwagę przykuł starszy mężczyzna wsiadający do sfatygowanego Forda. Facet był niepełnosprawny i poruszał się z pomocą kul. Nie wydawał się zbyt wymagającym przeciwnikiem. Co prawda Krzysztof nie wyczuł żadnej diabelskiej obecności, zatem nie był to pomiot Szatana, ale stwierdził, że jak go skrzywdzi, to nic złego się nie stanie. Uważał, że cel uświęca środki. Śmierć jednej niewinnej ofiary była do zaakceptowania, biorąc pod uwagę ważność misji, którą mu zlecono.
Skierował się w stronę Forda. Szymanek był dwa kroki za nim. Hołub wyjął zza paska nóż i zaszedł inwalidę od tyłu. Cios prosto w serce zaskoczył mężczyznę do tego stopnia, że ten nie zdążył wydać z siebie żadnego dźwięku. Niemal natychmiast padł bez życia na ziemię. Krzysztof pochylił się nad nim i jeszcze kilkakrotnie go dźgnął, upewniając się, że facet mu nie zagrozi. Potem podniósł się i rozejrzał dookoła. Na szczęście nikt nie zwrócił na niego uwagi. Gapie skupieni byli na radiowozach i karetce.
Sięgnął po leżące na ziemi kluczyki z pilotem i wcisnął jeden z guzików. Otworzył bagażnik i ponownie się rozejrzał. Podniósł bezwładne ciało i wpakował je do Forda.
– Możemy jechać – powiedział do swojego towarzysza.
Szymanek spojrzał na niego zamglonym wzrokiem. Nie był nawet świadomy tego, co się przed chwilą wydarzyło.
***
Wojtyła usiadła na ławce i spojrzała na wyjeżdżającego z miejsca parkingowego Forda. Nagle jakby coś ją tknęło – przeczucie, że to auto jest w jakiś sposób ważne. Wstała i szybko sięgnęła po komórkę. Zanim jednak wybrała numer Grześka, na wyświetlaczu pojawił się obcy numer.
– Halo – odebrała połączenie.
– Dzień dobry. Nazywam się Iwona Pawlicka. Jestem… To znaczy byłam sąsiadką Gosi. Jutro jest jej pogrzeb i stwierdziłam, że powinnam panią zawiadomić. Gosia kilka razy mi o pani mówiła.
– Przyjaźniłyście się? – spytała Anna, czując ukłucie żalu gdzieś pod żebrami. Jej głos nieznacznie się załamał.
– To za dużo powiedziane, czasem pogadałyśmy na klatce, jak to sąsiadki. No dobra, raz wypiłam z nią też butelkę wina. Wspominała niekiedy o pani. Jak… – Kobieta na chwilę zamilkła. – Jak Gosia zginęła, nie było mnie w domu. Pojechałam z chłopakiem do jego rodziców. Kiedy po powrocie usłyszałam, co się stało, nie mogłam w to uwierzyć. Wciąż to do mnie nie dociera…
Anna poczuła, jak po policzku spływa jej łza. Otarła ją wierzchem dłoni. Nie mogła się teraz rozsypać. Rozejrzała się, sprawdzając, czy nikt nie widzi, w jakim jest stanie.
– Ja nadal w to nie wierzę – powiedziała, spoglądając w kierunku wyjścia z budynku.
Przy klatce stał Sikora; właśnie zapalał papierosa.
– Dobrze. Muszę kończyć – powiedziała do telefonu. – O której jest pogrzeb?
– O dwunastej.
– Dziękuję za informację. Do zobaczenia.
Rozłączyła się i schowała komórkę do kieszeni. Sikora wolnym krokiem udał się w jej stronę. Anna zerknęła jeszcze w kierunku, w którym odjechał Ford. Było już za późno, by pojechać za nim.
Komisarz stanął przy niej i popatrzył na nią pytająco.
– Jutro jest pogrzeb Gośki. Chcę pojechać – powiedziała.
– Pojedziemy razem.
Podniosła na niego wzrok. Była mu wdzięczna za to, co dla niej robi.
– Dzięki. – Uśmiechnęła się blado.
***
Wrocław, 6 maja 2012 r.
Ondrášek patrzył na wchodzącego do pomieszczenia negocjatora. Nadal trzymał Dobrucką na muszce, ale wiedział, że sam też jest celem dla antyterrorystów. Sytuacja była patowa. Nie zamierzał się poddać, jednak nie widział też szansy na to, aby policja puściła go wolno. Tylko na filmach porywacze biorą zakładników, wysuwają żądania, a potem, niezatrzymywani przez nikogo, odlatują z milionami w gotówce do odległych krajów, w których nie ma procedury ekstradycyjnej. On nie spodziewał się happy endu.
Popatrzył na wycelowaną w siebie broń i uśmiechnął się kącikiem ust.
– Chyba nie ma sensu, żeby pan tu tkwił – zwrócił się do negocjatora.
– To moja praca. Nie musi się pan niczego obawiać, majorze. To wszystko jeszcze może się zakończyć dobrze.
– Dobrze? Jak może się zakończyć dobrze? Nie widzi pan, w jakiej znaleźliśmy się sytuacji?
– Odłoży pan broń, majorze, wypuści zakładniczkę i odda się w ręce policji. Pomogę panu. To naprawdę nic trudnego.
Ondrášek pokręcił głową.
– Człowieku, za to, co zrobiłem, grozi mi dożywocie. Nie macie już kary śmierci, ale pewnie w moim przypadku chętnie byście do niej powrócili – powiedział i mocniej przycisnął broń do policzka Dobruckiej.
Antyterroryści momentalnie zareagowali na ten ruch. Lufy pistoletów nieznacznie drgnęły.
– Nikt nie musi ginąć. – Negocjator uniósł dłonie. – Gwarantuję panu, majorze, że pański proces będzie uczciwy.
– Proces? – prychnął Czech. – Ja nie chcę żadnego procesu. Proszę mi wierzyć, zdaję sobie sprawę, że zwyczajnie do niego nie dotrwam. Moje życie skończy się tu i teraz.
– Majorze, proszę nie podejmować pochopnych decyzji. Naprawdę wszystko będzie dobrze.
Ondrášek przycisnął mocniej broń do policzka Dobruckiej. Następnie przytknął usta do jej ucha i wyszeptał:
– Wiesz, co dzisiaj jadłaś?
Poczuł, że policjantka drży. Miał wrażenie, że zaraz wybuchnie.
Gdy nie odpowiedziała, dodał:
– Smakował ci człowiek? Taki dobry, soczysty…
Dobrucka się szarpnęła, chciała się wyrwać. Wtedy Czech nacisnął spust.
Powietrze przeszył wystrzał. Kula trafiła w policzek policjantki. W tym samym momencie ruszyła seria z kilku automatów. Ciało kanibala trafiło kilkadziesiąt pocisków.
Ondrášek padł na podłogę bez życia.
***
Majewski wszedł do mieszkania i spojrzał na leżące na podłodze ciało majora. Koszula Czecha była czerwona od krwi, nieruchome oczy wbite w sufit. Kawałek dalej leżała Dobrucka. Medyk z pododdziału kontrterrorystycznego starał się zatamować krew toczącą się ze sporej dziury w jej twarzy. Szanse na to, że policjantka przeżyje, z każdą sekundą malały. Tymczasem plama krwi na podłodze się powiększała. Ciałem inspektorki zaczęły wstrząsać drgawki.
– Karetkę! – krzyknął do tyłu.
Podczas prób negocjacji przed budynek podjechały dwie erki i kilka radiowozów. Ratownicy przeszli obok Majewskiego i od razu zajęli się ranną. Technicy udali się w głąb mieszkania.
– Chyba nie tak miało być – powiedział Nycz.
Komendant popatrzył na niego i rzucił:
– Nie wkurwiaj mnie. Wszystko się pierdoli. To tutaj. – Zatoczył ręką łuk po pomieszczeniu. – Wołów podobnie. Tęskniłem za swoim stołkiem, dopóki nie wylało się całe to szambo. Na chuj mnie to wszystko? No sam powiedz.
Nycz wzruszył ramionami.
– Mnie nie pytaj. Sam czasami też się zastanawiam, po co się z tym wszystkim użeram. Przeszedłbym na emkę, miałbym spokój. Na ryby bym pojechał…
Majewski popatrzył na niego zaskoczony.
– Na ryby? Przecież ty nigdy nie łowiłeś.
– Może powinienem zacząć? Kupiłbym sobie kamizelkę z milionem kieszeni, spodnie moro i czapkę. I oczywiście flaszkę. Masz pojęcie, jak fajnie można spędzić czas nad wodą?
– Nie zapomnij o wędce – przypomniał Majewski.
– A na kij mi wędka? Flaszka wystarczy. Wiesz, co jest najważniejsze w posiadaniu hobby? – spytał Nycz.
– Oświeć mnie.
– To, że się je ma. Nie ma znaczenia jakie.
– Powiem ci, że tak na to nie patrzyłem. – Majewski się uśmiechnął i spojrzał na idącego w jego stronę Porębę. – I co tam?
– Mamy dowody winy – odparł szef techników. – W zamrażalniku jest sporo mięsa. W lodówce też. Na dodatek w jednym z pomieszczeń stoi wanna ze zwłokami. Mam wrażenie, że ten denat to Kaczmarski.
– A Kaczmarski to?
– Psychopata. Porywał facetów, żeby zapłodnili jego siostrę. Sikora trafił w jego łapy, podobnie jak Bielecki. Facet jest poszukiwany.
– No to właśnie został znaleziony – mruknął Majewski, po czym odwrócił się do Nycza. – Widzisz? Jest jakaś pozytywna wiadomość. Mamy mały sukces.
– Szkoda, że ten nasz sukces skończył na talerzu jako danie główne. Ciekawe, czy smakował Dobruckiej.
***
Sikora z piskiem opon zaparkował przed budynkiem; ledwie wyhamował za stojącym na drodze radiowozem.
– Uważaj! – zawołała Wojtyła. – O mały włos…
Wysiedli z samochodu i Grzegorz spojrzał na przód swojego Punto. Od zderzaka kijanki dzieliły go góra trzy centymetry.
– Widziałaś film Mistrz kierownicy ucieka? – spytał.
– Nie kojarzę.
– Był popularny, jak byłem gnojkiem. Tak się nauczyłem jeździć.
– Oglądając film?
– Geniusze tak mają. – Uśmiechnął się szeroko. – Chodź.
Już po chwili weszli do mieszkania czeskiego majora. Od progu zobaczyli plamy krwi na podłodze, ale ofiar nie było już w lokalu. Pracujący przy stole Poręba skinął im głową na przywitanie. Majewski i Nycz stali przy komputerze Ondráška. Specjalnie sprowadzony z komendy informatyk starał się złamać hasło zabezpieczające.
– Co tu się zadziało? – spytał Grzesiek.
Wszyscy jak jeden mąż się odwrócili. Majewski od razu ruszył w jego kierunku.
– Sytuacja troszkę wymknęła się spod kontroli. Bywa. – Podał Sikorze rękę. – Ondrášek strzelił do Dobruckiej.
– Nie gadaj!
– Niestety. Inspektorka zmarła w drodze do szpitala. Major oberwał od AT-ków i zaliczył zgon na miejscu. Staramy się uzyskać dostęp do jego kompa. Może jest tam coś, co pozwoli nam ustalić liczbę jego ofiar. Może robił jakieś notatki, cykał fotki… Szukamy czegokolwiek.
Grzegorz rozejrzał się po pomieszczeniu. Na stole stały talerze z resztkami jedzenia. Poręba pakował właśnie kawałek mięsa do woreczka strunowego.
– Była imprezka? Czyżby mięsko człowieka? – spytał komisarz.
Szef techników odłożył woreczek na bok i odparł:
– Tak. Nie wiem, czy cię to ucieszy, ale nawet wiemy kogo.
– Kogo?
– Można odwołać poszukiwania Kaczmarskiego.
– Co ty gadasz? Ondrášek zeżarł skurwysyna? Co za pieprzony gnój! – Sikora patrzył na Porębę z niedowierzaniem. – A miałem go osobiście złapać i wziąć w obroty.
Szef techników ponownie podniósł woreczek i uśmiechnął się szeroko.
– Chcesz z nim pogadać? Możesz go przepuścić przez maszynkę do mięsa na wolnych obrotach.
Sikora pokręcił głową.
– Obejdzie się – rzucił i wyjął z kieszeni papierosy.
***
Hołub postanowił podjechać w pobliże komendy wojewódzkiej. To było jedyne miejsce, w którym spodziewał się spotkać Sikorę. Nie znał prywatnego adresu komisarza, więc zamierzał śledzić go, gdy ten wyjdzie z pracy. Zaatakuje go w odpowiednim momencie. Musiał być ostrożny. W końcu ten policjant nie był jedynym demonem, z którym miał stoczyć walkę. Był co prawda najsilniejszy i najgroźniejszy, ale Hołub liczył, że dzięki boskiej pomocy bez trudu odniesie w tej batalii zwycięstwo.
Spojrzał na Szymanka. Jego towarzysz spał. W kącikach ust zaschła mu ślina. Co jakiś czas puszczał głośnego bąka.
Krzysztof otworzył okno Forda i spojrzał do tyłu. W bagażniku wciąż miał ukryte zwłoki emeryta. Wiedział, że nie może ich ze sobą zbyt długo wozić, bo za jakiś czas zaczną śmierdzieć. Nie mógł ich jednak wyrzucić – policja zaraz ustaliłaby tożsamość denata, a wraz z nią dane jego samochodu. Razem ze zwłokami musiałby porzucić też auto.
Zaparkował pod komendą. Teraz mógł już tylko czekać na swojego najważniejszego przeciwnika. Gdy w końcu zobaczył, jak Sikora podjeżdża pod komendę, wyprostował się w fotelu. Początkowo chciał wysiąść i od razu go zaatakować, ale wiedział, że to byłby tragiczny w skutkach błąd. Mógł nie zdążyć do niego dotrzeć. W komendzie było mnóstwo innych gliniarzy – i pewnie niejeden z nich był sługusem złego. Wpadłby w pułapkę i przegrał z kretesem. Dlatego odpuścił. Jak już ustali adres komisarza, będzie mógł sam zdecydować, kiedy rozegra tę bitwę. Chciał mieć stuprocentową pewność, że odniesie zwycięstwo. Nie mógł pozwolić, by Sikora kolejny raz mu się wymknął. Zastanawiał się, jakie imię w piekielnej hierarchii nosi ten policjant. W Środzie Śląskiej Krzysztof zabił Azazela. Może Sikora to Belial albo Lucyfer? Przywołał w pamięci inne upadłe anioły. Mefistofeles, Amy, Lewiatan, Adramelech, Samael, Belzebub… Mógł je wymieniać bez końca. Każdego kiedyś dorwie w swoje ręce. Oczywiście jeśli uda mu się najpierw pokonać Sikorę.
– Co się dzieje? – Szymanek wyprostował się i przetarł oczy.
Hołub poczuł dziwny zapach. Spojrzał na kompana i zobaczył, jak na jego spodniach powiększa się plama moczu.
– Nic. Śpij jeszcze. Obudzę cię, jak będziesz potrzebny.
– Jak będą smoki?
– Tak. Wtedy na pewno cię zbudzę.
Jarek jeszcze przez chwilę patrzył tępo przed siebie. W końcu przymknął oczy i wygodniej ułożył się na fotelu.
***
Sikora odłożył na blat akta związane z zabójstwem w Środzie Śląskiej, które przeglądał od dobrych kilku godzin, i spojrzał na siedzącego kawałek dalej Stankiewicza.
– Macie coś w sprawie tego „pastucha”?
– Nic. Dziadek nadal się upiera, że wczoraj nim jeździł. Nie wiem, jak mógł w bagażniku wozić śmierdzącego truposza, nie czując smrodu.
– Może miał katar.
– Byłeś na miejscu i widziałeś, jak to wygląda. Nie ma opcji, żeby się nie kapnął.
– To co obstawiasz?
Stankiewicz wzruszył ramionami.
– Wezwę go do fabryki i trochę docisnę. Pogadam też ze świadkami i wypytam, kiedy i gdzie dokładnie widzieli paska na mieście. Postaram się również zabezpieczyć monitoring z miejsc, w których był dziadek.
– Brzmi jak plan. Zobaczymy, co wam powie ten cały Romanowski.
– Romski – poprawił Sikorę.
– Mniejsza z tym. Romski czy Romanowski, jeden kij.
– Nie w przypadku, gdy jeden pójdzie kiwać za drugiego. – Stankiewicz uśmiechnął się pod nosem.
– Też fakt.
Grzegorz zapalił papierosa i wydmuchnął dym. Przez chwilę patrzył za okno. Na dworze było już ciemno. Skończył pracę, ale nie śpieszyło mu się do domu. Jutro miał zamiar odebrać Michała ze szpitala, a potem podjechać do matki Anety, żeby w końcu wziąć do domu też Piotrusia. Miał wyrzuty sumienia, że zostawił syna na tak długi czas praktycznie obcej osobie. Sam jednak nie zająłby się nim odpowiednio. Musiał najpierw zakończyć śledztwa. Wiedział, że jak w domu będzie Michał, wszystko w ich codzienności się zmieni, powoli wróci na właściwy tor.
– Powiem ci, że zszokowała mnie ta historia z Ondráškiem – podjął Stankiewicz. – Przez tyle lat wodził swoich za nos i dopiero u nas dał dupy po całości.
– Mnie też trudno było w to uwierzyć, chociaż od samego początku coś mi w tym gościu nie grało. Był inteligentny, doświadczony… i co? Przez te wszystkie lata nie mieli żadnego wyniku? Przecież to się nie klei. Dopiero gdy popełnił kilka błędów, ściągnął na siebie podejrzenia. Ot, cała tajemnica jego wpadki.
Stankiewicz odłożył długopis i podszedł do stolika, na którym stał czajnik.
– Kawy ci zrobić? – spytał, sięgając po kubek.
– Nie, dzięki. Zaraz lecę na chatę. Nie będę się na noc szprycował kofeiną.
– Jasne. A wracając do tematu: powiem ci, że szkoda mi Dobruckiej. Szybko skończyła karierę w policji. I definitywnie.
– Z tego, co mówił Majewski, Ondrášek, zanim ją zastrzelił, powiedział jej, że zjadła człowieka. Nawet gdyby nasza gwiazda teraz przeżyła, z taką świadomością pewnie prędzej czy później i tak strzeliłaby samobója. Ale masz rację, szkoda babki. – Sikora spojrzał na wiszący na ścianie zegar. – Dobra, na mnie pora. Rano muszę wrócić do poszukiwań kolejnego pojeba.
***
Patrzył, jak jego cel wysiada z samochodu i kieruje się do budynku. Całą drogę z komendy za nim jechał. Był zaskoczony tym, jak łatwo mu poszło. W filmach śledzenie ludzi wydawało się skomplikowane, tymczasem okazało się łatwizną. Sikora nawet nie zauważył, że ma na ogonie Forda.
Hołub był przekonany, że jak już go dorwie, bez trudu wyciągnie z niego potrzebne informacje. Zamierzał go przesłuchać i dowiedzieć się, jakie plany ma Szatan. Musiał ustalić, kto po Sikorze będzie jego najgroźniejszym przeciwnikiem. Ten komisarz na pewno wie, kto na ziemi będzie próbował pomóc Antychrystowi zdetronizować Jezusa Króla. Kiedyś czytał, że demony oraz ich szef chcą sprawić, by ludzie odsunęli się od Boga. Widział, że to właśnie się zaczęło. Społeczeństwo przestało się modlić, coraz mniej ludzi chodziło do świątyni, instytucja rodziny była w odwrocie. Młodzieży wmawiano, że lepiej w nic nie wierzyć, że tak jest łatwiej, prościej. Seriale i filmy pokazywały świat pozbawiony Boga jako prawdziwy raj. Pornografia i muzyka sprawiały, że młodzi nie mieli żadnych autorytetów. W kółko uprawiali seks, jednak nie w celu prokreacji, tylko wyłącznie dla przyjemności. Rodziło się coraz mniej dzieci, bo kobiety miały łatwy dostęp do aborcji. Krzysztof uważał, że usunięcie ciąży to wielki grzech, wręcz zbrodnia. To tak, jakby usunąć Jezusa ze swojego serca.
Spojrzał na siedzącego obok Szymanka i niespodziewanie spytał:
– Jesteś za aborcją?
Towarzysz popatrzył na niego zaskoczony.
– A co to aborcja?
– Usunięcie ciąży.
– A, to nigdy nie miałem. Ale kiedyś usunęli mi zęba. Bolało. Więcej nie pozwolę.
– Szatan kocha aborcję, bo dwa tysiące lat temu to właśnie dziecko przyszło na świat, by go zniszczyć – wyjaśnił Hołub tonem znawcy. – Zły się obawia, że historia może się powtórzyć, dlatego tak bardzo chce, by kobiety się skrobały. Jak już pozbędziemy się Sikory, na pewno wiele demonów znajdziemy tam, gdzie usuwa się ciążę. Będziemy musieli stoczyć ogromną potyczkę. Nie wiem tylko, czy ją wygramy. Boję się, że będziemy zbyt zmęczeni po walce z tym komisarzem, by stanąć do kolejnej bitwy.
– Bitwy? Z Saracenami?
– Tak… – Krzysztof się uśmiechnął.
Szymanek starał się sięgnąć po patyk, który miał za gumką od spodni, ale zapięte pasy krępowały mu ruchy. Hołub przez chwilę mu się przyglądał. Wciąż nie mógł uwierzyć, że ten idiota jest boskim wybrańcem.
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Joanna Rodkiewicz
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Piotr Kościelny, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303122
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
1.
Strona redakcyjna
Spis treści
