Wścibscy sąsiedzi - Sampson Freya - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wścibscy sąsiedzi ebook

Sampson Freya

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Nic tak nie jednoczy sąsiadów, jak cudze sekrety… W Shelley House ściany mają uszy, a uszy te należą do osobliwego duetu sąsiadek, gotowych wściubiać nos w nie swoje sprawy, szpiegować i zasadniczo robić wszystko, by uwikłać innych lokatorów w rozwiązanie zagadki kryminalnej.

Siedemdziesięciosiedmioletnia Dorothy Darling mieszka w Shelley House dłużej niż którykolwiek z pozostałych lokatorów, a jeśli wierzyć ich słowom, trudno o bardziej zrzędliwą i wścibską osobę. Dorothy ma jednak swoje powody do przeszpiegów, a żaden z nich nie wymaga usprawiedliwiania się przed niejaką Kat Bennett.

Dwudziestopięcioletnia Kat nigdy nie miała miejsca, w którym czułaby się jak u siebie w domu, a popadający w ruinę Shelley House nie stanowi wyjątku. Sąsiedzi uważają ją za drażliwą i nieprzystępną, ale pod twardą skorupą Kat prześladuje poczucie winy z powodu występków z przeszłości.

Kiedy okazuje się, że dom jest przeznaczony do rozbiórki, śmiertelnie sobie wrogie Dorothy i Kat zaczyna łączyć jedno: chęć uratowania zabytkowego budynku. A gdy jeden z lokatorów pada ofiarą brutalnej napaści, obie kobiety postanawiają znaleźć winnego. Policja umarza śledztwo zbyt wcześnie, pozostawiając zadanie przywrócenia spokoju w małej, lokalnej społeczności detektywom amatorom, mającym u swego boku rozbrykanego Jack Russell terriera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 407

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: NOSY NEIGH­BORS

Copy­ri­ght © Freya Samp­son, 2024 All rights rese­rved inc­lu­ding the rights of repro­duc­tion in whole or in part in any form. Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Piotr Cie­ślak

All rights rese­rved

Wydawca: Kata­rzyna Słup­ska Redak­cja: Ewa Ski­biń­ska Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i ilu­stra­cji: Lila Selle Adap­ta­cja okładki: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN: 978-83-8382-865-7

Dedykacja

Dla Bethany, mojej naj­lep­siej­szej

Rozdział pierwszy. Dorothy

Roz­dział pierw­szy

Doro­thy

Wiele lat póź­niej, gdy miesz­kańcy Shel­ley House wspo­mi­nali nie­zwy­kłe wyda­rze­nia, jakie miały miej­sce tego dłu­giego, burz­li­wego lata, nie byli zgodni co do tego, jak to się zaczęło. Tomasz z miesz­ka­nia numer pięć twier­dził, że wszystko miało swój począ­tek w dniu dorę­cze­nia listów, a kon­kret­nie sze­ściu nie­po­zor­nych brą­zo­wych kopert, które tra­fiły do loka­to­rów w środę, pew­nego majo­wego poranka. Omar spod trójki obsta­wał przy tym, że pro­blemy poja­wiły się kilka tygo­dni póź­niej, gdy przed budy­nek zaje­chała karetka na sygnale i znie­siono do niej ciało. Z kolei Glo­ria spod numeru szó­stego powie­działa, że astro­log już w stycz­niu prze­wi­dział per­tur­ba­cje i dra­maty, jakie cze­kają ją w naj­bliż­szej przy­szło­ści (a co waż­niej­sze, prze­po­wie­dział, że zarę­czy się jesz­cze przed Bożym Naro­dze­niem).

Ale Doro­thy Dar­ling z miesz­ka­nia numer dwa nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści co do tego, kiedy zaczęły się kło­poty. Potra­fiła pre­cy­zyj­nie wska­zać moment, gdy wszystko się zmie­niło; to jedno mach­nię­cie moty­lich skrzy­deł, które roz­pę­tało tor­nado, jakie ich potem pochło­nęło.

Był to dzień, w któ­rym do Shel­ley House tra­fiła dziew­czyna z różo­wymi wło­sami.

Ten pora­nek zaczął się jak każdy inny. O szó­stej trzy­dzie­ści Doro­thy obu­dziło tupa­nie dobie­ga­jące z miesz­ka­nia na wyż­szym pię­trze. Jesz­cze przez kilka minut leżała w łóżku z mocno zaci­śnię­tymi powie­kami, łowiąc ostat­nie strzępki snu. A kiedy nie dało się już dłu­żej tego odwle­kać, wstała i w akom­pa­nia­men­cie skrzy­pią­cych kolan poszła do łazienki doko­nać poran­nej ablu­cji. W kuchni roz­pa­liła ogień zapałką i cze­ka­jąc, aż jajko się zago­tuje, a śnia­da­niowa angiel­ska her­bata nacią­gnie w imbryku, zro­biła kilka ćwi­czeń roz­cią­ga­ją­cych na dobry począ­tek dnia. Gdy śnia­da­nie było gotowe, zanio­sła je na tacy do salonu i zja­dła, sie­dząc przy kar­cia­nym sto­liku obok wyku­szo­wego okna. Do tej pory wszystko prze­bie­gało zwy­czaj­nym torem.

Jedząc, Doro­thy obser­wo­wała sąsia­dów wycho­dzą­cych z budynku. Był wśród nich wysoki, budzący postrach męż­czy­zna z miesz­ka­nia numer pięć ze swoim rów­nie groź­nym psem, który miał w zwy­czaju faj­dać na chod­niki. Potem poja­wiła się nasto­latka – z tych, które byłyby śliczne, gdyby cią­gle się nie krzy­wiły – wpa­trzona w tele­fon i osten­ta­cyj­nie igno­ru­jąca ojca, który szedł za nią, nio­sąc pod jedną pachą pod­nisz­czoną teczkę, a pod drugą prze­peł­niony kar­ton z pose­gre­go­wa­nymi śmie­ciami. Kiedy wsy­py­wał jego zawar­tość do osie­dlo­wych koszy, jedna z puszek chy­biła celu i poto­czyła się po chod­niku. Męż­czy­zna nie zwró­cił na to naj­mniej­szej uwagi, tylko pospiesz­nie ruszył za córką. Doro­thy się­gnęła po dzien­nik i ołó­wek, które zawsze miała pod ręką.

7.48. O.S. (3). Nie­na­le­żyta uty­li­za­cja odpa­dów.

Gdy poranna godzina szczytu minęła, Doro­thy się prze­brała, ucze­sała dłu­gie siwe włosy i zało­żyła sznur pereł. Zasia­dła z powro­tem przy oknie za dzie­sięć dzie­wiąta, w samą porę, by zoba­czyć rudo­włosą kobietę spod szóstki, idącą za rękę ze swoim obec­nym aman­tem, wyso­kim, gamo­nio­wa­tym face­tem w taniej skó­rza­nej kurtce. Potem nastą­pił okres względ­nego spo­koju i Doro­thy zabrała się do zmie­nia­nia pościeli i odku­rza­nia sto­ją­cych na kominku bibe­lo­tów – a wszystko to przy dźwię­kach Zmierz­chu bogów Wagnera, które zagłu­szały hałasy docho­dzące z miesz­ka­nia na górze.

A potem, chwilę po dzie­sią­tej, gdy parzyła sobie drugi imbryk her­baty, na zewnątrz roz­le­gło się coś w rodzaju dono­śnego wystrzału. Doro­thy odsta­wiła czaj­nik i pod­bie­gła do okna, przez które zoba­czyła pod­jeż­dża­jący przed budy­nek stary roz­kle­ko­tany nie­bie­ski samo­chód. Tylne koło z wysił­kiem wdra­pało się na kra­węż­nik, z rury wyde­cho­wej buch­nął wielki kłąb czar­nego dymu, sil­nik zgasł, a chwilę póź­niej drzwi się otwo­rzyły i ze środka wynu­rzył się kie­rowca. Był to młody czło­wiek, jakoś po dwu­dzie­stce, tylko na pierw­szy rzut oka Doro­thy nie była pewna, czy patrzy na męż­czy­znę, czy kobietę. Kie­rowca miał krót­kie roz­czo­chrane włosy, ufar­bo­wane na flu­ore­scen­cyjny róż i był ubrany w robo­cze ogrod­niczki, w rodzaju tych, jakie noszą budow­lańcy. Nie miał na sobie kurtki ani swe­tra, choć jak na począ­tek maja było wyjąt­kowo chłodno, Doro­thy mogła więc podzi­wiać wijące się na jego ramio­nach tatu­aże, przy­po­mi­na­jące graf­fiti. Indy­wi­duum się­gnęło na tylne sie­dze­nie samo­chodu i wycią­gnęło duży, wysłu­żony ple­cak, a potem zamknęło drzwi kop­nia­kiem, od któ­rego gru­chot aż zady­go­tał. Dopiero gdy odwró­ciło się w stronę Shel­ley House, Doro­thy zdała sobie sprawę, że ma przed sobą młodą kobietę.

Dziew­czyna przy­glą­dała się budyn­kowi z nie­zdra­dza­ją­cym niczego wyra­zem twa­rzy, lecz Doro­thy wyobra­żała sobie, że gmach budzi w niej mie­sza­ninę lęku i podziwu. W końcu nie co dzień widuje się domy takie jak Shel­ley House. Zbu­do­wany za cza­sów kró­lo­wej Wik­to­rii i nazwany na cześć angiel­skiego poety roman­tycz­nego, miał sze­roką fasadę będącą mister­nym połą­cze­niem czer­wo­nej cegły i bia­łego kamie­nia, zwień­czoną ozdobną balu­stradą. Słusz­nych roz­mia­rów kamienne stop­nie pro­wa­dziły do potęż­nych drzwi wej­ścio­wych, nad któ­rymi wyryto gotyc­kim pismem napis „SHEL­LEY HOUSE, 1891”. Drzwi na pierw­szych dwóch kon­dy­gna­cjach obra­mo­wy­wały impo­nu­jące okna wyku­szowe, naj­wyż­sza kon­dy­gna­cja zaś – nie­gdyś miesz­cząca kwa­tery dla służby, zanim gmach prze­ro­biono na wie­lo­ro­dzinny budy­nek miesz­kalny – miała mniej­sze, pro­sto­kątne okna man­sar­dowe. Doro­thy do dziś pamię­tała chwilę, gdy ujrzała ten dom po raz pierw­szy. Zatrzy­mała się na środku chod­nika i chło­nęła go wzro­kiem z sze­roko otwar­tymi ustami, podzi­wia­jąc jego dosto­jeń­stwo i histo­ryczny cha­rak­ter. Był to naj­pięk­niej­szy dom, jaki kie­dy­kol­wiek widziała, i Doro­thy przy­rze­kła sobie wtedy, że w nim zamieszka. Trzy­dzie­ści cztery lata póź­niej na­dal była jego loka­torką.

Różo­wo­włosa dziew­czyna kon­ty­nu­owała lustro­wa­nie budynku, a gdy powio­dła wzro­kiem po par­te­rze, na moment jakby zatrzy­mała się na oknie Doro­thy. Kobieta instynk­tow­nie się cof­nęła, choć wie­działa, że przez firankę nikt jej tu nie zoba­czy. Mimo to serce biło jej tro­chę szyb­ciej, kiedy patrzyła, jak dziew­czyna wcho­dzi po scho­dach i znika z pola widze­nia przy drzwiach wej­ścio­wych. Kogo zamie­rzała odwie­dzić w środku dnia pracy? Może tego nie­okrze­sańca, który nie­dawno wpro­wa­dził się pod czwórkę? Ow­szem, Doro­thy cze­kała na dźwięk dzwonka do drzwi, lecz docho­dzący gdzieś z oddali, osłu­piała więc, gdy roz­legł się jej wła­sny, który rzadko się odzy­wał. Dobry Boże, czyżby naprawdę cho­dziło o nią? Czy powinna otwo­rzyć? Doro­thy już od dawna nikt nie odwie­dzał, a ta dziew­czyna z pew­no­ścią nie wyglą­dała na osobę godną zaufa­nia. Może była jedną z tych prze­bie­głych kana­lii, które żerują na bez­bron­nych star­szych ludziach, pod­stę­pem wtry­niają się im do domów, by ich okraść i zosta­wić na pewną śmierć? Rzecz jasna, Doro­thy nie była ani tak bez­bronna, ani tak głu­pia, by dać się nabrać na ich for­tele, lecz ta młoda szelma mogła o tym nie wie­dzieć. Może na wszelki wypa­dek warto wziąć nóż z kuchen­nej szu­flady?

Kobieta aż pod­sko­czyła, gdy dzwo­nek roz­legł się ponow­nie. Się­gnęła po ołó­wek – był zatem­pe­ro­wany wystar­cza­jąco ostro, by w razie potrzeby posłu­żyć za broń – i ruszyła w stronę drzwi. Kilka lat temu poprzedni wła­ści­ciel budynku zain­sta­lo­wał prze­kom­bi­no­wany domo­fon: gdy ktoś naci­skał dzwo­nek, na małym ekra­nie przy drzwiach poja­wiał się obraz z kamery, który pozwa­lał Doro­thy spraw­dzić, kto się do niej dobija, a nawet z tą osobą poroz­ma­wiać, zanim ją wpu­ściła. Ustroj­stwo prze­ra­żało ją mimo wyja­śnień mon­tera, że połą­cze­nie wideo jest jed­no­kie­run­kowe i osoba z zewnątrz jej nie widzi. Teraz pochy­liła się tak, że jej nos pra­wie doty­kał ekranu, na któ­rym poja­wił się ziar­ni­sty, czarno-biały obraz kobiety ner­wowo obgry­za­ją­cej pazno­kieć w ocze­ki­wa­niu, aż ktoś się ode­zwie. Czego mogła chcieć?

Dzwo­nek zabrzmiał po raz trzeci, tym razem dłu­żej i natar­czy­wiej. Doro­thy odchrząk­nęła i naci­snęła przy­cisk z napi­sem „INTER­KOM”.

– Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? – Musiała krzy­czeć, aby roz­mów­czyni usły­szała jej głos, tonący w trze­cim akcie Zmierz­chu bogów, który wciąż huczał w tle.

– Przy­szłam w spra­wie pokoju.

Doro­thy zmarsz­czyła brwi.

– To z pew­no­ścią jakaś pomyłka. Gwa­ran­tuję, że nie ma tu żad­nego pokoju do wyna­ję­cia.

Przez inter­kom usły­szała cięż­kie wes­tchnie­nie.

– Już wyna­jęty? Trzeba było mi powie­dzieć, zro­bi­łam kawał drogi tylko po to.

Doro­thy ziry­to­wał bez­czelny ton głosu dziew­czyny.

– To teraz możesz wró­cić tam, skąd przy­je­cha­łaś. Razem ze swoim zło­mo­cho­dem.

Nawet na małym ekra­nie Doro­thy dostrze­gła błysk gniewu na twa­rzy dziew­czyny.

– Jest nie­pra­wi­dłowo zapar­ko­wany – dodała gwoli wyja­śnie­nia.

Dziew­czyna nawet nie obej­rzała się na auto.

– Nie­prawda.

– Prawda. Tylne koło stoi na kra­węż­niku, co sta­nowi naru­sze­nie arty­kułu dwie­ście czter­dzie­stego czwar­tego kodeksu dro­go­wego. Jeśli nie prze­par­ku­jesz, mogę być zmu­szona zadzwo­nić po straż miej­ską.

Dziew­czyna wydała z sie­bie dźwięk będący czymś pomię­dzy śmie­chem a prych­nię­ciem.

– Wow, zabawna jesteś, nie ma co. Może dobrze się stało, że się ski­chało.

Doro­thy nie miała poję­cia, co się ski­chało, lecz zanim zdą­żyła uło­żyć odpo­wied­nio zja­dliwą ripo­stę, dziew­czyna odwró­ciła się i zeszła po scho­dach bez słowa podzię­ko­wa­nia ani poże­gna­nia.

Cof­nęła się od drzwi z uczu­ciem triumfu. Nie wąt­piła, że dziew­czyna zamie­rzała zadzwo­nić do miesz­ka­nia numer jeden, któ­rego okropny loka­tor miał zwy­czaj nie­le­gal­nego pod­naj­mo­wa­nia dru­giego pokoju. Doro­thy trzy­krot­nie dono­siła na niego wła­ści­cie­lowi budynku, lecz jak dotąd nie przy­nio­sło to żad­nych oczy­wi­stych efek­tów. Mimo to odczu­wała pewną satys­fak­cję z uda­rem­nie­nia tej kon­kret­nej próby. Ow­szem, stan­dardy w Shel­ley House obni­żały się od lat, lecz będzie spo­koj­niej­sza na duszy, wie­dząc, że ta bez­czelna młoda awan­tur­nica nie zamieszka po dru­giej stro­nie kory­ta­rza.

Doro­thy zer­k­nęła na leżący na stole dzien­nik. Pomy­ślała, że powinna odno­to­wać to zda­rze­nie od razu, póki ma je świeżo w pamięci.

10.17. Różo­wo­włosa imper­ty­nentka przez pomyłkę zadzwo­niła do moich drzwi z pyta­niem o pokój. Pouczy­łam ją w kwe­stii kodeksu dro­go­wego i odpra­wi­łam z kwit­kiem.

To jed­nak mogło pocze­kać. Bar­dziej palą­cym pro­ble­mem był w tej chwili pozo­sta­wiony samemu sobie imbryk z her­batą, która wyma­gała reani­ma­cji. Doro­thy wró­ciła do kuchni pośród wznio­słych wagne­row­skich dźwię­ków odpro­wa­dza­ją­cych Brun­hildę ku ogni­stej śmierci.

Rozdział drugi. Kat

Roz­dział drugi

Kat

Kat otwo­rzyła bagaż­nik samo­chodu, wrzu­ciła do środka ple­cak i zatrza­snęła klapę. Co za strata czasu. Prze­cież jesz­cze wczo­raj wie­czo­rem wysłała ese­mesa, aby się upew­nić, że pokój na­dal jest dostępny, i dostała potwier­dze­nie. W rezul­ta­cie stra­ciła cały ranek, jadąc tutaj, zamiast szu­kać lokum i pracy gdzie indziej. Kat od początku miała obawy zwią­zane z przy­jaz­dem do Chal­cot; może to znak, że nie powinna była tu wra­cać po latach? Szarp­nęła drzwi od strony kie­rowcy i skrzy­wiła się, gdy zawiasy jęk­nęły w pro­te­ście.

– Wybacz, Marge – mruk­nęła, pokle­pu­jąc karo­se­rię. Nie chciała, żeby na domiar złego zawiódł ją tego dnia także samo­chód.

Naj­de­li­kat­niej, jak umiała, usia­dła na fotelu kie­rowcy, lecz gdy już miała zamy­kać drzwi, usły­szała, jak ktoś woła ją po imie­niu. Spoj­rzała w stronę budynku i w drzwiach wej­ścio­wych ujrzała siwo­wło­sego męż­czy­znę, który machał w jej stronę.

– Halo! To ty jesteś Kat?

Kiw­nęła głową, lecz nie ruszyła się z miej­sca.

– Nie mów mi, że już się roz­my­śli­łaś… – Męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej krzywo.

Czy to był jakiś żart? Kat znowu zaczęła zamy­kać drzwi.

– Wiem, że z zewnątrz to miej­sce robi nie­szcze­gólne wra­że­nie, ale pokój jest śliczny – zawo­łał. – Zanim zre­zy­gnu­jesz, powin­naś cho­ciaż wejść i go obej­rzeć.

Wciąż się uśmie­chał, tym razem z nadzieją. Kat otwo­rzyła drzwi i na wypa­dek gdyby miał pro­blem ze zro­zu­mie­niem jej, ode­zwała się gło­śno i powoli:

– Twoja żona powie­działa mi, że pokój jest już zajęty.

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi.

– Moja żona?

– Tak. Oznaj­miła, że wię­cej miejsc nie ma.

Na moment go zatkało i Kat poczuła przy­pływ współ­czu­cia. Bie­dak musiał być naprawdę pogu­biony, skoro nie pamię­tał wła­snej mał­żonki. Ale po chwili uśmiech­nął się sze­roko i zmru­żył oczy.

– Och, kochana, myślę, że naci­snę­łaś nie ten przy­cisk, co trzeba! Nie martw się, nie tobie pierw­szej się to zda­rzyło.

Tym razem to Kat zmarsz­czyła brwi.

– Czyli pokój na­dal jest dostępny?

– Ależ oczy­wi­ście. Chodź, pokażę ci go.

Cof­nął się o krok i zapra­sza­ją­cym gestem sze­rzej otwo­rzył drzwi, lecz Kat została w samo­cho­dzie. Czy naprawdę chciała tu zamiesz­kać? Wciąż żywo pamię­tała ten budy­nek z dzie­ciń­stwa. Za każ­dym razem, gdy miesz­kała u dziadka, mijała Shel­ley House w dro­dze z jego farmy na obrze­żach Chal­cot do szkoły pod­sta­wo­wej. Wtedy dzie­ciaki szep­tały mię­dzy sobą, że w tej prze­ra­ża­ją­cej sta­rej rude­rze mieszka zła cza­row­nica, która zamyka dzieci na stry­chu, więc ile­kroć Kat tędy prze­cho­dziła, przy­spie­szała kroku, na wypa­dek gdyby ta jędza zacza­iła się także na nią.

Teraz zlu­stro­wała dom wzro­kiem. Kat nie bała się już cza­row­nic gustu­ją­cych w zja­da­niu dzieci, lecz Shel­ley House na­dal ota­czała upiorna aura. Ceglana ele­wa­cja wybla­kła i kru­szyła się, a ramy okienne były złusz­czone i wypa­czone jak w hor­ro­rze. Na dachu bra­ko­wało kilku frag­men­tów kamien­nej balu­strady, a cała kon­struk­cja zda­wała się zło­wiesz­czo prze­chy­lać na bok. Jeśli tak to wyglą­dało z zewnątrz, Bóg jeden wie­dział, w jakim sta­nie musiały być wnę­trza. Nic dziw­nego, że czynsz był tak niski; Kat nie wyobra­żała sobie, żeby kto­kol­wiek zde­cy­do­wał się tu zamiesz­kać z wła­snej woli.

Męż­czy­zna wciąż stał w progu i uważ­nie się jej przy­glą­dał. Nad jego głową wid­niała wyryta w kamie­niu nazwa budynku. Od czasu, gdy była tu po raz ostatni, jakiś wan­dal doko­nał dzieła znisz­cze­nia i zamiast „SHEL­LEY HOUSE” teraz napis gło­sił „HELL HOUSE”. Widząc to, Kat nie mogła się powstrzy­mać od par­sk­nię­cia śmie­chem, a męż­czy­zna uśmiech­nął się sze­roko w odpo­wie­dzi.

– Chodź, zapra­szam! Wła­śnie nasta­wi­łem czaj­nik.

A niech to. Skoro prze­je­chała taki kawał, to może cho­ciaż zer­k­nąć na miej­sce, któ­rego tak się oba­wiała w dzie­ciń­stwie. Wysia­dła z Marge i tym razem zamknęła auto deli­kat­nie.

Gdy dotarła do szczytu scho­dów, męż­czy­zna wycią­gnął rękę.

– Joseph Cham­bers. Miło mi cię poznać.

– Kat Ben­nett – odparła, nie wyj­mu­jąc dłoni z kie­szeni.

Weszła do środka, a drzwi zatrza­snęły się za nimi z głu­chym łosko­tem. Nie docie­rało tu natu­ralne świa­tło i zaadap­to­wa­nie się do mroku zajęło oczom Kat dłuż­szą chwilę. Gdy już się im to udało, stwier­dziła, że znaj­duje się w niczym nie­wy­róż­nia­ją­cym się kory­ta­rzu. Czarno-białe kafelki pod­ło­gowe świad­czyły o daw­nych latach świet­no­ści budynku, teraz jed­nak prze­strzeń w dużej mie­rze sta­no­wiła skła­do­wi­sko zbęd­nego dobytku. Na półce pię­trzyły się stosy nie­otwar­tej kore­spon­den­cji, a gdzieś z głębi gma­chu dobie­gały dźwięki muzyki drum and bass, lecz Kat nie dostrze­gała żad­nych innych oznak życia. Po dwóch stro­nach kory­ta­rza znaj­do­wało się dwoje nie­ozna­czo­nych drzwi i Kat spoj­rzała naj­pierw na jedne z nich, a potem na dru­gie.

– Miesz­kam pod jedynką, tutaj – oznaj­mił Joseph, wska­zu­jąc drzwi po lewej stro­nie. – Wła­ści­cielką miesz­ka­nia numer dwa jest Doro­thy Dar­ling. Jak sądzę, mia­łaś już przy­jem­ność zamie­nić z nią kilka słów.

Ponie­waż Kat nie miała nic kul­tu­ral­nego do powie­dze­nia na temat star­szej pani, która nakrzy­czała na nią przez domo­fon, zamiast odpo­wie­dzi wybrała mil­cze­nie. Joseph zachi­cho­tał.

– Tak myśla­łem. Nie przej­muj się, Doro­thy jest eks­cen­tryczką, ale z tych, co raczej war­czą, niż gryzą. A jeśli już o tym mowa… – Zro­bił krok w stronę drzwi po lewej stro­nie. Gdy zna­lazł się przed nimi, z wnę­trza dobie­gła ich kano­nada szczek­nięć. – Mam nadzieję, że nie masz aler­gii na psy.

– Nie mam.

– To dobrze. – Kiedy tylko otwo­rzył drzwi, ze środka w mgnie­niu oka wysko­czył brą­zowo-biały jack rus­sell ter­rier, kil­ka­krot­nie okrą­żył Jose­pha i gwał­tow­nie wyha­mo­wał u stóp Kat. Jego szczek­nię­cia osią­gnęły nowe cre­scendo, gdy zaczął ska­kać jej na nogę. – To Reg­gie. – Joseph musiał prze­krzy­czeć hała­śli­wego zwie­rzaka. – Zaraz się uspo­koi. Zawsze się tak eks­cy­tuje, gdy poznaje kogoś nowego.

Kat pochy­liła się i wycią­gnęła rękę do psiaka. Obniu­chał ją gor­li­wie i Kat poczuła na skó­rze jego mokry nos. Pogła­skała go po łebku i nagle w prze­bły­sku wspo­mnień ujrzała w myślach innego psa, z sier­ścią krótką i szorstką jak u Reg­giego, prze­siąk­niętą cyga­ro­wym dymem – koją­cym dla niej zapa­chem, który zawsze mu towa­rzy­szył. Reg­gie prze­stał szcze­kać, gdy Kat podra­pała go mię­dzy uszami.

– Polu­bił cię! – zawo­łał Joseph i rado­śnie kla­snął. – To zna­ko­mity omen. Za moim poprzed­nim loka­to­rem, deli­kat­nie mówiąc, nie prze­pa­dał. Sikał mu za szafą, ale nie sądzę, żeby tobie robił podobne przy­kro­ści. Chodź, Reg­gie, opro­wa­dzimy Kat po wło­ściach!

Na dźwięk swo­jego imie­nia pies wbiegł z powro­tem do miesz­ka­nia. Idąc w stronę drzwi, Kat prze­łknęła ślinę, jakby przy­go­to­wy­wała się na to, co ją czeka, lecz gdy weszła do środka, zaparło jej dech w pier­siach. Pokój, w któ­rym się zna­la­zła, był wielki; sufit znaj­do­wał się wysoko nad jej głową, a pod sto­pami miała pole­ro­waną drew­nianą pod­łogę. Ściany nie­wąt­pli­wie doma­gały się odświe­że­nia, do tego w pomiesz­cze­niu lekko zala­ty­wało stę­chli­zną, lecz przez duże okno wyku­szowe wpa­dało mnó­stwo świa­tła, a znaczną część prze­ciw­le­głej ściany zaj­mo­wał naj­więk­szy komi­nek, jaki Kat w życiu widziała. Za żadne skarby nie domy­śli­łaby się rów­nie świet­nego wnę­trza. Poczuła się tak, jakby weszła na plan dra­matu kostiu­mo­wego z minio­nej epoki, tylko że meble były z Ikei, a w kącie stał tele­wi­zor z pła­skim ekra­nem.

– Robi wra­że­nie, co? – zapy­tał Joseph.

– Rewe­la­cja.

– Kie­dyś miesz­kał tu bogaty wik­to­riań­ski prze­my­sło­wiec. Tak naprawdę przy tej ulicy było sporo takich rezy­den­cji; wszyst­kie zostały nazwane na cześć słyn­nych angiel­skich poetów: Byrona, Word­swor­tha, Keatsa i tak dalej, stąd nazwa Poet’s Road. Połowa tych willi została zbom­bar­do­wana pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej, a pozo­stałe wybu­rzono i zastą­piono mniej­szymi, bar­dziej prag­ma­tycz­nymi domami. Shel­ley House dziw­nym tra­fem prze­trwał, tylko w latach sześć­dzie­sią­tych podzie­lono go na mniej­sze miesz­ka­nia.

Kat chło­nęła wszyst­kie infor­ma­cje bez słowa. Jej dzia­dek miesz­kał w tej oko­licy przez całe życie, co ozna­czało, że musiał oglą­dać Poet’s Road za cza­sów, gdy jesz­cze stało przy niej wię­cej takich rezy­den­cji. Może nawet był w Shel­ley House? Na tę myśl Kat ści­snęło się serce.

– Jeśli nawet dziś uwa­żasz, że to miej­sce może impo­no­wać, żałuj, że nie widzia­łaś go trzy­dzie­ści jeden lat temu, kiedy się tu wpro­wa­dzi­łem – cią­gnął Joseph. – To był jeden z naj­wspa­nial­szych budyn­ków w tej oko­licy, w dodatku utrzy­many w nie­na­gan­nym sta­nie. Nie­stety, różni kolejni wła­ści­ciele zanie­dby­wali go potem przez dłu­gie lata, dla­tego teraz wygląda tak. – Wska­zał gestem plamę wil­goci na ścia­nie, z któ­rej odpa­dała farba. – Ale w porządku, koniec tej lek­cji histo­rii. Opro­wa­dzę cię.

Joseph ruszył w stronę dwojga drzwi po dru­giej stro­nie pokoju, a Reg­gie ocho­czo podą­żył za nim, choć łapy śli­zgały mu się po pod­ło­dze.

– Tu jest kuch­nia – oznaj­mił Joseph, otwie­ra­jąc odle­glej­sze drzwi.

Zaglą­da­jąc do środka, Kat pytała w duchu samą sie­bie, czy zoba­czy coś w rodzaju wnę­trza z serialu Down­ton Abbey, lecz kuch­nia oka­zała się cia­sna i roz­cza­ro­wu­jąco zwy­czajna.

– Myślę, że kie­dyś był tu skła­dzik kuchenny – orzekł Joseph. – Żad­nych luk­su­sów, ale speł­nia swoją funk­cję. Czuj się jak u sie­bie w domu; znaj­dziesz tu wszyst­kie typowe garnki i patel­nie. W czynsz jest wli­czony wie­czorny posi­łek.

– Och, nie trzeba mi goto­wać – zaopo­no­wała szybko Kat. O tym nie było mowy w ogło­sze­niu, a nie miała ochoty na codzienne jedze­nie kola­cji z wła­ści­cie­lem, wyda­wało się jej to bowiem nie­zręczne. Już w mło­dym wieku nauczyła się, żeby nie nawią­zy­wać zbyt bli­skich kon­tak­tów z ludźmi, z któ­rymi się mieszka. Do końca życia zapa­mięta pozor­nie miłą sta­ruszkę, od któ­rej wyna­jęły z matką pokój, gdy Kat miała sześć albo sie­dem lat. Babina dawała jej cia­steczka, gdy Kat wra­cała ze szkoły, i pytała, jak jej minął dzień. Pew­nego popo­łu­dnia po powro­cie do domu Kat zastała cze­ka­ją­cych na nią pra­cow­ni­ków opieki spo­łecz­nej, któ­rzy zadali jej mnó­stwo trud­nych pytań. Razem z matką, która prze­kli­nała Kat za to, że „nie trzy­mała języka za zębami” przed wła­ści­cielką, umknęły stam­tąd wie­czo­rem tego samego dnia. Ni­gdy wię­cej nie popeł­niła podob­nego błędu.

– Zosta­wię jedze­nie w lodówce. Pod­grze­jesz sobie, kiedy będziesz miała ochotę – powie­dział Joseph, jakby czy­tał jej w myślach. – Szcze­rze mówiąc, zro­bi­ła­byś mi przy­sługę. Wiesz, wciąż nie przy­wy­kłem do goto­wa­nia tylko dla sie­bie. Minęły już trzy lata, a mimo to…

Urwał i przez straszną chwilę Kat myślała, że męż­czy­zna zaraz się roz­pła­cze, lecz tylko mru­gnął, a kiedy uniósł wzrok, znów się uśmie­chał.

– Mię­dzy innymi dla­tego pod­naj­muję część miesz­ka­nia. Poza tym dzięki temu łatwiej jest mi, eme­ry­towi, opła­cać czynsz. Idziemy dalej?

Wska­zał jej dru­gie drzwi, pro­wa­dzące do małego kory­ta­rza. Łazienka była skromna, urzą­dzona w kolo­rze awo­kado. Tapety tu i ówdzie odła­ziły, lecz wnę­trze wyglą­dało na wystar­cza­jąco czy­ste. Drzwi obok były zamknięte – domy­śliła się, że to sypial­nia Jose­pha – lecz dal­sze, ostat­nie, zachę­cały do wej­ścia.

– Nie jest duża, ale moim zda­niem przy­tulna – powie­dział Joseph, przy­sta­jąc w progu. – Kie­dyś to była sypial­nia naszej córki.

Pomiesz­cze­nie rze­czy­wi­ście było małe, lecz Kat z miej­sca je polu­biła. Było w nim poje­dyn­cze łóżko, szafa i sta­ro­modny fotel bujany, sto­jący obok nie­wiel­kiej biblio­teczki peł­nej pod­nisz­czo­nych tomów w mięk­kich opra­wach. Kat omio­tła wzro­kiem półki: Duma i uprze­dze­nie… Samot­nia… Moby Dick… Roz­ma­ite stare książki, któ­rych nie prze­czy­tała i nie zamie­rzała tego robić. Odwró­ciła się w stronę drzwi i z ulgą odno­to­wała, że zamon­to­wano w nich wewnętrzny zamek. Joseph wyda­wał się zupeł­nie nie­groźny, lecz ostroż­no­ści ni­gdy za wiele. Łóżko stało pod oknem i Kat pode­szła do niego, by wyj­rzeć na zewnątrz. Spo­dzie­wała się ogrodu albo przy­naj­mniej odro­biny zie­leni, lecz zoba­czyła beto­nowy par­king nale­żący do nowo­cze­snych apar­ta­men­tow­ców.

– Mie­li­śmy tu kie­dyś wspólny ogród, ale został sprze­dany przez jed­nego z poprzed­nich wła­ści­cieli, wiele lat temu – rzekł Joseph.

Kat rozej­rzała się po wnę­trzu. Było naprawdę małe, lecz nie sta­no­wiło to żad­nego pro­blemu. Cały jej doby­tek mie­ścił się w sta­rym ple­caku, który obec­nie tkwił w bagaż­niku samo­chodu, nie potrze­bo­wała więc osob­nego pomiesz­cze­nia na gar­de­robę. Joseph wyda­wał się cał­kiem miły; może odro­binę zbyt gada­tliwy, lecz jak sądziła, wkrótce uświa­domi sobie, że nie jest zbyt roz­mowna, i da jej spo­kój. Poważ­niej­sze pyta­nie doty­czyło samego powrotu do Chal­cot. W końcu nie bez powodu Kat przez pięt­na­ście lat trzy­mała się od tego miej­sca z dala i ten aku­rat powód nic a nic się nie zmie­nił. Co z tego, że przez kilka ostat­nich mie­sięcy coraz czę­ściej myślała o tej wio­sce i o dziadku, a wspo­mnie­nia swę­dziły ją jak uką­sze­nie komara, które upar­cie nie chciało się zagoić? Nie musiała przez to ryzy­ko­wać powrotu tutaj i naj­roz­sąd­niej byłoby odje­chać jak naj­da­lej stąd i ni­gdy nie wra­cać.

– Dobrze, więc jak ci się podoba? – zapy­tał Joseph, patrząc na nią uważ­nie. – Chcesz tu zamiesz­kać?

Kat wzięła głę­boki wdech. Skoro już tu była, mogła zostać na kilka tygo­dni. A dzięki sto­ją­cej na zewnątrz Marge była w sta­nie w każ­dej chwili stąd znik­nąć, gdyby zaszła taka potrzeba.

– Tak, dzię­kuję – odparła i umil­kła na chwilę, gdy nagle coś przy­szło jej do głowy. – Nie potrze­bu­jesz jakichś infor­ma­cji na mój temat albo refe­ren­cji?

– Po co mi refe­ren­cje?

– Kur­czę, nie wiem, ale… mogła­bym być psy­cho­patką mor­du­jącą ludzi sie­kierą albo kimś w tym rodzaju.

Joseph par­sk­nął śmie­chem.

– Nie wyglą­dasz mi na kogoś, kto cia­cha ludzi sie­kie­rami. Jeśli już, powie­dział­bym raczej, że jesteś typem tru­ci­cielki.

Kat nie mogła powstrzy­mać się od śmie­chu; ten facet był równo stuk­nięty. Ale podo­bało się jej, że nie potrze­buje refe­ren­cji. Im mniej o niej wie­dział, tym lepiej, i to samo doty­czyło kogo­kol­wiek innego w tej oko­licy.

– W takim razie zapra­szam – rzekł Joseph, idąc w stronę drzwi. – Zabierz swoje rze­czy, a ja zro­bię nam kawę.

Rozdział trzeci. Dorothy

Roz­dział trzeci

Doro­thy

Codzien­nie, krótko po przed­po­łu­dnio­wej her­ba­cie, Doro­thy wkła­dała szla­frok, się­gała po torebkę leżącą na sto­liku przy drzwiach wej­ścio­wych i prze­pro­wa­dzała inspek­cję Shel­ley House.

Doświad­cze­nia zebrane na prze­strzeni lat nauczyły ją, że godzina jede­na­sta jest na tę misję ide­al­nym momen­tem, ponie­waż więk­szo­ści sąsia­dów nie ma wtedy w domu. Nie cho­dziło o to, że Doro­thy zamie­rzała się jakoś kryć ze swo­imi dzia­ła­niami; wszak nie miała się czego wsty­dzić. Po pro­stu wolała ogra­ni­czyć do mini­mum wszel­kie zbędne inte­rak­cje z pozo­sta­łymi miesz­kań­cami, któ­rzy mogliby jej prze­szka­dzać.

Zaczęła jak zwy­kle od holu. Kiedy wpro­wa­dziła się do Shel­ley House, hol był jed­nym z naj­więk­szych atu­tów rezy­den­cji. Ściany poma­lo­wano na inten­sywny bur­gun­dowy kolor, z sufitu zwi­sał szklany żyran­dol, a kafle pod­ło­gowe lśniły tak, że można było bez obaw zjeść z nich śnia­da­nie. Teraz sprawa wyglą­dała zgoła ina­czej. Doro­thy prze­mie­rzała ciemną, zatę­chłą prze­strzeń, zaci­ska­jąc usta z nie­sma­kiem. Obok porzu­co­nych tu dawno kla­mo­tów – worka z dam­skimi butami i zepsu­tego odku­rza­cza – zauwa­żyła nowego nie­pro­szo­nego gościa: rower oparty o ścianę dokład­nie pod kartką z napi­sem „NIE ZOSTA­WIAĆ RZE­CZY OSO­BI­STYCH W CZĘ­ŚCIACH WSPÓL­NYCH NIE­RU­CHO­MO­ŚCI”. Kartkę tę Doro­thy powie­siła kilka lat wcze­śniej, lecz jej słowa nie zro­biły na nikim wra­że­nia. Szturch­nęła rower stopą. Usta­wiony tak bli­sko scho­dów, sta­no­wił zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa. A co, jeśli ktoś będzie musiał pil­nie zbiec z pię­tra i potknie się o koło? Wycią­gnęła z torebki dzien­nik i spo­rzą­dziła kolejną notatkę.

11.17. Napi­sać do Ale­xan­der Pro­per­ties w spra­wie nie­do­zwo­lo­nego skła­do­wa­nia przed­mio­tów w holu. Przy­po­mnieć o ośmiu dzie­wię­ciu poprzed­nich pismach na ten temat.

Doro­thy przy­spie­szyła inspek­cję, mija­jąc drzwi miesz­ka­nia numer jeden, zaj­mo­wa­nego przez Jose­pha Cham­bersa, jego kun­dla oraz – mimo wszel­kich sta­rań Doro­thy – różo­wo­włosą dziew­czynę. Przez ostat­nie dwa­na­ście dni Doro­thy śle­dziła poczy­na­nia tej pan­nicy ze szcze­gólną uwagą, lecz jak dotąd udało się jej usta­lić jedy­nie tyle, że upar­cie ubiera się jak włó­częga i naj­wy­raź­niej nie ma żad­nych przy­ja­ciół ani rodziny. Nie­szcze­gól­nie ją to zasko­czyło, gdyż Joseph kolek­cjo­no­wał bez­domne i zabłą­kane istoty, tak jak inni kolek­cjo­no­wali por­ce­la­nowe figurki Royal Doul­ton.

Po obcho­dzie holu Doro­thy zaczęła wdra­py­wać się na pierw­sze pię­tro, czu­jąc każde ze swych sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu lat w skrzyp­nię­ciach kolan powta­rza­ją­cych się krok po kroku. Do nie­dawna ta wspi­naczka była praw­dziwą ucztą dla nosa. Rodzina Sid­di­qów, skła­da­jąca się z Omara, jego żony Fatimy oraz córki Ayeshy, zaj­mo­wała miesz­ka­nie numer trzy od sied­miu lat. Jedna z tych osób (Doro­thy wywnio­sko­wała po pew­nym cza­sie, że pani Sid­diq) bez­sprzecz­nie zna­ko­mi­cie goto­wała, gdyż pod­czas codzien­nej inspek­cji Doro­thy witały pod trójką nie­biań­skie aro­maty. Potem, pew­nego popo­łu­dnia jakieś sześć mie­sięcy temu, zoba­czyła panią Sid­diq opusz­cza­jącą Shel­ley House, wspartą na ramie­niu męża, i zapa­chy nagle ustały. Kilka tygo­dni póź­niej Doro­thy ujrzała pod­jeż­dża­jący pod budy­nek kara­wan, a za nim ciemną limu­zynę. Omar i Ayesha w mil­cze­niu zajęli miej­sca na tyl­nym sie­dze­niu samo­chodu. Na widok odjeż­dża­ją­cych aut Doro­thy – ku wła­snemu zasko­cze­niu – poczuła napły­wa­jące do oczu łzy i potrze­bo­wała dodat­ko­wego imbryka her­baty oraz trzech cia­ste­czek gari­baldi, nim jako tako odzy­skała grunt pod nogami. Od tam­tej pory na pię­trze Shel­ley House uno­sił się jedy­nie smród stę­chli­zny, a ostat­nio także ciężki, nie­da­jący się pomy­lić z żad­nym innym zapach mari­hu­any, który wydo­by­wał się spod drzwi miesz­ka­nia numer cztery.

Doro­thy zatrzy­mała się teraz przed tym miesz­ka­niem, wycią­gnęła z torebki spray z odświe­ża­czem powie­trza i obfi­cie spry­skała nim oko­lice wej­ścia. Z wnę­trza dobie­gał ją ciężki puls tej okrop­nej muzyki, którą miesz­ka­niec czwórki upo­rczy­wie pusz­czał przez okrą­głą dobę, sie­dem dni w tygo­dniu. Doro­thy wie­działa jed­nak, że puka­nie i pro­sze­nie o ści­sze­nie dźwięku nie ma naj­mniej­szego sensu, naj­now­szy loka­tor Shel­ley House oka­zał się bowiem osob­ni­kiem nie­prze­jed­na­nym, zadzior­nym i wręcz nie­grzecz­nym, igno­ru­jąc wszyst­kie napo­mnie­nia Doro­thy, aby był bar­dziej wyro­zu­miały dla sąsia­dów. Miesz­kał tu zale­d­wie od kilku tygo­dni, a oboje mieli już za sobą kilka kon­flik­tów. Chwy­tała się jedy­nie tej nadziei, że loka­torzy tak źli jak on rzadko wytrzy­my­wali tu długo; wła­ści­ciel powi­nien wkrótce go eks­mi­to­wać.

Po skru­pu­lat­nym nasą­cze­niu naj­bliż­szego oto­cze­nia zapa­chem wani­lii Doro­thy pod­jęła marsz w górę, na ostat­nie pię­tro. Wcho­dząc, zatrzy­my­wała się na każ­dym stop­niu i spraw­dzała, czy wytarty dywan nie polu­zo­wał się w nocy, stwa­rza­łoby to bowiem ryzyko potknię­cia. Rodzinna legenda gło­siła, że jej pra­pra­bab­cia Phyl­lida zaha­czyła stopą o brzeg per­skiego dywanu, co zakoń­czyło się śmier­tel­nym w skut­kach upad­kiem, Doro­thy dosko­nale wie­działa zatem, jak ważna jest skru­pu­latna kon­trola stanu dywa­nów. Dla­tego uważne spraw­dze­nie każ­dego z dwu­dzie­stu stopni oraz dywanu na ostat­nim pół­pię­trze zajęło jej kilka minut, a zara­zem dało czas na przy­słu­chi­wa­nie się dość oży­wio­nej roz­mo­wie toczą­cej się za drzwiami miesz­ka­nia numer sześć.

Ow­szem, Doro­thy szczy­ciła się tym, że nie jest wścib­ska. To rze­kł­szy jed­nak, jako naj­dłuż­sza sta­żem loka­torka budynku, czuła się w obo­wiązku mieć oko na pozo­sta­łych miesz­kań­ców, aby zapew­nić im bez­pie­czeń­stwo pod­czas pobytu w Shel­ley House. Było to szcze­gól­nie istotne w przy­padku Glo­rii Brown, która miesz­kała pod szóstką. Glo­ria wpro­wa­dziła się tu jakieś dzie­sięć lat wcze­śniej ze swoim ówcze­snym chło­pa­kiem, krę­pym Jamaj­czy­kiem o błysz­czą­cych oczach. Nie­stety, wytrzy­mał nie­cały rok, a po nim przez miesz­ka­nie prze­to­czył się istny koro­wód łobu­zów, dege­ne­ra­tów i ban­dy­tów. Bo jeśli Glo­ria Brown miała jakiś szcze­gólny talent – poza tym, że wyglą­dała zabój­czo w lycrze – była nim smy­kałka do znaj­do­wa­nia sobie fatal­nych part­ne­rów. Naj­now­szy kan­dy­dat, odziany w skórę pro­stak z wiecz­nie otwartą gębą, był na tape­cie od sied­miu mie­sięcy i do tej pory para zda­wała się roz­ko­szo­wać fazą wza­jem­nego zauro­cze­nia. Doro­thy wie­działa jed­nakże – było to bowiem tak pewne jak poranny wschód słońca – że chi­choty i zupeł­nie zbędne publiczne mig­da­le­nie się wkrótce prze­ro­dzą się we wza­jemne urazy i wro­gość. A sądząc po odgło­sach dobie­ga­ją­cych teraz z miesz­ka­nia numer sześć, chwila ta wyda­wała się bli­ska.

– Jesteś pier­dol­nięta!

Doro­thy usły­szała zza drzwi dono­śny głos męż­czy­zny i skrzy­wiła się na dźwięk jakże zby­tecz­nego wul­ga­ry­zmu.

– Myśla­łem, że będziesz jakaś inna, ale gdzie tam, taka sama jak reszta… para­no­iczka i zazdro­śnica!

– Para­no­iczka?!

To ostat­nie, piskli­wie wykrzy­czane słowo nale­żało do Glo­rii. Doro­thy stała wpraw­dzie tuż przy drzwiach, lecz doprawdy trudno było to nazwać pod­słu­chi­wa­niem, skoro roz­ma­wiali tak gło­śno. Pode­szła do drzwi ewa­ku­acyj­nych i naci­snęła klamkę, aby się upew­nić, że są dobrze zabez­pie­czone. Odkąd nie­jaki F. Ale­xan­der rok temu prze­jął ten budy­nek na wła­sność, Doro­thy pisała do niego co tydzień z żąda­niem defi­ni­tyw­nego zamknię­cia dostępu na dach. Tak samo jak pisała do wszyst­kich poprzed­nich wła­ści­cieli, lecz bez­sku­tecz­nie. Spo­rzą­dziła też notatkę.

– Niby o jaką para­noję ci cho­dzi, Barry? – Głos Glo­rii się­gnął w reje­stry mez­zo­so­pranu. – Wyja­śnij mi, gdzie widzisz moją para­noję, skoro zna­la­złam w two­jej kie­szeni cudze dam­skie majtki.

– Powie­dzia­łem ci, że nie mam poję­cia, skąd się tam wzięły; pew­nie któ­ryś z kum­pli chciał mi wyciąć numer.

Doro­thy prych­nęła. Ta wymówka była niczym kawał z długą brodą. Facet ewi­dent­nie nie miał wyobraźni.

– Nie cho­dzi tylko o majtki. Gdzie byłeś wczo­raj w nocy? Wró­ci­łeś do domu dopiero po czwar­tej rano.

Czyli to on był odpo­wie­dzialny za trza­śnię­cie drzwiami wej­ścio­wymi o czwar­tej czter­na­ście, które wyrwało Doro­thy ze snu. W dzien­niku poja­wiła się kolejna notatka.

– Mam tego dość, Glo­ria. Dość tych bzdur!

W miesz­ka­niu nagle coś gło­śno gruch­nęło i Doro­thy zamarła. Czy powinna inter­we­nio­wać? Raz już tak zro­biła, kilka lat temu, gdy póź­nym wie­czo­rem wyrwał ją z zamy­śle­nia krzyk Glo­rii. Ubrana w koszulę nocną i uzbro­jona w nóż kuchenny, Doro­thy weszła po scho­dach i zagro­ziła, że wezwie poli­cję, jeśli Glo­ria natych­miast nie otwo­rzy drzwi. Kobieta po chwili sta­nęła w progu i bez­na­mięt­nie stwier­dziła, że nic jej nie grozi. Ale co, jeśli tym razem cho­dzi o coś poważ­niej­szego? Jeśli Glo­ria została skrzyw­dzona? W miesz­ka­niu zapa­dła zło­wiesz­cza cisza i Doro­thy przy­warła uchem do drzwi, nasłu­chu­jąc odgło­sów sza­mo­ta­niny. Może powinna zadzwo­nić na poli­cję i zgło­sić…

Wtem, ku zasko­cze­niu Doro­thy, drzwi gwał­tow­nie się otwo­rzyły. Poczuła, że nie­bez­piecz­nie odchyla się od pionu, i wycią­gnęła rękę, aby nie upaść. Jej dłoń napo­tkała dużą, musku­larną klatkę pier­siową.

– Co ty, do dia­bła, robisz?

Doro­thy wypro­sto­wała się i poczuła, jak na jej policzki wpełza rumie­niec.

– Ja tylko…

– Znowu nas szpie­go­wa­łaś? – Z ust męż­czy­zny try­snęły kro­pelki śliny i tra­fiły Doro­thy w twarz.

– Oczy­wi­ście, że nie! Jak śmiesz insy­nu­ować coś takiego!

– To dla­czego opie­ra­łaś się o drzwi?

Powie­dział to niskim, groź­nym gło­sem i Doro­thy uświa­do­miła sobie, że jej samej może gro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Ja… spraw­dza­łam, czy wszy­scy dobrze zamknęli drzwi. Ostat­nio mamy tu w oko­licy plagę wła­mań.

– Co się dzieje, Barry?

Za męż­czy­zną poja­wiła się Glo­ria. Doro­thy zauwa­żyła, że wyglą­dała na całą i zdrową, choć miała worki pod oczami, a włosy bła­gały o szczotkę. Na widok Doro­thy jej twarz pociem­niała.

– Ta wścib­ska stara rasz­pla z dołu znowu tu węszy – oznaj­mił męż­czy­zna.

– Wcale nie węszy­łam! Glo­ria, chcia­łam po pro­stu spraw­dzić, czy nic ci…

Ale zanim Doro­thy zdą­żyła skoń­czyć zda­nie, kobieta odwró­ciła się i bez słowa weszła do swo­jego miesz­ka­nia.

– Odwal się i zostaw nas w spo­koju – wark­nął męż­czy­zna i zatrza­snął drzwi przed nosem Doro­thy.

Pospiesz­nie zeszła po scho­dach i dopiero w holu przy­sta­nęła, by zła­pać oddech, sta­ra­jąc się igno­ro­wać dotkliwe poczu­cie upo­ko­rze­nia. Wła­śnie dla­tego Doro­thy uni­kała kon­tak­tów z sąsia­dami – bandą nie­wdzięcz­nych, zło­wro­gich głup­ców. Ona pró­bo­wała zadbać o ich bez­pie­czeń­stwo i dobro­stan, a sły­szała jedy­nie obe­lgi i oszczer­cze oskar­że­nia. Się­gnęła do torebki i wyjęła z niej dzien­nik i ołó­wek.

11.32. Domowa awan­tura w miesz­ka­niu numer sześć. Pró­bo­wa­łam zaofe­ro­wać pomoc G.B., lecz zosta­łam zaata­ko­wana wer­bal­nie i zastra­szona przez męż­czy­znę w skó­rza­nej kurtce.

Przez moment roz­wa­żała powrót do sie­bie na ożyw­czy łyk her­baty, lecz się roz­my­śliła. Wypro­sto­wała ramiona i wci­snęła dzien­nik z powro­tem do torebki. Pozo­stało jej jesz­cze jedno, ostat­nie zada­nie. Zada­nie, które wyko­ny­wała każ­dego dnia przez ostat­nie trzy dekady. Zada­nie, od któ­rego nie mogła jej odwieść ani Glo­ria Brown, ani jej tro­glo­dyta.

Półka na listy.

Kore­spon­den­cja, która każ­dego ranka wpa­dała przez wrzut­nik w drzwiach Shel­ley House, była bez­ce­re­mo­nial­nie odkła­dana na półkę obok drzwi wej­ścio­wych do miesz­ka­nia Doro­thy i w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści każdy ją igno­ro­wał. Ozna­czało to, że stos listów, ulo­tek i dar­mo­wych gazet rósł niczym roz­wią­zła kró­li­cza rodzina pozo­sta­wiona samo­pas. Wiele lat temu Doro­thy wzięła na sie­bie obo­wią­zek utrzy­my­wa­nia porządku na półce na listy i trak­to­wała to zada­nie z nie­zwy­kłą powagą. Przy­stą­piła do prze­trzą­sa­nia pię­trzą­cej się sterty, kła­dąc praw­dziwą kore­spon­den­cję na jed­nej (małej) kupce, a wszystko inne na dru­giej (znacz­nie więk­szej), na któ­rej lądo­wały wszel­kie śmieci. Były tam dwa… nie, trzy wezwa­nia do zapłaty dla Omara spod trójki. Doro­thy wie­działa, że zabie­rze je póź­niej i schowa do teczki, zanim córka wróci ze szkoły. Była tam rów­nież prze­syłka z firmy Hair for Him dla Toma­sza Wój­cika z miesz­ka­nia numer pięć i jesz­cze jedna, dla Glo­rii Brown, ze zna­kiem fir­mo­wym Ann Sum­mers (Doro­thy popeł­niła kie­dyś błąd i spraw­dziła na kom­pu­te­rze w biblio­tece, co to za firma, i omal nie zemdlała z wra­że­nia). Jak zwy­kle nie było żad­nych listów ani dla Doro­thy, ani dla łobuza spod czwórki, który jak dotąd nie otrzy­mał jesz­cze żad­nej kore­spon­den­cji.

Miała wła­śnie wra­cać do sie­bie, gdy usły­szała brzęk klapki wrzut­nika. Odwró­ciła się w samą porę, by zoba­czyć kilka brą­zo­wych kopert spa­da­ją­cych na wycie­raczkę. Naj­wy­raź­niej listo­nosz zapo­mniał dorę­czyć je wcze­śniej. Cmok­nęła, prze­szła przez hol i schy­liła się, by je pod­nieść, igno­ru­jąc mimo­wolne jęk­nię­cie, które wyrwało się z jej ust. Kopert było sześć, a każda została zaadre­so­wana do jed­nego z miesz­kań­ców domu, nie miały jed­nak ani znacz­ków, ani pie­częci fir­mo­wych, co suge­ro­wało, że musiały zostać dorę­czone oso­bi­ście. Jakie to dziwne!

Doro­thy odło­żyła pięć kopert na półkę i wró­ciła do sie­bie, ści­ska­jąc szó­stą. Nóż do papieru trzy­mała w szu­fla­dzie stołu i nawet nie usia­dła, tylko od razu roz­cięła kopertę i wycią­gnęła z niej dwie zło­żone kartki. Druga wyglą­dała na jakiś for­mu­larz, przyj­rzała się więc naj­pierw pierw­szej, zawie­ra­ją­cej wydru­ko­wany tekst.

Doro­thy prze­czy­tała jego treść raz, a potem drugi, co wcale nie było takie pro­ste, gdyż drżały jej dło­nie. Gdy skoń­czyła, jej wzrok powę­dro­wał w stronę wyga­szo­nego kominka. Raźno poszła do kuchni i odszu­kała pudełko zapa­łek. Zapa­liła jedną – z powodu rze­czo­nego drże­nia wyma­gało to kilku prób – po czym wycią­gnęła rękę z kart­kami i dotknęła zapałką brzegu jed­nej z nich. Gdy papier zaczął pło­nąć, puściła kartki i odpro­wa­dzała je wzro­kiem, aż wpa­dły do zlewu. Pło­mień stra­wił je w nie­całe dzie­sięć sekund; słowa skrę­cały się i jarzyły, aż znik­nęły. Wtedy Doro­thy włą­czyła pal­nik, się­gnęła po imbryk i przy­rze­kła sobie, że ni­gdy wię­cej nie wróci myślami do listu.

Rozdział czwarty. Kat

Roz­dział czwarty

Kat

Nie­wiele było w życiu rze­czy, które budziły w Kat Ben­nett prze­ra­że­nie, lecz gdy zbli­żała się do High Street w Chal­cot, jej żołą­dek ści­snął się w cia­sny supeł. A jeśli wpad­nie na dziadka i roz­pęta się pie­kło? A jeśli ktoś ją roz­po­zna i donie­sie mu o jej obec­no­ści? Kat może i miała teraz dwa­dzie­ścia pięć lat i posłu­gi­wała się zmie­nio­nym nazwi­skiem, lecz zawsze ist­niało ryzyko, że ktoś sko­ja­rzy ją z chu­der­lawą, zadziorną dzie­się­cio­latką, która kie­dyś naro­biła tylu kło­po­tów. Wstrzy­mu­jąc oddech, minęła bar Gol­den Dra­gon i skrę­ciła w prawo, w główną ulicę. Adre­na­lina krą­żyła w jej żyłach, a stopy były gotowe w jed­nej chwili zawró­cić i puścić się sprin­tem w prze­ciw­nym kie­runku.

Przez ostat­nie pięt­na­ście lat Kat wie­lo­krot­nie wra­cała myślami do tej wio­ski, roz­dra­pu­jąc bole­sne wspo­mnie­nia niczym strup, lecz teraz, gdy już tu była, wszystko wyda­wało się jej jakieś inne niż we wspo­mnie­niach. Witryny były jak daw­niej ozdo­bione kolo­ro­wymi cho­rą­giew­kami i koszami kwia­tów; roz­po­znała starą biblio­tekę i pub Plo­ugh, w któ­rym zwykł pijać jej dzia­dek. Ale więk­szość skle­pów się zmie­niła, a każda rzecz zda­wała się jej dziw­nie mniej­sza i zwy­czaj­niej­sza, niż zacho­wała w pamięci z dzie­ciń­stwa. Twa­rze wyglą­dały obco i nikt nawet się za nią nie obej­rzał, gdy szła główną ulicą. Przez te wszyst­kie lata Kat bała się powrotu, jakby roz­wście­czony tłum miał ją porwać i zacią­gnąć na komi­sa­riat w chwili, gdy prze­kro­czy most, lecz w rze­czy­wi­sto­ści była tu tak samo ano­ni­mowa jak w każ­dym z wielu mia­ste­czek, w któ­rych pomiesz­ki­wała wcze­śniej.

Teraz, gdy już prze­zwy­cię­żyła strach przed roz­po­zna­niem, następ­nym prio­ry­te­tem Kat było zna­le­zie­nie pracy. Być może miała nie zagrzać tu miej­sca, lecz tak czy ina­czej musiała zaro­bić tro­chę gro­sza. Kilka następ­nych dni spę­dziła więc, jeż­dżąc Marge po oko­licy i pró­bu­jąc zna­leźć jakieś zaję­cie. Począt­kowo wyda­wało się, że szczę­ście nie będzie jej sprzy­jać; więk­szość lokal­nych biz­ne­sów miała pod dostat­kiem rąk do pracy, a tam, gdzie aku­rat były wakaty, wła­ści­cie­lom wystar­czyło jedno spoj­rze­nie na różowe włosy i tatu­aże, by ode­słać Kat z kwit­kiem. Kiedy była już bli­ska rezy­gna­cji i wyjazdu, prze­cho­dząc przy­pad­kiem obok Remi’s, taniej kawiarni na tyłach High Street w Win­ton, dostrze­gła przy­kle­jone w oknie ogło­sze­nie o pracę na zmy­waku. Wła­ści­ciel, rosły bro­daty męż­czy­zna, bur­kli­wie zadał jej kilka pytań i bez więk­szych cere­gieli zapro­po­no­wał pracę od zaraz. Była to paskudna, męcząca robota – cały dzień na nogach i z rękami po łok­cie w popłu­czy­nach – lecz dosta­wała gotówkę do ręki i nie zamie­rzała cią­gnąć tego długo.

Tak oto w dru­gim tygo­dniu pobytu w Chal­cot życie Kat usta­bi­li­zo­wało się i prze­mie­niło w spo­kojną, choć nudną rutynę. Pra­co­wała dzie­sięć godzin dzien­nie i wra­cała do Shel­ley House, gdy słońce zaczy­nało już zacho­dzić. Wtedy zaś Jose­pha na ogół nie było już w domu. Tak naprawdę Kat pra­wie nie widy­wała się z nim od dnia prze­pro­wadzki. Cza­sami mijali się rano, przed wyj­ściem Jose­pha na codzienny jog­ging z Reg­giem. Gdy Kat po raz pierw­szy zoba­czyła sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­latka roz­grze­wa­ją­cego się w krót­kich spoden­kach do bie­ga­nia i z opa­ską na czole, musiała stłu­mić śmiech. Joseph zda­wał się wyczu­wać, że Kat woli być sama, dla­tego główny kon­takt z gospo­da­rzem miała za pośred­nic­twem tale­rzy z jedze­niem, które zosta­wiał jej w lodówce; zawsze z odręczną notatką na wierz­chu, w któ­rej instru­ował ją, jak naj­le­piej pod­grzać posi­łek. Kat ni­gdy wcze­śniej nie miała nikogo, kto przy­go­to­wy­wałby jej domowe dania od pod­staw – wizja posił­ków jej matki ogra­ni­czała się do bochenka chleba i sło­ika z masłem orze­cho­wym, a cza­sami i tego bra­ko­wało – więc przez kilka pierw­szych dni Kat zosta­wiała jedze­nie nie­tknięte. Ale w końcu sma­ko­wi­cie wyglą­da­jąca zapie­kanka z kur­cza­kiem prze­mó­wiła jej do wyobraźni i od tam­tej pory każ­dego wie­czoru delek­to­wała się domo­wym obia­dem.

W pią­tek Kat mozol­nie czła­pała Poet’s Road, a całe jej ciało bolało ze zmę­cze­nia. Prze­pra­co­wała sie­dem dni z rzędu i jedyne, czego teraz pra­gnęła, to poło­żyć się spać. Wcho­dząc po stro­mych, obtłu­czo­nych scho­dach w stronę drzwi wej­ścio­wych do Shel­ley House, dostrze­gła jakiś ruch w oknie po pra­wej stro­nie. Odwró­ciła się, lecz za szybą ujrzała tylko grube firany. Mimo to wie­działa, że Doro­thy Dar­ling tkwi teraz za nimi i ją szpie­guje. Kat do dziś nie widziała jej oso­bi­ście ani z nią nie roz­ma­wiała, jeśli rzecz jasna nie liczyć pierw­szej, napię­tej wymiany zdań przez domo­fon w dniu, w któ­rym się wpro­wa­dziła. Czę­sto czuła jed­nak, że jest obser­wo­wana, gdy wcho­dzi do Shel­ley House albo wycho­dzi. Może Doro­thy rze­czy­wi­ście jest tą złą wiedźmą, o któ­rej opo­wia­dały dzieci w szkole, i teraz knuje, jak rzu­cić się na Kat i zamknąć ją na stry­chu? Kat uśmiech­nęła się do wła­snych myśli, otwo­rzyła drzwi wej­ściowe i skie­ro­wała się w stronę miesz­ka­nia numer jeden. Jesz­cze tylko kilka kro­ków i będzie mogła odgrzać obiad, a potem paść na łóżko. Ale gdy otwo­rzyła drzwi, jej oczom uka­zał się nie tylko Joseph, lecz także czworo nie­zna­jo­mych, któ­rzy patrzyli na nią z nie­skry­waną podejrz­li­wo­ścią.

– Ach, Kat, w samą porę! – powie­dział Joseph, wsta­jąc z krze­sła. – Wła­śnie mie­li­śmy zaczy­nać.

O nie, w co ona się wpa­ko­wała? Kat zlu­stro­wała wzro­kiem dziwną grupę sto­ją­cych przed nią indy­wi­duów. Tra­fiła na spo­tka­nie AA albo eks­cen­trycz­nej sekty sek­su­al­nej? Reg­gie pod­biegł do niej, z entu­zja­zmem mer­da­jąc krót­kim ogo­nem, a ona pochy­liła się, by go pogła­skać i przy oka­zji unik­nąć kon­taktu wzro­ko­wego z zebra­nymi w pomiesz­cze­niu ludźmi.

– Wybacz, że nie zdą­ży­łem cię ostrzec, lecz sprawa była naprawdę nagląca – dodał Joseph. – Mie­li­śmy w tym tygo­dniu kilka nie­po­ko­ją­cych wie­ści, więc zwo­ła­łem pilne spo­tka­nie miesz­kań­ców.

Ach, czyli to z pew­no­ścią sąsie­dzi. Kat nie spo­tkała jesz­cze żad­nego z loka­to­rów, choć cza­sami sły­szała przy­tłu­mione odgłosy ich życia: spusz­czaną pię­tro wyżej wodę w toa­le­cie, muzykę albo docho­dzące gdzieś z oddali kłót­nie.

– Pozwól­cie, że was wszyst­kich przed­sta­wię – rzekł Joseph, gdy Kat się wypro­sto­wała. Otwo­rzyła usta, by powie­dzieć, że musi coś zjeść, lecz Joseph nie dał jej dojść do słowa. – Zacznę od Glo­rii z miesz­ka­nia numer sześć.

Ski­nął w stronę drob­nej kobiety, która na oko mogła być przed czter­dziestką albo tuż po niej. Miała mie­dziane włosy oraz nie­ska­zi­telny maki­jaż i była ubrana w obci­słe złote leg­ginsy. Stu­kała w ekran tele­fonu dłu­gimi akry­lo­wymi paznok­ciami i bez więk­szego zapału rzu­ciła w stronę Kat lako­niczne: „Cześć”.

– A to Omar i Ayesha z miesz­ka­nia nad nami – kon­ty­nu­ował pre­zen­ta­cję Joseph, wska­zu­jąc na parę sie­dzącą na sofie naprze­ciwko niego. Kat domy­śliła się, że to ojciec i córka, choć sie­dzieli od sie­bie tak daleko, jak tylko pozwa­lała na to kanapa. Omar miał minę czło­wieka skraj­nie wyczer­pa­nego, Ayesha zaś wyglą­dała jak nasto­latka, która wola­łaby być gdzie­kol­wiek indziej, byle nie tutaj. Kat nie winiła jej za to.

– Miło mi cię poznać – powie­dział Omar, lekko kiwa­jąc głową na przy­wi­ta­nie.

– A na koniec Tomasz, mieszka pod piątką.

Męż­czy­zna, któ­rego przed­sta­wił Joseph, sie­dział w fotelu i był tak ogromny, że mebel zda­wał się ledwo wytrzy­my­wać jego cię­żar. Musiał mieć pra­wie dwa metry wzro­stu i mógł się poszczy­cić musku­lar­nymi ramio­nami wiel­ko­ści potęż­nych szy­nek oraz gładko ogo­loną głową.

– Kiedy zamie­rzamy zacząć? – zapy­tał z sil­nym pol­skim akcen­tem, nawet nie zada­jąc sobie trudu, by zwró­cić uwagę na Kat. – Nie zamie­rzam tu prze­sie­dzieć całego wie­czoru. Prin­cess musi wyjść na spa­cer.

Kiedy męż­czy­zna mówił, Reg­gie wark­nął cicho, a sierść na karku sta­nęła mu dęba.

– Chcia­łem pocze­kać, żeby zoba­czyć, czy ktoś jesz­cze do nas dołą­czy – odparł Joseph, a Kat wyczuła w jego gło­sie sta­now­czość, jakiej jesz­cze u niego nie sły­szała. Naj­wy­raź­niej darzył Toma­sza taką samą sym­pa­tią jak Reg­gie. – Kat, przy­su­niesz sobie krze­sło? Sprawa doty­czy także cie­bie.

– Jestem potwor­nie głodna i muszę iść coś prze­ką­sić.

– Och, szkoda…

Choć roz­cza­ro­wa­nie w gło­sie Jose­pha nie uszło jej uwa­dze, popę­dziła do kuchni. Zebra­nie miesz­kań­ców jawiło się jej jako idea z pie­kła rodem. Poza tym Kat ofi­cjal­nie nie była loka­torką, bo wynaj­mo­wała część miesz­ka­nia od Jose­pha i miesz­kała tu led­wie kilka tygo­dni, więc cokol­wiek się działo, nie miało z nią nic wspól­nego. Na kuchence zna­la­zła ron­del z kar­teczką samo­przy­lepną na pokrywce, na kar­teczce zaś wid­niał napis: „Pod­grze­waj mnie powoli przez 10 minut” i uśmiech­nięta buźka. Kiedy unio­sła pokrywkę, ude­rzył ją ape­tyczny zapach trawy cytry­no­wej i czosnku.

– Cóż, dobrze, myślę, że chyba powin­ni­śmy zacząć bez pozo­sta­łych dwojga. – Kat usły­szała z salonu naj­pierw Jose­pha, a potem coś, co zabrzmiało jak prych­nię­cie.

– Mówisz tak, jakby udzielna księżna Dar­ling miała zaszczy­cić nas swoją obec­no­ścią. – To musiała być Glo­ria, a jej głos ocie­kał sar­ka­zmem. – Wola­łaby, żeby ten dom spło­nął, niż usiąść z nami w jed­nym pokoju.

– To nie fair – odparł łagod­nie Joseph. – Doro­thy mieszka tu dłu­żej niż któ­re­kol­wiek z nas, więc wyobra­żam sobie, że musi to być dla niej bar­dzo nie­po­ko­jące.

– Daj spo­kój, Joe. Wiesz rów­nie dobrze jak ja, że dzień two­jej i mojej eks­mi­sji będzie dla niej powo­dem do świę­to­wa­nia.

Eks­mi­sja. Serce zamarło Kat w piersi. Stra­ciła rachubę, ile razy sły­szała to słowo. Znała je i bała się go, zanim nauczyła się alfa­betu. A dwa tygo­dnie zapo­wia­dało się na nowy rekord, nawet dla niej. Kat wzięła głę­boki wdech. „Nie cie­bie eks­mi­tują. To pro­blem Jose­pha, nie twój. Znaj­dziesz nowe miej­sce; zawsze znaj­du­jesz”.

– A ten nowy facet spod czwórki? Nie przyj­dzie? – Kat usły­szała pyta­nie Glo­rii.

– Puka­łem do niego i zosta­wi­łem mu liścik, ale bez odzewu – odparł Joseph.

– Nie jestem zdzi­wiony, ten czło­wiek to jakiś kosz­mar – orzekł Omar. – Gło­śna muzyka o każ­dej porze dnia i nocy, hała­śliwe imprezy, nar­ko­tyki. Jedyny plus tego całego zamie­sza­nia jest taki, że nie będę już musiał długo miesz­kać naprze­ciwko niego.

– Ale nawet bez niego i Doro­thy wciąż jest nas tu pię­cioro – stwier­dził Joseph. – Jestem prze­ko­nany, że uda nam się zna­leźć jakiś spo­sób, by zapo­biec tej bez­sen­sow­nej eks­mi­sji.

– Niby jak mie­li­by­śmy to zro­bić? – Dud­nią­cego głosu Toma­sza nie dało się pomy­lić z żad­nym innym. – Jeste­śmy tylko najem­cami, więc wła­ści­ciel może robić, co mu się żyw­nie podoba. Na mocy arty­kułu dwa­dzie­ścia jeden to wypo­wie­dze­nie ozna­cza, że musimy się wyno­sić.

Była to kolejna fraza, którą Kat sły­szała wię­cej razy, niż by chciała. Tomasz miał rację; arty­kuł 21 ozna­czał tę formę wypo­wie­dze­nia, która pozwala wła­ści­cie­lowi wyrzu­cić wszyst­kich loka­to­rów, nawet jeśli nic złego nie zro­bili. Miesz­kańcy tego domu mieli prze­chla­pane.

– Od środy, kiedy przy­szły te listy, zro­bi­łem roze­zna­nie i może wcale nie jest tak źle, jak się nam wydaje – powie­dział Joseph. – Zapo­zna­łem się z tą kwe­stią i możemy legal­nie pozo­stać w naszych domach po wyga­śnię­ciu umowy najmu pięt­na­stego lipca. A jeśli tak zro­bimy, wła­ści­ciel Ale­xan­der Pro­per­ties będzie musiał udać się do sądu i uzy­skać nakaz zaję­cia budynku, zanim zosta­niemy eks­mi­to­wani. Możemy oso­bi­ście uczest­ni­czyć w roz­pra­wie i przed­sta­wić argu­menty prze­ma­wia­jące za uchy­le­niem decy­zji o eks­mi­sji.

– Czyli możemy tu zostać dzięki decy­zji sędziego? – zapy­tała Glo­ria, a Kat usły­szała iskierkę nadziei w jej gło­sie.

– Oczy­wi­ście. Jeśli nie ustą­pimy i przed­sta­wimy wystar­cza­jąco mocne argu­menty, sąd może orzec na naszą korzyść.

– To świetna wia­do­mość! – powie­dział Omar.

Kat pokrę­ciła głową. Jeśli myśleli, że cokol­wiek w ten spo­sób ugrają, byli w głę­bo­kim błę­dzie. Czy powinna tam wejść i poin­for­mo­wać ich, że nie ma spo­sobu na zapo­bie­gnię­cie tej eks­mi­sji? To jed­nak ozna­cza­łoby zła­ma­nie naj­waż­niej­szej zasady, by nie spo­ufa­lać się z sąsia­dami. Nie, powinna trzy­mać się od tego z daleka; to prze­cież nie jej pro­blem. Z salonu dobie­gał ją pod­eks­cy­to­wany gwar, z któ­rego wyróż­niał się głos Jose­pha. Spoj­rzała na kar­teczkę samo­przy­lepną z uśmiech­niętą buźką i wes­tchnęła.

– Może­cie pró­bo­wać iść z tym do sądu, ale nie wygra­cie.

Gdy Kat weszła do salonu, pięć par oczu zwró­ciło się w jej stronę.

– Skąd ta pew­ność? – zain­te­re­so­wała się Glo­ria.

– Bo sędzia może uchy­lić eks­mi­sję na mocy arty­kułu dwa­dzie­ścia jeden tylko wtedy, gdy wła­ści­ciel popełni błąd w papie­rach, a zakła­dam, że wasz tego nie zro­bił. Jeśli posta­no­wi­cie się pro­ce­so­wać, sędzia i tak wyda nakaz zaję­cia, a wy będzie­cie musieli pokryć koszty postę­po­wa­nia oraz zapła­cić za wła­sne eks­mi­sje. A to będzie was kosz­to­wać for­tunę.

– Jesteś tego pewna, Kat? – zapy­tał Joseph. – Skąd wiesz?

Kat nie odpo­wie­działa. Nie zamie­rzała nikomu tłu­ma­czyć, ile razy miały z matką do czy­nie­nia z eks­mi­tu­ją­cymi ich komor­ni­kami; jak to jest – patrzeć, jak jej nie­liczne cenne dro­bia­zgi wyrzuca się na ulicę; jak wygląda dzie­ciń­stwo w cią­głym poczu­ciu zagro­że­nia bez­dom­no­ścią.

– Tak, jestem tego pewna – powie­działa tylko, po czym odwró­ciła się i czmych­nęła do kuchni.

Przez chwilę w salo­nie pano­wała cisza.

– Jeste­śmy zgu­bieni – oznaj­mił Omar, bez choćby cie­nia wcze­śniej­szego opty­mi­zmu w gło­sie.

– Nie­ko­niecz­nie, tato. – To musiała powie­dzieć Ayesha. – Wciąż uwa­żam, że warto zawal­czyć.

– Ale sły­sza­łaś, co powie­działa Kat, kocha­nie. Poza tym Fer­gus Ale­xan­der to pod­pora miej­sco­wej spo­łecz­no­ści. Na litość boską, ten czło­wiek jest wła­ści­cie­lem bodaj połowy oko­licz­nych nie­ru­cho­mo­ści, a nawet człon­kiem rady szkol­nej. Tutej­sze wła­dze ni­gdy nie staną po naszej stro­nie, jeśli wystą­pimy prze­ciwko niemu.

– Ayesha ma rację, powin­ni­śmy przy­naj­mniej spró­bo­wać – nale­gał Joseph. – Nawet jeśli rze­czy­wi­ście nie ma sensu wal­czyć o swoje przed sądem, są inne spo­soby, żeby zapro­te­sto­wać. A może spró­bu­jemy zwró­cić uwagę opi­nii publicz­nej na naszą sprawę albo nawet nagło­śnić pro­blem w lokal­nej pra­sie? Jeśli Fer­gus ceni swoją repu­ta­cję, może uda się nam wyko­rzy­stać pre­sję spo­łeczną, żeby zmu­sić go do wyco­fa­nia się?

– To nie zadziała – odparł szorstko Tomasz. – Tacy jak on mają gdzieś opi­nię publiczną, dla nich liczy się tylko forsa.

– Tylko że mnie nie stać na inne miesz­ka­nie w Chal­cot – stwier­dził Omar, a Kat wyczuła w jego sło­wach nie­po­kój. – Dopóki mie­li­śmy też pen­sję Fatimy, łatwiej było nam zwią­zać koniec z koń­cem, lecz teraz zosta­łem sam. Już ten lokal jest dość drogi… a widzia­łeś inne ceny wynajmu w oko­licy? – dodał.

– Powie­dzia­łam ci, tato, że znajdę jakąś pracę.

– Nie, Ayesha – odparł Omar ostro. – Roz­ma­wia­li­śmy o tym wcze­śniej i wiesz, że nie pozwolę, by coś odcią­gało cię od nauki.

– Ale mam pra­wie szes­na­ście lat i…

– Powie­dzia­łem nie!

Nasto­latka umil­kła i w salo­nie znów zapa­dła cisza. W ron­dlu z jedze­niem Kat zaczęło bul­go­tać, wyjęła więc talerz z szafki, ale tak ostroż­nie, by nie przy­po­mniał im brzęk­nię­ciem o jej obec­no­ści.

– Wczo­raj poszłam do urzędu – ode­zwała się w końcu Glo­ria. – Podobno na miesz­ka­nia komu­nalne jest dwu­let­nia lista ocze­ku­ją­cych. Dwa lata!

– Nie prze­pro­wa­dzasz się do tego two­jego chło­paka? – Tomasz nie tyle powie­dział, co wypluł ostat­nie słowo.

– Nie twoja sprawa, gdzie zamiesz­kam – wark­nęła Glo­ria. – Przy­naj­mniej kiedy się wypro­wa­dzimy, nie będę musiała zno­sić two­jego śmier­dzą­cego psa.

– Prin­cess nie śmier­dzi.

– Spo­koj­nie, dro­dzy, tylko spo­koj­nie – zaape­lo­wał Joseph. – Wszy­scy jedziemy na jed­nym wózku.

– Ale Prin­cess fak­tycz­nie cuch­nie – orze­kła Ayesha. – Czuć ją na całych scho­dach aż do naszego miesz­ka­nia. Paskudz­two.

– Wcale nie jest paskudna! – zaopo­no­wał Tomasz pod­nie­sio­nym gło­sem. – Cza­sami ma infek­cje bak­te­ryjne, ale to nie jej wina. W każ­dym razie, jeśli ktoś ma tu pro­blem z psami, to ten szcze­kacz Jose­pha jest gor­szy od mojego.

– Zostaw Reg­giego w spo­koju – powie­dział Joseph. – To grzeczny pies, dopóki Prin­cess nie zaczyna go stra­szyć.

Kat pokrę­ciła głową. Co za banda! To był kolejny powód, dla któ­rego zawsze trzy­mała się z daleka od sąsia­dów, bo prę­dzej czy póź­niej koń­czyło się kłót­niami o jakieś bzdury. Wystar­czyło spoj­rzeć na tę piątkę; ewi­dent­nie nie zno­sili się nawza­jem.

– Wszy­scy tro­chę zeszli­śmy z tematu – orzekł Omar. – Myśla­łem, że na tym spo­tka­niu będziemy roz­ma­wiać o pro­ble­mie eks­mi­sji, a nie o psach.

– Masz rację, Omar – przy­znał Joseph. – Posłu­chaj­cie, nie wiem, jak wy, ale ja chcę ura­to­wać swoje miesz­ka­nie. Ura­to­wać wszyst­kie nasze miesz­ka­nia. Kto do mnie dołą­czy w tej walce?

Zapa­dła długa cisza, którą prze­rwało dopiero szu­ra­nie nóg krze­seł po pod­ło­dze.

– Nie będę tra­cić czasu – powie­dział Tomasz. – Jest jak jest, musimy się z tym pogo­dzić i pójść dalej. A teraz wybacz­cie, ale muszę wra­cać do mojego śmier­dzą­cego psa.

Jego cięż­kie kroki zadud­niły o pod­łogę, a potem drzwi zatrza­snęły się z hukiem.

– A ty, Oma­rze? Ayesho?

– Chcę wal­czyć, Joseph, ale co tak naprawdę możemy? – zapy­tał Omar. – Fer­gus Ale­xan­der decy­duje o wszyst­kim, a my o niczym.

– Mama chcia­łaby, żeby­śmy wal­czyli – powie­działa cicho Ayesha.

– Twoja matka chcia­łaby, żebym zro­bił to, co jest naj­lep­sze dla naszej rodziny – odparł Omar, a Kat wychwy­ciła drże­nie w jego gło­sie. – A teraz cho­dzi przede wszyst­kim o to, żeby­śmy mieli dach nad głową, a ty powin­naś sku­pić się na egza­mi­nach. Chodź, ja muszę nam coś ugo­to­wać, a ty się uczyć.

Kat usły­szała, jak oboje wycho­dzą i ciche słowa Ayeshy na poże­gna­nie.

– Wygląda na to, że zosta­li­śmy z tym sami, Glo­rio – powie­dział Joseph.

Kobieta odkaszl­nęła cicho.

– Posłu­chaj, chcia­ła­bym jakoś pomóc, ale mam teraz za dużo na gło­wie. U mnie w pracy są zwol­nie­nia, matka nie czuje się naj­le­piej, a Barry dokłada swoje… Muszę się zasta­no­wić, co dalej. Prze­pra­szam, Joe.

– Jasne, rozu­miem. Ale obie­caj mi, że zanim podej­miesz jakąś poważną decy­zję, dobrze ją prze­my­ślisz. Znasz moje zda­nie na ten temat: zasłu­gu­jesz na part­nera, który będzie cię dobrze trak­to­wał.

– Obie­cuję.

Kat usły­szała stu­kot wyso­kich obca­sów Glo­rii na drew­nia­nej pod­ło­dze i odgłos zamy­ka­ją­cych się drzwi do miesz­ka­nia. Chwilę póź­niej dobie­gło ją cięż­kie wes­tchnie­nie i w progu kuchni sta­nął Joseph ze spusz­czoną głową.

– Ach, Kat. Sma­ko­wało?

– Pycha, dzięki.

– Domy­ślam się, że wszystko sły­sza­łaś – stwier­dził bar­dziej, niż zapy­tał, kiwa­jąc głową w stronę salonu. – Mia­łem nadzieję, że cho­ciaż jedno z nich zechce mi pomóc, ale wygląda na to, że wszy­scy się już pod­dali.

Kat bawiła się widel­cem, pró­bu­jąc ukryć zakło­po­ta­nie. Powinna wyjść z kuchni, zanim pal­nie coś nie­wła­ści­wego i pogor­szy sprawę, lecz Joseph blo­ko­wał jej drzwi. Cze­kała, aż coś powie, ale pogrą­żył się we wła­snych myślach.

– Wygląda na to, że wszy­scy mają swoje sprawy – powie­działa po chwili Kat.

– Pew­nie. Po pro­stu byłoby mi o wiele łatwiej, gdy­bym miał w tej walce jakie­goś sprzy­mie­rzeńca. Sęk w tym, że sam nie jestem zbyt sku­teczny. O wiele lepiej dzia­łam we współ­pracy z innymi. Wiesz, jak to jest.

– Oba­wiam się, że nie wiem.

Joseph spoj­rzał na nią pyta­jąco, lecz Kat tylko wzru­szyła ramio­nami.

– Od dawna uwa­żam, że naj­le­piej jest być samo­wy­star­czal­nym. Inni ludzie w końcu zawsze zawo­dzą.

– Przy­kro mi, że tak czu­jesz – powie­dział Joseph łagod­nie.

– Tak czy ina­czej, chyba dobrze się stało. Gdyby wszy­scy cię wsparli, przez kolejne dwa mie­siące bok­so­wał­byś się z wła­ści­cie­lem, a i tak wylą­do­wał­byś na bruku. Teraz możesz zająć się szu­ka­niem nowego lokum.

Joseph zmarsz­czył brwi.

– Moja droga Kat, jeśli uwa­żasz, że bier­ność sąsia­dów znie­chęci mnie do opro­te­sto­wa­nia nakazu eks­mi­sji, to mnie nie doce­niasz. Może i wolał­bym to robić w gru­pie, ale nie pozwolę, żeby jedna mała prze­szkoda mnie znie­chęciła.

– Serio?

– Serio. Do eks­mi­sji zostało osiem tygo­dni, ale ja przez ten czas będę wal­czyć i wygram. Nie tylko dla sie­bie, ale też dla nich wszyst­kich. Pocze­kaj, a się prze­ko­nasz.

Było to tak absur­dalne oświad­cze­nie, że Kat nie mogła się powstrzy­mać od śmie­chu, a Joseph jej zawtó­ro­wał.

– Jesteś sza­lony – oznaj­miła.

– Jestem. Dla­tego Fer­gus Ale­xan­der powi­nien mieć się na bacz­no­ści.

Rozdział piąty. Dorothy

Roz­dział piąty

Doro­thy

O tym, że spo­tka­nie loka­to­rów zakoń­czy się kata­strofą, Doro­thy była prze­ko­nana od chwili, gdy się o nim dowie­działa. Nie była więc ani tro­chę zasko­czona, oglą­da­jąc przez juda­sza nabur­mu­szone miny sąsia­dów wycho­dzą­cych spod jedynki. Tylko czego oni tak naprawdę się spo­dzie­wali? Że nagle będą w sta­nie współ­pra­co­wać jak dobrze naoli­wiona maszyna? Że ich małost­ko­wość, anty­spo­łeczna postawa oraz kłót­nie o psy i par­ko­wa­nie znikną w jed­nej chwili, w któ­rej boha­ter­sko się zjed­no­czą, by rato­wać swoje miesz­ka­nia? Doro­thy prych­nęła szy­der­czo. Takie rze­czy zda­rzają się tylko w książ­kach, a nie w praw­dzi­wym życiu – a już na pewno nie w przy­padku tej zgrai nie­udacz­ni­ków.

Panu­jąca w Shel­ley House lodo­wata atmos­fera nie ocie­pliła się w ciągu kilku kolej­nych dni ani odro­binę. Omar i Ayesha, któ­rzy od czasu śmierci pani Sid­diq pra­wie ze sobą nie roz­ma­wiali, teraz zaczęli wycho­dzić rano z domu osobno. Doro­thy odno­to­wała w dzien­niku, że każ­dego wie­czoru dziew­czyna wra­cała coraz póź­niej, jakby celowo uni­kała spę­dza­nia tam czasu, pod­czas gdy Omar wyda­wał się jesz­cze bar­dziej spięty niż wcze­śniej z powodu pię­trzą­cej się sterty nie­opła­co­nych rachun­ków, która rosła z dnia na dzień. Nie­le­piej wio­dło się Glo­rii spod szóstki. Ona i jej gamo­nio­waty amant prze­szli już od etapu kłótni za zamknię­tymi drzwiami do fazy publicz­nych awan­tur i Doro­thy kil­ka­krot­nie była świad­kiem ich sprze­czek. W sobotę doszło mię­dzy nimi do tak ostrej wymiany zdań, że Doro­thy poczuła się w obo­wiązku zabęb­nić w okno i grzecz­nie przy­po­mnieć im, że takie prze­jawy agre­sji nie przy­stoją miesz­kań­com Shel­ley House. W podzięce za swoją radę usły­szała od męż­czy­zny iście kwie­ci­stą wią­zankę. Od tam­tej pory Doro­thy już go nie widziała i miała nadzieję ni­gdy wię­cej nie zoba­czyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki