Umbra - Paulina Świst - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Umbra ebook i audiobook

Paulina Świst

4,8
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

344 osoby interesują się tą książką

Opis

Internet już dawno zamienił się w arenę nienawiści. Przestały obowiązywać jakiekolwiek reguły. Nie ma świętości, nie ma tematów tabu, pojęcie przyzwoitości odeszło w niepamięć. Aż pojawia się ktoś, kto postanawia wymierzyć sprawiedliwość po swojemu. Nazywa się Trollkiller – i nie zna granic między ideą a obsesją.

Prokurator Artur Cieniowski i adwokat Zofia Bojarska muszą współpracować, choć łączy ich (a może raczej dzieli?) przeszłość, o której oboje chcieliby zapomnieć. Są skazani na współdziałanie, ponieważ – całkiem dosłownie – mogą liczyć tylko na siebie. Odizolowani od świata, pozbawieni kontaktu z innymi ludźmi, muszą realizować kolejne zadania, których cel pozostaje dla nich tajemnicą. Tak samo jak tożsamości tego, kto im je wyznacza. Jedno nie ulega wątpliwości: Im bardziej zbliżają się do prawdy, tym głębiej wchodzą w mrok, własny i cudzy.

Umbra to najbardziej mroczna część cienia. To symbol granicy, za którą kończy się prawo, a zaczyna człowieczeństwo wystawione na ostateczną próbę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 247

Data ważności licencji: 11/26/2030

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 51 min

Lektor: Mateusz DrozdaDiana Giurow

Data ważności licencji: 11/26/2030

Oceny
4,8 (44 oceny)
39
2
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
biedronka10

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam jej książki❤️... ale żeby z Krzysia zrobić takiego ch**a?
10
eroticbookslover

Nie oderwiesz się od lektury

Lektorzy niesamowici ❤️❤️❤️❤️🤣🤣🤣🤣 A co do książki - Rewelacja ❤️ Paulina potrafi w te historie! W tych bohaterów! W te emocje! W te jedyne w swoim rodzaju dialogi i potyczki słowne bohaterów! Tych już znanych, tych nowych, i tych starych uwielbianych! A jak ta główna dwójka Zosia i Artur się nie lubi :-))) Jak bardzo fajnie się nie lubi :-)))) Mocno, mrocznie i tak bardzo „świstowo” ! Aaaaaaa jest i wspomniany Zimny i to nie raz!!!! Polecam, bo to, co tu się odpie…la, to jest SZTOS! Już czekam na kolejną!!! Aaaaa i cytaty, które dosłownie rozkładają na łopatki, można brać dosłownie z każdej strony :-)) Hejterzy… miejcie się na baczności…
11
Dominikpalkij

Nie oderwiesz się od lektury

super
00
Skowroneke

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna fabuła
00
DorotaGB

Całkiem niezła

ok
00



Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska (Lingventa), Damian Ryży

Zdjęcia na okładce: © Freepik

Grafika wewnątrz:

© Barbara Helgason/Dreamstime.com

© by Paulina Świst

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2025

ISBN 978-83-287-3574-3

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2025

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

„I wiem, jak wabi cię mój płomień, I wiem, że lgniesz do niego jak ćma, I wiesz, że przecież możesz w nim spłonąć, Lecz zbliżasz się do niego i tak.

W taką noc jak ta!

Wezmę cię tam, gdzie nie doszłabyś sama i gdzie schronimy się przed światłem dnia. Szpiegując mój ruch, dobrze wiedziałaś już, że nie robię tego pierwszy raz. I nie dbasz o to!”

Clock Machine, Ćma

Grażynce,

mojemu odwiecznemu partnerowi w każdej wymyślanej zbrodni.

Nie mam pojęcia, jak możesz się ze mną przyjaźnić,

wiedząc, co mi się czasem roi w głowie…

Tym bardziej doceniam ;)

Fajnie Cię mieć :*

ARTUR

18 października 2025 roku

– Czy ty możesz nareszcie ruszyć dupę, słodki książę? – usłyszałem dobiegający z pewnej odległości głos.

Brzmiał znajomo, charakterystycznie, ale w tym momencie nie byłem w stanie przypisać go do konkretnej kobiety.

Zmysły budzą się powoli, a ostatnim z nich jest wzrok. Wszystkie pozostałe od razu jednak podnoszą alarm, gdy nie jesteś u siebie. Coś się nie zgadza: inny zapach, inna temperatura powietrza, inne łóżko. Budzenie się w obcym miejscu zdarzało mi się jednak na tyle często, że związane z tym uczucie niepokoju przestało się u mnie pojawiać, i to dobre piętnaście lat temu.

Coraz rzadziej uznawałem to za powód do dumy, a coraz częściej za dowód tego, że jestem zjebany. Nieodwracalnie.

Na dodatek czułem, że mam na sobie ubranie. Pewnie stąd nerwowe tony w głosie kobiety. Najwyraźniej padłem natychmiast po przyjściu, zatem nie spisałem się w roli niezapomnianej przygody. A jeśli dotąd byłem w czymś dobry, to właśnie w tym.

Artur Cieniowski, król burdelu. Imperator ONS-ów1. Cesarz krótkotrwałych relacji. Reklamacje – to do bramy, a potem się nie znamy.

Skoro jednak leżę w łóżku w dżinsach, a ślina kapie mi na koszulę, to najwyraźniej czas na abdykację.

I na dodatek nie udało mi się zejść ze sceny niepokonanym…

Dawno temu zauważyłem, że kobiety wybaczały sobie jednorazowe wyskoki z facetami takimi jak ja tylko i wyłącznie w jednym wypadku – kiedy po wszystkim mogły zanucić pod nosem: „I’m good, yeah, I’m feelin’ alright. Baby, I’ma have the best fuckin’ night of my life”2.

Wszystko wskazywało na to, że moja dzisiejsza towarzyszka mogła zaśpiewać najwyżej: „Stary niedźwiedź mocno śpi”.

Zazgrzytałem zębami z zażenowania. Nigdy nie myślałem, że ego może tak boleć. Jak mawiał Siara: „Jakby mi ktoś kijem zajechał”. Pewnie dlatego nadal nie otwierałem oczu. Nie chciało mi się z tym wszystkim konfrontować.

Ostatnie obrazy, jakie pamiętam, to jak stoję w katowickim SARP-ie, kończę piątego drinka i patrzę na parkiet niczym stolarz. Potem zlokalizowałem cel – uroczą brunetkę, której imię z pewnością zaczynało się na literę P. Patrycja? Pamela? Kolejny drink z nową towarzyszką, a potem już wszystko pocięte niczym szałot3 mojej matki. Idę ulicą, trzymam dziewczynę za rękę. Wsiadam do taksówki. I na koniec blackout – niczym w ruskim mieście zaraz po nalocie dronów na elektrownię w Piździewostoku.

Czy to u Pameli w domu wylądowałem? Raczej tak. Kimkolwiek była ta laska, zdecydowanie oszczędzała na ogrzewaniu. Ciaśniej owinąłem się kocem. Czułem, że łeb pulsuje mi nieludzko, usta mam spierzchnięte, a język spuchnięty, jakbym całą noc lizał się z orangutanem. Przez miesiąc nie dotknę alkoholu. Albo i dwa.

Swoją drogą, jak mogło mnie tak sponiewierać sześć drinków? Mam ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ważę prawie sto kilogramów – nie powinno być aż tak źle. SKS4 wydawał się jedynym wytłumaczeniem.

Nie no, bez jaj – za dużo naraz. Za chwilę się tu rozpłaczę. Jedyna szansa na ratowanie reputacji i wyjście z tego z twarzą to poranny numerek. Tylko że bez kofeiny jedyny numerek, na jaki będzie mnie dziś stać, to ten w kolejce do geriatry.

– Nie złość się, kotku – rzuciłem zgodnie ze starą zasadą wszystkich dziwkarzy, która głosi, że jeśli nie pamiętasz imienia towarzyszki, to „kotek” jest najlepszą możliwą opcją. – Jak będziesz tak miła i poczęstujesz mnie kawą, to sprawdzę, czemu nie działa piec, a potem nadrobimy tę noc – rzuciłem w kierunku, z którego dobiegł mnie głos.

– O tym właśnie marzę, prokuratorze Cieniowski! – Głos ociekał drwiną. – Jeśli ruchasz z taką samą pasją, z jaką chrapiesz, to zdefiniujesz na nowo moje życie seksualne.

Zaraz! Cokolwiek by się nie działo, z pewnością nie powiedziałem tej lasce, czym się zajmuję! I wtedy mój umęczony, zamglony umysł nareszcie połączył kropki. Wiem, czyj to jest głos! To Zofia Bojarska! Co robię w towarzystwie tej podłej, okrutnej adwokaciny, której udało się zrobić ze mnie pasowanego idiotę? I to dwa razy. A jeśli doliczyć dziś – to trzy. To musi być zły sen.

– Obudź się, pacanie. – Sarkazm w głosie znów zastąpiły nerwowe tony. – Bo z tego, co widzę, jesteś moją jedyną nadzieją, a to nie wróży najlepiej!

Błyskawicznie otworzyłem oczy, rozejrzałem się po pomieszczeniu i pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna poczułem coś więcej niż wszechogarniającą obojętność.

Najpierw zdziwienie.

Potem strach.

A na koniec – wściekłość.

ZOŚKA

18 października 2025 roku

Doskonale wiedziałam, co czuje Cieniowski. Przeszłam przez to samo pół godziny temu, kiedy się tu ocknęłam. Artur rozejrzał się po pomieszczeniu z niedowierzaniem. Spojrzał na mnie jak na coś, co kot przywlekł mu na wycieraczkę, a potem ruszył do drzwi. Zaczął szarpać klamkę, ale bez efektu.

A potem stanął przed nimi, pochylił głowę i przez moment oddychał ciężko, jakby starał się opanować.

Niestety, misja zakończyła się takim samym powodzeniem jak ta z filmu Apollo 13. To znaczy umiarkowanym. To, co nastąpiło później, skojarzyło mi się z napadem wściekłości u Diabła Tasmańskiego z popularnej kreskówki.

Nigdy nie widziałam, jak prokurator Artur Cieniowski traci nad sobą panowanie, ale słyszałam wiele o jego charakterku. Krążyły o nim legendy – zarówno wśród prawników, jak i oskarżonych. Wniosek ze wszystkich był mniej więcej taki sam: lepiej było go nie wkurwiać.

Miałam to oczywiście w pompie i zwykle prowokowałam go, aż miło. Natomiast kiedy zobaczyłam, w jaki wpadł szał, postanowiłam, że tym razem rozsądniej będzie przeczekać ten atak w milczeniu. Dlatego spokojnie patrzyłam, jak najpierw kopie w żelazne drzwi wejściowe, potem z całej siły wali w nie krzesłem, którym na koniec rzuca w ścianę kontenera. Bluzgał przy tym tak interesująco, że uznałam, iż jest jednym z nielicznych ludzi na tym padole łez, do których mogłabym iść na korepetycje z podwórkowej łaciny. W innych okolicznościach z pewnością byłabym pod wrażeniem.

Wreszcie obrócił się i ruszył w moją stronę. Kiedy był dokładnie w połowie pomieszczenia, szarpnął się do tyłu. Z niedowierzaniem spojrzał na swoją kostkę. Oboje mieliśmy wokół lewej nogi owinięte coś, co przypominało obrożę, jaką dostawali moi klienci odbywający karę w systemie dozoru elektronicznego. Do niej przymocowana była metalowa linka, która ginęła w ścianie kontenera.

– Wystarczająco długa, by dojść do drzwi i do kibla. – Wskazałam w prawo, gdzie za kotarą znajdowała się toaleta. – Jeśli już nad sobą panujesz, to wstanę i sprawdzę, czy dojdę do tego miejsca, gdzie stoisz. – Spojrzałam mu prosto w oczy. – Kontrolujesz się?

Lata współpracy z moimi klientami, z których żaden nie był łagodnym barankiem pogryzającym trawę na zielonej łące, nauczyły mnie jednego – im bardziej facet wyposażony w piekielny charakterek się wkurwia w skrajnej sytuacji, tym spokojniejszą trzeba być. Zwłaszcza jeśli te okoliczności nie są twoją winą. To stało się moją drugą naturą. Na mojego ukochanego klienta Ramzesa zawsze działało. Tylko że Ramzes mnie lubił i szanował, a Cieniowski – niekoniecznie…

Najwyraźniej jednak Artur skumał, że jedziemy na tym samym wózku.

– Chodź – powiedział przez zęby.

Wstałam ze swojej pryczy i powoli ruszyłam w jego stronę. Obroża zatrzymała mnie w odległości około trzydziestu centymetrów od niego.

– Żeby ci przypomnieć, jak rucham, nie wystarczy – powiedział, wpatrując się we mnie płonącymi, zielonymi ślepiami. – Ale udusić cię dam radę, jeśli mi natychmiast nie wyjaśnisz, co tu się odpierdala.

Wyciągnął rękę w kierunku mojej szyi. Nie drgnęłam nawet o milimetr. Nieokazywanie strachu też szło mi całkiem nieźle.

– Zabieraj łapę, patafianie – powiedziałam zimno. – Mam ochotę zadać ci dokładnie to samo pytanie.

Spojrzał na swoją rękę, jakby zdziwił się, że w ogóle nią ruszył. Najwyraźniej dalej był nieco zamroczony. Też to odczuwałam… To, że ktoś nas naćpał, nie budziło u mnie żadnych wątpliwości.

– Sorry. – Wzdrygnął się i opuścił dłoń. – Ale jak możesz być tak absurdalnie spokojna?

Dobre pytanie.

– Nie mam pojęcia. – Przełknęłam ślinę. – Może na zasadzie kontrastu.

WCZEŚNIEJ

ARTUR

Katowice-Śródmieście 9 października 2025 roku

– Zamieniam się w słuch – rzuciłem znudzonym tonem. – Jakież to informacje niecierpiące zwłoki ma pan nam do przekazania?

Byłem pewien, że żadne, a ta rozmowa to strata mojego cennego czasu. Głównie ze względu na jej uczestników. Po drugiej stronie mojego biurka siedziała mecenas Zofia Bojarska. Powiedzenie, że za nią nie przepadam, byłoby takim samym niedomówieniem jak stwierdzenie, że Donald i Jarek nie pałają do siebie miłością. Natomiast w przeciwieństwie do polityków zarządzających zwaśnionymi plemionami tego kraju ja miałem dodatkowe utrudnienie. Bojarska była cholernie atrakcyjna, co nadal na mnie działało. Zwłaszcza że miałem z nią kilka niedokończonych tematów, które mi się przypominały, kiedy tylko ją widziałem, i najwyraźniej… nadal mnie uwierały. Jej za to nie, jeśli brać pod uwagę jej totalnie wypraną z emocji, profesjonalną minę. Choć z drugiej strony kumple mówili mi, że bardzo ją lubią, a przesłuchania w jej obecności to kawał dobrej zabawy. Najwyraźniej zatem tylko przy mnie zachowywała się w taki sposób.

Przerzuciłem wzrok na towarzyszącego jej typa. Szczupły blondyn w okularach, ubrany w niezły garnitur. Na oko miał jakieś trzydzieści lat. Gdybym miał zgadywać, co robi w życiu, to powiedziałbym, że jest agentem ubezpieczeniowym. Ewentualnie pracownikiem banku. Z twarzy był podobny zupełnie do nikogo, żadnych znaków charakterystycznych. Gdyby kosmici zapytali mnie, jak wygląda statystyczny Ziemianin, to wskazałbym tego typa bez cienia wahania. Nie pasował mi totalnie do standardowej klienteli mecenas Bojarskiej. Nie był ani wypakowanym metanabolem, karkiem przypominającym Spejsona z Blok Ekipy, ani błyskotliwą „kierownicą” w typie bohatera filmu Jak zostałem gangsterem.

Czyżby interes mecenas Bojarskiej się sypał? – rozanieliłem się w duchu. Bardzo, kurwa jego mać, dobrze.

– Mój klient ma informacje dotyczące sprawy zabójstwa Elżbiety Nowak – zaczęła Bojarska.

– Wiem – przerwałem jej. – Mówiła mi pani wczoraj przez telefon.

Tylko dlatego zgodziłem się na to spotkanie. Głośna sprawa zabójstwa emerytki utknęła w martwym punkcie. Szef mnie cisnął, prasa dostawała spazmów. Kiedy więc zadzwoniło do mnie to ZŁO i powiedziało, że jej klient coś wie, ale chce być przesłuchany w obecności pełnomocnika, zaprosiłem ich do siebie na dzisiejszy poranek. Słyszałem plotki, że Zośka nienawidzi porannych czynności, zatem wybrałem siódmą rano. Nazywam się Artur Cieniowski i doprawdy nie wiem, jak w prokuraturze utrzymał się tak długo taki chuj jak ja.

– A dowiem się, jakie to informacje? – Spojrzałem na typa. – Nie mam całego dnia. I liczę, że to coś istotnego.

Podskórnie zastanawiałem się, czy to nie jakaś prowokacja. Facet zezna mi zaraz, że zabójstwa dokonała „sześćdziesiątka” oskarżająca Ramzesa – najważniejszego klienta Bojarskiej. Albo że morderca jest funkcjonariuszem CBŚP. Czy też coś równie kretyńskiego. Przysiągłem sobie w duchu, że jeśli tak będzie, to zrobię jej dyscyplinarkę, a potem postawię zarzuty. Aby mieć świadka, zaprosiłem na dzisiejsze czynności Szczepana Zalewskiego. Policjant stał obok okna i patrzył na całe towarzystwo z lekkim rozbawieniem, tak jakby przewidywał, że wyjdzie z tego niezły cyrk.

Blondyn odchrząknął, uśmiechnął się delikatnie i spojrzał mi prosto w oczy. Ten wzrok wzbudził we mnie czujność. Był kompletnie zimny.

– To ja ją zabiłem – oznajmił beznamiętnym tonem. – Nie wiem, czy to istotne pana zdaniem, czy nie bardzo?

Za to, że nie zapytałem na głos „Coś, kurwa, powiedział?”, powinni nadać mi uroczyście tytuł lorda kamiennej twarzy i order cierpliwy wśród prokuratorów. Powoli pokiwałem głową.

– Zaciekawił mnie pan – przyznałem. – Proszę kontynuować.

– Moment… – Siedząca obok klienta Bojarska odzyskała głos. – Panie prokuratorze, proszę o pięć minut przerwy.

Spojrzałem na jej autentycznie zszokowaną minę. Uuuu, chyba coś poszło nie po myśli pani mecenas. Trzeba kuć żelazo, póki gorące.

– Panie Stanisławie, jest panu potrzebna przerwa? – zapytałem.

Zaprzeczył ruchem głowy. Bojarska sapnęła. Nie mogła być aż tak dobrą aktorką. Jest tak samo zdziwiona tym, co powiedział, jak ja. Dziękuję ci, dobry Boże, dziękuję! W najbardziej mokrych snach nie przewidziałem takiego scenariusza. Obrońca ulicy. Mecenas bandziorów. Ta, która nie broni „sześćdziesiątek”. Właśnie ona przyprowadziła do mnie klienta, który bez poinformowania jej przyznaje mi się do „głowy”. Wigilia w tym roku przyszła do mnie już w październiku.

Kątem oka zobaczyłem, jak Szczepan wyjmuje z szafki kamerę.

– Nie ma pan nic przeciwko utrwaleniu tego przesłuchania za pomocą urządzenia rejestrującego obraz i dźwięk? – dodałem szybko, wykorzystując to, że jego obrońca jest w szoku.

Takie oświadczenia lepiej zachować dla potomności. Trudniej było się potem z nich wycofać.

– Ma. – Bojarska obudziła się natychmiast.

– Nie mam – powiedział w tym samym czasie jej klient.

– Panie Andrzejski… – Głośno nabrała powietrza.

– Pani mecenas, proszę… – przerwał jej klient. – Wiem, co robię. Proszę tu tylko siedzieć i dbać o przestrzeganie procedur, zależy mi, żeby były zachowane. I proszę słuchać mnie uważnie.

– Dobra rada nie zawada. – Szczepan uśmiechnął się złośliwie do Bojarskiej, po czym ustawił kamerę na moim biurku i uruchomił ją.

Zofia była blada jak ściana; usta miała zaciśnięte w ponurą kreskę. To musi być parszywe uczucie: przyprowadzić klienta do prokuratora i patrzeć, jak popełnia taktyczne samobójstwo. Na dodatek niewiele mogła z tym zrobić. Facet wyraźnie dawał jej to do zrozumienia. Że też taka sytuacja przytrafiła się właśnie jej i właśnie na mojej zmianie. Coś cudownego; dam za to na mszę.

– Zacznijmy zatem jeszcze raz. – Rozsiadłem się wygodniej w fotelu. – Po uprzednim odebraniu od pana danych zapytałem, co pan wie w sprawie zabójstwa Elż­biety Nowak. Co pan oświadczył?

– Powiedziałem prawdę. – Andrzejskiemu nawet nie drgnęła powieka, gdy mówił prosto do obiektywu kamery. – Zabiłem tę kobietę. Wcześniej ją torturowałem. Zrobiłem też na pamiątkę kilka fotek na miejscu zbrodni.

– Pouczenia – warknęła Zofia.

Najwyraźniej odzyskiwała rezon i uszanowała prośbę swego klienta o zachowanie procedur.

– Rzeczywiście. – Uśmiechnąłem się przepraszająco. – Zeznaje pan teraz w charakterze świadka i może pan odmówić odpowiedzi na pytania, które narażają pana na odpowiedzialność karną. Tak stanowi artykuł sto osiemdziesiąty trzeci Kodeksu postępowania karnego.

– Mogę, ale nie chcę. – Stanisław Andrzejski mnie nie rozczarował i nie przerwał zabawy. – Zabiłem ją i obiecuję wam, że nie była to moja ostatnia ofiara. To dopiero początek.

– Nie wykluczam, ale też nie obstawiam – mruknął Szczepan.

Zośka przejechała ręką po włosach, tak jakby siłą się powstrzymała, żeby nie strzelić swojego klienta w ucho. A może miała ochotę strzelić Szczepana? Trudno było wyczuć.

– Dlaczego pan ją zabił? – zapytałem. – I w jaki sposób?

Należało wysondować, czy facet naprawdę wie coś o śmierci Elżbiety Nowak, czy po prostu jest atencyjnym świrem. Póki co skłaniałem się ku tej drugiej opcji.

– W jaki sposób ją zabiłem, opowiem, kiedy będzie mnie pan słuchał w charakterze podejrzanego. – Typ najwyraźniej miał pojęcie o prawie. – Albo jeszcze później. A dlaczego, powiem panu już teraz… – Spojrzał na swoją obrońcę i uśmiechnął się przepraszająco. – Pani mecenas, przykro mi, że nie uprzedziłem, ale chciałem, żebyście oboje mnie wysłuchali. Uważnie.

– Słucham zatem – powiedziała z kamienną twarzą.

Prawie zrobiło mi się jej żal. Prawie.

Andrzejski nabrał powietrza.

– Elżbieta Nowak na pierwszy rzut oka była wzorową obywatelką – stwierdził spokojnie. – Udzielała się w kole gospodyń wiejskich, co niedzielę chodziła do kościoła, miała rodzinę i zajmowała się wnukami… – Uśmiechnął się złośliwie. – Myliła tym opinię publiczną, ale mnie nie da się wyprowadzić w pole. Jeśli prześledzicie państwo jej aktywność internetową, to stanie się dla was jasne, jakim naprawdę była człowiekiem.

– No jakim? – zapytałem po chwili dzwoniącej w uszach ciszy.

Elżbieta Nowak w chwili śmierci miała sześćdziesiąt pięć lat. Zginęła we własnym domu od ciosu zadanego ostrym narzędziem w serce. Wcześniej rzeczywiście przez kilka godzin była torturowana, ale informacja o tym wyciekła do prasy, więc była powszechnie znana. Świadków, dowodów i motywu – brak.

– To zgniłe jabłko. – Andrzejski spojrzał mi prosto w oczy. – Sprawdźcie, co pisała na Facebooku. Wtedy zrozumiecie.

Przyznaję się bez bicia, że na to, żeby sprawdzić aktywność internetową emerytki, rzeczywiście nie wpadłem.

– Mam pewną misję społeczną. – Stanisław wyciągnął w górę ręce i przeciągnął się. – Możecie nazwać ją: „Stop hejtowi”.

– To już chyba było – wtrącił Szczepan.

– Było. – Andrzejski kiwnął głową. – Ale ja, w przeciwieństwie do wszystkich innych ludzi na świecie, mam konkretny pomysł na jej realizację. Zanim skończę, każdy zastanowi się dwa razy, nim wyżyje się w internecie na niewinnych… Zostaną same zdrowe jabłka.

O co chodzi z tymi jabłkami? Pierdolony sadownik. Przyznam szczerze, że w tym momencie zabrakło mi konceptu. Spojrzałem na Szczepana, ale nie wyglądał na kogoś, kto wie, jak mi pomóc.

– Dość tego. – Zofia Bojarska pierwsza odzyskała głos. – Wychodzimy w tym momencie, chyba że pan prokurator chce postawić zarzuty.

– Chcę – rzuciłem natychmiast. – Szczepan, zabierz pana Andrzejskiego.

Poczekałem, aż policjant wyprowadzi faceta z pomieszczenia, a potem wyłączyłem kamerę. Dopiero wtedy znów spojrzałem na Bojarską.

– Naprawdę nic nie wiedziałaś? – zapytałem, nawet nie starając się ukryć triumfalnego uśmieszku.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Zrób mu opinię psychiatryczną. – Popatrzyła na mnie z napięciem. – Nie może być zdrowy.

– Zrobię – zgodziłem się – ale wiesz, jak ta procedura wygląda. Najpierw zarzuty, potem areszt, potem badania. – Uśmiechnąłem się krzywo. – Zadzwonię, jak przygotuję postanowienie i ustalę godzinę posiedzenia aresztowego. A dyżur dziś ma… – Zerknąłem na wydrukowaną listę wiszącą na korkowej tablicy. – Sędzia Marchwicka. Ojoj – zmartwiłem się teatralnie.

Sędzia Zuzanna Marchwicka słynęła z twardej ręki i częstego stosowania sankcji.

Bojarska przejechała dłonią po twarzy.

A mnie znów prawie zrobiło się jej żal. Prawie.

– Idź do domu. Odpocznij. To chyba nie jest twój szczęśliwy dzień, co?

Popatrzyła na mnie zmrużonymi oczami i wyszła z pomieszczenia. Kiedy zamykała drzwi, usłyszałem coś, co osoba bardziej podejrzliwa ode mnie zrozumiałaby jako „pierdol się”, ale miałem zbyt dobry humor, żeby się tym przejmować.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

1   One night stand – jednorazowe spotkanie seksualne bez zobowiązań emocjonalnych lub oczekiwań na dalszy związek. [wróć]

2   David Guetta feat. Bebe Rexha, I’m good (Blue). [wróć]

3   Sałatka ziemniaczana (po śląsku). [wróć]

4   Starość, kurwa, starość. [wróć]