Morderstwo w podróży - Merryn Allingham - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Morderstwo w podróży ebook i audiobook

Allingham Merryn

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

134 osoby interesują się tą książką

Opis

Właścicielka księgarni Flora Steele i przystojny pisarz Jack Carrington wyruszają na urokliwą francuską prowincję… A przy okazji rozwiązują mrożącą krew w żyłach zagadkę.

Jack otrzymuje telefon od matki, z którą od dawna nie utrzymywał kontaktu. Sybil prosi go, aby rzucił wszystko i przyjechał do Francji. Wraz z Florą pakują walizki, marząc o pachnących polach lawendy i świeżo upieczonychcroissantach. Dopiero po przyjeździe odkrywają szokującą prawdę – przyjaciółka Sybil została zamordowana, a ona sama desperacko potrzebuje pomocy.

Trop prowadzi do malowniczej wioski na południu Francji. Jednak nawet błękit nieba i cudowne widoki nie przysłonią tego, że w okolicy nie jest bezpiecznie. Tajemnica staje się jeszcze bardziej mroczna, gdy Flora odkrywa, kto był właściwym celem ataku…

Podejrzenia kierują się w stronę hrabiego Massima Falconiego, bliskiego przyjaciela Sybil. Jego ukochana córka Allegra, bezwzględny partner biznesowy Pascal i zaborcza była żona mają powody, by pragnąć zemsty...

Czy Flora odkryje prawdę i uratuje matkę Jacka? A może kłopoty w raju oznaczają coś znacznie gorszego dla duetu detektywów?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 280

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 31 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jan Marczewski

Oceny
4,3 (8 ocen)
5
1
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewaor

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna książka coraz bardziej mi się podobają kolejne części. I ten urok lat 50. Polecam
00
Alex10

Całkiem niezła

Uwielbiam tę serię i nie mogę doczekać się kolejnego tomu, jednak zakończenie lekko mnie rozczarowało. Brakowało mi plotu? czegoś bardziej zaskakującego? Wydawało mi się, że zakończenie nie jest kompletne, że w tej intrydze jeszcze czegoś brakuje
00
Czarnoskrzydla

Nie oderwiesz się od lektury

swietna ksiazka !
00



MERRYN ALLINGHAM

Morderstwo w podróży

Przełożyła Ewa Ratajczyk

Vaison-la-Romaine i ukochanemu domowi, który kiedyś miałam

Prolog

Paryż, wrzesień 1957

Blask reflektorów i warkot silników, kolejka samochodów na światłach – niczym pluton niecierpliwych żołnierzy wyczekujących sygnału. Z wyjątkiem jednego, który nie czekał. Nie zdejmując nogi z gazu, kierowca pędził prosto na dwie kobiety przechodzące przez Rue de Rivoli. Sybil Carrington, oślepiona światłami pojazdu, zamarła. Przez chwilę sprawiała wrażenie zahipnotyzowanej pędzącym w ich kierunku autem, ale w końcu chwyciła przyjaciółkę za rękę i puściła się biegiem w kierunku chodnika. Nie dość szybko. Samochód – potężna masa rozgrzanego metalu – wjechał w jedną z nich. Dźwięki. Pełno dźwięków. Potworny łoskot, gdy bezwładne ciało kobiety runęło na jezdnię pod wpływem uderzenia, ryk silnika pędzącego dalej auta, pisk hamulców innych samochodów dojeżdżających do miejsca wypadku. I wreszcie odgłos syren.

Rozdział 1

Abbeymead, Sussex, tej samej nocy

Tuż przed trzecią zadzwonił telefon. Jack Carrington wyciągnął rękę i zapalił nocną lampkę, chwycił okulary w szylkretowej oprawie i nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na zegarek. Do północy pracował, pochłonięty sporządzaniem notatek do nowej powieści kryminalnej, i właściwie miał ochotę poczekać, aż telefon umilknie. O trzeciej w nocy do nikogo się nie dzwoni. Jednak mgliste przeczucie katastrofy sprawiło, że wyskoczył z łóżka i po omacku zszedł po schodach do przedpokoju, gdzie telefon nadal wydawał przenikliwe dźwięki.

– Halo – wychrypiał do słuchawki, drżąc w spodniach od piżamy, bo stał boso na czarno-białych kafelkach. Lato dobiegło końca, a ostatni tydzień przyniósł chłodne noce, zresztą w Overlay House nigdy nie było ciepło. W czasach gdy wiódł życie samotnika, wybrał ten dom ze względu na jego odosobnienie, a nie wygody.

– Jack?

– Tak – odpowiedział zdezorientowany, bo choć głos wydawał mu się znajomy, nie mógł go rozpoznać.

– Tu twoja matka.

No jasne. Powinien był skojarzyć, ale nie rozmawiał z nią od sześciu, może siedmiu lat, od czasu potwornej kłótni o to, kto powinien zapłacić za ślub, który się nie odbył, jego ślub – Helen Milsom, ówczesna narzeczona Jacka, w ostatniej chwili doszła do wniosku, że woli jego najlepszego przyjaciela. Rodzice Jacka natychmiast zerwali kruchy rozejm i wszczęli zaciekłą walkę z powodu kosztów, jakie trzeba było ponieść.

– Mam kłopoty – oznajmiła Sybil, nie czekając na odpowiedź syna. – Potrzebuję cię.

Jack odgarnął z czoła niesforny kosmyk włosów i spróbował się skupić.

– Jakie kłopoty? Gdzie jesteś?

– W Paryżu, i cię potrzebuję – powtórzyła.

Informacje zgadzały się z tym, czego dowiedział się od ojca. Twoja matka znalazła nowego faceta – powiedział mu Ralph. – Włoskiego hrabiego z eleganckim mieszkaniem w centrum Paryża i Bóg jeden wie, z jak rozległą ziemią we Włoszech. Tytuł jej na pewno imponuje. Pieniądze też.

– Ruby nie żyje – wypaliła Sybil gwałtownie, ale głos jej się załamał.

Ta rozmowa z każdą chwilą stawała się coraz bardziej surrealistyczna.

– Ruby? Jaka Ruby? – zapytał.

– Ruby King, moja przyjaciółka. Została potrącona na bulwarze.

– Przykro mi. – Owszem, było mu przykro, to normalne, ale dlaczego matka dzwoniła do niego o trzeciej w nocy w sprawie osoby, której nie znał? Dlaczego w ogóle do niego dzwoniła?

– Samochód jechał prosto na nas – ciągnęła matka. – Potrącił Ruby. Poleciała na bok jak lalka. Zabrali ją do szpitala, jestem teraz w Hôpital St Louis. Ale nie zdołali jej uratować, Jack. Nie zdołali jej uratować… Nie żyje. – Jej głos całkowicie się załamał.

– Rzeczywiście, potworny wypadek, mamo, ale nie wiem, czego ode mnie oczekujesz.

Przez chwilę panowała cisza, aż w końcu Sybil odezwała się ledwo słyszalnym szeptem:

– To nie był wypadek. Samochód przejechał na czerwonym świetle i wjechał w nas celowo.

– Niemożliwe. Kto by zrobił coś takiego? To musiał być wypadek, paryscy kierowcy na nic nie zważają, wypadki są na porządku dziennym. – Przestępował z nogi na nogę, usiłując rozgrzać zmarznięte palce stóp.

– To nie był wypadek – powtórzyła matka, tym razem pewniejszym tonem. – To było celowe działanie. Morderstwo!

– Kto miałby chcieć zamordować twoją przyjaciółkę? – Pytania nie przestawały mu się nasuwać. Twierdzenie matki wydawało się dziwaczne.

– Właśnie w tym rzecz – odparła niemal triumfalnie Sybil. – To nie Ruby miała zginąć. Celem byłam ja!

Jack milczał przez chwilę, zbyt oszołomiony, by się odezwać, więc ciszę przerwała matka.

– Usiłują się mnie pozbyć. Odkąd przyjechałam do Prowansji, dzieją się różne rzeczy. Od tygodni. Mają mnie skłonić do opuszczenia Francji. Doszło do tego, że ktoś próbuje mnie zabić.

– Kto taki? – zapytał, z trudem przyjmując do wiadomości to nieprawdopodobne twierdzenie.

Sybil nie odpowiedziała.

– Chcę, żebyś ty się tego dowiedział.

– Ja? Dlaczego ja? Jeśli uważasz, że działanie było celowe, powinnaś pójść na policję.

– Francuska policja! Wiesz, jak potraktują sprawę? Zbędą mnie śmiechem.

Jack był skłonny wziąć stronę francuskiej policji, ale o tej porze należało raczej uspokoić roztrzęsioną matkę, a nie się z nią kłócić. Nie zdążył jednak zacząć jej uspokajać, bo mówiła dalej.

– Jesteś moim synem i piszesz kryminały, prawda? Więc przestań się zajmować fikcyjnymi morderstwami i rozwiąż prawdziwą sprawę. Musisz być tutaj, ze mną, w Paryżu.

– Ale… – zaczął.

– Jack, tylko do ciebie mogę się zwrócić. Twój ojciec jest daleko, poza tym i tak nie miałby ochoty przyjść mi z pomocą. A jeśli nawet, nic by nie zdziałał – dodała cierpko. – Ale ty możesz mi pomóc. – Jej ton brzmiał błagalnie. – Proszę cię… proszę, przyjedź.

Myśl, że ot tak miałby pojechać do Francji i zająć się poszukiwaniem domniemanego mordercy, wydała mu się niedorzeczna. Po pierwsze, nie chciało mu się wierzyć, że śmierć przyjaciółki matki nie była skutkiem zwykłego wypadku, a po drugie, z matką nie łączyła go praktycznie żadna więź. Jego rodzice się rozstali, gdy miał dziesięć lat, i choć mieszkał z matką, kiedy nie więziły go mury szkolnego internatu, doświadczenie to zapamiętał jako beznadziejne, a gwałtowne zmiany nastroju Sybil i jej zupełny brak zainteresowania pomyślnością Jacka doprowadziły do tego, że przeniósł się do ojca. Ralph był wobec syna równie obojętny, ale oszczędzał mu melodramatyzmu.

Tajemnicą pozostawało to, dlaczego matka zwróciła się do niego w kryzysowej bez wątpienia sytuacji. Nie ulegało wątp­liwości, że ma kłopoty – nigdy nie słyszał Sybil Carrington tak bliskiej histerii – i jeśli miał być wobec siebie w porządku, nie mógł pozostawić jej samej sobie. Uważał, że jeżeli może ją jakoś uspokoić, uzmysłowić jej, że przesadnie reaguje na potworne przeżycie, jest to jego obowiązkiem.

– Dobrze – odparł niechętnie. – Przyjadę.

– Kiedy? – Jej głos nadal brzmiał niepewnie, ale oprócz łez było w nim słychać typową dla matki irytację.

– Dzisiaj – zadecydował spontanicznie. – Jeśli uda mi się kupić bilet w ostatniej chwili, po południu wypłynę promem z Newhaven i wieczorem będę u ciebie.

Cztery godziny później szedł Greenway Lane do domku Flory Steele. Otworzyła mu drzwi ze szczoteczką do zębów w dłoni, mrużąc oczy w porannym słońcu.

– Wiem, że uwielbiasz moje towarzystwo, Jack, ale nie za wcześnie na wizytę?

– Przepraszam. Chciałem cię zastać w domu, zanim wyjdziesz do księgarni. – Zauważył, że jej kasztanowe włosy są starannie uczesane i że ma na sobie strój do pracy: bluzkę z krótkim rękawem i schludną spódnicę.

Flora przyjrzała się jego twarzy i przerwała mycie zębów. Znała tę minę z wielu przygód, które przeżyli razem w ciągu ostatnich dwóch lat – ostatnia miała miejsce zaledwie kilka miesięcy temu na farmie w Abbeymead.

– Masz kłopoty – orzekła. Chwyciła go za rękę i wciągnęła przez próg do wąskiego przedpokoju. – Co się stało?

– To nie ja mam kłopoty. Chodzi o moją matkę.

– O twoją matkę? – Flora otworzyła szeroko oczy. – Ale przecież ty nie utrzymujesz…

– Z nią kontaktu. Zgadza się. To ona się do mnie odezwała, zadzwoniła w nocy o nieludzkiej porze. Jest w Paryżu, jej przyjaciółkę śmiertelnie potrącił samochód. Chce, żebym do niej pojechał.

– Coś podobnego! To dość zaskakujące. – Ruszyła do kuchni, a on za nią. – Napijesz się czegoś ciepłego? Widać, że jesteś niewyspany.

– Chętnie. Zjadłbym też grzankę, jeśli będziesz robić dla siebie. Chodzi o to… chodzi o to, że… Prawdę mówiąc, nie wiem, o co chodzi – zakończył bezradnie.

– Usiądź i spokojnie mi wszystko opowiedz. Nastawię czajnik.

Flora parzyła herbatę i przygotowywała grzanki, a on próbował streścić najbardziej zaskakującą rozmowę telefoniczną, jaką w życiu odbył.

– Nadal sądzę, że to zdumiewające. Na pewno masz zamiar pojechać do Paryża? – Uniosła brwi pytająco. – Dość niespodziewana podróż.

– Wszystko jest niespodziewane – poskarżył się. – Na szczęście skończyłem jedną książkę i zaczynam kolejną, dopiero obmyślam zarys fabuły. Na szczęście mam też dość gotówki na wyjazd. Ale kompletnie nie wiem, czym miałbym się zająć na miejscu.

– Szukaniem zabójcy Ruby King – rzuciła Flora rezolutnie i uściskała go czule. – Jeśli ktoś jest w stanie go odnaleźć, to właśnie ty.

– Ale przecież nie ma żadnego zabójcy? Moja matka przeżywa po prostu nietypowy jak na nią atak histerii.

– I mimo wszystko do niej pojedziesz?

– Muszę. Wydawała się zrozpaczona, nigdy nie słyszałem jej tak bliskiej załamania. A z tatą nie ma kontaktu, on jest gdzieś na Dalekim Wschodzie i zajmuje się swoimi sprawami.

– Hazardem?

– Pewnie tak. Nie ma szans na to, żeby do niego dotrzeć, zresztą jego obecność tylko pogorszyłaby sprawę. Rodzice nie mogą na siebie patrzeć. – Westchnął ciężko. – Wiesz, Floro, kiedy matka zadzwoniła, zdziwiłem się, że zwraca się akurat do mnie. Do syna, którego nie widziała i z którym nie rozmawiała od czasu potężnej awantury przed laty. Zdaje się, że biedna Ruby była jej jedyną przyjaciółką.

– To smutne – przyznała Flora. – Ale dobrze, że jedziesz do matki. Będziesz mógł ją wspierać przez kilka dni, a kiedy ochłonie, wrócisz do domu. Kiedy wyjeżdżasz?

– Zamierzam wyruszyć dziś po południu. – Flora jeszcze bardziej uniosła brwi. – Mam przeczucie, że jeśli nie pojadę natychmiast, może zrobić coś głupiego. Przez telefon nie przypominała kobiety, którą znam.

– Zdaje się, że po południu wypływa prom do Dieppe, może są jeszcze bilety.

– O nim właśnie myślałem. A stamtąd jest pociąg do Paryża. – Jack zamilkł, zastanawiając się, czy odważyć się na propozycję, która zaświtała mu w głowie po drodze do domku Flory. Jeśli tylko z jakiegoś powodu wzbierał w niej strach przed zbyt bliską więzią, stawała się nerwowa.

Postanowił zaryzykować.

– Nie chciałabyś przypadkiem… pojechać ze mną?

Spojrzała na niego, ale się nie odezwała.

– Może, korzystając z okazji, zdołałabyś znaleźć groby rodziców – dodał pośpiesznie.

Ostatnie dni życia jej rodziców były owiane tajemnicą. Dawny chłopak Flory twierdził, że zostali pochowani na południu Francji, a nie na cmentarzu w Highgate, jak od zawsze myślała Flora. Jack wiedział, że Flora desperacko pragnie rozwikłać zagadkę z przeszłości, ale jednocześnie boi się tego, co mogłaby odkryć.

– Zawsze chciałaś się wybrać do Paryża – przypomniał.

– I nadal chcę – odparła oschle. – Ale jak miałabym to zrobić? Musiałabym zamknąć sklep. Nie mogę już liczyć na to, że pod moją nieobecność All’s Well zajmie się Sally. – Sally Jenner, obecnie dumna właścicielka hotelu w dawnym klasztorze, prowadziła w zeszłym roku księgarnię, gdy Flora spędzała z Jackiem kilka tygodni w Kornwalii. – Nie wiem, czy to możliwe.

– Wyjeżdżam z wioski przed południem. – Zaniósł do zlewu filiżankę i talerz, po czym odwrócił się, mocno objął Florę i pocałował ją w policzki. – Zadzwoń do mnie, zanim wyjadę. Masz kilka godzin na podjęcie decyzji.

Florą targały rozterki. Powinna pojechać? Jak miałaby to zrobić? Pragnienie podróży do Paryża nosiła w sobie od lat, silniejsza była jednak niepewność związana ze śmiercią rodziców. Stała się nieodłącznym elementem jej życia, zawsze obecnym gdzieś w tle. Ostatnio dawała o sobie znać o wiele wyraźniej niż dotychczas. Być może właśnie nadarzała się okazja, by dociec prawdy. Gdyby Flora wybrała się w podróż z Jackiem, po przyjeździe mogłaby się skontaktować z Richardem Frantem, swoim dawnym ukochanym. Richard był przekonany, że natknął się na groby rodziców Flory na cmentarzu w jednej z francuskich wiosek, w odległości ponad tysiąca kilometrów od miejsca, w którym powinny się znajdować.

Ciotka Violet, siostra jej ojca, powiedziała małej Florze, że jej matka i ojciec wyruszyli do nieba z Highgate, i do końca życia nie sprostowała tego twierdzenia. Jednak Jack, spacerując po tamtejszym cmentarzu mniej więcej przed rokiem, nie zdołał odnaleźć ich grobów. Flora czuła potrzebę rozwikłania zagadki, ale bała się tajemnicy związanej ze śmiercią rodziców. Jej obawy wynikały z przeczucia, że do tragicznego w skutkach wypadku samochodowego mogło doprowadzić nieszczęśliwe małżeństwo, że wszystkiemu winny był temperament jej ojca – nawet Violet zdradziła, że wybuchy gniewu brata bywały przerażające. Czy naprawdę chciała się dowiedzieć, co się stało?

Dręczyła ją też kwestia Richarda Franta. Znów musiałaby się spotkać z mężczyzną, który zawiódł ją w najtrudniejszych chwilach życia. Kiedy jej ukochana Violet poważnie zachorowała i Flora potrzebowała wsparcia, zostawił ją, więc z chorobą i śmiercią ciotki musiała sobie radzić całkiem sama. Jak mogła stanąć z nim twarzą w twarz jakby nigdy nic?

Być może jednak w towarzystwie Jacka podołałaby wyzwaniu. Połączyli siły kilka lat temu, gdy w księgarni Flory niespodziewanie odnaleziono zwłoki, i stali się też przyjaciółmi. Bardzo dobrymi przyjaciółmi. A później, jak mawiało starsze pokolenie mieszkańców Abbeymead, zaczęli ze sobą „sympatyzować”. Flora się tego nie spodziewała, a nawet nie chciała, dopóki nie odkryła, że tego właśnie pragnie.

Po poprzednich miłosnych porażkach ani ona, ani Jack nie mieli ochoty na uczuciowe zaangażowanie, ale od czasu kolacji w Klasztorze – która była wyrazem podziękowania Sally Jenner za pomoc w rozwiązaniu sprawy morderstwa i za to, że postawili jej hotel na nogi – ich więź uległa przemianie. Właściwie zmieniła się dużo wcześniej, choć żadne z nich nie chciało tego przyznać. Tamtego wieczoru w Klasztorze bariery w końcu runęły. Flora wiedziała, że dzięki Jackowi znajdzie siłę, by pozostać niewzruszoną wobec Richarda i na chłodno zmierzyć się z przeszłością.

Musiała też przyznać, że była ciekawa matki Jacka. Ralpha Carringtona poznała w zeszłym roku i go polubiła, choć Jacka irytował. Ralph był hazardzistą, kobieciarzem, bez skrupułów rozbił swoją rodzinę dla własnej przyjemności i od tego czasu wykazywał zaledwie umiarkowane zainteresowanie synem, którego zostawił. Z Sybil Carrington sprawa wyglądała inaczej. Fakt, że matka przez mniej więcej siedem lat nie utrzymywała kontaktu z własnym dzieckiem, świadczył o tym, że ich więź jest mocno zaburzona. Flora pomyślała, że dzięki poznaniu przeszłości Jacka mogłaby nieco lepiej go zrozumieć. Zaczęło jej na nim bardzo zależeć, lecz czasem odnosiła wrażenie, że nadal są sobie obcy.

Najbardziej niepokoiła ją księgarnia. Była czynna przez całą wojnę. Nie zamknięto jej nawet w dniu pogrzebu ciotki Violet. Tak chciała ciocia, więc Flora, jej następczyni i nowa właścicielka All’s Well, spełniła prośbę. Z pewnością nic by się jednak nie stało, gdyby na krótko zamknęła sklep. Jeśli chodzi o kwestie finansowe, mogła sobie na to pozwolić – od niedawna – w tym roku w końcu wyszła na prostą. Wystarczyłoby w szczeblinowej witrynie umieścić informację wyjaśniającą nagłe zniknięcie Flory wraz z zapewnieniem, że księgarnia wkrótce znów otworzy podwoje. Mieszkańcy wioski by ją zrozumieli. Przyklasnęliby jej i cieszyliby się z tego, że podróżuje z Jackiem. I wyczekiwaliby ślubu, na który się nie zanosiło, pomyślała z ironią. Nie mogła się go doczekać zwłaszcza Alice, ciotka Sally, sprawująca pieczę nad hotelową kuchnią. Alice Jenner, choć sama była samotna i wyglądało na to, że nic się w tej kwestii nie zmieni, uwielbiała śluby.

A co z dostawami? Flora zaczęła intensywnie myśleć. Może rozwiązaniem byłoby przetransportowanie paczek, które niedawno spakowała – czekających obecnie w księgarnianej piwnicy – do domu Teaguesów przy Swallow Lane. Wierny rower Flory, Betty, też mógłby się tam znaleźć, dzięki czemu Charlie Teague, jej przedsiębiorczy młody pomocnik, miałby możliwość wykonania swojej piątkowej dostawy. Doszła do wniosku, że owszem, może wyjechać.

Podniosła słuchawkę i wybrała numer Jacka.

Rozdział 2

W połowie czterogodzinnego rejsu do Dieppe Flora uznała, że popełniła błąd. Wiatr był odczuwalny już wcześniej, na nabrzeżu w Newhaven, gdy czekała, aż Jack kupi bilety na prom, ale po wypłynięciu z portu znacznie się wzmógł. Teraz, na środku kanału La Manche, woda burzyła się i kotłowała, a na groźnej szarej toni tworzyły się białe bałwany. W dodatku horyzont przechylał się pod najdziwniejszymi kątami. Florę dręczyły potworne mdłości.

Jack natomiast spacerował po pokładzie, jakby był stworzony do życia na statku. Flora obserwowała go z leżaka, który znalazł dla niej w osłoniętym miejscu na górze, bo stwierdził, że znacznie lepiej, by pozostała tam, zamiast schodzić do dusznej sali dla pasażerów lub przesiąkniętej ciężkimi zapachami kafejki. To było niesprawiedliwe. Jak to możliwe, że ta koszmarna podróż sprawiała mu przyjemność, skoro jej raz po raz żołądek podchodził do gardła?

– Skończyłeś już pozować na Horatia Nelsona? – zapytała z nutą goryczy, kiedy przyciągnął drugi leżak, by usiąść obok niej.

– Nadal cię mdli? – zapytał ze współczuciem.

– Okropnie. Jak długo jeszcze będę musiała znosić te męki?

Jack spojrzał na zegarek.

– Obawiam się, że godzinę albo trochę dłużej.

– Trochę dłużej? – jęknęła. – Powinnam być teraz na lądzie, w Abbeymead, i sprzedawać książki. Dopilnować, czy Charlie doręczył przesyłki i czy Betty nic nie jest.

– Charlie wie, co ma robić, a Betty nic nie grozi.

– Nie byłabym tego taka pewna – odparła. Kiedyś została zepchnięta do rowu przy Paprociowym Wzgórzu, a ostatnio ledwo uchroniła się przed kołami piętrowego autobusu, ponieważ ktoś celowo przebił opony Betty. – Jest jeszcze sprawa piątkowej kolacji z Alice i Kate. W tym tygodniu to ja powinnam je gościć.

Alice i Kate były jej najlepszymi przyjaciółkami i od lat co tydzień każda z nich na zmianę przygotowywała kolację. W piątkowe wieczory spotykały się w ścisłym gronie, żeby zjeść wspólnie posiłek, przekazać sobie nowinki i raczyć się aktualnie krążącymi w wiosce plotkami.

– Kate nadal będzie chciała brać udział w piątkowych kolacjach? – zapytał Jack, a widząc zdziwioną minę Flory, dodał: – Została mężatką.

– A co to ma do rzeczy? – Oburzona Flora na chwilę zapomniała o swoim złym samopoczuciu. – Dlaczego małżeństwo miałoby oznaczać koniec spotkań z przyjaciółkami?

– Tak się tylko zastanawiałem – załagodził sytuację. – Nowożeńcy dopiero co wrócili z podróży poślubnej. Może jeszcze nie doszli do siebie.

– Kate spędziła z Tonym aż za wiele czasu. Pewnie marzy o tym, żeby od niego odpocząć.

– Jesteś bardzo złośliwa, Floro! Dobrze, że na ślubie mogła na ciebie liczyć. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że doskonale spisałaś się w roli druhny.

– To był piękny dzień – przyznała. – I miałam piękną suknię, lecz raczej nigdy więcej jej nie założę. Ale od czasu do czasu mogę ją wyciągnąć z szafy i popatrzeć sobie na nią z zachwytem.

– Jasne. Całe szczęście, że ceremonia przebiegła bez problemów.

Jack tak naprawdę miał na myśli to, że Flora postąpiła słusznie, godząc się towarzyszyć przyjaciółce w tej ważnej chwili. Ślub Kate był dla Flory tematem drażliwym od dnia, w którym się dowiedziała, że Kate ponownie wychodzi za mąż, szczęśliwie uwolniona z pierwszego małżeństwa wdowieństwem. Flora uważała, że Bernie Mitchell zupełnie nie nadawał się na męża, a Kate po jego śmierci odzyskała radość życia, zaangażowała się w życie wioski i zaczęła bardzo o siebie dbać. Wyglądała pięknie. Flora nie rozumiała, dlaczego jej przyjaciółka tak ochoczo zrezygnowała z niedawno odzyskanej wolności i wzięła sobie kolejnego męża, choć Tony Farraday był całkiem miłym facetem.

Jack wstał w chwili, gdy statek zakołysał się mocniej i Flora złapała się za brzuch.

– Ile jeszcze?

Wydawało się, że kołysanie i bujanie nie ustaną, ale w końcu w oddali ukazały się zarysy Dieppe, a kiedy Flora zobaczyła miasto na horyzoncie, zebrała resztki sił i zataczając się, podeszła do burty, skąd obserwowała stopniowo uspokajające się fale, w miarę jak prom zbliżał się do nabrzeża. Gdy mieli schodzić na ląd, potrzebowała tylko lekkiego podtrzymania pod łokciem, żeby utrzymać równowagę. Z podniesioną głową zeszła po trapie na ląd, a Jack podążył za nią.

Wcisnął na głowę słomkowy kapelusz – fedorę latem porzucił – i wygładził pogniecioną marynarkę.

– Pomyślałem, że moglibyśmy coś przekąsić w pobliskim barze. Pociąg do Paryża odjeżdża dopiero za kilka godzin. – Najwyraźniej dostrzegł jej przerażoną minę. – Musisz coś zjeść, Floro. Coś konkretnego – nalegał. – I wypić filiżankę herbaty, chociaż może… – przypomniał sobie francuską herbatę, którą ostatnio pił – …lepsza byłaby kawa.

– Nic nie przełknę – oznajmiła Flora.

Jednak kiedy zajęli miejsca w kafejce i Jack przyniósł jej bułkę, masło i spory kawałek sera z czymś, co wyglądało jak ciemny chutney, ale prawdopodobnie nim nie było, zdołała zjeść kilka kęsów.

– Co zrobimy po przyjeździe do Paryża? – zapytała, powoli przeżuwając gumowate pieczywo.

– Zarezerwowałem dwa pokoje w Hotelu Regina przy Place des Pyramides, w niedużej odległości od Rue Royale, gdzie hrabia Falconi ma swój apartament.

– Wierzę ci na słowo. Te nazwy zupełnie nic mi nie mówią. Twoja matka się tam zatrzymała?

– Zdaniem mojego ojca mieszka z hrabią od kilku miesięcy, zasadniczo w Prowansji, a kiedy on się wybrał do Paryża, pojechała z nim. Ale co robią w stolicy, nie mam pojęcia. Przez telefon niewiele się dowiedziałem. Matka skupiała się tylko na tym, żeby nakłonić mnie do przyjazdu do Francji i nic innego się dla niej nie liczyło. Jeśli spotkamy się z nią dzisiaj na kolacji, możemy ją o to zapytać. Do tego czasu powinien ci wrócić apetyt.

– Zapytaj ją przy okazji, dlaczego jest przekonana, że celem kierowcy tego samochodu była ona, a nie jej przyjaciółka. Czy ktokolwiek inny.

– Chyba uważa, że od jakiegoś czasu jest celem ataków. Powiedziała, że w Prowansji przydarzały się jej różne rzeczy.

– Jakie?

– Dobre pytanie. Jakie? Nie wymieniła niczego konkretnego. Powiedziała tylko, że ktoś próbował ją zmusić do wyjazdu z Prowansji, a może nawet z Francji, a ponieważ nie wzięła sobie do serca jego wskazówki, teraz chce ją zabić.

– To poważne twierdzenie. Wspomniała, o kogo, według niej, może chodzić?

– Rozmowa trwała bardzo krótko, matka nie była w stanie odpowiadać na pytania. Domagała się tylko tego, żebym obiecał, że przyjadę. Była roztrzęsiona, zupełnie odmieniona. Czułem się, jakbym rozmawiał z kobietą, której nie znam. Coś musi być na rzeczy, skoro doprowadziło ją do takiego stanu, abstrahując od tego, czy dzieje się to naprawdę, czy to tylko jej wyobraźnia.

– Miejmy nadzieję, że wieczorem dowiemy się czegoś więcej. – Flora odłożyła większą część bułki i ostrożnie wypiła łyk ciemnobrązowego płynu, który, jak zapewnił ją Jack, był kawą.

– Skoro mowa o dzisiejszym wieczorze, powinniśmy już iść, jeśli nie dasz rady zjeść nic więcej. Do dworca mamy dziesięć minut spacerem, musimy znaleźć właściwy peron. Jedziemy do Rouen, a tam trzeba się przesiąść na pociąg do stacji Świętego Łazarza w Paryżu.

Flora kiwnęła głową, wstała i schyliła się po małą walizkę, z którą wybrała się w podróż.

– Zostaw to mnie. – Wyjął ją jej z rąk. – Po przejściach na morzu potrzebujesz opieki!

– I ty się mną zaopiekujesz?

– A któżby inny?

Pocałował ją lekko w usta, a następnie, z walizkami w obu rękach, ruszył przodem do wyjścia z kafejki, a później w kierunku dworca.

Rozdział 3

Jack wyprowadził ich z paryskiego Dworca Świętego Łazarza, wśród oszałamiającej liczby torów i peronów, na otwartą przestrzeń, gdzie Flora się zatrzymała. On szedł dalej, a ona po prostu stała i patrzyła. Po raz pierwszy widziała miasto, które od lat pragnęła odwiedzić! Przy pobliskich ulicach stały eleganckie budynki z mansardowymi dachami i złocistymi elewacjami subtelnie zgaszonymi w zachodzącym słońcu, a w oddali rozciągał się bulwar obsadzony po obu stronach drzewami. Stała jak zahipnotyzowana, oczarowana nowym, fascynującym światem. Jack z walizkami w rękach zdążył w tym czasie dotrzeć do postoju taksówek.

Teraz, siedząc w swojej sypialni w Hotelu Regina, Flora znów przeżywała ekscytację. Z jej okna roztaczał się wspaniały widok.

– Wieża Eiffla – niemal pisnęła z przejęcia, przyciskając twarz do szyby. – Jack, widzę wieżę Eiffla!

Jego oczy uśmiechały się mimo zmęczenia.

– Zostawię cię, żebyś mogła się nią nacieszyć. Zadzwonię do matki i umówię się z nią na kolację. Jest dawno po ósmej, masz ochotę coś zjeść?

Flora promieniała.

– Oczywiście. Czuję się jak nowo narodzona.

Jej pierwsza kolacja w Paryżu, pomyślała, gdy Jack wyszedł z pokoju, żeby zatelefonować do matki. Wspólna kolacja. Nastrojowa, kameralna restauracja z ciężkimi zasłonami, świecami na stole i pokrytymi aksamitem krzesłami w stylu napoleońskim. Miała to wszystko przed oczami i przez chwilę rozkoszowała się wytworem swojej wyobraźni. Ale tylko przez chwilę. Choćby było najbardziej nastrojowo i kameralnie, choćby było nie wiadomo ile świec, nie będą sami. Tego wieczoru będzie im towarzyszyć Sybil Carrington.

Sybil na miejsce spotkania wybrała pobliską włoską restaurację i czekała już w środku, zanim zjawili się Flora i Jack. Flora rozpoznała ją od razu. Jack po ojcu odziedziczył wzrost, ale w jego twarzy Flora widziała rysy matki. Z tą różnicą, że twarz Sybil była mniej sympatyczna i znacznie bardziej zadbana, tak że syn pod tym względem nie miałby szans jej dorównać. Miała we włosach subtelne blond pasemka, idealny makijaż i wybrała na tę okazję sukienkę, która wyglądała na drogą i dobrze leżała na dojrzałej, ale nadal zgrabnej sylwetce.

– To jest Flora Steele, moja przyjaciółka – przedstawił ją Jack. – Floro, moja mama.

Flora poczuła, że wzrok Sybil powoli przesuwa się po jej ciele i zatrzymuje na chwilę na jej twarzy. Oceniła mnie i uznała, że jestem niewiele warta, stwierdziła Flora. Jack na pewno uprzedził matkę, że przyjechał do Paryża w towarzystwie kobiety, najwyraźniej jednak nie takiej, jakiej oczekiwała Sybil.

– Miło panią poznać, panno Steele – rzuciła mechanicznie matka Jacka, choć z jej miny wynikało coś zupełnie innego.

– Proszę mi mówić po imieniu. Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu, że się wprosiłam. Planowałam wyjazd do Francji i kiedy Jack powiedział, że się tu wybiera… – Flora instynktownie wiedziała, że Jack nie chciałby wyjawiać matce prawdziwej natury ich związku. Potrzebowała pretekstu.

Brązowe oczy Sybil wpatrywały się w nią surowo.

– Ach tak? Cóż, nieważne. W sumie co dwie głowy, to nie jedna. – W ten frazes najwyraźniej nie wierzyła.

Zrezygnowali z aperitivo, zjedli antipastii gdy czekali na primi, Sybil poruszyła kwestię, która sprowadziła Jacka do Francji.

– Jestem zastraszana – oznajmiła nagle.

Jack bawił się nożem, stukając nim o lniany obrus.

– Wspomniałaś mi o tym przez telefon.

– I to nie tylko w Paryżu. Grożono mi również w rezydencji.

– Masz na myśli winnicę w Prowansji? – zapytał.

– Rezydencję Constantin – odparła zniecierpliwiona. – Massimo, hrabia, postanowił przeprowadzić się do Prowansji, przynajmniej na rok lub dwa. Znalazł niebywale dobrego zarządcę winnicy Veneto, bo woli południe Francji, zwłaszcza zimą.

– Zimy w północnych Włoszech bywają mroźne i wilgotne – przyznał Jack. – Ale nie wyjaśniłaś, o co chodzi z tymi groźbami – drążył ostrożnie.

Sybil odgarnęła wyjątkowo jasny kosmyk włosów i lekko westchnęła.

– Przez telefon nie miałam czasu się nad tym rozwodzić. Zależało mi na tym, żeby cię tu ściągnąć.

– A teraz?

Rozsiadła się wygodniej na krześle.

– Zaczęło się od pieniędzy – wyznała. – Skradziono mi ogromną sumę. Pięćset funtów! Wszystko, co mi pozostało z nędznej ugody z twoim ojcem. Wypłaciłam tę kwotę przed wyjazdem z Anglii.

Wyglądało na to, że Ralph Carrington był znacznie bardziej hojny, niż Jack sądził.

– W gotówce?

– Tak – odburknęła. – W gotówce. Nie ufam francuskim bankom. Po kradzieży zostałam praktycznie bez grosza.

– Domyślam się, że znalazłaś się w kłopotliwym położeniu… A hrabia? – zapytał subtelnie Jack. – Nie mógł ci pomóc?

– Massimo nie pozwoli mi głodować, jeśli o to ci chodzi – odparła cierpko. – Ale ja cenię sobie niezależność. Mam dość życia w cieniu mężczyzny, przez lata musiałam znosić humory safanduły. Twojego ojca – dodała, jakby potrzebne było uściślenie.

Flora zauważyła, że Jack zesztywniał. Nie przyjechał tu z Abbeymead po to, żeby wysłuchiwać litanii skarg, które znał zapewne na pamięć.

– Czy ty lub hrabia próbowaliście dowiedzieć się, kto mógł zabrać pieniądze? – Starał się zachować neutralny ton głosu.

– Oczywiście, ale skończyło się tylko tym, że zdenerwowaliśmy służbę. Massimo przerwał dochodzenie, gdy dwie pokojówki złożyły rezygnację.

Dwie z pokojówek, wychwyciła Flora. Massimo najwyraźniej utrzymywał dużą rezydencję i musiał być bardzo zamożnym człowiekiem. Wyglądało na to, że Sybil ma szczęście, choć jak się zdawało, straciła oszczędności całego życia.

– W każdym razie – ciągnęła matka Jacka – nie chodzi tylko o to, że zniknęły pieniądze. Sęk w tym, że zostałam bez środków do życia i właśnie one to musiały mieć na celu, pozbawiając mnie pieniędzy.

– One? – Jack przerwał matce.

– Żona hrabiego. Była żona – poprawiła się. – Jestem prawie pewna, że to ona za tym stała. I jego córki, no, może z wyjątkiem Clio. Nienawidzą mnie i zrobią wszystko, żeby się mnie pozbyć. – Pochyliła się. – Sprawa pieniędzy to nie wszystko – powiedziała cicho. – Próbowano mnie otruć.

Flora uniosła brwi, Jack również, ale zanim zdążył zadać oczywiste pytanie, kelner przyniósł risotto z owocami morza, które zamówili wszyscy troje. Po chwili zamieszania, jakie powstało przy sprzątaniu talerzy i podaniu czystych, Jack podjął wątek.

– Dlaczego uważasz, że zostałaś otruta?

– Nie powiedziałam, że zostałam otruta. – Machnęła widelcem w stronę syna na znak sprzeciwu. – Powiedziałam, że ktoś próbował mnie otruć. Podmienił moje tabletki. Te, które zażywam na nadciśnienie, zastąpił innymi… Nie wiem jakimi.

– Skąd wiesz, że zostały podmienione?

– Ponieważ wbrew temu, co sądzisz, nie jestem głupia, Jack. Tabletki miały ten sam kolor i kształt, ale różniły się nieco rozmiarem, i ja to zauważyłam.

– Więc oszustwo nie było zbyt sprytne.

– Mogło być – warknęła Sybil. – Gdybym nie miała na nosie okularów, kiedy sięgałam po tabletki.

Flora do tej pory nie zabierała głosu, nie chciała się wtrącać do rozmowy matki i syna, więc w milczeniu delektowała się potrawami. Były wyśmienite. Zdawało się, że La Cantina należy do ulubionych restauracji Massima. Ten człowiek miał nie tylko pieniądze, ale i gust, pomyślała. Gdyby była tu Alice, poczułaby zazdrość i prawdopodobnie już zdążyłaby zajrzeć do kuchni, żeby spróbować podkraść przepisy. Szkoda, że z powodu panującego przy stole napięcia kolacja nie należała do przyjemnych. Choć matka i syn ze sobą rozmawiali, atmosfera nie była harmonijna. Flora, współczując Jackowi jego położenia – po latach braku kontaktu z matką mimo wszystko pośpieszył jej z pomocą, choć może nie aż tak ochoczo – poczuła chęć włączenia się do rozmowy.

– Tamtej nocy… – odezwała się – co się stało pani przyjaciółce? Jeśli czuje się pani na siłach, by o tym rozmawiać.

Sybil spojrzała na nią nieco przyjaźniej.

– To bolesne – przyznała. – I przerażające. Wychodziłyśmy z Galerie Lambert. To nowa galeria, którą pomógł sfinansować hrabia Falconi. Tamtego wieczoru inaugurowano jej działalność hucznym przyjęciem. Zabrałam ze sobą Ruby. Miałam wrażenie, że dobrze się bawi, ale nagle źle się poczuła. Zrobiło jej się słabo. – Sybil zamilkła, patrząc przed siebie, jakby próbowała przypomnieć sobie szczegóły tamtego wieczoru. – W galerii było bardzo gorąco i głośno – powiedziała. – Mnóstwo ludzi rozmawiało, piło, panował tłok, więc kiedy Ruby zaproponowała, żebyśmy poszły do mnie na pożegnalnego drinka, uznałam, że to dobry pomysł. Mieszkanie leży niedaleko i pomyślałam, że Ruby będzie mogła dojść do siebie i wrócić na przyjęcie, jeśli zechce.

– Wyszłyście same? – zapytał Jack.

Matka skinęła głową.

– Samochody stały na czerwonym świetle – ciągnęła powoli. – Zaczęłyśmy przechodzić przez ulicę… Byłyśmy w połowie drogi, kiedy… – Urwała wyraźnie poruszona. – Światła się nie zmieniły, inne auta nadal czekały na zielone, ale jedno, wielka czarna bestia, zignorowało sygnalizację i ruszyło w naszą stronę z ogromną prędkością. Chwyciłam Ruby za rękę i zaczęłam biec, ale samochód jechał za szybko i…

– W porządku, mamo, rozumiemy. Nie musisz mówić nic więcej. – W głosie Jacka było słychać troskę. – Podejrzewam, że policja nie zdołała ustalić numeru rejestracyjnego?

– Policja! – wykrzyknęła z goryczą. – Jest kompletnie bezużyteczna. Zawiadomiła miejscowe warsztaty, żeby zwracały uwagę na każdy samochód oddany do naprawy, a poza tym nie zrobiła zupełnie nic. Powiedziano mi, że w Paryżu jeżdżą tysiące dużych czarnych Sedanów i że sprawa jest beznadziejna, jeśli nie dopisze nam wyjątkowe szczęście. Oczywiście tak naprawdę chcieli po prostu zamknąć dochodzenie. – Sybil zacisnęła wargi. – Massimo też nie okazał się zbyt pomocny. Przytakiwał policji, że to na pewno był wypadek. Że kierowca pomylił światła i nas nie zauważył. Nie zauważył! Jezdnia była doskonale oświetlona! – Przerwała na chwilę i ciężko westchnęła. – To było celowe – oznajmiła z przekonaniem. – I nie mam wątpliwości, że celem byłam ja.

– Od dawna znała pani Ruby? To przyjaciółka z dawnych lat? – Flora pomyślała, że jeśli potrącenie było zamierzone, celem mogła być Ruby. Zastanawiała się, jak dobrze Sybil znała przyjaciółkę.

– Nie, znałam ją od niedawna – odparła Sybil po chwili namysłu. – Ale stałyśmy się sobie bliskie.

Flora skinęła głową ze współczuciem, zachęcając Sybil, by mówiła dalej.

– Poznałam ją kilka tygodni temu. Piłam herbatę w Galeries Lafayette, czekając na Massima, a ona podeszła do mnie, żeby skomplementować moją sukienkę. Od Diora – dodała z dumą. – Prezent urodzinowy od hrabiego.

– O rany! – Flora miała nadzieję, że to właściwa reakcja.

Nie myliła się. Zadowolona Sybil kontynuowała opowieść.

– Zaczęłyśmy rozmawiać przy herbacie. Ruby dobrze zna, znała, Paryż i z radością oprowadziła mnie po mieście. Nie znam tu prawie nikogo, zaledwie kilka osób z czasów tuż po przyjeździe do Francji, i kiedy Massimo jest zajęty, czuję się samotna. A wyjątkowo pochłania go galeria. To z jej powodu przyjechaliśmy tu z Prowansji. Sporo zainwestował w to przedsięwzięcie, chciał mieć pewność, że otwarcie przebiegnie bez problemów.

– Czy Ruby jest emerytką? – zapytała Flora, celowo używając czasu teraźniejszego.

– Z tego, co wiem, nie pracowała. O pracy nie rozmawiałyśmy, ale przypuszczałam, że była wdową. Bogatą. Pieniędzy miała zawsze pod dostatkiem.

– A gdzie mieszkała? – zapytał nagle Jack, wtrącając się do rozmowy bliskich mu kobiet. – Kiedy zdarzył się wypadek, szłyście do twojego mieszkania, a czy ty bywałaś u niej?

– Jakie to ma znaczenie? Tak się złożyło, że u niej nie byłam i nie wiem dokładnie, gdzie mieszkała. Przypuszczam, że niedaleko Rue Royale. Dzwoniła do mnie i spotykałyśmy się w kawiarni, w sklepie albo w parku.

Krótko mówiąc, pomyślała Flora, Sybil niewiele wiedziała o swojej bliskiej przyjaciółce.

– Masz jej numer telefonu?

– Po co ci on, Jack? Przecież Ruby nie odbierze telefonu?

– Nie, ale numer może nam pomóc w poszukiwaniach kierowcy samochodu – odparł spokojnie.

– No cóż, skoro się domagasz. – Niemal ze złością zapisała numer na menu i podała je synowi. – Proszę. Masz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Originally published under the title Murder in a French Village

Copyright © 2023 Merryn Allingham

All rights reserved

Published in Great Britain in 2023 by Bookouture, an imprint of Storyfire Ltd.

Copyright for this edition © Wydawnictwo WAM, 2026

Opieka redakcyjna: Agnieszka Ćwieląg-Pieculewicz

Redakcja: Sylwia Kajdana

Korekta: Maria Armata, Katarzyna Onderka

Projekt okładki: Ania Jamróz

Skład: Lucyna Sterczewska

ISBN ePub 978-83-277-4542-2

ISBN mobi 978-83-277-4543-9

MANDO

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200

www.wydawnictwomando.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255

e-mail: [email protected]

Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk