Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie każda zbrodnia kończy się wraz z wyrokiem.
Gdy córka Wiktora Sosnowskiego walczy z białaczką, on sam dostaje wiadomość, która zmienia wszystko:
„Co zrobisz dla swojego dziecka?”
Włamanie na Żoliborzu odsłania sprawę sprzed lat, o której nikt nie miał już pamiętać. Stare akta, rodzinne sekrety i szantażysta, który zna prawdę o winach, które nigdy nie zostały rozliczone. Każda decyzja przybliża Sosnowskiego do uratowania córki. Albo do ostatecznego upadku.
„Pustka” to mroczny thriller o zemście, winie i granicach, które zacierają się, gdy stawką jest życie dziecka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 277
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Agnieszka Peszek
Pustka
ROZDZIAŁ 1
Kap…
Kap…
Kap…
Zwisająca z obdrapanego sufitu żarówka zamigotała i w pomieszczeniu na chwilę zrobiło się ciemno. On mimo to skupiał wzrok na jednym.
Kap…
Kap…
Kap…
Wiedział, że to właściwie niemożliwe, ale z odległości kilku metrów słyszał, jak krople uderzają o brudną betonową posadzkę, a następnie rozpadają się na mniejsze części i tworzą rosnącą z każdą sekundą kałużę. Z miejsca, gdzie stał, wydawała się czarna. Delektował się tą chwilą, chłonął ją wszystkimi zmysłami.
Kap…
Kap…
Kap…
Do jego nozdrzy doleciał odór zgnilizny, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Ani przez ułamek sekundy nie zaprzątał sobie myśli tym, co może być źródłem. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech.
Kap…
Kap…
Kap…
Drżenie stopniowo opuszczało jego ciało. Wypuścił powietrze i uniósł powoli powieki.
Kap…
Kap…
Kap…
Przeniósł wzrok na powód swojej obecności w opuszczonej hali. Leciutko się uśmiechnął. Strach goszczący ostatnio w jego ciele gdzieś się ulatniał. Każda uderzająca o posadzkę kropla uwalniała go od paraliżującej niemocy.
Bólu.
Lęku.
Emocji, które niczym łańcuch spętały jego ciało i nie pozwalały mu funkcjonować.
Czasami wręcz oddychać.
Nieraz budził się w nocy, łapiąc panicznie haust powietrza, jakby właśnie wynurzył się spod wody.
Zrobił krok do przodu. Światło księżyca rozjaśniało przestrzeń starej hali, w której podobno kiedyś mieścił się zakład produkujący guziki. Zostało po nim niewiele – kilka połamanych regałów i mocno naruszone zębem czasu plakaty.
Wielokrotnie wyobrażał sobie, jak kończy się ten ciągnący długimi latami koszmar.
Koszmar, który zniszczył wszystko, na czym mu zależało, i wszystkich, którzy byli mu bliscy.
Koszmar, który doprowadził go do patowej sytuacji.
Albo nigdy nie wyjdziesz z tego gówna, albo weźmiesz sprawy w swoje ręce i rozprawisz się z tym, co było.
Wybrał to drugie.
Oczami wyobraźni widział, jak walczy z demonami przeszłości. A raczej z demonem.
Jak strzela do niego, podrzyna mu gardło. Odbierał mu życie na wiele sposobów, jednak kiedy wizja odchodziła, paraliżował go strach.
Wymyślić a zrobić – to dwie różne rzeczy.
Ale teraz wiedział, że mu się udało.
Zamknął oczy, starając się zapamiętać wszystko, co się ostatnio wydarzyło.
Rzeczywistość przeszła jego najśmielsze oczekiwania.
Poszło jak z płatka i teraz mógł w końcu odetchnąć.
Mógł delektować się chwilą własnego triumfu.
Najlepszy dowód tego stanowił siedzący na rozpadającym się krześle mężczyzna, a wbity w jego nogę nóż jednoznacznie świadczył o tym, kto odniósł zwycięstwo.
***
Marzena Sosnowska weszła do niewielkiej łazienki przy szpitalnym pokoju. Jak każdego ranka, usiłowała powstrzymać łzy. Zrobiła krok do przodu i kątem oka dostrzegła w lustrze swoją twarz – sińce pod zaczerwienionymi oczami, zapadnięte policzki. Sporo schudła, stała się cieniem samej siebie. Ale zupełnie się tym nie przejmowała. Liczyło się jedynie to, czy ma siły walczyć o najukochańszą osobę. To, że wyglądała jak zombie, nie grało żadnej roli.
Wszystko przestało mieć znaczenie cztery miesiące wcześniej.
Dobrze pamiętała każdy szczegół tamtego dnia. Rano zjadła kawałek zepsutego pomidora i przez jakiś czas męczył ją dziwny posmak w ustach. Potem zdenerwował ją taksówkarz, który zatrzymał się na środku drogi, żeby wysadzić jakąś długonogą blondynkę. To wszystko straciło jednak sens, gdy wraz z nerwowo stukającym stopą w podłogę mężem usłyszeli najgorszą z możliwych diagnoz.
– Proszę państwa, nie mam dobrych wieści – zaczęła kobieta w białym kitlu.
Jej schludny lekarski mundurek kontrastował z kolorowymi skarpetkami nie do pary. Teraz nerwowo ściskała lewy kciuk prawą ręką.
– Mówiła pani, że to nic poważnego – wtrąciła natychmiast Marzena.
– Nie do końca. Powiedziałam, że trzeba mieć nadzieję. Bez ostatecznych badań trudno było stwierdzić, czy to coś, czego należy się bać.
– No ale przecież nie ma powodów do obaw! – Tym razem nerwowo zareagował mężczyzna, który sekundę wcześniej chwycił żonę za dłoń, mimo że nie robił tego od lat.
– Niestety to białaczka.
– Białaczka? To… – odezwał się drżącym szeptem Wiktor Sosnowski – niemożliwe. Nasza Natalka? – dodał, jakby próbował znaleźć w tym sens. – Pani się myli.
– Przykro mi, ale mam przed sobą wyniki badań. – Przesunęła w stronę pary kartkę leżącą na biurku. – Nie ma mowy o pomyłce.
– To nie jest jej dokumentacja… – zaprotestowała Marzena, lecz i jej głos się łamał. – Pani dostała wyniki innego dziecka. Nie naszej córci!
– Rozumiem, że są państwo w szoku. Nie dziwię się. Akceptacja wymaga czasu…
– Akceptacja? – Marzena oderwała wzrok od podłogi i spojrzała na nagłówek.
Na wydruku widniało imię i nazwisko jej córki.
Siedzieli jeszcze prawie godzinę, próbując zrozumieć, ale na próżno.
Tego dnia świat przestał istnieć. Brak premii, na którą liczyła od wielu miesięcy. Kolejna kłótnia z mężem o jego pracę, której nienawidziła z całego serca. Podwyżka cen prądu czy wielka śmierdząca plama na kanapie po tym, jak kot nasikał na mebel, bo znowu nie posprzątali kuwety.
W jednej sekundzie wszystko zniknęło jak za dotknięciem magicznej różdżki. Wyparowało.
Była tylko ona. Ich skarb. Natalia – wyczekiwana, wymodlona. Najsłodsza, najukochańsza. Jedyna.
Marzena dobrze pamiętała pierwszy raz, gdy trzymała córkę na rękach. Jej zapach, miękką skórę. Poczuła wtedy, że w końcu jest kobietą spełnioną. Od zawsze chciała być matką – sprowadzić na świat małą istotę, troszczyć się o nią, patrzeć, jak rośnie, i wspomagać ją w trudnych chwilach. A nagle jedno słowo odgrodziło ją od tego wszystkiego grubym murem, którego nie była w stanie przeskoczyć ani przebić. Nie mogła zrobić niczego, żeby zniknął. Żeby było jak dawniej.
Białaczka.
Ten jeden wyraz zmienił wszystko. Lekarka mówiła o chorobie, leczeniu, rokowaniach, a Marzena patrzyła na różowe pąki kaktusa na parapecie, jakby mogły w czymkolwiek pomóc. W głowie dudniło jej tylko to jedno słowo. Coraz głośniej, jak krzyk przez tubę tuż przy uchu.
Później były hektolitry łez i niezliczone nieprzespane noce.
Kobieta bez apetytu wpatrywała się od rana w kanapkę, świadoma, że musi jeść, żeby nie opaść z sił i móc nadal kreować dla córki świat pozornej szczęśliwości. Woleli żyć w kłamstwie niż wyznać jej makabryczną prawdę. Wymyślali ciąg niestworzonych historii.
– Pani doktor chciałaby cię lepiej poznać. Coś małego jej się nie podoba – zakomunikowała Marzena, gdy dwa dni po werdykcie, jak nazywała rozmowę z lekarką, pakowała torbę podróżną. – Dlatego przez jakiś czas pomieszkamy w szpitalu. Tak będzie łatwiej. Poza tym spotkasz fajne, nowe dzieciaki.
– Ale ja nie chcę. – Usłyszała w odpowiedzi.
– Kochanie, to są takie wakacje. Będziesz się bawić. Rysować, no i… – Na moment zawiesiła głos i rozejrzała się po pokoju. – Zrobimy plan podróży, podobny do tego sprzed wakacji. Przyniosę ci taki wielki blok.
Dziewczynka zacisnęła usta i skrzyżowała ręce na brzuchu.
– No dobra – mruknęła po chwili, nadal z obrażoną miną. – Ale będę mogła w nim rysować?
– Jasne, a jak wyjdziemy, pojedziemy do zoo.
– Odwiedzimy kapibary?
– Oczywiście. – Marzena usiadła obok córki, odkładając wypchaną torbę.
Cały czas mocno się kontrolowała. Nie mogła, naprawdę nie mogła wybuchnąć płaczem. Od wyjścia z gabinetu lekarki z trudem powstrzymywała płacz.
Na szczęście Natalia jeszcze tego nie zauważyła.
– I będę mogła ich dotknąć?
– Hmm… no nie wiem… Nie jestem pewna, czy można.
Marzena oblała twarz zimną wodą i wróciła do sali, w której leżała Natalka. Cieszyła się, że udało im się wywalczyć pojedynczy pokój.
Stanęła pół metra od córki i patrzyła na jej wolno unoszącą się klatkę piersiową. Ubrana w różową piżamkę w renifery, otoczona masą pluszaków o zabawnych imionach, dziewczynka spała słodko, nic sobie nie robiąc z tego, że szpital powoli się budził, by zacząć kolejny dzień walki o życie swoich pacjentów.
– Cześć. – Sosnowska usłyszała nagle za sobą męski głos.
Serce jej przyspieszyło. Choć mogła się spodziewać Wiktora, i tak się przestraszyła.
– Cześć. Fajnie, że wpadłeś – wyszeptała.
Zawsze mówili przy małej ściszonymi głosami. Nie chcieli przerywać jej odpoczynku, który zdaniem lekarzy był tak samo ważny jak leczenie.
– Obiecałem, że przyjadę, więc jestem.
– Wiem, ale… u ciebie różnie bywa.
Nie skomentował, tylko podszedł bliżej córki.
– To nie miejsce na to, ale… – Marzena odwróciła się do męża i zacisnęła usta. – Dzwonił do mnie twój adwokat. Chciał ustalić szczegóły rozwodu, ale powiedziałam mu, że nie mam teraz do tego głowy. Zresztą przecież…
– Przepraszam – przerwał jej w pół zdania. – Mówiłem mu, że ma się nie spieszyć. Wiem, że są kolejki w urzędach, sądach i takie tam. Wyjaśniłem wszystko, ale on się zachowuje, jakby coś brał, jest nakręcony jak ten bączek Natki. Musi działać, bo inaczej się udusi. – Kąciki jego ust delikatnie się uniosły.
– Tylko tak mówię. – Marzena westchnęła przeciągle i poprawiła kosmyk włosów, który wyswobodził jej się z kucyka. – Ostatnio się nie widujemy w domu, a tutaj ciężko porozmawiać. No i może jednak będziesz spał w pokoju Natki? Kanapa jest niewygodna. Twoje plecy długo tego nie wytrzymają.
– Wiesz, że ja mogę i na podłodze. Pamiętasz, kiedy… – Nie skończył, gdy dostrzegł smutek w oczach żony. – Jak ona się dziś czuje?
Sosnowski przysiadł na krześle po przeciwnej stronie łóżka. Marzena wzięła głęboki oddech i odwróciła wzrok. Patrzenie na mężczyznę, którego kiedyś śmiało mogła nazwać miłością swego życia, bolało coraz bardziej. Gdyby nie córka i to, że teraz musieli stać przy niej murem i udawać, że się lubią, a nawet kochają, dawno ograniczyłaby kontakt z mężem do minimum.
– Bez zmian – wyszeptała, nie odrywając spojrzenia od małej buźki, wtulonej w ukochanego świstaka. – Podobno powinniśmy się cieszyć. Dzisiaj znowu usiłowałam dowiedzieć się czegoś więcej, ale… lekarka ma mnie już dość.
– Przesadzasz. Masz prawo wiedzieć, jak się ma nasza córka. Możesz pytać, o co tylko chcesz, i tyle razy, ile potrzebujesz.
– Tak, ale… – Pociągnęła nosem i wytarła wierzchem prawej dłoni spływającą z niego wodę.
Zawsze się rozklejała, gdy Natalia już zasnęła. Poza zasięgiem jej wzroku nie wytrzymywała emocjonalnie, ale gdy tylko mała unosiła powieki, kobieta przywoływała na twarz maskę i grała najszczęśliwszą matkę świata.
– Marzena, już tyle razy ci mówiłem. Masz mieć w dupie…
– Nie mów tak przy Natalce.
– Przepraszam, ale to ona jest najważniejsza. Cała reszta ma się kręcić wokół niej. Trzeba zrobić wszystko, żeby dotrwała do terapii. Mamy zielone światło. Za chwilę ruszamy ze zbiórką. Wszystko zaakceptowane, dokumenty zweryfikowane. Na tym się skupiamy – recytował niczym wprawiony mówca. Ten nieznoszący sprzeciwu ton pasował do jego charakteru.
– Wiem. Tylko to wszystko… Ja czasami…
Pogłaskała dłoń córki i uśmiechnęła się do niego. To był jeden z niewielu momentów, kiedy cieszyła się, że Wiktor jest obok. Dzięki niemu nie była w tym sama. Tylko on czuł dokładnie to co ona. Ten paraliżujący strach, gdy dzwonili ze szpitala, kiedy akurat nie było ich na oddziale. To kłucie w sercu i towarzyszący zasypianiu lęk przed nieznanym, które może nadejść nocą, i przed tym, co przyniesie kolejny dzień. Scenariusze podpowiadane przez wyobraźnię. Próbowała się tego wystrzegać, ale głowa sama wypełniała się obrazami, które natychmiast wywoływały skurcz w brzuchu i tępy ból w czaszce.
– Mamo… – Usta bladej dziewczynki poruszyły się i wydobył się z nich ledwo słyszalny niewinny głosik: – Obejrzymy Małą syrenkę?
Twarze obojga dorosłych natychmiast się rozluźniły, a uśmiechy, które się na nich pojawiły, osoba postronna mogłaby uznać za naturalne.
– Oczywiście, słońce. Jak chcesz, to nawet dwa razy. A teraz muszę cię wyściskać i wycałować. – Sosnowska nachyliła się nad wychudzoną córką.
– A ja będę śpiewał jak syrena. La, la, la! – Wiktor wydał z siebie kilka dźwięków, które trudno było uznać za melodię.
– Tato, przestań! – Dziewczynka zaakcentowała drugi wyraz.
– Ale co? Źle śpiewam?
– Fatalnie – skomentowała występ Marzena.
– Po pierwsze, nie znacie się, po drugie, jesteście zazdrosne.
– Mama śpiewa ładnie, a ty wyjesz jak Dino.
Wszyscy troje zaśmiali się na wspomnienie starego psa sąsiadów, który zaczynał wyć, kiedy chciał jeść, i czasami wychodziło mu coś na kształt melodii.
– Wasza strata. Hollywood kiedyś się na mnie pozna. Ale dzisiaj obejrzymy film jeszcze bez mojego wokalnego udziału. – Wyszczerzył zęby.
– I chwała za to – wtrąciła jego wkrótce była żona.
– Nie zostaniesz zaproszona na mój recital, jeśli będziesz się ze mnie śmiała.
– Trudno. – Wzruszyła teatralnie ramionami.
– To robimy sobie kino. Polecę zaraz po popcorn! – Puścił do córki oczko. Wiedział, że lekarze krzywią się na takie przysmaki, ale zgodnie z zaleceniem pani psycholog odrobina normalności była dziecku niezwykle potrzebna.
– A lody? – Młoda zrobiła minkę jak kot ze Shreka, najpierw do mamy, potem do taty.
W tej chwili byliby gotowi złamać każdy zakaz, byle ją uszczęśliwić.
– Truskawkowe? – Ojciec uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– I mango! Te co ostatnio! – Dziewczynka usiadła na łóżku, ignorując to, że jeden z pluszaków spadł na podłogę. – A możemy też…
Radosną pogawędkę przerwał dźwięk telefonu Wiktora – wszyscy wiedzieli, że musi odebrać. Na twarzy Natalki od razu pojawił się smutek, a gdy ojciec wrócił po dwóch minutach, również był przygaszony.
– Przepraszam. – Przysiadł na krawędzi łóżka i pogłaskał ją po stopach. – Wiesz, że muszę jechać…
– Wiem, tato – wyszeptała. – Ale wrócisz?
– Oczywiście, słońce. Zrobię wszystko, by zdążyć przed napisami końcowymi.
– No dobrze, tylko kup te lody, bo mama nie wie gdzie.
– Oczywiście. – Nachylił się nad córką, przytulił ją, a potem pocałował w czoło. – Kocham cię najbardziej na świecie.
– A ja ciebie we wszechświecie.
Nie skomentował. Zacisnął tylko usta i posłał jej blady uśmiech. Łzy napłynęły mu do oczu, lecz nie zamierzał okazywać słabości przy córce – nie chciał jej niepokoić.
Skinął żonie na pożegnanie i wyszedł.
***
W takich momentach nienawidził swojej pracy, ale wiedział, że nie może odmówić. Musi się wykazać, bo inaczej jego odskocznia od życia codziennego trzaśnie mu drzwiami w twarz.
Zacisnął pięści i swoim zwyczajem uderzył w kierownicę, która przyjęła już tyle ciosów, że dziwił się, że wciąż jest cała.
Liczył, że ten dzień spędzi w szpitalu, bawiąc się z córką i oglądając bajki. Skłamał w firmie, że jedzie przesłuchać świadka. Nikt nie wiedział, że zrobił to poprzedniego wieczoru, po służbie. Miał nadzieję, że dzięki temu nie będzie musiał się stawiać na komendzie.
Wezwanie na miejsce przestępstwa zniweczyło jego plan, ale nie mógł zignorować rozkazu. Po ostatniej niesubordynacji trzymały go w pracy tylko układ z komendantem i współczucie dla jego sytuacji rodzinnej. Nie mógł niczego schrzanić – teraz liczyła się każda złotówka.
Odpalił samochód, który dostał od ojca dwa lata temu, chwilę przed jego przeprowadzką do domu opieki. Staruszek stwierdził wtedy, że to najwyższy czas, by oddać synowi swój największy skarb. I było w tym sto procent prawdy – zawsze przedkładał swoją furę nad rodzinę, nad dziecko. Potrafił godzinami siedzieć i pucować każdy element, zupełnie zapominając o tym, że tego dnia jest akurat Wigilia albo urodziny jedynaka.
Wiktor przez moment chciał się unieść honorem, ale nie był w stanie odmówić, zwłaszcza że ten model zyskiwał na wartości. Wierzył, że jeżeli przetrzyma auto do osiemnastych urodzin córki i dopiero wtedy je sprzeda, będzie mógł podarować jej ładną sumkę na start.
Pod jednorodzinnym domem na Żoliborzu stały dwa samochody: radiowóz i nieoznakowany. Sosnowski zaparkował obok w bezpiecznej odległości, żeby nikt nie poobijał mu drzwi, wysiadł i ruszył powoli w stronę zaniedbanego budynku. Szary baranek na elewacji wyglądał na nietkniętego od dziesięcioleci. Obrazu dopełniały spróchniałe drewniane ramy okien i dach z brakującymi dachówkami. Jedna z rynien niebezpiecznie odstawała od ściany.
Wiktor stanął przed drzwiami i wyciągnął plastikowe opakowanie ze strojem ochronnym, które zgarnął z auta. Kiedyś miał to w dupie. Bywało, że wchodził na miejsce zbrodni, olewając uwagi techników o dodatkowej pracy i ryzyku utraty dowodów. Teraz nie mógł tego zlekceważyć. Każdy, nawet najmniejszy błąd mógł się okazać ostatnią kroplą goryczy. Nikogo by wtedy nie obchodziło, że Sosnowski musi wyskoczyć z paru milionów złotych na terapię ratującą życie ukochanego dziecka.
Policjant zapiął kombinezon pod szyję, naciągnął na głowę kaptur, z którego wielokrotnie się naśmiewał, zacisnął zęby i nałożył jeszcze ochronki na stopy.
– Siemano – rzucił, przekraczając próg. – Co mamy, Kowal?
– No hej – odezwał się tubalnym głosem starszy aspirant Krzysztof Kowalski, który od roku pracował u nich na komendzie jako technik. – Szuflady powyciągane, a ich zawartość rozrzucona po całej podłodze. Ktoś wyraźnie czegoś szukał. Przetrząsnął nawet słoiczki z przyprawami. Zrzucił z półek większość książek i zdjęć, pościągał też obrazki ze ścian. Zupełnie nie wiem po co. – Wskazał ręką na bałagan.
– Każdy pokój tak wygląda? – Sosnowski zrobił kilka kroków naprzód, żeby lepiej się przyjrzeć leżącemu na ziemi obrazowi.
Na płótnie namalowano pejzaż: zachód słońca nad jeziorem, a w tle góry. Widok wręcz idealny. Wiktor kochał jedno i drugie, lecz od dawna nie miał możliwości, by się gdzieś wyrwać i choć chwilę posiedzieć nad wodą, a tym bardziej ruszyć na górską wycieczkę.
– Tak. Każde pomieszczenie jest jak po wybuchu bomby, intruz nie oszczędził żadnego.
– Może szukał sejfu? – Sosnowski podszedł do kolegi i nad nim stanął.
Zawsze podziwiał sposób, w jaki technicy zabezpieczają dowody: z pęsetą w dłoni zbierają okruszki, włosy, ślady linii papilarnych i fotografują wszystko, co się da.
– Może i tak, ale nie musiał zrywać obrazów i walić nimi o ziemię. Wszystko jest poniszczone. Poza tym z reguły, jeśli sejf jest wmontowany w ścianę, to obraz przesuwa się bez problemu.
– Myślisz, że to była jedna osoba?
– Hmm… – Technik się wyprostował i rozejrzał. – Nic nie wskazuje na to, by się spieszył. Właścicieli nie było. Bezpośrednich sąsiadów brak. Wydaje mi się, że jedna osoba spokojnie mogłaby zrobić tu taki meksyk.
– Okej. Standardowe włamanie poszukiwacza skarbów?
– Powiedziałbym, że tak, ale zupełnie nie rozumiem stłuczonego telewizora ani lustra potraktowanego przez kogoś wazonem – odpowiedział Kowalski i zaczął robić kolejne zdjęcia porozrzucanym przedmiotom, przy których stały trójkąciki z liczbami. – Włamywacz czegoś na pewno szukał, ale wygląda też, jakby coś go wkurzyło, i to ostro. Z reguły złodzieje podchodzą do roboty na chłodno i nie niszczą tego, czego nie zwinęli. Nasuwa się tylko pytanie, czy jego złość ma związek z ludźmi, którzy tutaj mieszkają, czy po prostu świat go denerwuje. Bo, jak mawia mój kolega, złodziej też człowiek. Może dowiemy się czegoś od właścicieli domu. Są jeszcze poza Warszawą.
– Złodziej furiat? – zapytał z uśmiechem Sosnowski.
– Czyli zapewne twój zaginiony przed laty brat? – skontrował Kowal, cały czas fotografując kolejne puste półki.
– Wal się, idę stąd. Jak czegoś będziesz chciał, szukaj mnie na górze.
– Tylko że ona też tam jest – szepnął technik, a policjant zatrzymał się w pół kroku.
– Kuźwa… – Wiktor kopnął foliową torebkę walającą się po podłodze. – Po co ona tutaj?
– Z tego, co wiem, to twoja partnerka.
– Z koszmarów – prychnął i obrócił się plecami do schodów, jakby jednak nie zamierzał iść na piętro.
– Serio jest taka straszna?
– Żartujesz? Przez tę kobietę dobry policjant stracił pracę.
– Bez powodu ludzie jej nie tracą. – Kowal spojrzał na kolegę, marszcząc brwi.
– Nie mów mi, że jesteś po jej stronie.
– To nie tak…
– To dobrze. Bohdan nie był mistrzem w kontaktach z ludźmi, ale miał zajebiste statystyki.
– Tylko chyba nie o wyniki poszło.
– Wiem, o co poszło – wysyczał Sosnowski. Natychmiast cały się napiął. Rozmawiał o tym już z wieloma osobami i nie wszyscy podzielali jego pogląd. – Ona miała wybór. Nie musiała donosić na kolegę. Nie zrobił niczego aż tak strasznego.
– Ty masz jednak coś z głową. Uczepiłeś się tej kobiety zupełnie bez powodu. Ja też uważam, że przepisy są po to, żeby ich przestrzegać. Pracujemy w policji i to do czegoś zobowiązuje.
– Dobra… – Wiktor pokręcił głową. – Możemy już zejść z tematu? Jest robota do zrobienia.
– Dla mnie okej. Zasuwaj na górę, tylko błagam, ostrożnie, niczego nie rozwal. Nic tam jeszcze nie zabezpieczałem.
Sosnowski nie skomentował. Powoli wdrapał się po schodach. Przy każdym kroku uszy przeszywał mu nieprzyjemny dźwięk starych, skrzypiących desek. Wszedł do pokoju po prawej stronie i pokręcił głową. Drzwi szafy wnękowej leżały na podłodze, a na łóżku walały się jakieś dokumenty.
Wyszedł z sypialni i przeszedł do kolejnego pomieszczenia, jak się okazało – łazienki. Stłuczone lustro, rozbity zlew, wyrwana deska klozetowa – wyglądało na włamanie z demolką.
Zamarł, gdy w narożnej szafce zauważył zegarek – złoty, damski. Z daleka przedmiot wyglądał na wartościowy.
– O co tu, kurwa, chodzi? – rzucił sam do siebie.
– Też nie wiem. – Usłyszał za sobą znajomy głos i odruchowo się spiął.
– Musisz się tak skradać? – burknął, odwracając się niechętnie.
– To jaki masz pomysł, co tu się stało? – odpowiedziała pytaniem na pytanie starsza aspirant Kamila Michalczewska.
Spojrzał na nią niechętnie. Włosy idealnie ułożone, makijaż ledwie widoczny, ale bezbłędny, elegancka koszula, białe sneakersy, zbyt czyste, żeby były praktyczne. Zawsze wyglądała, jakby ktoś zostawił ją na komendzie po zdjęciach do reklamy perfum. Nie pasowali do siebie pod żadnym względem. Ona: poukładana, dokładna do przesady, chodzący regulamin. On: wieczny buntownik, który znał przepisy tylko po to, by móc je precyzyjniej łamać.
Komendant, z ironicznym uśmieszkiem, sparował ich ze sobą, jakby chciał sprawdzić, które pierwsze wybuchnie. Sosnowski był pewien, że to kara. Najgorsza z możliwych. Dostał jako partnerkę kobietę, która nawet kawę robiła według procedury.
A jednak – coś w niej go drażniło w odmienny sposób. Może ten jej chłodny profesjonalizm. Może to, że nie dawała się wciągnąć w jego gierki. Albo po prostu to, że wyglądała zbyt dobrze jak na kogoś, kto traktuje tę robotę śmiertelnie poważnie.
Nie lubili się. A przynajmniej tak sobie powtarzali.
Ona nigdy nie skomentowała jego prowokacyjnego stylu pracy. Po prostu robiła swoje, konsekwentna aż do bólu. Ale to też wkurzało Sosnowskiego – ta jej obojętność. Jakby nie zauważała, że partner stara się ją wyprowadzić z równowagi. Albo… może właśnie zauważała, tylko nie chciała dać mu satysfakcji?
Z każdą wspólną akcją narastało między nimi coś trudnego do nazwania. Ani zaufanie, ani pogarda. Coś na pograniczu zaciekawienia i frustracji. A może właśnie tego, co najłatwiej pomylić z niechęcią?
– Sypialnia wygląda strasznie – odezwała się po chwili Michalczewska, niezrażona zachowaniem Wiktora. – Nie wiem, czego szukali, ale byli bardzo zdeterminowani. Oczywiście pod warunkiem, że było ich więcej niż jeden.
Nie odpowiedział.
– Nie dziwi cię, że zostawił zegarek? Leży na widoku. Trudno go przegapić.
– Mhm… – wyrzucił z siebie dźwięk nieprzypominający żadnego słowa.
– W szafce znalazłam jeszcze kilka pierścionków i kolczyki, które wyglądają na drogie.
– Może nie lubi biżuterii.
– Może – zgodziła się policjantka. – Tylko po co szukał czegoś w szafkach w łazience? Tam ludzie raczej nie chowają gotówki.
Sosnowski otworzył jedną z szuflad. Pierwsze, co zauważył, to perfumy, jeszcze w zafoliowanym opakowaniu. Włamywacz mógł je zabrać nawet na własny użytek.
– Może pójdę i poszukam czegoś ciekawego obok.
– Matko, znowu będziesz fochy strzelał jak dziecko?
– Zostałaś mi przydzielona, żeby mi dosrać. – Podszedł do niej bliżej i ściszył głos. – Wiem, że przegiąłem w sprawie Woźniaka.
– Przegiąłeś? – Zaśmiała się głośno. – Nie, ty dałeś dupy na całej linii. Wywiozłeś świadka do lasu i mu groziłeś. Facet posikał się w gacie. Podobno ma zespół stresu pourazowego i nie złożył zawiadomienia tylko dlatego, że komendant mu wytłumaczył, jaka jest twoja sytuacja rodzinna.
– Nigdzie go nie wywiozłem – wtrącił Wiktor. – Przejeżdżaliśmy obok, lać mi się zachciało, a że on to odebrał jako groźbę… Cóż. – Wzruszył ramionami. – Zresztą, po co ja ci to opowiadam? Zaraz i tak polecisz do szefa i mu na mnie nagadasz, bo uraziłem twoje uczucia, feng srui i inne bzdety. Albo źle zaparkowałem.
– Jeżeli będziesz parkował jak człowiek, nie trzeba będzie nikomu tego zgłaszać. – Michalczewska uśmiechnęła się szeroko. – I zajmij się robotą.
Nie skomentował, cofnął się do przedpokoju. Ponownie wszedł do sypialni. Na długiej ścianie naprzeciwko drzwi stało sporych rozmiarów łóżko, zwinięta w kłębek pościel leżała na podłodze. Cały materac pokrywały papiery, zapewne wyjęte ze stojącej nieopodal komody, bo wszystkie szuflady były powysuwane. Wyglądało to tak, jakby ktoś planował porządki i wywalił zawartość na jedną kupę, żeby wszystko przejrzeć i niepotrzebne rzeczy wyrzucić do śmieci, a resztę schować z powrotem.
Sosnowski poprawił lateksową rękawiczkę, która zaczęła mu się zsuwać, i podszedł bliżej, uważając, by nie nadepnąć na odłamki szkła z rozbitej ramki. Podniósł leżący najbliżej niego plik spiętych kartek.
Umowa zakupu domu. Zaczął ją przeglądać. Czarnomorscy nabyli nieruchomość cztery lata temu. Za gotówkę. Wiktor z uznaniem pokiwał głową. On musiał zaciągnąć kredyt, a ich mieszkanie warte było znacznie mniej.
Przerzucił załączniki: projekt budynku, wycena rzeczoznawcy. Nic ciekawego. Odłożył i sięgnął po kolejny plik dokumentów – polisy ubezpieczeniowe obojga małżonków.
– Wow – mruknął.
Opiewały na grube miliony, jednak skoro nikomu nic się nie stało, nie wnosiło to wiele do sprawy.
Dalej były papiery, prawdopodobnie mniej ważne. Umowy związane z leasingiem samochodu, oferta organizacji imprezy urodzinowej Małgorzaty Czarnomorskiej. Z ciekawości Wiktor zaczął je przeglądać.
Za trzy miesiące kobieta miała obchodzić czterdziestkę. Firma o nazwie TNZP – Tego Nie Zapomnisz Nigdy – proponowała wieczorek taneczny z pokazem tanga. Gdy doszedł do ceny, zamarł. Dom, w którym się znajdowali, wskazywał na to, że właściciele byli zamożni, ale kwota w podsumowaniu zmroziła Sosnowskiego. On sam nigdy nie wydałby tyle na jeden wieczór – i tak większość gości urżnie się w trupa i niewiele zapamięta.
Odłożył kilka kartek na łóżko. Omiótł wzrokiem resztę i zesztywniał. Coś tu nie pasowało. Schylił się po teczkę. Serce mu przyspieszyło. Raport policyjny.
Przeleciał wzrokiem całość i zamarł przy danych oraz podpisie autora. Znał go aż za dobrze.
***
Nie zamierzał tu dziś zaglądać, ale ciekawość jak zwykle wzięła górę. Towarzyszyła mu całe życie i wielokrotnie wpędzała go w kłopoty.
Zaparkował na krawężniku przed domem opieki.
Do jego uszu dotarł przyjemny śpiew ptaków. Wiktor często siadał na chwilę na ławce i się nim delektował, teraz jednak nie miał na to czasu.
W trzech krokach pokonał schody, pchnął ciężkie białe drzwi – zaskrzypiały złowrogo – i wszedł do środka. Znalazł się w świecie geriatrii. Część mieszkańców krążyła po długim korytarzu, wsparta o balkoniki. Gdy odwiedził to miejsce po raz pierwszy, ogarnęło go dziwne uczucie – coś między zaskoczeniem a zakłopotaniem. Widok starszych, pomarszczonych ludzi, którzy przemieszczali się z determinacją i wysiłkiem, wspierając się na metalowych konstrukcjach, miał w sobie coś niepokojąco nierealnego. Jedni całkiem szybko pokonywali wyznaczoną trasę w linii prostej. Inni szli niezwykle powoli i slalomem. Czasami przystawali, innym razem znacznie przyspieszali, ku niezadowoleniu pielęgniarek, obserwujących ich z marsowymi minami, jakby w każdej chwili ktoś mógł runąć na podłogę pokrytą linoleum.
– Dzień dobry!
Gdy usłyszał tubalny głos pielęgniarki Matyldy, od razu się wyprostował. Przy każdej wizycie łapał się na tym, że się jej boi. Zarówno jej wygląd, jak i sposób komunikowania się ze światem wzbudzały respekt wymieszany ze strachem.
– Dzień dobry. Ładnie dziś pani wygląda.
– Dziękuję – zareagowała zawstydzona.
Sosnowski domyślał się, że kobieta raczej rzadko słyszy miłe słowa.
– To chyba nie dzień pana odwiedzin? Ojciec ma drzemkę. Wie pan, jak nie lubi, gdy mu się przeszkadza.
– Wiem – sapnął i zacisnął dłoń w pięść. Liczył się z takim przyjęciem, ale nie zamierzał się tym przejmować. – Ostatnio narzekał, że za rzadko wpadam. Prosił, żebym zajrzał, jeśli będę w okolicy.
– No nie wiem. Jakby każdy tak sobie przychodził, kiedy chce, to zrobiłby się straszny bałagan. My mamy tu zasady i się ich trzymamy.
– Jak najbardziej się z panią zgadzam. Ale sytuacja jest wyjątkowa… Słyszała pani o mojej córce.
– Tak – wyszeptała, a jej twarz od razu złagodniała.
– Poprosiła mnie… – zaciął się. Zupełnie nie przygotował się na taką okoliczność.
– O co? – Kobieta zrobiła krok do przodu.
– O… o filmik z dziadkiem. On zawsze jej opowiadał różne historyjki…
– No tak, pana ojciec to niezły ancymon. Cały czas wymyśla jakieś niestworzone historie i opowiada naszym podopiecznym. Później nie mogą spać.
– Skąd ja to znam…
– Ale to nic. Te historyjki jeszcze nie są najgorsze. Ostatnio postanowił złapać złodzieja wykałaczek…
– No właśnie – przerwał jej, wiedząc, że zagadałaby na śmierć umarłego. – Natka uwielbia takie opowieści, a ostatnio nie mogą się spotkać, więc poprosiła o nagranie. Nie potrafię jej odmówić.
– Rozumiem, ale nie odpowiadam za jego reakcję. Wie pan, że potrafi się zdenerwować.
– Wiem. Nie będę go budzić, grzecznie poczekam.
– No dobrze, to chodźmy do niego. – Ruszyła, tupiąc chodakami.
– Dziękuję ślicznie, a jak on się czuje? Był dzisiaj rehabilitant?
– Panie Wiktorze, pana ojciec to najzdrowszy z naszych pacjentów, tylko na starość zachciało mu się cackać ze sobą. Czytałam o nim co nieco. Przecież to był policjant niczym Bond.
– No nie przesadzałbym – zareagował z radością w głosie Sosnowski.
Idąca obok kobieta z ostrej Helgi przeistoczyła się w miłą ciocię, gotową poczęstować ciastem i nalać kompotu.
– Panie Wiktorze, ja nie mam tendencji do przesady. Pana ojciec złapał kilku morderców, gwałcicieli, nie mówiąc o złodziejach, narażał życie…
– I rodzinę…
– O tym akurat nie pisali. – Kobieta skręciła w klatkę schodową i zaczęła wspinać się po schodach.
– Bo nikogo nie interesowało, jaką cenę my płacimy za jego heroizm.
– Z tego, co wiem, to pan poszedł w ślady ojca, prawda?
Nie skomentował.
– No i co powiedział rehabilitant? – zmienił szybko temat.
Temat pracy starszego Sosnowskiego nie należał do najłatwiejszych. Jako młody człowiek Wiktor nie znosił roboty ojca: długich godzin nieobecności, strachu w oczach matki, gdy jej mąż nie wracał o umówionej porze. Pamiętał, jak krzyczała, kiedy inny milicjant powiedział, że ojciec został ranny, a następnym razem, że nie wiedzą, gdzie jest. Potem wyszło na jaw, że porwał go zdesperowany przedsiębiorca, który w uprowadzeniu funkcjonariusza milicji widział rozwiązanie swojej batalii sądowej.
– A co mógł powiedzieć rehabilitant? – Matylda stanęła przed drzwiami, za którymi znajdował się pokój Sosnowskiego seniora, jak mawiano o nim w policji. – Pana ojciec nie chce ćwiczyć, bo uważa, że mu to niepotrzebne, a później się wścieka, że nogę ciągnie za sobą, a ręka nie jest sprawna. Ostatnio powiedział, że nie ma na co narzekać, bo z kącika ust nie leci mu ślina.
– W zasadzie to prawda – rzucił pod nosem Wiktor, ale od razu tego pożałował.
Kobieta spojrzała na niego groźnie.
– Proszę pana, z takim podejściem to praca rehabilitanta jest bez sensu. Ktoś inny mógłby z niej skorzystać, a pana ojciec zabiera cenny czas.
– Tak, ma pani rację.
– Na co on liczy? Że konsekwencje udaru znikną same?
– Mama też powtarzała, że z niego uparty osioł.
Pielęgniarka już tego nie skomentowała. Nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi.
– Tylko proszę go nie męczyć i pod żadnym pozorem nie budzić. Ma ostatnio problemy ze snem.
Sosnowski wszedł, po czym przyciągnął krzesło i ustawił je obok łóżka.
Ojciec swoim zwyczajem spał na prawym boku, zwrócony w stronę ściany. Gdy pierwszy raz przyjechał z Wiktorem do ośrodka, obaj się ucieszyli, że nie jest jak w szpitalach, gdzie ściany do połowy wysokości maluje się farbą olejną w byle jakim kolorze. Drugą rzeczą był zapach – subtelny, neutralny, kłócący się z panoszącą się w budynku śmiercią.
Czas płynął zdecydowanie za wolno.
Po trzydziestu minutach ojciec nadal spał. Wiktor wyjął z kieszeni kurtki komórkę i zaczął przeglądać wiadomości. Cały się napiął, gdy dotarł do tej od Michalczewskiej: „Kiedy przyjedziesz na komendę? Mamy robotę”.
Sapnął i poprawił się na krześle. Dobrze wiedział, że nie powinno go tu teraz być.
Zamknął oczy, zacisnął usta i wziął głęboki wdech – jedyna technika relaksacyjna, która na niego działała. Żadne wizualizacje, uspokajające muzyczki czy ćwiczenia w dziwnych pozycjach.
W kieszeni zawibrował mu telefon. Wyciągnął urządzenie, otworzył oczy i przeczytał.
Musiał jechać. Nadawcy tej wiadomości nie powinien kazać czekać.
***
– Jestem! – rzucił Sosnowski, otwierając drzwi.
– Ćśśś! – Usłyszał i natychmiast stanął jak wryty.
Natalka spała otoczona poduszkami.
– Co się stało? Jest dopiero trzynasta.
– Źle się poczuła.
Nie odpowiedział, tylko podszedł do łóżka i usiadł na krześle, które zwykle zajmował. Pogłaskał córkę po ręce i obrócił się w stronę kobiety.
– Co powiedział lekarz?
– Że to normalne i mamy się nie przejmować.
Marzena podeszła do okna i przysiadła na parapecie, przyozdobionym sztucznymi kwiatkami i kilkunastoma książkami. Czytali je córce na zmianę.
– Powiedz lepiej, jak w robocie – zmieniła temat. – Może to mnie trochę odciągnie.
Zmrużył oczy i przeniósł wzrok na żonę. Przez długie lata nie pytała go o prowadzone sprawy, lecz niedawno to się zmieniło. Wiktor nie powinien nic jej mówić, ale wiedział, że Marzena nikomu nie powtórzy.
– Dziwne włamanie. Zupełnie nie wiem, o co chodzi. Właściciel ani jego żona jeszcze nie dotarli na miejsce, skądś wracają. Kiedy się pojawią, dowiemy się, czy zginęło coś wartościowego.
– Tego nie widać od razu?
– Zazwyczaj tak. Pytanie tylko, co jest wartościowe dla kogo. Zauważyłem tam całkiem drogi zegarek, leżał na wierzchu.
– Dziwne. – Marzena poprawiła stojący obok niej stos książek.
– No właśnie. A tam ktoś zrobił niezły bałagan. Na takie rzeczy traci się czas, a włamywaczom z reguły się spieszy.
– I co teraz?
– Czekamy na właściciela i… – Zawiesił głos i przeniósł spojrzenie na podłogę.
– Co jest? – Marzena od razu wyłapała jego wahanie.
– No właśnie nie wiem, czy coś jest.
– A możesz dokładniej?
– Na jednym z rozrzuconych dokumentów widniał podpis mojego ojca. – Sosnowski wyrzucił to z siebie na jednym wydechu.
W ogóle tego nie rozumiał. I co najgorsze, zrobił coś kompletnie bez sensu i zabrał teczkę ze sobą. Dobrze wiedział, że jeżeli to wypłynie, będzie miał przechlapane.
– Twojego ojca?
– No. I nie wiem, czy to coś znaczy.
– Spytaj go. – Kobieta wzruszyła ramionami i zeszła z parapetu, po czym podeszła do łóżka i przykryła stopę córki.
– Byłem już u niego. Wpadłem na chwilę, ale spał. Ta Helga prosiła, żeby go nie budzić, więc grzecznie czekałem, ale zaczęli pisać z firmy, a potem Natka wysłała esemesa, że nie możecie na szpitalnym telewizorze tego filmu odpalić, więc przyjechałem najszybciej, jak mogłem.
– W końcu się udało. – Sosnowska uśmiechnęła się lekko. – Odpaliłyśmy go, to znaczy Łukasz, ojciec Kingi, pomógł, ale… i tak mała nie obejrzała więcej niż kilka minut. Padła ze zmęczenia.
– Martwię się o nią.
– Nic mi nie mów. Ja oddychać nie mogę, tak mnie wszystko boli z nerwów.
– Może pojedź do domu, posiedzę z nią.
– Nie. Chcę tu być. Ty powinieneś pojechać do pracy. I tak masz przerąbane. – Uśmiechnęła się do niego, a on poczuł ukłucie w sercu. – A, i gadałam z twoją mamą.
– Mówiłem, że ma dzwonić do mnie.
– Ale ona się boi, że będzie ci przeszkadzać. Twój ojciec ją nieźle straumatyzował.
– Przecież nie są razem od stu lat.
– Takie rzeczy zostają w człowieku na długo, albo i na zawsze.
– I co mówiła?
– Pytała o Natkę, zbiórkę. I chciała wiedzieć, co u nas. Nadal jej nie powiedziałeś?
Pokręcił głową.
– Wiem, obiecałem, ale jakoś tak wyszło. Ona tak bardzo się stresuje młodą… – Pogłaskał córkę po dłoni. – Nie chcę na razie dowalać jej kolejnych zmartwień.
***
Wsiadł do samochodu i chwycił za telefon, który właśnie zawibrował. „Nie będę robić wszystkiego za Ciebie”.
Postukał palcami po kierownicy. Na komisariat miał piętnaście minut. Odpisał: „Jadę przesłuchać świadka. Będę za godzinę, maks godzinę z hakiem”.
Wyłączył telefon i odłożył go na siedzenie pasażera. Niecierpliwość zawsze popychała go do ryzykownych działań. Wiedział, że stąpa po cienkim lodzie i jeśli nie będzie ostrożny, runie pod wodę.
Odpalił auto i ruszył.
Dwadzieścia minut później minął Matyldę i ponownie wszedł do pokoju ojca.
Znał jego rozkład dnia: lada chwila obiad, więc Sosnowski czeka grzecznie w swoim pokoju. Jako jeden z nielicznych odmówił spożywania posiłków ze wszystkimi. Tłumaczył to kłopotami z jedzeniem i związanym z tym wstydem. Wiktor wiedział swoje – ojciec nie znosił mlaskania, głośnego przeżuwania i krztuszenia się innych pensjonariuszy.
– Cześć, tato – rzucił, zamykając za sobą drzwi.
– O, cześć, co ty tu robisz? To dzisiaj piątek? – odparł starszy Sosnowski, wygładzając kołdrę na kolanach.
– Nie. Już nie mogę tak po prostu wpaść do tatusia? Przecież jestem twoim ukochanym synkiem.
– Synek jesteś ukochany, ale żebyś tak znienacka mnie odwiedzał?
– Serio? Nie wierzysz w moje dobre intencje?
– Oczywiście, ale… gadaj. Pewnie masz coś ciekawego. Tutaj ostatnio posucha. Nikt nawet nie umarł. Ktoś tylko podpierdziela wykałaczki, ale kończę już śledztwo, więc znowu zapanuje nuda.
– To faktycznie słabo. – Wiktor się zaśmiał, bo ojciec zawsze miał lekkie podejście do śmierci. – A kto kradnie?
– Krysia.
– Ta, co nie wierzy, że jej mąż umarł pięć lat temu?
– Owszem. Zbiera je dla swojej koleżanki, która robi wnuczce domek dla lalek. Tylko…
– Tak, tato?
– Tylko ta dziewczynka nie chce tu przyjść. – Emerytowany policjant wyprostował powłoczkę kołdry i ułożył na niej dłonie.
Wiktor uśmiechnął się pod nosem. Ojciec, mimo że już od dawna nie był mężem jego matki, cały czas nosił obrączkę.
– Podobno się nas boi… – kontynuował starszy Sosnowski. – Ale dobra, dość gadania o dupie Maryni. Co cię tu sprowadza? Bo w twoją troskę jakoś średnio wierzę.
– Jak to? Ranisz me serce! – Uderzył się w klatkę i pociągnął teatralnie nosem.
– Młody, starego psa nie zmylisz.
– No dobrze – westchnął. – Byłem dzisiaj na Wyspiańskiego, w takim starym klocku…
– Sprawa Konarskiego – wtrącił Sosnowski senior i gwałtownie się wyprostował.
– Tato, nie możesz się tak szybko podnosić.
– Przestań truć jak te pielęgniarki. Robicie ze mnie niedołężnego starca, a ja mam się świetnie.
– Nie niedołężnego, tylko po udarze. Zenek ci przecież tłumaczył, że musisz współpracować i się nie wychylać, bo cię stąd wywalą. Możesz tu być tylko ze względu na stare czasy.
– No już, nie gadaj tyle… – Starszy mężczyzna przekręcił się na bok i spuścił nogi z łóżka. – Co chcesz wiedzieć o sprawie?
– Wszystko. Szczerze, to nie wiem o niej zupełnie nic. Ktoś się włamał do tego domu i go zdemolował. Na miejscu znalazłem akta z twoim podpisem.
– O, to ciekawe. Ta sprawa nigdy nie przestała mnie nękać. – Złapał za obrączkę i zaczął obracać ją na palcu.
Młodszy Sosnowski zauważył już dawno temu, że ojciec robi tak zawsze, gdy się stresuje.
– A dlaczego?
– Tam wszystko było jakieś dziwne.
– Jak to?
Starszy Sosnowski nie odpowiedział. Postawił stopy na podłodze, wyprostował się i powoli ruszył w kierunku stojącego przy oknie fotela. Usiadł na nim i spojrzał na syna, po czym zamknął oczy.
Pokój wypełniła cisza. Wiktor nie chciał jej przerywać. Ojciec potrzebował chwili, by uporządkować myśli, zanim zaczął opowieść.
