Obława - Piotr Kościelny - ebook + książka
NOWOŚĆ

Obława ebook

Kościelny Piotr

4,0

252 osoby interesują się tą książką

Opis

Komisarz Sikora powraca i kolejny raz musi zmierzyć się z czymś, co wykracza poza jego wyobraźnię…

Pościg za kanibalem trwa. Miasto ogarnia paraliżujący strach. Każdy może być jego kolejną ofiarą. Zespół z wydziału zabójstw skupił się na ludobójcy a nie wie, że do miasta właśnie zmierza przerażające zło. Sikora musi zmierzyć się z potworem z którym miał już do czynienia w przeszłości. Pierwszy raz od dawna ma wątpliwości czy z tej walki wyjdzie zwycięsko. Kiedyś nie miał nic do stracenia, teraz na szali jest życie jego syna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 359

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (3 oceny)
2
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Bajubajka

Z braku laku…

Z tytułu na tytuł gorzej się czyta. I nie sięgnę po kolejny tom z serii..Przewidywalne wątki, za dużo okrucieństwa , za mało kryminału w kryminale. No i korekta,pozal się Boże. Opaczność, naprawdę? Nikt w szkole nie powiedział, że opaczność i opatrzność to nie synonimy i odmiennie się je zapisuje?
00
CzeslawWalkowiak

Nie oderwiesz się od lektury

Naprawdę świetna jak raczej każda tego autora. I po każdej przeczytanej czeka sie z niecierpliwością na kolejne losy komisarza Sikory
00
cyniczny

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle Autor robi robotę!
00



Jedna część mnie chciałaby z nią porozmawiać, umówić się. A druga się zastanawia, jak wyglądałaby jej głowa na kiju.

 

Edmund „Ed” Emil Kemper III (seryjny morderca)

1.

Radwanice, okolice Wrocławia, 28 kwietnia 2012 r.

Sikora zmrużył oczy i spojrzał na siedzącego na wprost niego mężczyznę. Przed chwilą się ocknął. Był zły na siebie, że tak łatwo dał się zaskoczyć temu facetowi. Bardziej jednak wkurzał się z powodu swojej głupoty. Mógł powiedzieć Jasińskiemu o swoich podejrzeniach i o tym, że zamierza pojechać je zweryfikować. Gdyby wykazał się zdrowym rozsądkiem, sytuacja wyglądałaby inaczej – nie siedziałby teraz skuty w tym dziwnym miejscu, patrząc na porywacza Michała.

– I co, cwaniaczku? – spytał facet.

Grzesiek milczał. Potrząsnął głową, starając się jak najszybciej wrócić do rzeczywistości. Przypomniał sobie ostatnie chwile tuż przed utratą świadomości. Przechodził właśnie obok studni, gdy nagle wyczuł jakiś ruch. W tym samym momencie ktoś poraził go prądem.

Dał ciała, popełnił spory błąd, który mógł mieć dla niego tragiczne w skutkach konsekwencje. Jako doświadczony glina nie powinien był zachować się tak nieodpowiedzialnie. Czasu jednak nie mógł cofnąć.

– Kojarzę cię, gościu – powiedział, patrząc na porywacza.

– No i co z tego? – Tamten uśmiechnął się krzywo.

Sikora żałował, że nie może mu zgasić tego uśmiechu.

– Nic. Tak tylko chciałem ci powiedzieć, że jesteś w czarnej dupie. – Sam też nieznacznie się uśmiechnął. – Wkrótce pojawi się tu od chuja radiowozów i wtedy zobaczymy, czy nadal będziesz się tak szczerzył.

– Nikt się nie pojawi.

– Czyżby? A skąd ta pewność? – spytał Grzegorz.

– Stąd, że jakby miał ktoś przyjechać, to już dawno by przyjechał. Jesteś sam, kmiotku.

Sikora wiedział, że nie uda mu się wprowadzić faceta w błąd. Kaczmarski miał rację: nikt nie przybędzie mu z odsieczą. Nikt nawet nie wie, że tu przebywa. Był zdany wyłącznie na siebie. Postanowił się uwolnić, chociaż nie miał pojęcia, jak to zrobić. Ręce miał skute za plecami za pomocą własnych kajdanek. Na dodatek porywacz związał mu nogi jakimś sznurkiem. Nawet gdyby się na niego rzucił, pewnie i tak runąłby jak długi na ziemię. A wtedy oprawca wykorzystałby okazję i zwyczajnie go skopał, co mogłoby się skończyć tragicznie. Musiał wymyślić coś innego. Coś bardziej realnego do wykonania. Najpierw jednak powinien uspokoić Kaczmarskiego na tyle, by lepiej rozeznać się w sytuacji.

– Sam tu mieszkasz? – spytał.

Wiedział, że to pytanie z gatunku tych głupich, ale nic innego w tym momencie nie przyszło mu do głowy.

– A co cię to obchodzi? – Mężczyzna sięgnął po leżący na stole nóż. Przez chwilę trzymał go w dłoni, jakby sprawdzał jego wagę. Palcem wskazującym przeciągnął po ostrzu.

– Tak tylko pytam. Byłem ciekaw, czy jest tu jeszcze ktoś. Może jakaś pani pojebana?

– Kto?

– No jakaś twoja dziunia. W końcu każdy chce mieć kogoś bliskiego, nie? Nawet taki pojeb jak ty – rzucił z uśmiechem Sikora.

Patrzył na porywacza i widział, jak na jego twarzy maluje się wściekłość. Miał świadomość, że nie powinien go prowokować, ale to było silniejsze od niego.

– Wkrótce będziesz gadał inaczej – warknął tamten.

– Może tak, może nie.

Kaczmarski wstał z krzesła i podszedł do stołu, na którym stał kubek z resztką herbaty. Wziął go do ręki i dopił do dna. Gdy skończył, odstawił naczynie na blat. Przez chwilę stał w milczeniu. W końcu odwrócił się do Sikory i spytał:

– Jesteś gotowy?

***

Wrocław, 28 kwietnia 2012 r.

Major Vaclav Ondrášek zaparkował przed hotelem, w którym mieszkali policjanci z Komendy Głównej. Dwie godziny wcześniej zjadł z nimi kolację. Był zaskoczony tym, że nie byli dla niego zbyt wymagającym przeciwnikiem. Odniósł wrażenie, że polska policja zwyczajnie bagatelizuje te zbrodnie. Ta funkcjonariuszka wyglądała i zachowywała się tak, jakby do policji wstąpiła dzień wcześniej. Nie była doświadczona – i to zaskoczyło go najbardziej.

Gdyby on chciał złapać zabójcę, który zjada swoje ofiary, powołałby do swojego zespołu najlepszych. Tutaj było zgoła inaczej – i to w sumie go rozbawiło. Cały wieczór rozmawiał z nimi na temat zbrodni popełnionych przez kanibala. Kusiło go, by im powiedzieć, że właśnie w tym momencie mają przed sobą najgroźniejszego drapieżnika, jakiego nosiła ziemia. Wiedział jednak, że popełniłby katastrofalny w skutkach błąd. Nawet to, że nie byli zbyt rozgarnięci, nie zwalniało go z zachowania ostrożności. Nie mógł się im wystawić w tak banalny sposób. Kiedyś słyszał, że każdy seryjny zabójca w skrytości ducha marzy o tym, by go złapano – i by mógł się ogrzać w blasku sławy. On jednak nie potwierdzał tej teorii, a wręcz był jej przeciwieństwem. Przez całe lata się ukrywał i było mu z tym dobrze. Nie zamierzał zmieniać tego, co w jego ocenie do tej pory doskonale działało.

Kiedy funkcjonariusze pojechali taksówką do hotelu, udał się za nimi. Gdy sprawdził, gdzie się zatrzymali, polecił taksówkarzowi odwieźć się z powrotem przed restaurację, skąd wziął swój samochód. Wcześniej nie chciał jechać za gliniarzami własnym autem, żeby w przypadku gdyby go zauważyli, go nie spalić. Było mu przecież potrzebne do przewożenia kolejnych ofiar.

Teraz przyjechał z powrotem w okolice hotelu. Postanowił, że będzie ich obserwował. Zastanawiał się, czy nie spróbować uprowadzić tej polskiej policjantki. Mógłby jej pokazać, co to znaczy prawdziwy ból. W jego głowie od razu pojawiły się realistyczne obrazy wymyślnych tortur, jakie mógłby zafundować kobiecie. Widział, jak wyłupia jej oczy, a potem wkłada je do swoich ust. Nigdy wcześniej nie jadł surowego ludzkiego mięsa, a tym bardziej oczu, i ta wizja wydała mu się intrygująca. Miała w sobie sporo z makabry i kusiło go, by to zrobić. To byłoby coś, co sprawiłoby, że stałby się prawdziwym potworem…

Po chwili otrząsnął się z tej wizji. Zdawał sobie sprawę, że gdyby to zrobił, z miejsca miałby na karku całą polską policję. Prędzej czy później ktoś wytypowałby go jako jednego z podejrzanych, a to na sto procent zaprowadziłoby go prosto do więzienia, skąd nie wyszedłby pewnie do końca swojego życia. Nie zamierzał umierać za kratami, dlatego odpalił silnik. Spojrzał jeszcze raz w okna hotelu i podjął decyzję. Postanowił sabotować śledztwo wrocławskiej policji. Był w tym dobry, bo przez lata robił to w Czechach.

***

Aneta nudziła się w domu. Nie mogła sobie znaleźć miejsca. Wciąż się zastanawiała, jak miałoby wyglądać jej życie, gdyby zrezygnowała ze służby w policji. Ile można oglądać telewizję lub podjadać słodycze? To zupełnie nie było w jej stylu.

Wstała z kanapy i wolnym krokiem poszła do kuchni. Nie mogła się zbytnio forsować. Zaledwie cztery dni temu wyszła ze szpitala i lekarze kazali jej się oszczędzać. I tak tylko cudem nie trafiła na wózek inwalidzki. Niewiele brakowało, by resztę życia spędziła jako kaleka – i to w najlepszym przypadku, bo dosłownie milimetry dzieliły ją od śmierci.

Otworzyła lodówkę i wyjęła z niej piwo. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna spożywać alkoholu podczas kuracji lekami, miała jednak ochotę się napić. Zresztą jedno piwo w jej ocenie nie powinno mieć dużego wpływu na jej stan. Otworzyła puszkę i wzięła dwa łyki. Odetchnęła z rozkoszą. Brakowało jej tego. Gdy była w ciąży, unikała alkoholu. Po tym, jak poroniła, też jakoś nie było okazji. Teraz jednak mogła sobie pozwolić na wypicie jednego browara.

Jej myśli, co często się zdarzało, powędrowały w stronę straconej ciąży. Aneta zdawała sobie sprawę, że poronienie będzie w niej tkwiło bolesną zadrą jeszcze długo. To była naturalna kolej rzeczy. Straciła coś, co dopiero zaczynało w niej kiełkować. Chciała być matką, wydać na świat nowe życie. Niestety los okazał się okrutny i sprawił, że jej marzenia legły w gruzach. Miała jednak cichą nadzieję, że za jakiś czas z Łukaszem znowu postarają się o potomka.

Czuła wsparcie ukochanego po stracie, której doświadczyli. Ostatniego wieczoru chwilę się przytulali. Aneta nie wiedziała, czy może teraz współżyć, dlatego nie zdecydowali się przekroczyć pewnej granicy. Łukasz też się bał, żeby nie zrobić jej krzywdy. I tak miał wyrzuty sumienia z powodu tamtego postrzału. Mówił, że nie może się z tym pogodzić, nawet po tym, jak wewnętrzni mu odpuścili. Aneta go pocieszała, ale miała świadomość, że mężczyzna musi sam to przepracować. Podobnie jak ona. Miała nadzieję, że dadzą sobie radę.

Z piwem w ręku poszła do pokoju i usiadła przed telewizorem. Oglądała jakiś bzdurny serial o policjantach w Ameryce. Przez chwilę patrzyła, jak mundurowy goni po dachach uciekającego przed nim czarnoskórego mężczyznę. Była zaskoczona tym, jak sprawny jest zwykły amerykański krawężnik. Uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że w polskiej policji pomimo obowiązkowych testów sprawnościowych nikt nie byłby w stanie tak długo gonić uciekiniera. Testy były tu czystą formalnością. Nikt zbytnio się nimi nie przejmował. I dobrze. Nie wyobrażała sobie, żeby Sikorę ktoś wywalił ze służby tylko dlatego, że nie przebiegł kilkudziesięciu metrów lub niedostatecznie daleko rzucił za siebie piłką lekarską.

Tym razem jej myśli popłynęły w stronę Grześka. Było mu jej go szkoda. Ostatnie miesiące były dla niego wyjątkowo tragiczne. Śmierć Moniki, próba porwania Piotrusia, potem wypadek i porwanie Michała. To było wiele, może nawet za wiele jak na jednego gliniarza. Jej samej los także nie oszczędzał, jednak z jakiegoś powodu bardziej przejmowała się Sikorą. Zaskoczyło ją to. Owszem, był przystojny, ale już dawno przestała się w nim podkochiwać. Na samym początku swojej kariery w wydziale rzeczywiście coś do niego poczuła. Nie potrafiła się skupić na niczym innym, kiedy komisarz był w pobliżu. Lubiła jego towarzystwo i zawsze przy nim serce jej przyśpieszało. Spijała z jego ust każde słowo i cieszyła się na każdą wspólną chwilę, choćby najkrótszą. Z czasem jednak przestał być obiektem jej westchnień, a stał się mentorem, kimś, na kim zawsze mogła polegać. Od sercowych uniesień miała swojego Łukasza – łączyło ich wiele radosnych, jak i smutnych chwil. Wspólne przeżycia sprawiły, że stali się sobie wyjątkowo bliscy. Nawet jego zdrada nie przekreśliła tego, co jakiś czas temu narodziło się między nimi.

Aneta odstawiła piwo na stolik i położyła się na kanapie. Poczuła lekki ból w plecach. Zacisnęła zęby i przymknęła oczy, czekając, aż nieprzyjemne uczucie minie. I rzeczywiście – ból powoli zaczynał słabnąć. Uśmiechnęła się do siebie. Tym razem poradzi sobie bez leków przeciwbólowych. Musiała być twarda.

***

Radwanice, okolice Wrocławia, 28 kwietnia 2012 r.

– Chcesz wiedzieć, co ci zrobię? – spytał Kaczmarski.

– Pewnie wymyślisz coś ekstra.

– Tak właśnie będzie.

Mężczyzna przyłożył ostrze noża do policzka Grześka i lekko przejechał po skórze. Pojawiła się czerwona kropla, a potem niewielka strużka krwi zaczęła spływać w dół. Zwyrodnialec się uśmiechnął. Sikora zdawał sobie sprawę, że nie powinien teraz prowokować tego szaleńca, ale nie mógł się powstrzymać.

– Tylko na tyle cię stać? – spytał.

Miał świadomość, że po tych słowach Kaczmarski może bardziej się postarać, nie przejmował się tym jednak. W tej chwili najważniejsze było dla niego ustalenie, co się dzieje z Michałem.

– Mogę ci udowodnić, że potrafię sprawiać ból. – Oprawca pochylił się i popatrzył Grześkowi w oczy.

– Wierzę ci, chłopie. Gdy tylko poczułem smród z twojej gęby, dotarło do mnie, że kontakt z tobą naprawdę może boleć. O szczypaniu w oczy nie wspomnę. Co ty, facet, zębów nie myjesz? – Gdy Kaczmarski odruchowo się odsunął, Sikora uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że udało mu się zdominować psychola i zdobyć nad nim lekką przewagę. Oczywiście przewaga była tylko psychiczna, ale Grzesiek był dobrej myśli. Teraz tylko musiał uwolnić ręce, i na pewno poradzi sobie z przeciwnikiem. – Zainwestuj w Tik-Taki, gościu, albo chociaż co jakiś czas wyszczotkuj kły. Laski pewnie nie masz, co? Biorąc pod uwagę ten odór, jakoś się temu nie dziwię.

Kaczmarski zaczął szybciej oddychać. Sikora widział, że wyprowadził go z równowagi, a to mogło się dla niego źle skończyć. Postanowił lekko załagodzić sytuację.

– Dobra, jak nie będziesz się zbytnio zbliżał, może jakoś dam radę. A teraz posłuchaj. Chyba obaj zdajemy sobie sprawę z tego, w jakim szambie się znaleźliśmy.

– Ty w większym.

– Nie licytowałbym się. Spójrz na to obiektywnie. Załatwisz mnie i co z tego będziesz miał? Skoro ja się tu znalazłem, moi kumple w końcu też się pojawią. Może nie za godzinę, może nie jutro, ale uwierz mi, że przyjadą.

– No i co? Ciebie już nie będzie – warknął Kaczmarski.

– Jasne, możesz mnie załatwić. Ale nic oprócz dożywocia z tego mieć nie będziesz. Myślisz, że tak łatwo zabić człowieka?

Mężczyzna uśmiechnął się obłąkańczo i skinął głową. Widząc to, Sikora zrozumiał, że musi się stąd jak najszybciej wydostać. Gdy spotkał go w lesie, z miejsca wyczuł, że ma przed sobą złego człowieka. Okrucieństwo wręcz biło z jego oczu. Podejrzewał, że Kaczmarski ma na swoim koncie już niejedną zbrodnię. Coraz bardziej bał się o Michała. Bo to, że to ten facet porwał Bieleckiego, było więcej niż pewne. Pytanie tylko, w jakim stanie był w tej chwili jego przyjaciel. Sikora miał nadzieję, że się nie spóźnił i Michałowi nic złego się nie stało.

– Powiem ci, że w całej swojej długiej karierze widziałem sporo takich, którzy myśleli, że im się upiecze – podjął. – Nikomu jednak się nie udało uniknąć sprawiedliwości. Trafisz za kraty, a tam staniesz się ofiarą przemocy ze strony innych więźniów.

Sikora miał nadzieję, że uda mu się uśpić czujność porywacza. Zdawał sobie sprawę, że człowiek, który miał odwagę zaatakować policjanta i porwać drugiego, a prawdopodobnie miał na sumieniu również inne zbrodnie, nie obawia się więzienia.

– Myślisz, że się tego boję? – zapytał Kaczmarski, patrząc na Grześka z ciekawością.

– Teraz może nie, ale za jakiś czas dotrze do ciebie, w jakim gównie się znalazłeś. Tyle że wtedy będzie za późno.

Oprawca ponownie podszedł bliżej i nachylił się nad Sikorą.

– Powiem ci coś, złamasie – wycedził. – Możesz sobie pierdolić smutki. Możesz gadać, że wali mi z gęby. Chuj mnie to obchodzi. Wykonasz swoje zadanie, a potem z przyjemnością wbiję ci ten nóż prosto w serce. Będę się delektował smakiem twojej krwi, zlizując ją z ostrza. – Kaczmarski wyprostował się, górując nad komisarzem, i dodał cicho: – Będę słuchał, jak skomlesz o swoje nędzne psie życie.

Sikora usłyszał przeciągły świst i poczuł przenikliwy ból głowy.

Sekundę później stracił przytomność.

***

Wrocław, 28 kwietnia 2012 r.

Pyrka leżał przed telewizorem i oglądał serwis informacyjny. Dziennikarze jednej z ogólnopolskich stacji relacjonowali właśnie na żywo wydarzenia z miejsca, w którym ujawniono fragment ludzkiej dłoni. Uśmiechnął się, widząc przerażenie na twarzy kobiety, która opowiadała, jak podczas spaceru jej pies znalazł fragment ciała. Słuchając jej słów, był z siebie dumny. To on sprawił, że na mieszkańców miasta padł blady strach. Zastanawiał się, co jeszcze mógłby zrobić, by stać się sławny. Mógł upolować kolejną kobietę i wyciąć z niej spory fragment ciała. Potem stanąłby przed komendą z kawałkiem mięsa w dłoni i na oczach gapiów, a pewnie również przedstawicieli mediów, zaczął jeść surowe mięso. To byłoby coś. Pewnie z miejsca by go zatrzymano, ale miałby swoje pięć minut sławy.

Jeszcze kilka dni temu nie miał takich planów. Żył sobie spokojnie, niczym się nie wyróżniając. Jego codzienność była monotonna i w sumie nudna. Teraz jednak zapragnął, by wszyscy o nim mówili i się go bali. Marzył, żeby jego imię było wypowiadane ze strachem, a każdy, kto go pozna, wiedział, że ma do czynienia z drapieżnikiem, z którym trzeba się liczyć.

Przypomniał mu się Maciek, kolega z podstawówki. Kiedyś pokłócili się na lekcji polskiego. Dzisiaj nawet nie pamiętał, co dokładnie było powodem ich konfliktu, ale przez długie lata nie odezwali się do siebie słowem. Kilka tygodni temu Pyrka przypadkowo zobaczył Maćka wchodzącego do osiedlowego sklepu. Miał ochotę podejść i z nim pogadać, ale nie wiedział, jak taką rozmowę zacząć. Teraz poczuł złość na dawnego kolegę. Chciał go odwiedzić i pokazać mu, że z nim się nie żartuje. Znał jego adres, nie wiedział tylko, czy dawny kolega ma rodzinę, czy może mieszka sam.

Wstał z wersalki i podszedł do szafki w przedpokoju. Z szuflady wyjął skórzane zimowe rękawiczki – nie chciał przypadkowo zostawić odcisków palców. Położył je na pufie i skierował się do kuchni. Ze stojącego przy zlewie ociekacza wyciągnął długi nóż. Przez kilka sekund ważył go w dłoni. Długie rzeźnickie ostrze idealnie nadawało się do zadania, jakie sobie zaplanował. Pyrka wiedział, że tym narzędziem wyrówna rachunek krzywd. Maciek będzie się modlić o szybką i bezbolesną śmierć, on jednak wiedział, że bezbolesna wcale nie będzie. Uśmiechnął się na tę myśl. Zamknął oczy i wciągnął głęboko powietrze, czując już zapach krwi, która wkrótce zostanie przelana.

***

Major Vaclav Ondrášek wszedł do komendy wojewódzkiej i udał się prosto do sali, na której miał się spotkać z członkami grupy powołanej specjalnie w celu złapania kanibala. Stanął przed drzwiami i nabrał powietrza. Czuł lekką obawę. Pierwszy raz współpracował z policją z innego kraju w sprawie, którą zajmował się przez lata. Pierwszy raz miał się też pojawić w podwójnej roli – łowcy i zwierzyny. Oczywiście pracując w czeskiej policji i zajmując się mordercą zjadającym ludzi, miał wpływ na śledztwo i dzięki posiadanej wiedzy udawało mu się odpowiednio je sabotować, tak by nikt się nie dowiedział, że za najbardziej brutalnymi zbrodniami nie tylko w historii Czech, ale całej Europy, a prawdopodobnie nawet świata, stoi on – major praskiej policji. Teraz jednak miał dziwne wrażenie, że limit szczęścia się wyczerpuje. Jakieś przeczucie mówiło mu, że jego kariera ludojada może się zakończyć tutaj, we Wrocławiu.

Pomimo że nie był wierzący, przeżegnał się. Chwilę później nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Stanął w progu, patrząc na zgromadzonych w środku ludzi. Funkcjonariusze siedzący przy długim stole jak na zawołanie odwrócili głowy w jego stronę. Major wszedł do pokoju i podszedł do stołu.

– Chciałabym przedstawić wam majora Ondráška z praskiej policji – powiedziała pełniąca obowiązki komendanta wojewódzkiego inspektor Joanna Dobrucka.

Wszyscy podnieśli się z miejsc. Major wyciągnął rękę w stronę najbliżej stojącego policjanta.

– Vaclav – przedstawił się.

– Andrzej Kołodziejczyk – powiedział mężczyzna.

Stojący za nim Sawicki skinął głową. Tego funkcjonariusza Ondrášek poznał już wczoraj. Chwilę później przywitał się z każdym członkiem zespołu.

– Vaclav przyjechał do nas, żeby nam pomóc złapać tego psychola – oznajmił Sawicki.

– Sami też dalibyśmy radę – stwierdził Kołodziejczyk.

Ondrášek uśmiechnął się na te słowa. Czuł butę w postawie tego gliniarza. Kusiło go, by mu pokazać, jak mało wie o pracy policjanta.

– Może i tak – powiedział spokojnie. – Ja jednak staram się go złapać od kilkunastu lat i jak dotąd bez skutku.

– Może kolega nie ma szczęścia lub umiejętności – mruknął Kołodziejczyk.

– Może tak być. – Major usiadł przy stole i spojrzał na Dobrucką. – Mogę? – spytał.

– Proszę.

Otworzył teczkę, z którą tu przyszedł, wyjął z niej plik kartek i położył je na blacie.

– Przez lata robiłem wszystko, by złapać kanibala. I doszedłem do wniosku, że albo facet ma niebywałe szczęście, albo my mamy ogromnego pecha.

– Albo czeska policja nie przyłożyła się wystarczająco do pracy – rzucił Kołodziejczyk.

Vaclav zignorował tę uwagę i ciągnął:

– Pierwsza wzmianka o kanibalizmie na terenie Republiki Czeskiej pojawiła się ponad dwie dekady temu. Od tamtej pory co jakiś czas znajdowaliśmy okaleczone ciała. Nie będę was teraz wprowadzał w szczegóły, ale nasza policja naprawdę przyłożyła się do tej sprawy. Niestety kiedy już się nam wydawało, że jesteśmy o krok od namierzenia sprawcy, ten nagle przestawał zabijać i znikał. Gdy z kolei mieliśmy wytypowanego podejrzanego i dokonywaliśmy jego zatrzymania, nagle prawdziwy kanibal wracał i zabijał kolejną osobę.

– Czyli dwie dekady goniliście króliczka i nawet się do niego nie zbliżyliście. No to sukces niebywały.

– Dlatego teraz przyjechałem popatrzeć, jak pracują profesjonaliści – odparł z uśmiechem Ondrášek. – I nie ukrywam, liczę, że przy panu sporo się nauczę.

Zdawał sobie sprawę, że ośmieszył Kołodziejczyka w oczach kolegów i ten tak szybko mu tego nie wybaczy. Nie zamierzał się tym jednak przejmować. Przez lata służby zyskał sobie wielu zwolenników, jak też spore grono wrogów.

***

Rubik i Radwańska wysiedli z samochodu i spojrzeli w stronę budynku. To tutaj odkryto zwłoki zamordowanych matki i córki. Gdy dowiedzieli się o znalezieniu ręki, którą zabójca odjął denatce, od razu wiedzieli, że sprawy są połączone ze sobą. Nie trzeba było geniusza na miarę porucznika Columbo czy innego Kojaka, by dodać dwa do dwóch i stwierdzić, że zabójca kobiety i jej córki pozbył się zabranego z miejsca zbrodni fragmentu ciała. Rubik miał ochotę porozmawiać z sąsiadem ofiar, który kilka dni wcześniej zgłosił się do wydziału zabójstw komendy wojewódzkiej i powiedział, że jest grasującym w mieście kanibalem. Zastanawiał się, czy ten cały Pyrka rzeczywiście ma coś wspólnego ze śmiercią samotnej matki i jej dziecka.

– Jeśli to on, to zrobił nas w chuja – powiedziała Radwańska.

– Wiem. I za to wyłapie ode mnie w ryj. Nie lubię, jak ktoś robi ze mnie wała.

– Ja to mu nawet współczuję. Wzywamy wsparcie czy sami go wyjmujemy?

– Sami damy radę.

Skierowali się w stronę wejścia do budynku, a stamtąd prosto pod drzwi mieszkania Pyrki. Rubik przyłożył ucho do drewnianej powierzchni, nasłuchując dźwięków z wnętrza. Chwilę później usłyszeli skrzypienie sąsiednich drzwi.

– Wyszedł z samego rana – powiedziała kobieta, która stanęła w progu.

– A wie pani, dokąd mógł pójść? – zapytała Radwańska.

– Nie spowiada mi się. A wy pewnie w sprawie Iwonki? Macie już coś? To on ją zabił? – Sąsiadka wskazała na mieszkanie Pyrki.

– Nie możemy udzielać osobom postronnym informacji na temat postępów w śledztwie. Przyjechaliśmy zapytać pana Pyrkę o kilka rzeczy, co nie oznacza, że jest o coś podejrzany – powiedział Rubik.

Kobieta pokiwała głową.

– No tak. Jakby to był on, to pewnie byłoby was więcej – stwierdziła. – We dwoje raczej nie dalibyście rady go aresztować.

Rubik miał ochotę powiedzieć jej, że jest w błędzie, ale usłyszał kroki na schodach. Przyłożył palec do ust i sięgnął do broni. Chwilę później zobaczył podejrzanego wchodzącego na górę.

– Policja! Stój! – krzyknął, wyjmując broń.

Pyrka zatrzymał się na sekundę, a potem obrócił na pięcie i zaczął zbiegać na dół. Rubik rzucił się za nim w pościg. Na plecach czuł oddech Radwańskiej. Chwilę później podejrzany wybiegł z budynku i zderzył się z idącą chodnikiem kobietą. Oboje upadli. Wtedy policjant doskoczył do niego, przygniótł go kolanem do ziemi i zatrzasnął kajdanki na jego nadgarstkach.

– Jesteś zatrzymany.

– Za co? – wydyszał Pyrka.

– Za zabójstwo.

Funkcjonariusz szarpnął mężczyzną, stawiając go na nogi, i spojrzał mu prosto w oczy.

– Czemu to zrobiłeś?

Pyrka uśmiechnął się obłąkańczo.

– Bo chciałem.

***

Radwanice, okolice Wrocławia, 28 kwietnia 2012 r.

Sikora z trudem otworzył oczy. Potylica pulsowała mu bólem, ale dało się go przeżyć. Pamiętał, że został czymś uderzony. W uszach wciąż słyszał groźbę Kaczmarskiego. Zdawał sobie sprawę, że musi się stąd jak najszybciej wydostać.

Uniósł się na przedramieniu i spojrzał w lewo. Na materacu pod ścianą leżał Michał. Wyglądał, jakby nie żył. Grzesiek poczuł, jak serce mu przyspiesza. Chciał się przysunąć do przyjaciela, ale kajdanki ograniczały mu ruchy. Był przykuty do jakiejś obejmy przytwierdzonej do ściany. Nie miał pewności, czy jego przyjaciel w ogóle wybudził się ze śpiączki, bo został uprowadzony w trakcie pobytu w szpitalu. Teraz widok skulonego Bieleckiego przeraził go do żywego.

– Kurwa mać… – zaklął pod nosem.

Szarpnął ręką, licząc, że metalowa obręcz nie jest zbyt dobrze przymocowana i puści. Nic takiego jednak się nie stało.

Po chwili usłyszał odgłos kroków za drzwiami. Wiedział, że psychol zaraz tu wejdzie.

– Michał… – szepnął, licząc, że przyjaciel da jakikolwiek znak życia.

Po kilku sekundach usłyszał dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Drzwi się otworzyły. Sikora widział stojącego w progu oprawcę i zaczął się zastanawiać, czy facet przyszedł, żeby ich zabić, czy może pozwoli im jeszcze żyć. Gdyby chciał ich zamordować, może zrobiłby to wcześniej, a nie zamykał w tej celi. Widocznie miał wobec nich inne plany. I właśnie ich Sikora obawiał się chyba nawet bardziej niż śmierci.

– Żyje – powiedział Kaczmarski, wskazując palcem na Michała.

– Co mu zrobiłeś? – spytał Grzegorz.

– Nic. – Tamten wzruszył ramionami. – Ja nic.

Komisarz jednak mu nie wierzył. Widząc jego dziwny uśmiech, czuł, że działo się tu coś dziwnego.

Nagle od strony materaca, na którym leżał Michał, dobiegł cichy jęk.

– Może mieć uszkodzone żebra – powiedział Grzesiek.

– Może. Nie wiem. Ja jestem tylko salowym. Medycyny nie studiowałem.

– Człowieku, jemu potrzebna jest pomoc! Jak coś mu się stanie, będziesz miał ogromne problemy!

– Nie rozśmieszaj mnie. Nie boję się problemów. Niczego się nie boję.

Sikora zdał sobie sprawę, że nie przekona porywacza, by ich wypuścił. Musiał coś wymyślić, by się stąd wydostać. A czasu miał coraz mniej.

Spojrzał na Michała. Bielecki kolejny raz cicho jęknął.

***

Jasiński już miał wysiąść z samochodu, gdy rozdzwoniła się komórka Stankiewicza. Jego partner wyciągnął z kieszeni aparat i zerknął na wyświetlacz.

– Wojtyła – powiedział i wcisnął zielony guzik. – Cześć. Co tam?

– Hej. Słuchaj, od jakiegoś czasu próbuję się dodzwonić do Grześka, ale ma wyłączoną komórkę.

– Może zapił? – zasugerował Igor i dał na głośnik.

– Nie sądzę. Jakbyś nie pamiętał, ktoś uprowadził Michała. Nie wyobrażam sobie, żeby w takiej sytuacji Grzesiek się schlał.

– W sumie racja.

– A sprawdzałaś na adresie? – wtrącił się Jasiński.

– Pusto. Zadzwoniłam do Anety, ale ona też nic nie wie. Ostatnie, co słyszała, to że Sikora przekazał Piotrusia pod opiekę jej matce.

Policjanci przez chwilę milczeli. Zniknięcie komisarza tuż po porwaniu Bieleckiego rzeczywiście było czymś dziwnym.

– Może udało mu się coś ustalić, porywacz Miśka się o tym dowiedział i go załatwił – zasugerował cicho Jasiński.

– Kurwa… – zaklęła Wojtyła. – A wy kiedy ostatni raz go widzieliście?

– Wczoraj wieczorem. Pogadaliśmy trochę na temat roboty i ustaleń w związku z porwaniem Miśka. Właśnie ponownie jesteśmy na jednym z adresów, który nam wyskoczył przy sprawie. Mamy jeszcze parę pytań do jednego z salowych.

– Rozumiem. Dobra. Jakbyście się czego dowiedzieli, dajcie znać. Ja wrócę do Grześka. Może jego sąsiedzi coś wiedzą.

Stankiewicz rozłączył się i spojrzał na partnera.

– Nie uważasz, że to dziwne, że Grzechu zniknął?

– Dziwne.

Jasiński popatrzył na budynek przed nimi i poczuł, że serce mu przyspiesza.

– Wczoraj powiedziałem Sikorze o tym adresie. Jak wspomniałem, że tu byliśmy, jakoś się usztywnił.

– Co? – zdziwił się Staniewicz.

– No mówię ci. Odniosłem wrażenie, że on wie, kto tu mieszka.

Stankiewicz odwrócił głowę w stronę posesji i dostrzegł stojącego na ganku mężczyznę. Odruchowo sięgnął do kabury z bronią i rzekł:

– Wchodzimy ostrożnie. Jakby co, wal bez ostrzeżenia.

Wysiedli z Punto i skierowali się w stronę furtki.

***

Kaczmarski patrzył przez okno na parkujący przed wjazdem na posesję samochód. Wiedział, że to tajniacy. Zastanawiał się, czy pojawili się tu z powodu tego Sikory, czy może udało im się ustalić, że to on stoi za zniknięciem ze szpitala Bieleckiego. Obie wersje były równie prawdopodobne. Cieszył się, że ukrył samochód komisarza w stodole. Jeśli tylko uda mu się przekonać tych gliniarzy, by nie wchodzili na teren posesji, jest szansa, że nie odkryją Punto.

Wyszedł na ganek i zobaczył, że jeden z tajniaków kończy rozmawiać przez telefon. Chwilę później obaj wysiedli z pojazdu. Kaczmarski postanowił z nimi pogadać. Miał przeczucie, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Musiał tylko zrobić wszystko, by tamci nie zdecydowali się wejść na jego teren. Gdyby zaczęli szperać, bez trudu odkryliby samochód, a potem pewnie także tych dwóch gliniarzy. Jego świat by się zawalił. Nie zdołałby wyjść z tej opresji cało. Musiał zrobić wszystko, by uniknąć odsiadki.

Ruszył w stronę bramy, gdy nagle wyczuł za plecami jakiś ruch. To jego siostra wyszła na ganek.

– Dorota, wróć do domu – powiedział cicho.

– Dzień dobry, panie Tomaszu – usłyszał w tym samym momencie od strony furtki.

Policjanci stali już przed wejściem. Jeden z nich wyciągnął przed siebie policyjną odznakę. Drugi trzymał dłoń na kaburze z bronią.

Teraz już Kaczmarski przestraszył się nie na żarty.

– Dzień dobry. O co chodzi? – spytał, podchodząc bliżej.

– Jak pewnie pan pamięta, prowadzimy śledztwo w sprawie zaginięcia jednego z pacjentów szpitala, w którym pan pracuje. Mamy kilka dodatkowych pytań. Czy możemy wejść?

Tomasz skinął głową.

– Znowu? Już rozmawiałem z panów kolegą – powiedział, otwierając furtkę.

– Tak? – Funkcjonariusze spojrzeli po sobie zaskoczeni.

– No tak. Wczoraj w późnych godzinach wieczornych był tu jakiś komisarz. Nazwiska nie pamiętam, ale on też pytał o tego pacjenta. Panowie pytali wcześniej o pielęgniarkę, a on tylko o tego porwanego. O pielęgniarce nie wspomniał ani słowem.

– Czy ten komisarz nazywał się Sikora?

Kaczmarski udawał, że się zastanawia.

– Chyba tak, ale głowy nie dam sobie uciąć – odparł w końcu. – Przyjechał późno i trochę nas tym zaskoczył. Ja i moja siostra – odwrócił się i wskazał na Dorotę – chwilę z nim rozmawialiśmy. Potem powiedział, że musi wracać, bo telefon mu pada. Poprosił, żebym osobiście zgłosił się na komendę i tam zostanę oficjalnie przesłuchany.

– A czy zauważył pan może coś dziwnego w zachowaniu tego policjanta? – zapytał Stankiewicz.

– Nie wydaje mi się. Zachowywał się w sumie normalnie.

– A co było dalej?

– Nic. Pojechał. Ja planowałem wstąpić do komendy dzisiaj, po drodze do pracy. A wiadomo już coś może na temat tego zaginionego pacjenta?

– Wciąż go szukamy – powiedział Jasiński. Popatrzył na partnera i podszedł do Doroty. – A czy pani zapamiętała jakiś szczegół? Może w pani ocenie ten policjant zachowywał się nietypowo?

Kobieta pokręciła głową.

– Nie. Ja w sumie tylko chwilę byłam przy tej rozmowie. Potem poszłam do siostry.

– A siostra może nam powiedzieć coś więcej?

– Aniela? Nie sądzę. Tak jak wspominał brat, Aniela jest osobą z niepełnosprawnością. Całe dnie leży w łóżku, w ogóle nie opuszcza pokoju. Jak panowie chcą, mogę ją pokazać.

Tomasz miał nadzieję, że odmówią, ale wskazał dłonią na dom.

– Zapraszam.

Mundurowi spojrzeli po sobie niepewnie. Kaczmarski wiedział już, że zaraz stąd odjadą. A gdy tylko to zrobią, on będzie miał pełne ręce roboty. Na początek będzie musiał pozbyć się samochodu, którym przyjechał tu Sikora. Potem zajmie się dwoma więźniami. Nie mogli dłużej zostać przy życiu.

***

Wrocław, 28 kwietnia 2012 r.

– Dlaczego ją zabiłeś? – warknął Rubik, patrząc na Pyrkę.

Mężczyzna rozmasował obolały kark, a następnie wystawił do nich język.

– Bo jestem wcielonym złem – powiedział cicho. – To ja jestem kanibalem. I nie macie szansy mnie powstrzymać.

Chwilę później głośno się zaśmiał.

Rubik spojrzał na Radwańską. Oboje byli zaskoczeni wyznaniem mordercy. Zabójstwo sąsiadki i jej dziecka jeszcze mogli mu przypisać, ale seria zabójstw, o których było ostatnio głośno w mieście, nie wydawała się jego dziełem.

– A ile osób w sumie zabiłeś?

– Mam na koncie ponad trzydzieści ofiar.

Policjant wiedział już, że Pyrka kłamie.

– No dobrze, jesteś wcielonym złem. A podasz nam więcej szczegółów? Prokurator będzie chciał poznać okoliczności tych zbrodni. Na słowo raczej nie uwierzy.

– Nic wam nie powiem. – Pyrka pokręcił głową. – Chcę mieć gwarancję, że pojawią się media. Zamierzam wygłosić manifest.

– Manifest? A co ty jakiś komunista? – wyrwało się Radwańskiej.

Pyrka popatrzył na nią z odrazą.

– Ty pierdolnięta jesteś? Nie jestem żadnym komuchem – warknął. – Brzydzę się komuchami. Jakbym mógł, wszystkich powiesiłbym na latarniach. Skończyła się komuna i nikt nie zrobił z nimi porządku. Pamiętam, jak Rumuni załatwili Ceauşescu. To była prawdziwa dekomunizacja.

– Dobrze, może jednak nie wchodźmy w politykę – stwierdził Rubik. – Dasz nam coś więcej?

– Nie. Nie zasłużyliście. Będę mówił, jak pojawią się media. Na konferencji prasowej opowiem o wszystkim.

– Dobra. Powiem ci, jak będzie. Prokurator, który ma nadzór nad sprawą, wystąpił z wniochem o areszt. Sąd wyraził zgodę. Zaraz lecisz na Świebodzką. Tam możesz sobie manifestować. Skruszejesz i wtedy inaczej będziesz gadał.

Policjant odwrócił się do partnerki. Radwańska skinęła głową. Chwilę później dał znać stojącemu przy drzwiach mundurowemu, by wyprowadził zatrzymanego.

***

Radwanice, okolice Wrocławia, 28 kwietnia 2012 r.

Kaczmarski otworzył drzwi pomieszczenia, w którym przetrzymywał dwóch gliniarzy. Doskoczył do Sikory i z całej siły uderzył go w twarz, tak niespodziewanie, że policjant nie zdążył nawet się zasłonić. Chciał ponowić uderzenie, ale tym razem gliniarz zrobił unik.

– Zrób to jeszcze raz, a skręcę ci kark – wycedził Sikora.

Kaczmarski patrzył mu prosto w oczy. Wiedział, że gliniarz jest w stanie spełnić groźbę. Odsunął się i starał uspokoić oddech. Był na niego wściekły za to, że się tu pojawił. Był wściekły na tych dwóch, z którymi chwilę wcześniej rozmawiał. Był wściekły na siebie – że nie wywiózł auta Sikory i że porwał tego Bieleckiego. Gdyby zamiast niego uprowadził kogoś innego, nie byłoby tylu problemów.

Odwrócił się, gdy w głębi domu usłyszał jęki Anieli.

– To wszystko przez nią – mruknął cicho.

– Co tam mamroczesz? – spytał Sikora. – Modlisz się?

Kaczmarski przeniósł na niego wzrok.

– Byli tu przed chwilą twoi koledzy – powiedział.

– O, znaleźli cię, kmiotku. I co teraz zrobisz?

Kaczmarski nie odpowiedział. Zacisnął tylko zęby i wyszedł z pomieszczenia.

W progu kuchni bez słowa minął Dorotę. Podszedł do zlewu i wyjął z ociekacza długi nóż z drewnianą rękojeścią. Dotknął palcem ostrza. Było wystarczające ostre.

– Co chcesz zrobić? – spytała Dorota, wyraźnie zaskoczona.

– Załatwię go.

– Policja się tu kręci. Może trzeba wymyślić coś innego.

Popatrzył na nią i pokręcił głową. Nie będzie zmieniał planów.

Z nożem w dłoni wrócił do celi.

– Komu mówiłeś, że tu jedziesz? – spytał, stając przed Sikorą.

Gdy policjant nie odpowiedział, Kaczmarski uniósł nóż.

– Jak nie zaczniesz gadać, co minutę będę obcinał jeden palec.

– Mnie czy sobie? – spytał Sikora.

Kaczmarski się zawahał. Miał ochotę wbić temu psu nóż prosto w serce. W tym samym momencie ponownie usłyszał jęki Anieli. Odwrócił się i przez chwilę patrzył w głąb domu. W końcu wyjął z kieszeni paralizator i zbliżył się do Sikory.

Ten, widząc, co się dzieje, lekko się odsunął. Kilka razy próbował kopnąć oprawcę w nogi, ale Kaczmarski był za daleko.

– Nie rób nic głupiego… – wysapał.

– Zamknij mordę.

– Chłopie, pomyśl, zanim całkiem spieprzysz sobie życie.

Kaczmarski doskoczył do niego i nacisnął przycisk urządzenia.

Przez ciało Sikory przeszedł prąd.

***

Jasiński zatrzymał samochód na poboczu i odwrócił się do partnera.

– Mam wrażenie, że typ zrobił nas w bambuko.

Igor pokiwał głową.

– Ja też mam takie wrażenie. Zobacz, jak łatwo przyszło mu nas okłamać. A my łykamy wszystko jak pelikany. Przecież jeśli Sikora tam był, to raczej nie po to, by pogadać z gościem o pogodzie. Nie mówił, że się do niego wybiera, bo ma jakieś pytania. Skoro się usztywnił na wspomnienie o Radwanicach, to znaczy, że coś mu się z tą wiochą skojarzyło. Przyjechał tu i co dalej? Tak po prostu odjechał?

Jasiński przez kilka sekund patrzył w lusterko wsteczne. Liczył, że zobaczy w nim coś, co utwierdzi go w przekonaniu, że to Kaczmarski stoi za zniknięciem Michała i Sikory. Mogli oczywiście zawrócić i wejść na posesję bez nakazu przeszukania, ale zdawali sobie sprawę, że Palczak by ich za to dojechał. Po zmianie na stanowisku komendanta wojewódzkiego nie mieli pojęcia, czego mogą się spodziewać po Dobruckiej i czy takie samowolne przeszukanie nie zostałoby przez kogoś zakwestionowane.

– Nie wykluczam niczego, ale masz rację. Do Grześka to niepodobne.

Igor wyjął komórkę i wybrał numer Sikory. Po kilkunastu sygnałach dał spokój i się rozłączył.

– Nie odbiera. A przecież jakby wszystko było w porządku, to by odebrał.

Wybrał numer Anny Wojtyły i włączył głośnik. Po chwili obaj usłyszeli:

– No cześć.

– Sikora już jest? Wiesz coś więcej?

– Nie, na adresie też go nie ma.

– Dobra. Daj znać jak coś.

Igor się rozłączył i wrzucił wsteczny. Wycofał kawałek, po czym skierował się w stronę domu Kaczmarskiego. Tam zgasił silnik i spojrzał na partnera. Obaj wiedzieli, że Sikora może być w wielkim niebezpieczeństwie.

Chwilę później ponownie zadzwoniła Wojtyła.

– Jak tam? Macie jakąś wiedzę? – zapytała.

– Mamy podejrzenia.

Słyszeli, jak policjantka głośno przełyka ślinę.

– Dobra. Wejdziemy je sprawdzić – powiedział Jasiński.

– Wezwijcie wsparcie.

Jasiński kiwnął głową. Zdawali sobie sprawę, że powinni wezwać do pomocy AT-eków. Jedno z ich ostatnich wejść miało burzliwy przebieg. Nie chcieli powtórki z rozrywki. Jednak czas ich gonił.

– Jasne. Jakby co, jesteśmy na łączach.

– Trzymam kciuki.

Jasiński patrzył na dom. Przez chwilę w służbowym aucie panowała cisza.

– Dobra, wzywam wsparcie – powiedział w końcu.

– Słuszna decyzja. Bałem się, że będziesz chciał ogarniać to sam.

***

Sikora otworzył oczy i w tym samym momencie tego pożałował. Miał przed sobą kobietę w ogromnej koszuli nocnej. Patrzyła na niego i obleśnie się uśmiechała. Widział jej mętny wzrok. Chwilę później podniosła koszulę i oczom Grześka ukazał się jej wilgotny srom. Widział śluz ściekający po wewnętrznej stronie uda. Nie mógł znieść tego widoku. Był nie tylko odrażający, ale także przerażający. Odwrócił wzrok.

– Masz branie, facet – usłyszał za plecami głos porywacza.

– Co to, kurwa, za pokrak? – spytał, gdy kobieta zaczęła się do niego zbliżać. – Zabierz to coś!

– No co? Nie chcesz pobzykać mojej siostry?

Sikora patrzył na otyłą kobietę i zastanawiał się, co ta zamierza zrobić. W pewnym momencie zaczęła masować się po kroczu. Jej twarz wyrażała czystą ekstazę. Raz po raz oblizywała usta w sposób, który pewnie w założeniu miał być erotyczny, ale jego ten widok nie podniecał. Przeciwnie – było w nim coś obleśnego. Otworzyła półprzymknięte do tej pory oczy, wyciągnęła dłoń i ruszyła w kierunku komisarza. Nie miał pojęcia, co zaraz się wydarzy, ale zdawał sobie sprawę, że jest w ogromnym niebezpieczeństwie. Zbliżające się do niego monstrum ważyło ze sto pięćdziesiąt kilogramów i miało ospowatą skórę.

– Co, nie jest w twoim typie? – prychnął Kaczmarski. – Zobaczysz, że ci się spodoba. Raz spróbujesz i będziesz chciał więcej.

Nagle kobieta dosłownie rzuciła się na Sikorę. Grzesiek cofnął się o krok i odruchowo wyprowadził mocne kopnięcie, trafiając napastniczkę prosto w tchawicę. Kobieta padła na łóżko, złapała się za szyję i zaczęła rzęzić. Sikora wiedział, że kopnięciem zmiażdżył jej tchawicę i tylko kwestią czasu jest, jak siostra porywacza się udusi. W tym samym momencie usłyszał wrzask. Spojrzał do tyłu i zobaczył inną kobietę. Ta chwilę później minęła go i doskoczyła do tej leżącej na łóżku. Słyszał, jak zanosi się płaczem. Wtedy jego porywacz go pochwycił i zaczęli się szarpać. Napastnik wyjął zza paska pistolet. Grzesiek od razu rozpoznał swoją broń. Kaczmarski wycelował w jego stronę. Sikora widział, że pistolet jest odbezpieczony, nie miał tylko pojęcia, czy w komorze jest nabój.

Sekundę później broń wystrzeliła.

***

Jasiński patrzył na jadące drogą dwa terenowe Land Rovery. Siedzieli w nich członkowie wrocławskiego pododdziału kontrterrorystycznego. Samochody zatrzymały się kilka metrów za ich autem. On i Stankiewicz wysiedli, po czym skierowali się w stronę AT-eków.

– Cześć – powiedział komisarz Jacek „Topór” Maciejewski, dowódca antyterrorystów. – Z czym mamy się zmierzyć?

– W sumie to tylko podejrzenie. Ze szpitala wywieziono jednego z naszych. Bielecki był w śpiączce i ktoś go zajumał.

– No to, kurwa, grubo.

– Podejrzewamy, że może być przetrzymywany tutaj. Właściciel posesji pracuje w szpitalu, z którego uprowadzono Bieleckiego. Jest tam salowym. Sikora wczoraj się tu pojawił. Facet twierdzi, że pogadał z nim i ten odjechał. Tyle że od rana z Grzechem nie ma kontaktu.

– Czyli on też może tu być – stwierdził Maciejewski. – Co wiemy na temat posesji i właściciela? Facet ma broń? Jest coś, co może nas zaskoczyć?

– Nie mamy wiedzy. Z tego, co udało nam się ustalić, koleś mieszka z dwiema siostrami. Tak powiedział. Widzieliśmy jedną.

– Czyli może być uzbrojony.

– Tego nie wiemy.

– Może mieć broń Sikory, oczywiście jeśli to on go załatwił – powiedział „Topór”, po czym dał znać swoim ludziom, by zaczęli się przygotowywać do akcji.

– Fakt – potwierdził Stankiewicz.

Kontrterroryści zajęli pozycję obok Land Roverów.

– Słuchajcie, w domu są zbój i dwie rusałki. Może być też broń. Prawdopodobnie klamka, ale tego nikt nie wie. Zachować ostrożność. Te dwa asy podejrzewają, że facet może przetrzymywać dwóch naszych. Wchodzimy za pięć minut – poinstruował Maciejewski.

Jasiński patrzył na AT-eków i ich wyposażenie. Na miejscu tego Kaczmarskiego od razu by się poddał.

– Dobra, wy dwaj. – Dowódca antyterrorystów odwrócił się do Jasińskiego i Stankiewicza. – Schowajcie się pod autami. Faceci idą na akcję.

Puścił do nich oko i naciągnął na twarz chustę. Dał znak i cała grupa wolnym krokiem ruszyła w kierunku posesji.

W tym samym momencie usłyszeli pojedynczy wystrzał z broni palnej.

– Kurwa! – krzyknął Jasiński i sięgnął do kabury.

Kontrterroryści przyśpieszyli kroku.

***

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Piotr Kościelny, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301890

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

1.

Radwanice, okolice Wrocławia, 28 kwietnia 2012 r.

Wrocław, 28 kwietnia 2012 r.

Radwanice, okolice Wrocławia, 28 kwietnia 2012 r.

Wrocław, 28 kwietnia 2012 r.

Radwanice, okolice Wrocławia, 28 kwietnia 2012 r.

Wrocław, 28 kwietnia 2012 r.

Radwanice, okolice Wrocławia, 28 kwietnia 2012 r.

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści