Gen zła - Katarzyna Wolwowicz - ebook + książka

Gen zła ebook

Wolwowicz Katarzyna

0,0

Opis

Seria kryminalna z komisarz Olgą Balicką, tom 11

 

Olga budzi się w ciemnym, nieznanym jej pomieszczeniu. Z przerażeniem odkrywa, że jej ręce i nogi zostały związane, usta zaś zaklejone taśmą. Udaje się jej jednak uciec i ściągnąć na miejsce grupę dochodzeniowo-śledczą. Szybko odkrywają, że w ogrodzie domu, w którym Balicka była przetrzymywana, ktoś zakopał ciała dwóch kobiet. Podejrzenia padają na Miestwina Pomorskiego, jednak agenci CBŚP twierdzą, że mężczyzna nie mógł tego zrobić, ponieważ cały czas przebywał na Pomorzu. Olga nie chce w to uwierzyć. Jest przekonana, że to właśnie Pomorski dotkliwie ją pobił i porwał. 

Dwunastoletni Tobiasz Kowal trafia do domu dziecka. Jego dotychczasowe dzieciństwo skończyło się w chwili, kiedy ojciec odebrał życie mamie chłopca. W placówce opiekuńczej doświadcza okrutnej przemocy, która położy się cieniem nie tylko na jego dalszych losach, ale i życiu bliskich mu osób.  

W Jeleniej Górze rozpoczyna się skomplikowane śledztwo w sprawie zabójstwa dwóch młodych kobiet. Wstępne hipotezy zostają jednak obalone, kiedy zostaje zamordowana mieszkanka domu seniora, a sposób związania rąk oraz taśma na ustach pozwalają przypuszczać, że to ten sam sprawca, który uprowadził Olgę. 

Co łączy te ofiary? Czy Maria Łagowska, która zaginęła w dniu porwania Olgi, a później sama skontaktowała się z policją, ma coś na sumieniu? Czy Paula, córka dorosłego już Tobiasza, zmieni jego postrzeganie świata? I najważniejsze: czy zło dziedziczy się w genach?  

Na te pytania odpowie komisarz Olga Balicka, kiedy zakończy swoje najtrudniejsze i najbardziej wielowątkowe śledztwo w karierze… Wiemy, że na nie czekaliście! 

 

 ***

Katarzyna Wolwowicz, urodzona w 1983 roku. Magister stosunków międzynarodowych i psychologii klinicznej. Absolwentka studiów podyplomowych z mediacji.             

Dorastała w malowniczej górskiej miejscowości – Szklarskiej Porębie. Kocha przestrzeń, wolność i naturę, ale także ogień trzaskający w kominku, saunę i morsowanie w górskich wodospadach. Uwielbia sport, zwłaszcza narciarstwo alpejskie, a także taniec towarzyski i latynoamerykański.             

Autorka serii kryminalnych z Olgą Balicką, Tymonem Hanterem, Carmen Rodriguez i Rupertem Ogrodnikiem oraz thrillera W otchłani. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Gen zła

© Copyright by Katarzyna Wolwowicz, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026

Redakcja: Anna Jeziorska

Korekta: Joanna Wysłowska

Projekt okładki: Eliza Luty

Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak

Wszelkie podobieństwa zdarzeń, instytucji i osób są przypadkowe i niezamierzone. Opowieść stanowi literacką fikcję.

Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.

ISBN 978-83-8132-744-2

Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I, 2026

Dom w Komarnie

Wstrzymała oddech i nasłuchiwała. Musiała go wstrzymać, bo skrzepy w nosie powstałe po tym, jak kilka razy została z zaskoczenia uderzona w twarz, sprawiały, że oddychając, wydawała głośny świst, który nie pozwalał jej ustalić, czy była tu sama. Starała się na szybko ocenić sytuację, w której się znalazła. Miała związane na plecach ręce i nogi mocno ściśnięte trytytką. Czuła, jak ten cholerny plastik wrzyna się jej w skórę. Usta zaklejała szeroka taśma śmierdząca klejem i kiedy odzyskała przytomność, z trudem powstrzymywała mdłości, które co rusz ją dopadały. Bała się, że się zakrztusi i umrze, a śmierć przez zadławienie wymiocinami nie wydawała się jej czymś, czego chciałaby w życiu doświadczyć.

Nie wiedziała, gdzie się znajduje ani czy jest przy niej Maria Łagowska. Wokół panowała ciemność. Tak intensywna, że Olga nie potrafiła namierzyć ani jednego jaśniejszego fragmentu przestrzeni, który wskazałby na okno albo drzwi. Ale teraz najważniejsze dla niej pytanie brzmiało, czy Miestwin Pomorski przebywa gdzieś blisko niej. Jeżeli nie, to będzie mogła zacząć działać. Przeturlać się po podłodze, na której zakładała, że leży, wybadać pomieszczenie, zorientować się, czy nie natknie się na być może nadal nieprzytomną koleżankę, i obmyślić plan ucieczki.

Po kilkudziesięciu sekundach wciągnęła łapczywie powietrze w płuca, poruszyła się nieznacznie i znów wstrzymała oddech. Była pewna, że podłogę pokrywa parkiet. Niemal czuła zapach świeżych, niedawno kładzionych desek, czystych i dobrze wyszlifowanych. Nie umieszczono jej więc w żadnej piwnicy czy na zatęchłym strychu, a to dawało jej więcej nadziei na rychłą ucieczkę. Wydawało się jej, że znajduje się w wynajętym mieszkaniu gdzieś na odludziu. Pomorski, o ile działał sam, musiał je przetransportować i tutaj zostawić, a więc miała spore szanse na to, że leży na parterze albo najwyżej na pierwszym piętrze budynku. Szczerze wątpiła, żeby wynajął coś na wyższych kondygnacjach. Jeżeli skrupulatnie zaplanował tę akcję, a podejrzewała, że właśnie tak było, nie narażałby się na zorganizowanie mieszkania, z którym ktoś mógłby sąsiadować. Tak. Coraz bardziej obstawiała dom, położony z dala od innych zabudowań, z wysokim ogrodzeniem, być może murem, który nie pozwalał postronnym zaglądać na posesję.

Powoli docierały do niej strzępy informacji, które próbowała sobie przypomnieć, gdy tylko się ocknęła. Jak doszło do tego, że się tu znalazła? Co się stało, zanim straciła przytomność? Czy zdołała zostawić Kornelowi jakikolwiek trop, by je odnalazł? Nie. Z pewnością tego nie zrobiła, bo zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Jadąc autem, dostała wiadomość tekstową od Marii z zaproszeniem na rozmowę, a kiedy weszła do jej mieszkania, od razu zobaczyła ją klęczącą na podłodze w salonie ze związanymi z tyłu rękoma, dokładnie tak samo, jak teraz i ona miała skrępowane. Ust Marii nie zaklejała jednak taśma.

Kiedy Olga zapukała do drzwi wejściowych, Maria krzyknęła, by weszła. Jej głos nie wydawał się przestraszony, chociaż tych kilka słów nie dawało Balickiej zbyt dużych szans na dokładne ustalenie jej stanu emocjonalnego. Kiedy weszła do środka, zobaczyła, że Łagowska klęczy na podłodze, z przepraszającym wyrazem twarzy i łzami płynącymi po jej policzkach. Olga momentalnie zrozumiała, że wpadła w zasadzkę.

Pierwszy cios przyszedł tak szybko, że nie zdążyła zareagować. Poczuła, że dostaje z buta w tył pleców i upadła na kolana. Kolejne ciosy otrzymywała drewnianym kijem przypominającym bejsbolowy. Choć starała się osłonić, a nawet podjęła próbę obrony, straciła przytomność, gdy doliczyła się piątego uderzenia. Może i dobrze, bo nie miała szans, by za dużo myśleć. Nie musiała się zastanawiać, czy po tygodniach niepewności co do swojego stanu zdrowia i po wypadku samochodowym, z których wyszła praktycznie bez szwanku, los przygotował dla niej właśnie taką śmierć. Śmierć z zaskoczenia i z dala od bliskich. Taką, w której nie zdąży pożegnać się z mężem i córkami, a być może nawet bez szansy, by ją pochowali.

Teraz zresztą też nie chciała o tym myśleć. Wiedziała, że musi odgonić od siebie depresyjne rozważania, racjonalnie popatrzeć na sytuację, ocenić możliwości i natychmiast, gdy tylko pojawi się szansa na uwolnienie, zacząć działać. Od razu przeszła w tryb mobilizacji.

Wyglądało na to, że Pomorskiego nie było w pokoju, a więc mogła się przemieszczać. Powoli poturlała się w prawo. Kiedy po kilku obrotach ciała poczuła, że dotknęła ściany, zrobiła to samo w lewą stronę. Oceniła, że pokój ma jakieś trzy metry szerokości. Z trudem usiadła pod ścianą i tym razem, opierając się o nią plecami, przesunęła się w drugą stronę. Wreszcie uznała, że pomieszczenie liczy sobie około dwadzieścia metrów kwadratowych. Nikt oprócz niej nie leżał związany na podłodze. Być może był to salon albo gabinet, bo nie znalazła łóżka, ale znajdowały się w nim kanapa, ława i szafka lub biurko. Nie sprawdzała dokładnie. Wolała nie marnować czasu. Jeżeli dobrze wymacała powierzchnię małej rogówki, to na niej również nikogo nie złożono.

Zaczęła intensywnie myśleć, jak pozbyć się więzów na nogach i rękach. Wiedziała, że nie może z nimi walczyć, bo trytytki zacisną się jeszcze mocniej. Sprawdziła, czy może przełożyć związane ręce przez pośladki i nogi. Chociaż uznała, że z pewnością jej się to nie uda, to ze zdziwieniem odkryła, że jest bardziej wygimnastykowana, niż sądziła. A może to za sprawą tego, że podczas choroby znów sporo schudła albo dlatego, że Miestwin podał jej jakiś środek zwiotczający mięśnie? Miała wrażenie, że nie do końca panuje nad ruchami, jednak równie dobrze mogło to być skutkiem długiego leżenia w nienaturalnej, skrępowanej pozycji.

Z rękami przed sobą mogła już zdziałać dużo więcej. Chciała zapalić światło, ale bała się, że jeżeli ktoś pilnuje jej za tymi drzwiami, to przez smugę ze szczeliny pod nimi od razu odkryje, że się ocknęła. Nie zamierzała też sprawdzać, czy wyjście na korytarz jest zamknięte na klucz, dokładnie z tego samego powodu. Jeżeli tak jak myślała, znajdowała się na parterze lub na pierwszym piętrze, to najprościej byłoby szybko podnieść rolety i otworzyć okno, a potem wyskoczyć na zewnątrz, wołając o pomoc. Dopiero kiedy wpadła na ten pomysł, zreflektowała się, że usta nadal ma zaklejone taśmą. Oderwała ją ostrożnie, czując silny ból skóry.

Nagle zamarła. Czyżby usłyszała jakiś samochód przed domem? Tak. Z pewnością ktoś właśnie wjechał na podjazd. Koła powoli przesuwały się po czymś, co brzmiało jak żwir. Zaraz po tym usłyszała trzaśnięcie drzwi auta i otwieranie zamka w drzwiach wejściowych. Serce zaczęło jej szybciej bić, a krew w żyłach krążyć jak szalona. Nie miała wiele czasu. Za kilka, być może kilkanaście sekund Miestwin Pomorski wejdzie do tego pokoju i odkryje, że ona jest już przytomna.

Natychmiast odszukała włącznik światła, a następnie taśmę regulującą rolety. W duchu ucieszyła się, że nie są wyposażone we włączniki elektryczne, bo dużo dłużej czekałaby na ich podniesienie. Nagły blask światła słonecznego oślepił ją i sprawił, że zakręciło się jej w głowie i nie potrafiła ocenić wysokości, na jakiej się znajdowała. Instynktownie zamknęła oczy. Po omacku otworzyła okno, usiadła na parapecie, bo przez związane nogi nie mogła na niego wejść, by lepiej się wybić, i przechyliła ciało na drugą stronę. Ryzykowała, ale i tak to ryzyko wydało jej się mniejsze niż walka z wyższym i silniejszym od niej mężczyzną, zwłaszcza gdy była skrępowana. Lecąc, widziała poruszające się nad nią liście drzew i człowieka idącego leśną drogą za ogrodzeniem. Zapamiętała nawet jego zaskoczoną minę i krzyk, kiedy zauważył, jak wyskakiwała z okna. Zanim straciła przytomność, spadła na coś miękkiego. Zdążyła nawet poczuć zapach trawy.

Mieszkanie Marii Łagowskiej

Jezu, co tu się stało, do cholery?! – krzyknął Kornel, spoglądając na rozmazaną krew na podłodze salonu.

– Ktoś je porwał – odparł drżącym głosem doktor Jarosław Biały, który jako pierwszy zjawił się na miejscu. – Ale wcześniej musiał zrobić im krzywdę. – Kucnął przejęty przy ścianie, starając się nie zacierać śladów, zanim technicy kryminalistyczni, którzy właśnie przybyli, nie zabezpieczą wszystkiego.

– O której tu przyjechałeś? Widziałeś kogoś? Kiedy Maria dzwoniła do ciebie po raz ostatni? – Murecki złapał Białego za ramiona i ścisnął go zdecydowanie zbyt mocno. Patrzył na niego przerażonym wzrokiem, wyrzucając z siebie pytania z szybkością karabinu maszynowego.

– Dwadzieścia minut temu – odpowiedział Jarosław. – Od razu do ciebie zadzwoniłem. Nikogo nie widziałem. Ostatnio rozmawiałem z Marią wczoraj i wszystko było dobrze. – Mężczyzna starał się zachować spokój, chociaż wcale nie był spokojny. On też czuł przerażenie. Pierwszy raz od bardzo dawna bał się o czyjeś życie.

– Niczego nie podejrzewała? Nie mówiła, że ktoś ją śledzi, grozi jej? – zapytał Kornel, po czym od razu się zreflektował: – A zresztą nie odpowiadaj. Dobrze wiem, kto za tym stoi. – Puścił go i zwrócił się do stojącego przy drzwiach Mirka: – Przesłuchaj sąsiadów. Sprawdź, czy w budynku są kamery.

Podkomisarz Mirosław Zagórski bez słowa skinął głową i od razu wyszedł, by wykonać swoje zadanie.

– Wiesz, kto to zrobił? – Doktor Biały poderwał się z miejsca i natychmiast podszedł do Mureckiego.

– Tak. Ten skurwysyn Miestwin Pomorski – wysyczał Kornel przez zaciśnięte zęby.

– Jaki znowu Pomorski? – zapytał, zupełnie nie kojarząc tego nazwiska.

– Maria niczego ci nie zdradziła? Nie powiedziała, kim naprawdę jest? – Spojrzał mu głęboko w oczy, jakby chciał odczytać w nich prawdziwą odpowiedź, na wypadek, gdyby Biały z lojalności do swojej partnerki zaprzeczył.

– Jak to: kim była naprawdę? O czym ty mówisz, Kornel? – Na twarzy Jarosława malowało się już nie tylko przerażenie, ale i zawód. – Okłamywała mnie?

– Potem ci wyjaśnię – odparł szybko, przekonany, że Biały nie kłamie. – Byłeś w innych pomieszczeniach? – Spojrzał na bladą postać doktora, która niemal zlewała się ze ścianą.

– Tak. Oprócz salonu są tu dwie sypialnie, kuchnia i łazienka, ale nikogo w nich nie ma.

– Jakieś ślady walki?

Zdziwiony Jarosław wymownie zerknął na krew na podłodze w salonie oraz poprzewracane krzesła i stół.

– Oprócz tych tutaj? – zapytał, przełykając głośno ślinę. – Raczej nie, to znaczy nie widziałem krwi w żadnym innym pomieszczeniu.

– Bywałeś tutaj często? Dobrze znasz to mieszkanie? – Kornel zmierzał w sobie tylko znanym kierunku.

– Przyjacielu, nie sądzę, żeby moje życie prywatne... – Jarosław Biały spróbował wymówić te słowa spokojnie i lekko jak zazwyczaj, lecz głos mu drżał.

– Odpowiedz, do cholery! – zdenerwował się Murecki. – Być może nie mamy zbyt wiele czasu. Musimy jak najszybciej odkryć, dokąd je zabrał, rozumiesz? To nie jest sympatyczny człowiek, to przestępca, który brutalnie traktuje swoich wrogów i w przeciwieństwie do nas miał sporo czasu, żeby przemyśleć strategię działania.

– Znam to mieszkanie całkiem dobrze – odparł Biały, nadal starając się zachować spokojny ton wypowiedzi, choć wewnątrz cały drżał.

– Rozejrzyj się dokładnie, tutaj i potem w pozostałych pomieszczeniach. Zobacz, czy coś zginęło, czy coś jest nie na swoim miejscu, czy coś wzbudza twoje zdziwienie. A może pojawiła się jakaś rzecz, której wcześniej tu nie widziałeś. Rozumiesz?

– W sensie, że przestępca mógł zostawić nam wskazówkę?

– Być może – przytaknął nadkomisarz. – To byłoby najlepsze rozwiązanie, gdyby chciał się z nami bawić i wodzić nas za nos. Myślę, że wtedy mielibyśmy większe szanse na znalezienie Olgi i Marii.

– Kilka przedmiotów zostało stłuczonych. Poza tym te porozrzucane krzesła, no i obraz wisi krzywo nad konsolą – zaczął Biały, rozglądając się wokół.

– Tak. Normalny widok po bójce. Mogły walczyć, uciekać, ale im się nie udało. – Kornel zacisnął zęby i poczuł ból żuchwy. – Jeżeli zostały pobite do krwi, a tak przecież było, to ktoś musiał zwrócić na nie uwagę, gdy wychodziły z mieszkania. Albo jak je wynosił – dodał po chwili. – Sprawdź pozostałe pomieszczenia.

– Kornel! – zawołał za nim Tomasz Kotoń, jeden z techników. – To chyba Olgi? – zapytał, nie będąc do końca pewnym, i wyciągnął w jego kierunku czerwony telefon komórkowy. – Leżał pod kanapą. Pewnie wyleciał jej z rąk podczas bójki.

– Tak. – Kornel od razu włożył nitrylowe rękawiczki. – Pokaż.

Przez chwilę sprawdzał smartfon, jakby ten miał zawierać w sobie tajną wiadomość zostawioną mu przez żonę przed porwaniem, ale z rezygnacją stwierdził, że komórka w niczym mu nie pomoże.

– Nie ma dywanów. – Doktor Biały wrócił do nich szybkim krokiem.

– Co?

– Nie ma dywanów – powtórzył lekarz. – W sypialni Marii i jej córki przy łóżkachu leżały niebieskie dywany. Teraz ich nie ma.

– Duże? – Kornel zmarszczył brwi.

– Chcesz zapytać, czy można by w nie zawinąć człowieka? – Biały dotknął dłonią klatki piersiowej i starał się unormować oddech.

– Tak. Czy ktoś mógł je wynieść zawinięte w dywan – doprecyzował.

– Mógł – potwierdził Biały.

– Czyli w chwili, kiedy je stąd zabierał, były nieprzytomne – głośno myślał Kornel.

– Albo martwe – podrzucił swoją brutalnie szczerą myśl technik kryminalistyczny.

Murecki zmroził go spojrzeniem.

– Były nieprzytomne – powtórzył dobitniej. – Czy w tym domu są kamery, jakikolwiek monitoring lub ochrona? Do cholery, ktoś musiał coś widzieć!

Wyciągnął telefon, chcąc skontaktować się z Markiem, kolegą z CBŚP, który odpowiadał za sprawę Marii Łagowskiej i Miestwina Pomorskiego, albo przynajmniej był w nią mocno zaangażowany. Rozglądał się po salonie, czekając, aż Marek odbierze połączenie. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegł żadnych kamer, ale mogły zostać przecież dobrze ukryte. Gdzieś tu musiały się znajdować, skoro Maria od miesięcy stanowiła przynętę.

– Kornel, mamy coś! – zawołał go od progu Mirek, który właśnie wbiegł do mieszkania.

– Co macie? – Kornel natychmiast się rozłączył i podszedł do kolegi.

– Jeden z mieszkańców budynku widział mężczyznę, ubranego w roboczy kombinezon i niosącego na ramieniu dywan.

– Gdzie on jest? – Poczuł nagły przypływ nadziei.

Chciał działać. Musiał działać! Musiał natychmiast przesłuchać tego człowieka! Wyszedł z mieszkania, nie wiedząc, w którą stronę powinien się kierować. Nogi niosły go szybciej, niż nakazywał to umysł.

– Mieszka na drugim piętrze – odparł Mirek. – Podobno wchodził do budynku, gdy tamten go opuszczał. Przytrzymał mu jeszcze drzwi, bo wydawało mu się, że facet, choć duży i postawny, męczy się z tym dywanem.

– Poczekaj. – Kornel zatrzymał się i wyciągnął z kieszeni dzwoniący telefon. – Prywatny numer. To może być ten skurwiel. Może chce się z nami skontaktować. Nagrywaj – polecił Mirkowi i poczekał z odebraniem połączenia, aż kolega włączy dyktafon w swoim telefonie. – Murecki – rzucił.

– Kornel...? – Ze słuchawki dobiegł go zachrypnięty kobiecy głos.

Kornel zamarł – czyżby Olga...?

– Kto mówi? – zapytał, niezbyt pewny, a nawet, pomyślał, że jego umęczona dusza materializuje własne pragnienia.

Wiedział, że nie będzie mógł długo kierować poszukiwaniami. Był mężem zaginionej i jeżeli nie znajdzie jej od razu, to na bank ktoś z góry odsunie go od tej sprawy. Zaangażowanie emocjonalne wyklucza możliwość rzetelnego prowadzenia śledztwa, dlatego wolał postępować rozsądnie. Skoro nie miał pewności, czy to Olga, musiał zachować dystans, jakby rozmawiał z obcą kobietą.

– No, nieźle – powiedziała słabym głosem, ale z ewidentnym wymuszonym humorem. – Nie widziałeś mnie zaledwie przez kilka godzin, a ty już własnej żony nie poznajesz? Nieładnie, Murecki. Zakaz seksu przez tydzień.

Kamień spadł mu z serca, a w oczach pojawiły się łzy. Olga żyła.

– Gdzie jesteś? – zapytał. – Jest z tobą Maria?

Dawniej

Weszli do dużego, zbudowanego z kamienia budynku, który trochę przypominał mu kościół.

Mama zabrała go kiedyś do kościoła. Opowiadała, że pani z pomocy społecznej powiedziała jej, żeby się modliła, a być może mąż się zmieni. Bóg był przecież wszechmocny i sprawiedliwy. Jego katechetka w szkole też tak mówiła. Twierdziła, że jeżeli będzie dużo się modlił i dobrze zachowywał, to Bóg go wysłucha. W czasach, gdy chodził z mamą na msze, wierzył jeszcze, że to prawda. On też chciał, żeby tato się zmienił. Chciał, żeby przestał pić i nie bił go ani mamy. Prosił o to nie tylko wtedy w kościele, ale i wiele nocy przed wizytą w świątyni.

Za każdym razem, kiedy zza ściany dochodziły dziwne stukania i dobiegały go krzyki mamy, wchodził pod łóżko, zatykał sobie uszy dłońmi, zamykał oczy i żarliwie się modlił się w myślach. Ale ojciec nie zmienił się ani po jego modlitwach, ani po matczynej wizycie w kościele. Nadal ich bił, a kiedy urodził się jego mały braciszek, który płakał nocami, nie dając ojcu spać, tata tłukł ich jeszcze mocniej. Mama oddała mu tylko raz. Jeden, jedyny raz, kiedy zobaczyła ojca trzymającego poduszkę przyciśniętą do twarzy jego braciszka. Jeden raz i o ten jeden raz za dużo. Tak mu potem powiedział tato, który z zakrwawionym od matczynej krwi nożem pochylił się nad nim czerwony ze złości. Żona nigdy nie powinna podnosić ręki na męża. A jeżeli to zrobi, to mąż musi ją ukarać. Mama była niegrzeczna i dlatego tato ją zabił. I to na ich oczach, jakby chodziło o najnormalniejszą rzecz na świecie. Najpierw ją uderzył. Mocno, tak że upadła na podłogę, potem chwycił nóż, największy, jaki znalazł w kuchni, i wbił jej prosto w gardło. To dlatego on i jego braciszek zostali na świecie sami.

– Ile mają lat?

Usłyszał nieprzyjemny głos i spojrzał na kobietę stojącą w ogromnym holu, do którego weszli razem z pracownicą pomocy społecznej. Tą samą, która radziła mamie się modlić. Przez całą drogę chciał jej powiedzieć, że się myliła, że Bóg wcale ich nie wysłuchał, że nie może być dobry i sprawiedliwy, a jeżeli taki jest, to z pewnością nie jest wszechobecny, bo nie było go przy mamie, kiedy ojciec ją zabijał. Ale nic nie powiedział. Już od jakiegoś czasu nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Właściwie od chwili, gdy mama umarła.

– Ten mały dwa, a starszy dwanaście – poinformowała pracownica pomocy społecznej.

Surowa kobieta spojrzała na nich bez uśmiechu.

– Jak masz na imię? – zwróciła się do niego. – Zapomniałeś języka w gębie?! – krzyknęła, kiedy nie zareagował. – Matka cię nie nauczyła, że trzeba odpowiadać starszym, jak cię o coś pytają?

Milczał. Nie wiedział, czy nie potrafi, czy nie chce z nią rozmawiać, ale od razu zrozumiał, że jej nie lubi. Od chwili, gdy otworzyła drzwi i zdegustowana spojrzała na nich niczym na karaluchy, które nieproszone pojawiają się w kuchni.

– Proszę mu wybaczyć – wtrąciła ta, która ich tu przyprowadziła. – Chłopak jest w szoku. Widział, jak ojciec morduje jego matkę, i od tamtej pory nie wypowiedział ani słowa. Tu są wszystkie ich dokumenty. – Podała kobiecie szarą teczkę. – Ojciec trafił na dwadzieścia lat do więzienia i za naszą namową zrzekł się praw rodzicielskich, więc istnieje szansa na adopcję.

Odnosił wrażenie, że pracownica pomocy społecznej mówi tak, jakby tego dla nich chciała, jakby życzyła im dobrze. Jakby ta adopcja, czymkolwiek była, miała odmienić ich życie na lepsze. Druga kobieta jedynie głośno prychnęła.

– Może ten mały jakieś szanse jeszcze ma – zauważyła z lekceważeniem.

– No, mam nadzieję, że uda się obu. – Pracownica pomocy społecznej kucnęła przy chłopcach i lekko się uśmiechnęła. – To teraz wasz dom. Bądźcie grzeczni, a będzie wam tu dobrze. Mieszka tu dużo innych, fajnych dzieci i będziecie mieli z kim się bawić. Dyrektorka wcale nie jest taka straszna, jak myślicie. To w gruncie rzeczy dobra kobieta – powiedziała, pochylając się do ucha starszego z chłopców. Zawahała się przez chwilę, po czym dodała: – Gdybyś czegoś potrzebował albo byłoby ci źle...

Spojrzał na nią z otuchą.

– Gdybyś czegoś potrzebował albo byłoby ci źle... – powtórzyła – ...zwróć się do Boga. On jest wszechobecny i wszechmocny.

Nie odpowiedział. Nie tylko dlatego, że jak twierdziła kobieta, miał traumę. Po prostu nie widział sensu, by tłumaczyć jej, że się myli.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W serii kryminalnej z komisarz Olgą Balicką ukazały się:

1. Niewinne ofiary

2. Fałszywe tropy

3. Toksyczne układy

4. Bursa

5. Mrok

6. Części zamienne

7. Piekło

8. Chaos

9. Zło

10. Fala