Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
283 osoby interesują się tą książką
W górach znów ktoś ginie. A ktoś inny wierzy, że to jedyny sposób, by zachować ich ciszę.
Na wiosnę, przy słowackim Litworowym Stawie zostaje odnalezione ciało turysty. Okazuje się jednak, że to dopiero początek. W Zakopanem, w jednej z karczm dochodzi do brutalnej masakry. Zuzanna Sobczak zostaje oddelegowana, by sprawę zamknąć i zapomnieć. Zamiast tego, wraz ze swoim przyjacielem dziennikarzem, Dorianem Gilem otwiera puszkę dawnych legend i współczesnych obsesji.
Czy uda im się rozwikłać powiązania między zabójstwami? I co zrobią, gdy odkryją, że nie każda historia chce być odkryta, a niektóre lepiej zostawić pod lodem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 235
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tatry budzą się z zimowego snu, powoli, trochę leniwie, co rusz naciągając i zsuwając z siebie kołdrę śniegu – ale to na nic. W końcu muszą ją odrzucić i zrobić miejsce dla potężnej siły drzemiącej pod nią. Śnieg topnieje w rytmie ciepłych dni, spływa żlebami srebrzystych potoków, rzeźbiąc nowe ścieżki w kamieniu i w ziemi. Woda dudni w wąwozach, spiesząc ku dolinom, gdzie krokusy rozpościerają swoje płatki, jakby wołały o światło. Zieleń wspina się po halach soczystym blaskiem. Lodowa warstwa na stawach pęka, odsłaniając błękit, w którym przeglądają się szczyty. W powietrzu czuć wilgoć rozmarzniętej ziemi i chłód kamienia, zwiastujące zapowiedź odrodzenia. Milkną echa opowieści o lawinach, które przeszły i zostawiły po sobie ciszę. Tatry o tej porze roku nie są łaskawe – ale są szczere. Gwałtowne burze schodzą bez ostrzeżenia, a spadające kamienie przypominają, że góry wciąż dzierżą władzę nad tym rejonem. Jednak wśród tych surowych warunków rodzi się krystalicznie czyste życie, które nie zna kompromisów, i piękno, którego nie sposób ujarzmić. Tutaj, gdzie człowiek wciąż jest tylko gościem, łatwo zrozumieć, że prawdziwa wolność to nie zdobycie szczytu, lecz bycie częścią tej chwili, gdy śnieg jeszcze śpiewa w żlebach, a wiosna powoli rozpościera skrzydła. Właśnie w tym momencie – momencie przejścia – Tatry odsłaniają swoje sekrety.
*
Zuzanna Sobczak wyjrzała przez okno z delikatnym uśmiechem. Spokój. To jedno słowo stało się jej ulubionym w ostatnim roku. Nie spodziewała się, że awans będzie się wiązał z tak potworną nudą. Czasami dochodziła do wniosku, że więcej działo się w dyżurce niż w wydziale kryminalnym. Koledzy – do tej pory tak przez nią szanowani – przy bliższej współpracy też stracili w jej oczach. Ostatnie poważniejsze śledztwo, nad którym wspólnie pracowali, dotyczyło samobójstwa młodego chłopaka. Przykra sytuacja, ale niestety właśnie takimi zajmowali się najczęściej. I choć Zuza nie tęskniła za ryzykiem związanym z zagrożeniem życia, wciąż miała w pamięci dwie sprawy rozwiązane z Dorianem…
Spojrzała na milczący telefon i cicho westchnęła. Przyjaciel pracował nad jakimś tematem w Łodzi i rzadko się odzywał. Po kolejnym artykule, w którym opisał przypadek Ady K., zlecenia zaczęły się sypać jak z rękawa. Zuza była dumna, ale więcej pracy oznaczało mniejszy kontakt. Wiedziała, że Dorian bez reszty poświęca się pracy dziennikarza śledczego. Wchodził w każdy temat głęboko, by mieć pewność, że niczego nie przeoczył. Nawet teraz oczyma wyobraźni widziała go, jak trzyma notatnik w swoich długich palcach i z lekko zmarszczonym czołem kreśli kolejne punkty. Zuzce nie pozostało nic innego, jak odliczać dni do jego urlopu, który Gil miał spędzić w Tatrach. Oczywiście miała pewne obawy, ale obiecali sobie, że za żadne skarby nazistów nie dadzą się wmanewrować w kolejną legendę, która w jakikolwiek sposób zagrozi ich życiu. Jeszcze tylko tydzień…
Sięgnęła po komórkę i wystukała krótką wiadomość do brata, pytając, czy wszystko u niego w porządku. Tomek wyjechał z przyjaciółmi na Sycylię, czego Zuza szczerze mu zazdrościła. Chociaż sama spędziła kilka dni u Doriana w Warszawie, wciąż brakowało jej wolnego i towarzystwa, by eksplorować coś poza rodzimymi Tatrami. Obiecała sobie, że to zmieni i namówi Doriana, który – o zgrozo – był jej jedynym znajomym, poza szaloną Baśką, na jakieś wakacje.
Gdy komórka piknęła, sygnalizując nadejście nowej wiadomości, do pokoju wszedł Kamil. Spojrzał na Zuzę z taką miną, jakby tylko czekał, aż koleżanka straci czujność, by wyciąć jej jakiś głupi numer.
– Nudzisz się? – zapytał, siadając przy biurku naprzeciwko.
– Nie – burknęła Zuka.
Odkąd otrzymała przeniesienie, koledzy z komendy nie byli dla niej już tak życzliwi jak wcześniej. Na dzień dobry Maruniak powiedział jej, że w kryminalnych każdy liczy na siebie, a nie wyciąga rękę, żeby ktoś go poprowadził. Zuzka zrozumiała tę lekcję aż za dobrze, a kolejne tygodnie pokazały, że rzeczywiście nie ma co liczyć na pomoc w najbłahszej sprawie.
– Gdybyś się nudziła, to mogę ci znaleźć jakieś zajęcie – podjął temat Kamil.
– Ale się nie nudzę. – Zuza sięgnęła po dokumenty, które od kilku dni leżały na kupce „na potem”.
– Szkoda. Bo myślę, że mogłabyś… zrobić mi kawę. – Kamil nonszalancko odchylił się na krześle.
Spojrzała na niego z politowaniem i warknęła ostro:
– Pierdol się. Nie jestem twoją sekretarką.
Pierwsza lekcja, którą odebrała w policji – a już na pewno w tym wydziale – była o tym, że miłych ludzi rzuca się lwom na pożarcie.
– No cóż. Do tego byś się bardziej nadawała.
– Dzięki Bogu nie decyduje o tym taki półgłówek jak ty.
Niewiele myśląc, Zuzka sięgnęła po słuchawki i bezceremonialne założyła je na uszy, pokazując koledze środkowy palec.
Kamil odpowiedział jej tym samym, a potem w końcu wziął się do roboty i sięgnął po jakieś dokumenty, zapewne zaległe.
Sobczak zerknęła na telefon. Tomek przysłał jej zdjęcie. On, Gamoń, Miśka i nowa dziewczyna Gamonia, której jeszcze nie poznała, ale na prośbę Darka sprawdziła ją w systemie – wyglądała na czystą. Zuza rozumiała Gamonia: Bibi go oszukała i sprowadziła na nich wszystkich poważne niebezpieczeństwo. Była już pewna, że nikt inny, tylko ludzie są w większości odpowiedzialni za tragedie, które ich spotykały. Tak było z Pawłem, Adą, tak było również z Bibi. Chociaż podobno dziewczyna już dawno wyjechała z Zakopanego i nie zamierzała tu wracać, trucizna, którą wtłoczyła do swojego serca w poszukiwaniu prawdy, zostanie z nią na zawsze.
Nagle poczuła lekkie klepnięcie w ramię i poderwała głowę. Nad nią stał Kamil. Już miała kazać mu spierdalać, kiedy oznajmił ostrym tonem:
– Stary cię wzywa. Jest jakaś sprawa…
Skoczyła na równe nogi, nie kryjąc podekscytowania. Zwykle to Maruniak wydawał jej polecenia, a teraz wzywał ją sam komendant Traszka. Coś jej w tym nie pasowało.
– Jaka sprawa?
– Idź, to się dowiesz. Byle szybko. Stary nie lubi czekać.
Zuza ruszyła do drzwi, ale zanim chwyciła za klamkę, przystanęła. Koledzy często robili jej głupie żarty.
– Przysięgam, Kamil, jeśli robisz sobie jaja, pożałujesz.
– Przykro mi, księżniczko, nie tym razem. – Kamil splótł ramiona na piersi.
Sobczak wyszła z pokoju i cicho zamknęła za sobą drzwi. Po korytarzu poniosło się ciche echo, a ona pomyślała, że gdyby trzasnęła nimi tak, jak miała ochotę, cała komenda zadrżałaby w posadach.
Po chwili zapukała do gabinetu komendanta, a gdy usłyszała krótkie zaproszenie, przekroczyła próg.
Szef wskazał jej miejsce naprzeciwko siebie, które bez wahania zajęła.
– Słucham? – zaczęła ostrożnie, bo nie miała pojęcia, czego się spodziewać.
– Kojarzysz Litworowy Staw? – zapytał komendant bez zbędnych wstępów.
– Tak, to po słowackiej stronie. – Powstrzymała się od przewrócenia oczami. – A w czym rzecz?
– W tym, że dzisiaj znaleziono tam zwłoki.
– Zwłoki? – zdziwiła się Zuza. – A co nam do tego? Niech słowacka policja to ogarnie…
– Problem w tym, że oni myślą, że denat to Polak.
– Na jakiej podstawie tak myślą?
– Delikwent nie miał przy sobie żadnych dokumentów, więc musimy to sprawdzić. – W głosie komendanta dało się słyszeć zniecierpliwienie. – Miał przy sobie tylko przypinkę Korony Gór Polski.
– Okej… A czy na komendzie nie ma innych śledczych, że wysyłacie tam mnie?
– Są, ale to gówniana sprawa – odparł stary bez ogródek. – Słowacy się upierają, że sztywny jest nasz. Pewnie to zwykły wypadek, ciało zjechało po zimie do stawu, ale jechać trzeba. Musimy jak najszybciej zepchnąć to na nich. Dlatego ty pojedziesz.
– Aha. – W Zuzce aż się zagotowało.
– Co? – Komendant spojrzał na nią, unosząc brew.
– Nic. – wzruszyła ramionami. – Jak sprawa jest gówniana, to zawsze Sobczak… – powiedziała, zanim przemyślała swoje słowa. Nie powinna pyskować, ale szlag ją trafiał na takie traktowanie.
– Zuzka, nie zmuszaj mnie do wydania polecenia służbowego. Przynajmniej tym razem będziesz działać oficjalnie, zamiast prowadzić te swoje śmieszne prywatne śledztwa.
– Śmieszne śledztwa… – prychnęła pod nosem. – Zdaje się, że to ja dwukrotnie przyprowadziłam wam morderców pod celę.
– Owszem. I zostałaś za to nagrodzona awansem. A teraz nie dyskutuj, tylko się zbieraj.
Zuzka opuściła gabinet przełożonego, w myślach klnąc na czym świat stoi.
Szybkim krokiem wróciła do siebie, zabrała broń i odznakę. Spojrzała jeszcze na Kamila, który głupkowato uśmiechał się pod nosem. Oczywiście mogli wysłać jego, ale nie – gówniana sprawa dostała się jej.
– Co się cieszysz? – warknęła.
– Nic. Mam nadzieję, że wyczyściłaś buty trekkingowe.
– Wiesz co, Kamil? Pierdol się.
– Tak się do mnie odzywasz? A ja mam dla ciebie dobre wieści. Dojedź do lądowiska TOPR-u, a stamtąd helikopter zabierze cię na miejsce…
– Serio? – zdziwiła się. – Dlaczego?
– Rusz głową, Sobczak. – Kamil westchnął ciężko. – Żeby było szybciej. Poza tym podobno masz u nich abonament. Zawsze ratują ci dupę w Tatrach, nie?
– Dupek…
Wyszła, zanim zdążył odpowiedzieć.
Po drodze na parking zadzwoniła do centrali TOPR-u, żeby się upewnić, że rzeczywiście do celu przetransportuje ją śmigłowiec. Wolała uniknąć kompromitacji. Kiedy dostała potwierdzenie, westchnęła z ulgą. Nie uśmiechał się jej czternastokilometrowy trekking przez Dolinę Białego, żeby dotrzeć do Litworowego Stawu. Wiedziała, że z początku przyjemny spacer zmienia się w drogę przez mękę, kiedy prosta ścieżka przechodzi w kamieniste podejście i chociaż nie wiedzie jakoś stromo pod górę, potrafi dać solidny wycisk nogom.
*
Zuzka skierowała się na ulicę Piłsudskiego, gdzie mieściła się centrala TOPR-u. Pech, a może szczęście, chciał, że powitał ją ratownik, który zeszłej zimy pomógł im w Dolinie za Mnichem.
– Dzień dobry – przywitał ją z lekkim uśmiechem. – Miło cię widzieć całą i zdrową.
Zuzka spuściła głowę i spojrzała na swoje buty, a następnie podniosła wzrok na mężczyznę.
– Dzięki. Ratujecie moje kolana.
– Cóż, wasz komendant wystosował do nas prośbę, a że akurat nie ma akcji, możemy pomóc. Nie daję jednak gwarancji, że sytuacja się nie zmieni i nie zostawimy cię na miejscu. Sama rozumiesz… – Michał Gerlach spojrzał jej w oczy, upewniając się, że zrozumiała.
– Oczywiście, pomoc ludziom w potrzebie jest najważniejsza – zgodziła się. – Lecimy?
Skinął głową.
– A co u twojego brata? – zapytał, kiedy wsiadali do Sokoła.
– Jest ze znajomymi na Sycylii, ale niebawem przyjedzie. Po tamtych wydarzeniach jakoś nabrał dystansu do Tatr.
– Ciężko mu się dziwić. – Michał podał jej słuchawki.
Założyła je na głowę i już po chwili usłyszała stłumiony łomot śmigieł, kiedy maszyna zaczęła się unosić z lekkim kołysaniem.
– Za kilka minut będziemy na miejscu – usłyszała w słuchawkach głos Gerlacha.
– Nie żeby mi się spieszyło do trupa, ale cieszę się. A wy nie mieliście żadnego zgłoszenia o zaginięciu? – zapytała, żeby nic jej nie umknęło.
– Nic a nic. Przecież byśmy powiedzieli. Albo już szukali…
– Racja – odpowiedziała, zerkając przez okno na góry.
Widok z tej wysokości zawsze ją fascynował. Śnieg zalegał jeszcze w północnych żlebach, ale na większości stoków trawa nabierała już soczystego zielonego koloru.
– Mam nadzieję, że nie będziemy musieli kolejny raz szukać cię po górach – zażartował Michał.
– Ja również. Bo w końcu wystawicie mi rachunek. – Zuzka posłała mu rozbawione spojrzenie. – Nie no, obstawiam, że to po prostu wypadek. Będziemy musieli potwierdzić tożsamość, to wszystko.
Na dole widać już było taflę stawu. Funkcjonariusze, którzy się tam zgromadzili, byli z tej perspektywy mali jak mrówki.
– Będziemy lądować – zapowiedział toprowiec.
– Miejmy to za sobą… – mruknęła bardziej do siebie niż do niego.
Sokół usiadł na sporej polanie przy stawie. Zuzka zauważyła, że zarówno od strony Białego, jak Polskiego Grzebienia stoją strażnicy; najwyraźniej zawracali ludzi. Dzisiaj turystom nie dane było odpocząć nad wodą z widokiem na majestatyczne szczyty.
– Wygląda to poważnie – powiedział Michał, otwierając jej drzwi. – Dopóki nie dostanę wezwania, będę tu na ciebie czekać.
– Jasne, dzięki. – Zuzka z radością postawiła nogi na ziemi.
Powoli ruszyła w stronę mężczyzny, zapewne policjanta, który szedł już w jej kierunku. Czujnie rozglądała się wkoło. Nad doliną wznosiły się majestatyczne szczyty Rysów, Rumanowego, Ganku i Wielickiego Szczytu.
– Dobry den. Martin Novak… – przywitał ją Słowak, podając jej rękę.
– Dzień dobry. Zuzanna Sobczak. – Zuzka uśmiechnęła się pod nosem, ściskając jego dłoń.
Gdyby nie okoliczności, pewnie uśmiechnęłaby się szerzej. Nic jednak nie mogła poradzić na to, że za każdym razem, kiedy rozmawiała ze Słowakami, wydawało się jej, że opowiadają jakiś kawał. Funkcjonariusz jednak się nie uśmiechał, więc i ona zachowała powagę.
– Co tu mamy? – zapytała, idąc za nim.
– Myślimy, że zjechał z tego żlebu – odparł policjant.
Zuzka spojrzała na górujący nad nimi Litworowy Szczyt. Pomyślała, że to możliwe, iż ofiara próbowała się tam dostać i w wyniku niefortunnego upadku znalazła się na dole, ale coś jej tu nie pasowało.
Powoli obeszli staw z lewej strony, by dotrzeć do zwłok. Czerwona kurtka denata wyróżniała się na tle gór. W niedużej odległości Zuzka zauważyła ratowników Horskiej Zarannej Służby, którzy zapewne czekali, aż policja zakończy swoją robotę, by mogli zabrać zwłoki na dół.
– To mężczyzna czy kobieta? – zapytała.
– Nie wiemy.
– Kto znalazł ciało?
– Turysta zadzwonił do ratowników, że ktoś tu leży. Kiedy przylecieli, okazało się, że to trup. Od razu nas wezwano, bo nikt nie zgłaszał u nas zaginięcia. Dlatego skontaktowałem się z wami…
– U nas podobno też nie zgłoszono zaginięcia. Sprawdźmy to…
Sobczak podeszła do zwłok i przykucnęła. W istocie przy czerwonej kurtce przypięta była odznaka zdobywcy Korony Gór Polskich, teraz obrócona do góry nogami. To, co zaskoczyło Zuzkę, to fakt, że turysta nie miał na głowie kasku, nigdzie obok nie było też jego rzeczy. Chyba nikt świadomie nie wchodziłby poza szlakiem bez takiego zabezpieczenia? – zastanawiała się. Szlak na Litworowy Szczyt nie był oznakowany, ale Zuzka wiedziała, że ludzie i na takie się wspinają. W końcu przepisy dopuszczały taką praktykę i nie wymagała ona asysty przewodnika, o ile przynależało się do klubu wysokogórskiego, ale nie zimą, gdy wszystkie szlaki po słowackiej stronie były nielegalne, a chodzenie po nich – karane mandatami. Miała nadzieję, że w którymś z takich klubów znajdzie odpowiedź na pytanie o tożsamość ofiary. Trup równie dobrze mógł być polski, co tutejszy.
Już miała się podzielić swoimi przemyśleniami ze Słowakiem, gdy coś przykuło jej uwagę. Niknący w śniegu ślad – jakby ciało zostało przeciągnięte. Zmrużyła oczy i jeszcze raz spojrzała na zwłoki. Ciało wyglądało jak ułożone celowo, a nie przypadkowo rzucone. Kiedy ktoś bezwładnie spada, nie kontroluje swoich kończyn. Poza tym nie bez powodu mówi się, że śmierć zdejmuje buty. Pamiętała ofiary z zimy, które spadły z jednego ze szczytów, gubiąc po drodze obuwie. Ten turysta nadal miał je na nogach, w dodatku mocno zawiązane, jakby zaraz miał wstać i ruszyć w dalszą drogę.
– Czy ruszyliście ciało? – spytała czujnie.
– Kto? My? Nie! Czekaliśmy na was! Zobaczyłem tylko tę przypinkę i zadzwoniłem, żebyście przyjechali. – Słowacki funkcjonariusz machnął ręką na zwłoki, które leżały odwrócone twarzą do śniegu. – A czemu?
– Bo wydaje mi się, że ciało zostało przesunięte stamtąd. – Sobczak wskazała na miejsce, gdzie kończył się śnieg. – Nie jestem pewna, czy ten turysta spadł z góry… Odwróćmy go.
Oboje się schylili i odwrócili ciężkie ciało. Zuzkę zatkało. Mężczyzna miał nienaruszoną twarz – wyglądał, jakby spał. Rzęsy kładły się bladym cieniem na policzkach, a usta, choć lekko sine, były rozchylone. A przecież po takim upadku powinien być zmasakrowany, zwłaszcza że nie miał kasku…
Policjantka się nachyliła i pociągnęła nosem. Trup musiał być stosunkowo świeży, bo nie czuć jeszcze było charakterystycznego odoru. Zmarszczyła brwi. Coś jej tu coraz bardziej nie grało.
– Może zamarzł… – stwierdził Słowak, jakby czytał jej w myślach.
– Albo ktoś mu pomógł.
Spojrzeli po sobie. Policjant skinął głową. Ułożenie ciała było zbyt podejrzane, żeby był to zwykły wypadek w górach.
– Myślę, że musimy zrobić sekcję… – odezwała się po chwili Sobczak.
– Zgadza się. Powiadomię szefa.
– Tak, ja też. Będziemy wspólnie prowadzić śledztwo, dopóki nie ustalimy, kim on jest.
Westchnęła ciężko, bo wiedziała, że ta decyzja będzie ją kosztować srogi opierdol od starego.
Zuzka podeszła do helikoptera, z roztargnieniem wpatrując się w swój telefon, bo w tej pieprzonej dolinie oczywiście nie było zasięgu.
– Możesz się skontaktować z centralą, żeby przekazali moim, że potrzebujemy techników do zabezpieczenia? – zwróciła się do Gerlacha.
– Co się stało?
– To niestety nie wygląda na nieszczęśliwy wypadek… – Spojrzała na szczyty i migające za nimi słońce.
– Czyli co? – dociekał ratownik.
– Michał, proszę, po prostu przekaż mój komunikat. Podejrzewam, że będziesz musiał przetransportować tu kilku policjantów i pewnie jakiegoś prokuratora…
– Okej. – Skinął głową i podszedł do helikoptera.
Zuzka spojrzała na drugą maszynę – należącą do Horskiej Zachrannej Służby. Wiedziała, że za chwilę wokół zwłok zgromadzi się sporo osób. Obie strony będą musiały ściągnąć swoich ludzi do śledztwa…
Czuła pulsowanie w skroniach. Wiedziała, że ma przejebane. Mogłaby zrzucić temat na Słowaków, w końcu ta odznaka nie musiała nic znaczyć, ale nie potrafiła. Instynkt podpowiadał jej, że chyba znowu wdepnęła w gówno, w dodatku udało jej się to zrobić bez pomocy Doriana.
Patrzyła, jak ratownicy z Horskiej biegną do śmigłowca. Już po chwili maszyna wzbiła się w powietrze.
– Ja też lecę – powiedział Michał za jej plecami.
– Zgodzili się? – Nie odwróciła się. Jej oczy były utkwione w częściowo już tylko zmrożonej tafli Litworowego Stawu.
– Tak. Po kilku „kurwach” i haśle: „Pogadam sobie z nią, jak wróci”. – Głos Michała brzmiał poważnie. – Będziesz miała kłopoty, Sobczak?
– Tak, ale zaprawdę warto je mieć… – Zerknęła przez ramię i skinęła mu głową. – Leć.
– Musisz odejść. Śmigła tną powietrze jak żyletki.
– Wiem. Będę po drugiej stronie – zapewniła.
Zawróciła w kierunku zwłok i stojącego przy nich słowackiego funkcjonariusza, gdy za jej plecami rozległ się huk śmigieł. Wygenerowany przez nie wiatr targał budzącą się do życia po zimie roślinnością. W miarę, jak maszyna się oddalała, hałas niknął, aż wreszcie zapadła cisza.
Zuza westchnęła i spojrzała na trzymany w ręku telefon. Mogła co najwyżej nadać z niego sygnał SOS. Bez zasięgu nie nadawał się do niczego więcej. Doceniła niewątpliwy plus tej sytuacji. Opierdol dostanie później. Z ciężkim sercem wsunęła komórkę do kieszeni. Chciała zadzwonić do Doriana, ale stwierdziła, że opowie o wszystkim przyjacielowi, gdy ten dotrze na miejsce.
– Jak myślisz, Martin, co tu się stało? – spytała, wpatrując się w ledwie widoczny ślad, który dostrzegła chwilę wcześniej.
– Nie mam pojęcia. Dopóki się nie pojawiłaś, nie brałem pod uwagę, że to coś innego niż wypadek. Może nadal możemy tak myśleć? – Słowak westchnął z nadzieją.
– Może… – Zuzka spojrzała na stopy denata. – Teoretycznie mógł złamać nogę i zamarznąć. To uzasadniałoby ułożenie ciała i tamten ślad. – Wskazała na topniejący śnieg.
– Ale chyba jednak lepiej to sprawdzić? – Policjant gwałtownie zamrugał, po czym ścisnął nasadę nosa, jednak nie zdołał powstrzymać kichnięcia.
– Na zdrowie – rzuciła Zuzka i ponownie sięgnęła po komórkę.
Chciała zrobić jakieś zdjęcia, zanim pojawią się technicy. Powinna na nich poczekać, ale nauczyła się, że czasami potrafią zadeptać wszystkie ślady, dlatego wolała sama zabezpieczyć miejsce ujawnienia zwłok. Nachyliła się nad ciałem i sfotografowała je z każdej strony.
– Nie czekasz na techników? – zapytał Martin, zapalając papierosa.
Spojrzała na niego z naganą. Pewien dziennikarz śledczy również palił w górach wbrew wszystkim zakazom, czym doprowadzał ją do szału. Martin zerknął na nią, następnie na papierosa i wzruszył ramionami.
– Przecież tu nie ma żywej duszy, a ja zabieram kiepy ze sobą – zapewnił.
Zuzka skinęła głową, przyjmując to tłumaczenie.
– Nie wiem, jak twoi koledzy z komendy, ale moi to debile. Mogą zadeptać to miejsce jak stado dzików, dlatego wolę skorzystać z ich nieobecności.
Pozwoliła sobie na delikatną prowokację, choć nie wiedziała, jakie podejście do płci przeciwnej mają słowaccy policjanci. Słyszała tylko historie o wysokich łapówkach wręczanych im przez kierowców, zanim jeszcze kraj wszedł do Unii Europejskiej. Przeczuwała, że zadziała solidarność plemników i funkcjonariusz na nią fuknie, tymczasem on zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową.
– Nasi technicy to też idioci. Niby znają się na swojej robocie, ale chcą ją tak szybko odpierdolić, że mają w dupie detale. Robią tylko to, co sami uważają za słuszne. I oczywiście mają się za najlepszych…
Zuza spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się.
– Czyli kraj nie ma znaczenia. Technicy wszędzie mają wybujałe ego… – Spojrzała w niebo, a Martin podążył za jej wzrokiem. Chociaż śmigłowca nie było jeszcze widać, łomotu łopat nie dało się pomylić z niczym innym. – Wracają.
– Całe szczęście. Dajmy pracować ekspertom…
Posłali sobie porozumiewawcze spojrzenie.
Z helikoptera wyskoczył technik i rozejrzał się wokół ze złością wymalowaną na twarzy.
Zuza spojrzała na niego beznamiętnie i skinęła głową.
– Wiesz, co odjebałaś?! – wrzasnął na nią, z impetem rzucając jej torbę pod nogi.
– O ile stary nie wysadził komendy przypadkowym granatem, nie mam zielonego pojęcia. – Wzruszyła ramionami. – Lepiej bierz się do roboty, bo słońce daje popalić…
– Podobno dostałaś jasne polecenie?
– A ty mnie opierdalasz z jego rozkazu? Bo jak nie, to spieprzaj, Zbyszek, do swojej roboty – fuknęła.
Ponownie spojrzała na helikopter, z którego właśnie wysiadała jej największa zmora szkolnych czasów. Sobczak wydała z siebie cichy jęk.
– Zuzanna Sobczak. – Prokurator podszedł do niej, wyciągając rękę, jednak ona niegrzecznie zignorowała gest, zaplatając ramiona na piersi.
– Darek Gruszka. Za co zesłali cię do Zakopca? – mruknęła z irytacją.
Wiedziała, że jej kolega z klasy wyjechał na studia, a następnie osiadł w Krakowie, gdzie zrobił karierę. Jego rodzice grzmieli o tym na każdym kroku, a gdy tylko ich pierworodny przyjeżdżał do domu, robili z tego wydarzenie na miarę wesela.
– Zesłali? – zdziwił się mężczyzna. – Rodzice już nie domagają, sam poprosiłem o przeniesienie – wyjaśnił spokojnym tonem. – Rozumiem, Sobczak, że nadal żywisz do mnie urazę za podpalenie warkoczy?
– Może zamiast wspominać stare czasy, zajmiemy się pracą? Tam masz denata. – Wskazała mu palcem miejsce, gdzie krzątały się ekipy.
– A ja bym chętnie z tobą powspominał – powiedział Gruszka, wolnym krokiem kierując się w stronę zwłok.
Sobczak ruszyła za nim; w końcu to ona zdecydowała się wezwać ekipę. Odruchowo zerknęła na jego obuwie. Zaskoczyło ją, że prokurator miał na nogach wygodne buty trekkingowe zamiast wypastowanych na błysk pantofli, które kojarzyła z jego wcześniejszych wizyt.
– Nie ma czego – burknęła, po czym przeszła do rzeczy. – Mężczyznę znalazł turysta około ósmej trzydzieści. Wezwał Zahranną, a ci wydzwonili nas, bo koleś ma przypiętą przy kurtce odznakę KGP.
– To jeszcze nie oznacza, że jest nasz. Dlaczego zdecydowałaś się podnieść alarm?
– Bo niedaleko zwłok jest ślad, który może wskazywać na przesunięcie ciała.
Gruszka przystanął i obrócił się do niej zdziwiony.
– W którym miejscu?
Zuzka wskazała palcem miejsce, które zdążyli już zadeptać technicy. Westchnęła z irytacją. Nie pomyliła się – byli debilami. Pewnie nawet nie zauważyli śladu.
Prokurator uniósł brew.
– Powiedz, że…
– Zrobiłam zdjęcie, zanim przybyliście? Nie jestem idiotką, Gruszka, i w przeciwieństwie do moich kolegów, znam się na swojej pracy.
– Dzięki Bogu. – Mężczyzna posłał jej szczery uśmiech. – Pokażesz mi je później?
– Zdjęcia będą w raporcie, który prześlę do prokuratury…
– Czyli dzisiaj z kolacji nici?
– Ani dzisiaj, ani nigdy – potwierdziła z lodowatym uśmiechem. – Panie prokuratorze, zapraszam… – Wskazała ręką denata, gdy zatrzymali się kilka kroków od niego.
Dariusz Gruszka spojrzał na mężczyznę, a następnie na otaczające ich szczyty. Zmrużył lekko oczy i z kieszeni kurtki wyciągnął lornetkę. Zuza znowu się zdziwiła, ale obserwowała go z ciekawością, gdy skierował okular w stronę Litworowego Szczytu i powoli przesuwał lornetką, jakby czegoś szukał. Po kilku chwilach z rezygnacją opuścił rękę. Spojrzał na Zuzannę i delikatnie zacisnął zęby.
– Skończcie zabezpieczać miejsce i pakujcie denata – polecił technikom. – Musi go obejrzeć patolog.
– To nie był wypadek, prawda? – zapytała retorycznie Sobczak.
Spojrzał na nią i odparł chłodno:
– Na tym etapie nie będę wysnuwać żadnych wniosków.
Jego wcześniejszy urok gdzieś zniknął, zastąpiony bezduszną maską służbisty.
– Za te warkocze jesteś mi winny – próbowała jeszcze zażartować.
– Jak to powiedziałaś…? Wszystko będzie w raporcie.
– Rozumiem, panie prokuratorze. – Zuza skinęła mu głową i ruszyła w stronę helikoptera.
Wiedziała, że nic tu po niej. Wsiadła do otwartej maszyny. Chwilę później dołączył do niej Gruszka.
– Chyba że dasz się zaprosić na wspominki z wymianą spostrzeżeń na temat tej sytuacji. – Posłał jej lisi uśmiech. – Znajomy prokurator mógłby ci się przydać.
– Pewnie tak, ale nie skorzystam.
Sobczak założyła na uszy słuchawki, zanim Dariusz odpowiedział:
– Jak uważasz.
Widząc jego zacięte spojrzenie, wzniosła oczy do sufitu, modląc się, żeby Dorian zjawił się, zanim wpadnie w jeszcze większe bagno. Po kilku minutach do helikoptera wskoczyła ekipa i Michał zatrzasnął drzwi.
– Sztywny wraca z nami – powiedział wściekły Zbyszek. – Słowacy się wymigali. Szykuj się na opierdol.
– Szykuję się od momentu, kiedy zobaczyłam ciało – warknęła bez ogródek Zuzka. – A ty módl się, żebyś dobrze zabezpieczył ślady.
– To był wypadek.
– Gdybym w trakcie lotu wypchnęła cię z helikoptera, to też byłby wypadek. – Spojrzała na kolegę surowo. – Dlatego oszczędź mi dobrych rad.
Zbyszek prychnął pod nosem, gdy śmigła nad ich głowami zaczęły się rozgrzewać. Nie mogli zobaczyć wiszących pod maszyną zwłok, ale z pewnością widzieli je turyści, nad którymi lecieli. Nieświadome dzieci machały do pilota, a bardziej świadomi dorośli pochylali głowy z pokorą.
Góry znów zebrały żniwo.
Po wylądowaniu Zuzka nawet się nie obejrzała za prokuratorem i technicznymi. Popędziła prosto do swojego auta, po drodze wyjmując z kieszeni telefon, który wibrował od powiadomień. Wiadomości postanowiła odczytać później, bo zobaczyła, że dzwonił Dorian – i to do niego zdecydowała się oddzwonić w pierwszej kolejności. Gil jednak nie odebrał.
Wsiadła do auta i wsunęła komórkę w uchwyt, drugą ręką odpalając światła. Następnie uruchomiła silnik i wyjechała z parkingu. Wiedziała, że dostanie jej się od szefa, i chciała jak najszybciej mieć to za sobą. Na chuj mnie tam wysyłał! – pomyślała buntowniczo.
Gdy telefon znów zawibrował, a ekran rozbłysnął, zwolniła i odebrała.
– Cześć, Dorian! Muszę ci o czymś powiedzieć… – Już miała przejść do szczegółów, gdy dziennikarz jej przerwał:
– Zuza, co tam się u was odpierdala? Jestem w drodze!
Zmarszczyła brwi. Jakim cudem Gil dowiedział się o znalezisku? Czyżby ktoś z TOPR-u się wysypał? A może turyści?
– Jak to jesteś w drodze? Już? Miałeś być za tydzień.
– Miałem, miałem, ale to, co się odjebało, ściągnęło mnie wcześniej. Cieszę się, że cię słyszę, ale pogadamy, jak będę na miejscu, bo zapierdalam…
– No dobra – odparła z konsternacją. – O której będziesz?
– Za trzy godziny. Pa!
Rozłączył się, zanim zdążyła się pożegnać.
– Co jest, kurwa… – mruknęła do siebie, kręcąc głową. Nic z tego nie rozumiała, ale stwierdziła, że skoro niebawem przyjaciel tu będzie, na pewno wszystko jej wyjaśni.
Zaparkowała na swoim miejscu i zerknęła na drogę. Jechała szybko i udało jej się wyprzedzić samochód technicznych. Przynajmniej nie będzie słuchać pierdolenia Zbyszka. Ale i tak szła w stronę budynku z duszą na ramieniu. Nie wiedziała, co tam zastanie – szwadron śmierci czy wypowiedzenie.
Przekroczyła próg komendy. W środku było cicho jak makiem zasiał. Jakby wszyscy zapadli w sen. Kolejna zaskakująca rzecz, bo zwykle to miejsce tętniło życiem, szczególnie tu, przy dyżurce.
Zuzka podeszła do okienka i spojrzała na Pawła, który siedział przy komputerze.
– Co tu taka cisza?
– Wszyscy pojechali do strzelaniny, jakaś gruba akcja – powiedział typowym da siebie znudzonym głosem. – Nic nie wiesz?
– Do jakiej strzelaniny? Nie wiem, bo i skąd? Byłam w górach, a tam zasięg to trzeba by nosić ze sobą w wiadrze. – Przewróciła oczami. – Mów, co się stało.
– Nie znam szczegółów. Jakaś rozpierducha w Karczmie pod Baranami.
– To na uboczu, prawie przy wylocie z Zakopca. Jakieś ofiary?
– Nic nie wiem. A jak tam twój denat?
Policjantka westchnęła.
– Wciąż martwy. – Przewróciła oczami. – I właśnie trafia na stół patologa.
Paweł gwizdnął cicho i pokręcił głową.
– Oj, Sobczak, Sobczak… Ty to wiesz, jak sobie przejebać.
– Stary jest? – zapytała z nadzieją.
– Na razie ci się upiekło. On też pojechał do tej strzelaniny…
Zmarszczyła brwi. Może to o tym mówił Dorian, a ona niesłusznie założyła, że chodzi o nieboszczyka znalezionego w górach.
– A sprawca? Wiadomo coś?
– Kurwa, Sobczak, ja naprawdę tylko przyjmuję zgłoszenia. Niedawno sama to robiłaś, a teraz pytasz mnie o takie szczegóły?
– No dobra, idę do siebie…
Obróciła się na pięcie akurat w chwili, gdy drzwi się otworzyły i stanął w nich Zbyszek.
– Chłopaki, zanieście rzeczy z Litworowego i zabierzcie nowy zestaw. A ty, Sobczak, dokąd?
– Jak to dokąd? – zdziwiła się. Może techniczny był starszy stażem, ale nie był jej przełożonym. – Do siebie.
– Do dupy. Odczytałaś wiadomości? Wszyscy mamy jechać pod Barany.
– Nie odczytałam, nie miałam czasu. Ale… ja też?
– Tak, ty też. Masz… – Zbyszek podsunął jej pod nos swój telefon.
Zuzka spojrzała na podświetlony ekran.
Szefu: Jak zejdziecie z gór, to pod Barany raz-dwa! Sobczak też!
– Mhm… – mruknęła pod nosem. – Przecież na pewno są tam inni śledczy.
– Rozkaz to rozkaz. – Technik zgromił ją wzrokiem. – Może stary zapomni, że miał cię opierdolić.
– Na pewno. – Spojrzała na swój telefon i weszła w wiadomość od Traszki.
Komendant: Masz przejebane, Sobczak, ale wszyscy razem mamy bardziej. Pod Baranami strzelanina. Przyjeżdżaj jak najszybciej.
– Jedziemy? – zapytała, kiedy technicy zeszli z piętra z nowym sprzętem. – Boże, jaki młyn…
– Dlaczego nikogo nie dziwi, że jak trup ściele się gęsto, ty jesteś w pobliżu? – spytał zgryźliwie jeden z technicznych, jednak zamilkł, kiedy Zbyszek na niego spojrzał.
– Mówisz o mnie? – Zuza posłała cwaniakowi surowe spojrzenie. Nie znała nawet jego imienia, a on najwyraźniej miał wyrobione zdanie na jej temat.
Nie odpowiedział, tylko odwrócił głowę, udając, że szuka czegoś w kieszeni.
Dupek, prychnęła w duchu.
Trwały godziny szczytu, więc przejazd przez oblegane Zakopane był drogą przez mękę. Zuzka stwierdziła, że chyba szybciej doszłaby pieszo, niż przesuwając się w korku samochodem po brzegi wyładowanym testosteronem zarozumiałych policjantów.
– Ty naprawdę myślisz, że to w górach to nie był wypadek? – zagadnął ją Zbyszek.
– Gdybym tak myślała, to nikogo bym nie ściągała. Ale odpowiadam przed komendantem, nie przed tobą.
– Jezu, okres masz czy co? Tylko zapytałem! – odparł szybko, czym wywołał rozbawienie u kolegów.
Sobczak przewróciła oczami na tę seksistowską uwagę, która tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że to banda prostaków.
– Może mam. Za to ty ciesz się, że nie masz kataru, bo trzeba by cię podłączyć do respiratora – odparowała.
– Nie wiem, jak chłopaki z wydziału z tobą wytrzymują, serio…
– Srak.
– Jesteśmy na miejscu – wtrącił się Kuba, który przez całą drogę gapił się na ekran telefonu.
– Świetnie.
Auto jeszcze dobrze się nie zatrzymało, a Zuzka już z niego wyskoczyła. Pewnym krokiem przeszła nad taśmą policyjną, którą otoczono karczmę, i spojrzała na zachlapane krwią szyby restauracji. Wzdrygnęła się i ruszyła do środka.
Komendant wyszedł jej naprzeciw. Wyglądał na wyczerpanego.
– Jakbym miał mało problemów z tobą, to jeszcze to… – Machnął ręką w kierunku drzwi.
– Ile ofiar?
– Trzy. Dwie ranne z obsługi, przewiezione do szpitala.
– Sprawca?
– Zamaskowany. Uciekł.
– To jakieś porachunki?
– Nie mam pojęcia. Wracam na komendę, bo zaraz się porzygam. Zresztą sama zobacz…
– Kto pracuje na miejscu?
– A kto nie? Ty dowodzisz, ale cały wasz zespół ma się w to, kurwa, zaangażować. Zostaw tę sprawę z Litworowego, jebać ją.
– Ale…
– Żadnych „ale”, Sobczak. Wejdź do środka, to zobaczysz masakrę. Tamto się umorzy. Chociaż raz, kurwa, zrób to, o co cię proszę.
– Dobrze, komendancie. – Skinęła głową i zrobiła krok w bok, by go przepuścić.
Kiedy szef odszedł w kierunku samochodu, wzięła głęboki oddech i pociągnęła za klamkę.
Przekroczywszy próg, głośno syknęła, a wymioty podeszły jej do ust.
– O ja pierdolę…
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Emilia Szelest, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302101
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Strona redakcyjna
Spis treści
