Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
155 osób interesuje się tą książką
Sekret, który niszczy od środka. Zbrodnia, która domaga się ofiary.
Gdy w warszawskim apartamencie zostaje znalezione okaleczone ciało młodej influencerki, sprawa od początku wygląda jak makabryczny rytuał. To dopiero preludium serii brutalnych zbrodni, które wstrząsną miastem. Starszy aspirant Bartosz Bogucki i komisarz Kacper Ziętarski muszą zmierzyć się nie tylko z bezwzględnym mordercą, ale też z własnymi demonami – tajemniczą przeszłością, trudnymi relacjami i presją, która narasta z każdym dniem.
Tymczasem gdzieś w cieniu Ona próbuje ukryć własną tajemnicę, której ujawnienie mogłoby zniszczyć wszystko, na co pracowała od lat. Musi pozbyć się ciała, zatrzeć każdy ślad, ukryć prawdę tak głęboko, by nikt nigdy się nie dowiedział, że to właśnie ona jest częścią koszmaru. Walczy nie tylko z czasem i policją, ale przede wszystkim z samą sobą – z poczuciem winy, strachem i obsesją, która krok po kroku odbiera jej kontrolę nad własnym życiem.
Czy jest katem, czy ofiarą? A może jednym i drugim jednocześnie?
I jak daleko może się posunąć, by chronić swój sekret?
Ten thriller psychologiczny odkrywa najmroczniejsze zakamarki ludzkiego umysłu i stawia pytanie: czy to potwory rodzą się w nas, czy to my sami je tworzymy?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 397
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Nie ma takiej opcji. Ja się na to nie piszę. Nie będę nikogo przepraszać! – Kobieta pokręciła głową i popchnęła drzwi swojego czerwonego Mustanga, którego jak zawsze ustawiła koślawo.
Wiedziała, że następnego dnia zagości na lokalnej grupie jako ta, co nie potrafi parkować, ale miała to gdzieś. Po pierwsze, czerpała energię z wkurzania innych. Po drugie, nie lubiła, jak ktoś stawał zbyt blisko jej maleństwa, jak mówiła na buczące auto, a parkując pod kątem, powodowała, że nikt nie mógł umieścić swojego pojazdu w odległości mniejszej niż metr od niego. No, chyba że by zaryzykował i postawił je w podobnie nietypowy sposób jak ona.
Trzasnęła drzwiami, cały czas trzymając telefon przy uchu, a w drugiej dłoni ściskając pasek najnowszej torebki w swojej kolekcji. Na każdym kroku chwaliła się z dumą, że jest posiadaczką sporej ilości drogich akcesoriów, na które nie stać znaczącej większości jej obserwujących. Miała zegarki za ponad pięćdziesiąt tysięcy i już kilkanaście torebek, których ceny zaczynały się od dziesięciu tysięcy, a kilka kosztowało bliżej sześciocyfrowej kwoty.
– Czy ty, kurwa, słyszysz, co ja mówię?! – wydarła się i pokazała język kobiecie, która zdecydowanie za długo się jej przyglądała. – Jeżeli ta szmata jeszcze raz będzie coś ode mnie chciała, przyjadę do niej do domu i spuszczę jej porządny łomot. Nie będzie gadała o mnie jakichś farmazonów. Nie pozwolę na to, aby mi moje imię sza… szarp… No właśnie, szargała. – Podeszła do drzwi, wpisała kod i pociągnęła za klamkę. Weszła na klatkę, a następnie skierowała się do windy. – Dobra, dość tego pieprzenia. Zaraz stracę zasięg. Zdzwonimy się jutro. Muszę coś wziąć na łeb, bo mi pęka, i idę spać. Nara.
Rozłączyła się i zerknęła na telefon. Zegarek pokazywał 23:58.
Otworzyła galerię zdjęć i zaczęła przeglądać. Na części była ona sama, ale nie na wszystkich. Na kilku znalazło się parę innych osób. Odnalazła to, które ją najbardziej interesowało.
Zdjęcie młodej dziewczyny, której imienia nie zapamiętała, a która zaczęła się przystawiać do jednego z chłopaków. Niestety źle wybrała. Olgierd od dawna się jej podobał. Niby z kimś się spotykał, ale to nie stanowiło żadnego problemu. Za to wypacykowana lalunia, która na jej oczach wiła się przy nim, jakby coś ją bolało, już tak. Nieraz rozprawiała się z dziewczynami tego typu, które stały jej na drodze do celu, więc wiedziała, że z tą też sobie poradzi.
Zaśmiała się do siebie i patrząc w lustro, poprawiła włosy, które nie wyglądały tak atrakcyjnie jak rano, gdy wychodziła z domu. Delikatne loki się wyprostowały, a gęsta fryzura wyglądała, jakby przez pół dnia była ściśnięta pod czapką.
Kobieta sprawdziła jeszcze, czy nie ma lepszej foty. Nie znalazła. Zresztą to ujęcie było na tyle upokarzające, że w zupełności spełniało swoje zadanie.
Przesłała je do kilku osób, przekonana, że te zaraz je opublikują, czym mocno uprzykrzą dziewczynie życie. Uwielbiała tak załatwiać niektóre sprawy. Z tylnego siedzenia. Dając innym narzędzia do niszczenia ludziom życia.
Windą szarpnęło, a po chwili drzwi się powoli otworzyły.
Wyszła na korytarz i zaczęła szukać kluczy, które swoim zwyczajem schowały się w przepastnej torbie. Stanęła przed mieszkaniem i kucnęła. Jak zawsze w tym miejscu rozgrywał się mały dramat. Brelok znikał pośród szczotek, pudrów, pędzli, saszetek z orzeszkami czy pomadek w liczbie zdecydowanie przewyższającej zapotrzebowania jednej kobiety.
Po kilku nerwowych minutach, podczas których z jej ust zaczęły płynąć niecenzuralne słowa, w końcu znalazła. Triumfalnie się wyprostowała i włożyła odpowiedni klucz w zamek, jednak ten ani drgnął.
Położyła dłoń na klamce i ze zdziwieniem stwierdziła, że jest otwarte.
– Znowu! – wydarła się, ignorując fakt, że jej sąsiedzi zapewne już śpią.
Weszła do swojego mieszkania, trzasnęła drzwiami i zapaliła światło, po czym odblokowała telefon i wybrała numer, który znała na pamięć.
– Ile razy ci mówiłam, żebyś nie przychodziła, jak mnie nie ma?! – Usiadła na krześle stojącym pod ścianą i zaczęła rozpinać buty.
– Co? – usłyszała zaspany głos kobiety i jakiś rumor, jakby coś spadało, ale zignorowała to.
– Jezu, proszę, nie rób mi tego. Prawie dostałam zawału.
– Ale o co ci chodzi?
– Wiem, że do mnie przychodzisz, sprzątasz i wstawiasz jedzenie do lodówki. Spoko, chociaż ta ostatnia zupa…
– Krem z białych warzyw – wydukała rozmówczyni.
– To było obrzydliwe. Gdybym miała psa, to jemu też bym tego nie dała. Nie wiem, jak można jeść coś tak obrzydliwego.
– Przepraszam.
– Spoko, ale więcej nie dawaj mi takiego gówna. – Ułożyła buty na półce w szafie wnękowej. Przesunęła jej drzwi i w sekcji z torebkami ułożyła tę, której używała.
– Jeszcze raz przepraszam.
– I zamykaj drzwi. Ja naprawdę kiedyś padnę na zawał.
– Ale ja zawsze zamykam.
– Chyba dzisiaj ci się zapomniało. – Wsunęła na stopy puchate kapcie i ruszyła do salonu.
– Nie, dzisiaj u ciebie nie byłam. Nie dałam rady. Bolały mnie plecy.
Dziewczyna zignorowała sapnięcie rozmówczyni, która najwyraźniej liczyła na jakieś pytanie odnośnie do jej stanu zdrowia.
– To co się stało? Ja zawsze zamykam.
– A może…
– Ja je zawsze zamykam – powtórzyła. – Może jednak byłaś u mnie i zapomniałaś. Przecież tyle razy o czymś zapomniałaś… – Sapnęła przeciągle, kręcąc głową. Podeszła do barku, uchyliła szklane drzwi i wyjęła kieliszek. – Dobra, nie chce mi się już gadać.
Rozłączyła się bez słowa pożegnania, podeszła do lustra i zerknęła na siebie. Lubiła to. Patrzeć, jak wygląda. Ustawiała się wtedy pod różnymi kątami, robiła minki. Podziwiała się.
Postąpiła krok do przodu, unosząc kieliszek w stronę ust, gdy światło zgasło.
– Kurwa, co tu się dzieje?! – wydarła się na cały głos.
Już chciała sięgnąć po leżący na komodzie telefon, gdy usłyszała za sobą niepokojący dźwięk, a później wszystko spowiła jeszcze głębsza ciemność.
– Co my tutaj robimy? – Beata ścisnęła dłoń Bartosza i przesunęła się bliżej.
Szli leśną ścieżką, a dookoła panowała totalna ciemność.
– Ostatnio wspominałaś, że uwielbiasz lekki dreszczyk emocji.
– Lekki. To jest jak scena z horroru. Gęsty las, zero świateł i dwójka zagubionych turystów. Przecież to się aż prosi o kłopoty – wyszeptała przestraszona Beata.
– Oj, przestań. – Mężczyzna mocniej objął ramieniem idącą obok kobietę. – Pięćset metrów stąd jest cała ekipa twoich znajomych. Jak staniemy, usłyszymy szum drogi i pewnie ich rozmowy. Poza tym mamy telefony i z tego, co widziałem, z pełnym zasięgiem. Nie błądzimy po Syberii, gdzie do najbliższego człowieka jest sto kilometrów i łatwiej spotkać niedźwiedzia niż przedstawiciela naszego gatunku.
– Dziękuję – zaśmiała się, cały czas idąc w bliskim zwarciu z Boguckim. – Ten wywód mocno mnie przekonał. A daleko jeszcze?
– O matko. Zaczyna się. – Przeszedł kilka kroków i stanął. – To tutaj.
Kobieta się rozejrzała. Niewiele widziała, ale to, co dostrzegała, nie robiło spektakularnego wrażenia. Wszędzie dookoła rosły drzewa, krzaki.
– Okeeej – zaczęła. – Liczyłam na romantyczne chwile, a ty mnie wyciągnąłeś do lasu. I co, będziemy grzyby zbierać?
– A co jest złego w zbieraniu grzybów? Co wakacje chodziłem kilka razy z ciotką. Potem miała zapasy na całą zimę i dodawała je do wszystkiego.
– Nie brzmi zachęcająco.
– Ale jak to? Czy ty… O nie… – Teatralnie zasłonił twarz dłońmi. – Nie mów mi, że nie lubisz grzybów… Jak mogłem być taki ślepy?!
– No niestety, marny z ciebie detektyw. – Przysunęła się jeszcze bliżej. – Ale najważniejsze, że mamy siebie.
Bartosz objął Beatę i przyciągnął ją do swojego boku.
– Oj tak. Razem damy radę. – W tym momencie mimowolnie zjechał dłonią do kieszeni i wymacał niewielkie prostokątne pudełko.
– A co ty tam masz? – rzuciła natychmiast, a on się cały napiął.
– Czy ty musisz być taka ciekawska?
– Hmm… Trudne pytanie, ale tak. Muszę.
– Przechlapane z tobą…
Wreszcie wymacał to, czego szukał, i nacisnął mały guzik. Około stu metrów od nich rozbłysły światła. Beata nie zauważyła, że niedaleko jest niewielki domek. Dopiero gdy jego elewacja zaczęła intensywnie świecić, zorientowała się, że tam coś stoi.
– Co to? – Aż podskoczyła. Puściła rękę mężczyzny i ruszyła w stronę budynku.
– Wygląda na magiczny domek, w którym żyje gromada krasnoludków.
– O, to ciekawe – zaśmiała się. – To może sprawdzimy, czy są zdrowi i czy czegoś nie potrzebują.
– No nie wiem, czy tak można im przeszkadzać. A jak wpadnie zły czarownik, to co?
– To mnie obronisz. – Stanęli przed progiem. – To co, wchodzimy?
– Ale na twoją odpowiedzialność – mruknął z udawanym strachem. Nacisnął klamkę i popchnął drzwi do środka. Wszedł, przepuściwszy kobietę przodem, po czym kliknął włącznik po prawej stronie.
– O w mordę! – rozległ się głośny pisk. – Ty sam to przygotowałeś?
Kiwnął głową, a duma zaczęła go wypełniać po brzegi. Znalazł ten domek dawno temu, a dokładniej dwa dni po tym, jak się dowiedział, że jadą na spływ, który wcześniej jakoś nie mógł dojść do skutku. Koniecznie chciał go połączyć z czymś wyjątkowym, z czymś, co chodziło mu po głowie od dłuższego czasu, i stwierdził, że to będzie moment wręcz idealny.
Przyozdobienie budynku i wybór jedzenia stanowiły nie lada wyzwanie, ale dał radę. Sam. Nie chciał nikogo w to angażować, bo nikomu nie ufał w stu procentach. Nawet Jaworski mógł chlapnąć coś pod wpływem alkoholu, a wtedy byłoby po niespodziance.
– To chyba te krasnoludki przygotowały – zareagował po chwili.
– Musimy je zabrać do domu, żeby częściej nam organizowały takie rzeczy. – Beata podeszła do Bartosza i zarzuciła mu ręce na szyję. – Dziękuję. – Wtuliła się w niego i zaczęła delikatnie całować po brodzie.
Pół godziny później leżeli nadzy na podłodze i jedli owoce z wiklinowego kosza.
Śmiali się, a Beata zastanawiała się na głos, czy znajomi się skapną, że nie ma ich od wielu godzin. Nie miała pojęcia, że to nie koniec niespodzianek.
– Proszę jeszcze raz powiedzieć, ale spokojnie, co panią zaniepokoiło?
– Córka nic nie wrzuciła u siebie – wydukała pięćdziesięciotrzyletnia Grażyna Pacholska.
Kobieta raz po raz pociągała nosem i delikatnie uklepywała spływające po policzkach łzy, tak aby nie uszkodzić mocniej makijażu, który już teraz nie prezentował się najlepiej: czarne smugi pod oczami, zjedzona tu i ówdzie pomadka i podkład, który w wielu miejscach na twarzy stanowił wspomnienie.
– Gdzie nie wrzuciła?
– Pan mnie nie słucha?
Starszy aspirant Bartosz Bogucki nie skomentował, tylko się uśmiechnął, chociaż przypominało to bardziej grymas cierpienia, w którym z bliżej nieokreślonych powodów kąciki ust poszły do góry. Nie przejmował się swoją reakcją. Kobieta od dłuższego czasu nie uraczyła go spojrzeniem. Stała przed nim w jednoczęściowej kreacji w kolorze zgniłej zieleni i patrzyła pustym wzrokiem gdzieś ponad jego głowę. Niezmiernie mu to pasowało. Rozmowa z nią stawała się coraz bardziej irytująca.
– Rozumiem pani zdenerwowanie, ale im więcej szczegółów będziemy znali, tym lepiej uda nam się dostosować działania do potrzeb. Sytuacja wymaga pełnego skupienia. – Ostatnie słowo zaakcentował, licząc na jakąkolwiek reakcję.
– Córka nie opublikowała nic na Instagramie – wycedziła w końcu przez zaciśnięte zęby. – Niki robi to dwa razy dziennie, a od wczoraj nic. Dlatego przyjechałam i zastałam… – Urwała i zaniosła się szlochem.
– Dlaczego pani do niej nie zadzwoniła?
– Ona nie lubi… nie lubiła, jak jej przeszkadzam. Wyrywało ją to z pracy. – Kobieta pokręciła z dezaprobatą głową, po czym sięgnęła do kieszeni. Wyjęła z niej kolejną chusteczkę, ale nie użyła jej, tylko zaczęła nerwowo skubać, odrywając małe fragmenty.
– Pracy? A co córka robi takiego, że nie można jej było przeszkadzać? – Bogucki przygryzł policzek od środka, nie chcąc palnąć jakiejś gafy. Jak na razie nic nie sugerowało, aby córka rozmówczyni zajmowała się czymś ważnym, faktycznie wymagającym ekstremalnego skupienia.
– No… pracuje na tym Insta. Jest bardzo znana. Pan na pewno ją kojarzy. Ma setki tysięcy fanów. Młodzi ludzie chcą być jak ona. No i co ważne, zarabiała tyyyle pieniędzy… – Kobieta westchnęła z wyczuwalną dumą, jakby zupełnie zapomniała o powodzie ich rozmowy oraz fakcie, że łzy płyną jej po twarzy.
– Czyli pani nie mogła córce przeszkadzać dzwonieniem, ale już przyjechać pani mogła?
– Tak, Niki mi pozwalała, to znaczy… nie zawsze. Musiałam ją informować.
Policjant pokiwał głową, zaciskając usta, żeby nie powiedzieć czegoś niestosownego.
– Pozwalała mi u siebie sprzątać – dodała po chwili Pacholska.
– Miło z jej strony.
– Ja wiem, jaka ona jest… to znaczy była zapracowana… – Kobieta pokręciła głową, zgarniając chusteczką płynące po twarzy łzy. – Dlatego nie miała czasu na takie proste sprawy. Jako matka musiałam ją wspierać. Wie pan… – Spojrzała na policjanta. Jej oczy wyglądały dziwnie. Wydawały się niezwykle smutne, ale jednocześnie czaił się w nich jakiś obłęd. – Parę razy jej pomagałam… Żeby nagrać minutowy filmik, czasami robiła kilkadziesiąt ujęć, powtórzeń. Przebierała się w kolejne stroje. Malowała na różne sposoby. To naprawdę ciężka praca. Ona przy każdym filmiku kilka dni wymyśla, co ma na nim być. Co powiedzieć. Kiedy zrobić jaką minę. Myślę, że część naszych aktorów nie dałaby rady. To bardzo wymagające.
– Rozumiem. – Uśmiechnął się delikatnie, licząc, że kobieta nie wyczuje w tym fałszu. – Czy wie pani, co córka robiła przedwczoraj?
– No nie wiem, gdzieś na pewno wyszła. Ona co chwilę była gdzieś zapraszana, niczym gwiazda. Ludzie uwielbiali jej towarzystwo.
– Aha – sapnął, nie wiedząc, jak to skomentować. – Czy Nikola się z kimś spotykała?
– W sensie z mężczyzną?
– Mogła też z kobietą oczywiście.
– Co pan! – Jej podniesiony głos rozniósł się po salonie, w którym siedzieli. Pracujący obok technicy aż podskoczyli.
– Ja nic nie sugeruję, tylko pytam o jakiegoś partnera.
– Nie, Niki skupiała się na sobie. Wiele osób idzie w związki, zapominając o sobie. Ona najpierw chciała zrobić karierę, a potem myśleć o rodzinie. U nas nie było zbyt bogato. Nigdy nie kupowałam córce drogich prezentów, nie było mnie na to stać. Tak naprawdę poza pierścionkiem po mojej mamie, który zawsze nosiła, nic jej nie podarowałam… – Kobieta pociągnęła nosem.
– Rozumiem. – Postukał długopisem w notes, w którym nie zapisał jeszcze nic istotnego. – Czy córka miała jakichś wrogów?
– Oczywiście! – Rozmówczyni po raz kolejny podniosła głos. – Tych no… takich internetowych, niegroźnych zazdrośników, którzy nie mogli zdzierżyć, że komuś wyszło w życiu. – Kobieta wymawiała te słowa, plując przed siebie. – Oni piszą głupoty pod jej zdjęciami czy filmikami. No i powtarzają, że córce wszystko z nieba spadło, a ona przecież na to ciężko zapracowała.
– Czy Nikola skarżyła się na kogoś szczególnie?
– Nie, bo ona to znosiła z godnością. – Uniosła dumnie podbródek.
Dopiero teraz dostrzegł podobieństwo do kobiety, w której mieszkaniu właśnie się znajdowali. Na szybko sprawdził dziewczynę. Faktycznie, w kwestii rozpoznawalności matka nie przesadzała. Na Instagramie obserwowało ją ponad pięćset tysięcy ludzi. Na zdjęciach i filmikach zawsze prezentowała się w kusych strojach, odsłaniających zarówno pośladki, jak i piersi, które nie były dziełem matki natury.
To, co ją najbardziej wyróżniało, to sposób komunikacji. Jątrzyła, podsycała kłótnie. Uwielbiała wsadzać kij w mrowisko i polewać ogień oliwą. Czerpała z tego energię, dorzucając kolejne epitety na ludzi, którzy oskarżali ją o nieetyczne zachowania, na przykład gdy reklamowała futra. Zupełnie nic sobie z tego nie robiła. Powtarzała, że zwierzęta są po to, żeby ludzie mogli je zabijać, a ich futra świetnie wyglądają na jej nagim ciele.
Bogucki czytał to z niedowierzaniem, czując, że coraz częściej nie rozumie kierunku, w którym zmierza ten świat.
– Czy ostatnio działo się coś nietypowego? – zadał kolejne pytanie, chociaż nie miał zbytniej wiary, że kobieta cokolwiek wniesie do sprawy.
– No, działo. Jakaś lafirynda zgarnęła jej kontrakt, bo się przespała z gościem, który to zlecał. Moja córka do takich rzeczy się nie zniża, więc się wkurzyła. To niesprawiedliwe, że człowiek się stara, a ktoś odbiera mu możliwości tylko dlatego, że zachował się jak… no, wie pan.
– Tak. – Bogucki kiwnął głową i zacisnął jeszcze mocniej usta.
Dokładnie takie same oskarżenia przeczytał pod jedną z reklam, w których Nikola Pacholska reklamowała body projektanta o dość wątłej renomie, mocno prezentując biust. Ludzie zarzucali dziewczynie, że zdobyła zlecenie nieuczciwie, a dokładnie przez relacje zacieśnione w łóżku.
– Ja już pani nie będę męczyć – oznajmił wreszcie.
Kobieta uśmiechnęła się smutno, po czym zaczęła smarkać nos w dość mocno wysłużoną chusteczkę. Bartosz Bogucki wstał i ruszył do pokoju obok.
Kręciło się w nim dwóch techników, którzy niczym baletnice lawirowali między dowodami. Fotografowali ledwo widoczne ludzkim okiem okruszki, opisywali, a następnie zabezpieczali, tak aby nic im nie umknęło.
– Jak wam idzie? – rzucił szeptem do Marcela Wolskiego, gdy stanął obok. Mężczyzna nawet nie drgnął. Skupiony na swojej pracy, metodycznie podnosił włosy z podłogi.
– Powoli. Na razie nic spektakularnego nie mamy, ale jak poszedłem do auta, to od razu podbiła do mnie wścibska sąsiadka z mieszkania obok.
– Już się zleciały hieny?
– Oj tak, chociaż myślę, że zaraz będziemy mieć tutaj na głowie paparusów. – Technik się wyprostował i wykonał kilka dziwnych ruchów, postękując przy tym.
– Oby nie. Coś powiedziała ciekawego?
– Nasza denatka była niezbyt lubiana. Podobno inni śmiali się z jej pracy i narzekali na głośne puszczanie muzyki. Za to mąż tej sąsiadki doceniał jej… no wiesz, walory estetyczne. – W tym momencie wykonał falisty ruch na wysokości biustu i bioder.
– Ciekawe, co by powiedział na to, co z nich zostało.
W tym momencie obaj mimowolnie spojrzeli na wielkie łóżko, które wzdłuż i wszerz miało takie same wymiary. Może w normalnych warunkach zwróciliby uwagę na aksamitną pościel, którą dopasowano do zasłon. Może doceniliby starannie dobraną nutę zapachową, którą równo co pięć minut rozpylało małe urządzenie w rogu pokoju.
Teraz jednak mało co było w stanie odciągnąć ich uwagę od nagiego ciała kobiety, którego doskonałe proporcje ktoś mocno nadszarpnął. Nie trzeba było być patologiem, aby dostrzec, że usunięto jeden z implantów piersi, a później zszyto skórę.
Rana z daleka atakowała w oczy.
Jej kolorystyka przerażała, a ślady krwi i jakiegoś śluzu wokół powodowały, że robiło się niedobrze.
Ale nie to było najgorsze, lecz spojrzenie dziewczyny.
Puste, a zarazem przerażające.
Świadczące o jednym.
Dziewczyna nie przetrwała spotkania z oprawcą.
Wiedziałam, że do tego dojdzie.
Wiedziałam, że proszę się o kłopoty.
O siódmej usłyszałam pukanie, chociaż spodziewałam się walenia i krzyków, które zbudziłyby wszystkich mieszkańców.
Podeszłam do drzwi, łudząc się, że za nimi stoi ktoś inny.
Niestety to była ona. Kamila Krawczyk.
Moja sąsiadka.
Usta tak zacisnęła, że zmieniły kolor na fioletowy, a jej wzrok parzył. Wypalał wręcz dziurę, a ja musiałam otworzyć i stracić odgradzającą mnie od niej przegrodę. Przekręciłam najpierw górny zamek, potem dolny i powoli otworzyłam drzwi. Od razu rzuciła się do ataku:
– Ty szmato, nie zabierzesz mi dziecka! – Wbiła mi palec wskazujący prawej ręki w klatkę piersiową. Ból był powalający.
– Ja nikogo nie chcę zabierać. Pani córka przyszła do mnie…
– Pierdolisz głupoty! – prychnęła, a w moją stronę poleciały drobinki jej śliny.
Zrobiłam krok do tyłu, ale ona się przysunęła.
– Nie dam się oszukać. Porwałaś moją córkę…
– Nie – wtrąciłam. – Sama przyszła do mnie.
– Myślisz, że ktoś ci uwierzy? Jesteś samotną smutną babą, która zazdrości mi rodziny, więc postanowiłaś ją zabrać! – Znowu dźgnęła mnie palcem. – Zaraz wezwę policję i oni zrobią z tobą porządek.
Momentalnie przeszedł mnie dreszcz. Nie mogłam do tego doprowadzić, ale przekonanie kobiety do zmiany zdania wydawało się zupełnie nierealne.
– Obiecuję, że to ostatni raz. Nigdy jej już nie otworzę, będę was unikać – zapewniałam nerwowo, próbując brzmieć sympatycznie.
– Nie wierzę ci. – Kolejny krok w moją stronę. – Takie jak ty zawsze kłamią. Obiecują, że zostawią twojego męża w spokoju, a później bzykają się z nim w twoim domu, w twoim łóżku. – Następny krok. – I zawsze wydaje im się, że ja nie mam pojęcia. Ale ja wiem. Widziałam, jak na niego patrzyłaś. Śliniłaś się i pewnie już sobie wyobrażałaś, jak będzie wam dobrze. A może już to zrobiliście? – W tym momencie rozejrzała się po moim mieszkaniu. – Gdzie cię pukał? Na kanapie? A może na blacie w kuchni? Wyglądasz na cnotkę niewydymkę, ale takie są najgorsze. Atakują z ukrycia.
Znowu się przybliżyła.
Miałam już dość.
Cała się trzęsłam i modliłam o koniec.
Nawet już ta policja przestała się jawić w czarnych barwach. Wolałam ich wizytę niż dalszą rozmowę.
I wtedy zrobiła coś dziwnego. Wysunęła gwałtownie dwie ręce w moją stronę, jakby chciała mnie popchnąć, a ja, jak nie ja, wykazałam się refleksem i uchyliłam. Uderzyła mnie w ramię, a sama poleciała jak długa na podłogę, potykając się jeszcze o własne nogi, co spowodowało, że obróciła się na plecy. Może wszystko skończyłoby się kilkoma siniakami, ale jedną ręką trąciła komodę. Od dawna mebel się chybotał i teraz poruszony znienacka zaczął się przewracać. W ostatnim momencie go złapałam, lecz nie udało mi się to ze stojącym na nim kryształowym wazonem, moją jedyną pamiątką po dziadkach.
Wszystko działo się niczym w filmie akcji. Bohater ląduje na ziemi, a nagle na jego głowę leci jakiś przedmiot i robi sieczkę z twarzy.
Tutaj może sieczki nie było, ale róg kanciastego kryształu, z którego tak bardzo się cieszyłam, wbił jej się w prawy oczodół. Momentalnie zaczęła z niego wypływać krew, a Kamila Krawczyk zadygotała w niemym wrzasku i znieruchomiała.
Stałam nad ciałem, które jeszcze walczyło na granicy między życiem a śmiercią, gdy usłyszałam za sobą szelest.
Odwróciłam się, czując, że moje nogi zaraz się złamią na pół, a ja runę na ziemię.
W drzwiach stał Zbyszek Krawczyk z limem na pół twarzy i patrzył na mnie wytrzeszczonym zdrowym okiem.
– Stary, i tak po prostu dałeś się zaobrączkować? – Jaworski sięgnął po piwo i wlał w siebie kilka łyków.
Swoim zwyczajem, który ostatnio pielęgnowali, spotkali się w barze na plotki. Nie pracowali ze sobą już drugi rok, a ich przyjaźń robiła się coraz bardziej ustabilizowana. Każdy wiedział, co u drugiego się dzieje, i jeśli był do czegokolwiek potrzebny, leciał jak na skrzydłach.
– Po pierwsze, to ja się nie dałem, tylko sam to zrobiłem. Po drugie, to tego chciałem. Beata to kobieta mojego życia…
– Oj, śmieję się, jestem z ciebie dumny. – Wyciągnął w jego stronę zwiniętą w pięść dłoń i stuknął go w bark. – Myślałem, że nigdy tego nie zrobisz, jakbyś jeszcze się ociągał, to sam bym przejął Beatę.
– Ani mi się waż! – Bogucki pogroził koledze uniesionym palcem wskazującym.
– A jak w ogóle się udało? Zaskoczyłeś ją? Po zdjęciu widać, jakby nie spodziewała się niczego.
– Oj, nie było łatwo. Nie dość, że zrobiło się późno, bo się zagadaliśmy przy ognisku i ledwo stałem po całym dniu wiosłowania, to w pewnym momencie nie mogłem znaleźć pudełka z pierścionkiem. Wrzuciłem je do kosza z owocami i zaklinowało się gdzieś pod bananami.
– To nieźle! – Jaworski zaśmiał się w głos.
– Mnie wesoło nie było. Myślałem, że zemdleję. Zresztą cały czas się trząsłem, a język tak mi się plątał, że sepleniłem.
– Beata coś wyczuła?
– Chyba nie, przynajmniej tak potem twierdziła, a jaka jest prawda, to się pewnie nie dowiem. Najważniejsze, że powiedziała „tak”. – Bogucki podniósł szklankę z wodą, którą od dłuższego czasu trzymał w ręce. Chłód szkła koił poharataną od sztangi dłoń. Jak zwykle zapomniał rękawiczek na trening, co spowodowało liczne odgniotki na wewnętrznej części palców.
– A jej starzy się ucieszyli?
– Powiedziała, że tak, ale ja jeszcze z nimi nie gadałem. Wróciliśmy dwa dni temu i poza dzisiejszym wyjściem z tobą i szybkim wyciskiem na siłce siedzę w robocie.
– Jak to? Nie spytałeś teścia, czy odda ci swoją córkę za żonę? Na filmach zawsze tak robią! – Jaworski zmarszczył brwi, robiąc przy tym głupią minę.
– I na filmach zawsze brylant jest olbrzymi, a panna młoda ma silikonowe cycki.
– Ja jak w końcu znajdę swoją królewnę, to spytam jej rodziców o zgodę. To jest na bank jakaś tradycja i trzeba ją pielęgnować. – Ponownie sięgnął po kufel i wypił resztkę znajdującego się na dnie trunku, po czym uniósł go wyżej, by pokazać wymownie kelnerce. Ta tylko kiwnęła głową, racząc zamawiającego uśmiechem, i ruszyła do baru.
– Myślisz, że ci się uda? Że znajdziesz jakąś, która zgodzi się zostać twoją żoną? Ostatni związek nie trwał za długo.
– Oj nie czepiaj się. – Mężczyzna pokręcił głową na boki. – Nie byliśmy odpowiednio dopasowani. Poza tym, skoro tobie, mniej przystojnemu ode mnie, się udało, to wierzę, że to kwestia czasu.
– Ale ty optymista jesteś – parsknął Bogucki. – Tylko jak będziesz czekał i pachniał, to żadna sama na ciebie nie wpadnie.
– Faktycznie, muszę pomóc szczęściu i… – Jaworski przerwał w pół zdania i odebrał kufel od kobiety, która w trybie ekspresowym nalała mu piwo. – Dziękuję ślicznie.
Wyszczerzył się, a kelnerka lekko zaczerwieniła. Stała tak chwilę, po czym ruszyła do siedzącego przy stoliku obok mężczyzny, który od dłuższego czasu domagał się obsługi.
– No? No i co niby takiego robisz? – zagaił Bartosz.
– Ostatnio zacząłem używać aplikacji randkowych. – Sięgnął po telefon i zaczął w nim grzebać.
– Serio? Nie boisz się, że trafisz na jakąś…
– Brzydulę? Nie, bardziej tego, że po drugiej stronie będzie facet, który mnie wkręci. Ostatnio nawet czytałem o kobiecie, która rozmawiała z jakimś typkiem, on ją w sobie rozkochał, oczywiście zabrakło mu kasy na coś tam, więc mu przelała. A w międzyczasie parę pikantnych fotek mu przesłała. No i okazało się, że to była jakaś jej koleżanka z pracy, która postanowiła się zemścić za to, że tamta dostała awans. Nie dość, że się wzbogaciła, to jeszcze zdobyła parę zdjęć rywalki. Nie zdążyła ich użyć, bo została zdemaskowana.
– Takich przypadków jest sporo. – Bogucki wygładził mankiet i spojrzał na kumpla, licząc, że ten nie wychwycił jego jak zwykle pogniecionej koszuli. – Beata wspominała o jakiejś babce, co myślała, że koresponduje z Bradem Pittem. Podobno mieli internetowy romans. No i zwierzył jej się, że jest ciężko chory i potrzebuje pieniędzy na leczenie, inaczej zaraz umrze.
– Co? – zarechotał Jaworski.
– Ludzie są głupi. Wyobraź sobie, że kobieta rozwiodła się jakiś czas wcześniej i oddała swojemu nowemu ukochanemu całą kasę, z tego, co pamiętam, to ponad osiemset tysięcy euro.
– O matko, rozumiem, że luby przepadł po otrzymaniu pieniędzy i nie był to znany aktor.
– No raczej nie.
– Ja na szczęście jestem biedny jak mysz kościelna, więc nic mi nie grozi. – Jaworski zanurzył rękę w stojącej przed nimi miseczce z orzeszkami i wsypał kilka do ust. – A jak tam komisarz? Gadałeś z nim ostatnio?
Bogucki się uśmiechnął, chociaż cały czas nie pogodził się z decyzją Maksymiliana Obrębskiego, mężczyzny, którego traktował jak autorytet i ideał, mimo że wcale nie dzieliła ich przepaść wiekowa. Po traumatycznych wydarzeniach, dość nietypowym porwaniu i przetrzymywaniu nie wrócił do służby. Najpierw poszedł na przymusowy odpoczynek, który został mu narzucony przez przełożonych. Każdy się spodziewał, że tygodnie spędzone w niewoli wpłynęły na jego psychikę. Gdy dochodził do siebie fizycznie, regularnie bywał u psychologa, który został mu przypisany. Jak opowiadał koledze, młody terapeuta, który koniecznie chciał się wykazać, analizował nie tylko to, co stało się, kiedy był więziony, ale też jego dzieciństwo, relacje z rodzicami czy to, jak radził sobie w szkole. Maks zupełnie nie wiedział, jak ma mu to pomóc, lecz grzecznie odpowiadał na pytania.
Gdy już wszyscy myśleli, że to koniec jego nieobecności i wróci do pracy, ten umówił się z Boguckim w barze ze stekami, które uwielbiał. Nawet podczas wizyty w szpitalu, kiedy komisarz leżał słaby i przykuty do łóżka, zapytany przez kolegę, na co miałby ochotę, odpowiedział: „Steka!”. Raz na jakiś czas pozwalali więc sobie na taką drogą przyjemność. I podczas tego spotkania Obrębski rzucił niespodziewanie:
– Nie wracam na razie do służby.
– Matko, ale dlaczego? – Bartosz aż stężał na dźwięk tych słów.
– Szczerze? Sam nie wiem. Kocham bycie psem, jednak to jeszcze nie moment na powrót. Poza tym kumpel chce, żebym pomógł mu w pracy. Rozkręca agencję detektywistyczną i, jak powiedział, przydałby mu się dobry nos policyjny. Tam będę miał większy luz, a tego teraz potrzebuję.
– Czyli będziesz śledził ludzi? – spytał Bogucki z niedowierzaniem. Kiedyś rozmawiali na temat prywatnych detektywów i Obrębski nie wypowiadał się o nich zbyt pochlebnie.
– Może, jeszcze nie wiem, czym będę się zajmował. Traktuję to jako ciekawą przygodę. Jakbyś chciał kiedyś spróbować, to daj znać. Ten kumpel to bardzo spoko gość i na bank dobrze by wykorzystał twoje umiejętności.
Starszy aspirant nie odpowiedział, wzruszył tylko ramionami, czując zawód i ukłucie smutku. Liczył, że przyjaciel, bo tak na niego patrzył, wróci i będą mogli w końcu razem, ramię w ramię, pracować nad sprawami. A tutaj takie zaskoczenie.
Teraz Bartosz Bogucki patrzył na Jaworskiego, czując, że znowu przyspiesza mu serce.
– Na razie odpoczywa – wydukał w końcu.
– Ale jak to?
– Nie chce wracać do służby. Musi odpocząć, nabrać dystansu i takie tam. Beata próbowała mi to wytłumaczyć. Niby tego typu traumy zmieniają ludzi i nawet coś, co kochali, przestaje mieć znaczenie – recytował tekst, który powtarzał sobie w myślach wielokrotnie, ale wcale nie czuł się od tego lepiej.
– A co z tym typkiem, co go więził?
– No… Trochę dziwne, bo Obrębski wręcz go broni. No i zapiera się, że to wcale nie jest ten syndrom… no…
– Sztokholmski? – Jaworski podrzucił koledze brakujące słowo.
– No właśnie. On twierdzi, że ten chłopak w sumie to też jest ofiarą i powinno się również jemu pomóc, a nie karać za to, że rodzina mu zrąbała życie. W sumie to trochę ma rację. Jak zaczął mi opowiadać, co tam się u nich działo, to nic, tylko współczuć.
– Tym sposobem to wielu psycholi można usprawiedliwić.
– Oj, wiem. – Bartosz Bogucki pokiwał głową. – Beata podrzuciła mi ostatnio jakiś tekst psychologiczny i tam ciekawie wyjaśniano, co ma na nas większy wpływ, geny czy wychowanie. No i jeżeli geny, to oznacza, że środowisko, w którym delikwent się wychowuje, może być już skażone, bo przecież to jego rodzice są skażeni. Czyli gdy nasz późniejszy psychopata wychowywany jest przez psychopatycznego ojca, to ciężko jest powiedzieć, co miało większy wpływ, geny czy wychowanie, a podobno to często się zdarza.
– Ciekawe macie tematy rozmów.
– Ale to nie koniec! – Bogucki podniósł szklankę ze smakowym piwem bezalkoholowym, które zamówił mimo docinków kolegi. – Co się okazuje, to w sumie poza rozważaniem, co jest ważniejsze, powinno się brać pod uwagę jeszcze trzeci aspekt, a mianowicie zdrowotny. Czyli czy ktoś nie ma jakichś zmian w mózgu, które go w pewien sposób zmuszają do popełniania przestępstwa.
– Ciekawe – mruknął Jaworski, zapatrzony w kumpla.
– I to bardzo, tylko to generuje wiele kolejnych problemów. Poza tym my jako społeczeństwo nie jesteśmy na to gotowi.
– W jakim sensie nie jesteśmy gotowi? – Mężczyzna podniósł kufel i pociągnął łyk, nie odrywając od kolegi spojrzenia.
– Trudno ludziom byłoby zaakceptować, że seryjny morderca nie idzie do więzienia, tylko do szpitala, bo jest chory.
– No tak, o tym nie pomyślałem. Ja bym był chyba wkurzony.
– No właśnie. Poza tym system też nie jest do tego przystosowany. Musiałyby być specjalistyczne ośrodki. No bo gdzie ich trzymać? W normalnych szpitalach psychiatrycznych, z innymi chorymi?
– To brzmi strasznie. – Kamil wlał w siebie kolejny łyk. – Ale dość tych poważnych rozkminek. Dla rozluźnienia mogę pokazać ci dziewczynę, z którą ostatnio gadałem. – Nie czekając na reakcję kolegi, wyciągnął komórkę i odpalił odpowiednią aplikację.
Plan był prosty.
Okaleczyć ją tak, aby cierpiała.
Aby poczuła, czym jest ból.
Na początku ten fizyczny.
Ten, którego nie może uśmierzyć żadna tabletka.
Ból, który powoduje, że ciało nie podlega kontroli. Podniesienie ręki czy nogi jest niemożliwe, a ruszenie powiekami okazuje się wyczynem porównywalnym do wejścia na Mont Blanc. Ból, który skłania do jednej refleksji – tylko śmierć może być wybawieniem.
Pewnie długo by się wzbraniała.
Liczyłaby, że zdarzy się cud, ale on by nie przychodził.
Nie prosiłaby o pomoc. Nie jawnie.
Była na to zbyt pewna siebie.
Zbyt dumna z rzeczy, które robiła, a które nie przedstawiały żadnej wartości.
Były niczym.
Niszczyły ludzkie relacje, powodowały, że ludzie się uwsteczniali.
Nic nie wnosiły w życie innych – poza głupotą, agresją i wyuzdaniem.
Dlatego musiało przyjść otrzeźwienie, oczyszczający ból fizyczny.
Jednak był tylko preludium.
Przedwstępem do czegoś gorszego.
Do bólu psychicznego.
Do upokorzenia.
Do momentu, aż w głowie zaczynają krążyć okrutne myśli.
Chcę umrzeć.
Tylko śmierć jest w stanie dać mi ukojenie.
Tylko odejście z tego świata może to skończyć.
Ale… nie udało się.
Jej własna głupota doprowadziła do katastrofy.
No cóż. Jak ktoś jest debilem, to musi ponosić za to odpowiedzialność.
Bogucki przeglądał kolejne wpisy pod rolkami i zdjęciami zamordowanej Nikoli Pacholskiej i nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
Dziewczyna potrafiła odszczekać się ludziom, którzy nie patrzyli na nią przychylnie.
„Jak ci się nie podobam, to jesteś totalnym bezguściem”.
„Nawet jakbyś chciał, nie nasikałabym na ciebie”.
„Nie wiem, jak matka mogła cię kochać, jesteś tak obrzydliwy”.
Takich tekstów były setki, a niektóre upstrzone wulgaryzmami. Ludzie nie pozostawali jej dłużni. Wylewali na nią wiadra pomyj, wyzywając od debilek, pustaków, dzbanów, kończąc na prostytutkach.
„Niczym się nie różnisz od dziwki. Dajesz dupy w zamian za serduszka. W sumie jesteś gorsza od prostytutki, ona wie, co robi, a ty żyjesz w jakimś nierzeczywistym świecie”.
Policjant przeskoczył do kolejnego posta, gdzie pokazywała, jak wyglądała kiedyś. Aż musiał powiększyć zdjęcie, bo jej twarz i ciało sprzed lat różniły się tak bardzo, że trudno było znaleźć podobieństwa do dziewczyny, którą widział w mieszkaniu.
Tamta z wyglądu przypominała te, które widywał często na ulicach. Z nadmuchanymi ustami, rzęsami do czoła i zdecydowanie zbyt mocno naciągniętą skórą na twarzy.
Powiększył jeszcze bardziej fotografię i ze zdziwieniem stwierdził, że kiedyś prezentowała się zdecydowanie lepiej. Może miała szerszy nos, ale jej uśmiech był naturalny. Usta nie wyglądały jak po ukąszeniu przez cały rój owadów, a czoło wykazywało ruchomość. Oglądając aktualne filmiki dziewczyny, często nie był w stanie określić, jakie emocje próbuje przekazać, ponieważ mimika została zabetonowana. Niezależnie od tego, o czym mówiła, czy o nowej torebce, czy o kłótni z jakimś kolesiem, który zajechał jej drogę, wyglądała tak samo.
Trzeba było jednak przyznać Nikoli Pacholskiej jedno: miała niesamowicie hipnotyzujące spojrzenie. Jego na szczęście nie udało się mocno zmodyfikować, ale otoczone nienaturalnie długimi rzęsami nie wywoływało już takiego efektu.
Przeszedł do ostatniego zdjęcia, które opublikowała dwa dni temu.
Siedziała w rozkroku na brzegu wanny w samej bieliźnie, wylewając na siebie jakiś płyn z wysokiego kieliszka, co wskazywałoby na szampana.
Prowokacyjnie, pomyślał policjant i zaczął czytać komentarze pod postem.
Część podkreślała jej nienaganne ciało, część się śmiała, że chyba przesadziła z Photoshopem. Internetowi detektywi dopatrywali się retuszu twarzy, ale i ciała, wskazując na zakrzywiony kształt kafelków za plecami Nikoli. Oczywiście nie zabrakło również głosów punktujących jej wyuzdaną pozę, sposób ułożenia ust kojarzący się jednoznacznie z rzekomym źródłem dochodów.
Dziewczyna swoim zwyczajem z każdym wchodziła w dyskusję, podbijając jeszcze bardziej zainteresowanie i rozgrzewając algorytmy platform społecznościowych do czerwoności.
W pewnym momencie zaczęły się pojawiać wpisy z kondolencjami lub wręcz emanujące radością z faktu, że influencerka nie żyje.
„Jak to, co się stało?”
„To niemożliwe”.
„Uwielbiałam Twoje stylizacje”.
„Kto teraz będzie ustawiać tych debili do pionu?”
„No i zdechła suka, należało się jej”.
„Poczytajcie tutaj, sporo info” – tu ktoś wrzucił link.
Starszy aspirant Bartosz Bogucki zatrzymał kursor nad podkreśleniem i podrapał się po głowie. Stał się niezwykle ostrożny w kwestii nieznanych stron, od kiedy dał się nabrać i stracił trzysta złotych, ponieważ się przestraszył, że zaraz wyłączą mu gaz, więc wysłał blika na podesłany numer.
Dla zwiększenia bezpieczeństwa przepisał adres do wyszukiwarki i kliknął. Na ekranie pojawiła się młoda dziewczyna z ciasno spiętymi włosami. Była w wieku zbliżonym do Nikoli, ale nie tylko to sprawiało, że policjant miał wrażenie, iż patrzy na klona ofiary.
Usta, policzki, rzęsy wyglądały, jakby były dziełem tego samego specjalisty.
– Nikola Pacholska nie żyje – odezwała się w końcu blondynka, wymawiając każde słowo niezwykle wolno. – Dzisiaj rano policja odnalazła ciało dwudziestoczteroletniej instagramerki, która słynęła z prowokacyjnych materiałów oraz niewyparzonego języka. Początkowo podejrzewano wypadek lub samobójstwo.
Bogucki pokręcił głową. Zupełnie nie wiedział, skąd mieli takie informacje. Ostatnio komendant był niezwykle cięty na donoszenie do mediów, więc ktoś mocno zaryzykował rozmową z kimś spoza firmy.
– Teraz już wiemy, że prawda jest zupełnie inna. Nikola została zamordowana przez okrutnego psychopatę, który poharatał jej piękne ciało.
Po tych słowach przedstawiono prezentację zdjęć dziewczyny z jakiegoś festiwalu, gdzie odziana tylko w kusą spódniczkę i górę od bikini prężyła się w rytm muzyki, czy z plaży, gdzie leżała w stroju kąpielowym, mocno wypychając sztuczny biust w stronę obiektywu. Po kilku sekundach ponownie na ekranie pojawiła się aspirująca dziennikarka.
– Nieznana jest jeszcze przyczyna śmierci. Policja przeprowadza swoje czynności i jak tylko uda nam się dowiedzieć, co się stało, poinformujemy was o tym. Na szczęście mama Niki podzieliła się z nami tymi strasznymi przeżyciami i przybliżyła nam szczegóły.
W tym momencie obraz się zmienił i dziewczyna stała obok kobiety, z którą Bogucki rozmawiał. Policjant pokręcił głową. Prosił matkę zamordowanej, aby darowała sobie rozmowy z tego typu osobami, ponieważ może to zaszkodzić sprawie. Jak widać, niezbyt się tym przejęła.
– Moją malutką Nikolkę ktoś mi zabrał…
Bartosz przybliżył się w stronę ekranu. Kobieta, która odkryła ciało córki, wyglądała zupełnie inaczej niż przy ich pierwszym spotkaniu. Krwistoczerwone usta, ułożone nienagannie włosy i do tego biały, jednoczęściowy, elegancki kombinezon, zupełnie niepasujący do osoby, która rzekomo przeżywa żałobę po stracie ukochanej jedynaczki.
– Mój skarb. Ona zawsze była jak gwiazdka, świeciła jasno na niebie. Dla wielu niedostępna, ale to była tylko poza. Wiem, że nie wszyscy ją lubili. Ale była dobrym człowiekiem. Ostatnio wzięła pieska ze schroniska…
– A nie oddała go? – spytała dziewczyna, której było widać tylko fragment twarzy.
– Yyy, no… – Kobieta delikatnie spąsowiała. – Tak, ale to tylko dlatego, że zaczęła się strasznie dusić. Okazało się, że ma poważną alergię. Gdyby nie to, cały czas by się nim opiekowała. Tak bardzo chciała go zostawić u siebie. Kupiła mu taki śliczny kojec i kilka strojów, jak dla małego dziecka.
– Czy policja zdradziła już, kto mógł zrobić krzywdę pani córce? – Domorosła dziennikarka zmieniła temat.
– Nie, ale wierzę, że szybko go znajdą. Oni bardzo się starają. Przepytywali mnie godzinami…
Bogucki zaśmiał się w głos. Jak na razie poza odbytą w domu denatki rozmową, która trwała kilkanaście minut, nikt z kobietą nie rozmawiał. Prokurator planował to zrobić za dzień, maks dwa, gdy tylko zbiorą więcej informacji.
– Zresztą rozmawiał ze mną bardzo miły i przystojny policjant. – Uśmiechnęła się do dziewczyny w sposób dość niesmaczny w tej sytuacji. – Uważają, że to pewnie jeden z tych zawistnych ludzi. Oni co chwilę ją ranili, pisali okrutne rzeczy, a przecież Nikolka nic im nie robiła. Kiedyś nie było czegoś takiego. Ludzie się szanowali, mówili sobie „dzień dobry”, a teraz? Byle kto może obsmarowywać innych. Ci ludzie są jak zwierzęta. Zupełnie nie biorą pod uwagę, że z drugiej strony może być ktoś delikatny. A co, gdyby moja córka borykała się z jakimiś problemami i przez tych ludzi zrobiła sobie krzywdę?
Bogucki odsunął się od komputera, zdziwiony słowami kobiety. Już parokrotnie rozmawiał o tym z Beatą z racji wykonywanego przez nią zawodu. Próbowała mu wytłumaczyć, że ludzie często dla własnego dobra czy spokoju ducha nie chcą dostrzegać wad swoich bliskich, a o nieszczęścia oskarżają cały świat poza sobą czy najbliższymi. Dokładnie to samo działo się w przypadku oglądanej kobiety. To cały świat był zły. To obcy ludzie atakowali jej córkę, a ona była zupełnie niewinna.
Bartosz Bogucki nie wiedział, czy matka Nikoli nie czytała wypełnionych jadem wypowiedzi córki, czy może czytała i nie dawała im wiary, wybierając życie w iluzji, bo prawda była zbyt bolesna.
Bo prawda oznaczałaby, że wychowała złego człowieka.
Człowieka, który czerpał satysfakcję z ranienia innych.
Policjant wyłączył nagranie i wrócił do komentarzy na platformie.
Szczególnie jeden z nich go zaintrygował.
„Kolega widział ją na portalu dla dorosłych, tam same niewinne owieczki trafiają”.
Od zawsze wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak.
Że jestem wyjątkowa, ale nie mogłam się z tego cieszyć.
Ten rodzaj wyjątkowości nie napawa radością.
Nigdy nie poznałam nikogo, kogo nienawidziłaby jego własna rodzina.
Nigdy nie poznałam osoby, której życie byłoby pasmem nieszczęść i która tylko w śmierci widziała ukojenie.
Wiem, że gdyby nie splot tysiąca małych przypadków, już bym nie żyła.
Zabiłabym się.
Pewnie bym się powiesiła. Rzucenie pod koła pociągu nie wchodziłoby w grę. Życie bym straciła, ale i zniszczyłabym je komuś innemu. Na użycie żyletki nie miałabym za to odwagi. Nie znoszę widoku własnej krwi. Czyjąś mogę oglądać. Mogę patrzeć, jak kogoś kroją, wyjmują narządy, grzebią w fałdach mózgu.
Niezależnie jednak od tego, jaki sposób odejścia z tego świata bym wybrała, uciekłabym od tej traumy. Od zła, które mnie otaczało, od kiedy pamiętam.
Leżałabym pewnie wygodnie w jakiejś ciasnej trumnie, którą moi rodzice kupiliby w promocji, może z wyprzedaży, bo była uszkodzona. Odbębniliby pogrzeb, nie roniąc żadnej łzy, może rzucając jakieś głupie dowcipy lub opowiadając sobie, co zjedzą na obiad.
Nikogo nie zaprosiliby na tę specyficzną imprezę, bo niby po co?
Kto chciałby spędzić godzinę na żegnaniu osoby, która nigdy nie była dla niego ważna?
Ale los na szczęście chciał inaczej. Postawił na mojej drodze dwie wspaniałe kobiety i tonę szczęścia, a ja w jakieś swojej naiwności myślałam, że to może trwać wieki.
Trzeba być totalnym debilem – lub mną – żeby w to uwierzyć.
Najpierw z armaty wystrzeliła ta durna choroba, której nie rozumiem, i coraz bardziej niestety jestem przekonana, że lekarze, którzy latami się szkolili, żeby poznać ludzkie ciało na wskroś, też nie mają o niej pojęcia ani pomysłu, jak mnie leczyć.
Myślałam, że już gorzej być nie może, a tu nagle życie zaczęła mi psuć sąsiadka z piekła rodem, aż w końcu przy moim lekkim udziale zginęła.
Dlaczego to spotkało mnie? Osobę, która unikała problemów wręcz z aptekarską dokładnością.
Gdy tylko widziałam grupkę pijanych, szłam naokoło, mimo że noga bolała i dokładałam sobie całkiem sporo trasy.
W pracy nigdy nie grzebałam w sprawach, które mogłyby ściągnąć na mnie problemy.
I nagle coś takiego.
Stałam jak zaczarowana i patrzyłam na Kamilę Krawczyk.
Na jej głowę, pod którą szybko zaczęła się zbierać na podłodze krew.
A później wparował jej mąż, który wyglądał jak siedem nieszczęść.
– Co my teraz zrobimy? – wymamrotałam.
Przerzucałam spojrzenie z niego na nią, licząc, że gdzieś na ich twarzach znajdę rozwiązanie.
Nic to jednak nie dało. Zionęły pustką.
Kiedyś słuchałam audycji o morderstwach doskonałych. Jakaś kobieta, której personalia wyleciały mi z głowy, mówiła, że nie ma czegoś takiego, jednak można liczyć na łut szczęścia w postaci błędów ze strony funkcjonariuszy. Już na samym początku poszukiwań mordercy może dojść do szeregu pomyłek ze strony policji, czyli nieprawidłowego zabezpieczenia miejsca zdarzenia, źle wyznaczonego obszaru prowadzonych czynności czy też wpuszczenia na niego osób postronnych. Tak naprawdę to od ludzi zależy, czy dana zbrodnia zostanie tą doskonałą i policja nigdy nie znajdzie sprawcy – a jeśli nawet znajdzie, to nie będzie w stanie udowodnić mu winy.
Patrzyłam na ciało Kamili i się zastanawiałam, co mam zrobić. I tak miałam dość nietypowy zestaw wiedzy, który predysponował mnie do sukcesu. Tylko nie zawsze „wiedzieć” oznacza „zrobić”. Zdawałam sobie sprawę, że mam łatwiej, ale nie byłam pewna, czy dam radę. Czy zachowam zimną krew, obmyślę dobry plan wyjścia z tej gównianej sytuacji, no i czy przeprowadzę go bez popełniania błędów.
Tylko jedna myśl paraliżowała mnie totalnie.
Nie byłam w tym sama.
Był on.
Mężczyzna, który już przy pierwszym kontakcie spojrzeniem błagał mnie o pomoc.
Nie miałam pojęcia, czy jest w stanie udźwignąć to, co się stało i co na bank się stanie.
Jego żona zniknie, a wszyscy będą go o to podejrzewać, i wtedy problem może stanowić nie tylko jej śmierć, ale i jego reakcje.
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Cover
Table of Contents
Title page
Text
