Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Woda nie zapomina.
Tak samo jak ból.
Po samobójstwie matki Millicent Prescott przestaje mówić. Zamknięta w sobie, funkcjonuje tylko dzięki rutynie: każdego dnia robi dziesięć tysięcy kroków, z nadzieją, że dzięki temu nie straci resztek kontroli.
Kiedy jej ciocia nie potrafi już do niej dotrzeć, wysyła ją do ojca, którego Millie nigdy nie znała. Nowy dom okazuje się daleki od bezpiecznego. Przyrodni brat traktuje ją jak intruza, a napięcie między domownikami jest wyczuwalne od pierwszego dnia.
Pojawia się też Isaac, który niespodziewanie wyciąga do Millie rękę.
W pewnym momencie dziewczyna staje się przedmiotem zakładu.
Wygra go ten, kto sprawi, że ona znów zacznie mówić.
Z czasem między Millie a Isaakiem nawiązuje się specyficzna i mocna więź, ale kiedy prawda o zakładzie wychodzi na jaw, dziewczyna musi zdecydować, czy jest jeszcze w stanie komuś zaufać.
I czy tym razem naprawdę chce wrócić na powierzchnię.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 304
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prolog
Opowiem ci bajkę otym, jak krzyk zamienił się wciszę.
1
Millie
Tonąć albo płynąć
Dlaczego biegnę, kiedy nikt mnie nie goni?
I płaczę, kiedy nic mnie nie boli?
Kiedy nie czuję niczego oprócz pustki?
Millie, musisz zacząć ze mną rozmawiać.
Głos ciotki Jude przerwał ciszę przy stole. Podniosłam na nią wzrok, bawiąc się skrawkiem serwetki. Ona nie rozumiała. Nie rozumiała tego, że tonęłam we wspomnieniach. Morzu łez, które wylewało się ze mnie niczym fale na brzeg. Każde słowo wydawało się kamieniem, ciągnącym mnie wdół. Sylaby – brzmiały jak echo krzyku, jakiego nikt nigdy nie usłyszał. Aten, co chwila rozbrzmiewał wmojej głowie, przypominając otym, co wydarzyło się kilka miesięcy temu – spokojną twarz mamy zanurzoną wwannie pełnej wody. Jej zamknięte oczy, przez co wyglądała, jakby śniła najcichszy ze snów. Ijuż więcej się zniego nie obudziła.
– To już pół roku.
Pół roku bólu, płaczu icierpienia wracającego na nowo.
– Jestem zmęczona, Millie.
Ja też byłam.
Codzienną walką zmyślami oraz aby utrzymać się na powierzchni, chociaż każdego dnia miałam na to coraz mniej siły.
– Nie umiem do ciebie dotrzeć.
A ja nie umiałam dotrzeć do brzegu. Dryfowałam. Podtapiałam się. Dusiłam idławiłam. Wszystko to trzymałam wsobie. Milczałam, bo to owiele łatwiejsze od tłumaczenia. Dlaczego mama mnie zostawiła? Dlaczego nie było mnie przy niej?
To owiele łatwiejsze niż zmierzenie się zprawdą, że nawet gdybym pojawiła się wtej łazience kilka minut wcześniej, nic by się nie zmieniło.
Że czasem miłość nie wystarcza, by kogoś ocalić.
Ciotka westchnęła ciężko iodsunęła talerz. Najwyraźniej straciła apetyt nie tylko na kolację, ale irozmowę, której prowadzenie wydawało się bezcelowe. Przetarła bladą twarz dłońmi, po czym po raz ostatni zobaczyłam jej delikatny uśmiech.
Ciotka Jude była piękna. Wyglądała jak porcelanowa lalka, ze złotymi włosami, dużymi błękitnymi oczami izadartym nosem. Uwielbiała się przemądrzać. Uwielbiała rywalizować zmamą. Uwielbiała mówić, że wszystko da się naprawić, jeśli tylko człowiek się postara. Aja wykańczałam ją swoją obecnością.
– Nie jestem wstanie ci pomóc – ciągnęła, aja nadal wpatrywałam się wnią, niezdolna do wypowiedzenia krótkiego „okej”.
Nie mogłam się złościć. Nie mogłam mieć do niej pretensji. Nikt nie potrafił mi pomóc, ponieważ nie przyjmowałam żadnej pomocy. Brałam ją wdłonie, apotem zatapiałam się razem znią. Ściągałam na samo dno ina końcu wypuszczałam, lecz nie wracała razem ze mną.
Odchodziła.
Wszyscy odchodzili.
– Dlatego postanowiłam, że skontaktuję się ztwoim ojcem.
W tonie jej głosu usłyszałam cień żalu, może inutkę obawy, ale nie zareagowałam. Zamrugałam, wciągnęłam powietrze nosem ipokiwałam głową, udając, że ta informacja nie zrobiła na mnie wrażenia. Wrzeczywistości jednak pragnęłam zawyć. Krzyknąć, uderzyć pięścią wstół.
Ojciec.
Ja nigdy nie miałam ojca.
Zamiast tego otworzyłam notes, który nosiłam przy sobie. Sięgnęłam po długopis. Napisałam:
Kiedy mam się spakować?
– Najlepiej jeszcze dziś. Mark przyjedzie po ciebie zsamego rana.
A więc to moja ostatnia noc wtym mieszkaniu. Ztą kobietą. Wmieście, które niegdyś było dla mnie tak ważne, ateraz cholernie obojętne. Pokiwałam głową, wstając od stołu. Ciotka podniosła się razem ze mną, po czym wyciągnęła dłonie wgeście pocieszenia.
– Proszę, nie gniewaj się na mnie. Czasami…
Nie chciałam płakać, amimo to poczułam na policzku pojedynczą łzę. Nie potrafiłam objąć ciotki. Ani podziękować za te sześć miesięcy, podczas których nie raz rzucała mi koło ratunkowe.
Minęłam ją iudałam się do swojego pokoju zniewielkim oknem na świat. Zamknęłam się wnim na klucz, odetchnęłam głośno izsunęłam po drzwiach na podłogę, która skojarzyła mi się teraz ze wzburzonym oceanem. Ito nie tylko przez łzy, które kapały ciurkiem, rozmazując mi obraz, ale również ze względu na chaos wmojej głowie. Sztorm ściskający płuca.
Powietrza.
Potrzebowałam powietrza.
To natomiast miało zapach zgniłych wodorostów ideszczu, który właśnie zaczął bębnić oparapet.
Wstałam powoli, mając wrażenie, że ciało sprzeciwia się każdemu ruchowi. Jakby każda kość stała się cięższa, zrobiona zołowiu. Podciągnęłam rękawy bluzy ipodeszłam do walizki otwartej wkącie pokoju. Ciotka musiała wyciągnąć ją ze strychu.
Nie wiedziałam, co spakować.
Co zabiera się wpodróż do człowieka, który nigdy wcześniej nie istniał wmoim życiu? Książki zbezsennych nocy, ubrania, wktórych chowałam się przed światem, amoże rzeczy przypominające mi omamie? Wszystko wydawało się niewłaściwe.
Nie mogłam po prostu utonąć. Za każdym razem, kiedy byłam temu bliska, jakaś niewidzialna ręka chwytała mnie za ramiona iciągnęła wgórę. Czy była to mama, czy mój strach oto, że nawet jeśli powtórzę jej kroki, nie odnajdziemy się zpowrotem?
Kucnęłam ispojrzałam na nadgarstek, na którym znajdował się zegarek do liczenia kroków. Słaba jarzeniówka wisząca nade mną mrugała leniwie, rzucając na ścianę blade cienie. Rozświetlała nieśmiało liczbę dziesięciu tysięcy.
A ta każdego dnia pokazywała mi, że może nie wszystko jeszcze skończone. Że może gdzieś na końcu drogi czeka mnie ulga. Ostateczność. Nieważne jaka.
Psycholożka, do której chodziłam na terapię, mówiła, że najtrudniejsze jest znalezienie powodu, by wstać złóżka. Że wmoim przypadku tym powodem stały się kroki. Że jeśli każdego dnia znajdę siłę, by zrobić ich dziesięć tysięcy, to znaczy, że jeszcze daję radę żyć. Nie byłam pewna, czy wto wierzę.
Jednak wiedziałam, że wciąż oddycham. To musiało na razie wystarczyć.
Przetarłam policzki rękawem bluzy iwyjęłam zszafy kilka rzeczy, ledwo myśląc otym, co pakuję. Wrzucałam je mechanicznie. Walizka wydawała się tylko kolejnym elementem przypominającym mi, jak niestabilne życie wiodłam. Tak samo jak pociąg, którym jechałam do ciotki pół roku temu, albo samochód Marka, który stanie jutro pod moim blokiem. Jak każda decyzja podejmowana całkowicie zinicjatywy innych, bo sama nie potrafiłam podjąć żadnej.
Położyłam się na łóżku iwpatrywałam wsufit. Przez szparę wzasłonach widziałam błysk latarni, której światło pulsowało wrytm mojego oddechu.
Jutro miało być inne.
Jutro miało być nowe.
Ale ja wciąż byłam tą samą Millie.
Millicent Topielicą Prescott.
Bo wcale nie posiadałam obsesji na punkcie wody. Bo wcale kilka miesięcy temu nie chciałam naprawdę się utopić.
Chciałam. Ito na oczach całej szkoły.
Klasowa wycieczka nad morze zzałożenia powinna być zwyczajnym wydarzeniem, które wszyscy będą wspominać jako czas beztroski iśmiechu. Wiedziałam jednak, że dla mnie oznaczała coś innego.
Ostatecznego.
Stałam na brzegu. Na zimnym piasku. Chmury były gęste, afale uderzały olinię brzegu, jakby usiłowały coś powiedzieć. Wtedy myślałam, że to wezwanie. Że morze chce mnie przyjąć. Że tam, wjego głębinach, odnajdę spokój, którego nie umiałam znaleźć na powierzchni.
Weszłam między fale. Najpierw ostrożnie stawiając kroki wlodowatej wodzie, opływającej mi kostki. Głębia zaczęła mnie pochłaniać. Wtamtym momencie wydawało mi się, że naprawdę czekała, aż do niej dołączę.
Zanurzyłam się iwstrzymałam oddech.
Pod wodą odnosiłam wrażenie, że się rozpływam, niczym rozmyta na płótnie farba, niczym szept gubiący się na wietrze. Zaczęła mnie otulać ciemność. Wgłowie powoli zapadała cisza – pierwsza od wielu miesięcy. Nie było już krzyków, wspomnień, wyrzutów sumienia. Tylko spokój.
Jednak wtedy coś albo ktoś szarpnęło mnie do tyłu. Silne dłonie zacisnęły się na moich ramionach ibrutalnie wyrwały zobjęć wody. Walczyłam, ponieważ nie chciałam wracać. Nie chciałam znowu czuć ciężaru własnego istnienia.
Trafiłam do szpitala ina usta całego liceum.
Przecież to takie zabawne, prawda?
Boli cię dusza, boli cię życie, boli cię wszystko inne, adla ludzi dookoła to żart. Jeden wielki żart.
Okryło mnie zimno, którego przez dłuższy czas nie mogłam się pozbyć. Ręce drżały, gdy próbowałam podnieść kubek herbaty podczas pobytu wszpitalnej sali. To wszystko wystarczyło, by ludzie wkońcu dostrzegli mój ból.
To, że przestałam mówić, nie miało znaczenia.
Potrząsnęłam głową iwcisnęłam ją wmiękką poduszkę. Powinnam przejąć się wyjazdem. Przecież ojciec mieszkał po drugiej stronie kraju, wmałym miasteczku. Ze swoją prawdziwą rodziną.
Mama rzadko mi oniej opowiadała. Raz czy dwa napomknęła, że był to przelotny romans. Nic poważnego. Żebym więcej oto nie pytała, ponieważ on miał swoje życie zżoną isynem, aona miała swoje ze mną.
Przez te siedemnaście lat wiązała się zwieloma mężczyznami, ale żaden znich nie pozostawał na dłużej. Nie zastępował mi taty, nie uczył jeździć na rowerze, wiązać butów, czy nie pomagał wmatematyce, zktórą mama miała problemy.
Żaden znich nigdy nie nazwał mnie córką, nawet kiedy planował się znią ożenić.
Nie bolało.
Mama była wszystkim.
Jednak najwyraźniej ja nie znaczyłam dla niej wystarczająco dużo.
Może izostawiła po sobie list, którego do tej pory nie przeczytałam. Może iciotka tłumaczyła, że czasami ludzie są wtakim amoku icierpieniu, że nie mają pojęcia, co robią. Nie myślą racjonalnie. Chcą po prostu odetchnąć.
Jak ja każdego dnia.
U mamy nie było tego wogóle widać. Nikt nie zauważył żadnego cholernego zalążka tego, że coś jest nie tak. Zachowywała się jak zwykle. Uśmiechała, żyła. Piekła te swoje babeczki. Oglądała ckliwe filmy. Mówiła, że mnie kocha. Apotem… po prostu się utopiła. Nie bacząc na to, że zostawia mnie samą.
Nie myśląc otym, że była moim światłem.
Pieprzonym drogowskazem, za którym chciałam podążać.
Skończyłam pakowanie, achwilę później zamknęłam oczy, jednak sen nie przychodził. Zmusiłam się do wstania isięgnięcia po tabletki zdna szuflady stojącej przy łóżku szafki. Momentami nachodziła mnie nieodparta chęć wzięcia ich wszystkich naraz.
Czasami wręcz przeciwnie, nie chciałam ich przyjmować wcale.
Funkcjonowanie wtym stanie to sinusoida. Wznoszenie się iopadanie. Ciągłe być albo nie być. Tonąć lub płynąć.
Nie umiałam ani jednego, ani drugiego.
Usiadłam na krawędzi łóżka. Dwie gorzkie tabletki rozpuszczały się na języku. Skupiałam uwagę na ich smaku, teksturze. Na tym, jak te dwie małe pastylki co noc sprawiają, że na kilka nieśmiałych godzin ból mija. Demony odlatują. Nie czuję ich na swoich barkach.
Jestem lżejsza.
Później przychodził kolejny świt. Rany znów się otwierały, jakby noc była tylko cienką warstwą opatrunku, który łatwo zdjąć. Aja ponownie się zanurzałam wmętnej wodzie, usiłując się poruszać. Była ciężka, gęsta ipełna zawiesiny. Każdy ruch wzburzał osad zdna. Oblepiał skórę, wdzierał się wpęknięcia. Wypełniał rany isprawiał, że piekły bardziej.
Auto ojca stało już przed blokiem. Przez małe okno obserwowałam, jak ciotka niechętnie wita się zmężczyzną, posyłając mu delikatny uśmiech iwykonując jeszcze delikatniejszy, wręcz niezręczny uścisk dłoni. Przełknęłam ztrudem ślinę, rozmasowując obolałą, czerwoną szyję.
Więc, to już koniec?
Odwróciłam się iwlepiłam wzrok wdrzwi, chowając dłonie wrękawach poszarpanego, starego swetra. Na zewnątrz było ciepło iduszno, ale ja wpewnym momencie przestałam odczuwać temperaturę tak, jak inni.
Początkowo było to spowodowane ranami.
Potem jednak przestało mnie interesować, co na siebie wkładam. Te swetry ibluzy należały do mamy. Ciągle miały na sobie jej zapach.
Albo było to tylko moim złudzeniem. Nieważne. Przynajmniej działało.
Wstrzymałam oddech, kiedy usłyszałam dźwięk przekręcanego zamka. Chwyciłam za rączkę walizki iwyszłam na korytarz. Chciałam mieć to już za sobą.
Ojciec stał wprogu. Zakłopotany, nie wiedząc, co zrobić zrękami. Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie uważnie, ale nie wsposób kojarzący się zczułością czy radością. To było bardziej spojrzenie kogoś, kto próbuje przypasować twarz do wspomnień, których nie ma.
Wydał mi się inny, niż sobie wyobrażałam. Nie wyglądał na człowieka, który zbyt długo przebywał wjednym miejscu. Jego włosy były krótkie, ale potargane, zapewne częściej przeczesywane dłonią niż grzebieniem. Broda, pokryta śladami siwizny, nadawała mu surowego wyglądu, nie była do końca równa, jakby golił się wpośpiechu. Zmarszczki na czole iwokół oczu sugerowały, że sporo wżyciu widział, choć niekoniecznie to, co powinien.
Miał na sobie znoszoną kurtkę wkolorze ziemi, zrękawami lekko przetartymi na łokciach. Wyglądała na taką, którą zabiera się wszędzie, niezależnie od pogody czy okazji. Pod spodem nosił ciemną koszulę, niedopiętą pod szyją. Ręce, silne ispracowane, trzymał skrzyżowane na piersi, najwyraźniej nie do końca pewien, czy chce tu być.
Rozumiałam go.
Ja też nie chciałam być. Ani tu, ani wogóle.
– Millicent – odezwał się pierwszy głosem tak szorstkim, że przeszły mnie dreszcze.
Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby mnie tak nie nazywał. Że jestem Millie, nie Millicent, ale tylko na tej ochocie się skończyło.
Nie mówiłam.
I nie zamierzałam zacząć.
W szczególności nie dla niego.
