Mech pod skórą - Angelika Sadkowska - ebook
NOWOŚĆ

Mech pod skórą ebook

Sadkowska Angelika

5,0

16 osób interesuje się tą książką

Opis

La Mareta oddycha.

A bagno nigdy nie zapomina.

W noc Truskawkowego Księżyca Manon traci Samuela. Ciało chłopaka zostaje odnalezione w mętnej wodzie i od tej chwili rzeczywistość dziewczyny zaczyna się chwiać – słyszy głosy, widzi niepokojące znaki i czuje obecność, której nie potrafi wyjaśnić. La Mareta milczy, dorośli odwracają wzrok, a prawda grzęźnie w błocie razem z tym, co zapomniane, sprawiając, że miasteczko przestaje być bezpiecznym miejscem.

Czy to trauma po stracie odbiera Manon kontrolę nad własnym umysłem? A może bagno naprawdę pamięta więcej, niż chcieliby dorośli?

 Mroczny thriller młodzieżowy o żałobie, winie i granicy między życiem a śmiercią, obłędem a tym, co nigdy nie zostało do końca pogrzebane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 233

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zuzia85099

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham to ❤️‍🩹
00



Od autorki:

­Ta historia jest głową Manon.

Nie ma w niej wygodnego przewodnika. Jest tylko ona – z tym, co pamięta, i z tym, co wyparła. Razem z nią będziecie się zastanawiać, które obrazy są wspomnieniem, a które halucynacją.

Chciałam, żebyście weszli do jej umysłu, poczuli jej niepokój, gniew, poczucie winy i tęsknotę. Żebyście stali obok niej, kiedy bagno szepcze jej imię i gdy cała La Mareta próbuje jej wmówić, że wszystko jest w porządku.

Manon nie kłamie. Ona nie wie. A jej podróż to nie tylko odkrywanie, co stało się naprawdę, lecz próba zmierzenia się z tym, kim się stała przez to, co zapomniała.

Mam nadzieję, że dzięki tej książce przez chwilę będziecie oddychać razem z Manon, gubić się razem z nią i odnajdziecie to, co zostało ukryte pod warstwą mchu.

Andzia xx

Spowija mnie mrok.I lepkość błota.Wpełza pod skórę, jest miękka jak mech.Przyśpieszam, ale trzyma mi nogi.Przyciąga.Wbite w ziemię paznokcie nie zostawiają śladów.

Rozdział 1.

Nad La Maretą świeciło słońce, kiedy wyłowiono ciało mojego chłopaka.

W powietrzu unosił się zapach bagna. Słodka, mdląca woń rozkładu i stojącej wody kleiła się do skóry jak zły sen. Muchy krążyły leniwie nad czarną taflą, a z trzcin słychać było pojedyncze, dziwaczne pohukiwania ptaków.

Stałam nad brzegiem, niezdolna do jakiejkolwiek reakcji. Krzyk ugrzązł w gardle niczym wilgotny mech między korzeniami drzew. Moje oczy wpatrywały się w pokryte błotem źrenice Samuela, gdy wzrok pozostałych mieszkańców miasteczka, bardziej przypominającego wieś, utkwił w oddychającym bagnie. Na jego środku pękały bąble. Co chwilę jeden z nich wznosił się na powierzchnię i cicho mlaskał, uwalniając kolejny ładunek gnijącego powietrza.

Samuel leżał nieruchomo, z twarzą odwróconą ku niebu, jakby próbował ogrzać się jeszcze ostatnim ciepłem dnia. Jednak słońce nie interesowało się trupami. Ślizgało się po jego policzkach, po brudzie na szyi, po spuchniętej dłoni wystającej spod folii. Powoli zabrała go śmierć.

Zabierając też cząstkę mnie.

Czułam to w kościach. Czułam pod opuszkami palców. Coś ulatywało ze mnie

wraz z zapachem martwego serca chłopaka, martwych roślin i lat, których już nigdy nie powtórzymy.

Od tamtego wydarzenia minął miesiąc, a ja nadal krzywię się przy przełykaniu śliny.

Babcia Maria stawia pod mój nos pieczonego kurczaka z ziemniakami, a żołądek znowu podrażniają wspomnienia śmierci i błota wylewającego się z bagna. Słyszę krzyk Samuela i czuję na własnej skórze jego strach. Spinam się natychmiast, chociaż powinnam już się do tego przyzwyczaić. Od miesiąca nawiedzają mnie różne przeczucia i wizje dotyczące tego, co wydarzyło się jedenastego czerwca. W noc Truskawkowego Księżyca.

W noc, która miała przypominać o związku człowieka z naturą.

– Nie smakuje ci, Manon? Przecież nawet nie spróbowałaś… – Babcia cmoka z dezaprobatą, na co tylko unoszę kąciki ust.

– To nie tak, babciu – mruczę, chwytając widelec.

Wbijam go w pieczonego kurczaka, a nóż przecina chrupiącą skórę, odsłaniając miękkie, wilgotne wnętrze. Zamiast ciepła i apetycznego aromatu czuję jednak, jak zimny dreszcz przebiega po moim ciele. To mięso, choć zupełnie inne od tego, co widziałam na brzegu bagna, teraz wywołuje we mnie podobny niepokój.

– Po prostu… – zaczynam, ale żadne słowa nie chcą przejść mi przez gardło. Ono pali. Mam wrażenie, jakbym przed chwilą wypiła nie szklankę wody, ale szklankę benzyny. – On nie żyje, babciu. Jego już nie ma. Mojego Samuela już nie ma.

A jednak czuję jego obecność w każdej sekundzie. Chłód na ramionach, chociaż na zewnątrz temperatura dobija czterdziestu stopni, ciężkie kroki, kiedy nie ma nikogo obok, zapach błota, w którym zginął, unoszący się nawet w świeżo przewietrzonym pokoju. Nie mogę się go pozbyć, tak jak nie mogę pozbyć się wrażenia, że Samuel nie odszedł naprawdę. Wydaje mi się, że został tutaj, między ścianami, w moim ciele, w moich snach. Rozsiany jak popiół, którego nikt nie zdążył zebrać.

– Manon… – Babcia ostrożnie przesuwa palcami po moim nadgarstku. Z czułością, która zamiast ukoić, tylko pogłębia ból. – Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz…

– Nie mów, że muszę ruszyć dalej – przerywam ledwo dosłyszalnie, z nutą wyrzutu i łez. – Nie chcę nigdzie iść bez Samuela, babciu!

Spogląda na mnie tym swoim wzrokiem, który nosi w sobie całe stulecia czekania i rezygnacji. Wzrokiem, jakim patrzą kobiety, które już kiedyś kogoś straciły. Nie jestem jeszcze gotowa dołączyć do ich kręgu.

Odkładam sztućce na talerz. Kurczak stygnie. Zdaje mi się, że rozkłada się na moich oczach. Ziemniaki parują, lecz nawet ich zapach nie potrafi wyprzeć tego, co osiadło mi w nozdrzach tamtego dnia w La Marecie.

Od miesiąca nie mogę jeść. Nie dlatego, że nie jestem głodna. Po prostu wszystko smakuje ziemią i glonami.

– Powinnam tam wrócić – szepczę bardziej do siebie niż do niej.

– Do bagna? – pyta z przestrachem babcia. – Manon, przecież…

– Coś mnie tam ciągnie. On mnie woła, jakby… jakby jeszcze czegoś ode mnie chciał.

Babcia wykonuje znak krzyża, choć wie, że tego nie cierpię. Może boi się bardziej niż ja. Może tym gestem tylko próbuje zmyć ze mnie coś, czego nie widzi.

W nocy znów śnił mi się Samuel. Miał zamknięte oczy, ale się uśmiechał. I szeptał do mnie z miejsca, gdzie ziemia była gęsta i brudna.

Powtarzał tylko jedno słowo.

„Przyjdź”.

Nie mogę go zostawić.

Więc czmycham babci Marii sprzed oczu od razu po obiedzie.

La Mareta ma kształt koła, w którego środku znajduje się bagno. Wokół niego zaś rozciąga się pięć piaskowych ścieżek, wzdłuż których stoją domy – drewniane chatki, w których żyją mieszkańcy. Miasteczko otoczone jest mętną, zielonkawą wodą. Żeby trafić do Navas, miasta, gdzie życie bardziej przypomina normalność, trzeba przeprawić się łodzią albo przejść przez jedyny, stary most linowy.

Jednak La Mareta nie chce, by się od niej odchodziło. Wciąga w siebie ludzi jak ruchome piaski. Utrzymuje przy sobie ich historie, śmierć i sekrety. Po odejściu Samuela do szpiku kości czuję, że trzyma też mnie.

To nie tak, że nienawidzę tego miejsca.

Tutaj się wychowałam, tutaj mam przyjaciół, babcię i tu miałam chłopaka. Mieszkańcy znają się jak łyse konie. Można by powiedzieć, że jesteśmy jedną wielką, kochającą się rodziną. Nie ma odrzutków, nie ma krzywych spojrzeń ani gorzkich słów za plecami. Od roku już nie. Jest za to wsparcie, szerokie uśmiechy oraz ramiona, które zawsze gotowe są cię objąć, gdy życie zbyt mocno przyciska do ziemi. Niemniej La Mareta zabrała mi już dwie ważne osoby. Jak mam funkcjonować w otoczeniu, które na każdym kroku przypomina mi, że one już nie powrócą?

Które z lata na lato staje się coraz bardziej stęchłe i suche? Które z lata na lato staje się coraz mniejsze, bo bagno pochłania teren?

Idę wąską drogą, która prowadzi prosto w jego stronę. Ciszę przerywa jedynie świdrujący śpiew cykad w porośniętej do kostek trawie oraz ptaków fruwających nad moją głową tak nisko, że pan Alberto, sąsiad mieszkający tuż przy starej kapliczce, którą mijam, wyłania się zza płotu i zaćwierkuje zadowolony.

– Jaskółki zwiastują deszcz, Manon. Gdziekolwiek idziesz, uważaj na siebie – mówi, a ja uśmiecham się przyjaźnie i unoszę głowę ku górze.

Niebo jest bezchmurne, błękitne, jak oczy Samuela, które pojawiają się przede mną zamiast oczu wciąż trzymającego się drewnianych sztachet Alberta.

– W końcu natura dostała to, czego chciała.

Włoski na rękach się jeżą, a serce zatrzymuje się na ułamek sekundy.

Oddychaj, Manon. Oddychaj.

Kiwam głową, mrugając pośpiesznie. Spoglądam jeszcze raz na pana Alberta, lecz po tęczówkach Samuela nie ma już śladu.

– Chcesz pożyczyć parasolkę? – pyta, jak gdyby nigdy nic.

– Nie, nie boję się deszczu.

Przytakuje i znika w zaroślach ogrodu, kiedy ja przyspieszam kroku, pozwalając, by piasek wbijał się w sandały. Powietrze staje się coraz bardziej gęste. Ścieżka pachnie słońcem i kurzem, ale im bliżej jestem bagna, tym mocniej zapach się zmienia. Wraca ten znajomy, mdlący aromat gnijących roślin, wilgoci i czegoś, w czym nie ma już życia, a mimo to oddycha.

La Mareta oddycha.

Widzę to w lekkim drżeniu sitowia, w ledwo zauważalnym falowaniu wody. Cała powierzchnia przypomina ogromne płuco. I z każdym takim oddechem wypuszcza coś, co drapie mnie pod skórą. Wspomnienie? Przeczucie? A może po prostu strach, którego już nie odróżniam od codzienności.

Zatrzymuję się przy brzegu. Znam to miejsce lepiej niż własne sny. Każdą trzcinkę, każdy kamień. To tutaj całowaliśmy się z Samuelem pierwszy raz, gdy jeszcze wierzyliśmy, że ciała są wieczne. Gdy Samuel żartował, że bagno nas kiedyś pochłonie, a my tego nawet nie zauważymy.

Teraz nie ma śmiechu.

Tylko bąbel powietrza, który wynurza się z wody i pęka z cichym, bulgoczącym westchnieniem.

Zsuwam sandały. Nogi zagłębiają się w mokrej ziemi jak palce w przemoczonej glinie. Zimno wpełza od stóp, wspina się po łydkach, biodrach, aż osiada pod żebrami.

– Jestem – szepczę, rozglądając się dookoła. – Wołałeś mnie, Sammy.

Przychodzi trzask.

Tępy ból w okolicach skroni.

Zielona barwa przed oczami.

Gęsta mgła i niewyraźna melodia przypominająca kościelny chór. Bagno nie jest już bagnem. Nie ma kształtu idealnego koła. Nie ma drzew i krzaków na jego brzegach, żadnej roślinności – wszystko dawno w nim umarło. Jest za to trawiasty odcień i ten jednostajny śpiew.

Cofam się.

Świadoma tego, że gdy tylko wyjdę z błota, wszystko minie, wykonuję kolejny krok, ale wówczas staję na czymś twardym i śliskim. Moje ciało leci w tył. Zanurzając się w brei, która wdziera się nie tylko pod moje ciemne ubrania, ale i w usta, nos i myśli, słyszę ponownie głos Samuela, a raczej jego bulgot. Potem przeraźliwie głośny plusk.

– Manon!

Pełzam do tyłu, odnosząc wrażenie, że jeden z pęcherzy powietrza chce mnie połknąć. Tak jak tamtą gałąź.

Albo coś, co tylko wyglądało jak gałąź.

Ziemia pod moimi dłońmi jest śliska, chyba pokryta jakąś błoną. Nie mam gdzie wbić paznokci, niczego pewnego, co mogłoby mnie utrzymać. Gęsta i ciężka woda przykleja się do skóry. Sitowie porusza się niespokojnie, choć nie ma wiatru. Drga w reakcji na mój oddech.

– Manon… – Znów ten gardłowy, pozbawiony człowieczeństwa głos, wydobywający się z samego dna.

Zaciskam zęby, próbując nie krzyczeć. Jeszcze raz pcham się do tyłu, słysząc mlaśnięcie. Bagno nie chce mnie puścić. Oplata łydki, trzyma za kostki, ssie palce u stóp. Czuję, jak zapadam się głębiej, mimo że jestem już na czworakach.

– Manon…

Zamykam oczy, wciągając gwałtownie powietrze. Gdy uchylam powieki, znajduję się w cieniu drzewa, które nagle przysłania mi słońce.

– Co ty do cholery wyprawiasz, Manon? – warczy Silvan, potrząsając mną lekko.

Nie jestem w stanie się zorientować, kiedy dokładnie się pojawił. Kuca przede mną. Ma w sobie coś z mokrej kory. Ten twardy spokój, który zostaje na palcach, gdy się jej dotknie.

– Chcesz utonąć? – Mimo ostrego tonu głosu nie unosi się. Brzmi jak liść, który spada bezszelestnie, chociaż zwiastuje burzę.

Patrzę na niego przez zasłonę łez i błota.

– Nie… Ja… – Oddycham ciężko, wpatrując się w jego ciemne jak woda w leju po korzeniach oczy.

Nie ma twarzy chłopaka. Ma twarz stworzoną z półcienia. Z gałęzi, które rzucają wzory na ziemię. Czasem wydaje się młody, a czasem tak stary, że aż zapominam, jak wygląda ktoś siedemnastoletni.

– Co ty, Manon? Dzieci Truskawkowego Księżyca już zapłaciły. Nie musisz dokładać siebie! – Zdejmuje zgniłozieloną bluzę i bez słowa zakłada mi ją na ramiona. – Każdemu z nas jest ciężko, ale do cholery, nie rzucamy się w bagno! – Odsuwa się ode mnie, a ja zerkam na ubłocone dłonie.

„Manon”.

„Manon”.

Samuel mnie woła. Samuel chce mi coś powiedzieć. Samuel…

Cholera!

Samuel nie żyje, a ja wariuję.

– To nie tak – sapię, podciągając nogi pod brodę. – On mnie woła. Naprawdę woła. – Trzęsę się z zimna, gdy Silvan staje nade mną.

Przypomina złamaną brzozę. Wysoki i szczupły, o sylwetce zgiętej wpół od zbyt wielu zim. Jego ciemne, długie włosy są zazwyczaj wilgotne niczym mech, który rośnie tylko tam, gdzie nikt nie stawia stóp, i spływają po niemalże białych policzkach w milczących pasmach.

– Jego już nie ma – wzdycha, chowając twarz w dłonie. Brzmi jak dźwięk pękającego pnia. – Ten głos…

– Ciebie też woła? – pytam z nadzieją, na co on gorzko się śmieje.

– Chciałbym, ale ja go nie słyszę.

Zawiewa wiatr.

– Czyli zwariowałam?

– Nie, nie zwariowałaś. Po prostu go kochasz.

A miłość jest właśnie jak bagno. Pochłania bez uprzedzenia, a potem zabija.

– On nie mógł utonąć, Silvan – łkam, unosząc na niego wzrok. – Niby jak? Dlaczego?

– Był pijany.

Tym razem to z moich ust wydobywa się coś na kształt śmiechu, a następnie plucia błotem.

– Samuel nie pił. Nienawidził alkoholu.

– Samuel… – zaczyna Silvan, ale urywa, jakby każde kolejne słowo miało go kosztować więcej, niż jest gotów zapłacić. Zacina się, zmuszony przez wstyd. Może przez strach. Może przez to, że prawda jest jeszcze bardziej błotnista niż bagno, z którego mnie wyciągnął.

Spogląda w niebo, po czym wyciąga w moją stronę rękę.

– Chodźmy, Manon, zaraz będzie padać, a wtedy będzie tu jeszcze bardziej niebezpiecznie.

– Wtedy też padało, prawda? – Podnoszę się z jego pomocą, a wówczas do moich nozdrzy dociera zapach lasu. Zaraz potem woń bagna i rozkładającego się ciała, chociaż ciało Samuela, gdy je znaleziono, nie było w stanie rozkładu. Znalazła je moja babcia.

– Nie pamiętam. Niczego z tamtego dnia nie pamiętam – mówi zmęczony.

– A nocy? Zmarł nocą.

– Do czego dążysz, mała? – mruczy, schylając się po moje sandały. – Czemu szukasz przyczyny, skoro została ona stwierdzona przez lekarza? Samuel utonął. Był pijany, potknął się, zachłysnął błotem i utopił!

Wiatr uderza mocniej. La Mareta kołysze się niebezpiecznie. Nagle z upalnego, letniego dnia, kiedy słońce przykleja ubranie do ciała, robi się szaro i wilgotno.

Wszystkie drzewa dookoła, krzaki i wszelka roślinność zaczynają poruszać się w przód i w tył, w lewo i w prawo. Oczy Silvana ciemnieją, a na jego ramionach pojawiają się żyły przypominające cienkie gałązki.

– Odpuść, Manon. Nie drąż tematu. – Łapie mnie za nadgarstek. W momencie, w którym jego palce dotykają mojej skóry, znowu słyszę swoje imię.

„Manon”.

„Manon”.

Gdybym tylko tamtej nocy się z nim spotkała, a nie obraziła…

– Bo coś tu nie gra – syczę, otrząsając się.

Silvan ciągnie mnie w stronę piaskowej ścieżki, prowadzącej do mojego domu.

Głos mi drży, kiedy mówię:

– Samuel jest silny. Wie, gdzie stawiać stopy. Byłeś jego najlepszym przyjacielem, powinieneś to wiedzieć, powinieneś…

Zaczyna padać.

Albo to są moje łzy.

Wszystko się miesza.

– Posłuchaj mnie, mała… – jęczy, zatrzymując się przy starej kapliczce i domu pana Alberta. – Odpuść, proszę. Dla swojego dobra.

Deszcz leje jak przy oberwaniu chmury.

Myślę, że Silvan zaraz mnie puści, ale on przyciąga mnie do siebie i mocno obejmuje. Trwamy tak, jak bliskie sobie korzenie drzew. Przez kilka sekund świat kurczy się do oddechu między jego żebrami. Do ciepła, które pachnie błotem, strachem i przemoczoną bawełną. Potem z nieba zaczyna spadać wszystko naraz: woda, liście, stłumione krzyki ptaków. Droga przed nami znika pod cienką taflą wody. Piaskowa ścieżka rozlewa się w kałużę. Silvan cofa się pół kroku. Woda chlupocze pod jego butem. Unoszę głowę, kiedy na zakręcie rozbrzmiewa warkot silnika. Lakier zlewa się z niebem, a reflektory przecinają mrok jak błyskawice. Koła uderzają w kałużę z impetem, który rozcina przestrzeń. Chwilę później czuję, jak coś zimnego i brudnego uderza mnie w twarz, klatkę piersiową i uda, po czym rozlewa się po mnie niczym rzeka.

– Ty idioto! – wycedza Silvan, patrząc za samochodem, który znika we mgle. – Niech tylko cię dorwę!

Robię krok w stronę drogi, jednak po chwili zatrzymuję się w miejscu. Na tylnej szybie auta widzę odcisk dłoni, cały w błocie. I zanim znika w kurzu i deszczu, rysuje jedno słowo.

„Pomóż.”

Uderzam o taflę mułu.

Trupi zapach oplata mnie niczym wieniec z gnijących liści.

Bagno szeptem rozdziera skórę.

Wsiąkam. Powoli. Bez oporu.

Już nie czuję zimna, tylko rozpad.

Rozpływam się między warstwami ziemi

jak sen, którego nikt nie pamięta.

Rozdział 2.

Było nas pięcioro. Piątka Dzieci Truskawkowego Księżyca, jak zwykli nazywać nas mieszkańcy La Marety.

Ja, Samuel, Silvan, Sol i Aster.

Pięcioro dzieci urodzonych jedenastego czerwca. Zjawisko pojawiające się raz na pokolenie. Chyba. Babcia rzadko o tym mówi. Starsi mieszkańcy miasteczka również milczą, a my nie dociekamy. Mamy tylko siedemnaście lat i siebie nawzajem. Nie potrzebujemy legend o naturze przemawiającej do ludzi ani opowieści o ziemi, która pamięta więcej, niż chcielibyśmy wiedzieć. Wszystko to wydaje się nam tylko starym gadaniem powtarzanym przez starych ludzi. Czymś pomiędzy bajką a ostrzeżeniem. Nie rozumiemy jeszcze, że to, co rośnie, gnije i rodzi się na nowo, ma z nami więcej wspólnego niż my sami ze sobą.

Wracam do domu i przez dwie kolejne noce nie mogę zmrużyć oka w obawie, że kiedy to zrobię, dowiem się czegoś, na co nie jestem gotowa. Babcia jest na mnie zła. Powtarza, że powinnam wziąć się w garść i przestać grzebać w przeszłości. Parzy mi zioła od miejscowej zielarki z nadzieją, że to pomoże, a nawet umawia mnie na wizytę u pani doktor.

Matka Silvana jest jego przeciwieństwem – uśmiechnięta, radosna, z sercem na dłoni. Przypomina starszą wersję Sol, z którą siedzę teraz w poczekalni, bo moja najbliższa przyjaciółka nie daje za wygraną. Po miesiącu mojego unikania jej i reszty Dzieci Truskawkowego Księżyca zapukała do drzwi mojego domu. Nie mogłam zignorować jej po raz kolejny, więc zabrałam ją ze sobą. Choć w La Marecie nie brakuje słońca, tylko obecność Sol potrafi mnie naprawdę ogrzać. Nawet palący dotyk Silvana nie miał tej mocy.

Sol ma naturalną zdolność rozświetlania życia, gdy zbierają się nad nim ciemne chmury. Jest dosłownie ulubienicą mieszkańców. Nadskakują jej, jakby była cudem, choć, tak jak cała nasza piątka, jest zwykłą śmiertelniczką. La Mareta to wioska albo, jak kto woli, małe miasteczko położone na bagnach. Tu nie ma miejsca na nadprzyrodzone moce. Mistykę. Jasnowidzenie. A przynajmniej tak nam się wydaje. Bo dopóki to, co niewytłumaczalne, milczy, można udawać, że nie istnieje.

Mam z tym coraz większy problem. Nawet w tej poczekalni czuję na karku oddech Samuela.Łapię go tak, jak łapie mnie Sol i ciągnie do góry.

– Wejdę tam z tobą, dobra? – proponuje, kiedy drzwi gabinetu pani Almy otwierają się na oścież. – Jeszcze z tego wszystkiego zemdlejesz i będzie czekać nas kolejny pogrzeb.

To nie jest miłe, ale Sol już taka jest. Pieprzy wszystko, co jej ślina na język przyniesie.

Gdy wchodzimy do gabinetu, od razu uderza mnie biała i cholernie jasna poświata, na której widok mrużę oczy. To wygląda jak wejście wprost do bram nieba. Drzwi się zamykają za nami z cichym kliknięciem. Powietrze w środku pachnie szałwią. I może nieco lawendą? A może wilgocią starego drewna? Nie mam pojęcia. Na ścianie tyka zegar z wahadłem, które zdaje się poruszać w innym rytmie niż moje serce.

– Usiądź – mówi Alma, szeroko się uśmiechając. Następnie wskazuje na dwa krzesła stojące za biurkiem. Siadam niepewnie. Sol robi to szybciej.

Zawsze była odważniejsza. Albo po prostu lepiej udaje. Przez moment nikt się nie odzywa. Tylko to tykanie pulsujące gdzieś z boku czaszki. Pani Alma patrzy na mnie, a jej oczy, zaskakująco brązowe, jakby ktoś rozpuścił w nich czekoladę, mrożą mnie do szpiku kości.

I znowu dociera do mnie to samo wołanie. Pojawiają się przebłyski.

Upadam.

Wbijam paznokcie w ziemię.

Cofam się, ale ktoś łapie mnie za łydki.

Na własnej skórze czuję wnikającą pod ubranie wilgoć, a chłód ziemi oplata mnie jak żywy organizm. Błoto przykleja się do pleców, wciska pod bluzkę, zostawiając po sobie śliską i lepką smugę. Każdy centymetr skóry piecze od tarcia. O kamienie, o wystające korzenie, o coś, czego nie powinno tam być. Czuję metaliczny posmak strachu na języku. Ciało odmawia posłuszeństwa. Nie należy już do mnie. Ktoś lub coś ciągnie mnie do przodu. Mocno. Zdecydowanie. Paznokcie mi się łamią, kiedy próbuję zahaczyć o ziemię. O cokolwiek. Jakiś konar, trawę, własne przerażenie. Zamiast tego jestem tylko ciężarem, który sunie po mokrej, oddychającej glebie. A ona cieszy się, że mnie dostaje. Wciąga mnie powoli, zachłannie, wiedząc, że już nie ucieknę.

– Manon? – Głos matki Silvana, a potem głos Sol… Jest zbyt daleko, żebym mogła go usłyszeć. – Manon?

Budzę się dopiero wtedy, gdy w moją twarz coś uderza. Coś mokrego.Woda. Zachłystuję się powietrzem, gdy mój wzrok natrafia na pełne politowania spojrzenie pani Almy.

– Przepraszam – oznajmia, stojąc nade mną ubrana w biały fartuch lekarski.

Sol zaśmiewa się dźwięcznie, a jej śmiech przypomina piękną melodię dzwonków wietrznych. Sol ma obsesję na ich punkcie tylko wtedy, gdy coś ją trapi. Gromię ją swoimi szarymi tęczówkami, odklejając z mokrej twarzy pojedyncze kosmyki.

– Zawiesiłaś się – mruczy, po czym robi minę, przez którą miękną serca nawet najtwardszych. – Nie bądź na nią zła.

– To nie powód, żeby… – nie kończę, ponieważ pani Alma wsadza mi coś do buzi. Jakieś chłodne narzędzie, które od razu przywołuje na myśl szkolne badania. Te, podczas których nikt cię nie pytał, czy jesteś gotowa.

Wykonuje coś jeszcze, zapisuje swoje obserwacje w notesie, po czym głośno wzdycha.

– Twoja babcia mówiła, że nie możesz spać. Nie jesz i dziwnie się zachowujesz – mówi kobieta.

Zdejmuje rękawiczki, po czym rzuca je na biurko z miękkim plaśnięciem, jak gdyby właśnie zakończyła sekcję zwłok.

Moich.

Milczę, bo co mam powiedzieć? Że Samuel stoi nad moim łóżkiem trzy noce z rzędu, mokry, jakby właśnie wyszedł z jeziora, z błotem na ustach i wzrokiem, którego nie mogę znieść? Że słyszę bębnienie palców o szybę, chociaż deszczu nie ma od tygodni?

W La Marecie uznaliby mnie za wariatkę.

– To trauma – stwierdza tonem, który nie pozostawia przestrzeni na dyskusję. – Możliwe, że dopiero teraz do ciebie dociera, co się wydarzyło. Fizycznie jesteś zdrowa, psychicznie…

Sol kiwa głową i lekko mnie obejmuje.

Wierzy jej. Ja już nie wiem, komu wierzyć. Bo jeśli to trauma, dlaczego czuję zapach mokrej ziemi nawet teraz, w suchym gabinecie? Dlaczego Samuel szepcze moje imię, kiedy zamykam oczy?

– Powiem twojej babci, żeby zapisała cię do psychologa w Navas. Nie możesz się tak męczyć, skarbie. Samuel by tego nie chciał. – Posyła mi pokrzepiający uśmiech.

Jej zęby błyszczą nienaturalnie jasno. Na ułamek sekundy czas się zatrzymuje. W mojej głowie.

Mrugnięcie.

Już nie siedzę w białym gabinecie pani Almy. Nie czuję zapachu lawendy ani ciężaru rozmowy o psychologach.

Jestem na moście.

Słońce oślepia twarz, deski pode mną skrzypią niepokojąco. Obok mnie siedzą Aster, Silvan i Sol. Jakbyśmy nigdy się nie rozdzielili. Jakby wszystko wróciło. Tylko Samuela wciąż brakuje. Nie myślimy o tym, że któraś z desek może pęknąć pod naszym ciężarem, a wtedy… Wtedy wpadniemy prosto w paszczę mętnej, śmierdzącej wody. Sol jak zwykle nie zamyka buzi. Gdy mówi, robi się coraz cieplej, duszniej. Czasami wydaje mi się, że jej słowa suszą powietrze, zabierają tlen. Ciężko jest przy niej oddychać, a mimo to nie chcę odchodzić.

Nikt z nas nie chce. Trzymamy się razem, podświadomie wiedząc, że lada moment coś się rozpadnie.

Rozpadło się miesiąc temu. Jednego z nas już nie ma. Kolejny ma jakieś urojenia.

Silvan rzuca kamieniami, które nie chcą tonąć.

Aster zdrapuje z desek mech.

A ja milczę, wpatrując się w daleką przestrzeń przed sobą.

Most nie ma końca. Chwieje się przy każdym naszym ruchu. Nie boję się, że spadnę. Gdzieś w środku może i tego pragnę. Pragnę spotkać się z Samuelem, przeprosić go za naszą ostatnią kłótnię, przytulić i wrócić. La Mareta bez niego nadal jest moim miejscem.

Naszym miejscem.

W głowie wciąż dźwięczy mi diagnoza pani Almy. Trauma. Sol już zdążyła się wygadać. Nie jestem o to na nią zła. Przyjaźnimy się, a przyjaciele nie mają przed sobą sekretów. Aster mówi, że czasami trzeba pozwolić wyrosnąć z naszego ciała temu, co nas boli. Jego babka jest miejscową zielarką. Uważa, że wszystko, co niewypowiedziane, kiełkuje. Najpierw pod skórą. Potem w snach. A na końcu w rzeczywistości. Dlatego jej wnuk zaczytuje się w książkach o psychice. Powtarza, że umysł to ogród. Albo go pielęgnujesz, albo zarasta chwastami, które potrafią zadusić cię we śnie. Uwielbia rośliny.

W moich snach jest wodą. Płynie przez nas jak rzeka. Nawadnia nasze smutki, chociaż sam nosi w sobie suszę. Ma chłodne i miękkie jak rosa na źdźbłach trawy myśli. Rośliny nie rosną bez wody. Z tego powodu Aster rozumie życie lepiej niż my wszyscy razem.

Sol natomiast jest ogniem. Nie tylko dlatego, że jej imię znaczy „słońce”. Ma w sobie żar, który ogrzewa w zimne dni i przypala, gdy zbliżysz się za bardzo. Potrafi roztopić lód jednym spojrzeniem, a jednym słowem spalić ostatnią iskrę nadziei. Wraca się do niej nawet wtedy, gdy cię sparzy.

Silvan jest powietrzem. Niewidoczny, ale obecny. Zmienny jak wiatr, który przemyka między gałęziami, zostawiając za sobą szept. Trudno go uchwycić, trudniej zatrzymać. Jest oddechem lasu. Raz spokojny, raz rwany. Ani tu, ani tam. Jakby zawsze gotów był ulecieć.

Samuel za to był ziemią. Milczącą, cierpliwą i niezawodną. Taką, która przyjmuje wszystko – łzy, śmiech, ból i nigdy nie osądza. Trzymał w sobie więcej, niż mówił. Był stabilny jak skała i cichy jak głęboki grunt, który pamięta więcej, niż człowiek potrafi unieść.

Teraz należy do niej całkowicie. A ona nie oddaje niczego, co raz zabrała.

A ja? Czasem czuję się tylko cieniem ich żywiołów. Echem, które nie ma własnego głosu. Odbiciem czegoś, co nigdy nie należało do mnie. Może jestem piątym, niechcianym elementem. Tym, który przyciąga to, czego nikt nie chce. Tym, co zostaje, kiedy cztery żywioły przeminą?

Pięć to niekompletna liczba. To coś niedopowiedzianego, wybrakowanego, drażniącego jak fałszywa nuta w ulubionej melodii. Nie jest ani parzysta, ani nieparzysta w uczuciu. Jest zawieszeniem.

Pęknięciem w cyklu.

Złamanym ogniwem.

Czasem myślę, że jestem tylko tym, co zostaje, kiedy wszystko inne się wypali, wyparuje, rozpadnie.

Popiołem.

Mgłą po deszczu.

Zapachem czegoś, co kiedyś istniało, ale nie ma już kształtu.

Nie mam w sobie ognia, jak Sol. Ani stabilności Samuela, lekkości Silvana, głębi Astera. Mam coś innego. Coś, co karmi się ciszą i karmą dla duchów. Może jestem tylko żywiołem śmierci? Tym, który łączy wszystkie pozostałe i w końcu je pochłania.

Może to przeze mnie Samuel umarł?

Kiedy przełykam gulę w gardle, czuję nie tylko smak błota, ale i słoną łzę, którą Sol natychmiast zetrze opuszkami ciepłych palców.

– Och, Manon… – wzdycha, przyciągając mnie do siebie.

Wtapiam się w jej uścisk niczym żaba w błoto, które tak kocha. Ich rechot w tle przypomina o zbliżającym się wieczorze. O końcu dnia, który nie przynosi żadnych odpowiedzi, tylko kolejne pytania.

– Tak strasznie za nim tęsknię – szlocham, pociągając nosem. – Już chyba nie mam siły.

– Dlatego powinnaś powiedzieć babci Marii, żeby jak najszybciej zapisała cię do tego psychologa – wtrąca Aster.

Tylko Silvan przez cały ten czas milczy. Siedzi na uboczu, coraz bardziej nerwowo rzucając kamieniami w wodę. Te układają się w literę „M”. Kamienie, które wybiera, nie chcą tonąć. Zamiast zniknąć pod powierzchnią, kołyszą się na niej przez chwilę, jakby woda była zbyt leniwa, by je pochłonąć.

Może to przypadek.

Może bagienna woda właśnie pisze własną opowieść.

Patrzę na ten znak i czuję między łopatkami znajomy chłód. Ten sam, który czasem budził mnie nocą, choć pokój był duszny jak wnętrze szklarni. Ale i tak go ignoruję.

Jest zbyt parno, zbyt głośno od świerszczy i zbyt pełno wspomnień, żeby dokładać sobie nowe znaczenia.

To tylko przypadek.

A przecież bagna rzadko robią coś przypadkiem.

– Nie możesz udawać, że cię nie boli, bo wtedy… – Aster przykuca obok mnie. Ma pomarańczową koszulkę polo, jeansowe szorty i zdarte przez trawę tenisówki. – Silvan powiedział nam o tym, co się stało kilka dni temu. – Zerka na chłopaka zamkniętego we własnej głowie. Następnie poprawia na nosie ogromne korekcyjne okulary. – Manon, to, co chciałaś zrobić…

Zamykam oczy, bo już sama nie wiem, co tak właściwie chciałam zrobić.

– Zabiłabym cię, gdyby i tobie się coś stało, stara! – Sol zaciska ramiona na mnie jeszcze mocniej. – Okej, nie jestem twoim chłopakiem, ale jestem twoją przyjaciółką. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi, kochamy cię, więc nie jesteś sama, rozumiesz?

Znów pociągam nosem, po czym spoglądam na Silvana. A raczej na miejsce, gdzie przed chwilą siedział, bo już go tam nie ma.

– Gdzie… – zaczynam, gdy w krzakach rozlega się szelest.

Widzę znikającą w nich sylwetkę.

Niebieskie oczy.

Cykady milkną. Żaby przestają rechotać.

– Był jego najlepszym przyjacielem – mruczy Aster. – Myślę, że oboje powinniście poprosić o pomoc.

W krzakach znów coś szura.

Tym razem to nie jest Silvan.

To obecność kogoś innego.

Dotyk śmierci.

Smak pokrzywy na języku.

Ziemia rozdziera skórę i pochłania moje ciało.

Nie mam szans na ratunek.

Bagno mnie pożera.

Krzyczę, lecz krzyk jest ciszą.

Redakcja: Olga Smolec-Kmoch Korekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat

Copyright by Angelika Sadkowska 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026

Druk i oprawa:Drukarnia Sowa

ISBN: 978-83-68657-35-7

WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]

Spis treści

Rozdział 1.

Rozdział 2.