Ally Love Is In Love - Weronika Anna Marczak - ebook
NOWOŚĆ

Ally Love Is In Love ebook

Weronika Anna Marczak

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

134 osoby interesują się tą książką

Opis

To twoja historia.

Pozwól sobie na bycie

główną bohaterką.

Ally próbuje zrozumieć swoje uczucia w rzeczywistości, która zamiast dawać odpowiedzi, mnoży pytania. Doriano jest bliżej niż kiedykolwiek. Jednocześnie każdy krok w jego stronę przynosi nowe wątpliwości. Bo jak budować relację, gdy przeszłość nie daje o sobie zapomnieć, a kolejne rodzinne tajemnice wychodzą na światło dzienne?

Pytania o pochodzenie, lojalność i granice zaufania stają się nieuniknione. Miłość splata się z niepokojem i niepewnością, a rodzinne więzy przestają być oczywiste. Prawda okazuje się bardziej skomplikowana, niż Ally mogła przypuszczać, i zamiast porządkować świat – zaczyna go burzyć. Uwikłana w domysły, niedopowiedzenia i sprzeczne wersje wydarzeń musi zdecydować, jak dużo chce wiedzieć.

Czy Ally odważy się poznać całą historię, wiedząc, że może ona zniszczyć to, co dopiero zaczęła budować?

O dorastaniu, które boli.

O uczuciach, które potrafią dodać odwagi.

O sekretach, bez których nie da się zrozumieć samej siebie.

O rodzinie: tej z wyboru i tej, która potrafi zranić najmocniej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 456

Data ważności licencji: 3/25/2031

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt graficzny serii: Urszula Gireń

Projekt okładki: Karolina Żelazińska-Sobiech

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redaktor prowadzący: Anna Wyżykowska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dominika Gołowin, Katarzyna Szajowska

Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku,

ponieważ niektóre motywy, zachowania i sceny opisane w książce (m.in. problemy ze zdrowiem psychicznym, w tym temat próby samobójczej), mogą urazić uczucia odbiorców, zalecamy ostrożność podczas czytania.

Wszystkie wydarzenia i postacie przedstawione w powieści są fikcyjne.

Życzymy dobrej lektury,

Autorka i Wydawnictwo

© for the text by Weronika Anna Marczak

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

ISBN 978-83-287-3727-3

You&YA

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

You&YA

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

– Czy nie masz wrażenia, że wszystko tu jest za bardzo o mnie?

– To twoja historia. Pozwól sobie na bycie główną bohaterką.

PORADNIK JAK SKOMPLIKOWAĆ SOBIE ŻYCIE

~ SPISANY PRZEZ ALLY LOVE

Zaczyna się w miarę normalnie:

twoi rodzice wyjeżdżają, więc podrzucają cię pod opiekę twojego znanego wujka – Jame­sa Herrery.

Tu robi się ciekawiej:

poznajesz Doriano, chłopaka, który ci się podoba. Za każdym razem, gdy się stresujesz rozmową z nim, bawisz się swoim wisiorkiem w kształcie motyla –> dostałaś go po babci, która popełniła samobójstwo.

Teraz mroczniejsza część:

przypadkowo znajdujesz list pożegnalny babci, w którym czytasz, jak obwinia się o śmierć pewnej Thei. Chcesz się dowiedzieć, kim była Thea Carlson. Piękną, młodą modelką… Czy kimś jeszcze? Nagle tożsamość tej obcej kobiety jest największą tajemnicą.

Sprawa staje się coraz dziwniejsza:

odkrywasz, że Thea spotykała się z Francisco Volante… ojcem Doriano(!) Francisco miał na jej punkcie obsesję. Od tej pory Doriano angażuje się w to prywatne śledztwo razem z tobą. Cieszysz się, bo spędzasz z nim czas, ale robi się mrocznie. Wszyscy kręcą. Każdy mówi coś innego.

Kolejny etap to komplikacje:

poznajecie Lindę, siostrę Thei, która twierdzi, że to Francisco ją zamordował. Twój dziadek, który zna Francisco przez całe życie, zarzeka się, że to nieprawda. Wujek James, który podobno przyjaźnił się z Theą, wścieka się na samą wzmiankę jej imienia.

Oficjalna wersja jest taka, że Thea wyjechała na wakacje, poślizgnęła się pod prysznicem i umarła.

W międzyczasie:

znosisz swoje wredne rodzeństwo. Ethan kompromituje cię w internecie. Melody upokarza przed Doriano. Czujesz do nich tak wielką niechęć, że trudno ci współczuć siostrze, gdy niespodziewanie wypływa ten jeden filmik, który z dnia na dzień rujnuje jej wielką karierę…

A potem, na dokładkę, dzwoni do ciebie Linda. Rozszyfrowała, że literki w imieniu ulubionej maskotki Thei układają się w „Allyson”.

Twoje imię.

Nie chcesz zawracać sobie głowy czymś, co wygląda jak zbieg okoliczności.

Ale nie możesz przestać o tym myśleć.

Dlatego przewracasz stronę.

1ZDJĘCIA NA PLAŻY W MALIBU

Dziewczynka biegała po plaży ścigana przez morską bryzę, jej długi warkocz kołysał się na boki. Śmiech miała beztroski, a krok nieuważny. Kilka razy sypnęła piaskiem na nasz ręcznik kąpielowy.

Jego rogi co chwilę wywijał wiatr, dlatego teraz przytrzymywały je w miejscu nasze buty. Z jednej strony – znoszone adidasy ze startą podeszwą i poszarzałymi sznurówkami. Z drugiej – zadbane sportowe sneakersy ze skórzanymi wstawkami.

Nie trzeba tłumaczyć, które z nich należały do Doriano.

Siedzieliśmy z nogami zgiętymi w kolanach na swoich połówkach ręcznika, między nami niewielki dystans. Zapatrzona w horyzont wzburzonego oceanu pragnęłam oprzeć głowę na twardym ramieniu chłopaka. Niestety, nadal brakowało mi swobody na takie gesty.

Uniosłam papierowy kubek do ust.

Ciepły napój wynagradzał listopadowy chłód plaży w Malibu, a szarą wodę i niebo kolorowało dla mnie towarzystwo Doriano. Zaopatrzyliśmy się w dwie kawy na wynos w uroczej kawiarence na molo, potem zaparkowaliśmy szmaragdowym Aston Martinem na poboczu Pacific Coast, dziś wyjątkowo pustym. Ponura pogoda nie zachęcała do plażowania.

Powinnam podziwiać spienione fale Oceanu Spokojnego lub ledwo widoczny horyzont, ale bardziej fascynował mnie mistyczny profil Doriano – jego gładki policzek z zarysowaną kością, prosty nos i złoty błysk we włosach. Chłopak wpatrywał się w chaos przed nami ze spokojem. Byłam gotowa uwierzyć, że panuje nad nim niczym jeden z mitycznych bogów.

Pasował na władcę oceanów. Brakowało mu tylko trójzęba wbitego obok w piasek.

Wyczuwszy chyba, że skupiłam na nim uwagę, Doriano się odwrócił. Uśmiechnął się lekko, jak zawsze, gdy przyłapywał mnie na gapieniu. Podniosłam rękę. Udałam, że osłaniam twarz wiszącym rękawem przydużej bluzy, ale oboje wiedzieliśmy, że w rzeczywistości chowam rumieńce. Nie lubiłam, gdy patrzył na mnie z tak bliska.

Bum!

Dziewczynka padła na kolana niedaleko nas. Warkocz odbił się od jej pleców jak bicz. Mogła mieć z osiem lat – wystarczająco mało, by z powodzeniem stłumić uczucie wstydu wywołane upadkiem przed nieznajomymi. Rzuciła mi przydługie spojrzenie, po czym się podniosła, otrzepała nogi i uciekła w stronę opiekunów, znowu gnana wiatrem. Tym razem podmuch był wyjątkowo silny.

Doriano subtelnie przejechał palcami po swoich miękkich wargach. Ten gest, który dostrzegłam kątem oka, przypomniał mi o naszym niedawnym pocałunku. Moim pierwszym. Oczywiście od razu zwróciło to moją uwagę. Doriano zerknął na mnie i powiedział wyjaśniająco:

– To piasek w ustach.

– Po prostu trzymaj je zamknięte – poradziłam i dopiero po chwili dotarło do mnie, że zabrzmiało to nieuprzejmie. Zreflektowałam się szybko: – Chodzi o to, że wtedy nic ci się do nich nie dostanie. Nie o to, żebyś się nie odzywał.

I tak zwykle mało mówił. Nie należało go zniechęcać.

Doriano skwitował moje słowa lekkim, drwiącym uśmiechem. Standardowa różnica między nami: rzeczy, którymi ja się przejmowałam, jemu dostarczały rozrywki.

– A czy masz jakąś radę na piasek w kawie? – zapytał. Uniósł kubek i potrząsnął nim lekko. Resztka napoju zachlupotała w środku.

– Musisz trzymać palec na dziubku, gdy nie pijesz. O, w ten sposób. Zabierasz go dopiero, gdy…

Mój głos zawisł w powietrzu razem z papierowym naczyniem.

– Doriano?

Bacznie uniósł wzrok, zaalarmowany zmianą w moim tonie.

– Hm?

Zmrużyłam oczy.

– Tamta dziewczynka właśnie zrobiła nam zdjęcie.

Powiódł wzrokiem za moim spojrzeniem. Nie bawił się w detektywa. Nie był dyskretny, przez co mała natychmiast zakryła twarz telefonem. Stała naprzeciwko nas, przekonana, że nabierze nas swoją dziecinną grą aktorską.

– Nagrywa plażę – zasugerował Doriano, niezbyt przejęty.

Nie odrywałam wzroku od dziewczynki i jej warkocza. Chwiał się za nią niczym ogon zdradzający niepewność u psa.

Czy to w porządku porównywać dziecko do psa? Chyba nie, choć to przecież żadna obelga.

Nie dla psów w każdym razie.

Dobra, wiem, że to nie brzmi najlepiej, ale to nie tak, że nie przepadam za dziećmi. To po prostu one za bardzo mnie nie lubią. Nigdy nie byłam dla nich wystarczająco rozrywkowa. Taka o, nudna Ally, bez charyzmy ani fajnych pomysłów na zabawę.

– Zrobiła nam kilka zdjęć, jestem pewna – upierałam się.

– Dlaczego miałaby robić nam zdjęcia?

– Skąd ja mam to wiedzieć? – Poruszyłam się niespokojnie i ciaśniej naciągnęłam na włosy kaptur. Rozejrzałam się po plaży, ale poza kilkoma opatulonymi spacerowiczami i opiekunami dziecka nikogo tu nie było.

Doriano nie miał kaptura, ale poradził sobie – na głowę narzucił swój kaszmirowy sweterek bogatego chłopca. To jedna z części garderoby, która w oczywisty sposób wskazywała na jego przynależność do wyższych sfer, a także – w zestawieniu z moją poliestrową bluzą – pomagała wyznaczyć granicę między nami.

– To jakiś przypadkowy dzieciak – stwierdził Doriano. Wystawił opaloną w bardziej słoneczne dni twarz do pochmurnego nieba i zapytał nagle: – Lubisz łódki?

– Nie wiem… – wyznałam szczerze. – Poza wielkimi promami na szkolnych wycieczkach na żadnej nigdy nie pływałam.

– Ojciec trzyma ze dwie w porcie. Spodobałoby ci się. Zapewniają sporo prywatności.

Normalna dziewczyna pewnie uznałaby to za wstęp do flirtu, ja natomiast odmruknęłam:

– Super, może w końcu odważyłabym się przebrać w strój kąpielowy.

Facepalm.

– Zwykle mocno wieje – odparł Doriano z lekko kpiącym uśmiechem. – Gdybyś wolała zostać w ubraniach, nie byłoby w tym nic dziwnego.

Rozmowa o tym, czy będę gdzieś w ubraniach, czy bez, automatycznie mnie zawstydziła, dlatego zrobiłam to, co umiałam najlepiej – natychmiast zmieniłam temat.

– Moja matka zawsze marzyła o luksusowym jachcie, ale nigdy nie było jej na taki stać. Gus za to kupił sobie skuter wodny, ale nie dane mi było się nim przepłynąć, bo rozwalił go kilka tygodni później.

– Miał wypadek?

– Nie, po prostu jak zwyk… Hej, znowu!

Dziewczynka nieudolnie przytknęła telefon do ucha, próbując nas przekonać, że jest pogrążona w rozmowie, ale ja widziałam swoje. Nawet uroczy warkocz związany gumką z kolorowymi koralikami przestał dodawać jej niewinności.

Wwierciłam w nią wzrok.

– Tym razem błysnął nawet flesz! – wyszeptałam z oburzeniem.

– To dzieciak, Ally. Zostaw ją…

Doriano zrobił ruch, by mnie zatrzymać, ale się spóźnił. Energicznie ruszyłam w stronę małej, miażdżąc stopami miałki piasek. Kaptur zsunął mi się z głowy, niesforne kosmyki rozwiały się wokół twarzy. Na mój widok zrobiła wielkie oczy. Palce zacisnęła na obudowie telefonu i schowała go za swoimi jeansowymi szortami.

– Cześć, dziewczynko – powiedziałam, siląc się na miły ton. – Mam szybkie pytanie: dlaczego robisz mi zdjęcia?

Przełknęła ślinę.

– Nie… – pisnęła cienkim głosem, ledwo przebijającym się przez szum fal i wiatru. – Nie robię.

Mały, zadarty i pokryty piegami nosek prawie jej się wydłużył od tego kłamstwa.

– Ach, tak? – Wyciągnęłam dłoń. – To pokaż telefon.

Zrobiła niepewny krok w tył, a ja niecierpliwie zamachałam palcami.

– No już – ponagliłam. – Wiem, że trzymasz go za plecami…

– Przepraszam, jakiś problem?

Wyprostowałam się. Uprzejmy, lecz twardy głos należał do kobiety, która właśnie do nas podeszła. Jej opalona twarz była pełna piegów, teraz wyblakłych, zapewne od częstego wystawiania jej na słońce. Typowa fanka plażowania – skoro zjawiła się tu nawet w taką pogodę. Wiatr jej niestraszny. Na dowód – włosy związane w krótki kucyk, wełniany sweter. Podobny narzuciła właśnie na ramiona dziewczynki, przy okazji opiekuńczo kładąc na nich dłonie. Świdrowała mnie wzrokiem w oczekiwaniu na odpowiedź.

– To pani córka? – upewniłam się.

– Tak, moja córka. W czym rzecz?

– Chcę zobaczyć jej telefon.

Dziewczynka nerwowo poruszyła gołymi stopami w piachu i wtuliła się w matkę, której brwi powędrowały do góry.

– Z jakiej racji?

– Z takiej, że robi mi zdjęcia.

Obronny uścisk kobiety trochę się rozluźnił, a na jej twarzy pojawiło się zdezorientowanie. Ze zmarszczonymi brwiami schyliła się do dziecka, by zapytać:

– Zdjęcia?

– Z ukrycia – potwierdziłam. – Niestety, słabo trafiła, bo ja nienawidzę zdjęć, więc doskonale wiem, kiedy ktoś robi mi je bez mojej zgody. Jestem przewrażliwiona.

– Przewrażliwiona, mówisz? – Kobieta skwitowała moje słowa kwaśną miną.

– Nie przywidziało mi się – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.

– Mamo… – jęknęła dziewczynka. Zlękniona moją wrogą postawą, chowała się za matką, ale uparcie kręciła głową, gdy ta zapytała:

– Vicky, czy to prawda?

– Zajrzyjmy do galerii w telefonie – zażądałam podniesionym głosem – to się przekonamy.

– Ally – upomniał mnie Doriano, który zmaterializował się przy moim boku, porzuciwszy koc i nasze buty na pastwę wiatru.

– Zdjęcia pozowane to mój koszmar, a co dopiero takie robione z ukrycia – burknęłam do niego cicho, odgarniając fruwające kosmyki od ust. – Nie odpuszczę.

Milczał, ale stanął po mojej stronie. Poznałam to po wyczekującym spojrzeniu, które wbił w mamę dziewczynki.

– Vicky, pokaż ten telefon – poleciła kobieta. Doriano, ze swoją nienaganną nawet na wietrze fryzurą, gładką twarzą, spokojnym uosobieniem i cichą szykownością, wzbudzał o wiele więcej respektu niż ja. Nawet wśród dorosłych.

Komórka wylądowała w dłoni kobiety bez dalszych oporów. Kilka przesunięć palcem później galeria została otwarta, a tam ukazał się rządek moich zdjęć. Niektóre z Doriano, inne bez. Dużo zbliżeń na moją twarz. Kilka zupełnie nieudolnych albo rozmytych.

– Och… – Mamie Vicky zabrakło słów. Jej ozdobiony pierścionkiem kciuk zawisł nad wyświetlaczem, w który wpatrywała się skonsternowana. – Vicky, co to ma znaczyć?

Dziewczynka spuściła głowę, jej warkocz opadł wzdłuż szyi na klatkę piersiową. Sweter zjechał z jednego ramienia, gdy się zgarbiła.

– Wyjaśnij, w tej chwili! – Kobieta poczęstowała córkę ciężkim spojrzeniem z góry. – Czemu robisz ludziom zdjęcia z ukrycia? Nie wiesz, że to nieładnie?

Dziewczynka nieśmiało skubała nitki w luźnym swetrze mamy.

– To siostra Melody Love – wymamrotała wreszcie.

Znieruchomiałam, pewna, że się przesłyszałam. Brew Doriano drgnęła.

– Co takiego? – Kobieta nadstawiła ucho. – Mów głośniej, Vicky, nie rozumiem.

– To siostra Melody Love, z Tary Tale. – Tym razem dziewczynka podniosła na mnie spojrzenie: niewinne, ale bardzo świadome swojej racji.

Zesztywniałam. Z trudem powstrzymałam się, by nie zarzucić kaptura na głowę. Tym razem miałam ochotę naciągnąć go tak mocno, żeby nikt nie zobaczył ani skrawka mojej twarzy.

– Tara Tale? – Kobieta zamyśliła się, a ton jej głosu, jeszcze przed chwilą wzburzony, teraz łagodniał. – To ten serial, który ciągle chcesz oglądać?

Vicky wskazała mnie palcem.

– To siostra Melody.

Oczy kobiety przeniosły się z czubka głowy córki na mnie.

– A więc ta dziewczyna jest siostrą aktorki z twojego ulubionego serialu? – układała na głos fakty.

Dziewczynka potaknęła.

– Skąd ty to wiesz? – zapytałam ją przez zaciśnięte gardło.

– Z internetu – wyjaśniła Vicky. – Widziałam wasze zdjęcie z Disneylandu. Pod nim było napisane, że jesteście siostrami. Poznałam panią po włosach. Są jak u księżniczki.

Chyba co najwyżej Księżniczki Bałaganu i Chaosu, pomyślałam sobie, ale dziecięce uznanie błyszczące w oczach Vicky świadczyło o tym, że moje włosy naprawdę robiły na niej wrażenie.

– Och! – Kobieta pacnęła się w głowę. – Melody Love, już kojarzę, która to! – Spojrzała na mnie na nowo. – Chwila, i co, to faktycznie twoja siostra?

Oczy jej się ożywiły, gdy uświadomiła sobie, że być może stoi przed nią ktoś znany.

No żeby się nie rozczarowała.

– Eee… no, zgadza się, tak, moja siostra…

– Ale jaja – ucieszyła się kobieta, a potem nagle spoważniała. – Rany, ta sytuacja z narkotykami wygląda bardzo nieciekawie. Bardzo. Przyznam, że zabroniłam Vicky oglądać Tarę, dopóki wszystko się nie wyjaśni.

– Melody ma trudny okres – mruknęłam wymijająco.

– Miejmy nadzieję, że wyjdzie z nałogu, jednak uważam, że nie powinna grać w filmach dla dzieci. Tacy aktorzy to jednak powinni dawać przykład. – Przekrzywiła krytycznie głowę. – Czy ty też masz problemy z narkotykami?

– Nie.

– Jak dobrze. Może ty zastąpisz siostrę?

Skrzywiłam się.

– Nie sądzę.

– Dlaczego? Widziałam jeden wywiad z Melody, wasza mama też się wypowiadała. Podobno cała wasza rodzina jest związana z filmem. Myślałam sobie wtedy, że to piękne, że się tak wspieracie…

– Piękne, tak.

– Rozważ to. Wizualnie niczego ci nie brakuje – oceniła, przez co miałam ochotę objąć swoją luźną bluzę ramionami. Ciasno. – A talent aktorski musi płynąć w twoich żyłach.

– Niestety, płynie w nich głównie niechęć do kamer i aparatów. – Uśmiechnęłam się krzywo. – Jak zresztą przed chwilą mogła się pani przekonać.

Kobieta mrużyła powieki, nagle poważna.

– Skromność to cecha, która w tych czasach popłaca – ciągnęła. – Teraz jestem jeszcze bardziej niż pewna, że niebawem usłyszymy twoje imię. – Zrobiła krótką pauzę. – No właśnie… jak się nazywasz?

– Eee… – Wolałabym zachować anonimowość, więc zerknęłam na Doriano z niemym wołaniem o pomoc, bo on zawsze miał dobre pomysły i potrafił wybrnąć z każdej niekomfortowej sytuacji.

Jednak mała Vicky mnie prześcignęła. Z niezrozumiałą dla mnie dumą w głosie oznajmiła:

– Mamo, to jest Ally Love.

2KAWIARNIA W OXNARD

Jakiś obcy dzieciak zna moje imię – poskarżyłam się. Opatulona bluzą siedziałam na fotelu pasażera w szmaragdowym Astonie Martinie. Prawdopodobnie naniosłam do luksusowego wnętrza trochę piasku z plaży, ale Doriano nawet się na ten temat nie zająknął. Zamiast tego upewnił się, że ogrzewanie jest włączone.

– Dla takich dzieci idole to całe życie – odpowiedział. – Skoro jest fanką Melody, pewnie zna też imię waszej babci, dziadka i w ogóle całe drzewo genealogiczne.

– Masz rację, ale jestem głupia – zadrwiłam. – Mogłam zapytać ją o powód samobójstwa babci Marjorie. Pewnie Vicky już dawno to wszystko rozgryzła. – Parsknęłam. – Mogliśmy zabrać ją na spotkanie z Lindą. Dogadałyby się.

Po jego stronie fale oceanu rozbijały się o skały z takim impetem, że krople wody docierały aż do szosy. Opony Astona Martina ślizgały się po mokrym asfalcie, a nasze nozdrza wypełnił intensywny zapach soli i wodorostów.

Zamyślona zapatrzyłam się w ten piękny, ale i niepokojący krajobraz.

– Swoją drogą ciekawe, że ta kobieta z plaży zabroniła córce oglądać Tarę Tale – kontynuowałam. – Nie zdawałam sobie sprawy, że rodzice tak poważnie podchodzą do afer celebrytów.

– Narkotyki to delikatny temat – odparł Doriano. – A sprawa „cukierków Melody” nie cichnie.

Przeszły mnie dreszcze. Jeszcze szczelniej opatuliłam się ciepłym ubraniem, wdzięczna samej sobie, że nie próbowałam na siłę zaimponować Doriano kusym topem, tylko bez wahania narzuciłam na siebie pierwszą lepszą bluzę.

Nie żebym w szafie miała cokolwiek, co przypominałoby kusy top.

No i nie żebym w kusym topie miała szansę komukolwiek zaimponować.

Potrząsnęłam głową, by odgonić od siebie ten ciąg pokrętnych myśli.

– Ta nazwa jest straszna – jęknęłam zażenowana. – „Cukierki Melody”? Niesamowite, jak szybko internet ją podłapał.

– Jest chwytliwa – przyznał Doriano.

– Widziałeś, że ludzie nagrywają coraz więcej filmików na ten temat?

Zaprzeczył.

– Ach, to dlatego, że jesteś mało aktywny w social mediach – wytknęłam mu, ale bez pretensji. Tak naprawdę fakt, że Doriano nie interesował się śmieciowymi doniesieniami z internetu, był dla mnie kolejną cegiełką w mu­rze jego atrakcyjności. – Jadą po Melody, punktują jej błędy, a w komentarzach tylko sobie przytakują… – mówiłam z rosnącym przejęciem. – Podobno Melody nie wychodzi z domu.

On nie odwracał wzroku od drogi. Patrzył przed siebie w skupieniu, a jednak czułam, że jestem wysłuchiwana.

– Skąd wiesz?

– Matka regularnie wydzwania do Jamesa i zdaje mu coraz bardziej emocjonalne relacje…

Drżenie w moim głosie zwróciło jego uwagę. Zerknął na mnie kątem oka.

– Żal ci Melody?

Wzruszyłam ramionami i wtuliłam je w skórzane siedzenie.

– Nie wiem… Po prostu nie czuję się dobrze ze świadomością, że samopoczucie mojej, jak by nie było, siostry jest tak złe. Łatwiej mi się za nią nie przepada, gdy jest zołzą.

– Nadal jest zołzą – przypomniał mi szorstko. – Teraz jest tylko smutną zołzą.

– Doriano! – wydałam z siebie oburzony okrzyk. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że usłyszałam to, co usłyszałam. Doriano raczej ważył słowa. – To było złośliwe! – powiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko. – Doceniam, dzięki.

Kącik jego ust się uniósł.

– Drobiazg.

Kręcąc głową, oparłam się z powrotem i tym razem wyjrzałam przez szybę po swojej stronie. Tu ocean zniknął – zamiast niego wzdłuż drogi piętrzyły się wielkie, strome skały. Na pewno chropowate, takie, które ranią skórę, jeśli się o nie otrze.

Przeciwieństwo gładkich ścian w willi wujka Jamesa.

– A ty…

Przerwałam, niepewna, jak sformułować pytanie. Spięłam mięśnie, ciągle zapatrzona w ciągnące się wzdłuż drogi klify. W końcu udało mi się wydusić:

– Ty nie czujesz się źle?

Odpowiedział milczeniem.

– Byłeś tam – dodałam.

Dyskretnie potarł palcami kierownicę.

– To nie ja nakręciłem filmik, na którym Melody ćpa.

– Ale pojawiasz się w nim, siedzisz obok niej.

Drgnięcie jego prawej dłoni nie zostało przeze mnie niezauważone. Na nadgarstku Doriano do niedawna wisiała bransoletka z białego złota. Pamiętałam ją doskonale, bo zawsze bardzo mi się podobała. Smukła, elegancka, w smaczny sposób podkreślała jego styl i status społeczny. Przyciągała wzrok.

Na filmiku też ładnie się prezentowała, stykając się z nagim udem Melody, i przyznawałam to z bólem.

Od czasu wypłynięcia feralnego materiału Doriano przestał ją nosić.

– Brałeś z nią narkotyki – przypomniałam mu niby tak po prostu, dla odświeżenia zebranych faktów.

Dopiero po chwili odparł sztywno:

– Głupota, przyznaję.

– Trz…

Nie.

Urwałam.

To za dużo.

Teraz to mnie drgnęła dłoń. Chciałabym ją unieść i przyłożyć do szorstkich skał za oknem. Odrobina bólu złagodziłaby poczucie dyskomfortu.

– Hm? – mruknął Doriano, czekając, aż dokończę.

– Nic.

Westchnął. Poznał mnie wystarczająco dobrze, by nauczyć się tych najbardziej oczywistych reakcji z mojego repertuaru uników.

– No dokończ, Ally.

Może policzek?

Zamiast dłoni przyłożyłabym do szarych, ponurych skał policzek? To dopiero byłaby ulga.

– Trzymałeś rękę na jej udzie.

– To nie tajemnica, że widywaliśmy się przez jakiś czas – przypomniał mi. – Wiesz to tak samo, jak wiesz, że nie było to nic poważnego.

Jego pełen rozsądku głos kontrastował z moim niepewnym, mrukliwym tonem, gdy powtórzyłam:

– Trzymałeś rękę na jej udzie.

Doriano odetchnął głęboko.

Odwróciłam wzrok od skał. Wystarczy tego masochizmu. Teraz oglądałam swoje dresy i kawałek skórzanego fotela. Koniecznie muszę go otrzepać z piasku po wyjściu z auta.

– Melody to atrakcyjna dziewczyna. Znana, z wielką karierą… Nie rób takiej miny, Ally, mówię ci szczerze, dlaczego rok temu zwróciłem na nią uwagę… – Zamilkł na moment. – No co?

W skupieniu kulałam kilka ziarenek piasku między opuszkami palca wskazującego i kciuka.

– No widzisz, a ty się ciągle dziwisz, że tak trudno mi uwierzyć, że zwróciłeś uwagę akurat na mnie…

– A co w tym takiego niewiarygodnego?

– Bo skoro wcześniej kręciły cię takie dziewczyny jak Melody, to jakim cudem tak bardzo pogorszył ci się gust?

Chciał wbić we mnie krytyczne spojrzenie, ale przecież musiał przede wszystkim patrzeć na drogę. Poruszał tak głową, rozdarty, aż wreszcie posłuchał głosu rozsądku i wybrał świdrowanie wzrokiem przedniej szyby. Ściągnął łopatki i zapytał rzeczowym tonem:

– Gdzie zostało powiedziane, że znane i popularne oznacza lepsze?

– Rzeczy oczywistych nie trzeba mówić.

Na wszystko miałam odpowiedź.

– Ta? – prychnął bez rozbawienia. – A najlepsze whisky? To sławny Jack Daniels czy jednak coś bardziej wysublimowanego?

Spojrzałam na niego krzywo.

– Porównujesz mnie do alkoholu?

– Próbuję podbudować twoje poczucie własnej wartości, ale nie jest łatwo.

– Ostrzegałam.

Pokręcił głową, ale odrobinę się wyluzował.

– Wrócimy do tego później – zadecydował i wskazał podbródkiem budynek, przy którym się właśnie zatrzymaliśmy. – Jesteśmy na miejscu.

Hollywood Beach Cafe to niewielka kawiarnia w Oxnard, położona blisko linii brzegowej. Daleko jej było do hollywoodzkiego klimatu – zagracone wnętrze z czarnymi meblami nie robiło najlepszego wrażenia – ale turyści chyba nie narzekali. Poza tym najważniejsze, że kawę mieli tu smaczną, jeśli wierzyć opiniom w internecie.

Doriano zaparkował na wolnym miejscu pod lokalem. Asfalt pokrywała gruba warstwa piachu przywianego z okolicznej plaży. Strzepałam na ziemię trochę tego, który przywiozłam ze sobą na siedzeniu jeszcze z Malibu, następnie odgarnęłam poplątane włosy za plecy. Pomogła mi w tym oceaniczna bryza – smagała mnie po twarzy jak w każdej szanującej się nadmorskiej miejscowości.

Zmęczona wiatrem, ramię w ramię ze swoim towarzyszem wkroczyłam do knajpy, gotowa na kolejne spotkanie z Lindą, która w kolorowej, kwiecistej bluzce była nie do przeoczenia nawet w zatłoczonym wnętrzu. Nastała pora lunchu i na większości stolików królowały teraz burgery z frytkami. U Lindy jednak stały tylko kawa, sok pomarańczowy i licha porcja krążków cebulowych.

– Nie przesadź z solą – ostrzegła właśnie. – To biała śmierć.

Obok niej siedziała dziewczynka. Wciśnięta w róg, machała nogami w białych podkolanówkach lekko wywijających się u góry. Bladoniebieska sukienka pasowała kolorem do aksamitnej opaski, która podtrzymywała jej jasne włosy.

– Wczoraj mówiłaś, że cukier to biała śmierć – wytknęła jej mała, ostrożnie potrząsając solniczką.

– Jedno i drugie w nadmiarze jest szkodliwe – potaknęła z powagą Linda, a potem nas zobaczyła. Na jej opanowanej twarzy zagościł serdeczny uśmiech, a w oku błysnęła znana mi już odrobina szaleństwa. – O, jesteście. Witajcie.

– Cześć… – odparłam ostrożnie. Przystanęłam za oparciem czarnego drewnianego krzesła i ze zmieszaniem patrzyłam na małą. Przyszłam tu z Doriano, by ciągnąć temat śmierci Thei, a także dopytać Lindę o jej chaotyczną głosówkę, którą zostawiła mi na poczcie. To nie są rozmowy, które wypada prowadzić przy dziecku.

Doriano też się zawahał, nim zajął miejsce, choć raczej z innego powodu. Od pierwszego spotkania z Lindą nie przepadał za jej towarzystwem. Oskarżenie jego ojca o zabójstwo nie było najlepszym początkiem znajomości. A Linda nigdy nie przyznała się do błędu i nawet teraz patrzyła na chłopaka z dystansem.

Widać jej nienawiść do Francisco Volante była zbyt silna, a Doriano nazbyt przypominał jej swego ojca.

Krzesła zaszurały, gdy wreszcie usiedliśmy. W całej knajpie było mnóstwo drewnianych akcentów, więc co chwilę coś stukało lub trzeszczało w akompaniamencie prowadzonych konwersacji.

Przy naszym stoliku jednak zapanowała niezręczna cisza. Dziewczynka ugryzła krążek cebulowy, którego panierka chrupnęła pod naciskiem jej zębów. Zapach jedzenia wyparł wypełniającą do tej pory nasze nosy morską woń.

Dziewczynka żuła z zamkniętymi ustami, wyprostowana i z nadgarstkami opartymi o brzeg blatu. W pewnym momencie to, co miała w buzi, popiła sokiem pomarańczowym.

W milczeniu bawiłam się palcami. Doriano siedział obok mnie sztywno. Choć jego obecność nie rozładowywała atmosfery, dawała mi ogromne wsparcie. Gdybym była tu sama, chyba bym wykitowała od tej niezręczności. Zwłaszcza że Linda wgapiała się we mnie wyjątkowo intensywnie…

Kiedy już myślałam, że zanim ktokolwiek się odezwie, mała zdąży zamówić deser, Linda wreszcie odchrząknęła.

– Wybaczcie, że nie jestem sama, ale tak mi się dziś ułożył dzień. Mąż zabrał młodszą córkę na basen, a Georgina – wskazała dziewczynkę – jest uczulona na chlor.

Georgina nie wyglądała, jakby żałowała, że ominęła ją lekcja pływania.

– Nie ma sprawy – odpowiedziałam miło. – Fajnie, że zna­lazłaś dla nas czas. Nie ukrywam, że twoja wiadomość…

– …była niepokojąca – dokończyła za mnie Linda. Przygryzła wargi i zrobiła głupią minę, jakby sugestia, że moją biologiczną matką wcale nie jest osoba, którą za nią miałam przez całe swoje życie, była co najwyżej małym psikusem. – Tak, wiem. Robert się na mnie zdenerwował, gdy się dowiedział, że ci ją nagrałam. Nie powinnam była… Może nie w ten sposób… Chodzi o to, że…

Brakowało jej słów. Zmieszana, zapatrzyła się w czubek głowy swojej schludnie uczesanej córki.

– Sprawa z imieniem tej maskotki brzmi faktycznie dziwnie – przyznałam niechętnie.

Linda drgnęła.

– Prawda?! Liliowa Lwica, Sonya? L.L. Sonya? Przecież to oczywiste! Z liter układa się Allyson!

Zerknęłam przelotnie na Doriano, który miał dość sceptyczne nastawienie do całej tej sytuacji. Na razie się to nie zmieniało – w milczeniu patrzył na przejęcie Lindy, ani trochę go nie podzielając.

– No tak – odchrząknęłam. Rozpłaszczyłam dłonie na blacie, jakbym chciała rozłożyć na nim niewidzialne karty. – To znaczy…

– Podać coś jeszcze?

Unieśliśmy głowy, by spojrzeć na kelnerkę, która biodrem w czerwonym fartuszku oparła się o kant stołu. W dłoniach trzymała notes i długopis, gotowa spisać zamówienie.

Jeszcze dobrze nie zaczęliśmy naszej rozmowy, a już byłam wdzięczna, że nam ją przerwano.

– Colę – poprosiłam szybko.

Odkąd zamieszkałam w willi wujka Jamesa, mój ulubiony napój nie był już dla mnie tak łatwo dostępny jak dawniej. Wuj krzywił się na każdą próbę przemycenia niezdrowych produktów pod jego dach, a ja, by nie psuć sobie z nim relacji, próbowałam grać według jego zasad. W efekcie coraz lepiej szło mi gaszenie pragnienia wodą. Nawet taką z plastrem cytryny.

– Dwie – mruknął Doriano.

Oczy Georginy powiększyły się do rozmiarów krążków cebulowych, a pukle zdrowych, jasnych loków zakołysały, gdy zwróciła głowę w stronę mamy.

Linda ze spokojem i niezłomną matczyną wolą odpowiedziała przecząco na tę niemą prośbę.

– Znasz zasady – pouczyła córkę. – Jedna niezdrowa rzecz na tydzień.

Krążki cebulowe oberwały smętnym spojrzeniem Georginy.

Surowa powaga odpowiedzialnego dorosłego momentalnie zniknęła ze spojrzenia Lindy, gdy znów przeniosła je na nas. Schyliła się i ręką w luźnym rękawie sięgnęła po blaszane pudełko w kolorze błękitu, które leżało obok nogi jej krzesła.

Położyła je na stole, po czym zdjęła wieczko. Gdy wkładała do środka drżące dłonie, na jej palcu błysnęła obrączka. Na widok pluszowego lwa w kolorze liliowym poczułam ciarki żenady.

Doriano zacisnął usta, które – byłam tego pewna – już chciały się wykrzywić w lekceważącym grymasie.

Linda obróciła maskotkę w rękach, po czym parsknęła nerwowym śmiechem. Nawet lwica zdawała się mieć zakłopotaną minę. Z pewnym zawahaniem Linda wyciągnęła ją w moim kierunku. Było w tym coś z gestu dziecka w piaskownicy, które nie jest pewne, czy chce się podzielić ulubioną przytulanką z kimś obcym.

Z takiej sytuacji trudno jest wybrnąć z klasą. Moje palce zacisnęły się na miękkim pluszu, którego liliowy kolor w niektórych miejscach był ciemniejszy – efekt przybrudzenia zabawki, która od lat leżała w zakurzonym pudełku pełnym zapomnianych rupieci.

– Eee… – wymamrotałam głupio, kompletnie nie wiedząc, co powiedzieć. – No tak…

Doriano spoglądał lekceważąco na zabawkę jak na wieloletni zbieracz kurzu. Dłonie chował pod blatem, by przypadkiem nie wykonać jakiegoś gestu, który mógłby zasugerować, że on też chciałby ją potrzymać.

Tymczasem Linda dopiero się rozkręcała.

– Przyniosłam wszystko – oznajmiła. Wyłowiła z pudła znany nam pamiętnik z czasów dzieciństwa Thei, zanim odłożyła go na bok, zamachała nim w powietrzu. – To już widzieliście… ale najważniejsze skarby są… o, tutaj! – Oczy skrzyły się jej jak wody oceanu w pełnym wakacyjnym słońcu, gdy z dumą oznajmiła: – Zdjęcia.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji