Love in every crumble - Marcelina Bobeł - ebook + książka

Love in every crumble ebook

Bobeł Marcelina

0,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Pierwszy chłopak, który zobaczył w niej coś więcej niż nieśmiałość.

Sunny Lane wierzy, że ciastka potrafią poprawić każdy dzień, ale dużo trudniej jej uwierzyć w siebie. Kiedy poznaje Dallasa Fostera – czarującego rozgrywającego, który kradnie jej ulubione ciastko z białą czekoladą – nie spodziewa się, że za chwilę skradnie też jej serce.

Gdy los zmusza ich do wejścia w układ i wspólnego zamieszkania, niewinne kłamstwo zamienia się w coś znacznie słodszego. Wspólne chwile, śmiech i długie rozmowy szybko prowadzą do uczuć, których nie da się ukryć.

Bo przecież historia, która zaczyna się od ciastka, musi być tą, która zmiękcza serce.

Ta historia jest naprawdę SWEET. Sugerowany wiek: 16+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 427

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Olek Zawisza

Korekta: Patrycja Klempas

Ilustracja i projekt okładki: Adelina Sandecka

Grafiki na okładce: © Tartila (kawiarnia), © cut (stolik) / Stock.Adobe.com

Grafiki na stronach rozdziałowych: © darina.ill, © Ross, © Ayesha, © MdImran / Stock.Adobe.com

Copyright © Marcelina Bobeł, 2026

Copyright © 2026, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece

Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-606-1

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla Ciebie.

Ładnie dziś wyglądasz.

1

Cholerny złodziej ciastek

Sunny

Jestem spóźniona.

Nie.

Jestem cholernie spóźniona.

Tak spóźniona, że gdy biegnę przez korytarz, by dotrzeć na zajęcia, brakuje mi tchu, a moje piersi unoszą się i opadają w zabójczym tempie. Przytrzymuję je jedną dłonią, by nie zgorszyć nikogo nadmiernie falującym biustem, i kontynuuję trucht w kierunku sali wykładowej.

Mrożona kawa, którą niosę w drugiej ręce razem z wciąż ciepłym ciasteczkiem z orzechami i białą czekoladą, rozlewa się po ściankach nieszczelnego kubka, a ja czuję, jak zimny napój brudzi mi dłonie. Nie mam jednak czasu, by się zatrzymać, więc postanawiam ogarnąć tę katastrofę, gdy dotrę do celu.

Zatrzymuję się dopiero przed drzwiami, by wyrównać rozedrgany od truchtu oddech i wytrzeć lepkie od frappe palce w materiał spodni, łudząc się, że na czarnym kolorze nikt nie dojrzy plamy od słodkiego napoju. Nie mam czasu, by zrobić więcej, bo zajęcia trwają już ponad kwadrans, więc nie zważając na zaczerwienione policzki i kawowy oddech, wchodzę do środka.

– Osiemnaście minut i dwadzieścia dwie sekundy – szepcze w moją stronę Madison, gdy dołączam do niej w jednej z długich ławek, zajmując tym samym przedostatnie z wolnych miejsc. – Właśnie pobiłaś własny rekord.

– Liczyłaś to? Naprawdę?

– Zawsze to robię – odpiera, a następnie podsuwa w moją stronę kartę ze starannie narysowaną tabelką. – Prowadzę osobisty dzienniczek spóźnień Sunny Lane. Wiesz, że w tym tygodniu czterokrotnie zjawiłaś się na zajęciach po czasie? To daje łącznie niemal pięćdziesiąt trzy minuty straconych wykładów – informuje.

Uwielbiam moją przyjaciółkę, co nie zmienia faktu, że jesteśmy zupełnymi przeciwieństwami. Czasem mam wrażenie, że różnimy się w każdym możliwym aspekcie. Dla przykładu: ja notorycznie się spóźniam. Właściwie nie pamiętam, kiedy ostatnio zjawiłam się gdzieś o wyznaczonej porze. Z kolei Madison zawsze przychodzi na czas, choć tak naprawdę zwykle przybywa wszędzie z pięciominutowym wyprzedzeniem, co dla mnie brzmi jak kompletne szaleństwo.

To wszystko ma związek z kolejną kwestią, w której zresztą także się mijamy. Moja kumpela jest królową organizacji i przysięgam, że nadanie jej królewskiego przydomku nie jest przesadą. Wystarczy spojrzeć na jej zakodowany na kolorowo kalendarz, setki karteczek samoprzylepnych, które zawsze nosi w kieszeni, i elektroniczny zegarek, który musi ładować dwa razy dziennie, bo bateria nie jest w stanie przetrwać kilkunastu godzin przez ciągle brzdękające przypomnienia, by wiedzieć, że Madison lubi mieć wszystko pod kontrolą.

Zupełnie inaczej niż ja.

Jestem przekonana, że gdyby nie to, iż mam już przezwisko, byłabym nazywana Alison „Chaos” Lane, bo wszystko, co się ze mną wiąże, jest nieoczekiwane, niezaplanowane i – w większości przypadków – tragiczne w skutkach. Innymi słowy, sama stanowię dla siebie największe zagrożenie.

– To żadna strata – odpowiadam szeptem, przy okazji wyciągając na blat swój jedyny zeszyt, w którym zamierzam zapisywać notatki z każdego z przedmiotów obowiązujących mnie w tym półroczu. – Semestr dopiero się rozpoczął, więc na wykładach nie informują o niczym istotnym.

– Podają wymagania i progi zaliczenia – kontruje. – Sama zawsze mówisz, że to najważniejsza kwestia.

– Fakt – przyznaję. – Ale ty już wszystko zapisałaś, prawda?

Robię najsłodszą minę, na jaką obecnie mnie stać, co sądząc po wyrazie twarzy Madison, nie jest zbyt przekonujące, mimo to podsuwa mi swój skoroszyt i pozwala spisać notatkę.

– Nigdy mi się za to nie wypłacisz – wzdycha.

– Nie zamierzam nawet udawać, że jest inaczej – żartuję, gdy ona wywraca oczami, by podkreślić udawaną frustrację.

Prawdę mówiąc, nie korzystam z pomocy Madison aż tak często, jak mogłoby się wydawać. Owszem, jest zdecydowanie pilniejszą studentką ode mnie, ale ja wcale nie jestem dużo gorsza. Przynajmniej jeśli chodzi o naukę. Pielęgniarstwo jest naprawdę skomplikowanym kierunkiem i żeby się na nim utrzymać, trzeba przykładać się do zajęć, a także spędzać długie godziny przy cholernie grubych, nużących książkach, a mnie udało się przetrwać już dwa semestry i myślę, że przeżyję także trzeci.

Jeśli tylko przestanę się notorycznie spóźniać.

A to akurat nie jest takie proste, bo rzeczone spóźnialstwo nie wynika zwykle z mojej winy. Owszem, zdarza mi się przestawić budzik zbyt wiele razy lub całkowicie zapomnieć go włączyć, ale to tylko kropla w morzu powodów, z których nie docieram na wykłady o czasie. Dużo częściej zdarza mi się to dlatego, że moje zmiany w cukierni, w której dorabiam, kolidują z grafikiem zajęć.

Zupełnie tak jak dzisiaj. Skończyłam pracę w Crumble’s dokładnie o drugiej czterdzieści pięć, a zajęcia z farmakologii rozpoczynały się równo o trzeciej, co dało mi zaledwie kwadrans, by dotrzeć na miejsce. Być może odległość między cukiernią a wydziałem nie jest duża, bo moje miejsce pracy znajduje się na kampusie, ale biorąc pod uwagę mój niski wzrost i krągłe nogi, nie stawiam najdłuższych kroków. Jeśli dodamy do tego zadyszkę, spowodowaną zbyt szybkim tempem, otrzymamy dokładnie osiemnaście minut i dwadzieścia dwie sekundy spóźnienia.

Biorę łyk frappe przez papierową rurkę, która już dawno zdążyła rozmoknąć, a następnie skupiam uwagę na tym, co mówi pani Whitmore, która skończyła informować o swoich wymaganiach i – co moim zdaniem jest niezwykle oburzające – zaczęła prowadzić merytoryczny wykład na pierwszych zajęciach. Niedopuszczalne. Każdy, kto studiował chociaż przez chwilę, powinien wiedzieć, że zajęcia wprowadzające mogą trwać co najwyżej piętnaście minut i powinny składać się wyłącznie z kluczowych informacji.

– Zmuszanie studentów do nauki tuż po zakończeniu wakacji powinno być nielegalne – rzucam w stronę Madison, która pilnie notuje coś w swoim skoroszycie.

W przeciwieństwie do mnie, zapisała już całą stronę, podczas gdy na mojej kartce widnieją jedynie notka: „Wymagany próg zaliczenia egzaminu – 75%, test wielokrotnego wyboru z ujemną punktacją” oraz naprawdę koślawy rysunek kwiatka, który, im dłużej na niego patrzę, tym bardziej przypomina raczej wyjątkowo brzydkie drzewo.

– Mówisz to samo po przerwie świątecznej i semestralnej – szepcze rozbawiona. – I po każdym weekendzie, Sunny.

– Po prostu uważam, że…

Mam zamiar wygłosić swoją zwyczajową formułkę o tym, jak trudno wrócić do życia po dwóch dniach wolnego, nie mówiąc już o całych miesiącach, ale moja uwaga zostaje odwrócona przez dźwięk otwieranych drzwi oraz beznamiętne „Przepraszam za spóźnienie” rzucone przez chłopaka, który wpada do środka i wywołuje swoją obecnością jeszcze większe zamieszenia niż ja.

Profesorka obrzuca go niezadowolonym spojrzeniem, z którego on jednak nic sobie nie robi. Zamiast tego rozgląda się po sali, prawdopodobnie w poszukiwaniu wolnego miejsca, aż jego wzrok pada na to obok mnie, które jako jedyne nie zostało zajęte.

Wykorzystuję kolejne sekundy, by mu się przyjrzeć, doskonale wiedząc, że gdy usiądzie, będę zbyt speszona, żeby choćby zerknąć w jego kierunku. Po pierwsze dlatego, że jest chłopakiem, a ja w kontaktach z płcią przeciwną mam tendencję do zachowywania się… niezręcznie. Delikatnie mówiąc. Po drugie, nie widziałam go nigdy wcześniej, co oznacza, że jest nie tylko mężczyzną, lecz także nieznajomym, więc jeśli otworzę przy nim usta, wyjdę na jeszcze większą dziwaczkę.

No i jest przystojny. I to w ten absurdalny, niemal podręcznikowy sposób. Chociaż nie jestem pewna, w jakim podręczniku opisują chłopaków takich jak on. Postawnych, dobrze zbudowanych, z szerokimi ramionami i – jak zakładam – pokaźnym zestawem mięśni, ale też uroczą twarzą, włosami roztrzepanymi w rozkoszny sposób i… o rany, z dołeczkiem w policzku.

Oczywiście, że ma ten cholerny dołeczek.

Jestem teraz potrójnie zestresowana, ponieważ właśnie przysiada się do mnie atrakcyjny w słodko-gorący sposób nowy chłopak, który na domiar złego zwraca na siebie uwagę prawie wszystkich obecnych na auli. A to oznacza, że zerkają ukradkiem nie tylko na niego, lecz także na mnie, co jeszcze potęguje mój dyskomfort, bo naprawdę nie znoszę atencji. Nawet tej przypadkowej.

– Sunny. – Madison lekko trąca mnie łokciem. – Alison Sunny Lane. – Znów to robi, tym razem mocniej.

– Tak? – mamroczę, wciąż nieco rozkojarzona.

– Uspokój się – karci.

– Skąd wiesz, że…

– Trzęsiesz nogą tak mocno, że cała ławka wibruje – wchodzi mi w słowo. – Przez ciebie nie mogę pisać wyraźnie.

– Och, wybacz. – Rumieniec zalewa moją twarz. – Trochę się nakręciłam – wyznaję zgodnie z prawdą.

Wprawdzie znam się z Madison zaledwie od początku studiów, a zatem mamy za sobą raptem kilkanaście miesięcy przyjaźni, ale okłamywanie jej nie ma sensu, bo czyta ze mnie jak z otwartej księgi. Właściwie większość ludzi to robi, bo bywam dość transparentna, jeśli chodzi o okazywanie emocji, a przynajmniej niektórych, w tym zdenerwowania. Zawsze robię się wtedy wstrętnie czerwona, a moja stopa zaczyna mimowolnie wystukiwać szybki rytm, co wprawia w drżenie całą nogę.

– Tylko się do ciebie dosiadł – mówi cicho, upewniając się, że nikt poza mną jej nie słyszy. – Jeszcze się nie odezwał i pewnie nawet tego nie zro…

Jest właśnie w trakcie kolejnego zdania, gdy czuję, jak ktoś stuka mnie palcem w ramię. Spinam się na tę niespodziewaną interakcję oraz towarzyszący jej przyciszony męski głos, należący do nowego sąsiada z ławki, który przecież zgodnie z deklaracjami mojej przyjaciółki miał nie nawiązywać ze mną kontaktu.

– Przepraszam – mówi chłopak z dołeczkami. – Mogę cię o coś zapytać?

Odwracam się w jego stronę, by nie wyjść na nieuprzejmą. Patrzy na mnie ze swobodą i spokojem, jakby nie była to nasza pierwsza interakcja, podczas gdy ja próbuję udawać, że jestem równie rozluźniona jak on. Nie jestem. A potwierdza to moja szybka odpowiedź, która brzmi jak połączenie odchrząkiwania i pisku.

– Mhm. – To niesamowite, że wyduszam z siebie zaledwie trzy litery, a i tak udaje mi się zrobić na nim złe pierwsze wrażenie.

A w zasadzie drugie, bo pierwsze wywarłam pewnie brudnymi od kawy spodniami i bluzą w rozmiarze XXL z logo naszego uniwersytetu.

– Pewnie weźmiesz mnie teraz za niezbyt rozgarniętego, ale… – zaczyna, a ja przez moment mam wrażenie, że czuje się zakłopotany. Tyle że to przecież niemożliwe, bo chłopaki takie jak on nie zawstydzają się podczas rozmowy z dziewczynami takimi jak ja. – Co to za zajęcia?

Jego pytanie sprawia, że kącik moich ust drga z rozbawienia, choć usilnie staram się to zamaskować. Nie potrafię jednak tego zrobić, bo fakt, że od kilku minut bierze udział w wykładzie, choć nie ma pojęcia, jakiego przedmiotu on dotyczy, niesamowicie mnie bawi.

– Farmakologia.

– Cholera, serio? – Marszczy brwi, a przez jego twarz przemyka coś na kształt zaskoczenia połączonego z frustracją.

– Sądząc po wielkim napisie „Podstawy farmakologii” na tablicy, serio – wypalam, zanim zdążę się ugryźć w język.

Mam ochotę zapaść się pod ziemię na myśl o tym, że w zasadzie wyśmiałam przed chwilą chłopaka z tak wysokiej ligi, który jakimś cudem postanowił się do mnie odezwać. Niestety podłoga nie osuwa się pod moimi stopami, a ja nie mogę zniknąć tak, jak bym sobie tego życzyła, więc pozostaje mi jedynie pokryć się rumieńcem i nerwowo odwrócić wzrok, zanim odpowie na mój niefortunny przytyk.

Tyle że on nie odpowiada. Zamiast tego parska śmiechem. Takim szczerym i głośnym, jakbym rzeczywiście go rozbawiła, czym zwraca uwagę wszystkich w auli, włącznie z profesor Whitmore, która posyła w naszym kierunku karcące spojrzenie.

– Słuszna uwaga. – Wciąż się śmieje. – Teraz pewnie masz mnie za podwójnie nierozgarniętego, co?

– Nie. Wciąż tak samo jak przy pierwszym pytaniu.

Jezu, Sunny.

Dlaczego nie potrafisz zamknąć tych wygadujących bzdury ust?

– Świetnie. Bo zaraz wyjdę na jeszcze większego głupca – oznajmia, gdy na jego ustach wciąż błądzi uśmiech.

Przez moment trzyma mnie w niepewności i zamiast kontynuować, milknie, by następnie szybkim ruchem zagarnąć z blatu wszystkie swoje rzeczy i zapakować je z powrotem do plecaka, po czym znów zwraca się do mnie.

– Tych zajęć nie ma w moim planie. Pomyliłem salę – wyjaśnia w końcu i wstaje z miejsca, posyłając mi ostatnie pogodne spojrzenie. – Dzięki za pomoc. I za to, że nie wzięłaś mnie za aż takiego idiotę.

– Nie ma za co – mamroczę speszona, choć on nie słyszy już mojej odpowiedzi, zbyt zajęty zbieganiem po stopniach w dół auli.

Odprowadzam go wzrokiem do momentu, aż w końcu opuszcza salę, a następnie, nie wiedząc dlaczego, przenoszę spojrzenie na puste miejsce obok mnie, które jeszcze przed chwilą zajmował, i myślę o tym, że ten zadziwiająco miły jak na poziom swojej atrakcyjności chłopak z dołeczkiem był…

Zmieniam na moment tor swoich myśli, gdy dostrzegam, że wraz z jego wyjściem z ławki zniknęło też moje ulubione ciastko z orzechami i białą czekoladą, które zamierzałam zjeść w przerwie między zajęciami. Problem polega jednak na tym, że już tego nie zrobię, bo chłopak z dołeczkiem okazał się również złodziejem.

Cholernym złodziejem ciastek.

2

Najdłuższe nocowanie w historii

Sunny

Znane przysłowie mówi, że jeśli ktoś ukradnie ci ciastko, reszta twojego dnia będzie do bani.

Dobra, jestem prawie przekonana, że takie powiedzenie nie istnieje. Tak samo jak zależność między stratą ulubionego wypieku a moim humorem. Jednak uparcie szukam czegoś, na co mogłabym zwalić winę za to, co właśnie odbywa się przed moimi oczami.

A przed nimi mam wejście do akademika, które zostało zagrodzone żółto-czarnymi taśmami, i jedną z portierek, która powtarza nam niczym zdarta płyta, że decyzją sanepidu wszyscy studenci muszą natychmiastowo się wynieść, ponieważ w niektórych pokojach zalęgły się pluskwy.

Eskortowani przez sanitariuszy możemy zabrać swoje rzeczy, które następie zostają zdezynfekowane, po czym ustawiamy się w kolejce do jednej z pracownic administracji, by ta wpisała nas na listę studentów, którzy szukają miejsca w innych akademikach należących do uniwersytetu.

W teorii brzmi to tak, jakby władze uczelni miały wszystko pod kontrolą, ale w praktyce jest zupełnie inaczej. Semestr już się zaczął, a co za tym idzie, znalezienie wolnego pokoju graniczy z cudem, bo rejestracja tych, którzy chcą zamieszkać w domach studenckich, zakończyła się w połowie wakacji. Mówiąc wprost: nie mamy się gdzie podziać, a oni notują nasze nazwiska w tabelce w Excelu tylko po to, by udawać, że panują nad sytuacją.

Wyciągam z kieszeni telefon i wybieram numer Madison zaraz po tym, gdy zostaję poinformowana, że zajmuję dokładnie trzysta piętnastą pozycję na liście oczekujących na przeniesienie do innego akademika.

– Mads? – rzucam, gdy tylko odbiera połączenie. – Muszę cię poprosić o przysługę.

– Co się stało?

– To nic takiego – mówię, próbując nieco ją uspokoić. – Po prostu potrzebuję noclegu na kilka, może kilkanaście nocy. Mamy tutaj pewną… plagę i nie mogę zostać u siebie – wyjaśniam, starając się nie wyolbrzymiać swojego problemu bardziej niż to konieczne.

– Jezu, Sunny. – Nie muszę jej widzieć, by wiedzieć, że się wzdryga. – Przenocujemy cię. Chcesz, żeby Cam po ciebie przyjechał?

– Nie ma takiej potrzeby. Mam tylko jedną walizkę.

Taką wypchaną po brzegi, która na oko waży ponad czterdzieści kilogramów, ale nie zamierzam mówić o tym Madison. Przygarnięcie mnie i tak jest już zbyt dużą przysługą. Nie zamierzam nadużywać jej gościnności jeszcze bardziej.

– Będzie u ciebie za dwadzieścia minut. Nie ruszaj się stamtąd – nakazuje, traktując mnie jak nieporadne dziecko, na co przewracam oczami, co ona najwyraźniej przewiduje, bo dodaje: – Mówię poważnie. I trzymaj się z dala od pozostałych. Zabiję cię, jeśli przeniesiesz do naszej kawalerki robale.

– Poproszę, żeby ubrali mnie w skafander – żartuję, ale podświadomie cofam się o kilka kroków od tych, którzy dopiero co opuścili akademik.

– Dobry pomysł – mamrocze. – Cam jest już w drodze. Widzimy się niebawem, Sunny – informuje jeszcze, zanim kończy połączenie.

Moja przyjaciółka jest perfekcyjnie zorganizowana do tego stopnia, że nawet jej chłopak chodzi jak w zegarku, bo zgodnie z tym, co powiedziała, Cameron odbiera mnie i moją gigantyczną walizkę spod akademika dokładnie dwadzieścia minut później. Tyle samo zajmuje nam droga do ich wspólnego mieszkania, które wynajmują w niewielkiej odległości od kampusu.

Cam i Madison poznali się jeszcze przed rozpoczęciem studiów, więc logicznym rozwiązaniem było to, że zamieszkają razem. Zwłaszcza że obydwoje rozpoczęli studia na Uniwersytecie Bostońskim, a w akademikach nie ma pokoi koedukacyjnych. Właściwie są, ale zdobycie ich graniczy z cudem, a żeby to zrobić, trzeba niemal błagać pracownicę administracji, przedstawiając jej jakiś absurdalny dowód miłości, jak świadectwo ślubu albo test ciążowy. Może odrobinę przesadzam. Sęk w tym, że przyznają je naprawdę niechętnie, co tłumaczą sporą liczbą komplikacji. Zresztą w moim przypadku nie ma to żadnego znaczenia.

Jak pokazuje doświadczenie, w moim pokoju prędzej zagoszczą pluskwy niż osobnik płci przeciwnej.

– Jeszcze raz dziękuję, że pozwoliłaś mi się tu zatrzymać. Wy pozwoliliście – poprawiam się, choć wszyscy wiemy, że Cameron nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia.

– Możesz tu zostać tak długo, jak tylko chcesz – zapewnia. – I przestań dziękować. Jestem twoją przyjaciółką. Moim głównym zadaniem jest wyciąganie cię z kłopotów. Nawet jeśli to oznacza, że dosłownie będę coś wyciągać.

– Niby co?

– Robaki z twoich włosów – odpowiada, starając się powstrzymać od śmiechu, ale jej się to nie udaje. Zresztą mnie również, bo chichoczę razem z nią. – Serio, Sunny. Nie interesuje mnie, jak dokładnie cię zdezynfekowali. Masz wziąć dziś co najmniej dwa prysznice, a potem przejrzę ci głowę. Kto wie, czy poza pluskwami nie zalęgły się też u was inne robale.

– Oczywiście, że tak – prycham pod nosem.

Nie podważam jednak tego, co mówi, bo jestem w stu procentach pewna, że rzeczywiście mnie do tego zmusi. I właśnie to robi. Madison niemal wpycha mnie do łazienki i wręcza pięć różnych butelek z szamponami. Na szczęście nie sprawdza osobiście, czy każdy fragment mojego ciała jest już idealnie czysty, ale po zakończonym prysznicu siada ze mną na kanapie w salonie i naprawdę rozczesuje mi włosy.

Pół godziny później całą trójką siedzimy na sofie, która przez następne dni będzie pełniła funkcję mojego łóżka, oglądamy moją ulubioną bajkę Auta i jemy przygotowany przez Camerona, lekko przypalony, popcorn, który popijamy colą.

– To całkiem fajne – oświadcza nagle Mads.

– Związek Zygzaka i Sally? – pytam, bo nie mam zielonego pojęcia, o co innego mogłoby jej chodzić.

– Nie. To, że się do nas wprowadziłaś.

– Nie wprowadziłam się – poprawiam ją. – Po prostu zatrzymałam się tu na kilka dni, dopóki nie pozbędą się szkodników z mojego akademika.

– To nie zmienia faktu, że chwilowo u nas mieszkasz. A to niemal tak, jakbyśmy urządziły sobie nocowanie. – Brzmi na naprawdę podekscytowaną. – Możemy oglądać razem filmy, robić sobie maseczki i plotkować o chłopakach – wymienia z zapałem.

– Ej! – burzy się Cam, który do tej pory siedział cicho, wpychając do ust kolejne garści popcornu. – Dlaczego chcesz mnie obgadywać?

– Powiedziałam, że będziemy plotkować o chłopakach – powtarza, rozbawiona jego reakcją. – Nie o tobie.

– Jeśli to miało mnie uspokoić, nie udało się. Powinnaś chcieć rozmawiać tylko o mnie.

– Narzekałam na ciebie do Sunny tyle razy, że wyczerpałam temat.

– To prawda – przyznaję. – Uwielbiam cię, Cam, ale nie mam ochoty słuchać o tobie dwadzieścia cztery godziny na dobę. A już na pewno nie chcę gadać o tym, jak nie wrzucasz brudnych skarpetek do kosza na pranie, przypalasz ryż podczas gotowania oraz nie stajesz na wysokości zadania, gdy wracacie z imprezy, a Madison ma ochotę na…

– To było tylko raz! – broni się, na co wybucham głośnym śmiechem. – I byłem naprawdę pijany. Normalnie nie mam z tym żadnych problemów.

– …gdy ma ochotę na szklankę wody – kończę, czym wprawiam go w zakłopotanie. – Ale cieszę się, że ufasz mi na tyle, by zwierzać się też z innych, bardziej intymnych problemów. To wzruszające.

Cam wzdycha głośno, podczas gdy my śmiejemy się jak głupie z ogarniającego go zażenowania. Podejmuje najrozsądniejszą decyzję i nie mówi już nic więcej, prawdopodobnie wiedząc, że nie ma najmniejszych szans w starciu z nami dwiema. Zamiast tego wraca do pożerania popcornu w ciszy.

– Widzisz? Czekają nas naprawdę fajne tygodnie – rzuca z uśmiechem Madison. – Powinnyśmy podziękować temu, kto sprowadził te cholerne pluskwy.

– Zdecydowanie – przyznaję, a następnie unoszę swoją puszkę coli bez cukru. – Za najlepsze i najdłuższe nocowanie w historii.

– Za najlepsze i najdłuższe nocowanie w historii – powtarza, stukając swoim napojem o mój, a ja naprawdę nie mogę doczekać się kolejnych wspólnych dni.

To najgorsze i najdłuższe nocowanie w historii.

A w dzieciństwie brałam udział w naprawdę wielu z nich i nie wszystkie potoczyły się tak, jak bym tego chciała. Dla przykładu, gdy miałam osiem lat, moja ówczesna przyjaciółka zaprosiła mnie do siebie na noc, a gdy spałam, zrobiła mi koszmarne zdjęcie, na którym miałam otwarte usta, i w następny poniedziałek pokazała je każdemu w klasie. Łącznie z Loganem, chłopakiem, do którego wtedy wzdychałam.

To nie jedyne złe wspomnienie. Doskonale pamiętam ten jeden wieczór u Kelsey, która zorganizowała dwunaste urodziny w formie piżama party. Dostałam wtedy swojej pierwszej miesiączki. Oczywiście nie byłam na to przygotowana, dlatego zaraz po tym, jak zabrudziłam krwią spodenki do spania i kawałek prześcieradła, zadzwoniłam z płaczem do mamy, która dokładnie o drugiej w nocy musiała zabrać mnie z powrotem do domu.

Podsumowując, zaliczyłam w dzieciństwie kilka nieudanych nocowań, ale żadne z nich nie doprowadziło mnie do takiego stanu zdenerwowania jak obecne. Wprawdzie tym razem nie spotkało mnie nic żenującego (poza tym, że dwa razy weszłam do łazienki bez pukania i wpadłam na nagiego Camerona), ale wolałabym ponownie upokorzyć się przed obiektem swoich westchnień niż spędzić kolejną noc w mieszkaniu mojej przyjaciółki.

– Kurwa – syczy pod nosem Madison, gdy wchodzi do salonu połączonego z aneksem kuchennym, czyli do mojej tymczasowej sypialni, i potyka się o rozłożoną na podłodze walizkę. – Cholera, Sunny. Czy twoje rzeczy muszą zawsze leżeć na samym środku?

– Przepraszam, już je przesuwam.

– Jakie to ma znaczenie, skoro za pół godziny znów wylądują na dywanie – mamrocze zirytowana. – Jesteś okropną bałaganiarą.

– Trudno nią nie być, kiedy twoją szafą jest walizka. – Jej nerwowy ton nieco mi się udziela, ale gdy tylko się na tym łapię, zmieniam podejście na łagodniejsze. – Naprawdę się staram, Mads.

– Wiem – wzdycha, a następnie zajmuje miejsce na łóżku obok mnie, walcząc z grymasem, który wpełza jej na usta na widok nieposłanej pościeli. – Nie chciałam być niemiła. Po prostu…

– …to mieszkanie jest za małe dla naszej trójki – kończę za nią, bo ona z pewnością nie wypowie tych słów na głos.

Jednak obie doskonale zdajemy siebie z tego sprawę. Ciasna sypialnia, jeszcze mniejsza łazienka i salon połączony z kuchnią to przestrzeń dla maksymalnie dwóch osób. O ile Cam z Madison mieszczą się tu bez większego problemu, moja obecność to już tłok.

Tłok, który non stop wywołuje między nami spięcia.

Mam wrażenie, że do tej pory nie kłóciłyśmy się ze sobą ani razu, podczas gdy teraz sprzeczamy się nieustannie. Zresztą nie tylko my, bo ta sytuacja wpływa też negatywnie na związek moich przyjaciół, którzy sprzeczają się ze sobą znaczenie częściej po tym, jak się do nich wprowadziłam. Atmosfera w kawalerce jest już tak napięta, że wystarczy, by ktoś z nas nie pozmywał po sobie naczyń (ja), oglądał głośno serial na laptopie (Madison) lub spędził zbyt dużo czasu pod prysznicem (Cameron), i wszczynamy kolejną kłótnię.

– Muszę się stąd wynieść – oświadczam nagle, przerywając panującą w pokoju ciszę. – Miałam spędzić tu tylko kilka dni, a mieszkam z wami już ponad dwa tygodnie. To stanowczo za długo.

– Nie wygaduj głupot, Sunny. Możesz zostać, ile chcesz.

– Nie mogę – kontruję. – Pozabijamy się, jeśli się nie wyprowadzę, Mads. Nasza relacja już wisi na włosku.

– Przesadzasz. Owszem, jest tu nieco ciasno i… nerwowo, ale jestem pewna, że wypracujemy jakiś kompromis. Moglibyśmy stworzyć grafik – proponuje. – Wiesz, że kocham tabelki. Każde z nas mogłoby sprzątać w inny dzień, a jeśli rozplanuję dokładne godziny, w których korzystamy z prysznica, unikniemy kłótni o kolejkę do łazienki. To nie tylko niesamowicie efektywne, ale też ekolo…

– Madison? – wchodzę jej w słowo, zanim rozpocznie kolejny wykład na temat swoich ulubionych metod organizacji.

– Tak?

– Już postanowiłam. Wyprowadzam się.

– Dokąd?

Bardzo dobre pytanie.

Miałam nadzieję, że po tygodniu uda mi się wrócić do akademika, ale moje plany skutecznie pokrzyżowała kolejna plaga. Wprawdzie usunięcie szkodników trwało zaledwie kilka dni, ale podczas nasłanej kontroli wykryto w budynku poważną wadę konstrukcyjną, której naprawienie może potrwać nawet kilka miesięcy. Wróciłam więc po swoje pozostałe rzeczy i wyniosłam się na dobre.

Owszem, ostatecznie administracja zaproponowała mi miejsce w innym akademiku, w dodatku takim o podwyższonym standardzie, ale musiałam z niego zrezygnować. Po pierwsze, czynsz jest prawie dwukrotnie wyższy niż w obecnym, a z moim studenckim budżetem nie mogę sobie na to pozwolić. Po drugie, budynek znajduje się ponad półtorej godziny drogi od kampusu uniwersyteckiego, a to zbyt duża odległość, biorąc pod uwagę częstotliwość moich zajęć i zmian w cukierni.

– Nie mam pojęcia – wzdycham ciężko. – Ale coś wymyślę. Obiecuję, że spędzę tu maksymalnie kilka dni. Nie więcej.

Madison patrzy na mnie spod uniesionych brwi, nawet nie kryjąc się z tym, że nie dowierza moim zapewnieniom. Zresztą wcale się jej nie dziwię, bo ja również nie jestem co do nich przekonana. Postanawiam jednak udawać, że mam wszystko pod kontrolą.

W końcu kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą.

A ja jestem obecnie w takim dołku, że mogę zacząć wierzyć nawet w siłę afirmacji, jeśli to sprawi, że znajdę dach nad głową na najbliższe miesiące.

– Dobrze – kapituluje niezadowolona. – Pozwól chociaż, że pomogę ci w szukaniu. Zagadam do dziewczyn z koła naukowego i poproszę Camerona, żeby popytał o wolny pokój wśród kumpli z drużyny.

Sama wizja, że miałabym mieszkać w pobliżu wielkich, pewnych siebie i absurdalnie przystojnych futbolistów sprawia, że czuję się dziwnie zakłopota.

– Nie sądzę, żeby to było konieczne – wymawiam się. – Wolę działać na własną rękę.

– To nie podlega dyskusji – upiera się. – Muszę się upewnić, że nie wylądujesz w jakiejś norze z psychopatą, który trzyma nóż pod poduszką. Znajdę ci perfekcyjnego współlokatora, Sunny. Przysięgam – dodaje, unosząc dwa palce w geście składanej obietnicy.

– Niech ci będzie – poddaję się, bo doskonale wiem, że gdy się na coś uprze, nie zmieni zdania, a prowadzenie tej dyskusji nie ma sensu. – Tylko błagam, żadnych futbolistów.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

1. Cholerny złodziej ciastek

2. Najdłuższe nocowanie w historii

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji