Siedem śmiertelnych cierni - Amber Hamilton - ebook + książka
NOWOŚĆ

Siedem śmiertelnych cierni ebook

Amber Hamilton

4,0

204 osoby interesują się tą książką

Opis

JEJ NAJGORSZY WRÓG. JEGO OSTATNIA NADZIEJA.

W Królestwie Aragoa magia jest przekleństwem. A karą za jej użycie jest… śmierć.

Nawet uczniowie elitarnej Akademii Vandenberghe nie są bezpieczni. Gdy zakazana moc Violi Sinclair zostaje odkryta, królowa rozkazuje ją zgładzić. Królewski łowca czarownic zostaje naznaczony tatuażem róży z siedmioma cierniami. Ma tylko siedem dni, by odnaleźć Violę i odebrać jej życie. Jeśli tego nie zrobi, sam zginie.

Łowcą jest sam Roze Roquelart – arogancki książę, rozpieszczony uczeń akademii i człowiek, którego Viola nienawidzi najbardziej na świecie. I choć powinien pragnąć jej śmierci, to desperacko potrzebuje jej pomocy. Zrobi wszystko, żeby dostać to, czego chce. Nawet ocali życie dziewczyny i będzie udawał jej narzeczonego. 

Zmuszeni do współpracy, wplątani w dworskie spiski Viola i Roze będą musieli wybrać między zakazaną magią a własnymi uczuciami. Bo to, co ich połączy, może ocalić świat... albo doprowadzić Królestwo do zagłady.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 493

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (8 ocen)
4
0
4
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jw1502

Nie oderwiesz się od lektury

Początek był trochę dziwny , aż zdarzało mi się przewracać oczami, ale szczęście później było tylko lepiej . Tempo wzrastało , akcja goniła akcję , jedna zagadka się rozwiązywała , by powstała kolejna . A koniec ... zaskakujący . Polecam
00
kamila8845

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytałam jednym tchem. Świetny debiut. Uwielbiam baśniowe wątki w literaturze.
00
Agataaa96

Całkiem niezła

Fajny pomysł na książke. Historia była ciekawa ale strasznie się dłużyła ,można było ją troche skrócić. Dark romans to to na pewno nie był
00

Popularność




Tytuł oryginału: Seven Deadly Thorns

Copyright © Amber Hamilton, 2025 This translation of Seven Deadly Thorns is published by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o. by arrangement with Bloomsbury Publishing Inc. All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Marta Wielgosz, 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Sara Szulc-Przewodowska, Małgorzata Tarnowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: John Candell

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68692-34-1

WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Złoczyńcom

Bo wszyscy jesteśmy niegodziwi

w opowieści kogoś innego

WYMOWA IMION

Viola: [wi-O-la]

Roze: [rołz] jak rose

Meiga: [MEJ-ga]

Vandenberghe: [WAN-den-berg]

Aragoa: [ER-a-GO-a]

Castelle: [kast-EL]

Roquelart: [ROK-el-ar]

Borges: [BOR-hes]

Alexandre: [al-eks-AN-der]

León: [li-ON]

PIERWSZYŚMIERCIONOŚNY CIERŃ

Dawno, dawno temu, w środku wojny, gdy z krwawego nieba spadały, niczym pierze, płatki popiołu, królowa siedziała w swoim ogrodzie, a z czarnej jak heban ziemi trysnęły róże, jakby były ranami.

Opłakiwała śmierć swojego królestwa w ogrodzie pełnym róż i popiołu. Ukłuła się w palec cierniem, a na ziemię spadły trzy krople krwi.

Szkarłatna krew wsiąkła w glebę, a kobieta pomyślała: „Chciałabym mieć dziecko tak straszne jak popiół, niebezpieczne jak krew i równie koszmarne jak moje róże”.

Niedługo później miała synka. Nie urodził się, lecz wykiełkował z ziemi, na którą przelała się jej krew, a był tak niegodziwy i przeklęty jak gleba, która go zrodziła. Jego włosy bielą przypominały popiół, usta były czerwone jak krew, a serce – tak mroczne jak śmierć.

Nazywał się Roze i był podlejszy niż ktokolwiek w królestwie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Roze Roquelart – Książę Nadęty, Jego Potworna Mość – doprowadzał mnie do szału.

Niełatwo mi kogoś znienawidzić, ale po latach znoszenia go – sposobu, w jaki obnosi się z bogactwem i pozycją społeczną, znęcania się nad słabszymi, pełnego okrucieństwa szyderczego uśmiechu na jego ustach – mogę powiedzieć tylko jedno: „Nienawidzę go”. I nie czuję nawet śladu poczucia winy z tego powodu. Zasługuje na każdą kroplę mojej pogardy.

Dzisiaj, na przykład, torturuje jakiegoś biednego pierwszoroczniaka na błoniach, w miejscu, które dawno temu wypełniały aromat świeżo ściętej trawy i złote promienie słońca. Tak było, zanim się urodziłam. Teraz jest tu równie szaro i ponuro jak w pozostałej części zamku – podłoże ułożono z klepiska, a szklany sufit, wznoszący się nad naszymi głowami, ma za zadanie powstrzymać zabójcze Mgły, będące przekleństwem naszego królestwa, przed dosięgnięciem uczniów Akademii Vandenberghe.

Roze zmusił swoją ofiarę, żeby usiadła okrakiem na pomniku gryfa na środku błoni. Ten uczeń zawodzi teraz szkolną pieśń na cały głos i jest całkowicie nagi. Nie ma na sobie nic poza skarpetkami. Wokół gryfa i skompromitowanego jeźdźca zebrały się grupki, które wyją ze śmiechu. Twarz biednego chłopaka jest czerwona jak róża, a on trzęsie się w zimowym chłodzie, który przedostaje się przez zadaszenie.

I nikt nic w tej sprawie nie robi. Uczniowie zalewają błonia – opierają się o kamienne ściany zamku, siedzą na ławkach z otwartymi podręcznikami albo tłoczą się wokół gryfa, żeby pośmiać się z pierwszorocznego.

Wzdycham i spoglądam w dół na Świętego Gofra, mojego udomowionego gargulca, który siedzi na baczność przy moich stopach. Słodki maluszek. Cerise, moja najlepsza przyjaciółka, mówi, że wygląda on jak brudna ścierka do naczyń, ale ja uważam, że to urocze stworzonko – jest pomarszczony od szponów aż po chropowaty ogon, ma dwa małe kły wystające z obwisłych ust, rogi sterczące pomiędzy uszami oraz skrzydełka przypominające nietoperzowe.

– Nikt go nie powstrzyma – mówię Gofrowi. – Jest ich księciem. A królowa ich przeraża.

Gargulec mruga, patrząc na mnie.

– Jeśli czegoś nie zrobię, nikt inny nawet nie kiwnie palcem.

Gofr parska, jakby wiedział, co zamierzam, i tego nie pochwalał. Ja jednak nie mam wyboru. Aż za dobrze wiem, jak to jest być wyrzutkiem, żeby pozwolić, by przydarzyło się to komuś innemu.

Głos pierwszoroczniaka się łamie, po czym słychać chór śmiechów. Mam dość. Zmierzam w kierunku błoni, przepychając się przez tłum. Gofr depcze mi po piętach.

– Przestań! – przekrzykuję hałas. – Natychmiast go wypuść!

Zatrzymuję się tuż przed podwyższeniem, na którym stoi książę Roze, górując nade mną. Nieruchomieje, gdy mnie zauważa, a na jego twarzy pojawia się groźny wyraz. Jego bezduszne oczy skupiają się na mnie w sposób, który sprawia, że chłopak wygląda bardziej jak portret niż prawdziwy człowiek.

Nie, to nie tak. Przypomina pomnik, zimny, szary i bezduszny. Tęczówki ma w kolorze potłuczonego szkła. Włosy jak śnieżnobiały popiół. Wszystkie rysy jego twarzy są ostre i idealne – jest tak piękny, że aż trudno na niego patrzeć, jakby został wyrzeźbiony w marmurze przez wyjątkowo niezrównoważonego rzeźbiarza.

Jego dłonie są zasłonięte czarnymi rękawicami, które zawsze nosi. Wkłada jedną do kieszeni spodni. W drugiej trzyma jaskrawoczerwone jabłko. W spłowiałym świetle błoni wygląda ono jak jedyna żywa rzecz w pobliżu.

Te przeklęte jabłka. Tak nieznośnie prosty sposób, by pokazał nam swoje bogactwo i pozycję społeczną.

Mgły nadciągnęły prawie dwie dekady temu. To chmury wygłodniałej trucizny, zesłane przez wrogie nam królestwo Castelle, by nas zniszczyć. Zabijały wszystko na swojej drodze – rośliny, zwierzęta i ludzi. Uwięziły całe królestwo wewnątrz zamku, ludzie zostali ściśnięci razem jak pestki granatu. Jedyne, co zostało z niegdyś rozległych sadów na terenach wiejskich Aragoi, to mały zagajnik z jabłoniami, który znajduje się na prywatnym królewskim dziedzińcu. Jest zamknięty w szkle i tylko władcy mogą z niego korzystać. Jesienią rzadko widuję Roze’a bez pięknego, dojrzałego jabłka, które trzyma w zakrytej rękawiczką dłoni, a owoc jest tak czerwony jak krew. To obrzydliwe.

Leniwie gryzie jabłko, patrząc na mnie.

– Sinclair. – Wypowiada moje nazwisko powoli, delektując się każdą sylabą. Roze jest znany z nieuprzejmości, ale mnie nienawidzi szczególnie zaciekle – pewnie dlatego że jestem jedyną osobą, która nie chce tolerować jego potworności. – Żadnego „dzień dobry, wasza królewska wysokość”?

Zamykam oczy i oddycham głęboko. Znajoma ciemność czai się w głębi mojego umysłu, ale ćwiczyłam wystarczająco wiele razy, żeby trzymać ją w ryzach.

Spokój.

Kontrola.

Jestem wzorem opanowania i to będzie mroczny dzień, gdy pozwolę ludziom pokroju Roze’a Roquelarta, by mnie złamali.

Moje cienie przychodzą tylko wtedy, gdy odczuwam zbyt wielki gniew, strach albo niepohamowaną radość. To jednak nie było problemem od długiego czasu. Już dawno musiałam nauczyć się samokontroli, gdyż konsekwencją bycia meigą, osobą władającą magią, jest śmierć. Co z tego, że moje emocje były ostatnio trochę... trudniejsze do opanowania? Cóż, mam osiemnaście lat, prawda? To mój ostatni rok w Vandenberghe – odczuwam ogromną naukową i społeczną presję, a do tego jestem prefektką, przez co powinnam kontrolować zachowanie naszego drogiego, ukochanego księcia.

– Puść go i oddaj mu ubranie, inaczej zgłoszę cię do pani dziekan – mówię chłodno.

Kącik ust Roze’a wykrzywia się w wyrazie pełnym okrucieństwa.

– Nie przesadzaj, Sinclair, to tylko odrobina zabawy. Porządne, staroświeckie otrzęsiny. Jemu to nie przeszkadza, prawda, hm... – Odwraca się do chłopaka.

– Johnson – mamrocze tamten żałośnie.

Książę parska, zerkając w dół na jego nagie ciało, a stojący dookoła uczniowie mu wtórują.

– Kto nie kocha odrobiny ironii, hm, Sinclair?

Unoszę na niego wzrok pełen wściekłości.

– Puść. Go. Natychmiast – wypowiadam polecenie, a mój oddech staje się nierówny.

Czuję swędzenie na czubkach palców – moje cienie błagają, by je uwolnić.

Na twarzy księcia wyraz swobodnego rozbawienia zmienia się w przeszywające okrucieństwo. Serce mi wali, gdy wpatruję się w jego niewzruszone spojrzenie.

Spokój.

Opanowanie.

Nie pozwolę mu na siebie wpłynąć.

Roze zeskakuje z podwyższenia – i ląduje tuż przede mną. Znajduje się teraz w mojej przestrzeni i aż ocieka arogancją. Bierze kolejny gryz jabłka. Kruche, pachnące słodyczą kawałeczki miąższu opryskują moje policzki, a ja się wzdrygam.

Przełyka, a jego szyja podskakuje w miejscu, w którym wytatuowana ćma, zmierzchnica trupia główka, rozciąga swoje osobliwie wzorzyste skrzydła. To pierwsza z dwóch rzeczy w jego wyglądzie, które wyglądają trochę bardziej żywo. Drugą jest pojedynczy kolczyk w kształcie czarnej róży, który nosi w lewym uchu – przypuszczam, że to narcystyczne nawiązanie do jego imienia. Jednak te symbole życia, ćma i róża, w kontraście z jego pozbawionymi emocji oczami i zimnem rysów jeszcze bardziej sprawiają, że wygląda jak zwłoki.

– Dlaczego to robisz, Sinclair? Dlaczego postawiłaś sobie za cel ciągłe marudzenie?

Zadzieram podbródek.

– Ty masz mnie za marudę. Ja ciebie za oślizgłego, roszczeniowego dupka, do tego łamiącego zasady.

– Zasady – mamrocze, a jego oczy przesuwają się po mojej twarzy. – Nie udawaj, że przejmujesz się zasadami. Zależy ci tylko na kontroli. Po prostu to przyznaj, Sinclair. Jesteś taką nudziarą, że nie wiedziałabyś, co to zabawa, nawet gdyby zabawa rozebrała się do naga i zatańczyła przed tobą. Jesteś żałosna. Sama nie potrafisz się bawić, więc psujesz moją radochę.

Nudziara. Żałosna. Po tych słowach narasta ucisk w mojej klatce piersiowej. Przez ułamek sekundy czuję wstęgę cienia wyślizgującą się z palca. W mgnieniu oka odzyskuję kontrolę nad oddechem i ukrywam dłoń w fałdach spódnicy... ale łapię wzrok księcia, którym przesuwa od mojej dłoni po twarz.

Prawie myślę, że coś zobaczył, ale jego mimika w ogóle się nie zmienia. Szybko kieruję uwagę z powrotem na naszą kłótnię.

– Uwierz mi, wasza wysokość, niewiele mogę zrobić, żeby zwiększyć poziom twojego zepsucia.

Uczniowie chichoczą za nami, Roze zaś marszczy brwi przez co jego twarz staje się okrutna. Upuszcza w połowie zjedzone jabłko na ziemię, a ja krzywię się na to marnotrawstwo.

– Podobno jesteś geniuszem, Sinclair, ale nie masz za wiele rozumu, skoro uważasz, że możesz odzywać się do mnie w ten sposób.

Robi kolejny krok w moją stronę, a jego idealnie wygięte usta się wykrzywiają. Potem przysuwa je blisko mojego ucha. Czuję jego chłodny oddech na policzku, mogę wyczuć zapach przypraw, zimy i soku z jabłka. Na rękach pojawia mi się gęsia skórka i zaciskam pięści.

Głosem tak cichym, że tylko ja mogę go usłyszeć, książę szepcze:

– Powinnaś być ostrożniejsza. Zwłaszcza teraz, gdy wiem, czym jesteś. – A potem dodaje ostatnie słowo, które sprawia, że zamieram: – Czarownico.

Resztki samokontroli wyciekają mi przez palce.

Uderzam go.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Viola! – Ktoś wykrzykuje moje imię, ale ledwo je słyszę przez dzwonienie w uszach.

Książę Roze leży na ziemi, wpatrując się we mnie zszokowany, podczas gdy Gofr atakuje nogawkę jego spodni, warcząc i się śliniąc. Krew tryska z nosa chłopaka – przypuszczam, że to dowód na to, że przynajmniej w jakimś stopniu jest człowiekiem. Powinnam być przerażona tym, co zrobiłam. Ale nie jestem. W zasadzie czuję się cholernie dobrze.

Kostki u dłoni pieką w miejscach, w których dotknęły jego twarzy. Nawet nie dostrzegam tłumu wokół mnie – jedynie wściekłe oczy Roze’a, srebrne i ostre jak bagnety. Nie słyszę krzyków – tylko dźwięk dudniącego serca, gdy rozprostowuję palce. Czuję, że moje cienie chcą przekroczyć granicę, gdy książę się we mnie wpatruje.

Jakaś dłoń łapie mnie za ramię i mrugam, wyrwana z odrętwienia. Mój wzrok się wyostrza. Cienie się rozpraszają.

– Vi, nic ci nie jest?

Odwracam się i widzę Cerise wpatrującą się we mnie z brwiami ściągniętymi w wyrazie wściekłości i zmartwienia jednocześnie, gdy przygląda się temu, co zaszło. Patrzy zwłaszcza na członka rodziny królewskiej rozciągniętego na ziemi i na mnie. Oddycham ciężko. Nie jestem zaskoczona, że martwi się o mnie, a nie o niego, mimo że to on leży na ziemi. Roze nie zaskarbił sobie niczyjej sympatii. Z drugiej strony Cerise jest osobą, która chętnie poszłaby na wojnę dla tych, na których jej zależy. Bywa porywcza.

– Nic mi nie jest – uspokajam ją.

Jeśli tego nie powiem, wiem, że zrobi coś gorszego niż uderzenie księcia.

– Co się dzieje?

Chłopak w okularach w drucianych oprawkach i z elegancko przyczesanymi kasztanowymi włosami przepycha się przez tłum, a mnie zalewa fala ulgi. To Kole. Jest prefektem i jedną z niewielu osób, które nie pozwolą, by wybryki księcia uszły mu na sucho. Chyba że... właśnie uderzyłam Roze’a, co oznacza, że teraz to ja zasługuję na karę.

Tłum się przed nim rozstępuje, a gdy Kole patrzy to na księcia, to na mnie, nienawidzę tego, jak muszę wyglądać w jego oczach. Trzęsę się – nie ma we mnie za grosz tego wyluzowanego opanowania, którego pragnę. Otwieram usta, żeby wyjaśnić, co zaszło, ale Kole mi przerywa.

– W porządku – mówi, odwracając się do tłumów. – Wszyscy wracajcie do środka! I niech ktoś odda Johnsonowi jego ubranie.

Kilkoro uczniów chichocze, gdy tłum zaczyna się przerzedzać.

– Odczep się, ty mały potworze – warczy Roze, odsuwając kopniakiem Gofra i podrywając się na nogi. Odwraca się do mnie. – Ty...

Kole kładzie dłoń na jego klatce piersiowej. Wstrzymuję oddech, gdy Roze nieruchomieje, wpatrując się w rękę Kole’a. Potem śmiertelnie powoli unosi wzrok.

Kole opuszcza dłoń i chrząka.

– Wybacz, wasza wysokość.

Nienawidzę tego, że kuli się przed Roze’em. To jest największy problem. Wszyscy czują się wobec niego zobowiązani jedynie z powodu rodzinnego nazwiska.

Roze robi, co zechce. Komukolwiek zechce. To totalny gnój.

– W porządku? – warczy do Kole’a.

Prefekt marszczy brwi i sztywno kiwa głową.

Oczy Roze’a błyskają, gdy na mnie patrzy. Jest w nich obietnica: „To jeszcze nie koniec”. Poprawia klapy marynarki mundurka i odchodzi, dumnie wyprostowany. Odczuwam niewielką satysfakcję, gdy widzę, że wyciąga chusteczkę z kieszeni, żeby zatamować krwawienie z nosa. Przechodzi może sześć metrów, gdy Gofr zaczyna za nim gonić z krwiożerczym rykiem, a Roze prawie wybiega z błoni. Muszę przygryźć wargę, żeby się nie roześmiać.

Gdy książę jest odwrócony plecami, Cerise robi w jego kierunku niegrzeczny gest.

– Czy naprawdę widziałem, że go uderzyłaś, Violu? – pyta Kole.

– Zasłużył na to – mamrocze Cerise.

Wzdycham, bo nienawidzę wyrazu rozczarowania w jego szarozielonych oczach.

– Tak, ale znęcał się nad tamtym chłopakiem.

– Johnsonem?

Moje usta drgają, gdy słyszę to imię – święci, wiem, że to nie powinno mnie śmieszyć. Kole unosi brwi.

– Przepraszam – mamroczę.

– Violu. – Jego usta wykrzywiają się w trosce. – Spodziewałem się po tobie czegoś więcej. Bójka na błoniach?

– Wiem – mówię.

– To nie była bójka – wtrąca się Cerise.

– Będę to musiał zgłosić pani dziekan. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? – pyta Kole.

Czuję ucisk w żołądku, mimo to mówię:

– Rozumiem.

Cerise opada szczęka.

– Daj spokój, Belcamp. Wiesz, jaki książę jest wobec niej. A więc wybuchła jeden raz...

Kręci głową.

– To nie jest żadna wymówka. Wiesz, że nie możesz zniżać się do jego poziomu. – Patrzy na mnie i widać, że naprawdę jest mu przykro. – Jak to będzie wyglądało, jeśli nie zgłoszę cię po tym, jak połowa szkoły widziała, że uderzasz księcia? Ze wszystkich ludzi, z którymi można wdać się w bójkę... – Przerywa na dłuższą chwilę. – Naprawdę mi przykro.

Kiwam głową, obejmując się rękami. Kole unosi dłoń, jakby chciał położyć ją na moim ramieniu, ale potem najwyraźniej zmienia zdanie. I teraz jest mi zimniej niż kiedykolwiek wcześniej.

– Do zobaczenia na obiedzie. – Pośpiesznie odchodzi, prawdopodobnie po to, żeby poinformować panią dziekan, że napadłam na członka rodziny królewskiej.

Obserwuję jego szczupłą sylwetkę, eleganckie, krótkie kasztanowe włosy. Jak bardzo straciłam w jego oczach po tym pokazie?

Zapowiada się wspaniały dzień.

– Chyba Roze widział moje cienie – szepczę do Cerise. – Może... nie jestem pewna. Nazwał mnie czarownicą. Dlatego go uderzyłam. Byłam... Nie wiem. Przestraszona.

Dociera do mnie prawdziwe znaczenie tego, co się właśnie stało. Kilka tygodni temu nasz król umarł zupełnie niespodziewanie i od tego czasu królowa zdaje się wyrażać swoją żałobę przez wzmożone ataki na meigi. Zdrajcy! Heretycy! Są plagą rozpusty! Tak mówią o nas ona i jej sługusy, podsycając nieufność i podburzając sąsiada przeciw sąsiadowi. Publiczne egzekucje, będące tego rezultatem, są wygodnym sposobem na odwrócenie uwagi od problemów, takich jak coraz mniejsze zapasy jedzenia.

W królestwie, w którym możemy spożywać tylko to, co wyrośnie i zostanie wyhodowane wewnątrz murów, nie ma wiele jedzenia. Dla tych z nas, którzy nie należą do szlachty, oznacza to, że codzienna dieta składa się z owsianki, grzybowej herbaty i warzyw okopowych.

Głód czyni ludzi zdesperowanymi. Bieda sprawia, że się buntują. Królowa o tym wie i kieruje ich uwagę w stronę heretyków takich jak ja, żeby dali jej spokój. Skażą mnie na śmierć już na podstawie samego podejrzenia o bycie meigą.

A teraz... Roze może wiedzieć. Ze wszystkich ludzi w królestwie mój sekret może znać jedyna osoba, która nienawidzi mnie ponad wszelkie granice i zdrowy rozsądek. Jedyna osoba, która może coś zrobić z tą poufną informacją. Cholera.

Cerise podchodzi bliżej i kładzie głowę na moim ramieniu.

– Nie ma nic złego w twojej magii – mówi cicho.

– To bez znaczenia.

– Nieprawda. Nie mogłaś nic poradzić...

Spoglądam na nią wściekle. Odpowiada zakłopotanym wzrokiem.

– Przepraszam.

Ona nie rozumie. Nie ma pojęcia, jak to jest przez całe życie skrywać sekret. Urodziłam się z cieniami w kościach, a one nie przyniosły mi nic poza nieszczęściem. Gdybym chociaż mogła przywołać zamiast nich język ognia, przynajmniej pomogłoby mi to w czytaniu po zmroku. Ogrzałoby mnie. Pozwoliło zapalić świecę. Jednak co mogą zrobić cienie? Te kosmyki nocy zmuszają mnie jedynie do ich ciągłego ukrywania, do życia w strachu.

Nie mogę jednak być sfrustrowana z powodu Cerise. Jest jedyną osobą, której zaufałam na tyle, żeby powiedzieć o ciemności wewnątrz mnie – jedyną, której pozwoliłam się do siebie zbliżyć. Nie mogę dokładnie stwierdzić, dlaczego wiedziałam, że mogę jej zaufać, po tym jak wszyscy inni udowodnili, że nie są tego godni. Nawet rodzice porzucili mnie, gdy dowiedzieli się, czym jestem. Jednak nie Cerise. Ona nigdy by tego nie zrobiła.

Delikatnie klepie mnie po ramieniu.

– Chodźmy – mówi, chwytając mnie za łokieć. – Potrzebujesz filiżanki herbaty.

Wyprowadza mnie z błoni, a gdy to robi, zmuszam się, żeby nie patrzeć na coś czającego się w zasięgu mojego wzroku.

W wysokim oknie Domu Berlaise, wychodzącym na błonia, wiotki szary duch małego chłopca wygląda przez okna. Jego ponury wzrok jest utkwiony we mnie. Chłopiec płacze.

Ten dzień staje się coraz gorszy.

Od śmierci króla w wigilię Wszystkich Świętych atmosfera w Vanderberghe jest napięta i przytłaczająca. Zajęcia odbywają się jak zwykle, ale wszyscy mówią ciszej, śmiech jest bardziej przygaszony, a we wspólnym pokoju późno w nocy rozsiewa się plotki nad filiżankami herbaty. Ludzie zastanawiają się, jak król mógł umrzeć tak nagle, dlaczego nikomu nie powiedziano, jak zmarł, i co pogrążona w żałobie bezlitosna królowa zrobi w tej sprawie poza kontynuowaniem swojej krucjaty przeciw meigom.

Od maskarady podczas wigilii Wszystkich Świętych śmierć wisi w powietrzu, a tego wieczoru przygnębienie jest wyraźnie wyczuwalne we wspólnym pokoju Domu Berlaise.

Siedzę przed kominkiem z Cerise i Kole’em, zwinięta na kanapie. Gofr drzemie na moich kolanach obok pracy domowej. Staram się skupić na tłumaczeniach na zajęcia ze starożytnego aragoiskiego, ale jak na razie od dziesięciu minut wpatruję się w ten sam akapit i bezmyślnie bawię łańcuszkiem medalionu.

To dlatego, że przez ostatnie kilka minut udo Kole’a leniwie ociera się o moje i nie mogę przestać o tym myśleć. To chyba jednak nie wpływa na koncentrację chłopaka. On i Cerise paplają o swoich teoriach dotyczących śmierci króla, tak jak wielu innych ostatnio, jakby on zupełnie nie czuł ciepła naszych ciał przez szkolne mundurki.

– Cóż, myślę, że to było serce – mówi Cerise. – Często miewał napady wściekłości, prawda?

Wyciąga długie nogi na dywanie, a plecami opiera się o fotel. Spodnie ma wepchnięte w buty, rękawy marynarki podwinięte do łokci, a krawat luźno zwisa z szyi. Cerise jest wysoka i smukła, ma ciemne włosy ściągnięte w ciasne warkoczyki. Jej spojrzenie jest ostre i rozbawione, gdy patrzy na Kole’a i na mnie, co jakiś czas zerkając na nasze stykające się kolana.

– Może być – odpowiada Kole.

Moje serce drży dziwnie, gdy widzę, jak blask ognia wyostrza jego silną szczękę. Zdejmuje okulary i wzdycha, czyszcząc je końcem koszuli. Porusza przy tym nogą i jst jeszcze bliżej...

– Może to był Łowca – mówi Cerise z szelmowskim uśmiechem.

Kole jęczy, a ja się uśmiecham. Cerise tak naprawdę nie wierzy, że królowa zmusiłaby kogoś, kogo nazywają jej osobistym zabójcą, do zgładzenia króla, ale to teoria spiskowa, którą lubi prowokować Kole’a.

– Tylko znowu nie to – mówi chłopak, kładąc głowę na oparciu kanapy.

– Wszyscy wiedzą, że się nie dogadywali. A król od wieków był nieco szalony. Może była zmęczona patrzeniem na niekompetentnego mężczyznę u władzy, gdy myślała, że ona lepiej by sobie poradziła.

– Tyle że nie idzie jej lepiej – mamroczę.

– Zapominasz, że najprostsze wyjaśnienie często jest tym poprawnym. Król źle się czuł. Najprawdopodobniej zmarł na skutek choroby – mówi Kole.

– Wygodna przykrywka dla morderstwa – odparowuje Cerise.

– Wszyscy święci, jesteś niemożliwa. – Kole przeciera dłonią twarz, podczas gdy Cerise uśmiecha się jak złoczyńca.

– Nad czym pracujesz? – przerywam ich utarczkę, przyglądając się małemu złotemu przedmiotowi, który Kole trzyma na kolanach.

Uwielbia majsterkować – zawsze pracuje nad jakimś nowym wynalazkiem. On i Cerise należą do Marquet-Blanc, domu dla uczniów, którzy planują zająć się naukami ścisłymi. Vandenberghe wcześnie zachęca uczniów do wyboru ścieżki kariery, by byli jak najbardziej użyteczni tak szybko, jak to możliwe.

Marquet-Blanc ma własny wspólny pokój, ale Cerise i Kole wolą spędzać wieczory ze mną w Berlaise, domu nauk humanistycznych i sztuk. Nasz wspólny pokój jest o wiele przytulniejszy – mamy tu wygodne krzesła i kanapy, wszystkie niebieskie, w kolorze naszego domu, stoły do gry w szachy, regały z książkami sięgające sufitu, a nawet pianino zanurzone pod kartkami pełnymi nut, stosami książek i świecami ze ściekającym woskiem.

Kole trzyma mały przedmiot w górze, żebym mogła go zobaczyć.

– To klucz – mówi, podając mi wynalazek.

To dziwna rzecz. Obracam ją w dłoniach, przebiegając opuszkami palców wzdłuż rzędu niemożliwie małych kół zębatych w uchwycie.

Kole nachyla się, wskazując coś, a ja czuję jego oddech na szyi.

– Może otworzyć każde drzwi – szepcze.

– To wspaniale – mówię, patrząc na niego.

Uśmiecha się krzywo, a moje serce zatrzymuje się na jedno uderzenie. Cerise chrząka, a Kole mruga i natychmiast odwraca wzrok. Wyjmuje klucz z mojej dłoni.

– Dzięki – szepcze.

Drzwi pokoju wspólnego otwierają się za nami i Cerise unosi głowę, by zerknąć przez oparcie kanapy. Jej usta układają się w zarozumiały uśmiech, który znam aż za dobrze, gdy mówi z zaśpiewem:

– Cześć, Bianco.

Dziewczyna z puszystymi blond włosami, która chwilę temu szła pewnie w naszą stronę, zatrzymuje się po powitaniu Cerise.

– Och. Hej. – Rumieniec barwi jej blade policzki, a uśmiech Cerise się rozszerza.

Przewracam oczami. Bezlitosna flirciara.

– Violu, profesorka Borges wysłała mnie, żebym cię znalazła – mówi Bianca.

– Co, teraz? Dlaczego?

Profesorka Borges jest moją doradczynią akademicką, ale nie miałyśmy zaplanowanego spotkania. Poza tym jest już po zmroku. Myślę o sprzeczce z Roze’em na błoniach i opieram się chęci, żeby zerknąć na Kole’a. Musiał powiedzieć pani dziekan – mimo wszystko tak należało zrobić. Złamałam szkolne zasady. Większą szkodą dla wszystkich byłoby, gdyby nic nie powiedział. Jeśli jednak to dotyczy tej sprawy... dlaczego wzywa mnie moja doradczyni?

Bianca wzrusza ramionami.

– Nie wiem, ale powiedziała, że to pilne.

– Vi – mówi Kole, a ja zmuszam się, żeby spojrzeć mu w oczy. – Nic nie powiedziałem pani Gomes.

– Co?

Kręci głową.

– Nic nie powiedziałam. Ja... nie mogłem.

Czuję gulę w gardle. Może to nie dotyczy bójki na błoniach. Nie mogę jednak pojąć, co innego mogłoby być powodem wezwania o tej godzinie.

– Pójdę – mówię, podnosząc się z miejsca. – Bianco, czy pomożesz Cerise zaprowadzić Gofra do mojego pokoju?

Oczy Bianki lekko się rozszerzają i mówi:

– Jasne.

Siedząca za nią Cerise unosi dłoń nad serce i rzuca bezgłośnie:

– Jesteś najlepsza.

Mrugam do niej, gdy wychodzę z pokoju.

ROZDZIAŁ TRZECI

Czarownica. Czarownica. Czarownica. Z każdym moim krokiem słyszę nienawiść w głosie Roze’a, gdy szeptał do mojego ucha to potępiające słowo.

Może mogę się z nim targować. Kłóci się to z wszystkimi moimi zasadami etycznymi, ale być może nie pozostawi mi wyboru. Istnieje los o wiele gorszy niż śmierć, na który królowa może skazać dziewczynę z magią krążącą w żyłach i bez rodziny, która by ją chroniła.

Tak naprawdę mam rodzinę, ale nie widziałam ich, odkąd zostawili mnie w sierocińcu, gdy miałam pięć lat. Wciąż żyją gdzieś głęboko w jaskiniach wykutych w zboczu góry za Zamkiem Aragoi.

Gdy przybyły Mgły, nie było za wiele czasu, żeby zaplanować odpowiednie mieszkania dla prawie siedemnastu setek ludzi stłoczonych w zamkowych murach. Mieszkańcy miasta pognali do zamku, chronieni łaską świętych, gdy jednak bramy zamknięto, wielu wciąż znajdowało się na zewnątrz. Zostali tam, by połykać truciznę, która pożarła ich od środka.

Kiedy stało się jasne, że Mgły nie znikną w niedługim czasie, klasa rządząca odizolowała wszystkich plebejuszy w pomieszczeniach dla służby. Setki ludzi żyły jeden na drugim jak karaluchy. Dlatego pospólstwo opracowało własny plan – górnicy wykuli drogę w zboczu góry, żeby stworzyć więcej miejsca.

To nie było idealne rozwiązanie. Jaskinie były ciemne i szerzyły się w nich choroby, ale królowa i arystokraci postanowili zostawić tych ludzi samym sobie.

Mimo to święci mi pobłogosławili i dostałam się do Vandenberghe, gdzie miałam okna i prawdziwe łóżko do spania. Tak niewiele nisko urodzonych dzieci zostaje przyjętych i musimy zapracować sobie na miejsce, podczas gdy arystokratom, takim jak Roze, podaje się wszystko na tacy. Większość uczniów pochodzi z arystokratycznych rodzin, które wymagają, żeby uczęszczali do tej szkoły i kontynuowali setki lat tradycji, tak jakby społeczeństwo nie rozpadało się wokół nas, Mgły nie wirowały tuż za drzwiami, a ludzie nie skakali sobie do gardeł. Kiedyś Vandenberghe było klejnotem koronnym nauki na kontynencie i uczęszczali tu tylko najbardziej obiecujący uczniowie z każdego kraju – oraz naturalnie ci, w których krwi płynęło wystarczająco dużo bogactwa. Moi profesorowie mówią, że teraz szkoła jest cieniem samej siebie.

W końcu wchodzę do biblioteki, oddycham głęboko i wyciągam szyję w stronę łuków przyporowych nade mną. Trzy kondygnacje książek – cudownych, wspaniałych książek – okrążają czytelnię znajdującą się na środku. Wysoki sufit zbliża się do otwartego nieba, ale po zachodzie słońca ledwo mogę je zobaczyć. Lampy gazowe nie przenikają cieni o tej porze nocy.

Podążam ciemnym korytarzem za recepcją i znajduję biuro profesorki Borges.

Pukam do drzwi i słyszę gardłowy głos, która woła:

– Wejdź.

– Dobry wieczór, pani profesor – mówię, gdy przekraczam próg.

Profesorka Borges jest niemal niewidoczna za ogromnym dębowym biurkiem i na krześle z wysokim oparciem. Zerka na mnie znad okrągłych okularów, a jej siwe włosy swobodnie opadają na ramiona.

Jej biuro jest duże, ale tak zagracone, że wydaje się niewielkie – stosy książek i papierów zaśmiecają podłogę w każdym kącie, a półki są pełne książek, fiolek i innych dziwnych przedmiotów. Dostrzegam tu gnijące ząbki czosnku, ogromną czaszką konia i coś, co wygląda jak zaschnięte truchło kota. Nigdy nie pytałam o żaden z nich. Chyba bezpieczniej tego nie robić.

– Violu. Chciałam z tobą pomówić o... – przerywa, a jej oczy wędrują w stronę drzwi. – Twoim ostatnim egzaminie.

Marszczę brwi, gdy siadam przy jej biurku.

– Och. – To jedyna odpowiedź, która przychodzi mi do głowy.

Naprawdę wezwała mnie tu w tej sprawie?

Przegląda papiery patykowatymi palcami, aż znajduje moją pracę i mi ją podaje.

– Twoja praca jest skrupulatna, ale tłumaczenia sztywne – mówi, odchylając się i składając dłonie na kolanach.

Najeżam się. Moje tłumaczenia były idealne. Sprawdzałam trzy razy.

– Sztywne – powtarzam, starając się brzmieć uprzejmie.

– Zbyt dosłowne.

Wiem, co oznacza słowo „sztywne”.

– Ja... Przepraszam. Nie rozumiem. Czy są niepoprawne?

– Nie, teoretycznie nie – mówi profesorka. – Ale poprawność nie wystarczy. Brakuje im duszy.

Duszy. Gryzę się w język, żeby nie powiedzieć tego, o czym myślę.

– Czy nie powinnam dosłownie przedstawiać znaczenia tekstu?

Profesorka zaciska usta.

– Z każdym tłumaczeniem wiąże się interpretacja, panno Sinclair. Dałam ci szansę, której nie otrzymał żaden inny uczeń, pozwalając ci pracować nad hiverniańskim projektem, a jakość twojej pracy powinna odzwierciedlać ten przywilej.

– Oczywiście – zgadzam się.

W wolnym czasie pomagałam profesorce z projektem dla korony – to tłumaczenie starożytnych run, które kiedyś były pierwszym pisanym językiem Hivernii. Tak nazywał się półwysep teraz zajmowany przez królestwa Aragoi i Castelle.

Profesorka rzetelnie szukała zaginionej Księgi Losu, starożytnego tekstu, który zaginął przed wiekami. Jednak niedawno zainteresowanie nią odrodziło się z powodu Mgieł. Wszystkie książki na temat magii zostały zniszczone na koniec wojny aragoańsko-castelliańskiej, przez co królestwo było całkowicie bezsilne w starciu z gęstą jak smoła trującą mgłą, która napierała na zamek. Gdy więc pani Borges odkryła podczas swoich badań, że w Księdze Losu opisano, jak rozproszyć Mgły, udała się z tym odkryciem prosto do króla i królowej. Udzielili jej pozwolenia na odszukanie tekstu, wiedzieli jednak, że księga została napisana hiverniańskimi runami. Przez tysiąclecia nikt nie zdołał ich przetłumaczyć, dopóki nie zajęła się tym profesorka, która zaprosiła mnie do wspólnej pracy. Mówiła, że robimy to, byśmy mogły wydostać się z tego zamku, znowu hodować plony, podróżować, ponownie żyć pod słońcem. Nie było nic ważniejszego.

Teraz pani Borges znowu zerka na drzwi, a potem kieruje uwagę na mnie i stuka w moją pracę długim palcem. Mrugam, patrząc na kartkę – raz i drugi.

– Przepraszam. Wciąż nie rozumiem, co tu jest nie tak.

Obrusza się, odsuwa papier, poprawiając okulary, i zaczyna czytać:

– Serce jest dominium zła.

Kiwam głową. To wers z bardzo starego aragoiskiego wiersza. A to jest jego wierne tłumaczenie.

– Myślisz, że to jest najlepszy przekład? – pyta, patrząc na mnie znad oprawek okularów.

Nawet jeśli wiem, że tłumaczenie jest poprawne, wyraz jej twarzy sprawia, że zaczynam w siebie wątpić. Mruży oczy i wpatruje się we mnie z taką intensywnością, że wydaje się, jakbym miała zrozumieć coś istotnego, co jest tuż w zasięgu ręki, a mimo to mi się wymyka.

Nauczycielka wypuszcza powietrze przez nos i kręci głową.

– Błyskotliwa dziewczyna. Twój umysł jest wybitny, Violu.

– Dzięku...

– Ale serce głupie.

Rozdziawiam usta.

– Proszę pani...

– Mam coś dla ciebie – mówi, jakby nie zauważyła, że mi przerwała.

Sięga do szuflady biurka i wyciąga małą książkę oprawioną w czarną skórę. Kładzie ją na blacie.

Na przedzie widnieje srebrna pieczęć – lew w koronie – znajomy symbol królestwa Aragoi. Lwa oplata jednak nieznany mi smok, którego oczy lśnią jak diamenty i który trzyma berło w sękatych szponach. Biorę książkę do rąk i przyglądam się dokładniej. Pieczęć otacza coś, co przypomina pnącza, a pod liśćmi są ukryte cztery symbole wplecione w kunsztowny wzór węzłów – hiverniańskie runy. Cała kompozycja jest dziwnie... brutalna, niepokojąca, nieodpowiednia. Serce mi się ściska na ten widok, jakbym wpatrywała się w paszczę drapieżnika.

Nie, nie. To tylko książka. Nic żywego.

– Może wydać ci się interesująca – mówi profesorka. – Sama przekonałam się, że odpowiada na wiele moich pytań.

Unoszę wzrok.

– Czy jest związana z Księgą Losu?

– Czy tak powiedziałam?

Nie rozumiem. Zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę jestem tutaj, żeby omówić mój egzamin, czy może dzieje się coś osobliwszego. Zaczynam czuć swędzenie na karku.

– Pani profesor...

Rozlega się tak głośne uderzenie w drzwi, że aż podskakuję.

– Wejść. – Ton głosu nauczycielki jest szorstki, a gdy obracam się, żeby spojrzeć na jej twarz, oczy ma przymrużone i pozbawione emocji.

Drzwi się otwierają, a ja się odwracam. Stoi w nich mężczyzna tak ogromny, że wypełnia całą framugę – ma szerokie ramiona, srogi wyraz twarzy i krótko przyciętą brodę. Wpatruję się w jego bordowo-złoty mundur z pieczęcią monarchii na piersi. To kapitan straży.

– Czy to ona? – pyta profesorkę, nie patrząc na mnie.

– Tak – odpowiada kobieta.

Odwracam się do niej z szeroko otwartymi oczami.

– Co się tu dzieje?

– Chodź ze mną, dziewczyno. – Strażnik chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie za sobą.

Zaczynam panikować – musieli dowiedzieć się o moim sekrecie. A może Roze powiedział im, co widział? Próbuję się uwolnić, ale wtedy zaciska dłoń jeszcze mocniej.

Patrzę na profesorkę – moją doradczynię, moją mentorkę – ale wyraz jej twarzy jest zimny.

– Proszę – szepczę.

Pani Borges zaciska szczękę i porusza się ku mnie. Chwyta moją drugą rękę, jakby pomagała strażnikowi, ale zamiast tego odbiera mi książkę i chowa mi ją do kieszeni, tak żeby nie zauważył.

– Poddaj się koronie, panno Sinclair – szepcze. – Król posiada odpowiedzi. Przy królu znajduje się zbawienie.

Łapię jej wzrok. Spojrzenie ma twarde, a ja staram się coś z niego odczytać. Cokolwiek stara się mi przekazać, nie potrafię tego pojąć.

– Nie rozumiem – błagam.

Strażnik ciągnie mnie za przedramię i wywleka z pomieszczenia.