Dungeon Crawler Carl. Dungeon Crawler Carl - Matthew Dinniman - ebook
NOWOŚĆ

Dungeon Crawler Carl. Dungeon Crawler Carl ebook

Dinniman Matthew

4,5
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

80 osób interesuje się tą książką

Opis

Witaj w Lochu, zawodniku! Zapewnienie widzom rozrywki jest koniecznością. Przetrwanie już nie.

Wiecie, co jest gorsze od rozstania z dziewczyną? Rozstać się z dziewczyną i dostać w zamian jej kapryśną kocią czempionkę. A wiecie, co jest jeszcze gorsze? Inwazja kosmitów, zawalenie się wszystkich stworzonych ludzkimi rękami struktur na planecie i systematyczna eksterminacja tych, którzy zdołali przetrwać w sadystycznej międzygalaktycznej grze. Właśnie to.

Dołącz do weterana straży przybrzeżnej Carla i kotki jego byłej, Królewny Pączuś, gdy próbują przetrwać koniec świata – albo przynajmniej dostać się na kolejny poziom – w rojącym się od zasadzek Lochu, który tak naprawdę stanowi plan reality show oglądanego przez niezliczonych widzów w całej galaktyce. Eksplodujące gobliny. Magiczne eliksiry. Dealerzy narkotyków. To nie jest zwyczajna gra…

„Jedna z najbardziej porąbanych, śmiesznych i pomysłowych książek, jakie kiedykolwiek czytaliśmy” – Book Riot.

„Jeśli istnieje lepsza książka z gatunku LitRPG niż Dungeon Crawler Carl, to ja jej nie czytałem” – Shirtaloon, autor He Who Fights Monsters.

Dungeon Crawler Carl rozśmiesza od pierwszej do ostatniej strony. Załóżcie swoje najlepsze bokserki, usiądźcie wygodnie i przygotujcie się na naprawdę zabawną i wciągającą lekturę” – Kevin J. Anderson.

Dungeon Crawler Carl to najlepszy początek serii w tym roku. Żałuję, że nie przeczytałem go wcześniej” – Will Wight, autor serii Cradle.

Matt Dinniman to bestsellerowy pisarz i artysta z Gig Harbow w Waszyngtonie. Opublikował dziesiątki opowiadań i całe mnóstwo książek. Jego grafiki – od pocztówek po zestawy papeterii i kalendarze – można znaleźć w butikach i sklepach papierniczych na całym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 539

Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Tę wer­sję Dun­geon Craw­ler Carl dedy­kuję gwieź­dzie jed­nej z naj­wspa­nial­szych, naj­bar­dziej inspi­ru­ją­cych i naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tych histo­rii prze­trwa­nia naszych cza­sów – Fio­nie. Hipo­po­ta­micy Fio­nie.

Tak, poświę­cam tę książkę cho­ler­nemu hipo­po­ta­mowi.

Sorry, mamo!

Cytat

Rzym będzie ist­niał, póki trwa Kolo­seum; gdy Kolo­seum upad­nie, upad­nie i Rzym. Gdy zaś upad­nie Rzym, upad­nie cały świat.

Beda Czcigodny

1

Trans­for­ma­cja miała miej­sce około 2.23 nad ranem stan­dar­do­wego czasu pacy­ficz­nego. Na ile mogę stwier­dzić, wszy­scy, któ­rzy prze­by­wali wewnątrz budyn­ków, gdy to się stało, umarli w jed­nej chwili. Jeśli mie­li­ście jaki­kol­wiek dach nad głową, byli­ście tru­pami. Doty­czyło to rów­nież samo­cho­dów, samo­lo­tów i wago­nów metra. Nawet namio­tów i kar­to­no­wych pudeł. Spo­tkało to pew­nie nawet tych, któ­rzy schro­nili się pod para­so­lami. Cho­ciaż muszę przy­znać, że co do tych ostat­nich nie mam pew­no­ści.

Nie będę ściem­niać. Wy wszy­scy, któ­rzy byli­ście gdzieś w środku, śpiąc w cie­pełku i pew­nie śniąc o czymś total­nie przy­pad­ko­wym? Zazdrosz­czę wam. Mie­li­ście praw­dziwe szczę­ście. Znik­nę­li­ście w ułamku sekundy, obró­ceni w pył w momen­cie trans­for­ma­cji.

Był wto­rek i kalen­darz od nie­dawna oznaj­miał trzeci stycz­nia. Nad Ame­ryką Pół­nocną sza­lała okropna zawieja i połowa kraju znik­nęła pod śnie­giem i lodem. W Seat­tle tej nocy nie śnie­żyło aż tak bar­dzo. Jed­nak tem­pe­ra­tura spa­dła poni­żej zera, co ozna­czało nie­zwy­kły chłód, nawet jak na sty­czeń.

Jestem pewien, że w innych czę­ściach świata, gdzie pano­wała lep­sza pogoda i nie był aku­rat śro­dek nocy, prze­trwało wię­cej ludzi. Znacz­nie wię­cej.

Mogę się też zało­żyć, że więk­szość z nich w tam­tym kry­tycz­nym momen­cie miała na sobie coś wię­cej niż ja. I więk­szość tych gnoj­ków była dość sprytna, żeby nie iść w stronę świa­tła.

Jeśli cho­dzi o mnie, nie dano mi wyboru. Jak już mówi­łem, pano­wał mróz. Zna­la­złem się na zewnątrz. I mia­łem na sobie bok­serki, skó­rzaną kurtkę i parę różo­wych croc­sów, które ledwo na mnie paso­wały.

Trzy­ma­łem rów­nież wrzesz­czącą, dra­piącą, wyry­wa­jącą się i syczącą kotkę o imie­niu Kró­lewna Pączuś Tłu­ścio­szek z Queen Anne. Była szyl­kre­to­wym per­sem war­tym wię­cej niż moje roczne zarobki. Moja eks wołała na nią po pro­stu Kró­lewna Pączuś. Ja skró­ci­łem jej imię do samej Pączuś.

Pozwól­cie mi cof­nąć się w cza­sie o dzie­sięć minut. Nie będę zanu­dzać was nie­po­trzeb­nymi szcze­gó­łami, ale nie­które z nich mogą oka­zać się istotne.

Nazy­wam się Carl i mam dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Po służ­bie w straży nad­brzeża zna­la­złem pracę jako mecha­nik mor­ski przy napra­wach sys­te­mów elek­trycz­nych na łodziach-impre­zow­niach nale­żą­cych do boga­tych gnoj­ków. Aż do kilku dni przed roz­po­czę­ciem tych wyda­rzeń miesz­ka­łem z dziew­czyną w Seat­tle.

Miała na imię Beatrice. Bea. Pole­ciała na imprezę nowo­roczną na Bahamy z paczką przy­ja­ciół. Nie powie­działa mi, że zabrał się też z nimi jej były, ale dosze­dłem do tego dość szybko, gdy zoba­czy­łem na Insta­gra­mie zdję­cie z nią na jego kola­nach.

Nie lubię dramy i kiep­sko sobie z nią radzę. Nie miało zna­cze­nia, czy mnie z nim zdra­dziła, czy nie. Skła­mała, więc zadzwo­ni­łem do niej i powie­dzia­łem, że z nami koniec. Obie­ca­łem, że spa­kuję wszyst­kie jej rze­czy, zanim wróci. Zero dramy. Żaden kło­pot. Ale mię­dzy nami skoń­czone.

Popro­siła swo­ich rodzi­ców, żeby ode­brali kota, ale miesz­kali po dru­giej stro­nie Gór Kaska­do­wych i nikt nie miał szans prze­je­chać przez prze­łę­cze o tej porze roku. Obie­ca­łem, że zajmę się kotem, dopóki Beatrice nie wróci.

Pozwól­cie mi opo­wie­dzieć o kotce Pączuś. Jak już wspo­mnia­łem, jest jed­nym z tych puszy­stych stwo­rzeń o pła­skim pyszczku, które wyglą­dają, jakby ich miej­sce było na kola­nach czar­nego cha­rak­teru z Bonda. Bea i ja dzie­li­li­śmy miesz­ka­nie z dwiema sypial­niami i jedna z nich nale­żała do kotki. A bar­dziej kon­kret­nie, znaj­do­wały się tam wstążki dla „Naj­lep­szego kota doro­słego”, „Naj­lep­szego kota w kate­go­rii rasa” oraz dzie­siątki tro­feów i opra­wio­nych zdjęć, na któ­rych Pączuś wyglą­dała na roz­wście­czoną i puchatą, zaś Bea i sędzia stali za nią. Bea musiała mieć chyba z pięć­dzie­siąt takich zdjęć. Wygry­wała całe zatrzę­sie­nie tych wstą­żek, tro­feów i zdjęć prak­tycz­nie za każ­dym razem, gdy zabie­rała Pączuś na wystawę. A Bea zabie­rała gdzieś kotkę prak­tycz­nie w każdy week­end.

Cała jej rodzina zaj­mo­wała się hodowlą i wysta­wia­niem kotów per­skich. Ja mia­łem o świe­cie kocich wystaw śred­nie poję­cie. Nie chcia­łem się w to mie­szać. Jak już mówi­łem, nie lubię dramy. A pozwól­cie, że powiem wam coś o kocia­rzach – a kon­kret­niej o kocia­rzach, któ­rzy cho­dzą na wystawy.

Albo nie­ważne. Niech się jebią. Naj­waż­niej­sze, żeby­ście wie­dzieli, że Bea i Pączuś były czę­ścią tego świata, a ja nie chcia­łem mieć z nim nic wspól­nego.

Ni­gdy nie uwa­ża­łem się za szcze­gól­nego fana kotów. Gdy­bym jed­nak miał być szczery, to lubi­łem Pączuś. Tej kotki nie obcho­dził abso­lut­nie nikt i nic, a ja umia­łem to usza­no­wać. Jeśli Pączuś chciała sie­dzieć mi na kola­nach, kiedy odpa­la­łem Play­Sta­tion, to sie­działa na moich kola­nach. Gdy pró­bo­wa­łem ją pod­nieść, syczała, dra­pała i wska­ki­wała na mnie z powro­tem. Potem zwra­cała w moją stronę ten krzywy pysz­czek, jakby chciała powie­dzieć „i co mi możesz zro­bić?”.

Nie­raz kusiło mnie, żeby ją udu­sić, ale nie jestem total­nym gnoj­kiem. Poza tym umia­łem usza­no­wać wytrwa­łość tego małego mon­strum. Nie­któ­rzy kum­ple robili sobie ze mnie jaja, że spę­dzam tyle czasu z pucha­tym kotecz­kiem war­tym wię­cej niż moje roczne zarobki, ale ja to lubi­łem. Lubi­łem czuć ten kłę­bek futra na kola­nach.

Jedną z żela­znych i nie­ne­go­cjo­wa­nych zasad Beatrice był abso­lutny zakaz pale­nia w miesz­ka­niu. Po naszej kłótni i zerwa­niu pod­ją­łem wysi­łek, żeby palić tyle, ile tylko się da. No wiem, nie­zbyt to doj­rzałe, ale pogoda była lodo­wata. Pączuś nie prze­pa­dała za dymem; poza tym zapach papie­ro­sów zosta­wał na jej futerku. W ramach kom­pro­misu uchy­la­łem przy pale­niu okno.

Kiedy więc o dru­giej nad ranem obu­dził mnie kosz­mar, dosze­dłem do wnio­sku, że potrze­buję papie­rosa. Wyją­łem paczkę, uchy­li­łem okno i zapa­li­łem.

Pączuś, która spała tuż obok mnie na łóżku, wła­śnie w tym momen­cie uznała, że po raz pierw­szy w swoim kocim życiu chce wydo­stać się na zewnątrz i zba­dać teren. Wsko­czyła mi na ramię, a potem z okna pierw­szego pię­tra na drzewo przed oknem. Tak po pro­stu. Otwie­ra­łem to okno dzie­siątki razy w ciągu poprzed­niego roku i Pączuś ni­gdy nie zaszczy­ciła go nawet spoj­rze­niem. Jed­nak tej wła­śnie nocy – naj­zim­niej­szej nocy w roku – posta­no­wiła wyru­szyć na eks­pe­dy­cję lądową jak Lewis i Clark w 1804 i opu­ściła miesz­ka­nie.

Zsu­nęła się po pniu, pową­chała parę razy chod­nik, po czym natych­miast zdała sobie sprawę, że jest zaje­bi­ście zimno. Jej przy­goda zakoń­czyła się tak szybko, jak się zaczęła – Pączuś wbie­gła na drzewo i posłała mi spoj­rze­nie z gałęzi, którą od okna dzie­liło jakieś pół­tora metra. Żądza przy­gody cał­ko­wi­cie ją opu­ściła i kotka posta­no­wiła nie ryzy­ko­wać skoku do wnę­trza miesz­ka­nia. Zamiast tego zaczęła wyć z całych sił w swo­ich kocich płuc­kach.

Następ­nych kilka minut spę­dzi­łem na prze­kli­na­niu Pączuś i jed­no­cze­snych pró­bach zwa­bie­nia jej z powro­tem do miesz­ka­nia. Otwo­rzy­łem okno na oścież, wpusz­cza­jąc podmu­chy lodo­wa­tego wia­tru do dotych­czas przy­tul­nie cie­płego wnę­trza. Puchata czar­no­be­żowa kocia kulka po pro­stu sobie sie­działa, narze­ka­jąc i miau­cząc tak gło­śno, że oba­wia­łem się, że któ­ryś z sąsia­dów obu­dzi się i ją zastrzeli.

Zosta­wi­łem zimowe buty na suszarce w piw­nicy budynku. Nie mia­łem poję­cia, gdzie podzie­wały się moje teni­sówki do bie­ga­nia. Bły­ska­wicz­nie pod­ją­łem więc decy­zję, któ­rej wkrótce przy­szło mi żało­wać: wci­sną­łem stopy w parę croc­sów mojej byłej dziew­czyny, nacią­gną­łem na ramiona ciężką skó­rzaną kurtkę i wybie­głem zła­pać kotkę. Jakaś część mnie na­dal powta­rzała mi: do chuja z tym, to nie twój kot, niech zamar­z­nie na śmierć!

Jed­nak, jak mówi­łem, nie jestem aż takim dup­kiem. Może i Beatrice nie zasłu­gi­wała na nic innego, ale ona prze­cież kochała tę cho­lerną kotkę. A biedna, głu­pia Pączuś nie miała naj­mniej­szych szans prze­trwać w tym zim­nie. Przy­naj­mniej nie długo.

Poza tym kotka była tuż obok, miau­cząc, jakby ktoś obdzie­rał jej kocięta ze skóry. Zbie­głem na dół, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, popę­dzi­łem do drzewa mię­dzy naszym blo­kiem a chod­ni­kiem. Natych­miast poża­ło­wa­łem, że nie poświę­ci­łem dodat­ko­wej chwili na wło­że­nie porząd­nych ubrań. Lodo­waty wiatr wbi­jał mi pazury w nogi i stopy.

Pączuś sie­działa tuż obok na drze­wie tak nisko, że pra­wie mógł­bym jej dosię­gnąć. Spo­glą­dała raz po raz na mnie i na otwarte okno. Na­dal wyła. W miesz­ka­niu na par­te­rze zapa­liło się świa­tło. Jęk­ną­łem. Pani Par­sons. Pani Par­sons, która uwiel­biała narze­kać i wysy­łać listy ze skar­gami.

– Pączuś! – zawo­ła­łem. – Chodź tutaj, ty mała cho­lero! – Wycią­gną­łem do niej ręce.

Pączuś umiała na mnie wska­ki­wać. Nauczy­łem ją to robić. Wystar­czyło, że potrzą­sną­łem torebką z kocimi przy­sma­kami, a Pączuś ska­kała pro­sto na nie. Mówi­łem przez chwilę „kici, kici, kici” i Pączuś ska­kała cza­sem na moje ramię. Prze­klą­łem pod nosem, że nie zabra­łem z domu smacz­ków.

Pani Par­sons otwo­rzyła okno.

– Co się tu dzieje, na Boga?! – zawo­łała, wychy­la­jąc się na zewnątrz. Głowę miała zawi­niętą w jakieś ręcz­niki, co nada­wało jej wygląd hin­du­istycz­nego guru. Jej pacior­ko­wate oczy zatrzy­mały się na mnie. – Carl, czy to ty?

– Tak, pro­szę pani – odpar­łem. – Bar­dzo prze­pra­szam. Moja kotka ucie­kła przez okno i pró­buję spro­wa­dzić ją do domu, zanim zamar­z­nie na śmierć.

– W tej chwili to ty wyglą­dasz, jak­byś miał zamar­z­nąć…

Pani Par­sons ni­gdy nie dokoń­czyła zda­nia.

ŁUP.

To wyda­rzyło się tak szybko! Cały budy­nek na moich oczach runął na zie­mię. W jed­nej chwili stał tam ze wszyst­kimi swo­imi sied­mioma pię­trami, a w następ­nej go nie było. Jed­nak nie znik­nął: patrzy­łem pro­sto na panią Par­sons, gdy to się działo. Wyglą­dało to tak, jakby cały blok był wiel­ga­śną puszką zmiaż­dżoną przez gigan­tyczny kosmiczny but. Widzia­łem to i sły­sza­łem. Wiatr zawiał mi w twarz i na zewnątrz w ułamku sekundy zro­biło się ciemno. Latar­nia po lewej stro­nie tuż obok mnie znik­nęła. Budynki wokół mnie prze­pa­dły. Samo­chody na ulicy też.

Znik­nęło wszystko oprócz drzew, rowe­rów na sto­ja­kach i motoru Mar­jory Wil­liams wciąż sto­ją­cego przy par­ko­ma­cie.

Rozej­rza­łem się dookoła, chwi­lowo zapo­mi­na­jąc o lodo­wa­tym zim­nie. Ledwo co widzia­łem tej ciem­nej, pochmur­nej nocy. W oddali – dostrze­gal­nej teraz wyłącz­nie dla­tego, że budynki runęły – doj­rza­łem pło­nący ogień.

Pano­wała kom­pletna, niczym nie­za­kłó­cona cisza.

– Co do kurwy?! – powie­dzia­łem, krę­cąc się w kółko.

Kilka przy­pad­ko­wych rze­czy pozo­stało na swo­ich miej­scach, jak wspo­mniany sto­jak rowe­rowy. Znak stopu na­dal stał, ale znak z nazwą ulicy tuż obok znik­nął. Nic nie miało sensu. Tam, gdzie zapar­ko­wano na ulicy samo­chody, widać było pokryte pyłem wgnie­ce­nia w kształ­cie aut, jakby zostały wcią­gnięte w stronę wnę­trza Ziemi pro­sto przez asfalt.

Pączuś sko­czyła w moje wycią­gnięte ramiona. Spoj­rza­łem na nią. Nie wie­dzia­łem, co powie­dzieć ani co zro­bić.

– Co, do cho­lery?! – powtó­rzy­łem.

Z bloku, w któ­rym miesz­ka­łem, pozo­stał pro­sto­kąt gruzu i skłę­bio­nego pyłu. I wtedy zoba­czy­łem to tuż obok moich stóp.

Była to głowa pani Par­sons. Trudno ją było roz­po­znać w ciem­no­ści, ale od razu wie­dzia­łem, czym jest.

Wtedy to do mnie dotarło. Nagły szok zwią­zany ze spłasz­cze­niem budyn­ków był jed­nym. Tylko że w ich wnę­trzach znaj­do­wali się ludzie. Pra­wie wszy­scy w całym tym cho­ler­nym mie­ście. Do dia­bła, nawet więk­szość bez­dom­nych noco­wała teraz w schro­ni­skach. W wia­do­mo­ściach poka­zali cały mate­riał o tym, że spro­wa­dzili tam wszyst­kich ze względu na wyjąt­kowy mróz. Była cho­lerna druga nad ranem w ponie­dzia­łek. Wszy­scy byli w swo­ich łóż­kach. I to ozna­czało, że wszy­scy nie żyli!

Krę­ci­łem się w kółko jak skoń­czony idiota, nie wie­dząc, co począć. Było mi nie­do­brze. Pączuś zaczęła się wier­cić, uznaw­szy naj­wy­raź­niej, że jestem bez­u­ży­teczny. Podra­pała mnie, ale nie wypu­ści­łem jej z rąk.

Wtedy usły­sza­łem męski, maszy­nowy głos.

Prze­mó­wił do mnie wewnątrz mojej głowy. Był jak fizyczny obiekt, jak gwóźdź dra­piący po mózgu. Nie prze­ma­wiał po angiel­sku, ale rozu­mia­łem go. W miarę jak mówił, słowa poja­wiały się w powie­trzu przede mną.

Nie­do­bitki ludz­ko­ści, słu­chaj­cie uważ­nie!

– Co? – powie­dzia­łem na głos. – Co to takiego? Kto tu jest? – Spró­bo­wa­łem kop­nąć uno­szący się w powie­trzu tekst, ale za mały na mnie crocs odle­ciał z mojej stopy. Pod­sko­czy­łem i szybko wepchną­łem nogę z powro­tem do buta. Słowa poru­szały się za mną, falu­jąc kilka metrów od mojej twa­rzy.

Nie były nawet napi­sane łaciń­skim alfa­be­tem. Wiły się w dół, nie z lewej do pra­wej. Mimo to zna­łem je, rozu­mia­łem je, jak­bym czy­tał to pismo przez całe życie.

Zgod­nie z zasa­dami Syn­dy­katu, sub­sek­cją 543 kodu o Cen­nych Rezer­wach Pier­wiast­ko­wych, w związku z bra­kiem odpo­wied­niego wnio­sku o prawa mine­ralne i pier­wiast­kowe w cza­sie pięć­dzie­się­ciu lat od pierw­szego kon­taktu, wasza pla­neta została sku­tecz­nie prze­jęta i jest obec­nie eks­plo­ato­wana pod kątem wszyst­kich pożą­da­nych depo­zy­tów pier­wiast­ko­wych przez usta­no­wio­nego regenta pla­netarnego. Wszyst­kie wnę­trza waszej pla­nety zostały zmiaż­dżone i z cało­ści surow­ców natu­ral­nych – orga­nicz­nych i nieorga­nicz­nych – pozy­ski­wane są wła­śnie zamó­wione pier­wiastki. Zgod­nie z ustawą o Odzy­ska­niu Pozy­ska­nego Mate­riału oraz sub­sek­cją 35 ustawy o Ochro­nie Mię­dzy­pla­ne­tar­nych Gatun­ków Tubyl­czych wszy­scy ludzie, któ­rzy prze­trwali, dostaną szansę wystą­pić o zwrot utra­co­nej mate­rii. Kor­po­ra­cja Borant, która otrzy­mała regen­cję nad waszym ukła­dem sło­necz­nym, ma prawo wybrać metodę zwrotu, z czego sko­rzy­stała, wyzna­cza­jąc opcję numer trzy, znaną także jako osiem­na­sto­po­zio­mowy Loch. Kor­po­ra­cja Borant zastrzega dla sie­bie wszel­kie prawa do emi­sji, eks­plo­ata­cji oraz innych form kon­troli nad Lochem i zatrzyma je, jak długo prze­strze­gać będzie regu­la­cji Syn­dy­katu doty­czą­cych odzy­ski­wa­nia zaso­bów pla­ne­tar­nych. Po przej­ściu poziomu osiem­na­stego Lochu wła­dza nad tą pla­netą przej­dzie w ręce zwy­cięzcy. Neu­tralna obser­wu­jąca sztuczna inte­li­gen­cja Syn­dy­katu – czyli ja – została stwo­rzona i wysłana na waszą pla­netę, by nad­zo­ro­wać usta­no­wie­nie Lochu oraz zapew­nić, że nale­ży­cie prze­strze­gane są wszyst­kie zasady i regu­la­cje. Pro­szę zwró­cić szcze­gólną uwagę na nastę­pu­jące infor­ma­cje, jako że nie będą powta­rzane. Zgod­nie z ustawą o Ochro­nie Mię­dzy­pla­ne­tar­nych Gatun­ków Tubyl­czych cały pozo­stały mate­riał – około 99,999999% posor­to­wa­nej mate­rii – jest obec­nie wyko­rzy­sty­wany do pro­duk­cji pod­ziem­nego Lochu. Jego pierw­szy poziom otwo­rzy się mniej wię­cej osiem­na­ście sekund po zakoń­cze­niu tego ogło­sze­nia. Wej­ścia do pierw­szego poziomu będą czynne przez dokład­nie jedną ludzką godzinę. Gdy wej­ścia się zamkną, nie będzie moż­li­wo­ści uzy­ska­nia dostępu do pierw­szego poziomu. Każdy, kto wej­dzie do środka, będzie mógł wyjść dopiero po przej­ściu wszyst­kich osiem­na­stu pozio­mów lub speł­nie­niu pew­nych innych okre­ślo­nych wyma­gań. Jeśli zde­cy­du­je­cie się nie wejść do Lochu, będzie­cie musieli samo­dziel­nie utrzy­mać się na powierzchni pla­nety i może to być ostatni komu­ni­kat, jaki otrzy­ma­cie w ciągu waszego życia. Wszyst­kie mate­riały oraz pier­wiastki prze­ro­bione do tej pory prze­padną. Będzie­cie jed­nak mogli pozy­ski­wać i wyko­rzy­sty­wać wszyst­kie natu­ral­nie wystę­pu­jące zasoby dla wła­snej korzy­ści. Kor­po­ra­cja Borant życzy wam wszyst­kiego naj­lep­szego i dzię­kuje za otrzy­maną od was szansę. Pro­szę o uwagę wszyst­kich, któ­rzy pra­gną wyko­rzy­stać swoje prawo do odzy­ska­nia zaso­bów. Wasza pla­neta otrzyma 150 000 wejść do poziomu pierw­szego. Wszyst­kie będą ozna­czone i łatwe do zna­le­zie­nia. Jeśli zde­cy­du­je­cie się sko­rzy­stać z wej­ścia do Lochu, otrzy­ma­cie czas równy pię­ciu obro­tom waszej pla­nety wokół wła­snej osi, by zna­leźć wej­ście do następ­nego poziomu. Wejść do poziomu dru­giego będzie 75 000. Wejść do poziomu trze­ciego będzie 37 500, zaś do czwar­tego 18 750. Wejść do poziomu pią­tego będzie 9375, zaś do poziomu szó­stego 4688. Do każ­dego następ­nego poziomu będzie o połowę mniej wejść, zaokrą­gla­jąc w górę, póki nie osią­gnie­cie poziomu osiem­na­stego, który posia­dać będzie wyłącz­nie dwa wej­ścia i jedno wyj­ście. Zawod­nicy, któ­rzy zde­cy­dują się wejść do Lochu, muszą zna­leźć schody i zejść na głęb­szy poziom przed upły­wem czasu wyzna­czo­nego dla tego poziomu. Gdy wyzna­czony czas minie, poziom zosta­nie odzy­skany i cała pozo­sta­jąca w nim mate­ria, orga­niczna i nieorga­niczna, prze­pad­nie. Wyge­ne­ro­wany łup i inna mate­ria, która nie zosta­nie zebrana i wzięta w posia­da­nie, może być sprze­dana na ryn­kach Syn­dy­katu. Każdy niż­szy poziom otrzyma dłuż­szy czas do pozy­ska­nia. Dodat­kowe zasady wejdą w życie, gdy zawod­nicy zejdą na poziom dzie­siąty. Zostaną one wyja­śnione, gdy oraz jeśli jacyś zawod­nicy do niego dotrą. Jeśli zde­cy­du­je­cie się wejść do Lochu, gorąco pole­camy zna­le­zie­nie i sko­rzy­sta­nie ze szko­le­nia. Wiele z nich zosta­nie umiesz­czo­nych na pozio­mach od jeden do trzy Lochu. Jeśli macie dodat­kowe pyta­nia bądź pra­gnie­cie zło­żyć poda­nie, wszyst­kie wnio­ski muszą zostać dostar­czone oso­bi­ście na piśmie do naj­bliż­szego biura Syn­dy­katu. Dzię­ku­jemy za udział w dzia­ła­niach Syn­dy­katu. Miłego dnia!

Ledwo byłem w sta­nie zro­zu­mieć, co mówił do mnie głos, tak bar­dzo zszo­ko­wały mnie wszyst­kie dotych­cza­sowe wyda­rze­nia. Stra­ci­łem czu­cie w nogach. Za długo sta­łem na zewnątrz i zupeł­nie poważ­nie gro­ziła mi śmierć przez zamar­z­nię­cie, a przy­naj­mniej odmro­że­nie i utrata pal­ców u nóg. Musia­łem wejść do środka – i to natych­miast.

Tylko że nie było już żad­nego środka. Nie było nawet samo­cho­dów. Rzu­ci­łem okiem w stronę ognia, który na­dal pło­nął kilka prze­cznic stąd. Musia­łem jak naj­szyb­ciej się przy nim zna­leźć. Obró­ci­łem się i zaczą­łem truch­tać.

Wiatr, który był lekką bryzą, zanim wszyst­kie budynki znik­nęły, stał się teraz nie­usta­jącą lodo­watą wichurą cuch­nącą oce­anem. Pączuś wier­ciła się w moich ramio­nach i dra­pała mnie, pró­bu­jąc wydo­stać się na wol­ność. Wbiła we mnie ząbki, ale ochro­niła mnie kurtka. Moc­niej przy­ci­sną­łem ją do sie­bie.

Czy to wszystko mi się śniło? Czy ktoś przez pomyłkę podał mi środki halu­cy­no­genne?

Loch? Co do cięż­kiej cho­lery? Co to w ogóle zna­czyło? Nie mogłem opa­no­wać goni­twy myśli. Natych­miast sko­ja­rzyły mi się Path­fin­der, Dun­ge­ons and Dra­gons i inne gry, w które nie gra­łem od końca służby. Nie widzia­łem wokół żywej duszy. Ota­czał mnie wyłącz­nie szum wia­tru.

Sygnał podobny do trąbki roz­legł się w noc­nym powie­trzu. Zamar­łem i rozej­rza­łem naokoło. Co teraz? Pomy­śla­łem, że na pewno poja­wia się Loch. Cho­lera, cho­lera, to się naprawdę dzieje!

Po lewej stro­nie, mniej niż trzy­dzie­ści metrów ode mnie, pośrodku miej­sca, które daw­niej było second-han­dem, roz­bły­sło świa­tło reflek­tora. Zoba­czy­łem dru­gie podobne świa­tło o jakiś kilo­metr ode mnie. Obró­ci­łem się i zauwa­ży­łem następne, roz­pro­szone po całym mie­ście.

Nawet z tej odle­gło­ści czu­łem gorąco docho­dzące z jasno oświe­tlo­nej dziury w ziemi.

Nie zasta­no­wi­łem się nawet. Głowa na­dal puchła mi od usły­sza­nych przed chwilą infor­ma­cji. Różowe crocsy ledwo paso­wały na moje stopy. Ogień palił się o wiele dalej, niż myśla­łem. Widzia­łem już na wła­sne oczy, co hipo­ter­mia robi z ludźmi.

Odwró­ci­łem się więc w stronę świa­tła i pobie­głem.

CZĘŚĆ PIERWSZA

2

Poziom 1

Czas pozo­stały do zawa­le­nia poziomu: 5 dni

Ozdobne schody pro­wa­dziły w stronę świa­tła. Każdy sto­pień wyglą­dał na wykuty z żelaza i był dość sze­roki, by zmie­ścić ze dwa­dzie­ścia osób idą­cych ramię w ramię. Z wnę­trza dziury pro­mie­nio­wało gorąco. Zsze­dłem o sto­pień, lądu­jąc nieco niżej, niż się spo­dzie­wa­łem. Echo moich kro­ków roz­le­gało się w jasnym świe­tle.

W tym mie­ście miesz­kał pra­wie milion ludzi, ale teraz byłem tu sam.

Pączuś prze­stała się wyry­wać, przy­warła do mojego ramie­nia i zaczęła war­czeć. Witaj – cudowne cie­pełko zapra­szało mnie coraz głę­biej w stronę świa­tła. Nogi i stopy, w któ­rych zdą­ży­łem stra­cić czu­cie, zaczęły mnie piec. Nie spę­dzi­łem na zim­nie dość czasu, żeby doznać więk­szych szkód, ale nie­źle się odmro­zi­łem.

Schody wyda­wały się nie mieć końca. Na stop­niach wykuty był dzi­waczny wzór przed­sta­wia­jący coś, co mogło być rybami. Albo demo­nami. Pła­sko­rzeźby w nie­mal azja­tyc­kim stylu spra­wiały, że czu­łem się nie­swojo. Tych scho­dów nie było tutaj jesz­cze kilka minut wcze­śniej. Cała ta prze­strzeń wyko­nana została z budyn­ków, samo­cho­dów i ludzi z Ziemi. Kto to zro­bił? Jak tego doko­nał?

Gdy dotar­łem do końca scho­dów, tem­pe­ra­tura osią­gnęła przy­jemne i wil­gotne 25 stopni. Meta­lowe stop­nie prze­szły w mar­mu­rową pod­łogę pro­wa­dzącą do ogrom­nych drzwi, wyso­kich co naj­mniej na dzie­sięć metrów i tak samo sze­ro­kich. Na drew­nia­nych wro­tach wyrzeź­biono postać gigan­tycz­nego rybiego demona, tak samo jak na stop­niach scho­dów.

Pod­nio­słem na nią wzrok.

– Co to jest, do cho­lery? – wymam­ro­ta­łem pod nosem.

Gdy wpa­try­wa­łem się w drzwi, poja­wiło się nad nimi okienko z infor­ma­cjami. Stało się to tak nagle, że instynk­tow­nie się cof­ną­łem. Mia­łem wra­że­nie, że zna­la­złem się wewnątrz gry albo mia­łem w oczach spe­cjalne soczewki kon­tak­towe, które wyświe­tlały przede mną uży­teczne wska­zówki i infor­ma­cje. Okienko miało nawet umiesz­czo­nego w rogu iksa, żeby je zamknąć.

To przed­sta­wie­nie wizu­alne kua-tina, domi­nu­ją­cego gatunku sys­temu Borant i wła­ści­ciela Kor­po­ra­cji Borant. Pamię­taj o tych gościach! Będą potem na spraw­dzia­nie.

Czy ten ostatni kawa­łek miał być żar­tem? Skon­cen­tro­wa­łem się na iksie w kącie okienka i tele­pa­tycz­nie je zamkną­łem.

Hm, pomy­śla­łem. Mogłem kon­tro­lo­wać infor­ma­cje za pomocą umy­słu. Otwie­ra­łem okienka z opi­sami przed­mio­tów, kon­cen­tru­jąc się na nich. Tak samo mogłem je potem tele­pa­tycz­nie zamknąć.

To ozna­cza, że są w two­jej gło­wie, pomy­śla­łem. Może to wszystko nie dzieje się naprawdę. Może tylko śpisz, a to jakaś wyra­fi­no­wana tech­no­lo­gicz­nie symu­la­cja. Jak w Matrik­sie.

Ból w roz­grze­wa­ją­cych się nogach przy­po­mniał mi, że nie miało zna­cze­nia, czy znaj­do­wa­łem się w symu­la­cji, czy nie. Nie kiedy tak bolało.

Wolno popchną­łem drzwi. Lekko otwo­rzyły się do środka, odsła­nia­jąc kory­tarz oświe­tlony mnó­stwem pochodni. Miał tę samą sze­ro­kość i wyso­kość jak drzwi i bar­dziej przy­po­mi­nał tunel wyko­pany na potrzeby drogi dwu­pa­smo­wej niż chod­nik dla pie­szych. W oddali widzia­łem kilka odnóg. Przy pierw­szej z nich poja­wiło się miga­jące świa­tełko. Wyglą­dało na jakiś znak, ale nie byłem w sta­nie odczy­tać go z takiej odle­gło­ści.

– Aua! – wrza­sną­łem, gdy Pączuś wgry­zła mi się w rękę. Upu­ści­łem ją na zie­mię, a ona popę­dziła w głąb kory­ta­rza. Zatrzy­mała się po jakichś dzie­się­ciu susach, spo­glą­da­jąc na mnie ze zmie­sza­nym i prze­stra­szo­nym wyra­zem pyszczka.

Zro­bi­łem krok w jej stronę, a drzwi zatrza­snęły się za mną. Świa­tło z przed­sionka znik­nęło i wokół nas zapa­no­wała znowu ciem­ność.

Witaj, zawod­niku! Zna­la­złeś się na pozio­mie pierw­szym!

To był nowy głos. Na­dal brzmiał męsko, ale sły­chać w nim było nad­miar entu­zja­zmu, zupeł­nie jak w gło­sie gospo­da­rza tele­tur­nieju. Nie mówiła ta sama osoba ani ten sam gło­śnik z pierw­szego ogło­sze­nia. Słowa poja­wiały się w powie­trzu przede mną i jed­no­cze­śnie roz­brzmie­wały w mojej gło­wie. Ina­czej niż w przy­padku okienka ze wska­zów­kami, tego komu­ni­katu nie mogłem w żaden spo­sób zamknąć. To było bar­dziej jak film z napi­sami.

W pra­wym gór­nym rogu mojego pola widze­nia poja­wiło się odli­cza­nie: 4 dni, 23 godziny, 48 minut. Powio­dłem ręką po cyfrach. Nie znik­nęły. Zamkną­łem oczy i wyświe­tlony czas znik­nął. Z ner­wów kłuło mnie w żołądku.

Pączuś utrzy­my­wała pozy­cję o kilka kro­ków przede mną, ale też machała ner­wowo ogo­nem, wpa­tru­jąc się w powie­trze przed sobą. Cho­lera, pomy­śla­łem. Ona też to widzi. Cokol­wiek to było, oddzia­ły­wało na kocią tłu­ścioszkę tak samo jak na mnie.

– Pączuś – zawo­ła­łem do niej. – Zostań ze mną.

Kotka, jak to kotka, zupeł­nie mnie zigno­ro­wała. Jed­nak gdy na nią spoj­rza­łem, poczu­łem to samo pra­wie nie­do­strze­galne mro­wie­nie co wtedy, gdy patrzy­łem na drzwi. Skon­cen­tro­wa­łem się bar­dziej i nad jej główką wysko­czyło okno z infor­ma­cją.

zawod­nik #4119, Kró­lewna Pączuś poziom 1 rasa: kot klasa: nie­wy­brana

Zro­bi­łem krok naprzód z bole­sną świa­do­mo­ścią, że mia­łem na nogach za małe crocsy.

Zaata­ko­wało mnie jesz­cze wię­cej tek­stu.

Przy­pi­sano ci numer zawod­nika 4122. Przy­pi­sano ci imię zawod­nika Carl. Twoja przy­pi­sana rasa to czło­wiek. Twój obecny poziom to poziom pierw­szy. Możesz wybrać nową rasę i klasę, gdy tylko osią­gniesz poziom trzeci. Punkty zostały przy­pi­sane do two­ich para­me­trów zgod­nie z obec­nym pro­fi­lem fizycz­nym i men­tal­nym. Wię­cej infor­ma­cji znaj­dziesz w menu „para­me­try”.

Menu? Zaczą­łem się zasta­na­wiać, jak je przy­wo­łać. Zanim do tego dosze­dłem, przy­tło­czyła mnie kolejna ściana tek­stu.

Gra­tu­la­cje! Zdo­by­wasz pierw­sze osią­gnię­cie: Stara Kociara. Wsze­dłeś do Lochu w towa­rzy­stwie kota. Czy to nie słod­kie? Nagroda: otrzy­mu­jesz Brą­zową Skrzynkę dla Pupila! Nowe osią­gnię­cie: Stara Kociara Prze­cie­raczka Szlaków. Jesteś pierw­szym zawod­ni­kiem w histo­rii, który wszedł do Lochu w towa­rzy­stwie kota. Musisz naprawdę go kochać. Szkoda, że oboje na pewno zgi­nie­cie wkrótce bole­sną śmier­cią. Albo i nie? Zobacz, jaką wła­śnie otrzy­ma­łeś nagrodę! Nagroda: Legen­darna Skrzynka dla Pupila! Nowe osią­gnię­cie: Ranny Ptaszek. Jesteś jed­nym z pierw­szych pię­ciu tysięcy zawod­ni­ków, któ­rzy weszli do Lochu. Naiw­niaku! Nagroda: otrzy­mu­jesz Srebrną Skrzynkę Poszu­ki­wa­cza Przygód! Nowe osią­gnię­cie: Puste Kieszenie. Nie zabra­łeś ze sobą żad­nego ekwi­punku ani zapa­sów. Kom­plet­nie nic. Zda­jesz sobie sprawę, że na­dal musisz jeść, prawda? Nagroda: otrzy­mu­jesz Brą­zową Skrzynkę Poszu­ki­wa­cza Przygód! Nowe osią­gnię­cie: Dla­czego Nie Masz Spodni? Wsze­dłeś do Lochu bez spodni. Typie, ogar­nij się! Nagroda: otrzy­mu­jesz Złotą Skrzynkę zUbraniami! Nowe osią­gnię­cie: Walka Bez Broni. Więc serio wpa­ro­wu­jesz do miej­sca o nazwie „Loch” i nie zabie­rasz ze sobą żad­nej broni? Albo jesteś odważ­niej­szy, niż wyglą­dasz, albo strasz­nie głupi. Powo­dze­nia bez broni, Van Damme! Nagroda: otrzy­mu­jesz Brą­zową Skrzynkę zBronią! Nowe osią­gnię­cie: Samotnik.\\ Wsze­dłeś do Lochu bez żad­nych ludz­kich towa­rzy­szy. Nikt cię nie nauczył, że w kupie raź­niej? Nagroda: żadna. Ha, ha! Typie, jesteś skoń­czony.

Patrzy­łem jesz­cze na ostat­nie słowa, gdy roz­pły­wały się w powie­trzu.

„Jesteś skoń­czony”.

Pączuś znowu biła łap­kami o powie­trze.

– Menu – powie­dzia­łem. Nic się nie wyda­rzyło. – Para­me­try – spró­bo­wa­łem ponow­nie, ale bez skutku.

Jak mia­łem szu­kać infor­ma­cji? Komu­ni­kat powie­dział, że otrzy­ma­łem całą serię czego… skrzy­nek? Jak skrzynki z łupem? Tak to z całą pew­no­ścią brzmiało. Musiało to ozna­czać, że dosta­łem jakiś inwen­tarz z ekwi­pun­kiem. Przy­po­mnia­łem sobie słowa z pierw­szego ogło­sze­nia o koniecz­no­ści zna­le­zie­nia szko­le­nia. Pod­nio­słem wzrok na neon jaśnie­jący jakieś sto metrów w głębi ciem­nego tunelu. Czy to było to?

Zaczą­łem truch­tać w kie­runku znaku. Miną­łem Pączuś, która sie­działa na ziemi, liżąc sobie łapkę i dra­piąc się nią po gło­wie. Po chwili mia­łem wra­że­nie, że wes­tchnęła i zde­cy­do­wała się iść za mną.

Neon gło­sił „Gil­dia szko­le­niowa DA” ze strzałką wska­zu­jącą na wąską, ciemną uliczkę. Zatrzy­ma­łem się. Odgłos moich kro­ków roz­le­gał się echem w wiel­kim, pustym tunelu. Spoj­rza­łem w ciem­ność. Wszystko było czarne jak smoła.

Za moimi ple­cami Pączuś zamiau­czała z tro­ską.

Wsze­dłem do uliczki.

Nowe osią­gnię­cie: Wpa­dłeś wOczy­wi­stą Pułapkę.

Nagroda: cóż, jeśli ist­nieje niebo i nie byłeś zbyt wiel­kim dup­kiem, to może cię tam wpusz­czą. Bo zaraz spo­tkasz swo­jego Stwórcę!

Roz­bły­sły trzy świa­tła, ośle­pia­jąc mnie. Zakry­łem rękami oczy i cof­ną­łem się o krok. Zasy­czało coś mecha­nicz­nego i z rykiem włą­czyło się coś jak sil­nik parowy. Usły­sza­łem piskliwy śmiech.

Odwró­ci­łem się i pobie­głem. Oba moje crocsy odle­ciały w siną dal, gdy skrę­ci­łem z powro­tem do głów­nego tunelu, kie­ru­jąc się w stronę odwrotną do tej, z któ­rej przy­sze­dłem, scho­dząc scho­dami. Pączuś zamiau­czała z nie­za­do­wo­le­niem i popę­dziła za mną.

Zary­zy­ko­wa­łem szyb­kie spoj­rze­nie przez ramię i zoba­czy­łem, jak maszyna wypala z bocz­nej uliczki, pra­wie zde­rza się ze ścianą, po czym zaczyna powoli skrę­cać w moją stronę.

Była wiel­ko­ści trak­tora i jechała na gąsie­ni­cach jak czołg. Zbu­do­wano ją z nie­pa­su­ją­cych do sie­bie pordze­wia­łych kawał­ków metalu i wyglą­dała, jakby miała lada moment się roz­paść. Front tej śmier­cio­no­śnej machiny zaj­mo­wało jeżące się od gwoź­dzi ogromne wiru­jące koło. Na górze tego niby-trak­tora stały trzy zie­lone huma­no­idalne potwory, które wrzesz­czały i wska­zy­wały pal­cami w moją stronę. Miały nieco ponad metr wzro­stu i ubrane były w skó­rzane łach­many. Jeden z nich nosił na gło­wie kuchenny gar­nek. Stę­kał i pokrzy­ki­wał, obsłu­gu­jąc układ ste­ro­wa­nia. Z kilku rur uno­sił się czarny dym. Koło wiru­jące z przodu fur­ko­tało coraz szyb­ciej, gdy maszyna wyko­nała do końca zakręt i ruszyła pro­sto na mnie.

Otwo­rzyło się okno ze wska­zówką.

Mor­der­czy Mor­do­żer Gobli­nów – maszyna Urzą­dze­nie zbu­do­wane przez gobliny i napę­dzane parą wodną, by roz­jeż­dżać i mor­do­wać niczego nie­podej­rze­wa­ją­cych zawod­ni­ków w Lochu. Mam nadzieję, że odno­wi­łeś szcze­pionkę prze­ciw tęż­cowi!

Trzy następne okna otwo­rzyły się nad załogą maszyny.

Goblin – poziom 2 Mały, zie­lony i cwany. Wszel­kie braki w budo­wie fizycz­nej gobliny nad­ra­biają entu­zja­zmem.

Trzeci z gobli­nów, ten z garn­kiem na gło­wie, był opi­sany w inny spo­sób.

Goblin Inży­nier – poziom 3 Inży­nie­ro­wie. Incele gobli­niego świata. Trudno im się umó­wić na randkę, przez co są jesz­cze bar­dziej wkur­wieni. Jeśli w waszej dru­ży­nie znaj­dują się kobiety, zaata­kują je jako pierw­sze.

Nie mia­łem czasu zasta­no­wić się ani nad bez­denną głu­potą tych żar­tów, ani nad fak­tem, że po raz pierw­szy w życiu mie­rzy­łem się z grupą praw­dzi­wych, żywych potwo­rów, które chciały mnie zabić. Popę­dzi­łem w głąb kory­ta­rza, aż dobie­głem do kolej­nych roz­sta­jów. Mogłem biec pro­sto, w lewo albo w prawo. Po pra­wej stro­nie znaj­do­wał się słabo oświe­tlony kory­tarz, o połowę węż­szy niż obecny, lecz na­dal dość sze­roki, by gobliny mogły nas ści­gać. Lewa odnoga pro­wa­dziła do wąskiego i ciem­nego kory­ta­rza, o wiele za cia­snego dla bul­do­żera.

Oczy­wi­stym wybo­rem byłaby ucieczka ciem­nym i wąskim kory­ta­rzem. Zawa­ha­łem się. Droga była zbyt oczy­wi­sta. Wyczu­łem kolejną pułapkę. Nie mogłem iść pro­sto, bo kolejne roz­wi­dle­nie znaj­do­wało się za daleko i maszyna na pewno zdą­ży­łaby mnie dogo­nić.

Skrę­ci­łem w prawo. Pączuś pobie­gła za mną, pra­wie przy mojej nodze, co było bar­dzo nie w jej stylu.

Ten nowy kory­tarz był sze­roki jak zwy­czajna ulica, z gład­kim sufi­tem na wyso­ko­ści jakichś pię­ciu metrów. Na cegla­nych ścia­nach i sufi­tach rosły świe­cące poro­sty, przez co cały kory­tarz roz­ja­śniał wid­mowy blask. Gobliny za moimi ple­cami popi­ski­wały, pró­bu­jąc sku­tecz­nie manew­ro­wać mor­do­że­rem. Urzą­dze­nie potrze­bo­wało spo­rej prze­strzeni, by zakrę­cić, więc dogo­nie­nie mnie musiało zająć im co naj­mniej minutę.

Przed nami poja­wiło się następne skrzy­żo­wa­nie. Lecz tuż przed nim wypa­trzy­łem poje­dyn­cze drew­niane drzwi w ścia­nie kory­ta­rza. Napis na nich gło­sił tym samym kolo­rem, co ciem­no­czer­wone ceglane ściany, „Gil­dia Szko­le­niowa”. Słowa napi­sano w tym samym dziw­nym języku, co wcze­śniej.

Jak tylko prze­czy­ta­łem szyld, nad nazwą na drzwiach poja­wiła się świe­cąca zie­lona ramka pod­kre­śla­jąca nazwę.

Nowe osią­gnię­cie! Odkry­łeś iprze­czy­ta­łeś ofi­cjalny znak wLochu. Łał. Więc jed­nak potra­fisz czy­tać! Gra­tu­la­cje. Nagroda: wszyst­kie znaki w Lochu będą od tej pory pod­świe­tlone i łatwiej­sze do zna­le­zie­nia. Pobli­skie gil­die poja­wią się na two­jej mini­ma­pie.

Mini­ma­pie? Naprawdę powi­nie­nem ją zna­leźć. Goblini bul­do­żer znowu zakli­no­wał się na zakrę­cie i jeden z gobli­nów na pozio­mie dru­gim krzy­czał i walił kij­kiem w gar­nek na gło­wie inży­niera. Trzeci spoj­rzał na mnie i potrzą­snął pię­ścią.

Czy pójdą za mną do gil­dii? Nie wie­dzia­łem. Chwy­ci­łem za brą­zową klamkę i spró­bo­wa­łem ją prze­krę­cić.

Drzwi nie otwo­rzyły się. Musiały być zamknięte.

– Co, do cho­lery?! – krzyk­ną­łem. Wal­ną­łem pię­ścią w drzwi. – Hej! – zawo­ła­łem. – Jest tam kto?

Dwa gobliny z poziomu dru­giego naj­wy­raź­niej zarzu­ciły cze­ka­nie, aż maszyna weź­mie zakręt, bo zesko­czyły z niej i zaczęły biec w moją stronę. Nie miały zbroi, ale dzier­żyły coś, co wyglą­dało jak drew­niane patyki z ana­na­sem na czubku. Za moment nas dogo­nią. Przy mojej nodze Pączuś zaczęła war­czeć i syczeć.

Z dru­giej strony drzwi dobiegł dźwięk brzę­czą­cych łań­cu­chów i prze­krę­ca­nych zam­ków. Drzwi drgnęły i uchy­liły się lekko. Dostępu do środka bro­nił teraz już tylko ostatni łań­cuch.

W szcze­li­nie uka­zała się bro­data szczu­ro­wata postać. Ledwo mogłem dostrzec jej rysy twa­rzy, ale była o głowę niż­sza ode mnie. Czyli tro­chę wyż­sza od gobli­nów, ale nie bar­dzo.

– Czego chcesz? – ode­zwała się. – Taki motłoch jak wy nie ma tutaj wstępu. Wiesz prze­cież!

– Ej, to gil­dia szko­le­niowa, prawda? Głos powie­dział, że mam tutaj przyjść!

Oko patrzące na mnie roz­warło się sze­rzej.

– J-jesteś… zawod­ni­kiem?! Cze­kaj. – Postać cof­nęła się, jakby chciała lepiej mi się przyj­rzeć. Natych­miast przy­po­mniał mi się Mistrz Splin­ter z Teenage Mutant Ninja Tur­tles. – Fak­tycz­nie, jesteś zawod­ni­kiem! Na jego lewy sutek, znowu się otwo­rzy­li­śmy i nawet nie zauwa­ży­łem! Musia­łem prze­spać ogło­sze­nie. Nikt nic nie mówi sta­remu Mor­de­ca­iowi! Wcze­śniej mie­li­śmy listę mej­lin­gową. Docho­dziła raz na parę cykli, zawsze o cza­sie. Ale potem po pro­stu prze­stała. Pew­nie znowu cię­cia budże­towe. Zawsze tylko ogra­ni­czają wydatki. Byłem pewien, że nie otwie­ramy się jesz­cze przez dwa lata!

– Weź, wpuść mnie – prze­rwa­łem mu. Odwró­ci­łem się, sta­jąc twa­rzą w twarz z dwoma gobli­nami, które do nas dobie­gły. Jeden prze­szedł na lewo. Drugi odciął mi drogę ucieczki. – Otwórz te cho­lerne drzwi! – wykrzyk­ną­łem.

Jeden z gobli­nów powie­dział coś do szczu­ro­wa­tego huma­no­ida po dru­giej stro­nie drzwi, który naj­wy­raź­niej nazy­wał się Mor­de­cai. Nie rozu­mia­łem ich języka. Skła­dał się z posa­py­wań i pisków. Mor­de­cai odpowie­dział im po gobli­niemu i obaj się zaśmiali.

– Wybacz, zawod­niku. Byłeś zbyt powolny – powie­dział Mor­de­cai przez uchy­lone drzwi. – Nie mogę ci otwo­rzyć, jeśli moby są tuż obok. Zasady to zasady.

– Ja byłem zbyt wolny?! – wykrzyk­ną­łem.

Przy­bra­łem pozy­cję obronną. Jeden z gobli­nów zaata­ko­wał, mie­rząc we mnie kij­kiem. Ana­nas na jego czubku zsu­nął się, gdy goblin się zamach­nął, i spadł na zie­mię z gło­śnym pla­śnię­ciem. Goblin zaklął i usu­nął go kop­nia­kiem. Cof­ną­łem się o krok. Mię­dzy moimi nogami stała Pączuś, plu­jąc i sycząc.

– To cho­ciaż powiedz mi, jak otwie­rać te cho­lerne skrzynki z łupem!

Mor­de­cai mil­czał przez moment, jakby roz­wa­żał, czy powi­nien mi odpo­wie­dzieć.

– Są w zakładce Nagrody i Skrzynki w twoim ekwi­punku – rzekł w końcu. – Ale nie masz jesz­cze do nich dostępu, młody.

– To jak mogę zyskać do nich dostęp?

Drugi goblin, na­dal z ana­na­sem na końcu swo­jego kijka, zamie­rzył się na mnie, ale kom­plet­nie spu­dło­wał. Z bli­ska gobliny wyglą­dały z grub­sza jak w fil­mach i grach kom­pu­te­ro­wych. Niskie, zie­lone, pra­wie kom­plet­nie łyse, ze spi­cza­stymi uszami, kości­stymi twa­rzami i ostrymi zębami. Chwilę mnie to zafra­po­wało. Wyglą­dało na to, że kosmici mieli cał­kiem nie­złe poję­cie o ziem­skiej mito­lo­gii i popkul­tu­rze.

Daleko za nami mor­do­żer wresz­cie porząd­nie się wyco­fał i wziął zakręt. Z łomo­tem popę­dził kory­ta­rzem pro­sto na nas.

– No tak, musisz naj­pierw przejść szko­le­nie.

Goblin z ana­na­sem znowu się na mnie zamach­nął. Odcze­ka­łem, aż kijek minie naj­wyż­szy punkt łuku, który miał zakre­ślić, i pod­sze­dłem bli­żej. Wal­ną­łem goblina pro­sto w nos, a potem doło­ży­łem mu sier­po­wym w prawą skroń. Natych­miast padł na zie­mię. Gdy tylko go ude­rzy­łem, nad jego głową poja­wił się pasek. Z punk­tami życia, zda­łem sobie sprawę. Nie było go widać, póki goblin nie doznał obra­żeń. Pasek zro­bił się krót­szy o ponad połowę, prze­cho­dząc z zie­lo­nej w czer­woną barwę. Gobli­nowi zostało nie­wiele życia.

Uzna­łem, że to cał­kiem nie­zły wynik, ale nie dobry. Osta­tecz­nie to było pra­wie jak­bym ude­rzył dzie­się­cio­let­nie dziecko.

Drugi goblin spoj­rzał z otwar­tymi ustami na swo­jego towa­rzy­sza, po czym odwró­cił się na pię­cie i popę­dził z powro­tem do bul­do­żera.

Bolały mnie pię­ści. Od lat nie bra­łem udziału w praw­dzi­wej bójce. Więk­szość służby w straży przy­brzeż­nej spę­dzi­łem na pokła­dzie kutra jako tech­nik maszy­nowy. Ni­gdy nie mia­łem do czy­nie­nia z kon­fron­ta­cją w jakich­kol­wiek siłach mun­du­ro­wych. To rze­kł­szy, więk­szość ludzi, któ­rych pozna­łem, nie zda­wała sobie sprawy, że w straży musimy aż tyle tre­no­wać. Ludzie uwa­żali nas za prze­re­kla­mo­wa­nych ratow­ni­ków. Nie mieli poję­cia, że nas też uczono walki wręcz.

– Ale jak mam to zro­bić, jeśli nie otwie­rasz tych cho­ler­nych drzwi! – wrza­sną­łem, kopiąc leżą­cego goblina w żebra. Usły­sza­łem bar­dzo satys­fak­cjo­nu­jące chrup­nię­cie. – Nie możesz mnie wpu­ścić teraz?

– To tak nie działa, młody – oświad­czył Mor­de­cai. – Nie możemy pozwo­lić, by nie­wy­tre­no­wani zawod­nicy włó­czyli się po Lochu. Sam rozu­miesz. Poza tym skrzynki wolno otwie­rać tylko w bez­piecz­nej stre­fie. A o ile nie jesteś skoń­czo­nym idiotą, zda­jesz sobie na pewno sprawę, że się w niej teraz nie znaj­du­jesz.

Pasek życia goblina prze­su­nął się dalej w ciemną czer­wień, ale stwór na­dal nie umarł. Jakaś odle­gła część mnie była prze­ra­żona, że chcia­łem zabić tę istotę. Mimo że był uzbro­jony, bar­dzo łatwo było zro­bić mu krzywdę. Ale jeden rzut oka na mor­do­żer, który zatrzy­mał się, żeby zabrać ze sobą dru­giego goblina, wystar­czył, by uwol­nić mnie od wszel­kich skru­pu­łów. Chwy­ci­łem nie­przy­tom­nego goblina obiema rękami za głowę i wal­ną­łem nią o kamie­nie. Wali­łem raz po raz, póki jego pasek życia kom­plet­nie nie znik­nął.

– Ejże, ejże! – zawo­łał Mor­de­cai. – Ejże, prze­stań!

– Po czy­jej ty w ogóle jesteś stro­nie? – zapy­ta­łem, odwra­ca­jąc się do niego.

Zda­łem sobie jed­nak sprawę, że nie mówił do mnie.

– Nie możesz tu wejść! – mówił na­dal, odwró­cony do mnie ple­cami.

Pączuś. Mówił do cho­ler­nego kota. Pączuś uznała, że ma dość sie­dze­nia na kory­ta­rzu, i weszła do środka gil­dii przez uchy­lone drzwi.

Ściana tek­stu z nowymi osią­gnię­ciami poja­wiła się w powie­trzu razem z kil­koma innymi powia­do­mie­niami, ale zamiast prze­wi­jać się przed moimi oczami jak poprzed­nio, stały się zale­d­wie maleń­kimi komu­ni­ka­tami w lewym gór­nym rogu pola widze­nia. Zda­łem sobie sprawę, że mogłem na nie tele­pa­tycz­nie klik­nąć, tylko nie teraz. Sztuczna inte­li­gen­cja – czy czym­kol­wiek było to, co zarzą­dzało całym tym cyr­kiem – naj­wy­raź­niej zda­wała sobie sprawę, że to nie był wła­ściwy moment, by zakry­wać połowę mojego pola widze­nia bzdu­rami zwią­za­nymi z grą. Nie kiedy zmie­rzało w moją stronę praw­dziwe nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Otwórz te jebane drzwi! – wrza­sną­łem.

– Młody, zabierz to swoje zwie­rzę – zażą­dał Mor­de­cai, zwra­ca­jąc się w moją stronę z dziw­nym odcie­niem paniki w gło­sie. – Wpadnę w kło­poty, jeśli dowie­dzą się, że pozwo­li­łem zawod­ni­kowi wśli­zgnąć się tutaj wbrew regu­łom.

– Otwórz drzwi – powtó­rzy­łem. – Sam zobacz. Nikogo tu nie ma, ale za pięć sekund to się zmieni. Wpuść mnie!

Drzwi się zatrza­snęły, łań­cuch zabrzę­czał, po czym drzwi otwo­rzyły się na oścież. Wpa­dłem do środka, gdy nad­je­chał bul­do­żer, roz­jeż­dża­jąc gobli­nie ciało. Zaskrze­czały hamulce, ale mor­do­żer pędził naprzód, pędzony siłą bez­wład­no­ści, śli­zga­jąc się na zwło­kach i roz­ma­zu­jąc je na całej dłu­go­ści kory­ta­rza. Dwa gobliny odwró­ciły się i spoj­rzały mi w oczy, a ja poka­za­łem im wiel­kiego fakulca. Zapisz­czały z wście­kło­ści, a ja zatrza­sną­łem drzwi.

3

Gdy drzwi się zamknęły, wyświe­tliło się powia­do­mie­nie.

Gil­dia Szko­le­niowa To bez­pieczna prze­strzeń. Uwaga! Odli­cza­nie poziomu pierw­szego jest na­dal aktywne!

– Nie powi­nie­nem był cię wpusz­czać – oświad­czył Mor­de­cai, zała­mu­jąc ręce.

Przyj­rza­łem mu się bli­żej. Miał na sobie czarną kami­zelkę i nie­bie­skie spodnie. Na stopy wsu­nął parę zno­szo­nych san­da­łów. Nad jego głową otwo­rzyło się okno z infor­ma­cjami.

Mor­de­cai. Szczu­rzy Chu­li­gan – poziom 50 Mistrz tej gil­dii. Ten NPC nie wal­czy. Chu­li­gani to naj­cwańsi, naj­szybsi i naj­brzydsi spo­śród szczu­ro­lu­dów. Nie są tak napa­ko­wani jak Szczu­rzy Bru­tale ani tak sko­rzy do dowa­le­nia ci w tyłek kulą ognia jak Szczu­rzy Sza­mani, ale repre­zen­tują naj­lep­sze z obu tych świa­tów. Są silni fizycz­nie i w wystar­cza­ją­cym stop­niu opa­no­wali magię.

Zamkną­łem okno. Przez drzwi na­dal było sły­chać docho­dzący z zewnątrz zgrzyt gobli­niej maszy­ne­rii.

Tele­pa­tycz­nie klik­ną­łem na pierw­sze z kilku okie­nek z infor­ma­cjami blo­ku­ją­cych mi wizję.

Błąd. Nie możesz zamknąć tego okna, póki nie ukoń­czysz szko­le­nia.

Wszyst­kie okna znik­nęły, zastą­pione poje­dyn­czym fol­de­rem, który zaczął błysz­czeć.

Sta­łem w sze­ro­kim pomiesz­cze­niu wiel­ko­ści szkol­nej klasy. Jedną stronę pokoju zaj­mo­wały komi­nek i łóżko. Po lewej na ścia­nie znaj­do­wało się kilka pó­łek wypeł­nio­nych cha­otyczną kolek­cją przed­mio­tów. Było też kilka foto­gra­fii w ram­kach, przed­sta­wia­ją­cych pta­ko­po­dobne stwo­rze­nia. W dru­giej poło­wie pomiesz­cze­nia leżał jedy­nie wyświech­tany szary dywan o owal­nym kształ­cie i stało puste biurko. Tu i ówdzie roz­sta­wiono jakieś pół tuzina krze­seł przy­po­mi­na­ją­cych szkolne. Odwró­ci­łem się ponow­nie w stronę drzwi.

– Czy to jedyne wyj­ście? – zapy­ta­łem.

– Co? – Mor­de­cai nie zro­zu­miał. Nie zwra­cał na mnie uwagi. Sku­piony był na kocie.

– Hej, Morty! – zawo­ła­łem. – Czy te drzwi to jedyne wyj­ście?

– Mam na imię Mor­de­cai, młody. I tak, tak. Oczy­wi­ście.

– I te zie­lone gnojki będą tam na mnie cze­kać?

Pączuś wsko­czyła na wysoką półkę i prze­wró­ciła wazę. Wysy­pały się z niej pro­chy.

– Mamo! – zawo­łał Mor­de­cai, pędząc, by prze­go­nić kota. Się­gnął ręką do półki, ale była za wysoko. – Cho­lerne ciało – powie­dział, odwra­ca­jąc się do mnie. – Możesz mi to podać? I zabrać stąd tego kota? – Mor­de­cai kich­nął. – Chyba mam na niego uczu­le­nie.

Uzna­łem, że nie kich­nął z powodu kota, ale raczej uno­szą­cej się nad pro­chami chmury sza­rego pyłu.

– Cho­lera, czło­wieku – powie­dzia­łem. W myślach powta­rza­łem sobie, że muszę być ostrożny. Mor­de­cai nie wyglą­dał na moc­nego, ale miał poziom pięć­dzie­siąty. To musi zna­czyć, że jest kawa­łem moc­nego sukin­syna. – Możesz mi pomóc? Będą tam na mnie cze­kać czy nie?

– Tak. Praw­do­po­dob­nie. Cóż, to skom­pli­ko­wane. Jeden z nich może cze­kać. Ale drugi z pew­no­ścią wróci do ich klanu i wezwie pozo­sta­łych. Roz­wa­li­łeś temu bied­nemu gobli­nowi łeb. Daj im godzinę, a przyj­dzie tu cała rodzinka.

Po dru­giej stro­nie pokoju Pączuś odkryła pale­ni­sko, na któ­rym wesoło buzo­wał ogień. Roz­sia­dła się tuż przy nim, pod­nio­sła nogę i zaczęła się myć.

Cho­lera.

– Okej – powie­dzia­łem. – Nawet nie waż się zamy­kać tych drzwi. – Zła­pa­łem za klamkę i wysze­dłem z powro­tem na kory­tarz.

Ledwo zdą­ży­łem usły­szeć, jak zrzę­dzi „roz­no­sisz pro­chy mojej matki po całym…”, zanim trza­sną­łem drzwiami.

Goblini bul­do­żer minął drzwi o jakieś dzie­sięć metrów i był wła­śnie w trak­cie kolej­nego powol­nego zakrętu, by wró­cić tam, skąd przy­był. Inży­nier wje­chał maszyną pro­sto w ścianę. Wiru­jące koło z przodu pojazdu rzu­cało iskry, gdy kolce ocie­rały się o kamienną ścianę. Mar­twy goblin na­dal leżał roz­sma­ro­wany na pod­ło­dze. Jego ciało wyglą­dało jak pizza z kieł­basą i zie­loną papryczką w roz­mia­rze XXL, którą ktoś kilka razy prze­je­chał samo­cho­dem.

Oba pozo­stałe gobliny były do mnie zwró­cone ple­cami. Popę­dzi­łem do bul­do­żera.

Miał z tyłu małą dra­binkę. Wyglą­dała, jakby została zro­biona ze zwią­za­nych sznu­rem kości. Jeden z gobli­nów mógł w każ­dej chwili się odwró­cić. Musia­łem dorwać je natych­miast. Jeśli jeden z nich zdoła uciec i ostrzec człon­ków ich „klanu” czy jak­kol­wiek to się nazy­wało, będę miał prze­rą­bane. Naprawdę potrze­bo­wa­łem tej gil­dii ze szko­le­niem, więc nie pozo­sta­wało mi nic innego.

Chro­po­wate kości, z któ­rych zro­bione były stop­nie dra­biny, wbi­jały mi się w nagie stopy, gdy się wspi­na­łem. Zdła­wi­łem krzyk. Wsko­czy­łem na szczyt meta­lo­wej, war­czą­cej maszyny.

Mor­do­żer pra­co­wał tak gło­śno, że żaden z gobli­nów mnie nie zauwa­żył. W jego gór­nej czę­ści znaj­do­wała się jedy­nie wyło­żona futrami dziura z ławami na całej dłu­go­ści. Mimo futer pod­łoże pra­wie parzyło mnie w stopy. Śmier­działo paloną smołą i zwie­rzę­cym potem. Bul­do­żer mógł praw­do­po­dob­nie pomie­ścić jakieś pięć­dzie­siąt gobli­nów, nie licząc kie­rowcy, który miał wła­sne sie­dze­nie z przodu. Jakiś tuzin dźwi­gni, kur­ków i wibru­ją­cych uchwy­tów wysta­wał z pod­łoża w oko­licy tego kok­pitu. Wszystko to wibro­wało i pod­ska­ki­wało. Sie­dział tam goblin w garnku na gło­wie, wrzesz­cząc i posa­pu­jąc, gdy prze­krę­cał, obra­cał i popy­chał dźwi­gnie. Z wylo­tów całego mnó­stwa rur uno­siły się z sykiem dym i para. Maszyna dygo­tała jak kocioł cie­płow­ni­czy, który zaraz miał wybuch­nąć.

Gładki kamienny sufit tunelu był tutaj znacz­nie niż­szy niż w dłu­gim głów­nym kory­ta­rzu pro­wa­dzą­cym od scho­dów. Gdy sta­ną­łem wypro­sto­wany, mogłem dosię­gnąć go ręką. Pra­wie. Na­dal szo­ko­wała mnie sama myśl o całym małym światku zbu­do­wa­nym z takich przejść, tuneli i kory­ta­rzy.

Ruszy­łem naprzód i chwy­ci­łem zwy­kłego goblina, który na­dal ści­skał w ręku swój pozba­wiony ana­nasa kijek. Pra­wie nic nie ważył, co bar­dzo mnie zasko­czyło. Pod­nio­słem go, a on sap­nął z zasko­cze­nia. Bez­sku­tecz­nie spró­bo­wał tra­fić mnie kij­kiem. Z całej siły rzu­ci­łem go przed sie­bie. Wyle­ciał z bul­do­żera jak rakieta.

Pole­ciał pro­sto nad głową inży­niera, który dopiero teraz zare­ago­wał na moją obec­ność. Rzu­cony przeze mnie goblin tra­fił w ścianę tunelu, odbił się od niej i wylą­do­wał pro­sto na obro­to­wym kole maszyny. Fon­tanna czer­wieni oblała mnie i ostat­niego goblina.

Inży­nier wark­nął i bły­ska­wicz­nie wycią­gnął małe zakrzy­wione ostrze z przy­tro­czo­nej do boku pochwy. Zesko­czył ze swo­jego krze­sła i popę­dził pro­sto na mnie.

O kurde.

Poru­szał się znacz­nie szyb­ciej, niż się spo­dzie­wa­łem, i zdo­łał kom­plet­nie mnie zasko­czyć. Dopiero teraz przy­po­mnia­łem sobie, że nale­żał do innej klasy niż tam­tych dwóch i miał wyż­szy poziom. Dwa poziomy wię­cej niż ja sam.

To był idio­tyczny pomysł. Jak zwy­kła to powta­rzać Bea? „Zawsze bez chwili zasta­no­wie­nia na oślep bie­gniesz pro­sto w kło­poty!” Czy jakoś tak.

Kop­ną­łem goblina gołą stopą. Pozba­wiony kie­rowcy bul­do­żer z wyciem wci­nał się w ścianę kory­ta­rza. Dygot maszyny z każdą chwilą sta­wał się coraz gwał­tow­niej­szy. Po chwili cała ska­kała jak pralka z wiel­kim kamie­niem w bęb­nie.

Goblin wrzesz­czał coś do mnie w swoim gar­dło­wym języku.

– Jesteś teraz w moim świe­cie! – odwrza­sną­łem mu. – Musisz mówić moim języ­kiem, ty dziwny zie­lo­no­skóry gnojku!

Ku mojemu zasko­cze­niu goblin wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. Widać było, że mnie zro­zu­miał. Prze­rzu­cał nóż z ręki do ręki.

– Sam nie mówisz swoim języ­kiem – powie­dział. – Mówisz stan­dar­dem Syn­dy­katu, bez­myślny nie­wol­niku. Zapro­gra­mo­wali go pro­sto do two­jego tępego mózgu. Naprawdę sądzisz, że prze­trwasz…

Goblin nie zdo­łał dokoń­czyć zda­nia. Gdy był zajęty mono­lo­giem, sko­czy­łem naprzód, zerwa­łem mu z głowy gar­nek i wal­ną­łem go nim z całej siły. Małe, ostre zęby pole­ciały na wszyst­kie strony. Goblin się zato­czył. Wal­ną­łem go znowu. Zsu­nął się z boku mor­do­żera. Pasek życia poja­wił mu się nad głową, gdy tra­fi­łem go po raz pierw­szy, ale na­dal był zie­lony. Z pla­śnię­ciem ude­rzył o zie­mię i jęk­nął. Jego nóż poto­czył się po pod­ło­dze.

Wyj­rza­łem za kra­wędź maszyny. Goblin leżał na ple­cach. Trak­tor na­dal wił się i dygo­tał, ale powoli odsu­wał się coraz dalej od goblina, któ­rego pasek życia na­dal pozo­sta­wał w trzech czwar­tych pełny. Goblin ewi­dent­nie nie był już jed­nak w naj­lep­szej for­mie.

Zaczął sia­dać, gdy rzu­ci­łem w niego garn­kiem. Ku mojemu wła­snemu zadzi­wie­niu tra­fi­łem go pro­sto w czoło. Krzyk­nął raz i chwy­cił się dłońmi za kolejną ranę.

Oce­ni­łem dystans mię­dzy nami. Nie było to dużo. Może dwa, dwa i pół metra. Dawa­łem sobie radę z takimi odle­gło­ściami już jako dziecko.

Co mia­łem do stra­ce­nia? Zesko­czy­łem z bul­do­żera, celu­jąc nogami w klatkę pier­siową i brzuch goblina, który na­dal pró­bo­wał wstać.

Nie wiem, czy wspo­mnia­łem o tym wcze­śniej, ale to ważna infor­ma­cja. Mam metr osiem­dzie­siąt sie­dem wzro­stu. Ważę jakieś sto kilo i cho­ciaż nie mam już takiej formy jak pod­czas służby w straży, to od lat cho­dzę na siłow­nię co naj­mniej trzy razy w tygo­dniu, dba­jąc o masę. Uro­dzi­łem się z cia­łem, które z łatwo­ścią obra­stało w mię­śnie. Mój ojciec był szar­żu­ją­cym w fut­bolu ame­ry­kań­skim. Nawet moja matka miała metr sie­demdziesiąt pięć wzro­stu. A jej ojciec był środ­ko­wym dla dru­żyny Ore­gon State, zanim został straż­ni­kiem wię­zien­nym.

Chcę przez to powie­dzieć, że cał­kiem spory ze mnie gość. Mam masę. Goblin był bar­dzo mały i ledwo co ważył. Mój skok na niego z wyso­ko­ści bul­do­żera skoń­czył się mniej wię­cej tak, jak gdyby ktoś roz­bry­zgał wiel­kim mło­tem pączek z kon­fi­turą. Bie­dak nie miał naj­mniej­szych szans. Krew i mięso try­snęły ze wszyst­kich jego otwo­rów.

Mor­do­żer zaczął wyć jesz­cze gło­śniej. Spoj­rza­łem w dół na to, co zro­bi­łem, i nagle ogar­nęły mnie mdło­ści. Przede mną poja­wiły się kolejne powia­do­mie­nia. Na gra­nicy pola widze­nia uka­zało się okno ze wska­zówką. Odwró­ci­łem się w jego stronę.

Goblini Mor­der­czy Mor­do­żer – nie­uchronna eks­plo­zja kotła

Pod tek­stem poja­wiło się odli­cza­nie. Mia­łem tylko dwa­na­ście sekund, żeby uciec.

Cho­lerny świat! To zaraz eks­plo­duje!

Zwró­ci­łem się w stronę pokoju Mor­de­caia, led­wie trzy­dzie­ści metrów w głąb kory­ta­rza. Czy zdążę? Nie mia­łem czasu się zasta­na­wiać. Popę­dzi­łem przed sie­bie, poty­ka­jąc się i śli­zga­jąc na kamien­nych pły­tach. Otwo­rzy­łem bły­ska­wicz­nie drzwi i jed­nym susem wpa­dłem do środka. Z całej siły zatrza­sną­łem za sobą drzwi i przy­go­to­wa­łem się na eks­plo­zję.

Łubu-du! Wszystko zadrżało. Drzwi ugięły się pod siłą fali ude­rze­nio­wej, wypy­cha­jąc mnie na pod­łogę. Dzwo­niło mi w uszach. Ale osta­tecz­nie drzwi nie pękły i nie wyda­wało mi się, bym odniósł jakieś obra­że­nia. Pączuś sie­działa w kącie pokoju, cała nastro­szona, i syczała.

– Co ty zro­bi­łeś, do cięż­kiej cho­lery?! – zapy­tał Mor­de­cai, spo­glą­da­jąc ponad mną na drzwi. – Te drzwi są w sta­nie wytrzy­mać ude­rze­nie kine­tyczne z nisz­czy­ciela gwiazd. Ni­gdy jesz­cze nie widzia­łem, żeby aż tak się zatrzę­sły.

– O – powie­dzia­łem, wra­ca­jąc do pozy­cji sie­dzą­cej. Na­dal dzwo­niło mi w uszach. – Ten bul­do­żer gobli­nów zakli­no­wał się w ścia­nie i eks­plo­do­wał.

Mor­de­cai ski­nął powoli głową.

– Eks­plo­zja kotła. Miej­scowy sza­man musiał rzu­cić na niego zaklę­cie, na wypa­dek gdyby miało do tego dojść. Siła wybu­chu skon­cen­tro­wa­łaby się na naj­bliż­szych nie-gobli­nach. Mia­łeś szczę­ście, że zna­la­złeś się za tymi drzwiami. Skon­cen­tro­wana eks­plo­zja, nawet nie­wielka, posiada o wiele wię­cej ener­gii, niż sobie wyobra­żasz.

Uznaw­szy naj­wy­raź­niej, że zamie­sza­nie dobie­gło końca, Pączuś opu­ściła kąt pokoju i wró­ciła na swoje miej­sce koło ognia. Jej i tak zwy­kle puchata forma pozo­stała nieco bar­dziej napu­szona. Machała ogo­nem w górę i w dół. Widzia­łem wyraź­nie, że jest wście­kła.

– Twój stwór zro­bił kupę na pro­chy mojej matki – oznaj­mił Mor­de­cai, krę­cąc głową. – Kom­plet­nie nie było warto. Kom­plet­nie nie.

– A więc, panie Gil­dio Szko­le­niowa… – zaczą­łem, opie­ra­jąc się o ścianę. Bolały mnie stopy. Serce waliło mi w piersi jak osza­lałe. Byłem pokryty gobli­nią krwią. Mia­łem wra­że­nie, że surowe kawałki ham­bur­gera utknęły mi mię­dzy pal­cami u stóp. Wzdry­gną­łem się. „Potrze­buję butów”, pomy­śla­łem. „Butów i spodni”. – Co tu się, do cho­lery, dzieje? O co cho­dzi z tym Lochem? Czy wszy­scy naprawdę zgi­nęli? Co ja mam robić z tym całym gów­nem?

Przez głowę prze­mknął mi milion innych pytań. Wie­dzia­łem, że Mor­de­cai mógł się wściec i zała­twić mnie na miej­scu, ale czu­łem prze­możną chęć zła­pa­nia szczu­ro­luda za kami­zelkę i potrzą­śnię­cia nim, aż wypadną z niego wszyst­kie odpo­wie­dzi.

– I kim ty jesteś? Skąd się tu wzią­łeś? Co tak naprawdę…

Mor­de­cai pod­niósł obie ręce.

– Dobra, dobra, zwol­nij tro­chę, młody. Wiem, że jesteś spa­ni­ko­wany. Byłem kie­dyś na twoim miej­scu. Wszystko ci wyja­śnię. Po to tutaj jestem. Jed­nak zanim zacznę, muszę wam obojgu coś powie­dzieć. – Tu szczu­ro­lud prze­niósł wzrok na kota, który rzu­cił mu nie­chętne spoj­rze­nie. – Nazy­wam się Mor­de­cai i jestem tym, co nazy­wa­cie nie­wal­czą­cym enpe­cem. Jestem w tej samej pozy­cji, co wy. Tak jak wy jestem osobą, któ­rej świat został znisz­czony. To zda­rzyło się wiele, wiele lat sło­necz­nych temu. Byłem zawod­ni­kiem w Lochu tak jak wy. Dotar­łem do poziomu jede­na­stego i zro­zu­mia­łem, że nie dam rady przejść ani odro­biny dalej. Gdy dotrze­cie do poziomu dzie­sią­tego, dosta­je­cie kilka moż­li­wo­ści wyj­ścia z Lochu. Im głę­biej doj­dzie­cie, tym lep­sze są te opcje. – Mor­de­cai pod­szedł do półki, na któ­rej stała prze­wró­cona waza, po czym wziął do ręki zdję­cie pta­ko­po­dob­nych stwo­rzeń. Podał mi je. Wyglą­dało zupeł­nie jak zwy­kła foto­gra­fia w ramce. Jed­nak wyko­nane było z dziw­nego mate­riału, a zdję­cie przy­cięto w dziwny owal z odcię­tymi rogami.

– Tak naprawdę wyglą­dam – oznaj­mił Mor­de­cai. – To zdję­cie mojego brata. Uro­dzi­łem się jako nie­bop­tak, ale zosta­łem odmień­cem, gdy dotar­łem do trze­ciego poziomu Lochu. Zmie­niam postać za każ­dym razem, gdy prze­no­szą moją gil­dię. Gdy Loch zostaje otwarty po raz pierw­szy, pra­cuję w gil­dii takiej jak ta – cią­gnął. – Póź­niej, gdy trzeci poziom się zawali, mój pokój prze­no­szony jest do znacz­nie głęb­szego poziomu, a moja postać znów się zmie­nia. Więk­szość czasu spę­dzam na pracy w magicz­nej gil­dii, do któ­rej cho­dzi się kupo­wać zaklę­cia albo tre­no­wać, jeśli wybrało się magiczną ścieżkę roz­woju. W ciągu wszyst­kich moich lat pracy tylko garstka osób zdo­łała tam dotrzeć. Więk­szość zawod­ni­ków nie wydo­staje się poza dzie­siąty poziom.

– Więc odmie­niec to zmien­no­kształtny? – Przyj­rza­łem się obraz­kowi. Nie umia­łem powie­dzieć, czy to na pewno zdję­cie, czy może malo­wi­dło. Oczy przed­sta­wio­nej na nim postaci zda­wały się prze­wier­cać mnie na wylot. Nale­żały do zło­tej istoty podob­nej do orła, z aniel­skimi skrzy­dłami zło­żo­nymi na ple­cach.

– Tak – odparł Mor­de­cai i wes­tchnął. – Odtwo­rzyli dla mnie mój dom, łącz­nie ze wszyst­kim, co posia­da­łem, gdy posta­no­wi­łem zostać mistrzem gil­dii. Mia­łem tylko kilka chwil, żeby zabrać, co chcia­łem, zanim obró­cili wszystko w proch. Teraz za każ­dym razem, gdy prze­no­szę się do nowego świata, zmie­niają moją postać. Zawsze to coś innego, ale nie­odmien­nie należę do mobów z bie­żą­cego poziomu Lochu. Nie wiem dla­czego.

– Nie wie­rzę w ani jedno słowo – oświad­czy­łem. – Więc jeste­ście niby kosmi­tami? Każdy z innego świata? To jakim cudem ta gra czy cokol­wiek to jest wie, jak się poro­zu­mie­wamy? Nie­które z powia­do­mień wymie­niły Jean-Claude’a Van Damme’a i inceli!

Mor­de­cai ski­nął głową.

– Nie zapę­dzaj się. Każdy Loch jest skon­stru­owany spe­cjal­nie dla świata, w któ­rym się poja­wia. A oni poświę­cają dużo czasu… naprawdę dużo czasu, żeby upew­nić się, że tubylcy zro­zu­mieją grę i jej powia­do­mie­nia. Sta­wiają na auten­tycz­ność. Nie powi­nie­nem mówić ci niczego takiego, ale skoro będziesz się tu krę­cił, to lepiej, żebyś wie­dział, co się dzieje.

– Na­dal nie wiem, co się tu dzieje! – odpar­łem z rosnącą fru­stra­cją.

Mor­de­cai pokrę­cił głową.

– Wy, ludzie, wszy­scy jeste­ście tacy sami. To szó­sty albo siódmy świat obsiany ludźmi i zawsze to samo. Zawsze chce­cie wie­dzieć dla­czego. Czemu nie umie­cie po pro­stu zaak­cep­to­wać sytu­acji, w jakiej się zna­leź­li­ście, i żyć dalej? Mój lud, nie­bop­taki, zwy­kle umie prze­trwać dłu­żej niż wy. Wiesz dla­czego? Bo umiemy dosto­so­wać się do oko­licz­no­ści.

Przez kilka chwil nic nie odpo­wie­dzia­łem. Musia­łem naj­pierw cał­kiem sporo prze­tra­wić. „Obsiany ludźmi świat”? Czy to zna­czy, że ten buc z tele­wi­zora z dziw­nymi wło­sami, który wygła­szał wszyst­kie te nie­do­rzeczne teo­rie spi­skowe, tak naprawdę miał rację? Ludzie nie są wyjąt­kowi, lecz sta­no­wią uprawy cze­ka­jące na żniwa, dopóki… dopóki nie nastąpi to?!

Mor­de­cai dostrzegł wyraz oszo­ło­mie­nia na mojej twa­rzy i wes­tchnął.

– Dobrze, dobrze – powie­dział. – Przed­sta­wię ci wer­sję uprosz­czoną. – Przy­cią­gnął do sie­bie krze­sło i usiadł. Wska­zał mi gestem dru­gie krze­sło, usta­wione pośrodku owal­nego dywanu. – Lepiej się roz­gość.

4

Syndy­kat używa sze­ściu pod­sta­wo­wych gatun­ków do obsie­wa­nia świa­tów. Jed­nym z nich są ludzie. Syndy­kat znaj­duje kom­pa­ty­bilną pla­netę, umiesz­cza na niej ludzi, czeka parę tysięcy lat, po czym ujaw­nia się naj­więk­szej z powsta­łych osad. Zwy­kle robi to, jak tylko zaczyna for­mo­wać się cywi­li­za­cja, ale długo przed jaką­kol­wiek rewo­lu­cją prze­my­słową, i jak tylko znajdą jaki­kol­wiek sys­tem rzą­dów. Liczy się to jako „pierw­szy kon­takt”. Mam na myśli w sen­sie praw­nym. To pozwala im odcze­kać kilka kolej­nych tysięcy lat, by wró­cić i wyeks­plo­ato­wać pla­netę do cna.

– Ale jak?! – zapy­ta­łem. – To trwało jakąś sekundę!

Mor­de­cai wzru­szył ramio­nami.

– Tech­no­lo­gia poza zasię­giem two­jego poj­mo­wa­nia wydaje się magią. Jeśli o cie­bie cho­dzi, w tym miej­scu to jest magia. To jak w tym fil­mie Czar­no­księż­nik z Oz, tylko że ni­gdy nie zdo­łasz zaj­rzeć za kulisy.

– Widzia­łeś Czar­no­księż­nika z Oz?!

– Mistrzo­wie gil­dii mają całe lata, żeby przy­go­to­wać się na każdy nowy Loch. Młody, cze­ka­łem na tę chwilę dłu­żej, niż żyjesz. Pierw­sze zespoły przy­go­to­waw­cze przy­były na waszą pla­netę w latach tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stych, jak sądzę. Jak wyszła ta książka, Hob­bit. Opu­ści­łem poprzedni sys­tem i wsze­dłem w fazę przy­go­to­wań w roku sześć­dzie­sią­tym czwar­tym. Znam wasz świat i jego zwy­czaje tak samo dobrze jak ty. Mogłem nawet raz zmie­nić się w czło­wieka i przejść się po waszym świe­cie. Posze­dłem do Block­bu­ster Video i ukra­dłem całą górę fil­mów z Jame­sem Bon­dem. Nawet sobie nie wyobra­żasz, jak się cie­szy­łem, gdy wresz­cie zaczę­li­ście wszystko digi­ta­li­zo­wać.

– Jak długo jesteś mistrzem gil­dii?

Mor­de­cai pokrę­cił głową.

– Nie chcesz wie­dzieć. W każ­dym razie wasza pla­neta nie zgło­siła Ziemi jako nie­pod­le­głego tery­to­rium. Mie­li­ście na to pięć­dzie­siąt lat od pierw­szego kon­taktu, a pierw­szy kon­takt miał miej­sce kilka tysięcy lat temu. Jak zbu­do­wali tamte pira­midy. Kor­po­ra­cja Borant ma ogromne zale­gło­ści w eks­plo­ata­cji świa­tów i w końcu przy­szła kolej na was.

Zakrę­ciło mi się w gło­wie.

– Więc zabie­rają wszyst­kie nasze mine­rały?

– Mniej wię­cej. – Mor­de­cai ski­nął głową. – Borant han­dluje rzad­kimi pier­wiast­kami i tym podob­nymi. To, co osta­tecz­nie ze sobą zabiorą, zmie­ści się w poje­dyn­czym trans­por­cie. Nie wiem wiele o tej czę­ści pro­cesu. To wielki wszech­świat i wiele w nim miejsc do eks­plo­ata­cji. To jed­nak nie praw­dziwy powód, dla któ­rego tu jeste­śmy. Borant fak­tycz­nie czer­pie zyski z eks­plo­ata­cji, ale praw­dziwe pie­nią­dze są w grze. W Lochu.

– Jak to?

– Żar­tu­jesz sobie? Na Syn­dy­kat skła­dają się ponad trzy miliardy nie­za­leż­nych ukła­dów gwiezd­nych. Co sezon nowy Świat Lochu ma swój debiut w sieci. Kwa­dry­liony oby­wa­teli Syn­dy­katu dostają praw­dzi­wej obse­sji na tym punk­cie.

– Więc to jak reality show? Jak Survi­vor?

– Och, uwiel­bia­łem to! Jeśli o cie­bie cho­dzi, to tak, to reality show jak Survi­vor. Cho­ciaż w prak­tyce to bar­dziej Run­ning Man.

Odchy­li­łem się na krze­śle. Zna­la­złem się w reality show dla obcych. Kurde.

Bea zawsze chciała wystę­po­wać w tele­wi­zji. Brała udział w castin­gach do nie­zli­czo­nych reality show. Ja? Wolał­bym raczej, żeby mi wsa­dzili kijek w oko. Zasta­no­wi­łem się przez moment, gdzie ona może być i czy żyje. Pew­nie nie, uzna­łem. Gdy to się stało, na Baha­mach była chwila po pią­tej rano, co ozna­czało, że Bea pew­nie spała w pokoju hote­lo­wym. Pew­nie w łóżku z tym dup­kiem. A jeśli jakimś cudem prze­trwała, nie było mowy, żeby weszła do jed­nego z tuneli.

– Więc ktoś nas teraz ogląda? – zapy­ta­łem, roz­glą­da­jąc się wokoło.

Mor­de­cai zło­żył ręce.

– Zaraz do tego dojdę. Wygląda na to, że jesz­cze przez jakiś czas nikt do nas nie dołą­czy, więc możemy zacząć tuto­rial.

Prawa ręka Mor­de­caia roz­bły­sła na chwilę i ponow­nie poczu­łem to łasko­czące brzę­cze­nie w mózgu. Po dru­giej stro­nie pokoju Pączuś zasy­czała i mach­nęła łapką w powie­trzu.

Otrzy­ma­łeś dostęp do Menu.

Mój świat roz­bły­snął i poja­wiło się przede mną rów­no­cze­śnie kilka rze­czy. Długi zie­lony pasek – pasek życia, jak szybko zro­zu­mia­łem – zma­te­ria­li­zo­wał się na górze po pra­wej. Prze­su­nął lekko ekra­nik z odli­cza­niem. Mru­ga­jący fol­der na­dal znaj­do­wał się w gór­nym lewym rogu. Na dole po pra­wej stro­nie widzia­łem teraz mini­mapę.

– Otrzy­ma­łeś wła­śnie powia­do­mie­nie – powie­dział Mor­de­cai. – To powia­do­mie­nie zawod­nika. Ist­nieje ich kilka rodza­jów, ale ten widzisz tylko ty. Ist­nieją też różne wia­do­mo­ści od sys­temu, które widzą wszy­scy, bez względu na to, na któ­rym pozio­mie się znaj­dują. Mogą być dostar­czane za pomocą róż­nych gło­sów. Mamy także powia­do­mie­nie ogra­ni­czone do jakie­goś poziomu i tak dalej.

– W górze po lewej stro­nie mam świe­cący fol­der – powie­dzia­łem.

– To powia­do­mie­nia z gry i powia­do­mie­nia o zmia­nie sta­tusu. Pew­nie z walki sprzed kilku minut – wyja­śnił Mor­de­cai. – Nie kli­kaj w nie jesz­cze. Zaraz do nich doj­dziemy. Naj­pierw chcę, żebyś skon­cen­tro­wał się na mapie na dole po pra­wej. Spójrz pro­sto na nią i upew­nij się, że myślisz tylko o tym, że na nią patrzysz.

Zro­bi­łem, jak popro­sił, i mapa nagle uro­sła, wypeł­nia­jąc mi całe pole widze­nia. Było to pro­ste czarno-białe przed­sta­wie­nie kory­ta­rzy i kilku przy­pad­ko­wych wejść. Więk­szość terenu wokół nas nie była odkryta. Widzia­łem tylko obszary, przez które prze­szli­śmy, plus jakieś dwa­dzie­ścia metrów w każdą stronę. Pośrodku mapy, w budynku gil­dii, tkwiła zie­lona kropka. Obok niej widać było dwie dodat­kowe kropki – jedną nie­bie­ską i jedną białą. Sku­pi­łem się na nie­bie­skiej kropce i po chwili poja­wiła się nad nią adno­ta­cja.

Zawod­niczka Kró­lewna Pączuś

Nad białą kropką wid­niało:

Mistrz Gil­dii Mor­de­cai

Całe pomiesz­cze­nie roz­bły­sło na żółto, a gdy skon­cen­tro­wa­łem się na nim, mogłem tam odczy­tać:

Gil­dia Szko­le­niowa

Na zewnątrz w kory­ta­rzu znaj­do­wały się trzy znaki X. Klik­ną­łem na jeden z nich.

Ciało. Goblin – poziom 2

Pozby­łem się tego powia­do­mie­nia, po czym cała mapa wró­ciła do nor­mal­nych roz­mia­rów.

– Dobrze, dobrze – powie­dział Mor­de­cai. – Jak widzisz, jesteś zie­loną kropką, nie­bie­skie kropki to inni zawod­nicy, pod­czas gdy białe kropki to enpece, tacy jak ja, a moby będą czer­wone. Ist­nieje też kilka innych rodza­jów, ale z tymi pora­dzisz sobie w trak­cie. Przy oka­zji: żadni inni zawod­nicy ani moby nie widzą waszych menu, ale w cza­sie pobytu w tej gil­dii ja widzę wszystko, co jest na waszych moni­to­rach. Umiesz już otwie­rać i zamy­kać okna, to dobrze. Spró­buj teraz ponow­nie skon­cen­tro­wać się na mapie. Uszczyp­nij ją pal­cami, żeby się zmniej­szyła. Potem prze­suń ją wzdłuż ekranu. W ten spo­sób możesz sper­so­na­li­zo­wać swój wyświe­tlacz.

Trwało to jesz­cze przez jakiś czas: Mor­de­cai wyja­śniał, jak otwie­rać i zamy­kać poszcze­gólne menu na moim ekra­nie. Wystar­czyło, że o tym pomy­śla­łem, a poka­zy­wały mi się wszyst­kie opcje, dając dostęp do kilku fol­de­rów. Gdy przy­zwy­cza­iłem się już do tego, jakie to dziwne, że wszystko znaj­do­wało się w mojej gło­wie, sys­tem oka­zał się cał­kiem intu­icyjny.

Pierw­sze menu zawie­rało para­me­try. Jak wcze­śniej wspo­mnia­łem, kie­dyś gra­łem w erpegi – i zwy­czajne, i na kom­pu­te­rze – więc ta sek­cja nie­szcze­gól­nie mnie zasko­czyła. Moje para­me­try wyglą­dały nastę­pu­jąco:

Siła: 6 Inte­li­gen­cja: 3 Kon­dy­cja: 5 Zwin­ność: 5 Cha­ry­zma: 4

Zgod­nie z wyja­śnie­niem Mor­de­caia nie mogłem tych para­me­trów zmie­nić ręcz­nie. Jesz­cze nie. Przy każ­dym awan­sie na następny poziom mia­łem otrzy­mać trzy punkty do zuży­cia na popra­wie­nie para­me­trów, ale nie mogłem ich wyko­rzy­stać, póki nie wybiorę sobie rasy i klasy. A tego nie mogłem zro­bić przed dotar­ciem dwa pię­tra niżej. Na razie moje para­me­try mogły pod­wyż­szać się lub obni­żać na pod­sta­wie moich inhe­rent­nych atry­bu­tów umy­sło­wych i fizycz­nych z praw­dzi­wego życia. Mor­de­cai dodał rów­nież, że prze­ciętny czło­wiek posia­dał zwy­kle mię­dzy trzy a pięć punk­tów w każ­dym z tych pię­ciu para­me­trów, więc sześć punk­tów siły wyglą­dało naprawdę dobrze.

Póź­niej mogłem zna­leźć przed­mioty i elik­siry, które zmie­nia­łyby te war­to­ści cza­sowo albo per­ma­nent­nie, ale na razie nie mogłem z nimi wiele zro­bić.

– Dla­czego możemy wybrać klasę dopiero na trze­cim pozio­mie? – zapy­ta­łem.

Mor­de­cai wzru­szył ramio­nami.

– Cała ta ope­ra­cja wymaga wiele ener­gii. Oni pew­nie uwa­żają, że jeśli zdo­łasz dotrzeć do trze­ciego poziomu, to jesteś wart inwe­sty­cji, jaka jest potrzebna do trans­fi­gu­ra­cji. Klasa jest łatwa, ale zmiana rasy wymaga sporo wysiłku. Zosta­niesz fun­da­men­tal­nie zmo­dy­fi­ko­wany na pozio­mie komór­ko­wym. To byłby ogromny wyda­tek dla kogoś, kto i tak zosta­nie pożarty przez mucho­łapkę na pierw­szym pozio­mie.

Do tej pory nawet się nad tym nie zasta­na­wia­łem. Zda­łem sobie sprawę, że mogę zmie­nić się w zupeł­nie inną rasę. W grze kom­pu­te­ro­wej zde­cy­do­wał­bym się na to w ułamku sekundy. Ni­gdy nie gra­łem ludźmi, jeśli tylko mia­łem wybór. Jed­nak per­ma­nentna trans­for­ma­cja w coś innego? Sama myśl o tym spra­wiła, że dosta­łem mdło­ści, ale było to coś, co musia­łem prze­my­śleć i zmie­rzyć się z tym, gdy przyj­dzie na to czas.

Ziry­to­wała mnie tro­chę ta trójka przy inte­li­gen­cji. Przy­znaję, ni­gdy nie byłem szcze­gól­nie dobry z matmy, ale nie uwa­ża­łem się też za kom­plet­nego idiotę. Umia­łem napra­wić więk­szość urzą­dzeń elek­trycz­nych, jeśli przez jakiś czas mogłem prze­stu­dio­wać ich mecha­nizm. Mój ziom Billy Malo­ney – ten to był praw­dzi­wym imbe­cy­lem. W zeszłym tygo­dniu wyszli­śmy z baru, a on naszczał pro­sto na rower poli­cjanta, gdy ten wle­piał jakie­muś pija­nemu typowi man­dat za naru­sza­nie porządku publicz­nego. On dopiero zasłu­żył na trzy punkty inte­li­gen­cji, może nawet dwa.

Billy nie żyje, dotarło do mnie. Na­dal był w wię­zie­niu. Wysta­wili na niego nakaz aresz­to­wa­nia za nie­sta­wien­nic­two w sądzie, więc go zamknęli. Nie żyje jak wszy­scy inni na świe­cie. Ode­pchną­łem tę myśl jak naj­da­lej od sie­bie.

Gdy skoń­czy­łem narze­kać Mor­de­ca­iowi na moje punkty inte­li­gen­cji, uży­wa­jąc Billa jako przy­kładu, Mor­de­cai powie­dział:

– Inte­li­gen­cja pod­po­wie­działa ci, że rower nale­żał do poli­cjanta. Wie­dza spra­wiła, że nie odda­łeś na niego moczu. Wszy­scy mamy też w para­me­trach Wie­dzę, ale nie poja­wia się ona w menu. Wcze­śniej się tam znaj­do­wała, ale w końcu odkryli, że zmiana punk­tów przy­dzie­lo­nych do Wie­dzy dra­stycz­nie zmie­nia oso­bo­wość gra­cza, więc się tego pozbyli. Nie wiem, jaką Inte­li­gen­cję miał ten cały Billy, ale jego Wie­dza z całą pew­no­ścią nie miała war­to­ści pięć. Nie powi­nie­neś przej­mo­wać się trójką w Inte­li­gen­cji, chyba że chcesz się zająć spe­cja­li­za­cją zwią­zaną z magią. Naj­le­piej zro­bisz, kon­cen­tru­jąc się na czymś zwią­za­nym z Siłą.

To mnie pocie­szyło, a Mor­de­cai prze­szedł do następ­nej pozy­cji w menu.

– Ten ekran to naj­waż­niej­sze menu w całej grze. Twoje życie będzie zale­żeć od tych liczb.

Menu nazy­wało się Wskaź­niki. Klik­ną­łem na nie i wpa­dłem w stu­por.

WSKAŹ­NIKI odsłony: 0 obser­wu­jący: 0 dodali do ulu­bio­nych: 0 patroni: 0

Pierw­szy poziom Lochu był naj­wy­raź­niej nie­do­stępny dla widzów, więc wskaź­niki miały nie drgnąć, póki nie dotrę na poziom drugi.

Widzo­wie nie mieli w tej chwili dostępu do niczego, co się tu działo. W ciągu następ­nego dnia Borant miał jed­nak wypu­ścić nagra­nia z naj­lep­szymi momen­tami z otwar­cia Lochu. Jeśli wystą­pię pod­czas pre­miery pro­gramu albo któ­re­go­kol­wiek z nowych odcin­ków, będzie to ozna­czało wygraną na lote­rii. Zawod­nicy, któ­rych poka­zano w tele­wi­zji, zyski­wali miliardy odsłon i miliony obser­wu­ją­cych od pierw­szego wystą­pie­nia.

Bio­rąc pod uwagę liczbę ludzi w Lochu, szcze­rze wąt­pi­łem, żeby ktoś chciał poka­zać aku­rat mnie, więc jeśli chcia­łem prze­trwać, potrze­bo­wa­łem tego, co Mor­de­cai nazy­wał „hucpą” albo „tym czymś”.

– Musisz się wyróż­niać. Nie możesz po pro­stu zabić Wlo­ką­cego się Kwa­so­wego Palow­nika i odejść. Musisz zabić go w dobrym stylu, dostar­cza­jąc widzom roz­rywki. Może wymyśl sobie jakieś atrak­cyjne powie­dzonko. Pod­czas mojej wędrówki przez Loch zdo­ła­łem zgro­ma­dzić pra­wie trzy­dzie­ści milio­nów obser­wu­ją­cych i czte­rech patro­nów. Tylko dzięki temu prze­trwa­łem – pod­su­mo­wał Mor­de­cai.

– Prze­pra­szam, Wlo­kące się co?

– Wlo­kący się Kwa­sowy Palow­nik. Na dru­gim pozio­mie będzie się od nich roiło. Roz­bi­jają się na czte­rech nogach, są zie­loni i wło­chaci. Plują strzał­kami, które roz­pusz­czają ci skórę. Okropne stwo­rze­nia.

– Jezus Maria – odpar­łem. Na­dal nie mogłem pozbyć się uczu­cia, że śnię.

– Skon­cen­truj się, młody! – wark­nął na mnie Mor­de­cai. – Potwory nie są teraz ważne. Zna­czy są. Ale to, co teraz mówię, jest jesz­cze waż­niej­sze.

– Dobra, dobra. – Mach­ną­łem ręką, żeby kon­ty­nu­ował.

Mor­de­cai zaczął wyja­śniać, jak działa publicz­ność. Od dru­giego poziomu widzo­wie z całego wszech­świata będą mogli obser­wo­wać dowol­nego zawod­nika. Borant na­dal będzie wyświe­tlał naj­lep­sze momenty. Im dłu­żej zdo­ła­łem prze­trwać, tym lep­sze sta­wały się moje szanse na poja­wie­nie się w ich prze­glą­dzie. Gdy ktoś oglą­dał mnie dłu­żej niż osiem sekund, liczone to było jako odsłona. Ten wskaź­nik nie poma­gał mi ani mi nie szko­dził, ale sta­no­wił dobre źró­dło infor­ma­cji o tym, w jakim stop­niu byłem dla widzów inte­re­su­jący.

– Może ci się to nie podo­bać – ostrzegł Mor­de­cai – ale musisz teraz naprawdę uwa­żać. Pozy­ska­nie patro­nów jest klu­czowe dla two­jego prze­ży­cia. W Lochu znaj­duje się mnó­stwo dobrej jako­ści łupów, które pomogą ci prze­trwać, ale naj­lep­szy łup pocho­dzi od two­ich dobro­czyń­ców. Patro­nów. Odsłony pro­wa­dzą do zwięk­sze­nia liczby obser­wu­ją­cych. To, że ktoś cię obser­wuje, ozna­cza, że jakiś widz dodał twój numer zawod­nika do zakła­dek. Więk­sza liczba obser­wu­ją­cych pro­wa­dzi do poja­wie­nia się tych, któ­rzy dodali cię do ulu­bio­nych. To coś zasad­ni­czo pozy­tyw­nego. Ozna­cza, że widzo­wie dostają w cza­sie rze­czy­wi­stym powia­do­mie­nia o two­ich para­me­trach i aktu­al­nym sta­tu­sie. Otrzy­mują powia­do­mie­nia, gdy wal­czysz. Jeśli ktoś dodał cię do ulu­bio­nych, naprawdę chce wie­dzieć, jak ci idzie. Każdy widz może mieć ogra­ni­czoną liczbę zawod­ni­ków w ulu­bio­nych, więc powi­nie­neś to uwa­żać za wyróż­nie­nie. Jed­nakże – kon­ty­nu­ował Mor­de­cai – osta­tecz­nie naj­bar­dziej liczą się patroni. Doda­wa­nie do ulu­bio­nych zawsze w końcu pro­wa­dzi do pozy­ska­nia patro­nów. To zazwy­czaj orga­ni­za­cje, nie poje­dyn­cze osoby. Spon­so­rują cię poprzez naby­wa­nie dla cie­bie skrzy­nek. Ist­nieje mnó­stwo typów skrzy­nek, a każda z nich ma sześć pozio­mów jako­ści: brą­zowy, potem srebrny, złoty, pla­ty­nowy, legen­darny i nie­biań­ski.

– Ta – prze­rwa­łem mu sucho. – Na­dal nie pozwo­li­łeś mi otwo­rzyć moich skrzy­nek. Mogę to zro­bić teraz?

– Pocze­kaj, młody – powstrzy­mał mnie Mor­de­cai. – Mamy tu cały pro­ces. Za chwi­leczkę do tego doj­dziemy. Więk­szo­ści patro­nów nie stać na wię­cej niż srebrne albo złote skrzynki albo nie chcą pła­cić wię­cej. Brą­zowe skrzynki zwy­kle są kiep­skie, ale wszystko na wyż­szym pozio­mie zwy­kle kryje w sobie coś przy­zwo­itego. Nie­któ­rzy z zamoż­niej­szych patro­nów mogą nawet kupić ci pla­ty­nowe skrzynki, cho­ciaż ich koszt musi być astro­no­miczny. To rze­kł­szy, tylko patroni mogą wysy­łać ci skrzynki od dobro­czyńcy. To one zawie­rają naj­rzad­sze przed­mioty. Ozna­cza to, że nawet Brą­zowa Skrzynka od Dobro­czyńcy jest lep­sza niż Złota Skrzynka Poszu­ki­wa­cza Przy­gód. Skrzynka od dobro­czyńcy może zawie­rać przed­mioty ze świata dobro­czyńcy. Ni­gdy nie znaj­dziesz kara­binu pul­sa­cyj­nego ani auto­ma­tycz­nej zbroi wspo­ma­ga­nej w żad­nej ze skrzy­nek z Lochu, ale możesz je otrzy­mać od patrona. Zro­zu­mia­łeś?

– To kom­plet­nie nie ma sensu – powie­dzia­łem – ale tak, rozu­miem, co masz na myśli. Zna­la­złem się w mię­dzy­ga­lak­tycz­nym tur­nieju i muszę się popi­sy­wać, żeby zwró­cono na mnie uwagę. A gdy już zwrócą na mnie uwagę, mogę od nich dostać skrzynkę z papie­rem toa­le­to­wym. Dobrze to pod­su­mo­wa­łem?

Mor­de­cai zakla­skał w szczu­rze łapki.

– Tak! Ale papier toa­le­towy dosta­jesz w pakie­cie. Na mapie znaj­dziesz dosta­tek toa­let. To jedyne miej­sce, do któ­rego widzo­wie nie mogą za tobą wejść.

– Mówisz poważ­nie?

– Jak naj­bar­dziej. – Mor­de­cai ski­nął głową. – Poprzedni Loch, któ­rym zarzą­dzała Kor­po­ra­cja Borant, nie miał żad­nych toa­let i zawod­nicy sikali i srali gdzie popad­nie. To obrzy­dliwe.

– A co Borant z tego ma?

Zmiana w zacho­wa­niu Mor­de­caia była sub­telna, ale wyraź­nie widoczna. Zesztyw­niał lekko. Jego głos przy­brał dziw­nie for­malny ton.

– Poza docho­dem z eks­plo­ata­cji, o któ­rym już wspo­mnia­łem, Kor­po­ra­cja Borant otrzy­muje dochód z reklam, sty­pen­dium od rządu Syn­dy­katu oraz pro­cent od każ­dego kre­dytu wyda­nego przez patro­nów. – Mor­de­cai odcze­kał dłuż­szą chwilę, po czym dodał: – Należy też dodać, że za każ­dym razem, gdy zawod­nik wspo­mni o rzą­dzie mię­dzy­ga­lak­tycz­nym albo orga­ni­za­cji spon­so­ru­ją­cej bie­żącą roz­grywkę w Lochu, sztuczna inte­li­gen­cja roz­pocz­nie auto­ma­tyczne nagry­wa­nie inte­rak­cji celem kon­troli tre­ści. Jeśli stwier­dzi się, że zawod­nik obraża jedną z tych dwóch insty­tu­cji, zwłasz­cza jeśli obser­wują go widzo­wie, jego przy­goda w Lochu może zostać „przy­śpie­szona”.

– Jasne. – Ski­ną­łem głową. Trudno mi było sobie wyobra­zić, że „przy­śpie­sze­nie” mogło ozna­czać coś pozy­tyw­nego.

Następne minuty spę­dzi­li­śmy, prze­glą­da­jąc kolejne pozy­cje w menu. Mia­łem menu doty­czące zdro­wia, jak w innych grach. Punkty życia przed­sta­wione były w postaci poje­dyn­czego zie­lo­nego paska, ale w menu znaj­do­wał się także bar­dziej szcze­gó­łowy dia­gram kołowy. Wska­zy­wał wszyst­kie obecne przy­pa­dło­ści i sła­bo­ści, a poza tym mogłem spraw­dzić w nim dodat­kowe infor­ma­cje. Lecze­nie ran było w Lochu przy­śpie­szone. Nie­dawno wyzdro­wiałem z kilku przy­pa­dło­ści, z któ­rych nawet nie zda­wa­łem sobie sprawy, jak zadra­pa­nia na pode­szwach stóp i dło­niach, odmro­że­nia i począ­tek infek­cji w miej­scu, gdzie ugry­zła mnie Pączuś. Zdro­wie wzra­stało powoli w tem­pie pro­por­cjo­nal­nym do mojej Kon­dy­cji.

Do tego gdy­bym zszedł po scho­dach na następny poziom, moje punkty życia natych­miast wró­ci­łyby do mak­sy­mal­nego stanu. Innymi spo­so­bami na wyli­za­nie się z ran były zaklę­cia, elik­siry i magiczne zwoje. Ale mie­li­śmy tylko jedno życie.

Śmierć ozna­czała śmierć.

Potem przej­rze­li­śmy menu umie­jęt­no­ści. Ta sek­cja wyda­wała się nie mieć końca. Posia­dała chyba nie­skoń­czoną liczbę stron. Jeśli nie dys­po­no­wa­łem daną umie­jęt­no­ścią, nie mogłem prze­czy­tać jej nazwy. Na­dal znaj­do­wała się na liście, ale moim oczom uka­zy­wała się roz­ma­zana. Musia­łem prze­wi­jać setki stron, zanim zoba­czy­łem coś czy­tel­nego. Mor­de­cai kazał mi zmie­nić widok na „posia­dane umie­jęt­no­ści” i ta lista też była bar­dzo długa. Mia­łem na niej takie pozy­cje jak Oddy­cha­nie: 3, Cho­dze­nie: 4, Obsługa Uni­wer­sal­nego Pilota Marki Sony Numer RMVLZ620: 1. Lista wyda­wała się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. Mor­de­cai kazał mi odzna­czyć coś w menu i więk­szość umie­jęt­no­ści znik­nęła. Zostało naj­wy­żej kilka stron. Potem jesz­cze jedno odzna­cze­nie i kolej­nych kilka umie­jęt­no­ści znik­nęło. Zostały teraz rze­czy w stylu Walka Oparta na Chwy­tach i Ude­rze­niach: 3, Pod­sta­wowe Naprawy Elek­tryczne: 6, Pły­wa­nie: 4. Nic poza Napra­wami nie miało wię­cej niż pięć punk­tów. Więk­szość miała trzy.

– To dobry począ­tek – stwier­dził Mor­de­cai. – Jestem naprawdę pod wra­że­niem. Świet­nie sobie radzisz z kil­koma rodza­jami ziem­skiej broni, wszyst­kie to broń palna. Jed­nak ponie­waż nie zabra­łeś żad­nej z nich ze sobą, powi­nie­neś zacząć tre­no­wać z bro­nią dostępną w Lochu. Zanim stąd wyj­dziesz, zoba­czymy, czy masz coś sen­sow­nego w któ­rejś ze swo­ich skrzy­nek.

– Poka­żesz mi, jak ich uży­wać?

– Nie – zaprze­czył Mor­de­cai. – To nie moja praca. W róż­nych miej­scach znaj­dują się gil­die, które pomogą ci pod­wyż­szyć poziom umie­jęt­no­ści, zwłasz­cza magicz­nych. Ale naj­lep­szym spo­so­bem na to są ćwi­cze­nia.

– Jest tu jakiś sklep? – zapy­ta­łem. – Sztuczna inte­li­gen­cja coś o nim wspo­mniała.

– Będzie, gdy dotrzesz do trze­ciego poziomu – odparł Mor­de­cai. – Trzeci poziom posiada pewną struk­turę, a potem na mapie zaczną poja­wiać się przy­pad­kowe sklepy. Możesz też han­dlo­wać z innymi zawod­ni­kami albo przy­jaź­nie nasta­wio­nymi stwo­rami, jeśli jakieś znaj­dziesz. Moby na dru­gim pozio­mie zaczną zosta­wiać po sobie złoto.