Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
80 osób interesuje się tą książką
Witaj w Lochu, zawodniku! Zapewnienie widzom rozrywki jest koniecznością. Przetrwanie już nie.
Wiecie, co jest gorsze od rozstania z dziewczyną? Rozstać się z dziewczyną i dostać w zamian jej kapryśną kocią czempionkę. A wiecie, co jest jeszcze gorsze? Inwazja kosmitów, zawalenie się wszystkich stworzonych ludzkimi rękami struktur na planecie i systematyczna eksterminacja tych, którzy zdołali przetrwać w sadystycznej międzygalaktycznej grze. Właśnie to.
Dołącz do weterana straży przybrzeżnej Carla i kotki jego byłej, Królewny Pączuś, gdy próbują przetrwać koniec świata – albo przynajmniej dostać się na kolejny poziom – w rojącym się od zasadzek Lochu, który tak naprawdę stanowi plan reality show oglądanego przez niezliczonych widzów w całej galaktyce. Eksplodujące gobliny. Magiczne eliksiry. Dealerzy narkotyków. To nie jest zwyczajna gra…
„Jedna z najbardziej porąbanych, śmiesznych i pomysłowych książek, jakie kiedykolwiek czytaliśmy” – Book Riot.
„Jeśli istnieje lepsza książka z gatunku LitRPG niż Dungeon Crawler Carl, to ja jej nie czytałem” – Shirtaloon, autor He Who Fights Monsters.
„Dungeon Crawler Carl rozśmiesza od pierwszej do ostatniej strony. Załóżcie swoje najlepsze bokserki, usiądźcie wygodnie i przygotujcie się na naprawdę zabawną i wciągającą lekturę” – Kevin J. Anderson.
„Dungeon Crawler Carl to najlepszy początek serii w tym roku. Żałuję, że nie przeczytałem go wcześniej” – Will Wight, autor serii Cradle.
Matt Dinniman to bestsellerowy pisarz i artysta z Gig Harbow w Waszyngtonie. Opublikował dziesiątki opowiadań i całe mnóstwo książek. Jego grafiki – od pocztówek po zestawy papeterii i kalendarze – można znaleźć w butikach i sklepach papierniczych na całym świecie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 539
Tę wersję Dungeon Crawler Carl dedykuję gwieździe jednej z najwspanialszych, najbardziej inspirujących i najbardziej niesamowitych historii przetrwania naszych czasów – Fionie. Hipopotamicy Fionie.
Tak, poświęcam tę książkę cholernemu hipopotamowi.
Sorry, mamo!
Rzym będzie istniał, póki trwa Koloseum; gdy Koloseum upadnie, upadnie i Rzym. Gdy zaś upadnie Rzym, upadnie cały świat.
Beda Czcigodny
Transformacja miała miejsce około 2.23 nad ranem standardowego czasu pacyficznego. Na ile mogę stwierdzić, wszyscy, którzy przebywali wewnątrz budynków, gdy to się stało, umarli w jednej chwili. Jeśli mieliście jakikolwiek dach nad głową, byliście trupami. Dotyczyło to również samochodów, samolotów i wagonów metra. Nawet namiotów i kartonowych pudeł. Spotkało to pewnie nawet tych, którzy schronili się pod parasolami. Chociaż muszę przyznać, że co do tych ostatnich nie mam pewności.
Nie będę ściemniać. Wy wszyscy, którzy byliście gdzieś w środku, śpiąc w ciepełku i pewnie śniąc o czymś totalnie przypadkowym? Zazdroszczę wam. Mieliście prawdziwe szczęście. Zniknęliście w ułamku sekundy, obróceni w pył w momencie transformacji.
Był wtorek i kalendarz od niedawna oznajmiał trzeci stycznia. Nad Ameryką Północną szalała okropna zawieja i połowa kraju zniknęła pod śniegiem i lodem. W Seattle tej nocy nie śnieżyło aż tak bardzo. Jednak temperatura spadła poniżej zera, co oznaczało niezwykły chłód, nawet jak na styczeń.
Jestem pewien, że w innych częściach świata, gdzie panowała lepsza pogoda i nie był akurat środek nocy, przetrwało więcej ludzi. Znacznie więcej.
Mogę się też założyć, że większość z nich w tamtym krytycznym momencie miała na sobie coś więcej niż ja. I większość tych gnojków była dość sprytna, żeby nie iść w stronę światła.
Jeśli chodzi o mnie, nie dano mi wyboru. Jak już mówiłem, panował mróz. Znalazłem się na zewnątrz. I miałem na sobie bokserki, skórzaną kurtkę i parę różowych crocsów, które ledwo na mnie pasowały.
Trzymałem również wrzeszczącą, drapiącą, wyrywającą się i syczącą kotkę o imieniu Królewna Pączuś Tłuścioszek z Queen Anne. Była szylkretowym persem wartym więcej niż moje roczne zarobki. Moja eks wołała na nią po prostu Królewna Pączuś. Ja skróciłem jej imię do samej Pączuś.
Pozwólcie mi cofnąć się w czasie o dziesięć minut. Nie będę zanudzać was niepotrzebnymi szczegółami, ale niektóre z nich mogą okazać się istotne.
Nazywam się Carl i mam dwadzieścia siedem lat. Po służbie w straży nadbrzeża znalazłem pracę jako mechanik morski przy naprawach systemów elektrycznych na łodziach-imprezowniach należących do bogatych gnojków. Aż do kilku dni przed rozpoczęciem tych wydarzeń mieszkałem z dziewczyną w Seattle.
Miała na imię Beatrice. Bea. Poleciała na imprezę noworoczną na Bahamy z paczką przyjaciół. Nie powiedziała mi, że zabrał się też z nimi jej były, ale doszedłem do tego dość szybko, gdy zobaczyłem na Instagramie zdjęcie z nią na jego kolanach.
Nie lubię dramy i kiepsko sobie z nią radzę. Nie miało znaczenia, czy mnie z nim zdradziła, czy nie. Skłamała, więc zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że z nami koniec. Obiecałem, że spakuję wszystkie jej rzeczy, zanim wróci. Zero dramy. Żaden kłopot. Ale między nami skończone.
Poprosiła swoich rodziców, żeby odebrali kota, ale mieszkali po drugiej stronie Gór Kaskadowych i nikt nie miał szans przejechać przez przełęcze o tej porze roku. Obiecałem, że zajmę się kotem, dopóki Beatrice nie wróci.
Pozwólcie mi opowiedzieć o kotce Pączuś. Jak już wspomniałem, jest jednym z tych puszystych stworzeń o płaskim pyszczku, które wyglądają, jakby ich miejsce było na kolanach czarnego charakteru z Bonda. Bea i ja dzieliliśmy mieszkanie z dwiema sypialniami i jedna z nich należała do kotki. A bardziej konkretnie, znajdowały się tam wstążki dla „Najlepszego kota dorosłego”, „Najlepszego kota w kategorii rasa” oraz dziesiątki trofeów i oprawionych zdjęć, na których Pączuś wyglądała na rozwścieczoną i puchatą, zaś Bea i sędzia stali za nią. Bea musiała mieć chyba z pięćdziesiąt takich zdjęć. Wygrywała całe zatrzęsienie tych wstążek, trofeów i zdjęć praktycznie za każdym razem, gdy zabierała Pączuś na wystawę. A Bea zabierała gdzieś kotkę praktycznie w każdy weekend.
Cała jej rodzina zajmowała się hodowlą i wystawianiem kotów perskich. Ja miałem o świecie kocich wystaw średnie pojęcie. Nie chciałem się w to mieszać. Jak już mówiłem, nie lubię dramy. A pozwólcie, że powiem wam coś o kociarzach – a konkretniej o kociarzach, którzy chodzą na wystawy.
Albo nieważne. Niech się jebią. Najważniejsze, żebyście wiedzieli, że Bea i Pączuś były częścią tego świata, a ja nie chciałem mieć z nim nic wspólnego.
Nigdy nie uważałem się za szczególnego fana kotów. Gdybym jednak miał być szczery, to lubiłem Pączuś. Tej kotki nie obchodził absolutnie nikt i nic, a ja umiałem to uszanować. Jeśli Pączuś chciała siedzieć mi na kolanach, kiedy odpalałem PlayStation, to siedziała na moich kolanach. Gdy próbowałem ją podnieść, syczała, drapała i wskakiwała na mnie z powrotem. Potem zwracała w moją stronę ten krzywy pyszczek, jakby chciała powiedzieć „i co mi możesz zrobić?”.
Nieraz kusiło mnie, żeby ją udusić, ale nie jestem totalnym gnojkiem. Poza tym umiałem uszanować wytrwałość tego małego monstrum. Niektórzy kumple robili sobie ze mnie jaja, że spędzam tyle czasu z puchatym koteczkiem wartym więcej niż moje roczne zarobki, ale ja to lubiłem. Lubiłem czuć ten kłębek futra na kolanach.
Jedną z żelaznych i nienegocjowanych zasad Beatrice był absolutny zakaz palenia w mieszkaniu. Po naszej kłótni i zerwaniu podjąłem wysiłek, żeby palić tyle, ile tylko się da. No wiem, niezbyt to dojrzałe, ale pogoda była lodowata. Pączuś nie przepadała za dymem; poza tym zapach papierosów zostawał na jej futerku. W ramach kompromisu uchylałem przy paleniu okno.
Kiedy więc o drugiej nad ranem obudził mnie koszmar, doszedłem do wniosku, że potrzebuję papierosa. Wyjąłem paczkę, uchyliłem okno i zapaliłem.
Pączuś, która spała tuż obok mnie na łóżku, właśnie w tym momencie uznała, że po raz pierwszy w swoim kocim życiu chce wydostać się na zewnątrz i zbadać teren. Wskoczyła mi na ramię, a potem z okna pierwszego piętra na drzewo przed oknem. Tak po prostu. Otwierałem to okno dziesiątki razy w ciągu poprzedniego roku i Pączuś nigdy nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Jednak tej właśnie nocy – najzimniejszej nocy w roku – postanowiła wyruszyć na ekspedycję lądową jak Lewis i Clark w 1804 i opuściła mieszkanie.
Zsunęła się po pniu, powąchała parę razy chodnik, po czym natychmiast zdała sobie sprawę, że jest zajebiście zimno. Jej przygoda zakończyła się tak szybko, jak się zaczęła – Pączuś wbiegła na drzewo i posłała mi spojrzenie z gałęzi, którą od okna dzieliło jakieś półtora metra. Żądza przygody całkowicie ją opuściła i kotka postanowiła nie ryzykować skoku do wnętrza mieszkania. Zamiast tego zaczęła wyć z całych sił w swoich kocich płuckach.
Następnych kilka minut spędziłem na przeklinaniu Pączuś i jednoczesnych próbach zwabienia jej z powrotem do mieszkania. Otworzyłem okno na oścież, wpuszczając podmuchy lodowatego wiatru do dotychczas przytulnie ciepłego wnętrza. Puchata czarnobeżowa kocia kulka po prostu sobie siedziała, narzekając i miaucząc tak głośno, że obawiałem się, że któryś z sąsiadów obudzi się i ją zastrzeli.
Zostawiłem zimowe buty na suszarce w piwnicy budynku. Nie miałem pojęcia, gdzie podziewały się moje tenisówki do biegania. Błyskawicznie podjąłem więc decyzję, której wkrótce przyszło mi żałować: wcisnąłem stopy w parę crocsów mojej byłej dziewczyny, naciągnąłem na ramiona ciężką skórzaną kurtkę i wybiegłem złapać kotkę. Jakaś część mnie nadal powtarzała mi: do chuja z tym, to nie twój kot, niech zamarznie na śmierć!
Jednak, jak mówiłem, nie jestem aż takim dupkiem. Może i Beatrice nie zasługiwała na nic innego, ale ona przecież kochała tę cholerną kotkę. A biedna, głupia Pączuś nie miała najmniejszych szans przetrwać w tym zimnie. Przynajmniej nie długo.
Poza tym kotka była tuż obok, miaucząc, jakby ktoś obdzierał jej kocięta ze skóry. Zbiegłem na dół, przeskakując po dwa stopnie, popędziłem do drzewa między naszym blokiem a chodnikiem. Natychmiast pożałowałem, że nie poświęciłem dodatkowej chwili na włożenie porządnych ubrań. Lodowaty wiatr wbijał mi pazury w nogi i stopy.
Pączuś siedziała tuż obok na drzewie tak nisko, że prawie mógłbym jej dosięgnąć. Spoglądała raz po raz na mnie i na otwarte okno. Nadal wyła. W mieszkaniu na parterze zapaliło się światło. Jęknąłem. Pani Parsons. Pani Parsons, która uwielbiała narzekać i wysyłać listy ze skargami.
– Pączuś! – zawołałem. – Chodź tutaj, ty mała cholero! – Wyciągnąłem do niej ręce.
Pączuś umiała na mnie wskakiwać. Nauczyłem ją to robić. Wystarczyło, że potrząsnąłem torebką z kocimi przysmakami, a Pączuś skakała prosto na nie. Mówiłem przez chwilę „kici, kici, kici” i Pączuś skakała czasem na moje ramię. Przekląłem pod nosem, że nie zabrałem z domu smaczków.
Pani Parsons otworzyła okno.
– Co się tu dzieje, na Boga?! – zawołała, wychylając się na zewnątrz. Głowę miała zawiniętą w jakieś ręczniki, co nadawało jej wygląd hinduistycznego guru. Jej paciorkowate oczy zatrzymały się na mnie. – Carl, czy to ty?
– Tak, proszę pani – odparłem. – Bardzo przepraszam. Moja kotka uciekła przez okno i próbuję sprowadzić ją do domu, zanim zamarznie na śmierć.
– W tej chwili to ty wyglądasz, jakbyś miał zamarznąć…
Pani Parsons nigdy nie dokończyła zdania.
ŁUP.
To wydarzyło się tak szybko! Cały budynek na moich oczach runął na ziemię. W jednej chwili stał tam ze wszystkimi swoimi siedmioma piętrami, a w następnej go nie było. Jednak nie zniknął: patrzyłem prosto na panią Parsons, gdy to się działo. Wyglądało to tak, jakby cały blok był wielgaśną puszką zmiażdżoną przez gigantyczny kosmiczny but. Widziałem to i słyszałem. Wiatr zawiał mi w twarz i na zewnątrz w ułamku sekundy zrobiło się ciemno. Latarnia po lewej stronie tuż obok mnie zniknęła. Budynki wokół mnie przepadły. Samochody na ulicy też.
Zniknęło wszystko oprócz drzew, rowerów na stojakach i motoru Marjory Williams wciąż stojącego przy parkomacie.
Rozejrzałem się dookoła, chwilowo zapominając o lodowatym zimnie. Ledwo co widziałem tej ciemnej, pochmurnej nocy. W oddali – dostrzegalnej teraz wyłącznie dlatego, że budynki runęły – dojrzałem płonący ogień.
Panowała kompletna, niczym niezakłócona cisza.
– Co do kurwy?! – powiedziałem, kręcąc się w kółko.
Kilka przypadkowych rzeczy pozostało na swoich miejscach, jak wspomniany stojak rowerowy. Znak stopu nadal stał, ale znak z nazwą ulicy tuż obok zniknął. Nic nie miało sensu. Tam, gdzie zaparkowano na ulicy samochody, widać było pokryte pyłem wgniecenia w kształcie aut, jakby zostały wciągnięte w stronę wnętrza Ziemi prosto przez asfalt.
Pączuś skoczyła w moje wyciągnięte ramiona. Spojrzałem na nią. Nie wiedziałem, co powiedzieć ani co zrobić.
– Co, do cholery?! – powtórzyłem.
Z bloku, w którym mieszkałem, pozostał prostokąt gruzu i skłębionego pyłu. I wtedy zobaczyłem to tuż obok moich stóp.
Była to głowa pani Parsons. Trudno ją było rozpoznać w ciemności, ale od razu wiedziałem, czym jest.
Wtedy to do mnie dotarło. Nagły szok związany ze spłaszczeniem budynków był jednym. Tylko że w ich wnętrzach znajdowali się ludzie. Prawie wszyscy w całym tym cholernym mieście. Do diabła, nawet większość bezdomnych nocowała teraz w schroniskach. W wiadomościach pokazali cały materiał o tym, że sprowadzili tam wszystkich ze względu na wyjątkowy mróz. Była cholerna druga nad ranem w poniedziałek. Wszyscy byli w swoich łóżkach. I to oznaczało, że wszyscy nie żyli!
Kręciłem się w kółko jak skończony idiota, nie wiedząc, co począć. Było mi niedobrze. Pączuś zaczęła się wiercić, uznawszy najwyraźniej, że jestem bezużyteczny. Podrapała mnie, ale nie wypuściłem jej z rąk.
Wtedy usłyszałem męski, maszynowy głos.
Przemówił do mnie wewnątrz mojej głowy. Był jak fizyczny obiekt, jak gwóźdź drapiący po mózgu. Nie przemawiał po angielsku, ale rozumiałem go. W miarę jak mówił, słowa pojawiały się w powietrzu przede mną.
Niedobitki ludzkości, słuchajcie uważnie!
– Co? – powiedziałem na głos. – Co to takiego? Kto tu jest? – Spróbowałem kopnąć unoszący się w powietrzu tekst, ale za mały na mnie crocs odleciał z mojej stopy. Podskoczyłem i szybko wepchnąłem nogę z powrotem do buta. Słowa poruszały się za mną, falując kilka metrów od mojej twarzy.
Nie były nawet napisane łacińskim alfabetem. Wiły się w dół, nie z lewej do prawej. Mimo to znałem je, rozumiałem je, jakbym czytał to pismo przez całe życie.
Zgodnie z zasadami Syndykatu, subsekcją 543 kodu o Cennych Rezerwach Pierwiastkowych, w związku z brakiem odpowiedniego wniosku o prawa mineralne i pierwiastkowe w czasie pięćdziesięciu lat od pierwszego kontaktu, wasza planeta została skutecznie przejęta i jest obecnie eksploatowana pod kątem wszystkich pożądanych depozytów pierwiastkowych przez ustanowionego regenta planetarnego. Wszystkie wnętrza waszej planety zostały zmiażdżone i z całości surowców naturalnych – organicznych i nieorganicznych – pozyskiwane są właśnie zamówione pierwiastki. Zgodnie z ustawą o Odzyskaniu Pozyskanego Materiału oraz subsekcją 35 ustawy o Ochronie Międzyplanetarnych Gatunków Tubylczych wszyscy ludzie, którzy przetrwali, dostaną szansę wystąpić o zwrot utraconej materii. Korporacja Borant, która otrzymała regencję nad waszym układem słonecznym, ma prawo wybrać metodę zwrotu, z czego skorzystała, wyznaczając opcję numer trzy, znaną także jako osiemnastopoziomowy Loch. Korporacja Borant zastrzega dla siebie wszelkie prawa do emisji, eksploatacji oraz innych form kontroli nad Lochem i zatrzyma je, jak długo przestrzegać będzie regulacji Syndykatu dotyczących odzyskiwania zasobów planetarnych. Po przejściu poziomu osiemnastego Lochu władza nad tą planetą przejdzie w ręce zwycięzcy. Neutralna obserwująca sztuczna inteligencja Syndykatu – czyli ja – została stworzona i wysłana na waszą planetę, by nadzorować ustanowienie Lochu oraz zapewnić, że należycie przestrzegane są wszystkie zasady i regulacje. Proszę zwrócić szczególną uwagę na następujące informacje, jako że nie będą powtarzane. Zgodnie z ustawą o Ochronie Międzyplanetarnych Gatunków Tubylczych cały pozostały materiał – około 99,999999% posortowanej materii – jest obecnie wykorzystywany do produkcji podziemnego Lochu. Jego pierwszy poziom otworzy się mniej więcej osiemnaście sekund po zakończeniu tego ogłoszenia. Wejścia do pierwszego poziomu będą czynne przez dokładnie jedną ludzką godzinę. Gdy wejścia się zamkną, nie będzie możliwości uzyskania dostępu do pierwszego poziomu. Każdy, kto wejdzie do środka, będzie mógł wyjść dopiero po przejściu wszystkich osiemnastu poziomów lub spełnieniu pewnych innych określonych wymagań. Jeśli zdecydujecie się nie wejść do Lochu, będziecie musieli samodzielnie utrzymać się na powierzchni planety i może to być ostatni komunikat, jaki otrzymacie w ciągu waszego życia. Wszystkie materiały oraz pierwiastki przerobione do tej pory przepadną. Będziecie jednak mogli pozyskiwać i wykorzystywać wszystkie naturalnie występujące zasoby dla własnej korzyści. Korporacja Borant życzy wam wszystkiego najlepszego i dziękuje za otrzymaną od was szansę. Proszę o uwagę wszystkich, którzy pragną wykorzystać swoje prawo do odzyskania zasobów. Wasza planeta otrzyma 150 000 wejść do poziomu pierwszego. Wszystkie będą oznaczone i łatwe do znalezienia. Jeśli zdecydujecie się skorzystać z wejścia do Lochu, otrzymacie czas równy pięciu obrotom waszej planety wokół własnej osi, by znaleźć wejście do następnego poziomu. Wejść do poziomu drugiego będzie 75 000. Wejść do poziomu trzeciego będzie 37 500, zaś do czwartego 18 750. Wejść do poziomu piątego będzie 9375, zaś do poziomu szóstego 4688. Do każdego następnego poziomu będzie o połowę mniej wejść, zaokrąglając w górę, póki nie osiągniecie poziomu osiemnastego, który posiadać będzie wyłącznie dwa wejścia i jedno wyjście. Zawodnicy, którzy zdecydują się wejść do Lochu, muszą znaleźć schody i zejść na głębszy poziom przed upływem czasu wyznaczonego dla tego poziomu. Gdy wyznaczony czas minie, poziom zostanie odzyskany i cała pozostająca w nim materia, organiczna i nieorganiczna, przepadnie. Wygenerowany łup i inna materia, która nie zostanie zebrana i wzięta w posiadanie, może być sprzedana na rynkach Syndykatu. Każdy niższy poziom otrzyma dłuższy czas do pozyskania. Dodatkowe zasady wejdą w życie, gdy zawodnicy zejdą na poziom dziesiąty. Zostaną one wyjaśnione, gdy oraz jeśli jacyś zawodnicy do niego dotrą. Jeśli zdecydujecie się wejść do Lochu, gorąco polecamy znalezienie i skorzystanie ze szkolenia. Wiele z nich zostanie umieszczonych na poziomach od jeden do trzy Lochu. Jeśli macie dodatkowe pytania bądź pragniecie złożyć podanie, wszystkie wnioski muszą zostać dostarczone osobiście na piśmie do najbliższego biura Syndykatu. Dziękujemy za udział w działaniach Syndykatu. Miłego dnia!
Ledwo byłem w stanie zrozumieć, co mówił do mnie głos, tak bardzo zszokowały mnie wszystkie dotychczasowe wydarzenia. Straciłem czucie w nogach. Za długo stałem na zewnątrz i zupełnie poważnie groziła mi śmierć przez zamarznięcie, a przynajmniej odmrożenie i utrata palców u nóg. Musiałem wejść do środka – i to natychmiast.
Tylko że nie było już żadnego środka. Nie było nawet samochodów. Rzuciłem okiem w stronę ognia, który nadal płonął kilka przecznic stąd. Musiałem jak najszybciej się przy nim znaleźć. Obróciłem się i zacząłem truchtać.
Wiatr, który był lekką bryzą, zanim wszystkie budynki zniknęły, stał się teraz nieustającą lodowatą wichurą cuchnącą oceanem. Pączuś wierciła się w moich ramionach i drapała mnie, próbując wydostać się na wolność. Wbiła we mnie ząbki, ale ochroniła mnie kurtka. Mocniej przycisnąłem ją do siebie.
Czy to wszystko mi się śniło? Czy ktoś przez pomyłkę podał mi środki halucynogenne?
Loch? Co do ciężkiej cholery? Co to w ogóle znaczyło? Nie mogłem opanować gonitwy myśli. Natychmiast skojarzyły mi się Pathfinder, Dungeons and Dragons i inne gry, w które nie grałem od końca służby. Nie widziałem wokół żywej duszy. Otaczał mnie wyłącznie szum wiatru.
Sygnał podobny do trąbki rozległ się w nocnym powietrzu. Zamarłem i rozejrzałem naokoło. Co teraz? Pomyślałem, że na pewno pojawia się Loch. Cholera, cholera, to się naprawdę dzieje!
Po lewej stronie, mniej niż trzydzieści metrów ode mnie, pośrodku miejsca, które dawniej było second-handem, rozbłysło światło reflektora. Zobaczyłem drugie podobne światło o jakiś kilometr ode mnie. Obróciłem się i zauważyłem następne, rozproszone po całym mieście.
Nawet z tej odległości czułem gorąco dochodzące z jasno oświetlonej dziury w ziemi.
Nie zastanowiłem się nawet. Głowa nadal puchła mi od usłyszanych przed chwilą informacji. Różowe crocsy ledwo pasowały na moje stopy. Ogień palił się o wiele dalej, niż myślałem. Widziałem już na własne oczy, co hipotermia robi z ludźmi.
Odwróciłem się więc w stronę światła i pobiegłem.
Poziom 1
Czas pozostały do zawalenia poziomu: 5 dni
Ozdobne schody prowadziły w stronę światła. Każdy stopień wyglądał na wykuty z żelaza i był dość szeroki, by zmieścić ze dwadzieścia osób idących ramię w ramię. Z wnętrza dziury promieniowało gorąco. Zszedłem o stopień, lądując nieco niżej, niż się spodziewałem. Echo moich kroków rozlegało się w jasnym świetle.
W tym mieście mieszkał prawie milion ludzi, ale teraz byłem tu sam.
Pączuś przestała się wyrywać, przywarła do mojego ramienia i zaczęła warczeć. Witaj – cudowne ciepełko zapraszało mnie coraz głębiej w stronę światła. Nogi i stopy, w których zdążyłem stracić czucie, zaczęły mnie piec. Nie spędziłem na zimnie dość czasu, żeby doznać większych szkód, ale nieźle się odmroziłem.
Schody wydawały się nie mieć końca. Na stopniach wykuty był dziwaczny wzór przedstawiający coś, co mogło być rybami. Albo demonami. Płaskorzeźby w niemal azjatyckim stylu sprawiały, że czułem się nieswojo. Tych schodów nie było tutaj jeszcze kilka minut wcześniej. Cała ta przestrzeń wykonana została z budynków, samochodów i ludzi z Ziemi. Kto to zrobił? Jak tego dokonał?
Gdy dotarłem do końca schodów, temperatura osiągnęła przyjemne i wilgotne 25 stopni. Metalowe stopnie przeszły w marmurową podłogę prowadzącą do ogromnych drzwi, wysokich co najmniej na dziesięć metrów i tak samo szerokich. Na drewnianych wrotach wyrzeźbiono postać gigantycznego rybiego demona, tak samo jak na stopniach schodów.
Podniosłem na nią wzrok.
– Co to jest, do cholery? – wymamrotałem pod nosem.
Gdy wpatrywałem się w drzwi, pojawiło się nad nimi okienko z informacjami. Stało się to tak nagle, że instynktownie się cofnąłem. Miałem wrażenie, że znalazłem się wewnątrz gry albo miałem w oczach specjalne soczewki kontaktowe, które wyświetlały przede mną użyteczne wskazówki i informacje. Okienko miało nawet umieszczonego w rogu iksa, żeby je zamknąć.
To przedstawienie wizualne kua-tina, dominującego gatunku systemu Borant i właściciela Korporacji Borant. Pamiętaj o tych gościach! Będą potem na sprawdzianie.
Czy ten ostatni kawałek miał być żartem? Skoncentrowałem się na iksie w kącie okienka i telepatycznie je zamknąłem.
Hm, pomyślałem. Mogłem kontrolować informacje za pomocą umysłu. Otwierałem okienka z opisami przedmiotów, koncentrując się na nich. Tak samo mogłem je potem telepatycznie zamknąć.
To oznacza, że są w twojej głowie, pomyślałem. Może to wszystko nie dzieje się naprawdę. Może tylko śpisz, a to jakaś wyrafinowana technologicznie symulacja. Jak w Matriksie.
Ból w rozgrzewających się nogach przypomniał mi, że nie miało znaczenia, czy znajdowałem się w symulacji, czy nie. Nie kiedy tak bolało.
Wolno popchnąłem drzwi. Lekko otworzyły się do środka, odsłaniając korytarz oświetlony mnóstwem pochodni. Miał tę samą szerokość i wysokość jak drzwi i bardziej przypominał tunel wykopany na potrzeby drogi dwupasmowej niż chodnik dla pieszych. W oddali widziałem kilka odnóg. Przy pierwszej z nich pojawiło się migające światełko. Wyglądało na jakiś znak, ale nie byłem w stanie odczytać go z takiej odległości.
– Aua! – wrzasnąłem, gdy Pączuś wgryzła mi się w rękę. Upuściłem ją na ziemię, a ona popędziła w głąb korytarza. Zatrzymała się po jakichś dziesięciu susach, spoglądając na mnie ze zmieszanym i przestraszonym wyrazem pyszczka.
Zrobiłem krok w jej stronę, a drzwi zatrzasnęły się za mną. Światło z przedsionka zniknęło i wokół nas zapanowała znowu ciemność.
Witaj, zawodniku! Znalazłeś się na poziomie pierwszym!
To był nowy głos. Nadal brzmiał męsko, ale słychać w nim było nadmiar entuzjazmu, zupełnie jak w głosie gospodarza teleturnieju. Nie mówiła ta sama osoba ani ten sam głośnik z pierwszego ogłoszenia. Słowa pojawiały się w powietrzu przede mną i jednocześnie rozbrzmiewały w mojej głowie. Inaczej niż w przypadku okienka ze wskazówkami, tego komunikatu nie mogłem w żaden sposób zamknąć. To było bardziej jak film z napisami.
W prawym górnym rogu mojego pola widzenia pojawiło się odliczanie: 4 dni, 23 godziny, 48 minut. Powiodłem ręką po cyfrach. Nie zniknęły. Zamknąłem oczy i wyświetlony czas zniknął. Z nerwów kłuło mnie w żołądku.
Pączuś utrzymywała pozycję o kilka kroków przede mną, ale też machała nerwowo ogonem, wpatrując się w powietrze przed sobą. Cholera, pomyślałem. Ona też to widzi. Cokolwiek to było, oddziaływało na kocią tłuścioszkę tak samo jak na mnie.
– Pączuś – zawołałem do niej. – Zostań ze mną.
Kotka, jak to kotka, zupełnie mnie zignorowała. Jednak gdy na nią spojrzałem, poczułem to samo prawie niedostrzegalne mrowienie co wtedy, gdy patrzyłem na drzwi. Skoncentrowałem się bardziej i nad jej główką wyskoczyło okno z informacją.
zawodnik #4119, Królewna Pączuś poziom 1 rasa: kot klasa: niewybrana
Zrobiłem krok naprzód z bolesną świadomością, że miałem na nogach za małe crocsy.
Zaatakowało mnie jeszcze więcej tekstu.
Przypisano ci numer zawodnika 4122. Przypisano ci imię zawodnika Carl. Twoja przypisana rasa to człowiek. Twój obecny poziom to poziom pierwszy. Możesz wybrać nową rasę i klasę, gdy tylko osiągniesz poziom trzeci. Punkty zostały przypisane do twoich parametrów zgodnie z obecnym profilem fizycznym i mentalnym. Więcej informacji znajdziesz w menu „parametry”.
Menu? Zacząłem się zastanawiać, jak je przywołać. Zanim do tego doszedłem, przytłoczyła mnie kolejna ściana tekstu.
Gratulacje! Zdobywasz pierwsze osiągnięcie: Stara Kociara. Wszedłeś do Lochu w towarzystwie kota. Czy to nie słodkie? Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę dla Pupila! Nowe osiągnięcie: Stara Kociara Przecieraczka Szlaków. Jesteś pierwszym zawodnikiem w historii, który wszedł do Lochu w towarzystwie kota. Musisz naprawdę go kochać. Szkoda, że oboje na pewno zginiecie wkrótce bolesną śmiercią. Albo i nie? Zobacz, jaką właśnie otrzymałeś nagrodę! Nagroda: Legendarna Skrzynka dla Pupila! Nowe osiągnięcie: Ranny Ptaszek. Jesteś jednym z pierwszych pięciu tysięcy zawodników, którzy weszli do Lochu. Naiwniaku! Nagroda: otrzymujesz Srebrną Skrzynkę Poszukiwacza Przygód! Nowe osiągnięcie: Puste Kieszenie. Nie zabrałeś ze sobą żadnego ekwipunku ani zapasów. Kompletnie nic. Zdajesz sobie sprawę, że nadal musisz jeść, prawda? Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę Poszukiwacza Przygód! Nowe osiągnięcie: Dlaczego Nie Masz Spodni? Wszedłeś do Lochu bez spodni. Typie, ogarnij się! Nagroda: otrzymujesz Złotą Skrzynkę zUbraniami! Nowe osiągnięcie: Walka Bez Broni. Więc serio wparowujesz do miejsca o nazwie „Loch” i nie zabierasz ze sobą żadnej broni? Albo jesteś odważniejszy, niż wyglądasz, albo strasznie głupi. Powodzenia bez broni, Van Damme! Nagroda: otrzymujesz Brązową Skrzynkę zBronią! Nowe osiągnięcie: Samotnik.\\ Wszedłeś do Lochu bez żadnych ludzkich towarzyszy. Nikt cię nie nauczył, że w kupie raźniej? Nagroda: żadna. Ha, ha! Typie, jesteś skończony.
Patrzyłem jeszcze na ostatnie słowa, gdy rozpływały się w powietrzu.
„Jesteś skończony”.
Pączuś znowu biła łapkami o powietrze.
– Menu – powiedziałem. Nic się nie wydarzyło. – Parametry – spróbowałem ponownie, ale bez skutku.
Jak miałem szukać informacji? Komunikat powiedział, że otrzymałem całą serię czego… skrzynek? Jak skrzynki z łupem? Tak to z całą pewnością brzmiało. Musiało to oznaczać, że dostałem jakiś inwentarz z ekwipunkiem. Przypomniałem sobie słowa z pierwszego ogłoszenia o konieczności znalezienia szkolenia. Podniosłem wzrok na neon jaśniejący jakieś sto metrów w głębi ciemnego tunelu. Czy to było to?
Zacząłem truchtać w kierunku znaku. Minąłem Pączuś, która siedziała na ziemi, liżąc sobie łapkę i drapiąc się nią po głowie. Po chwili miałem wrażenie, że westchnęła i zdecydowała się iść za mną.
Neon głosił „Gildia szkoleniowa DA” ze strzałką wskazującą na wąską, ciemną uliczkę. Zatrzymałem się. Odgłos moich kroków rozlegał się echem w wielkim, pustym tunelu. Spojrzałem w ciemność. Wszystko było czarne jak smoła.
Za moimi plecami Pączuś zamiauczała z troską.
Wszedłem do uliczki.
Nowe osiągnięcie: Wpadłeś wOczywistą Pułapkę.
Nagroda: cóż, jeśli istnieje niebo i nie byłeś zbyt wielkim dupkiem, to może cię tam wpuszczą. Bo zaraz spotkasz swojego Stwórcę!
Rozbłysły trzy światła, oślepiając mnie. Zakryłem rękami oczy i cofnąłem się o krok. Zasyczało coś mechanicznego i z rykiem włączyło się coś jak silnik parowy. Usłyszałem piskliwy śmiech.
Odwróciłem się i pobiegłem. Oba moje crocsy odleciały w siną dal, gdy skręciłem z powrotem do głównego tunelu, kierując się w stronę odwrotną do tej, z której przyszedłem, schodząc schodami. Pączuś zamiauczała z niezadowoleniem i popędziła za mną.
Zaryzykowałem szybkie spojrzenie przez ramię i zobaczyłem, jak maszyna wypala z bocznej uliczki, prawie zderza się ze ścianą, po czym zaczyna powoli skręcać w moją stronę.
Była wielkości traktora i jechała na gąsienicach jak czołg. Zbudowano ją z niepasujących do siebie pordzewiałych kawałków metalu i wyglądała, jakby miała lada moment się rozpaść. Front tej śmiercionośnej machiny zajmowało jeżące się od gwoździ ogromne wirujące koło. Na górze tego niby-traktora stały trzy zielone humanoidalne potwory, które wrzeszczały i wskazywały palcami w moją stronę. Miały nieco ponad metr wzrostu i ubrane były w skórzane łachmany. Jeden z nich nosił na głowie kuchenny garnek. Stękał i pokrzykiwał, obsługując układ sterowania. Z kilku rur unosił się czarny dym. Koło wirujące z przodu furkotało coraz szybciej, gdy maszyna wykonała do końca zakręt i ruszyła prosto na mnie.
Otworzyło się okno ze wskazówką.
Morderczy Mordożer Goblinów – maszyna Urządzenie zbudowane przez gobliny i napędzane parą wodną, by rozjeżdżać i mordować niczego niepodejrzewających zawodników w Lochu. Mam nadzieję, że odnowiłeś szczepionkę przeciw tężcowi!
Trzy następne okna otworzyły się nad załogą maszyny.
Goblin – poziom 2 Mały, zielony i cwany. Wszelkie braki w budowie fizycznej gobliny nadrabiają entuzjazmem.
Trzeci z goblinów, ten z garnkiem na głowie, był opisany w inny sposób.
Goblin Inżynier – poziom 3 Inżynierowie. Incele gobliniego świata. Trudno im się umówić na randkę, przez co są jeszcze bardziej wkurwieni. Jeśli w waszej drużynie znajdują się kobiety, zaatakują je jako pierwsze.
Nie miałem czasu zastanowić się ani nad bezdenną głupotą tych żartów, ani nad faktem, że po raz pierwszy w życiu mierzyłem się z grupą prawdziwych, żywych potworów, które chciały mnie zabić. Popędziłem w głąb korytarza, aż dobiegłem do kolejnych rozstajów. Mogłem biec prosto, w lewo albo w prawo. Po prawej stronie znajdował się słabo oświetlony korytarz, o połowę węższy niż obecny, lecz nadal dość szeroki, by gobliny mogły nas ścigać. Lewa odnoga prowadziła do wąskiego i ciemnego korytarza, o wiele za ciasnego dla buldożera.
Oczywistym wyborem byłaby ucieczka ciemnym i wąskim korytarzem. Zawahałem się. Droga była zbyt oczywista. Wyczułem kolejną pułapkę. Nie mogłem iść prosto, bo kolejne rozwidlenie znajdowało się za daleko i maszyna na pewno zdążyłaby mnie dogonić.
Skręciłem w prawo. Pączuś pobiegła za mną, prawie przy mojej nodze, co było bardzo nie w jej stylu.
Ten nowy korytarz był szeroki jak zwyczajna ulica, z gładkim sufitem na wysokości jakichś pięciu metrów. Na ceglanych ścianach i sufitach rosły świecące porosty, przez co cały korytarz rozjaśniał widmowy blask. Gobliny za moimi plecami popiskiwały, próbując skutecznie manewrować mordożerem. Urządzenie potrzebowało sporej przestrzeni, by zakręcić, więc dogonienie mnie musiało zająć im co najmniej minutę.
Przed nami pojawiło się następne skrzyżowanie. Lecz tuż przed nim wypatrzyłem pojedyncze drewniane drzwi w ścianie korytarza. Napis na nich głosił tym samym kolorem, co ciemnoczerwone ceglane ściany, „Gildia Szkoleniowa”. Słowa napisano w tym samym dziwnym języku, co wcześniej.
Jak tylko przeczytałem szyld, nad nazwą na drzwiach pojawiła się świecąca zielona ramka podkreślająca nazwę.
Nowe osiągnięcie! Odkryłeś iprzeczytałeś oficjalny znak wLochu. Łał. Więc jednak potrafisz czytać! Gratulacje. Nagroda: wszystkie znaki w Lochu będą od tej pory podświetlone i łatwiejsze do znalezienia. Pobliskie gildie pojawią się na twojej minimapie.
Minimapie? Naprawdę powinienem ją znaleźć. Goblini buldożer znowu zaklinował się na zakręcie i jeden z goblinów na poziomie drugim krzyczał i walił kijkiem w garnek na głowie inżyniera. Trzeci spojrzał na mnie i potrząsnął pięścią.
Czy pójdą za mną do gildii? Nie wiedziałem. Chwyciłem za brązową klamkę i spróbowałem ją przekręcić.
Drzwi nie otworzyły się. Musiały być zamknięte.
– Co, do cholery?! – krzyknąłem. Walnąłem pięścią w drzwi. – Hej! – zawołałem. – Jest tam kto?
Dwa gobliny z poziomu drugiego najwyraźniej zarzuciły czekanie, aż maszyna weźmie zakręt, bo zeskoczyły z niej i zaczęły biec w moją stronę. Nie miały zbroi, ale dzierżyły coś, co wyglądało jak drewniane patyki z ananasem na czubku. Za moment nas dogonią. Przy mojej nodze Pączuś zaczęła warczeć i syczeć.
Z drugiej strony drzwi dobiegł dźwięk brzęczących łańcuchów i przekręcanych zamków. Drzwi drgnęły i uchyliły się lekko. Dostępu do środka bronił teraz już tylko ostatni łańcuch.
W szczelinie ukazała się brodata szczurowata postać. Ledwo mogłem dostrzec jej rysy twarzy, ale była o głowę niższa ode mnie. Czyli trochę wyższa od goblinów, ale nie bardzo.
– Czego chcesz? – odezwała się. – Taki motłoch jak wy nie ma tutaj wstępu. Wiesz przecież!
– Ej, to gildia szkoleniowa, prawda? Głos powiedział, że mam tutaj przyjść!
Oko patrzące na mnie rozwarło się szerzej.
– J-jesteś… zawodnikiem?! Czekaj. – Postać cofnęła się, jakby chciała lepiej mi się przyjrzeć. Natychmiast przypomniał mi się Mistrz Splinter z Teenage Mutant Ninja Turtles. – Faktycznie, jesteś zawodnikiem! Na jego lewy sutek, znowu się otworzyliśmy i nawet nie zauważyłem! Musiałem przespać ogłoszenie. Nikt nic nie mówi staremu Mordecaiowi! Wcześniej mieliśmy listę mejlingową. Dochodziła raz na parę cykli, zawsze o czasie. Ale potem po prostu przestała. Pewnie znowu cięcia budżetowe. Zawsze tylko ograniczają wydatki. Byłem pewien, że nie otwieramy się jeszcze przez dwa lata!
– Weź, wpuść mnie – przerwałem mu. Odwróciłem się, stając twarzą w twarz z dwoma goblinami, które do nas dobiegły. Jeden przeszedł na lewo. Drugi odciął mi drogę ucieczki. – Otwórz te cholerne drzwi! – wykrzyknąłem.
Jeden z goblinów powiedział coś do szczurowatego humanoida po drugiej stronie drzwi, który najwyraźniej nazywał się Mordecai. Nie rozumiałem ich języka. Składał się z posapywań i pisków. Mordecai odpowiedział im po gobliniemu i obaj się zaśmiali.
– Wybacz, zawodniku. Byłeś zbyt powolny – powiedział Mordecai przez uchylone drzwi. – Nie mogę ci otworzyć, jeśli moby są tuż obok. Zasady to zasady.
– Ja byłem zbyt wolny?! – wykrzyknąłem.
Przybrałem pozycję obronną. Jeden z goblinów zaatakował, mierząc we mnie kijkiem. Ananas na jego czubku zsunął się, gdy goblin się zamachnął, i spadł na ziemię z głośnym plaśnięciem. Goblin zaklął i usunął go kopniakiem. Cofnąłem się o krok. Między moimi nogami stała Pączuś, plując i sycząc.
– To chociaż powiedz mi, jak otwierać te cholerne skrzynki z łupem!
Mordecai milczał przez moment, jakby rozważał, czy powinien mi odpowiedzieć.
– Są w zakładce Nagrody i Skrzynki w twoim ekwipunku – rzekł w końcu. – Ale nie masz jeszcze do nich dostępu, młody.
– To jak mogę zyskać do nich dostęp?
Drugi goblin, nadal z ananasem na końcu swojego kijka, zamierzył się na mnie, ale kompletnie spudłował. Z bliska gobliny wyglądały z grubsza jak w filmach i grach komputerowych. Niskie, zielone, prawie kompletnie łyse, ze spiczastymi uszami, kościstymi twarzami i ostrymi zębami. Chwilę mnie to zafrapowało. Wyglądało na to, że kosmici mieli całkiem niezłe pojęcie o ziemskiej mitologii i popkulturze.
Daleko za nami mordożer wreszcie porządnie się wycofał i wziął zakręt. Z łomotem popędził korytarzem prosto na nas.
– No tak, musisz najpierw przejść szkolenie.
Goblin z ananasem znowu się na mnie zamachnął. Odczekałem, aż kijek minie najwyższy punkt łuku, który miał zakreślić, i podszedłem bliżej. Walnąłem goblina prosto w nos, a potem dołożyłem mu sierpowym w prawą skroń. Natychmiast padł na ziemię. Gdy tylko go uderzyłem, nad jego głową pojawił się pasek. Z punktami życia, zdałem sobie sprawę. Nie było go widać, póki goblin nie doznał obrażeń. Pasek zrobił się krótszy o ponad połowę, przechodząc z zielonej w czerwoną barwę. Goblinowi zostało niewiele życia.
Uznałem, że to całkiem niezły wynik, ale nie dobry. Ostatecznie to było prawie jakbym uderzył dziesięcioletnie dziecko.
Drugi goblin spojrzał z otwartymi ustami na swojego towarzysza, po czym odwrócił się na pięcie i popędził z powrotem do buldożera.
Bolały mnie pięści. Od lat nie brałem udziału w prawdziwej bójce. Większość służby w straży przybrzeżnej spędziłem na pokładzie kutra jako technik maszynowy. Nigdy nie miałem do czynienia z konfrontacją w jakichkolwiek siłach mundurowych. To rzekłszy, większość ludzi, których poznałem, nie zdawała sobie sprawy, że w straży musimy aż tyle trenować. Ludzie uważali nas za przereklamowanych ratowników. Nie mieli pojęcia, że nas też uczono walki wręcz.
– Ale jak mam to zrobić, jeśli nie otwierasz tych cholernych drzwi! – wrzasnąłem, kopiąc leżącego goblina w żebra. Usłyszałem bardzo satysfakcjonujące chrupnięcie. – Nie możesz mnie wpuścić teraz?
– To tak nie działa, młody – oświadczył Mordecai. – Nie możemy pozwolić, by niewytrenowani zawodnicy włóczyli się po Lochu. Sam rozumiesz. Poza tym skrzynki wolno otwierać tylko w bezpiecznej strefie. A o ile nie jesteś skończonym idiotą, zdajesz sobie na pewno sprawę, że się w niej teraz nie znajdujesz.
Pasek życia goblina przesunął się dalej w ciemną czerwień, ale stwór nadal nie umarł. Jakaś odległa część mnie była przerażona, że chciałem zabić tę istotę. Mimo że był uzbrojony, bardzo łatwo było zrobić mu krzywdę. Ale jeden rzut oka na mordożer, który zatrzymał się, żeby zabrać ze sobą drugiego goblina, wystarczył, by uwolnić mnie od wszelkich skrupułów. Chwyciłem nieprzytomnego goblina obiema rękami za głowę i walnąłem nią o kamienie. Waliłem raz po raz, póki jego pasek życia kompletnie nie zniknął.
– Ejże, ejże! – zawołał Mordecai. – Ejże, przestań!
– Po czyjej ty w ogóle jesteś stronie? – zapytałem, odwracając się do niego.
Zdałem sobie jednak sprawę, że nie mówił do mnie.
– Nie możesz tu wejść! – mówił nadal, odwrócony do mnie plecami.
Pączuś. Mówił do cholernego kota. Pączuś uznała, że ma dość siedzenia na korytarzu, i weszła do środka gildii przez uchylone drzwi.
Ściana tekstu z nowymi osiągnięciami pojawiła się w powietrzu razem z kilkoma innymi powiadomieniami, ale zamiast przewijać się przed moimi oczami jak poprzednio, stały się zaledwie maleńkimi komunikatami w lewym górnym rogu pola widzenia. Zdałem sobie sprawę, że mogłem na nie telepatycznie kliknąć, tylko nie teraz. Sztuczna inteligencja – czy czymkolwiek było to, co zarządzało całym tym cyrkiem – najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że to nie był właściwy moment, by zakrywać połowę mojego pola widzenia bzdurami związanymi z grą. Nie kiedy zmierzało w moją stronę prawdziwe niebezpieczeństwo.
– Otwórz te jebane drzwi! – wrzasnąłem.
– Młody, zabierz to swoje zwierzę – zażądał Mordecai, zwracając się w moją stronę z dziwnym odcieniem paniki w głosie. – Wpadnę w kłopoty, jeśli dowiedzą się, że pozwoliłem zawodnikowi wślizgnąć się tutaj wbrew regułom.
– Otwórz drzwi – powtórzyłem. – Sam zobacz. Nikogo tu nie ma, ale za pięć sekund to się zmieni. Wpuść mnie!
Drzwi się zatrzasnęły, łańcuch zabrzęczał, po czym drzwi otworzyły się na oścież. Wpadłem do środka, gdy nadjechał buldożer, rozjeżdżając goblinie ciało. Zaskrzeczały hamulce, ale mordożer pędził naprzód, pędzony siłą bezwładności, ślizgając się na zwłokach i rozmazując je na całej długości korytarza. Dwa gobliny odwróciły się i spojrzały mi w oczy, a ja pokazałem im wielkiego fakulca. Zapiszczały z wściekłości, a ja zatrzasnąłem drzwi.
Gdy drzwi się zamknęły, wyświetliło się powiadomienie.
Gildia Szkoleniowa To bezpieczna przestrzeń. Uwaga! Odliczanie poziomu pierwszego jest nadal aktywne!
– Nie powinienem był cię wpuszczać – oświadczył Mordecai, załamując ręce.
Przyjrzałem mu się bliżej. Miał na sobie czarną kamizelkę i niebieskie spodnie. Na stopy wsunął parę znoszonych sandałów. Nad jego głową otworzyło się okno z informacjami.
Mordecai. Szczurzy Chuligan – poziom 50 Mistrz tej gildii. Ten NPC nie walczy. Chuligani to najcwańsi, najszybsi i najbrzydsi spośród szczuroludów. Nie są tak napakowani jak Szczurzy Brutale ani tak skorzy do dowalenia ci w tyłek kulą ognia jak Szczurzy Szamani, ale reprezentują najlepsze z obu tych światów. Są silni fizycznie i w wystarczającym stopniu opanowali magię.
Zamknąłem okno. Przez drzwi nadal było słychać dochodzący z zewnątrz zgrzyt gobliniej maszynerii.
Telepatycznie kliknąłem na pierwsze z kilku okienek z informacjami blokujących mi wizję.
Błąd. Nie możesz zamknąć tego okna, póki nie ukończysz szkolenia.
Wszystkie okna zniknęły, zastąpione pojedynczym folderem, który zaczął błyszczeć.
Stałem w szerokim pomieszczeniu wielkości szkolnej klasy. Jedną stronę pokoju zajmowały kominek i łóżko. Po lewej na ścianie znajdowało się kilka półek wypełnionych chaotyczną kolekcją przedmiotów. Było też kilka fotografii w ramkach, przedstawiających ptakopodobne stworzenia. W drugiej połowie pomieszczenia leżał jedynie wyświechtany szary dywan o owalnym kształcie i stało puste biurko. Tu i ówdzie rozstawiono jakieś pół tuzina krzeseł przypominających szkolne. Odwróciłem się ponownie w stronę drzwi.
– Czy to jedyne wyjście? – zapytałem.
– Co? – Mordecai nie zrozumiał. Nie zwracał na mnie uwagi. Skupiony był na kocie.
– Hej, Morty! – zawołałem. – Czy te drzwi to jedyne wyjście?
– Mam na imię Mordecai, młody. I tak, tak. Oczywiście.
– I te zielone gnojki będą tam na mnie czekać?
Pączuś wskoczyła na wysoką półkę i przewróciła wazę. Wysypały się z niej prochy.
– Mamo! – zawołał Mordecai, pędząc, by przegonić kota. Sięgnął ręką do półki, ale była za wysoko. – Cholerne ciało – powiedział, odwracając się do mnie. – Możesz mi to podać? I zabrać stąd tego kota? – Mordecai kichnął. – Chyba mam na niego uczulenie.
Uznałem, że nie kichnął z powodu kota, ale raczej unoszącej się nad prochami chmury szarego pyłu.
– Cholera, człowieku – powiedziałem. W myślach powtarzałem sobie, że muszę być ostrożny. Mordecai nie wyglądał na mocnego, ale miał poziom pięćdziesiąty. To musi znaczyć, że jest kawałem mocnego sukinsyna. – Możesz mi pomóc? Będą tam na mnie czekać czy nie?
– Tak. Prawdopodobnie. Cóż, to skomplikowane. Jeden z nich może czekać. Ale drugi z pewnością wróci do ich klanu i wezwie pozostałych. Rozwaliłeś temu biednemu goblinowi łeb. Daj im godzinę, a przyjdzie tu cała rodzinka.
Po drugiej stronie pokoju Pączuś odkryła palenisko, na którym wesoło buzował ogień. Rozsiadła się tuż przy nim, podniosła nogę i zaczęła się myć.
Cholera.
– Okej – powiedziałem. – Nawet nie waż się zamykać tych drzwi. – Złapałem za klamkę i wyszedłem z powrotem na korytarz.
Ledwo zdążyłem usłyszeć, jak zrzędzi „roznosisz prochy mojej matki po całym…”, zanim trzasnąłem drzwiami.
Goblini buldożer minął drzwi o jakieś dziesięć metrów i był właśnie w trakcie kolejnego powolnego zakrętu, by wrócić tam, skąd przybył. Inżynier wjechał maszyną prosto w ścianę. Wirujące koło z przodu pojazdu rzucało iskry, gdy kolce ocierały się o kamienną ścianę. Martwy goblin nadal leżał rozsmarowany na podłodze. Jego ciało wyglądało jak pizza z kiełbasą i zieloną papryczką w rozmiarze XXL, którą ktoś kilka razy przejechał samochodem.
Oba pozostałe gobliny były do mnie zwrócone plecami. Popędziłem do buldożera.
Miał z tyłu małą drabinkę. Wyglądała, jakby została zrobiona ze związanych sznurem kości. Jeden z goblinów mógł w każdej chwili się odwrócić. Musiałem dorwać je natychmiast. Jeśli jeden z nich zdoła uciec i ostrzec członków ich „klanu” czy jakkolwiek to się nazywało, będę miał przerąbane. Naprawdę potrzebowałem tej gildii ze szkoleniem, więc nie pozostawało mi nic innego.
Chropowate kości, z których zrobione były stopnie drabiny, wbijały mi się w nagie stopy, gdy się wspinałem. Zdławiłem krzyk. Wskoczyłem na szczyt metalowej, warczącej maszyny.
Mordożer pracował tak głośno, że żaden z goblinów mnie nie zauważył. W jego górnej części znajdowała się jedynie wyłożona futrami dziura z ławami na całej długości. Mimo futer podłoże prawie parzyło mnie w stopy. Śmierdziało paloną smołą i zwierzęcym potem. Buldożer mógł prawdopodobnie pomieścić jakieś pięćdziesiąt goblinów, nie licząc kierowcy, który miał własne siedzenie z przodu. Jakiś tuzin dźwigni, kurków i wibrujących uchwytów wystawał z podłoża w okolicy tego kokpitu. Wszystko to wibrowało i podskakiwało. Siedział tam goblin w garnku na głowie, wrzeszcząc i posapując, gdy przekręcał, obracał i popychał dźwignie. Z wylotów całego mnóstwa rur unosiły się z sykiem dym i para. Maszyna dygotała jak kocioł ciepłowniczy, który zaraz miał wybuchnąć.
Gładki kamienny sufit tunelu był tutaj znacznie niższy niż w długim głównym korytarzu prowadzącym od schodów. Gdy stanąłem wyprostowany, mogłem dosięgnąć go ręką. Prawie. Nadal szokowała mnie sama myśl o całym małym światku zbudowanym z takich przejść, tuneli i korytarzy.
Ruszyłem naprzód i chwyciłem zwykłego goblina, który nadal ściskał w ręku swój pozbawiony ananasa kijek. Prawie nic nie ważył, co bardzo mnie zaskoczyło. Podniosłem go, a on sapnął z zaskoczenia. Bezskutecznie spróbował trafić mnie kijkiem. Z całej siły rzuciłem go przed siebie. Wyleciał z buldożera jak rakieta.
Poleciał prosto nad głową inżyniera, który dopiero teraz zareagował na moją obecność. Rzucony przeze mnie goblin trafił w ścianę tunelu, odbił się od niej i wylądował prosto na obrotowym kole maszyny. Fontanna czerwieni oblała mnie i ostatniego goblina.
Inżynier warknął i błyskawicznie wyciągnął małe zakrzywione ostrze z przytroczonej do boku pochwy. Zeskoczył ze swojego krzesła i popędził prosto na mnie.
O kurde.
Poruszał się znacznie szybciej, niż się spodziewałem, i zdołał kompletnie mnie zaskoczyć. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że należał do innej klasy niż tamtych dwóch i miał wyższy poziom. Dwa poziomy więcej niż ja sam.
To był idiotyczny pomysł. Jak zwykła to powtarzać Bea? „Zawsze bez chwili zastanowienia na oślep biegniesz prosto w kłopoty!” Czy jakoś tak.
Kopnąłem goblina gołą stopą. Pozbawiony kierowcy buldożer z wyciem wcinał się w ścianę korytarza. Dygot maszyny z każdą chwilą stawał się coraz gwałtowniejszy. Po chwili cała skakała jak pralka z wielkim kamieniem w bębnie.
Goblin wrzeszczał coś do mnie w swoim gardłowym języku.
– Jesteś teraz w moim świecie! – odwrzasnąłem mu. – Musisz mówić moim językiem, ty dziwny zielonoskóry gnojku!
Ku mojemu zaskoczeniu goblin wyszczerzył zęby w uśmiechu. Widać było, że mnie zrozumiał. Przerzucał nóż z ręki do ręki.
– Sam nie mówisz swoim językiem – powiedział. – Mówisz standardem Syndykatu, bezmyślny niewolniku. Zaprogramowali go prosto do twojego tępego mózgu. Naprawdę sądzisz, że przetrwasz…
Goblin nie zdołał dokończyć zdania. Gdy był zajęty monologiem, skoczyłem naprzód, zerwałem mu z głowy garnek i walnąłem go nim z całej siły. Małe, ostre zęby poleciały na wszystkie strony. Goblin się zatoczył. Walnąłem go znowu. Zsunął się z boku mordożera. Pasek życia pojawił mu się nad głową, gdy trafiłem go po raz pierwszy, ale nadal był zielony. Z plaśnięciem uderzył o ziemię i jęknął. Jego nóż potoczył się po podłodze.
Wyjrzałem za krawędź maszyny. Goblin leżał na plecach. Traktor nadal wił się i dygotał, ale powoli odsuwał się coraz dalej od goblina, którego pasek życia nadal pozostawał w trzech czwartych pełny. Goblin ewidentnie nie był już jednak w najlepszej formie.
Zaczął siadać, gdy rzuciłem w niego garnkiem. Ku mojemu własnemu zadziwieniu trafiłem go prosto w czoło. Krzyknął raz i chwycił się dłońmi za kolejną ranę.
Oceniłem dystans między nami. Nie było to dużo. Może dwa, dwa i pół metra. Dawałem sobie radę z takimi odległościami już jako dziecko.
Co miałem do stracenia? Zeskoczyłem z buldożera, celując nogami w klatkę piersiową i brzuch goblina, który nadal próbował wstać.
Nie wiem, czy wspomniałem o tym wcześniej, ale to ważna informacja. Mam metr osiemdziesiąt siedem wzrostu. Ważę jakieś sto kilo i chociaż nie mam już takiej formy jak podczas służby w straży, to od lat chodzę na siłownię co najmniej trzy razy w tygodniu, dbając o masę. Urodziłem się z ciałem, które z łatwością obrastało w mięśnie. Mój ojciec był szarżującym w futbolu amerykańskim. Nawet moja matka miała metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. A jej ojciec był środkowym dla drużyny Oregon State, zanim został strażnikiem więziennym.
Chcę przez to powiedzieć, że całkiem spory ze mnie gość. Mam masę. Goblin był bardzo mały i ledwo co ważył. Mój skok na niego z wysokości buldożera skończył się mniej więcej tak, jak gdyby ktoś rozbryzgał wielkim młotem pączek z konfiturą. Biedak nie miał najmniejszych szans. Krew i mięso trysnęły ze wszystkich jego otworów.
Mordożer zaczął wyć jeszcze głośniej. Spojrzałem w dół na to, co zrobiłem, i nagle ogarnęły mnie mdłości. Przede mną pojawiły się kolejne powiadomienia. Na granicy pola widzenia ukazało się okno ze wskazówką. Odwróciłem się w jego stronę.
Goblini Morderczy Mordożer – nieuchronna eksplozja kotła
Pod tekstem pojawiło się odliczanie. Miałem tylko dwanaście sekund, żeby uciec.
Cholerny świat! To zaraz eksploduje!
Zwróciłem się w stronę pokoju Mordecaia, ledwie trzydzieści metrów w głąb korytarza. Czy zdążę? Nie miałem czasu się zastanawiać. Popędziłem przed siebie, potykając się i ślizgając na kamiennych płytach. Otworzyłem błyskawicznie drzwi i jednym susem wpadłem do środka. Z całej siły zatrzasnąłem za sobą drzwi i przygotowałem się na eksplozję.
Łubu-du! Wszystko zadrżało. Drzwi ugięły się pod siłą fali uderzeniowej, wypychając mnie na podłogę. Dzwoniło mi w uszach. Ale ostatecznie drzwi nie pękły i nie wydawało mi się, bym odniósł jakieś obrażenia. Pączuś siedziała w kącie pokoju, cała nastroszona, i syczała.
– Co ty zrobiłeś, do ciężkiej cholery?! – zapytał Mordecai, spoglądając ponad mną na drzwi. – Te drzwi są w stanie wytrzymać uderzenie kinetyczne z niszczyciela gwiazd. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby aż tak się zatrzęsły.
– O – powiedziałem, wracając do pozycji siedzącej. Nadal dzwoniło mi w uszach. – Ten buldożer goblinów zaklinował się w ścianie i eksplodował.
Mordecai skinął powoli głową.
– Eksplozja kotła. Miejscowy szaman musiał rzucić na niego zaklęcie, na wypadek gdyby miało do tego dojść. Siła wybuchu skoncentrowałaby się na najbliższych nie-goblinach. Miałeś szczęście, że znalazłeś się za tymi drzwiami. Skoncentrowana eksplozja, nawet niewielka, posiada o wiele więcej energii, niż sobie wyobrażasz.
Uznawszy najwyraźniej, że zamieszanie dobiegło końca, Pączuś opuściła kąt pokoju i wróciła na swoje miejsce koło ognia. Jej i tak zwykle puchata forma pozostała nieco bardziej napuszona. Machała ogonem w górę i w dół. Widziałem wyraźnie, że jest wściekła.
– Twój stwór zrobił kupę na prochy mojej matki – oznajmił Mordecai, kręcąc głową. – Kompletnie nie było warto. Kompletnie nie.
– A więc, panie Gildio Szkoleniowa… – zacząłem, opierając się o ścianę. Bolały mnie stopy. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe. Byłem pokryty goblinią krwią. Miałem wrażenie, że surowe kawałki hamburgera utknęły mi między palcami u stóp. Wzdrygnąłem się. „Potrzebuję butów”, pomyślałem. „Butów i spodni”. – Co tu się, do cholery, dzieje? O co chodzi z tym Lochem? Czy wszyscy naprawdę zginęli? Co ja mam robić z tym całym gównem?
Przez głowę przemknął mi milion innych pytań. Wiedziałem, że Mordecai mógł się wściec i załatwić mnie na miejscu, ale czułem przemożną chęć złapania szczuroluda za kamizelkę i potrząśnięcia nim, aż wypadną z niego wszystkie odpowiedzi.
– I kim ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś? Co tak naprawdę…
Mordecai podniósł obie ręce.
– Dobra, dobra, zwolnij trochę, młody. Wiem, że jesteś spanikowany. Byłem kiedyś na twoim miejscu. Wszystko ci wyjaśnię. Po to tutaj jestem. Jednak zanim zacznę, muszę wam obojgu coś powiedzieć. – Tu szczurolud przeniósł wzrok na kota, który rzucił mu niechętne spojrzenie. – Nazywam się Mordecai i jestem tym, co nazywacie niewalczącym enpecem. Jestem w tej samej pozycji, co wy. Tak jak wy jestem osobą, której świat został zniszczony. To zdarzyło się wiele, wiele lat słonecznych temu. Byłem zawodnikiem w Lochu tak jak wy. Dotarłem do poziomu jedenastego i zrozumiałem, że nie dam rady przejść ani odrobiny dalej. Gdy dotrzecie do poziomu dziesiątego, dostajecie kilka możliwości wyjścia z Lochu. Im głębiej dojdziecie, tym lepsze są te opcje. – Mordecai podszedł do półki, na której stała przewrócona waza, po czym wziął do ręki zdjęcie ptakopodobnych stworzeń. Podał mi je. Wyglądało zupełnie jak zwykła fotografia w ramce. Jednak wykonane było z dziwnego materiału, a zdjęcie przycięto w dziwny owal z odciętymi rogami.
– Tak naprawdę wyglądam – oznajmił Mordecai. – To zdjęcie mojego brata. Urodziłem się jako nieboptak, ale zostałem odmieńcem, gdy dotarłem do trzeciego poziomu Lochu. Zmieniam postać za każdym razem, gdy przenoszą moją gildię. Gdy Loch zostaje otwarty po raz pierwszy, pracuję w gildii takiej jak ta – ciągnął. – Później, gdy trzeci poziom się zawali, mój pokój przenoszony jest do znacznie głębszego poziomu, a moja postać znów się zmienia. Większość czasu spędzam na pracy w magicznej gildii, do której chodzi się kupować zaklęcia albo trenować, jeśli wybrało się magiczną ścieżkę rozwoju. W ciągu wszystkich moich lat pracy tylko garstka osób zdołała tam dotrzeć. Większość zawodników nie wydostaje się poza dziesiąty poziom.
– Więc odmieniec to zmiennokształtny? – Przyjrzałem się obrazkowi. Nie umiałem powiedzieć, czy to na pewno zdjęcie, czy może malowidło. Oczy przedstawionej na nim postaci zdawały się przewiercać mnie na wylot. Należały do złotej istoty podobnej do orła, z anielskimi skrzydłami złożonymi na plecach.
– Tak – odparł Mordecai i westchnął. – Odtworzyli dla mnie mój dom, łącznie ze wszystkim, co posiadałem, gdy postanowiłem zostać mistrzem gildii. Miałem tylko kilka chwil, żeby zabrać, co chciałem, zanim obrócili wszystko w proch. Teraz za każdym razem, gdy przenoszę się do nowego świata, zmieniają moją postać. Zawsze to coś innego, ale nieodmiennie należę do mobów z bieżącego poziomu Lochu. Nie wiem dlaczego.
– Nie wierzę w ani jedno słowo – oświadczyłem. – Więc jesteście niby kosmitami? Każdy z innego świata? To jakim cudem ta gra czy cokolwiek to jest wie, jak się porozumiewamy? Niektóre z powiadomień wymieniły Jean-Claude’a Van Damme’a i inceli!
Mordecai skinął głową.
– Nie zapędzaj się. Każdy Loch jest skonstruowany specjalnie dla świata, w którym się pojawia. A oni poświęcają dużo czasu… naprawdę dużo czasu, żeby upewnić się, że tubylcy zrozumieją grę i jej powiadomienia. Stawiają na autentyczność. Nie powinienem mówić ci niczego takiego, ale skoro będziesz się tu kręcił, to lepiej, żebyś wiedział, co się dzieje.
– Nadal nie wiem, co się tu dzieje! – odparłem z rosnącą frustracją.
Mordecai pokręcił głową.
– Wy, ludzie, wszyscy jesteście tacy sami. To szósty albo siódmy świat obsiany ludźmi i zawsze to samo. Zawsze chcecie wiedzieć dlaczego. Czemu nie umiecie po prostu zaakceptować sytuacji, w jakiej się znaleźliście, i żyć dalej? Mój lud, nieboptaki, zwykle umie przetrwać dłużej niż wy. Wiesz dlaczego? Bo umiemy dostosować się do okoliczności.
Przez kilka chwil nic nie odpowiedziałem. Musiałem najpierw całkiem sporo przetrawić. „Obsiany ludźmi świat”? Czy to znaczy, że ten buc z telewizora z dziwnymi włosami, który wygłaszał wszystkie te niedorzeczne teorie spiskowe, tak naprawdę miał rację? Ludzie nie są wyjątkowi, lecz stanowią uprawy czekające na żniwa, dopóki… dopóki nie nastąpi to?!
Mordecai dostrzegł wyraz oszołomienia na mojej twarzy i westchnął.
– Dobrze, dobrze – powiedział. – Przedstawię ci wersję uproszczoną. – Przyciągnął do siebie krzesło i usiadł. Wskazał mi gestem drugie krzesło, ustawione pośrodku owalnego dywanu. – Lepiej się rozgość.
Syndykat używa sześciu podstawowych gatunków do obsiewania światów. Jednym z nich są ludzie. Syndykat znajduje kompatybilną planetę, umieszcza na niej ludzi, czeka parę tysięcy lat, po czym ujawnia się największej z powstałych osad. Zwykle robi to, jak tylko zaczyna formować się cywilizacja, ale długo przed jakąkolwiek rewolucją przemysłową, i jak tylko znajdą jakikolwiek system rządów. Liczy się to jako „pierwszy kontakt”. Mam na myśli w sensie prawnym. To pozwala im odczekać kilka kolejnych tysięcy lat, by wrócić i wyeksploatować planetę do cna.
– Ale jak?! – zapytałem. – To trwało jakąś sekundę!
Mordecai wzruszył ramionami.
– Technologia poza zasięgiem twojego pojmowania wydaje się magią. Jeśli o ciebie chodzi, w tym miejscu to jest magia. To jak w tym filmie Czarnoksiężnik z Oz, tylko że nigdy nie zdołasz zajrzeć za kulisy.
– Widziałeś Czarnoksiężnika z Oz?!
– Mistrzowie gildii mają całe lata, żeby przygotować się na każdy nowy Loch. Młody, czekałem na tę chwilę dłużej, niż żyjesz. Pierwsze zespoły przygotowawcze przybyły na waszą planetę w latach tysiąc dziewięćset trzydziestych, jak sądzę. Jak wyszła ta książka, Hobbit. Opuściłem poprzedni system i wszedłem w fazę przygotowań w roku sześćdziesiątym czwartym. Znam wasz świat i jego zwyczaje tak samo dobrze jak ty. Mogłem nawet raz zmienić się w człowieka i przejść się po waszym świecie. Poszedłem do Blockbuster Video i ukradłem całą górę filmów z Jamesem Bondem. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się cieszyłem, gdy wreszcie zaczęliście wszystko digitalizować.
– Jak długo jesteś mistrzem gildii?
Mordecai pokręcił głową.
– Nie chcesz wiedzieć. W każdym razie wasza planeta nie zgłosiła Ziemi jako niepodległego terytorium. Mieliście na to pięćdziesiąt lat od pierwszego kontaktu, a pierwszy kontakt miał miejsce kilka tysięcy lat temu. Jak zbudowali tamte piramidy. Korporacja Borant ma ogromne zaległości w eksploatacji światów i w końcu przyszła kolej na was.
Zakręciło mi się w głowie.
– Więc zabierają wszystkie nasze minerały?
– Mniej więcej. – Mordecai skinął głową. – Borant handluje rzadkimi pierwiastkami i tym podobnymi. To, co ostatecznie ze sobą zabiorą, zmieści się w pojedynczym transporcie. Nie wiem wiele o tej części procesu. To wielki wszechświat i wiele w nim miejsc do eksploatacji. To jednak nie prawdziwy powód, dla którego tu jesteśmy. Borant faktycznie czerpie zyski z eksploatacji, ale prawdziwe pieniądze są w grze. W Lochu.
– Jak to?
– Żartujesz sobie? Na Syndykat składają się ponad trzy miliardy niezależnych układów gwiezdnych. Co sezon nowy Świat Lochu ma swój debiut w sieci. Kwadryliony obywateli Syndykatu dostają prawdziwej obsesji na tym punkcie.
– Więc to jak reality show? Jak Survivor?
– Och, uwielbiałem to! Jeśli o ciebie chodzi, to tak, to reality show jak Survivor. Chociaż w praktyce to bardziej Running Man.
Odchyliłem się na krześle. Znalazłem się w reality show dla obcych. Kurde.
Bea zawsze chciała występować w telewizji. Brała udział w castingach do niezliczonych reality show. Ja? Wolałbym raczej, żeby mi wsadzili kijek w oko. Zastanowiłem się przez moment, gdzie ona może być i czy żyje. Pewnie nie, uznałem. Gdy to się stało, na Bahamach była chwila po piątej rano, co oznaczało, że Bea pewnie spała w pokoju hotelowym. Pewnie w łóżku z tym dupkiem. A jeśli jakimś cudem przetrwała, nie było mowy, żeby weszła do jednego z tuneli.
– Więc ktoś nas teraz ogląda? – zapytałem, rozglądając się wokoło.
Mordecai złożył ręce.
– Zaraz do tego dojdę. Wygląda na to, że jeszcze przez jakiś czas nikt do nas nie dołączy, więc możemy zacząć tutorial.
Prawa ręka Mordecaia rozbłysła na chwilę i ponownie poczułem to łaskoczące brzęczenie w mózgu. Po drugiej stronie pokoju Pączuś zasyczała i machnęła łapką w powietrzu.
Otrzymałeś dostęp do Menu.
Mój świat rozbłysnął i pojawiło się przede mną równocześnie kilka rzeczy. Długi zielony pasek – pasek życia, jak szybko zrozumiałem – zmaterializował się na górze po prawej. Przesunął lekko ekranik z odliczaniem. Mrugający folder nadal znajdował się w górnym lewym rogu. Na dole po prawej stronie widziałem teraz minimapę.
– Otrzymałeś właśnie powiadomienie – powiedział Mordecai. – To powiadomienie zawodnika. Istnieje ich kilka rodzajów, ale ten widzisz tylko ty. Istnieją też różne wiadomości od systemu, które widzą wszyscy, bez względu na to, na którym poziomie się znajdują. Mogą być dostarczane za pomocą różnych głosów. Mamy także powiadomienie ograniczone do jakiegoś poziomu i tak dalej.
– W górze po lewej stronie mam świecący folder – powiedziałem.
– To powiadomienia z gry i powiadomienia o zmianie statusu. Pewnie z walki sprzed kilku minut – wyjaśnił Mordecai. – Nie klikaj w nie jeszcze. Zaraz do nich dojdziemy. Najpierw chcę, żebyś skoncentrował się na mapie na dole po prawej. Spójrz prosto na nią i upewnij się, że myślisz tylko o tym, że na nią patrzysz.
Zrobiłem, jak poprosił, i mapa nagle urosła, wypełniając mi całe pole widzenia. Było to proste czarno-białe przedstawienie korytarzy i kilku przypadkowych wejść. Większość terenu wokół nas nie była odkryta. Widziałem tylko obszary, przez które przeszliśmy, plus jakieś dwadzieścia metrów w każdą stronę. Pośrodku mapy, w budynku gildii, tkwiła zielona kropka. Obok niej widać było dwie dodatkowe kropki – jedną niebieską i jedną białą. Skupiłem się na niebieskiej kropce i po chwili pojawiła się nad nią adnotacja.
Zawodniczka Królewna Pączuś
Nad białą kropką widniało:
Mistrz Gildii Mordecai
Całe pomieszczenie rozbłysło na żółto, a gdy skoncentrowałem się na nim, mogłem tam odczytać:
Gildia Szkoleniowa
Na zewnątrz w korytarzu znajdowały się trzy znaki X. Kliknąłem na jeden z nich.
Ciało. Goblin – poziom 2
Pozbyłem się tego powiadomienia, po czym cała mapa wróciła do normalnych rozmiarów.
– Dobrze, dobrze – powiedział Mordecai. – Jak widzisz, jesteś zieloną kropką, niebieskie kropki to inni zawodnicy, podczas gdy białe kropki to enpece, tacy jak ja, a moby będą czerwone. Istnieje też kilka innych rodzajów, ale z tymi poradzisz sobie w trakcie. Przy okazji: żadni inni zawodnicy ani moby nie widzą waszych menu, ale w czasie pobytu w tej gildii ja widzę wszystko, co jest na waszych monitorach. Umiesz już otwierać i zamykać okna, to dobrze. Spróbuj teraz ponownie skoncentrować się na mapie. Uszczypnij ją palcami, żeby się zmniejszyła. Potem przesuń ją wzdłuż ekranu. W ten sposób możesz spersonalizować swój wyświetlacz.
Trwało to jeszcze przez jakiś czas: Mordecai wyjaśniał, jak otwierać i zamykać poszczególne menu na moim ekranie. Wystarczyło, że o tym pomyślałem, a pokazywały mi się wszystkie opcje, dając dostęp do kilku folderów. Gdy przyzwyczaiłem się już do tego, jakie to dziwne, że wszystko znajdowało się w mojej głowie, system okazał się całkiem intuicyjny.
Pierwsze menu zawierało parametry. Jak wcześniej wspomniałem, kiedyś grałem w erpegi – i zwyczajne, i na komputerze – więc ta sekcja nieszczególnie mnie zaskoczyła. Moje parametry wyglądały następująco:
Siła: 6 Inteligencja: 3 Kondycja: 5 Zwinność: 5 Charyzma: 4
Zgodnie z wyjaśnieniem Mordecaia nie mogłem tych parametrów zmienić ręcznie. Jeszcze nie. Przy każdym awansie na następny poziom miałem otrzymać trzy punkty do zużycia na poprawienie parametrów, ale nie mogłem ich wykorzystać, póki nie wybiorę sobie rasy i klasy. A tego nie mogłem zrobić przed dotarciem dwa piętra niżej. Na razie moje parametry mogły podwyższać się lub obniżać na podstawie moich inherentnych atrybutów umysłowych i fizycznych z prawdziwego życia. Mordecai dodał również, że przeciętny człowiek posiadał zwykle między trzy a pięć punktów w każdym z tych pięciu parametrów, więc sześć punktów siły wyglądało naprawdę dobrze.
Później mogłem znaleźć przedmioty i eliksiry, które zmieniałyby te wartości czasowo albo permanentnie, ale na razie nie mogłem z nimi wiele zrobić.
– Dlaczego możemy wybrać klasę dopiero na trzecim poziomie? – zapytałem.
Mordecai wzruszył ramionami.
– Cała ta operacja wymaga wiele energii. Oni pewnie uważają, że jeśli zdołasz dotrzeć do trzeciego poziomu, to jesteś wart inwestycji, jaka jest potrzebna do transfiguracji. Klasa jest łatwa, ale zmiana rasy wymaga sporo wysiłku. Zostaniesz fundamentalnie zmodyfikowany na poziomie komórkowym. To byłby ogromny wydatek dla kogoś, kto i tak zostanie pożarty przez muchołapkę na pierwszym poziomie.
Do tej pory nawet się nad tym nie zastanawiałem. Zdałem sobie sprawę, że mogę zmienić się w zupełnie inną rasę. W grze komputerowej zdecydowałbym się na to w ułamku sekundy. Nigdy nie grałem ludźmi, jeśli tylko miałem wybór. Jednak permanentna transformacja w coś innego? Sama myśl o tym sprawiła, że dostałem mdłości, ale było to coś, co musiałem przemyśleć i zmierzyć się z tym, gdy przyjdzie na to czas.
Zirytowała mnie trochę ta trójka przy inteligencji. Przyznaję, nigdy nie byłem szczególnie dobry z matmy, ale nie uważałem się też za kompletnego idiotę. Umiałem naprawić większość urządzeń elektrycznych, jeśli przez jakiś czas mogłem przestudiować ich mechanizm. Mój ziom Billy Maloney – ten to był prawdziwym imbecylem. W zeszłym tygodniu wyszliśmy z baru, a on naszczał prosto na rower policjanta, gdy ten wlepiał jakiemuś pijanemu typowi mandat za naruszanie porządku publicznego. On dopiero zasłużył na trzy punkty inteligencji, może nawet dwa.
Billy nie żyje, dotarło do mnie. Nadal był w więzieniu. Wystawili na niego nakaz aresztowania za niestawiennictwo w sądzie, więc go zamknęli. Nie żyje jak wszyscy inni na świecie. Odepchnąłem tę myśl jak najdalej od siebie.
Gdy skończyłem narzekać Mordecaiowi na moje punkty inteligencji, używając Billa jako przykładu, Mordecai powiedział:
– Inteligencja podpowiedziała ci, że rower należał do policjanta. Wiedza sprawiła, że nie oddałeś na niego moczu. Wszyscy mamy też w parametrach Wiedzę, ale nie pojawia się ona w menu. Wcześniej się tam znajdowała, ale w końcu odkryli, że zmiana punktów przydzielonych do Wiedzy drastycznie zmienia osobowość gracza, więc się tego pozbyli. Nie wiem, jaką Inteligencję miał ten cały Billy, ale jego Wiedza z całą pewnością nie miała wartości pięć. Nie powinieneś przejmować się trójką w Inteligencji, chyba że chcesz się zająć specjalizacją związaną z magią. Najlepiej zrobisz, koncentrując się na czymś związanym z Siłą.
To mnie pocieszyło, a Mordecai przeszedł do następnej pozycji w menu.
– Ten ekran to najważniejsze menu w całej grze. Twoje życie będzie zależeć od tych liczb.
Menu nazywało się Wskaźniki. Kliknąłem na nie i wpadłem w stupor.
WSKAŹNIKI odsłony: 0 obserwujący: 0 dodali do ulubionych: 0 patroni: 0
Pierwszy poziom Lochu był najwyraźniej niedostępny dla widzów, więc wskaźniki miały nie drgnąć, póki nie dotrę na poziom drugi.
Widzowie nie mieli w tej chwili dostępu do niczego, co się tu działo. W ciągu następnego dnia Borant miał jednak wypuścić nagrania z najlepszymi momentami z otwarcia Lochu. Jeśli wystąpię podczas premiery programu albo któregokolwiek z nowych odcinków, będzie to oznaczało wygraną na loterii. Zawodnicy, których pokazano w telewizji, zyskiwali miliardy odsłon i miliony obserwujących od pierwszego wystąpienia.
Biorąc pod uwagę liczbę ludzi w Lochu, szczerze wątpiłem, żeby ktoś chciał pokazać akurat mnie, więc jeśli chciałem przetrwać, potrzebowałem tego, co Mordecai nazywał „hucpą” albo „tym czymś”.
– Musisz się wyróżniać. Nie możesz po prostu zabić Wlokącego się Kwasowego Palownika i odejść. Musisz zabić go w dobrym stylu, dostarczając widzom rozrywki. Może wymyśl sobie jakieś atrakcyjne powiedzonko. Podczas mojej wędrówki przez Loch zdołałem zgromadzić prawie trzydzieści milionów obserwujących i czterech patronów. Tylko dzięki temu przetrwałem – podsumował Mordecai.
– Przepraszam, Wlokące się co?
– Wlokący się Kwasowy Palownik. Na drugim poziomie będzie się od nich roiło. Rozbijają się na czterech nogach, są zieloni i włochaci. Plują strzałkami, które rozpuszczają ci skórę. Okropne stworzenia.
– Jezus Maria – odparłem. Nadal nie mogłem pozbyć się uczucia, że śnię.
– Skoncentruj się, młody! – warknął na mnie Mordecai. – Potwory nie są teraz ważne. Znaczy są. Ale to, co teraz mówię, jest jeszcze ważniejsze.
– Dobra, dobra. – Machnąłem ręką, żeby kontynuował.
Mordecai zaczął wyjaśniać, jak działa publiczność. Od drugiego poziomu widzowie z całego wszechświata będą mogli obserwować dowolnego zawodnika. Borant nadal będzie wyświetlał najlepsze momenty. Im dłużej zdołałem przetrwać, tym lepsze stawały się moje szanse na pojawienie się w ich przeglądzie. Gdy ktoś oglądał mnie dłużej niż osiem sekund, liczone to było jako odsłona. Ten wskaźnik nie pomagał mi ani mi nie szkodził, ale stanowił dobre źródło informacji o tym, w jakim stopniu byłem dla widzów interesujący.
– Może ci się to nie podobać – ostrzegł Mordecai – ale musisz teraz naprawdę uważać. Pozyskanie patronów jest kluczowe dla twojego przeżycia. W Lochu znajduje się mnóstwo dobrej jakości łupów, które pomogą ci przetrwać, ale najlepszy łup pochodzi od twoich dobroczyńców. Patronów. Odsłony prowadzą do zwiększenia liczby obserwujących. To, że ktoś cię obserwuje, oznacza, że jakiś widz dodał twój numer zawodnika do zakładek. Większa liczba obserwujących prowadzi do pojawienia się tych, którzy dodali cię do ulubionych. To coś zasadniczo pozytywnego. Oznacza, że widzowie dostają w czasie rzeczywistym powiadomienia o twoich parametrach i aktualnym statusie. Otrzymują powiadomienia, gdy walczysz. Jeśli ktoś dodał cię do ulubionych, naprawdę chce wiedzieć, jak ci idzie. Każdy widz może mieć ograniczoną liczbę zawodników w ulubionych, więc powinieneś to uważać za wyróżnienie. Jednakże – kontynuował Mordecai – ostatecznie najbardziej liczą się patroni. Dodawanie do ulubionych zawsze w końcu prowadzi do pozyskania patronów. To zazwyczaj organizacje, nie pojedyncze osoby. Sponsorują cię poprzez nabywanie dla ciebie skrzynek. Istnieje mnóstwo typów skrzynek, a każda z nich ma sześć poziomów jakości: brązowy, potem srebrny, złoty, platynowy, legendarny i niebiański.
– Ta – przerwałem mu sucho. – Nadal nie pozwoliłeś mi otworzyć moich skrzynek. Mogę to zrobić teraz?
– Poczekaj, młody – powstrzymał mnie Mordecai. – Mamy tu cały proces. Za chwileczkę do tego dojdziemy. Większości patronów nie stać na więcej niż srebrne albo złote skrzynki albo nie chcą płacić więcej. Brązowe skrzynki zwykle są kiepskie, ale wszystko na wyższym poziomie zwykle kryje w sobie coś przyzwoitego. Niektórzy z zamożniejszych patronów mogą nawet kupić ci platynowe skrzynki, chociaż ich koszt musi być astronomiczny. To rzekłszy, tylko patroni mogą wysyłać ci skrzynki od dobroczyńcy. To one zawierają najrzadsze przedmioty. Oznacza to, że nawet Brązowa Skrzynka od Dobroczyńcy jest lepsza niż Złota Skrzynka Poszukiwacza Przygód. Skrzynka od dobroczyńcy może zawierać przedmioty ze świata dobroczyńcy. Nigdy nie znajdziesz karabinu pulsacyjnego ani automatycznej zbroi wspomaganej w żadnej ze skrzynek z Lochu, ale możesz je otrzymać od patrona. Zrozumiałeś?
– To kompletnie nie ma sensu – powiedziałem – ale tak, rozumiem, co masz na myśli. Znalazłem się w międzygalaktycznym turnieju i muszę się popisywać, żeby zwrócono na mnie uwagę. A gdy już zwrócą na mnie uwagę, mogę od nich dostać skrzynkę z papierem toaletowym. Dobrze to podsumowałem?
Mordecai zaklaskał w szczurze łapki.
– Tak! Ale papier toaletowy dostajesz w pakiecie. Na mapie znajdziesz dostatek toalet. To jedyne miejsce, do którego widzowie nie mogą za tobą wejść.
– Mówisz poważnie?
– Jak najbardziej. – Mordecai skinął głową. – Poprzedni Loch, którym zarządzała Korporacja Borant, nie miał żadnych toalet i zawodnicy sikali i srali gdzie popadnie. To obrzydliwe.
– A co Borant z tego ma?
Zmiana w zachowaniu Mordecaia była subtelna, ale wyraźnie widoczna. Zesztywniał lekko. Jego głos przybrał dziwnie formalny ton.
– Poza dochodem z eksploatacji, o którym już wspomniałem, Korporacja Borant otrzymuje dochód z reklam, stypendium od rządu Syndykatu oraz procent od każdego kredytu wydanego przez patronów. – Mordecai odczekał dłuższą chwilę, po czym dodał: – Należy też dodać, że za każdym razem, gdy zawodnik wspomni o rządzie międzygalaktycznym albo organizacji sponsorującej bieżącą rozgrywkę w Lochu, sztuczna inteligencja rozpocznie automatyczne nagrywanie interakcji celem kontroli treści. Jeśli stwierdzi się, że zawodnik obraża jedną z tych dwóch instytucji, zwłaszcza jeśli obserwują go widzowie, jego przygoda w Lochu może zostać „przyśpieszona”.
– Jasne. – Skinąłem głową. Trudno mi było sobie wyobrazić, że „przyśpieszenie” mogło oznaczać coś pozytywnego.
Następne minuty spędziliśmy, przeglądając kolejne pozycje w menu. Miałem menu dotyczące zdrowia, jak w innych grach. Punkty życia przedstawione były w postaci pojedynczego zielonego paska, ale w menu znajdował się także bardziej szczegółowy diagram kołowy. Wskazywał wszystkie obecne przypadłości i słabości, a poza tym mogłem sprawdzić w nim dodatkowe informacje. Leczenie ran było w Lochu przyśpieszone. Niedawno wyzdrowiałem z kilku przypadłości, z których nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak zadrapania na podeszwach stóp i dłoniach, odmrożenia i początek infekcji w miejscu, gdzie ugryzła mnie Pączuś. Zdrowie wzrastało powoli w tempie proporcjonalnym do mojej Kondycji.
Do tego gdybym zszedł po schodach na następny poziom, moje punkty życia natychmiast wróciłyby do maksymalnego stanu. Innymi sposobami na wylizanie się z ran były zaklęcia, eliksiry i magiczne zwoje. Ale mieliśmy tylko jedno życie.
Śmierć oznaczała śmierć.
Potem przejrzeliśmy menu umiejętności. Ta sekcja wydawała się nie mieć końca. Posiadała chyba nieskończoną liczbę stron. Jeśli nie dysponowałem daną umiejętnością, nie mogłem przeczytać jej nazwy. Nadal znajdowała się na liście, ale moim oczom ukazywała się rozmazana. Musiałem przewijać setki stron, zanim zobaczyłem coś czytelnego. Mordecai kazał mi zmienić widok na „posiadane umiejętności” i ta lista też była bardzo długa. Miałem na niej takie pozycje jak Oddychanie: 3, Chodzenie: 4, Obsługa Uniwersalnego Pilota Marki Sony Numer RMVLZ620: 1. Lista wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Mordecai kazał mi odznaczyć coś w menu i większość umiejętności zniknęła. Zostało najwyżej kilka stron. Potem jeszcze jedno odznaczenie i kolejnych kilka umiejętności zniknęło. Zostały teraz rzeczy w stylu Walka Oparta na Chwytach i Uderzeniach: 3, Podstawowe Naprawy Elektryczne: 6, Pływanie: 4. Nic poza Naprawami nie miało więcej niż pięć punktów. Większość miała trzy.
– To dobry początek – stwierdził Mordecai. – Jestem naprawdę pod wrażeniem. Świetnie sobie radzisz z kilkoma rodzajami ziemskiej broni, wszystkie to broń palna. Jednak ponieważ nie zabrałeś żadnej z nich ze sobą, powinieneś zacząć trenować z bronią dostępną w Lochu. Zanim stąd wyjdziesz, zobaczymy, czy masz coś sensownego w którejś ze swoich skrzynek.
– Pokażesz mi, jak ich używać?
– Nie – zaprzeczył Mordecai. – To nie moja praca. W różnych miejscach znajdują się gildie, które pomogą ci podwyższyć poziom umiejętności, zwłaszcza magicznych. Ale najlepszym sposobem na to są ćwiczenia.
– Jest tu jakiś sklep? – zapytałem. – Sztuczna inteligencja coś o nim wspomniała.
– Będzie, gdy dotrzesz do trzeciego poziomu – odparł Mordecai. – Trzeci poziom posiada pewną strukturę, a potem na mapie zaczną pojawiać się przypadkowe sklepy. Możesz też handlować z innymi zawodnikami albo przyjaźnie nastawionymi stworami, jeśli jakieś znajdziesz. Moby na drugim poziomie zaczną zostawiać po sobie złoto.
