Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
68 osób interesuje się tą książką
To miała być tylko umowa, ale wmieszało się w nią serce.
Powrót do Southview zmusza Dani Collins do zmierzenia się z historią, którą od dawna próbowała zostawić za sobą. To właśnie tu ponownie krzyżują się jej drogi z Alekiem Barczewskim – dawnym najlepszym przyjacielem, a dziś idolem szkolnej drużyny hokejowej. Jedno pochopne zdjęcie i głośny incydent w szatni sprawiają jednak, że jego przyszłość sportowa nagle staje pod znakiem zapytania.
Dani również balansuje na cienkiej granicy – bez mocnych osiągnięć jej marzenia o Harvardzie mogą się nie spełnić. Gdy ich cele zaczynają się zazębiać, decydują się na układ: udawany związek, który ma naprawić ich reputację. Szybko okazuje się jednak, że emocje sprzed lat wciąż są żywe.
W otoczeniu pełnym plotek, presji, rywalizacji i manipulacji granica między grą a prawdą zaczyna się zacierać. A jeden nieostrożny krok może zniszczyć wszystko, o co walczą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 414
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:Fake Skating
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa Korekta: Kinga Dąbrowicz Ilustracje na okładce: © 2025 by Liz Casal Projekt okładki: Sarah Creech Opracowanie graficzne okładki: Adelina Sandecka
Fake Skating by Lynn Painter Polish Language Translation copyright © 2026 by Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k. Original English language edition copyright © 2025 by Lynn Painter Published by arrangement with Simon & Schuster Books for Young Readers, an imprint of Simon & Schuster Children’s Publishing Division.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Monika Wiśniewska, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
OSTRZEŻENIE W książce znajdują się sceny dotyczące ataków paniki, został też poruszony temat rozwodu.
Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-742-6
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Nie musisz być zrozumiał_ dla innych. Jesteś dokładnie tak_, jak_ powin_ś być. JESTEŚ DOSKONAŁ_. I możliwe, że jeszcze ich nie spotkał_ś, ale są ludzie, którzy pokochają cię WŁAŚNIE ZA TO, Jak_ jesteś.
To się nie mogło dziać naprawdę.
Dani Collins przeprowadzała się do Southview.
– Niemożliwe – mruknąłem, wciskając pedał gazu.
Godzinę temu życie było normalne. Po treningu udałem się do domu, wciągnąłem dwie miski gulaszu, podczas gdy tata opowiadał o nowej amfibii swojego kolegi, a kiedy miałem właśnie odejść od stołu, mama przekazała mi wieści.
Z podekscytowaniem poinformowała, że rodzice Dani się rozwodzą i teraz ona i jej mama wprowadzają się do jej dziadka. I że niesamowicie będzie mieć je w końcu tak blisko.
„Tylko sobie wyobraź, jak często będziemy się mogli z nimi spotykać!”
Uśmiechałem się i przytakiwałem jak grzeczny chłopiec, usiłując nie porzygać się z nerwów na myśl o tym, że będę ją musiał widywać każdego dnia.
Dani Collins.
Przeprowadzała się.
Do. Cholernego. Southview.
Pod byle pretekstem opuściłem dom tak szybko, jak się dało – potrzebowałem powietrza i muzyki, aby się oswoić z tym nieoczekiwanym biegiem wydarzeń. Moja kuzynka kompulsywnie tworzyła playlisty na każdą chwilę swojego życia i ten lekko obsesyjny nawyk udzielił się także mnie, do tego stopnia, że nie potrafiłem już sobie radzić z rzeczywistością, dopóki nie przepuściłem jej przez muzykę.
Wsiadłem więc do Burrito (mojego zdezelowanego Olds Alero z dwa tysiące trzeciego) i ruszyłem przed siebie, puszczając na maksa Escorpião, brazylijski kawałek, którego słów nie rozumiałem, ale uwielbiałem go jak nie wiem co. Wiedziałem, że jeden wers brzmi w tłumaczeniu „«kocham cię» to bzdura”, więc całkiem pasowało.
Nagle – zupełnie jakby Burrito działał na własną rękę – zorientowałem się, że skręcam w ledwie widoczną gruntową drogę wijącą się przez las obok stawu. Jechałem po zasypanej śniegiem i ubitej ścieżce, aż moim oczom ukazała się stara, opuszczona szopa, będąca niegdyś „naszym miejscem”.
Wieczór był spokojny, a gruba warstwa białego puchu odcinała świat od dźwięków, tak że kiedy wysiadłem z samochodu i ruszyłem w stronę szopy, słyszałem jedynie chrzęst śniegu pod butami. Zawsze wyglądała tak, jakby lada chwila miała się zawalić, i nie uległo to zmianie od czasu, kiedy byłem tu po raz ostatni.
Latem po ukończeniu siódmej klasy.
Pchnąłem drzwi i wszedłem do środka, częściowo się spodziewając, że rzuci się na mnie stado szopów praczy. Panowała tu absolutna ciemność, kiedy jednak włączyłem latarkę w telefonie, poczułem się, jakbym dostał krążkiem hokejowym w klatkę piersiową. Jak to możliwe, że wszystko nadal wyglądało tak samo?
Wciąż stały tam krzesła, które zwinąłem z warsztatu ojca, żeby umeblować naszą absurdalną szopę. No i obecna była ogromna dziura w dachu, którą nazywaliśmy świetlikiem.
Ja pierdolę.
Przełknąłem ślinę i spojrzałem do góry, na księżyc. Wszystko w „naszym miejscu” pozostało takie samo. I kogo ja oszukiwałem? Tak samo było ze wspomnieniami o niej. O Dani.
I naszym ostatnim spotkaniu.
Mniej więcej pięć lat temu
– Nie chcę jechać do domu.
Patrzyłem na profil wpatrującej się w księżyc Dani i nie mogłem uwierzyć w to, że już wyjeżdża. Siedzieliśmy obok siebie na kocu w szopie nad stawem, a moje słowa: „To jest do bani”, stanowiły niedomówienie wieku.
Dani i jej mama przyjeżdżały każdego lata na cały miesiąc. Nasze matki (najlepsze przyjaciółki) spędzały ze sobą wówczas praktycznie całe dnie, a my mogliśmy robić wszystko, na co tylko mieliśmy ochotę. Jeździliśmy na rowerach, chodziliśmy na ryby, wybieraliśmy się na długie spacery, podczas których rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim, spędzaliśmy czas na basenie… To była letnia perfekcja.
Nie pamiętam już nawet, kiedy się zaczął ten doroczny rytuał.
Powodem ich wizyt były odwiedziny u dziadków Dani, ale jako że większość czasu spędzała ze mną w naszym domu (albo w szopie), zawsze uważałem, że to „nasze” wakacje.
I była to bez wątpienia najlepsza część lata.
Ponieważ przez jeden miesiąc w roku była moją najlepszą przyjaciółką.
Przez trzydzieści dni wygłupialiśmy się i śmialiśmy do rozpuku, potem zaś wracała do tej bazy lotniczej, w której akurat stacjonował jej ojciec – aż do następnego sezonu świetlików.
Teraz jednak wyjeżdżały po zaledwie dwóch dniach. Tym razem przyjechały na pogrzeb jej babci i tym razem towarzyszył im jej wredny ojciec – pułkownik, a jakże.
Co okazało się dużym błędem, ponieważ jego obecność doprowadziła do totalnej katastrofy.
Było epicko w najgorszy możliwy sposób.
Po pogrzebie Mick – dziadek Dani – odpalił się na jej ojca, twierdząc, że babcia umarła przez pana Collinsa. Że pękło jej serce, bo zabrał mamę Dani i woził ją ze sobą od bazy do bazy.
A potem Mick oświadczył im – przy wszystkich – aby wracali „tam, gdzie, do kurwy nędzy, stacjonujecie w tej chwili” i zeszli mu z oczu.
Mhm, koszmar.
No i rano wyjeżdżali.
Co oznaczało, że nie pójdziemy o świcie do piekarni Kriz’s, gdzie siadaliśmy przy lepiącym się stoliku przed wejściem i na podstawie ubioru klientów próbowaliśmy zgadnąć, jakie kupią donuty.
To była jedna z naszych (wielu) tradycji.
– Wiem, że to robi ze mnie okropną osobę – powiedziała, patrząc na mnie zbyt smutnymi brązowymi oczami – ale chyba bardziej dołuje mnie fakt, że stracę ten miesiąc tutaj, niż cała ta rodzinna afera.
I wtedy to zobaczyłem.
W oczach miała łzy.
Widok kogokolwiek ze łzami w oczach sprawiał, że czułem się nieswojo – z powagą było mi nie po drodze. Ale zobaczyć najbardziej sarkastyczną osobę, jaką znałem, smutną?
To mnie, szczerze mówiąc, rozwaliło.
– Collins. – Szturchnąłem ją w ramię. – Jeśli się rozpłaczesz, przysięgam, że wykopię cię z tej szopy i wrzucę do stawu.
Parsknęła śmiechem, a gdy się odezwała, głos miała zachrypnięty.
– Taki z ciebie niby twardziel, pozujący na groźnego, choć oboje wiemy, że wcale byś tego nie zrobił.
– Ale z ciebie wredota.
– A z ciebie karakan – odcięła się równie żartobliwie.
Bezbolesny żart, ponieważ nie byłem niski; po prostu ona była wyższa od wszystkich.
– Tak w ogóle to wcale nie jesteś okropna. – Zauważyłem, że oczy nadal jej błyszczą od łez, i zapragnąłem skopać tyłek jej dziadkowi za to, że taki z niego buc. – Wolno ci się smucić, że stąd wyjeżdżasz.
Przełknęła ślinę i przygryzła dolną wargę, jakby próbowała wziąć się w garść.
– Mnie też jest smutno – przyznałem łamiącym się głosem, bo to rzeczywiście była prawda.
Jak miało wyglądać lato bez biegania po mieście razem z Dani?
– Mówisz serio? – zapytała niemal szeptem. Jej spojrzenie przesunęło się po mojej twarzy. – Naprawdę?
Kiwnąłem głową i poczułem kłujący ból w klatce piersiowej, kiedy zauważyłem, jak jednej łzie udaje się uciec. Ponieważ Dani Collins nie mogła płakać.
Nie mogła.
Nagle cały wszechświat się zachwiał i jedyne, czego pragnąłem, to żeby przestała. Natychmiast.
Wszystko traciło sens, gdy była nieszczęśliwa.
Bo Dani była iskrzącymi się oczami i zaraźliwym śmiechem. Dani była szczęściem.
Nim zdążyłem się zorientować, co robię, moje kciuki znalazły się na jej policzkach i jeden z nich otarł łzę. Miałem problem z przełknięciem śliny, kiedy Dani patrzyła na mnie tak, jakby próbowała ogarnąć, co się dzieje.
– Ja też nie wiem – przyznałem, gdyż od zawsze potrafiliśmy czytać sobie w myślach, a ja nie rozumiałem, dlaczego nagle mam ochotę ją pocałować. – Nie mam pojęcia, co to takiego.
– Ani ja.
Jej spojrzenie opadło na moje usta i w tej chwili serce zaczęło mi walić jak młotem.
– Powinniśmy? – wyszeptałem, gdy zorientowałem się, że moje kciuki nadal suną po jej miękkiej skórze.
Czy ja na serio właśnie zapytałem (bez wypowiadania tych słów), czy powinniśmy się pocałować?
Co się, u licha, dzieje?
– Kiedyś w końcu musimy zrobić to po raz pierwszy – odparła, a w jej oczach pojawiła się determinacja świadcząca o tym, że coś sobie postanowiła.
Nikt nie lubił knuć tak bardzo jak Dani. Była chętna w zasadzie na wszystko. Zawsze się zastanawiałem, czy to tylko jej „wakacyjna” wersja, czy też w domu zachowuje się tak samo.
– Więc może… powinniśmy?
W jej głosie słychać było pytanie, a ja nie miałem pojęcia, jakim cudem znaleźliśmy się w takiej sytuacji.
Jasna cholera.
– Mówisz poważnie? – wykrztusiłem. Czy nadal powinienem dotykać jej twarzy?
Dlaczego wydawało się to takim świetnym pomysłem, skoro była to Dani?
– Chyba tak – odpowiedziała.
W jej oczach tańczyły iskierki, które odsuwały smutek na bok.
Mogłem się jeszcze wycofać, ze względu na naszą przyjaźń udawać, że w ogóle o tym nie myśleliśmy, wtedy jednak spojrzała na mnie i było już po ptakach.
Patrzyła na mnie tak, jakby pragnęła, żebym ją pocałował. Jakby czekała, aż się do niej przysunę.
A ja – Boże, miej mnie w swojej opiece – od zbyt dawna marzyłem o tym pocałunku, żebym teraz miał okazać się silny.
– No to podejdź bliżej, Collins.
Wciągnąłem powietrze nosem, a mój umysł odtworzył krystalicznie czyste wspomnienia tego, jak leżeliśmy na tamtym kocu i jak traciłem przy niej rozum. Zapach szopy – połączenie ziemi, cedru i nostalgii – wcale nie pomagał. Te wonie były tak cholernie znajome, że aż chciało się przejść wzdłuż ścian do rogu, gdzie markerami akrylowymi wypisywaliśmy jakieś bezsensowne głupoty – po to tylko, by sprawdzić, czy nasze dawno zapomniane bazgroły nadal tam są.
Ale w chwili, kiedy ta myśl pojawiła się w mojej głowie, przypomniałem sobie także resztę.
I wtedy w ogóle już nie chciałem tego pamiętać.
Bo choć minęło kilka lat, nadal byłem wkurzony. Na logikę powinien to już być zamknięty rozdział. Powinienem był to przeboleć.
Tyle że kiedy jechałem do domu, dotarło do mnie, że wcale się tak nie stało.
Ani trochę.
Może i mieliśmy więcej lat, i może to było nielogiczne, ale nadal nienawidziłem Dani Collins za to, co zrobiła po tamtym wieczorze, kiedy się pocałowaliśmy.
„Te quero bem” é o caralho
Eu vou acabar contigo
Albo w bardziej zrozumiałym języku:
„Kocham cię” to wielka bzdura
Wykończę cię
Luty – klasa maturalna
– Obudź się, jesteśmy na miejscu.
Otworzyłam oczy, ale zamiast zobaczyć swój pokój, przez starą szybę, na której opierałam czoło, dostrzegłam śnieg i spowite szarością niebo.
Ten sam obraz, na który gapiłam się przez niezliczone godziny, zanim w końcu zasnęłam.
Szlag… to się dzieje naprawdę.
– Przypomnij mi raz jeszcze, dlaczego się tutaj przeprowadzamy – powiedziałam, schylając się, aby wcisnąć stopy z powrotem w Converse’y. Od siedmiu godzin jechałyśmy furgonetką wypełnioną naszymi rzeczami (które zostały błędnie wysłane na nasz stary adres w Minot – dzięki wam, siły powietrzne), byśmy mogły teraz zamieszkać w miejscu, gdzie ziemię pokrywały hałdy śniegu, a odczuwana temperatura to dużo poniżej zera. – No bo czemu nie Kalifornia?
– Już to przerabiałyśmy. Za drogo, latem za gorąco, a tobie się tu bardzo spodoba. – Mama przekręciła kluczyk w stacyjce, gasząc silnik. – Jak byłaś młodsza, uwielbiałaś tu przyjeżdżać, nie pamiętasz?
Głównym powodem takiego stanu rzeczy był Alec.
Na myśl o nim żołądek natychmiast zacisnął mi się w supeł – wiedziałam, że będę musiała stanąć z nim twarzą w twarz po tym, jak bez słowa zakończył naszą przyjaźń na odległość. Bałam się tego niezręcznego spotkania każdą cząstką siebie i choć wciąż byłam lekko wkurzona, miałam także nadzieję, że gdy minie ten krępujący moment, Alec okaże się najlepszą częścią tej przeprowadzki.
Albo przynajmniej pomoże, aby była… nieco mniej koszmarna.
Ponieważ Alec Barczewski zawsze był radosnym promieniem słońca, który w niewytłumaczalny sposób potrafił sprawić, że wszystko stawało się lepsze. Minęło sporo czasu i jasne, byliśmy już innymi ludźmi, ale w głębi serca wiedziałam, że mój durnowaty przyjaciel jakoś to ogarnie.
– Uwielbianie miejsca, które odwiedza się raz w roku, w dodatku latem, to coś kompletnie innego od mieszkania tam na stałe – burknęłam, po czym otworzyłam drzwi i wyskoczyłam z furgonetki. Lodowaty wiatr smagał mnie po policzkach, więc szybko naciągnęłam kaptur. – Zwłaszcza przy takiej fatalnej zimowej aurze.
Dobry Boże, miałam wrażenie, że ten wiatr niesie ze sobą odłamki szkła. Dlaczego ludzie decydują się osiedlić w takim zimnym miejscu? Miałam już okazję mieszkać w chłodnym klimacie, więc niby nie było to dla mnie nic nowego, ale jakoś udało mi się wypchnąć z pamięci, jakie to niefajne.
– Przestań narzekać. Po drodze zatrzymałam się w White Castle, więc w torbie masz miniburgera i frytki – powiedziała.
Obeszła samochód i wsunęła sobie moją rękę pod ramię.
– Serio? – Zaburczało mi w brzuchu, a kiedy zerknęłam na swoją torbę, doleciał do mnie zapach cebuli. – Idealny ostatni posiłek, zanim zamarznę, wielkie dzięki.
– No i jesteśmy teraz oficjalnymi mieszkankami Southview – oświadczyła tonem, w którym brzmiała przerażająca ostateczność. – Czy ci się to podoba, czy nie.
Westchnęłam, po czym wyjęłam burgera i odgryzłam kęs. Żując, z poczuciem grozy wpatrywałam się w duży biały dom przed nami.
Co w sumie miało sens, gdyż kiedy byłam tu po raz ostatni, razem z tatą pakowaliśmy w milczeniu rzeczy do samochodu, a w tym czasie mama kłóciła się na podjeździe z dziadkiem.
„Poświęciłaś rodzinę i całe swoje życie, żeby jeździć za tym palantem od bazy do bazy – warto było? Odpowiada ci takie życie bez korzeni, w którym Dani nie wie nawet, jak wygląda rodzina?”
– Chyba nie ma go w domu – powiedziałam na widok zaciągniętych zasłon i pustego podjazdu. – Wie o naszym przyjeździe, tak?
– Oczywiście, że jest. Pewnie zaparkował po prostu w garażu.
– Nigdy tego nie robi – zaprotestowałam. Odgryzłam duży kęs i dodałam z pełnymi ustami: – Tam trzyma narzędzia.
A raczej trzymał, zanim postanowił usunąć nas ze swego życia.
– Minęło kilka lat, mógł więc tam przecież posprzątać. I nie mów z pełną buzią.
– No to mnie nie zagaduj, kiedy jem.
Kiedy podeszłyśmy do drzwi, okazało się, że jednak nie ma go w domu.
Mama uśmiechnęła się do mnie i zachowywała tak, jakby nic się nie stało, ale jej zdenerwowanie zdradziła zmarszczka między brwiami. Wybrała numer dziadka i zbliżyła telefon do ucha. Przygryzając dolną wargę, czekała, aż odbierze.
– Och, tato. Hej. – Kiedy mówiła, z jej ust wydostawała się para. – Jesteśmy na miejscu. Wracasz już może?
Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i starając się nie zamarznąć, patrzyłam uważnie, jak mama słucha jego odpowiedzi.
Nie wyglądało to dobrze – zmarszczka nie zniknęła, a do tego mama zaczęła krążyć pod drzwiami.
– Cóż, wiem, Tak, nic nie szkodzi. Myślałyśmy jedynie, że nam pomożesz.
Fantastycznie. Dziadek Mick zniknął bez śladu, a mnie było za zimno, żebym cokolwiek jeszcze czuła.
Moja wściekłość przybrała postać sopla.
– Jasne. Rozumiem – dodała mama. – Ale wiedziałeś, że przyjeżdżamy, tak?
Oczywiście, że wiedział, pomyślałam. Przypuszczalnie to jego sposób na pokazanie nam środkowego palca.
Boże, wciąż nie mogłam uwierzyć, że się do niego wprowadzałyśmy.
Jeśli mam być szczera, to całe dzieciństwo wypełniały mi dobre wspomnienia o dziadku Micku. Choć był małomówny i gburowaty, to on nauczył mnie jeździć na łyżwach i łowić ryby, a podczas noszenia mnie na barana nazywał mnie swoim „Daniutkiem”.
Ale te wszystkie wspomnienia zostały nadpisane w dniu, kiedy w sensie dosłownym wyrzucił mnie i moich rodziców z pogrzebu babci.
Na oczach tłumu żałobników.
Dlatego nadal było dla mnie niepojęte, że jakimś cudem miałyśmy właśnie wnieść swoje rzeczy do jego domu, jakby tamten koszmar nigdy się nie wydarzył.
Owszem, technicznie rzecz biorąc, przygotował nam mieszkanie na piętrze swojego domu – mama lubiła o tym mówić tak, jakby to coś zmieniało – ale ja nadal nie rozumiałam, dlaczego to miałby być dobry pomysł.
Tak, proszę, zamieszkajmy z gderliwym starszym panem, który nikogo nie lubi, a w szczególności nas.
Zapowiadała się przednia zabawa.
– Och, jasne – rzuciła mama do telefonu. – W porządku. Nie ma nic ciężkiego, więc zaraz się za to zabierzemy.
Kiwnęła głową i się rozłączyła, nim jednak zdążyłam otworzyć usta, uniosła palec i wymierzyła nim w moją twarz.
– Nie chcę słyszeć ani słowa, okej?
– Rany. – Pokręciłam głową. – O co chodzi? Co on zrobił?
– Nic – odparła, wzruszając ramionami, jakby wszystko było w porządku. – Musiał po prostu pomóc znajomemu z Minnetonki przy jego łodzi.
Na próżno czekałam na ciąg dalszy.
– I…? Jak to daleko stąd? Jak długo będzie mu pomagał? – Gdy tylko te słowa wydostały się z moich ust, zirytowała mnie absurdalność całej sytuacji. – Do tego wszędzie wokół jest cholerna tundra, więc co ktoś miałby robić z łodzią przy takiej pogodzie? Każda kropla wody zamarzła na kość.
– Do diaska, Dani, to jest Minnesota – warknęła mama, podnosząc z frustracją głos. – Łodzie zawsze są w użyciu!
Otworzyłam usta, ale nie miałam pojęcia, jak zareagować na jej słowa.
– Możliwe, że wymyśliłam właśnie kozacki slogan turystyczny. – Jej czoło się wygładziło, a usta wygięły w lekkim uśmiechu. – Bierzmy się do rozładowywania naszych rzeczy, a on przyjedzie, kiedy skończy.
– My naprawdę same to mamy wszystko zrobić? To chcesz właśnie powiedzieć?
Schowałam brodę pod kurtką, próbując się osłonić przed lodowatym wiatrem.
– Kupię ci dużą pizzę serową i cholernego kucyka, jeśli darujesz sobie sarkazm i pomożesz mi wnieść do domu te wszystkie kartony – zaoferowała, wyjmując z kieszeni klucz.
– Czy mogę jeść pizzę i jednocześnie jechać na kucyku?
– O ile tylko nic ci się nie stanie.
– Dobra, wchodzę w to – odparłam, patrząc, jak otwiera drzwi z moskitierą. – Ale serio uważam, że dopiero się rozkręcałam w tym narzekaniu.
Mama użyła klucza – tak, drzwi nadal otwierał klucz z czasów jej dzieciństwa – i weszłyśmy do środka. Parter wyglądał jak żywcem przeniesiony z przeszłości – miałam wrażenie, że nic się nie zmieniło od czasu, kiedy byłam tu po raz ostatni. Jedyna różnica była taka, że nie pachniało już ciastkami; podczas naszych odwiedzin babcia zawsze piekła ciasteczka z kawałkami czekolady.
Kiedy jednak podeszłyśmy do schodów, to zamiast znajomego korytarza na górze zobaczyłyśmy przeszklone drzwi. Szkło było matowe, nic więc przez nie nie było widać, lecz sączące się zza nich światło dzienne sprawiało, że wyglądały, jakby promieniały własnym blaskiem.
– Wow – powiedziała mama i wbiegła na górę.
– No – przytaknęłam, udając się za nią. – Wow.
Piętro przeszło całkowitą metamorfozę. Ciepłe drewniane podłogi i białe listwy tworzyły nowoczesną i elegancką przestrzeń, zupełne przeciwieństwo staroświeckiego parteru. Dwa dawne pokoje połączono w salon; zburzono ściany i wszystko sprawiało wrażenie zaprojektowanego w ten sposób od początku. Duże okna wpuszczały mnóstwo światła – zbyt intensywnego przy tej całej śnieżnej bieli – a na środku jednej ze ścian stał biały ceglany kominek otoczony białymi regałami na książki.
– To jest niesamowite – wyrzuciła z siebie mama.
Trudno było sobie nawet przypomnieć, jak wcześniej wyglądało to piętro.
Dwie sypialnie okazały się równie obłędne – nowe meble i wielka wspólna łazienka – a w niedużym aneksie kuchennym znajdowało się wszystko, czego potrzebują dwie niegotujące osoby.
Kiedy zaś mama otworzyła drugie przeszklone drzwi obok kominka, naszym oczom ukazał się taras ze schodami prowadzącymi do garażu za domem, gdzie będziemy parkować.
Czyli to było mieszkanie z własnym wejściem.
– Jesteś pewna, że on to wszystko zrobił sam? – zapytałam, podziwiając metamorfozę.
Wiedziałam, że dziadek Mick ma warsztat stolarski i lubi majsterkować, ale to, co zrobił, było już wyższą szkołą jazdy.
– Stuprocentowo – zapewniła mama i przez ułamek sekundy wydawało mi się, że w jej oczach widzę łzy. Potem jednak potrząsnęła głową i dodała: – No to bierzmy się do pracy.
Zeszłyśmy do furgonetki i zaczęłyśmy wnosić kartony, ale wyglądało na to, że zajmie nam to całą wieczność. Miałyśmy mnóstwo pudeł – książki, ubrania, zdjęcia, buty – a noszenie ich po jednym okazało się przygnębiająco powolne.
– Dani?
Kiedy usłyszałam głos, odwróciłam się i dopiero po chwili udało mi się rozpoznać uśmiechającego się do mnie wysokiego chłopaka w marynarce. Zmężniał i dorobił się zarostu, ale, o rany – to był on.
– Benji?
Benji od zawsze mieszkał po sąsiedzku z moimi dziadkami. Cóż, właściwie to mieszkał tam jego tata, on zaś spędzał tu niektóre weekendy. Jego matka, z którą mieszkał przez większą część czasu, była nadziana i mieszkała w rezydencji nad jeziorem.
Na ekskluzywnym, ogrodzonym osiedlu.
Alec zawsze nazywał go Naczelnym Dupkiem, ponieważ uczył się w prywatnej szkole dla chłopców i zachowywał się tak, jakby był lepszy od innych.
Dostałeś na urodziny rower? Zabawne. Ja konia wyścigowego o imieniu Tytus.
– Teraz Ben – odparł z dziwnym uśmiechem. – Może ci z tym pomogę?
Wskazał na trzymany przeze mnie przemoczony karton, który wyglądał, jakby lada chwila miało mu odpaść dno.
– Dziękuję – powiedziałam, a kiedy po niego sięgnął, przypomniało mi się nasze ostatnie spotkanie.
Boże, zupełnie zapomniałam o tamtym dniu.
Było to dwa lata temu, kiedy przyleciałyśmy z mamą, by mogła odwiedzić tatę Aleca w szpitalu, gdzie trafił po wypadku samochodowym. Dzieliło nas kilka dni od przeprowadzki do Niemiec, więc w Minneapolis mogłyśmy spędzić jedynie kilka godzin. Benji leciał z Minot tym samym samolotem co my.
Byłam przerażona, kiedy zamienił się na miejsca z panem w średnim wieku, by móc siedzieć obok mnie, ale po kilku minutach zachowywaliśmy się jak starzy przyjaciele, którymi przecież nie byliśmy. Co było totalnie szokujące, ponieważ w stosunku do mnie i Aleca Benji zachowywał się zawsze jak dzban.
Czułam się wtedy taka samotna, że sam fakt, że był wobec mnie sympatyczny, okazał się… cóż, miły, nawet jeśli Benji pozostawał nadętym bogatym dupkiem (pokazał mi na telefonie chyba z pięćdziesiąt swoich zdjęć, na których między innymi bez koszulki jeździł konno po plaży na Bali). Alec zdążył już w tamtym czasie zniknąć z mojego życia, dlatego zdecydowałam, że nie pójdę z mamą do szpitala – bałam się, że nie chciał mnie tam widzieć z powodów, których nadal do końca nie rozumiałam. Benji okazał się miły i ciepły, dawał ukojenie. Było to zaskakująco wspaniałe.
Zerknęłam ponad ramieniem Benjiego i na końcu podjazdu dziadka zobaczyłam samochód z włączonym silnikiem.
– Wow, to twoje auto?
Nie interesowałam się samochodami, ale mój tata owszem, wiedziałam więc, że to Maserati Grecale.
Oczywiście, że Benji miał wartego setki tysięcy dolarów SUV-a.
– Moje – odparł z uśmiechem tak pełnym dumy, że można by pomyśleć, że samodzielnie je złożył. – Masz ochotę na rundkę po okolicy? Rozgrzać się na podgrzewanych siedzeniach?
A fuj.
– Sorry, ale muszę się najpierw uporać z tym.
I wskazałam na trzymany przez niego karton.
– No tak – rzekł z rozczarowanym uśmiechem. – To idzie do środka?
– Aha.
– Doskonale. – Kiwnął głową i ruszył w stronę domu. – A tak w ogóle to o co chodzi z tymi kartonami?
– Och, no wiesz. – Zgarnęłam lampę podłogową i poszłam za nim. – Tak jakby się tu wprowadzamy.
– Co? Mówisz poważnie? – Powiedział to tak, jakby nie mógł w to uwierzyć, ale w pozytywny sposób. Jakby ucieszyła go ta wiadomość. – Przeprowadzasz się do Southview?
– Nie ja, a my – odparłam, sięgając do klamki. Popchnęłam drzwi. – Razem z mamą wprowadzamy się do dziadka.
– Żartujesz.
– Ani trochę. – Tak nienawidziłam przeprowadzek, że aż mnie ściskało w żołądku. Z doświadczenia wiedziałam, że nadchodzące miesiące będą koszmarem, a co potem, to się okaże. Może zrobi się lepiej, a może o wiele gorzej. – To jest teraz mój dom.
– Fantastyczna wiadomość. – Benji uśmiechał się całą twarzą. – Pomieszkiwanie u taty właśnie stało się o wiele bardziej interesujące.
Nie wiedziałam, co ma przez to na myśli, i szczerze mówiąc, miałam to gdzieś. Podczas przeprowadzki do nowego miejsca z otwartymi ramionami witałam każdego, kogo mogłam zaliczyć do kategorii „sojusznik”, bez względu na to, czy ta osoba była nieszkodliwym bogatym dupkiem, czy nie.
Szkoda, że uczył się w prywatnej akademii, bo znałabym już przynajmniej kogoś z mojej szkoły.
– Dzięki. I obiecuję, że będziemy się trzymać z dala od waszego trawnika – zażartowałam.
– Uwierz mi, ostatnie, czym się przejmuję, to małe podwórko mojego taty – odparł protekcjonalnym tonem.
Zawsze sprawiał wrażenie zażenowanego faktem, że jego tata jest zwykłym facetem z klasy średniej, a ja się zastanawiałam, jak to w ogóle możliwe, że jego rodzice się związali, choćby i na krótko.
– Super było cię spotkać – dodał, stawiając na ziemi karton. Wcześniej miałam nadzieję, że Benji pomoże mi się wprowadzić, ale się rozwiała, kiedy zobaczyłam, jak całkiem na serio stawia kołnierz marynarki. – Witaj w domu.
Yyy, jak to możliwe, że teraz to mój dom?
Kiwnęłam z uśmiechem głową, no bo nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć tej wersji Benjiego… ekhem, to znaczy Bena.
Błagam, nie stój tak.
Jak twoje zęby mogą być takie białe?
Czy Tytus nadal żyje?
– Chcesz mój numer? – zapytał i musiał dostrzec malującą się na mojej twarzy konsternację, bo szybko dodał: – Na wypadek, gdybyście jako nowe w mieście czegoś potrzebowały i w ogóle.
– Och. Eee…
– Byłoby świetnie. – Obok mnie nie wiadomo skąd pojawiła się mama, posyłając mi spojrzenie mówiące „bądź miła”. – Prawda, Dani?
– Tak – zgodziłam się i z wymuszonym uśmiechem wyjęłam z kieszeni telefon. – Byłoby świetnie.
Wpisał swój numer do moich kontaktów – „Ben Worthington” – a potem się pożegnał, mówiąc, że musi jechać na trening. Niemal usłyszałam, jak Alec ze śmiechem rozkminia, co to może być za aktywność, którą trenuje mały Benji – maczanie racuchów? wiązanie apaszek na czas? – ponieważ sprawiał wrażenie stanowczo zbyt wyrafinowanego na jakikolwiek sport wymagający spocenia się.
– Z małego Benjiego zrobił się przystojniak – powiedziała mama ze znaczącym uśmiechem. – I nadal wygląda na równie tobą oczarowanego, jak przed laty.
– Teraz to Ben, mamo. Poza tym sądziłam, że zgodziłyśmy się co do tego, że „oczarowany” to beznadziejne słowo – poprawiłam ją, nie mając pewności, dlaczego jego obecne imię uważałam za zabawne.
I w sumie chciałam już zawsze mówić na niego „Benji”.
– Owszem, najmocniej cię przepraszam. – Spojrzała przez okno na podjazd. – Dobry Boże, czy to Maserati?
– Aha.
W chwili, gdy to powiedziałam, ktoś zatrąbił. Odwróciłam się w samą porę, żeby zobaczyć, jak za wypasionym samochodem zatrzymuje się wielki czarny pick-up, a siedząca w nim osoba niecierpliwie wciska klakson, aż Ben w końcu odjeżdża.
Parsknęłam śmiechem, wyobrażając sobie obrzydzenie Benjiego wobec oblepionego breją Forda F-50, potem jednak zobaczyłam, że pick-up parkuje na podjeździe za naszą furgonetką.
A jego kierowca wysiada.
Wydawał się wyższy – i surowszy – niż zapamiętałam, i przysięgam na Boga, że zaklął, kiedy trzasnął drzwiami swojego samochodu i wskazał ręką na dom Benjiego.
Dziadek Mick.
– Wygląda na to, że tatuś wrócił – powiedziała mama, ale uśmiechała się, jakby jego zachowanie uważała za zabawne.
Wiedziałam, że często rozmawiała z nim przez telefon, odkąd rozstała się z tatą i wróciłyśmy z Niemiec, więc możliwe, że wzrosła jej tolerancja na jego zrzędliwość.
Ale nie moja.
Ponieważ co za dziadek przestaje się po prostu odzywać do wnuczki?
Przygotowałam się na jego wejście, bojąc się naszego ponownego spotkania, bo byłam pewna, że będzie dziwacznie. Zakładałam, że wygłosi przeprosiny, a ja będę musiała skłamać i powiedzieć: „Och, nic się nie stało”, uściskać go i udawać, że to już zamknięty rozdział.
Mam nadzieję, że nie będzie płakał.
Drzwi raptownie się otworzyły, niemal tak, jakby wyważył je kopniakiem, i nagle stanął przed nami w całej okazałości. Wyglądał bardziej jak postać z kina akcji niż czyjś dziadek.
– Nie mogę uwierzyć, że ten gówniarz blokował mi podjazd. Co tu robił Worthington?
Zdjął Ray-Bany i mimo że spojrzenie płonęło mu z irytacji na sąsiada, na widok jego oczu poczułam w klatce piersiowej to dobre ciepło. Pewnie dlatego, że wyglądały identycznie jak wtedy, kiedy był jeszcze moim ulubionym człowiekiem.
Choć to palant jakich mało, jakaś część mnie pragnęła się do niego przytulić. I to bardzo.
– Pomógł Dani wnieść karton – wyjaśniła mama, po czym podeszła do niego i go uściskała. – Benji był po prostu miły.
– Jasne – burknął, ale objął mocno mamę i pocałował ją w czubek głowy. – Jak podróż?
– W porządku. Choć było zimno – odparła, a kiedy się odsunęła, nie potrafiłam zignorować jej wyrazu twarzy. Mama wyglądała na rozluźnioną po raz pierwszy od… wow, może nawet od zawsze. Uśmiechnęła się do swojego ojca i dodała: – Dani oficjalnie zamieniła się w kostkę lodu.
– Ech. Dziś wcale nie jest tak źle. – Wzruszył ramionami i spojrzał na mnie.
Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc wydałam jedynie dziwny dźwięk przypominający chrząknięcie, ponieważ dziadek Mick utkwił we mnie spojrzenie, które… wyprowadzało z równowagi.
Patrzył na mnie tak, jakby czegoś szukał, jakby próbował znaleźć jakiś ukryty przy mnie przedmiot. Przygryzłam wargę i poruszyłam się niespokojnie pod jego sokolim wzrokiem, aż w końcu dotarło do mnie, że pewnie szuka po prostu odpowiednich słów, aby mnie przeprosić.
No bo jak rozpocząć przeprosiny za lata nieobecności? „Słuchaj, mała, jestem totalnym dupkiem” nie było najgorsze, ewentualnie „Porozmawiajmy o tym cholernym słoniu w pokoju”.
Skrzyżowałam ręce na piersi i wstrzymałam oddech. W końcu dziadek otworzył usta.
I powiedział:
– Urosłaś.
Urosłaś.
Co?
„Urosłaś”?
To wszystko, co masz mi do powiedzenia?
Odchrząknęłam i założyłam włosy za uszy.
– Mam metr sześćdziesiąt osiem.
– Taa. – Kiwnął głową, jakbym coś potwierdziła. – Całkiem wysoka jak na dziewczynę.
Co się dzieje?
Nie spuszczał ze mnie wzroku i kiwał głową, a ja pragnęłam umrzeć z zażenowania tym spotkaniem po latach. Człowiek, który pozwalał mi sterować swoją łodzią, kiedy miałam cztery lata, ponieważ byłam jego „Daniutkiem”, dziś potrafił jedynie rzucić banał w rodzaju „wysoka jak na dziewczynę”.
Naprawdę wzruszająca chwila.
Cóż za wspaniałe przeprosiny.
– Pójdę po kolejne kartony – powiedziałam, wskazując na drzwi, a potem szybko wyszłam, nim zdążył mnie zapytać o rozmiar buta albo może o to, czy lubię w hamburgerach korniszony.
– Zaraz do ciebie dołączymy! – zawołała za mną mama, ale w ogóle mnie to nie obeszło.
Rzuciłam się w wir przenoszenia kartonów, bo dawało mi to pretekst do zwlekania jeszcze przez kilka godzin z mierzeniem się ze swoim życiem.
I się udało.
Kiedy furgonetka została opróżniona, już miałam wejść do domu i zamknąć się w pokoju, który od teraz był oficjalnie mój, kiedy mama rzuciła:
– To co, gotowi na kolację?
Miałam ochotę pozostać zdystansowana i niedostępna, ale prawda była taka, że umierałam z głodu. I było mi zimno jak diabli. I byłam wykończona.
Gorący posiłek wydał się nagle czymś niebiańskim.
– Ja pojadę. – Dziadek Mick wyjął kluczyk i uruchomił swój pick-up. – Nadal mieszkają przy Fairacre, tak?
Zaraz.
– Tak – potwierdziła mama. – Pójdę tylko po torbę i zamknę drzwi, a wy możecie już wsiąść do auta.
Zaraz, zaraz, zaraz. Fairacre Road.
Co takiego??
– Dokąd jedziemy? – zapytałam spokojnie, mimo że znałam już odpowiedź, a mój żołądek fiknął nagle koziołka.
– Do Barczewskich – odparła mama takim tonem, jakby to było oczywiste. – Sarah zaprosiła nas na kolację.
– Co? Nic mi o tym nie mówiłaś – powiedziałam trochę głośniej, niż zamierzałam.
– Jestem pewna, że mówiłam. Masz z tym problem? – Spojrzała na mnie dziwnie i poczułam na sobie też wzrok dziadka Micka. – Sądziłam, że będziesz uradowana.
– No i jestem – skłamałam.
Nie chciałam, żeby mama zaczęła się zastanawiać, dlaczego nie mam ochoty na spotkanie z Alekiem. W jej przekonaniu pięć lat temu wesoło się pożegnaliśmy i to tyle.
Co było prawdą, tyle że nie wiedziała o pocztówkach, które wysyłaliśmy sobie w sekrecie od podstawówki. Pocztówkach, które pewnego dnia przestały przychodzić.
I właśnie to przepełniało mnie strachem.
Zażenowanie wiążące się z byciem przez kogoś wymazaną z jego życia.
– Ale cały dzień spędziłyśmy w podróży i na rozładowywaniu naszych rzeczy – dodałam, mając po raz tysięczny nadzieję, że Alec nie będzie nawet pamiętał tego niemądrego układu z pocztówkami.
Niemądrego układu z pocztówkami, który dla mnie wcale nie był niemądry. Ale mniejsza z tym.
– Nie czuję się za bardzo świeża i gotowa na spotkanie z ludźmi. Po tej całej przeprowadzce wyglądam fatalnie.
Wiedziałam, że głupio się tym przejmować, ale naprawdę nie chciałam, żeby do pierwszego spotkania po latach z Alekiem doszło, kiedy jestem w dresie i z roztrzepanym koczkiem na czubku głowy.
– Jeśli chcesz zostać – powiedział powoli dziadek Mick – to ja też mogę. Zamówimy sobie pizzę albo coś.
Mama i ja w tym samym momencie odwróciłyśmy głowy, żeby spojrzeć na dziadka, bo… no cóż, było to totalnie niespodziewane. Czy on próbował spędzić ze mną trochę czasu? Nie wiedziałam, co w związku z tym czuję.
– Nie – warknęła mama, mierząc w niego palcem. – Jesteś aspołeczny i na każdy posiłek odgrzewasz sobie coś w mikrofali. Sarah cię zaprosiła i ugotowała dla nas kolację, więc jedziemy, koniec pieśni.
– Boże, zapomniałam, jaka bywasz apodyktyczna – stwierdził dziadek, ale coś w tym, jak patrzył na mamę, kazało mi sądzić, że się z tego cieszy.
– Ciekawe, po kim to mam – odparła, przewracając oczami. – Idę po torbę i ruszamy. A wy jazda do samochodu.
Odwróciła się i pobiegła do domu, zostawiając mnie na podjeździe z dziadkiem Mickiem. Nawet na mnie nie spojrzał, kiedy otworzył drzwi od strony kierowcy i rzucił:
– Pewnie zdążyło się już nagrzać.
– Och. Fajnie.
Otworzyłam tylne drzwi i wsiadłam, starając się zachować spokój. Miałam zobaczyć Aleca.
Za ledwie parę chwil, dobry Boże.
Czy to się dzieje naprawdę?
– Hej, kotku. Jak było w pracy?
– Dobrze – odparłem, zamykając za sobą kuchenne drzwi. Zdjąłem buty. – Dzięki bogu spokojnie.
W każdy weekend (i w tygodniu, jeśli tylko udało mi się wcisnąć dodatkowe godziny) pracowałem w należącym do mojego wujka sklepie z narzędziami. Podczas sezonu hokejowego zazwyczaj tylko w niedziele, ale jako że wczoraj graliśmy mecz, a dziś miałem tylko poranny trening, udało mi się wziąć dodatkowo sobotnią zmianę.
Co było idealne, bo potrzebowałem nowych łyżew.
Na przykład wczoraj.
– Czy kiedy weźmiesz już prysznic, mógłbyś dopilnować, żeby bliźnięta dobrze się prezentowały?
Mama wyrabiała na wyspie ciasto na chleb piwny – juhu! – a na kuchence coś się gotowało w trzech garnkach.
Miałem ochotę zapłakać, ponieważ umierałem z głodu.
– Oglądają w piwnicy telewizję – dodała. – Tata miał ich wyszykować, ale zajrzał Andy, więc stawiam na to, że zapomniał.
– Okej, ale po co? – Ściągnąłem kurtkę, wyjątkowo uważając na lewy bark, i odwiesiłem ją na wieszak. – Andy nie przejmuje się tym, jak wyglądają.
Andy był najlepszym przyjacielem taty i praktycznie członkiem rodziny.
– Na kolacji będą Boche’owie – powiedziała lekko, skupiając się na chlebie.
Boche’owie?
– Kogo konkretnie masz na myśli?
Byłem pod wrażeniem, jak spokojnie to zabrzmiało, mimo że czułem się, jakby ktoś właśnie kopnął mnie w brzuch.
Nie mogła mieć na myśli tego, że odwiedzi nas dzisiaj Dani.
Od zeszłomiesięcznego obwieszczenia, że tu wracają, ani razu nie wspomniała o Dani i Hannah, a ja łudziłem się, że sytuacja zdążyła ulec zmianie.
W żadnym wypadku nie spodziewałem się, że zjawią się w moim domu na kolacji.
– Micka, Dani i Hannah – odparła. – A niby kogo?
– To teraz są „Boche’ami”? – zapytałem, bo Dani i Hannah nigdy dotąd nie używały panieńskiego nazwiska Hannah.
A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
– No cóż, Dani nadal jest Collins, ale Hannah wróciła do dawnego nazwiska.
Powiedziała to z triumfalnym uśmiechem, przypuszczalnie dlatego, że od zawsze nie znosiła pułkownika, ja jednak zaczynałem mieć wrażenie, że coś mi siedzi na klatce piersiowej.
To się nie mogło dziać naprawdę.
Wiedziałem, że w końcu będę musiał na nią wpaść, ale dlaczego akurat dzisiaj, kiedy dobijał mnie ból barku i jedyne, o czym marzyłem, to zjeść i się położyć? Zrobienie czegokolwiek wydawało się zbyt dużym wysiłkiem, a co dopiero spotkanie z Dani…
– I wszyscy zjawią się tu dzisiaj na kolacji?
Otworzyłem lodówkę i zlustrowałem jej zawartość, próbując oswoić się z myślą, że w ciągu godziny znajdzie się tutaj, w mojej kuchni.
Nie ma, kurwa, mowy.
Już samo spotkanie z nią zapowiadało się koszmarnie, ale widok jej przy stole z moją rodziną, która od zawsze ją uwielbiała, a teraz będzie jej nadskakiwać i traktować jak dawno niewidzianą ukochaną siostrzenicę, okaże się wręcz nie do zniesienia.
– Hej, Sarah.
Usłyszałem stuknięcie klamki za mną i do środka wpadło zimne powietrze. Odwróciłem się w chwili, kiedy Doug – drugi najlepszy przyjaciel taty – zatrzasnął za sobą drzwi i zapytał moją mamę:
– Mick Boche rzeczywiście będzie u was na kolacji?
– Boże, a mówiłam Johnowi, żeby trzymał język za zębami – odparła, szeroko się przy tym uśmiechając.
Mick Boche – dziadek Dani – to legenda hokeja. Zdecydowanie był najlepszym zawodnikiem, jaki wywodził się z Southview, słynnym enforcerem w NHL, którego karierę w szczytowym momencie przerwała kontuzja.
I choć tu mieszkał, był totalnie aspołeczny, co tylko dodawało mu aury nieuchwytnej legendy. Gdy ktoś wypatrzył go na ulicy, czuł emocje jak po spotkaniu z Wielką Stopą.
– Czyli to prawda. – Zdjął buty i sięgnął ponad moim ramieniem, żeby wziąć piwo z najwyższej półki lodówki. – W mordę jeża, będziemy się dziś łamać chlebem z Cholernym Mickiem Boche’em.
– Na pewno nie ty – zripostowała mama ze śmiechem, mierząc w niego palcem. – To nie żadne spotkanie z fanami, lecz miła, rodzinna kolacja dla mojej najlepszej przyjaciółki, bo tak się akurat składa, że jest jego córką.
– A ja nie należę do tej rodziny? A właśnie, nieźle wczoraj grałeś, Al.
– Nie w sensie dosłownym – oświadczyła mama.
– Dzięki – rzuciłem w tym samym czasie.
– Sarah. Daj spokój. – Doug posłał mi uśmiech, po czym zwrócił się do mamy: – Musisz pozwolić mi zostać. Będziecie gościć na kolacji mojego bohatera, na litość boską, a ja proszę jedynie o to, bym mógł cicho siedzieć przy stole i być świadkiem tej wspaniałości. Nie odezwę się ani słowem i…
– Zawsze się odzywasz, wypowiadasz wręcz za dużo słów. Odpowiedź nadal brzmi nie.
– Może zająć moje miejsce – powiedziałem, zamykając lodówkę. – Bo ja pragnę jedynie iść spać.
– I możesz to zrobić, ale po kolacji – oświadczyła tym swoim apodyktycznym tonem. – Poza tym sądziłam, że będziesz podekscytowany spotkaniem z nimi.
– No i jestem – skłamałem. – Ale skoro tu teraz mieszkają, to będę je widywał na okrągło, prawda?
– Schodzę na dół – poinformował nas Doug. Zniknął na schodach, wołając: – Ale wrócę na kolację, Sar.
– Nie ma mowy, Doug.
– Czy ja dobrze słyszę, że na kolacji będzie u was Mick Boche? – Tylne drzwi się otworzyły i Ed, kolejny kumpel taty, wszedł do kuchni i udał się prosto do lodówki. – Hej, Al, świetny mecz.
– Dzięki.
– Będzie, ale ty nie – odparła mama, nawet nie podnosząc wzroku.
– Nie mówi poważnie! – krzyknął z dołu Doug.
– Ale Wielki John powiedział, że mogę – skłamał Ed, ponieważ wszyscy wiedzieli, że mój tata nie miałby odwagi postawić się mamie. – Mówił nawet, że mógłbym usiąść naprzeciwko Micka.
– Jasne – mruknąłem.
– Ale warto spróbować, no nie? – szepnął do mnie ze znaczącym uśmiechem.
– Idź na dół, zanim zrobię ci krzywdę, Ed – rzuciła mama, co w zasadzie oznaczało, że kapituluje w kwestii całej tej zasady o braku fanów podczas kolacji.
Co uczyniłoby ją nieco bardziej znośną.
Więcej ludzi, na których mógłbym się skupiać, próbując udawać, że w moim domu nie ma Dani Collins.
Ale, kurde, to nie było fair.
Miałem już wystarczająco dużo powodów do zmartwień.
Ponowne spotkanie z nią, i to w moim domu, to już zbyt wiele.
Nie mogę uwierzyć, że tu będzie.
Że będziemy musieli ze sobą rozmawiać.
Kurwa.
Zszedłem za Edem do piwnicy i przeżyłem miłe zaskoczenie, bo okazało się, że bliźnięta są już wyszykowane i nie potrzebują mojej pomocy. Dzięki Bogu. Nie miałem nic przeciwko pomaganiu mamie, ale pięciolatki potrafiły dać w kość. Cole i Ashton wpatrywali się w niewielki telewizor w dziecięcym kącie pomieszczenia, pochłonięci bajką o psach łapiących przestępców, natomiast tata i jego koledzy oglądali na wielkim ekranie ESPN.
– Jak tam w pracy, młody? – zapytał mnie tata.
Zacisnął dłoń na uchwycie laski i powoli wstał z krzesła. Kiedy się wyprostował, zmrużył oczy i się skrzywił, a do mnie dotarło, że praktycznie nie pamiętam, jak to jest widzieć go poruszającego się bez bólu.
– Spokojnie – odparłem. – Na szczęście.
– Kapitalny mecz, Al – odezwał się siedzący na sofie Andy. – Mocno posiniaczony masz bark?
Stary, gdybyś tylko wiedział.
– Tak sobie – skłamałem. – Fioletowy, ale nie czarny.
– To dobrze.
– Mama kazała mi zerknąć na bliźniaki, zanim pójdę pod prysznic – powiedziałem do taty. – Niczego im nie trzeba?
– Nie, bajka ich wciągnęła, więc idź się spokojnie wykąpać. Boche’owie mają tu być za godzinę.
– Tak ich właśnie teraz nazywamy? – Nie miałem pewności, czemu tak mnie to irytuje.
Nigdy tak na nich nie mówiliśmy.
– Wiesz, że powtarzam tylko to, co mówi twoja matka.
Kiedy poszedłem na górę i odkręciłem wodę pod prysznicem, nadal strasznie mnie to wkurzało, szczególnie w chwili, gdy głośnik bluetooth wybrał Little League, piosenkę, która zawsze kojarzyła mi się z nią.
Z nami sprzed lat.
Kiedy byliśmy młodsi
Nie wiedzieliśmy, jak to będzie
– Następna piosenka! – krzyknąłem do telefonu.
Wszystko w tym nieoczekiwanym spotkaniu towarzyskim mnie wkurzało. No więc przeprowadziły się do Southview – i po co, kurwa, to całe zamieszanie?
Ludzie na okrągło się przeprowadzają, na litość boską.
Syknąłem, kiedy ściągnąłem koszulkę przez głowę, no bo kuuuurde…
Robiło się coraz gorzej. Podczas gry potrafiłem ignorować to, co wyrabiał mój bark, ale ostatnio niemal nokautowały mnie takie durne rzeczy jak uniesienie ręki nad głowę przy ubieraniu się. I to mimo stałego wsparcia ze strony Ibuprofenu, Tylenolu i okładów z lodu.
Odkładałem właśnie telefon na umywalkę i miałem wejść pod prysznic, kiedy przyszła wiadomość.
Vinny: Zack robi dziś ognisko i wygląda na to, że będą wszyscy.
Słowa „wszyscy” w połączeniu z „ogniskiem” nie było już w moim słowniku.
Miałem zachowywać się bez zarzutu.
Musiałem zachowywać się bez zarzutu i trzymać z dala od imprez, które mogły się wymknąć spod kontroli.
Ale gdy stanąłem pod strumieniem gorącej wody i obróciłem się, żeby ogrzać bolący bark, który cholernie mnie przerażał, bo nie mogłem sobie pozwolić, dosłownie ani w przenośni, aby kontuzja wyłączyła mnie z gry… pojawiła się pokusa.
Lekkie otumanienie się alkoholem nagle nie wydawało się wcale takim kiepskim pomysłem.
Wyglądał dokładnie tak samo.
Dziadek Mick zaparkował, a ja wpatrując się w dom, poczułam, że cofam się w czasie.
Moje ulubione miejsce na świecie.
A raczej, cóż… miejsce, które kiedyś było moim ulubionym.
Barczewscy mieszkali w niedużym domu w stylu Cape Cod – szarym z białymi okiennicami i prowadzącą do drzwi wijącą się ścieżką, wzdłuż której latem rosły liliowce i róże.
Dzisiaj otaczały ją sięgające kolan zaspy, a mimo to prezentowała się absurdalnie uroczo.
Ale także przerażająco.
Onieśmielająco.
Niewyobrażalnie denerwowałam się na myśl o naciśnięciu dzwonka.
Nigdy nie czułam się swobodnie w sytuacjach towarzyskich. Nigdy. Każde wypowiedziane słowo analizowałam na tysiąc sposobów i przejmowałam się najmniejszymi detalami. Zadręczałam się tym, co inni o mnie myślą, jak wyglądam i co robię. Nawet zwykłe spotkania budziły we mnie niepokój.
Ale dzisiaj było to dziesięć razy gorsze.
Myśl o ponownym spotkaniu z ludźmi, których przed laty uwielbiałam, ale teraz byli dla mnie obcy, przepełniała mnie jeszcze większym strachem.
Głównie dlatego, że nie miałam pojęcia, jak to będzie z Alekiem.
Patrzyłam przez szybę, zastanawiając się, czy dla niego wszystko to stało się już odległym wspomnieniem – te dwa lata korespondencji i fakt, że ją przerwał – czy też będzie to pierwsze, co przyjdzie mu do głowy na mój widok.
Boże, nie mogłam uwierzyć, że zaraz go zobaczę.
Jak niby miałam spojrzeć na jego zawsze tak łatwą do odczytania twarz i rozszyfrować jego myśli, skoro nie wiedziałam jej od pięciu lat? I to wszystko miało się dziać na żywo, na oczach całej rodziny?
Oddech mi przyspieszył.
Uspokój się, nakazałam sobie. Wzięłam wdech przez nos i powoli odliczałam, próbując przypomnieć sobie te wszystkie sposoby na uniknięcie paniki.
– Wszystko w porządku?
Dziadek Mick przyglądał mi się w lusterku wstecznym. Twarz miał równie poważną jak przez całe popołudnie, ale nie dostrzegłam w niej żadnej krytyki.
– Tak – odparłam i odchrząknęłam. – W porządku.
Czułam się jednak zakłopotana faktem, że najwyraźniej wiedział, że coś się ze mną dzieje.
– Jestem taka podekscytowana! – wykrzyknęła mama, po czym wyskoczyła z auta i trzasnęła drzwiami.
Zasługiwała na to podekscytowanie. Po tylu latach mieszkania z dala od przyjaciół i rodziny cieszyła się tą przeprowadzką jak dziecko Bożym Narodzeniem.
I ja to rozumiałam.
Mama była osobą z natury towarzyską, która bardzo długo musiała wieść samotne, pozbawione kontaktów społecznych życie. Kiedy przenosiliśmy się z bazy do bazy, byliśmy właściwie tylko we troje – tata, mama i ja – i choć dla mnie to było coś normalnego, bo innego życia nie znałam, dla niej okazało się przytłaczające.
Wielokrotnie kłóciła się o to z tatą.
W chwili, kiedy wysiadłam z samochodu, drzwi wejściowe się otworzyły i stanęła w nich Sarah. Wykrzyknęła imię mojej mamy i puściła się biegiem, aż ją dopadła i serdecznie przytuliła. Obie piszczały i mówiły coś niezrozumiałego, a mama wyglądała na cholernie szczęśliwą.
Raz jeszcze zerknęłam na dziadka, a on na mnie. W tej cichej wymianie spojrzeń pojawiło się między nami… coś na kształt porozumienia, kiedy obserwowaliśmy piszczącą z radości mamę.
Następnie Sarah uściskała mnie. Jak zawsze pachniała chusteczkami do suszarki.
– No proszę, jesteś taka śliczna, Dani!
Uwielbiałam Sarah, więc od razu odwzajemniłam jej uścisk.
– A ty jak się masz, Mick? – rzuciła do mojego dziadka.
Chyba odparł, że w porządku, to znaczy coś tam burknął, na co ona zareagowała stwierdzeniem:
– To dobrze.
Po raz pierwszy, odkąd znalazłyśmy się w miasteczku, miałam się ochotę roześmiać.
– Dani, nareszcie!
W drzwiach stał Wielki John i nie mogłam się nie uśmiechnąć, kiedy zatopił mnie w niedźwiedzim uścisku. Zawsze był moim ulubionym wujkiem, choć formalnie rzecz biorąc, nie byliśmy spokrewnieni. Wystarczyło, że usłyszałam przeciągane po północnemu samogłoski, i zrobiło mi się ciepło w środku.
Lekko szokujący okazał się widok jego z laską – nie widziałam go jeszcze od czasu wypadku – ale z tego, co mi było wiadomo, to cud, że w ogóle chodził.
– Jak tam podróż, dzieciaku? – zapytał.
– Do bani – odparłam, kiedy mnie puścił. – Za długa, za zimna, za nudna.
– To dopiero początek lutego, kotku. – Szeroko się uśmiechnął. – Jest jak w rześki jesienny dzień. Lepiej się zahartuj.
– Brzmisz niedorzecznie, kiedy mówisz coś takiego.
– A ty brzmisz dokładnie jak moja ulubiona mądralińska – odparował. – Zbyt dużo minęło już czasu. Jak leci, Mick?
Dziadek po raz kolejny coś burknął, na co Wielki John odpowiedział:
– No nie?
Zatopione w rozmowie Sarah i moja mama ruszyły w stronę kuchni. Udałam się za nimi, zastanawiając się nerwowo, gdzie jest Alec.
W kuchni?
Na górze w swoim pokoju?
Zamierzał wyskoczyć z szafy?
Boże, chciałam mieć to już za sobą.
– Kim jesteś? – usłyszałam, a kiedy się odwróciłam, obok schodów prowadzących na piętro dostrzegłam dwoje małych dzieci, chłopca i dziewczynkę.
Wyglądały na cztery albo pięć lat, miały na sobie bluzy Vikingów i ewidentnie czekały, aż odpowiem na to pytanie.
– Jestem Dani.
– Nie, to imię dla chłopca – oświadczyła dziewczynka, marszcząc lekko brwi. W ręce trzymała na wpół ubraną Barbie.
– A także moje – zapewniłam, zastanawiając się, dlaczego próbuję się tłumaczyć przed przedszkolakiem.
– Podobają mi się twoje włosy – powiedział chłopiec. – Masz naprawdę duży kok.
– Uhm, dziękuję.
Dotknęłam niedbale związanych włosów i przysięgam, że kiedy spojrzałam na dziadka, wyglądał niemal tak, jakby miał się ochotę uśmiechnąć.
Ale tylko niemal.
– Możesz uwierzyć, że pojawiło się u nas więcej dzieci? – zapytał John i pokręcił głową, jakby sam w to ledwie wierzył.
– Zaraz, one są wasze? – Zaszokowała mnie ta informacja. – Ta dwójka to wasze dzieci?
– Nie bądź taka zdziwiona – odparł z uśmiechem. – Nie jesteśmy aż tacy starzy.
– Nie chodzi o to. – Zaśmiałam się. – Nie miałam po prostu pojęcia. Mama nic mi nie powiedziała.
Bardzo się pilnowała, aby przy tacie nie poruszać tematów związanych z Minnesotą, bo on obwiniał to miejsce za całe zło, nic więc dziwnego w tym, że zapomniała wspomnieć o czymś tak ważnym.
Ponownie przyjrzałam się bliźniętom i teraz rzeczywiście to dostrzegłam: były bardzo podobne do Aleca. Ciemne włosy, ciemne oczy, psotne miny – były jak jego małe klony.
Albo klony osoby, jaką był przed laty.
Miałam ochotę zapytać Johna, co Alec sądzi o byciu starszym bratem, ale z jakiegoś powodu bałam się przywołać jego imię.
On jednak jakby czytał mi w myślach.
– A właśnie, Al pojechał podrzucić gdzieś kumpli, ale niedługo powinien wrócić.
– Och.
Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować. Nie chciałam się wydać zbyt zainteresowana, ale nie chciałam także wyjść na obojętną.
– Nie sądzę, żeby wrócił na kolację, ale na pewno się zjawi, kiedy tu będziecie.
– Jasne, spoko – odparłam, czując ulgę, że nie będzie go na kolacji.
Nieco się rozluźniłam, wiedząc, że na oswojenie się z sytuacją mam co najmniej godzinę.
– Chodźcie do stołu, kolacja gotowa – powiedziała Sarah, a mnie zaburczało w brzuchu, gdyż dawniej niesamowicie gotowała, a sądząc po zapachach, nic się w tym względzie nie zmieniło.
– Nie musisz nam tego powtarzać – rzekła mama i gestem pokazała dziadkowi i mnie, żebyśmy zajęli miejsca obok niej.
Ja siadłam po jej lewej stronie, dziadek Mick po prawej, a kiedy przysunęłam krzesło do dużego stołu w jadalni, ze zdziwieniem zobaczyłam, że przy każdym miejscu stoi nakrycie.
– Idź po chłopaków – poleciła Sarah mężowi, przewracając przy tym oczami, on zaś ruszył w stronę prowadzących do piwnicy schodów.
– Chłopaków? – zapytała mama, biorąc od przyjaciółki kieliszek białego wina.
– Gdy tylko powiedziałam Johnowi, że zaprosiłam was na kolację, natychmiast wygadał się Dougiemu, Andy’emu i Edowi. I choć wielokrotnie mówiłam im, że nie mają tu czego szukać, świadomość, że będziecie tutaj wy i Mick Boche, okazała się dla ich przeżartych hokejem umysłów zbyt kusząca i kompletnie mnie zignorowali.
W chwili, kiedy skończyła mówić, za Johnem weszło trzech facetów. Jeden miał na sobie bluzę Vikingów, a dwaj pozostali flanelowe koszule.
– Chyba śnię! – zapiszczała mama.
Zerwała się z krzesła i pobiegła uściskać tego w bluzie. Gdy tylko go puściła, to samo zrobiła z pozostałą dwójką.
Co – jeśli mam być szczera – nieźle mnie zaszokowało.
Cała czwórka ewidentnie się znała, a widok mamy w takiej odsłonie okazał się dla mnie lekkim wstrząsem. Przez całe moje życie była żoną oficera, bez własnego grona znajomych poza żonami współpracowników taty, z którymi sporadycznie bywała na organizowanych w bazie imprezach.
A teraz uśmiechała się od ucha do ucha, podczas gdy trójka facetów droczyła się z nią tak, jakby byli najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze wiedziałam, że miała życie przed nami, nigdy się jednak nie zastanawiałam, jak mogło wyglądać.
– To moja córka, Dani – przedstawiła mnie mama. – I mój tata, Mick.
Ci dorośli mężczyźni uprzejmie się do mnie uśmiechnęli, potem jednak zaczęli się szczerzyć do mojego dziadka tak, jakby był bogiem. Natychmiast zaczęli wspominać mecze NHL i statystyki, pomijając wszelką kurtuazję i prześcigając się w pochlebstwach na temat jego dawnych osiągnięć hokejowych.
To było naprawdę dziwaczne.
Wiedziałam, że kiedy dziadek był młodszy, to grał w hokeja, ale ci faceci zachowywali się tak, jakby był Wayne’em Gretzkym.
Dziadek Mick nadal udzielał tylko jednowyrazowych, burkliwych odpowiedzi, ale nie wyglądał na skrępowanego ich zainteresowaniem. Widocznie często był traktowany w taki właśnie sposób.
– Przymkniesz się, żebyśmy mogli w końcu zacząć jeść? – rzuciła Sarah do Eda, wskazując na stojące na blacie wolnowary. – Mówiłeś, że będziesz grzeczny.
– No i jestem – odparł z szerokim uśmiechem. – Ty, Dani, uważasz, że jestem grzeczny, prawda?
Lekko się zdziwiłam, bo jego słowom towarzyszyło konspiracyjne mrugnięcie.
– No jasne – stwierdziłam.
– Widzisz? – rzekł do Sarah, wskazując na mnie. – Dani uważa, że jestem super.
– Chyba nie to po…
– Dani uważa, że powinnaś się rozchmurzyć i pozwolić nam swobodnie rozmawiać – odezwał się Doug, także obdarzając mnie uśmiechem. – Prawda, młoda?
Parsknęłam śmiechem. Ci dorośli faceci – zupełnie mi obcy – wciągnęli mnie w swoje żarty.
– Nie pozwól im mówić za siebie. – Sarah wymierzyła we mnie dużą łyżką. – To przerośnięte dzieci, którym potrzebna jest dyscyplina.
– Nie mów tak do naszej Dani – powiedział Andy z szerokim uśmiechem, którego nie potrafiłam nie odwzajemnić.
Kim oni byli?
Jako osoba, która zwykle nie cierpiała chaotycznych spotkań z obcymi osobami, byłam zaskoczona, że całkiem dobrze się bawię. Siedziałam, jedząc łapczywie, i nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, kiedy wszyscy przekrzykiwali się, rozprawiając o hokeju, hokeju i jeszcze więcej o hokeju.
Skąd to hokejowe wariactwo?
Kwadrans później nadal analizowali czyjąś grę podczas wczorajszego meczu, a ja się zastanawiałam, czy w ogóle mają świadomość, że hokej to dosłownie jedyne, o czym mówią.
Nawet Sarah i moja mama dały się w to wciągnąć.
Jako że nie odróżniałam krążka od gałki lodów, mogłam po prostu słuchać, nie angażując się w rozmowę. Byłam rozluźniona i tak dobrze się bawiłam, że w sumie zapomniałam o stresie związanym ze spotkaniem z Alekiem.
W ogóle o nim nie myślałam, dopóki nie udałam się do toalety i po przeciwnej stronie korytarza nie dostrzegłam jego pokoju.
Który prawie w ogóle się nie zmienił.
Nie potrafiłam się powstrzymać przed przekroczeniem progu, gdyż jego pokój był jak wehikuł czasu.
Na środku nadal stało łóżko, tyle że teraz znajdowała się na nim szara kołdra, nie zaś narzuta Vikingów, tak jak podczas mojej ostatniej wizyty. Na ścianach wciąż wisiały hokejowe plakaty, teraz jednak wydawały się o wiele bardziej zrozumiałe.
Kiedyś wydawało mi się zabawne, że niesportowy Alec miał pokój w sportowym klimacie, teraz jednak rozumiałam, że hokej jest tu po prostu częścią życia, niezależnie od tego, czy się gra, czy nie.
Spojrzałam na stojące w rogu niewielkie dębowe biurko, to, które miał od zawsze; aż mnie kusiło, żeby otworzyć szufladę. Sprawdzić, czy nadal trzyma w niej pocztówki i znaczki.
Czy nadal ma je gdzieś tak, jak ja swoje?
Po plecach przebiegł mi nerwowy dreszcz, ale wraz z nim pojawiła się też ulga.
Przynajmniej niepewność związana z Alekiem miała się wkrótce skończyć.
Zanim położę się dziś spać, on znowu będzie obecny w moim życiu.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog. Alec
Rozdział 1. Dani
Rozdział 2. Alec
Rozdział 3. Dani
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
