Tajemnice suwalskiego jeziora - Jasza Krzysztof - ebook + książka
NOWOŚĆ

Tajemnice suwalskiego jeziora ebook

Jasza Krzysztof

3,8

50 osób interesuje się tą książką

Opis

Młoda projektantka wnętrz, Magda Żaboklicka, kieruje remontem położonej na odludziu willi. Kiedy pewnej grudniowej nocy na budowie dochodzi do niepokojącego incydentu, dziewczynie z pomocą spieszy Waldemar Mrocz, redaktor niszowego miesięcznika, który przemierza kraj, tropiąc przejawy paranormalnej aktywności. Groźne istoty ze strefy mroku zdają się niecierpliwie oczekiwać jego przybycia, aby w końcu ujawnić pełnię swoich możliwości… Czy strzegący prawa we wsi Szurpiły aspirant Nowicki zdoła w racjonalny sposób wyjaśnić serię niesamowitych wydarzeń? A może będzie zmuszony zaakceptować fantastyczną hipotezę o grasujących w okolicy krwiożerczych stworach z prastarych legend?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (6 ocen)
1
3
2
0
0
Sortuj według:
Biadaszki

Dobrze spędzony czas

zabawna
00

Popularność




Noc pierwsza

1

Magda wiedziała, że już nie zaśnie. Pełna złych przeczuć nasłuchiwała ulotnych dźwięków rojących się w trzewiach opustoszałego domu. Owych szelestów, poskrzypywań i jęków, które zazwyczaj ignorowane, przywykliśmy uznawać za nocną ciszę. Chwilami porwane wiatrem fale jesiennego dżdżu uderzały w okienne szyby. Monotonne werble kropel zagłuszały złowieszcze szepty nicości i dziewczynie udawało się otrzeć o bezpieczne krawędzie snu. Ale gdy tylko deszcz ustawał, bezwzględna jawa przypominała jej o czającej się w ciemnościach grozie i nakazywała atawistyczną czujność.

Z pozoru lęk, który przyprawiał Magdę o ssanie w żołądku, nie miał żadnej racjonalnej przyczyny. Sęk w tym, że strach nie potrzebuje żadnych logicznych wymówek, aby wykiełkować. Wystarczy mu noc i pożywka dla wyobraźni. A Magda Żaboklicka została obdarzona przez naturę nader żywą imaginacją, w dodatku miała o czym fantazjować. Nie codziennie wszak człowiek spędza noc w posiadłości ofiary wilkołaka. Że też musiała nasłuchać się paplaniny starej plotkary akurat dzisiaj, kiedy wszyscy pracownicy wyjechali do domu na weekend, zostawiając samotną projektantkę na straży remontowanego budynku. Choć z drugiej strony nader chętnie nadstawiała ucha na wynurzenia sklepowej, a nawet domagała się dodatkowych szczegółów. Jednak za dnia, w zagraconym wnętrzu wiejskiego sklepiku, sensacyjna opowieść wydawała się tylko lokalną bajdą. „Miejską legendą”, choć akurat to określenie było mało adekwatne, jako że od najbliższego miasta Szurpiły dzieliło piętnaście kilometrów.

– Cholerna baba – szepnęła Magda, podciągając pod nos zalatującą stęchlizną kołdrę. Nie potrafiła sprecyzować, kto bardziej zasługuje na podobne określenie – gadatliwa sprzedawczyni czy też raczej Katarzyna Ołowik, właścicielka studia projektowania wnętrz z Zielonki pod Warszawą. Przecież właśnie za sprawą swojej pracodawczyni ambitna designerka wylądowała w nawiedzonej głuszy.

Praca w stolicy stanowiła życiowy cel pochodzącej z Łomży Żaboklickiej i zatrudnienie na przedmieściach metropolii uważała ona za przedostatni etap realizacji wielkiego planu. Większość zleceń, które realizowała, dotyczyła aranżacji luksusowych lokali w centrum wymarzonego miasta, więc pomimo mizernej pensyjki i nieciekawej stancji, na którą owa pensyjka pozwalała, dziewczyna czuła się niemal usatysfakcjonowana. Dała się poznać jako utalentowana i solidna projektantka. Lecz kiedy szefowa zaproponowała jej samodzielny nadzór i poprowadzenie prac budowlanych w pensjonacie położonym w sercu Suwalszczyzny, zaczęła nosić się z zamiarem zmiany miejsca zatrudnienia. Nawiązała już masę kontaktów i w zasadzie mogłaby nawet spróbować działalności na własną rękę. Jednak Ołowik wyczuła intencje podwładnej i zaczęła kusić ją wysoką premią w przypadku ukończenia zadania w terminie. Poza tym Magda nie musiałaby przez kilka miesięcy płacić za mieszkanie, więc w przyszłym roku mogłaby wystartować w nowy etap życia z pewnym kapitałem. Jak dotąd jej konto nieustannie świeciło pustkami. Koniec końców przystała na propozycję, by już po dwóch dniach zacząć żałować pochopnej decyzji. Zwłaszcza gdy zorientowała się, że wszelkie terminy dawno trafił szlag i pani Kasia łatwo wykręci się z obiecanej premii.

Po raz pierwszy zdarzyło się, że wszystkie ekipy jednocześnie opuściły plac budowy. Robotnicy odebrali wynagrodzenie za ostatni miesiąc i chcieli pokazać się w domu z pieniędzmi. Święta Bożego Narodzenia zbliżały się wielkimi krokami, więc należało zasilić domowy budżet na poczet związanych z nimi wydatków. Dzieci czekały na mikołajkowe prezenty. Tylko Magda nie miała dokąd jechać. Stancję w Zielonce zwolniła. Do rodzinnej Łomży mogłaby dotrzeć w miarę szybko, ale wątpiła w serdeczne powitanie ze strony młodszego brata, który po wyjeździe siostry zajął jej pokój. Choć ojciec pewnie by się ucieszył na swój oziębły, skryty sposób. Bez sensu jednak byłoby tłuc się ponad sto pięćdziesiąt kilometrów po śliskich szosach, aby przespać się na wersalce w salonie i zjeść domową jajecznicę przyrządzoną przez pozbawionego zdolności kulinarnych rodzica. Akurat jajecznicę jadła ostatnio nazbyt często.

Właśnie gnana potrzebą zmiany monotonnego menu trafiła do wiejskiego sklepiku. Wprawdzie wsiadała do swojego wysłużonego opla z zamiarem odwiedzenia Suwałk, ale już po chwili zmieniła cel na oddalone o pięć kilometrów Jeleniewo. W końcu przy rynku znajdowały się całkiem dobrze zaopatrzone delikatesy, a deszczowa aura do pary z przenikliwym zimnem nie zachęcała do niemal trzykrotnie dłuższej podróży. Zresztą co to za radość z biegania po mieście, kiedy za kołnierz leje się człowiekowi lodowata mżawka.

Z rykiem silnika pokonywała na pierwszym biegu błotnistą leśną drogę. Jeszcze miesiąc wcześniej dukt był całkiem dobrze utrzymany, ale nieustanne ulewy i dziesiątki dostawczych półciężarówek zaopatrujących budowę zamieniły go w rozmiękłe wertepy. Odetchnęła z ulgą, wyjechawszy na asfaltową szosę przecinającą wieś. Rozluźniona rozparła się wygodnie w fotelu i przyspieszyła, ale niemal natychmiast musiała gwałtownie hamować. Stare auto zatańczyło z piskiem na wytartych oponach. Przygarbiony człowieczek w ciemnym płaszczu pojawił się przed maską dosłownie znikąd. Zapewne dreptał poboczem, niewidoczny na tle bezlistnych żywopłotów, aż nagle zdecydował się przeskoczyć olbrzymią kałużę i wylądował na środku jezdni.

Silnik zgasł. Przechodzień zamarł na dłuższą chwilę. Skulony w półprzysiadzie wpatrywał się tępo w zderzak oddalony o niecałe pół metra od jego kolan. Potem z wolna uniósł lewą rękę do twarzy i głaszcząc prawą dłonią przedramię, zaczął perorować do mankietu płaszcza niczym spiker do mikrofonu. Tymczasem Magda oprzytomniała i łapczywie wciągnęła powietrze. Szok sprawił, że na chwilę zapomniała o oddychaniu. Czując, jak oszalałe serce odzyskuje właściwy rytm, opuściła szybę z zamiarem posłania soczystej wiązanki pod adresem pomyleńca.

– Już dobrze, maleńka, nie bój się, myszko, nic się nie stało. – Poprzez szum dżdżu usłyszała przepełniony czułością głos nieznajomego. – No, pokaż nosek.

– Żebym ci czegoś innego nie pokazała, łajzo! – wrzasnęła dziewczyna, wystawiając głowę na deszcz. – Co ty sobie myślisz, łazęgo, wskakujesz mi pod maskę i niby nic się nie stało? A „myszko” to mów do swojej starej!

Niedoszła ofiara wypadku ze zdumieniem popatrzyła na Magdę, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z jej obecności.

– Najmocniej panią przepraszam – wydukał człowieczek i bez dalszych wyjaśnień czmychnął w krzaki.

Kobieta poczuła, że brak jej zapału, aby kontynuować podróż. Chrzanić frykasy; a co to, niby jajecznica zła? – pomyślała. Przekręciła kluczyk w stacyjce i powolutku poturlała się na żwirowy podjazd przed wiejskim sklepikiem w Szurpiłach, gdzie od wielu tygodni regularnie robiła drobne zakupy. Niewyszukany asortyment znała na pamięć. Świeże produkty ograniczały się do chleba, mleka, jajek i tanich wędlin, z których jako tako smakowała jedynie swojska kiełbasa. Poza tym półki zawalały puszki i zakurzone paczki herbatników. No i piwo oraz tanie wino w szerokim wyborze.

– Dzień dobry, pani Magdo – powitała ją serdecznie sklepowa, Maria, wdowa po Stanisławie Rączkowskim, matka trzech rosłych synów nierobów. Ci ostatni woleli mieszkać w Suwałkach i z rzadka widywali rodzicielkę. Przeważnie skłaniał ich do odwiedzin brak gotówki. Przyjeżdżali wówczas całą bandą jakąś nową wypasioną furą, aby namówić Marię do sprzedaży kolejnego fragmentu ojcowizny. Stanisław należał do majętnych gospodarzy i szczęśliwym dla dziedziców trafem większość jego pól znajdowała się poza granicami Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Po parcelacji można było sprzedawać ziemię miastowym jako działki rekreacyjne.

– Dzień dobry, pani Mario – odpowiedziała z rezygnacją Żaboklicka i bez większej nadziei spytała: – Ma pani może coś dobrego na obiad?

Życie na budowie nie sprzyjało regularnym i wyszukanym posiłkom. Pomijając kwestię pieniędzy, które Magda oszczędzała z zapobiegliwością graniczącą ze skąpstwem, dochodziły względy techniczne i społeczne. Kuchnia w domu nad jeziorem jako pierwsza padła ofiarą związanych z przebudową rozbiórek i jako ostatnia miała zostać dźwignięta z ruiny, aby w pełni zabłysnąć blichtrem łupkowych blatów i miedzianych detali dopiero w dniu odbioru. Do gotowania pozostawała dwupalnikowa kuchenka gazowa i rozklekotana mikrofalówka, która czasem grzała potrawy, a czasem tylko obracała je w swoim wnętrzu, bucząc donośnie dla niepoznaki.

Aspekt społeczny dotyczył pozycji Magdy jako nadzorującej zespół kobiety. Śmiertelnie się bała, że jeżeli zacznie gotować bardziej wyszukane posiłki, podwładni szybko sprowadzą ją do roli kucharki. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby upichcić smakowitą potrawę wyłącznie dla siebie i spałaszować ją na oczach wygłodniałych robotników. Wypadałoby ich poczęstować. Tym bardziej że ci ostatni chętnie dzielili się z „kierowniczką” przywiezionymi z domu smakołykami. Nakarmiłaby pracowników raz, drugi i trzeci, a za czwartym dziwiliby się, dlaczego nie ma jeszcze obiadu. Dlatego udawała, że kompletnie nie potrafi gotować. Raz nawet specjalnie przypaliła kotlet, a potem zjadła go, publicznie bolejąc nad własną niezdarnością. Choć w istocie gotowała świetnie i co gorsza, uwielbiała dobrze zjeść. Mogłaby wprawdzie od czasu do czasu wymknąć się cichaczem do restauracji Jelonek, gdzie serwowano niedrogo regionalne specjały, ale samotna konsumpcja w knajpie zawsze przyprawiała ją o parszywy nastrój. Dlatego od co najmniej tygodnia, kiedy zorientowała się, że zostanie w najbliższy weekend sama, szykowała się skrycie na kulinarną orgię. Stąd planowana wyprawa do Suwałk. Nie zamierzała wałęsać się po galeriach handlowych, lecz odwiedzić wyłącznie stoiska spożywcze i przymknąwszy oko na własną rozrzutność, nakupić różnorakich specjałów. Jednak przewrotny los – w postaci pokurcza w przydługim płaszczu do pary z paskudną pogodą – bezwzględnie zniweczył piękne plany, sprowadzając Magdę do obskurnego sklepiku, którego od dawna miała już serdecznie dosyć.

– Ano mam jak raz świeżutkie kartacze i kiszkę ziemniaczaną – rozpromieniła się Maria.

Magdzie z wrażenia opadła szczęka.

– Nigdy nie było – wyjąkała.

– Bo pani nigdy nie przychodzi w piątki. A ja tylko na weekendy zamawiam – wyjaśniła cierpliwie sprzedawczyni.

Faktycznie, Magda nigdy nie robiła zakupów pod koniec tygodnia. Zazwyczaj w wolne dni zostawiała budowę pod opieką aktualnie zatrudnionej ekipy i wypuszczała się oplem do miasta lub robiła samotne wycieczki po obfitującej w urokliwe miejsca okolicy. Jadła wówczas w przydrożnych barach, więc nie opłacało jej się robić zapasów. Po raz pierwszy została sama w domu nad jeziorem.

Bez wahania nakupiła kiszki na sobotę i kartaczy na niedzielny obiad. W międzyczasie okazało się, że dostępne jest również słodkie mrowisko i sękacz, a nawet znalazł się słoiczek stynek w occie. Wprawdzie rybki oczekiwały na konsumpcję już niemal rok, ale nadal wyglądały apetycznie.

– Długo pani u nas jeszcze pobędzie? – zapytała Rączkowska.

– Pewno ze dwa miesiące, jak nie dłużej – westchnęła Magda.

– To w styczniu, albo lepiej w lutym, jak mróz dobrze złapie i lód będzie gruby, radzę popytać w Jelonku, czy nie mają świeżych stynek – doradziła Maria. – Takie smażone, prosto z jeziora, są najlepsze. W sklepie pani nie kupi, ale w knajpie miewają. Ten, co wynajmuje domek u Złocickiego, też wziął słoiczek i pytał, kiedy będzie sezon. Niby taki niedomyty pokurcz, ale wie, co dobre.

Żaboklicka skojarzyła, że osobnik, który omal nie spowodował wypadku, garbił się pod ciężarem wypchanego plecaczka.

– Chyba wiem, o kim pani mówi – wtrąciła. – Przed chwilą wyskoczył mi prosto pod koła. Taki niski w ciemnym płaszczyku.

– No, no, ten sam – potaknęła sprzedawczyni. – Dopiero co wyszedł.

– Wyglądał całkiem schludnie, chociaż zachowywał się jak wariat – stwierdziła dziewczyna. Nie spodobało się jej, że Rączkowska bezceremonialnie krytykuje wygląd klientów.

– Bo niby nie jest brudny, tylko dziwnie capi – wyjaśniła Maria. – Nawet nie to, że śmierdzi. Raczej jakby mieszkał w zoo. A wariat pierwsza klasa. Kiedy myśli, że nikt nie widzi, gada do rękawa. I ciągle wypytuje ludzi o tego wilkołaka, co to niby załatwił Wójtowicza. Jakby miał obsesję. Chociaż powiem pani, że wszyscy mają trochę pietra. Odważna pani jest, pani Magdo. Ja to bym chyba umarła ze strachu, jakby mi kazali zostać w tamtym domu samej na noc. Niejeden chłop by uciekł.

– W jakim domu? – zdziwiła się projektantka.

– Ano przecie w tym, co go pani na pensjonat przerabia. Tam bestia dopadła Wójtowicza. A teraz spadkobiercy chcą wynajmować pokoje, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zechciałby w nim zamieszkać. Ale turyści nie skojarzą, dokąd jadą na urlop.

– Dlaczego ja nic o tym nie wiem? – Magda wyglądała na kompletnie zaskoczoną.

– Nikt pani nic nie powiedział? – zapytała Rączkowska, ściszając głos.

Na twarzy sklepowej odmalował się przedziwny wyraz zgrozy pomieszanej z satysfakcją. Żaboklicka wyczuła, że zaraz dowie się wszystkiego. A nawet jeszcze więcej.

– Wójtowicz wcale nie był pierwszy – zaczęła sprzedawczyni. – Najpierw, gdzieś tak w lipcu, coś rozszarpało chłopaka. Miał, bidulek, nie więcej niż dwanaście lat. Rodzice wynajęli domek u Złocickiego na wakacje, a te domki stoją nie dalej niż dwieście metrów od posesji Wójtowicza. Ciało znaleźli tuż przy ogrodzeniu, ale dopiero po dwóch dniach poszukiwań. Niby krok od domu, ale przecież widziała pani pewno, jakie tam są chaszcze. Nikt nie chodzi koło parkanu, bo niby i po co. Dzisiaj do domu nad jeziorem i do gospodarstwa Złocickiego prowadzą dwie oddzielne drogi gruntowe, które dochodzą do szosy na przeciwnych końcach wsi. Ale kiedyś to była jedna droga, która robiła pętlę. Tyle że Wójtowicz, jak kupił działkę, to od razu wszystko wygrodził i drogę zamknął. A że gruntówka nie była ani gminna, ani lasów, ani w nijakiej służebności, więc – choć ludziska nią jeździli od wieków – nikt nie mógł bogatemu zabronić. To i z biegiem lat wszystko od tej strony, gdzie się droga na płocie urywa, zarosło i zdziczało, jak w jakim buszu. I w tych krzakach jakiś zwierz dopadł chłopaczka. Pewno mały nawet nie pisnął, bo jakby krzyczał, byłoby go słychać i u Wójtowicza, i u Złocickiego. Ci, co widzieli trupka, mówili, że to musiało być jakieś olbrzymie bydlę z zębami jak kołki u brony, okropnie przy tym zajadłe, bo z małego niewiele zostało.

– Może jakiś zwyrodnialec? – podsunęła Magda, mimo woli zasłuchana w krwawe rewelacje sklepowej.

– Gdzie tam! – Rączkowska machnęła ręką. – Przecież policjanci też tak z początku myśleli, ale jak zbadali zwłoki w Białymstoku, to przyznali, że małego pokąsało jakieś zwierzę. Olbrzymi pies albo wilk. Tyle że skąd tu niby wilk? Wprawdzie ponoć trochę się tego lęgnie teraz po lasach, ale tu nikt nigdy wilka nie widział. Zresztą jakby chłopiec zginął po drugiej stronie posesji, to jeszcze. Tam parkan biegnie wzdłuż lasu i mokradeł. Ale jego coś zagryzło prawie na podwórku. I to w biały dzień, bo przecież od razu z wieczora rodzice zaczęli szukać dzieciaka. A jakby kto w okolicy miał takiego wielkiego, groźnego psa – Maria uprzedziła pytanie Magdy – to wszyscy by o nim wiedzieli. Babka Kucowa od razu powiedziała, że to musi wilkołak. Ludzie trochę się ze starej naśmiewali, ale po prawdzie lepszego wyjaśnienia nie mieli. Szczególnie starsi zaczęli wspominać, że kiedyś dawno, jeszcze podczas wojny albo tuż po, zdarzyły się podobne wypadki. Tylko że wtedy nikt ich nie badał. Co najciekawsze, sam Wójtowicz zgadzał się z Kucową i głośno mówił o wilkołaku. Że niby widywał po nocach dziwne stwory blisko swojego domu, a raz nawet jednego potrącił swoim mercedesem, jak wracał z Suwałk późno w nocy. Pokazywał wszystkim pęknięty zderzak. Śmiali się z niego, że po pijanemu walnął w słupek albo skasował sarnę. Niby bogaty, światowy, a w gusła wierzy. Ale jak zginął, to już nikomu nie było do śmiechu.

Rączkowska przerwała dla spotęgowania efektu, a raczej musiała pilnie złapać oddech, ponieważ nadawała z szybkością karabinu maszynowego.

– Też go coś zagryzło? – przynagliła Marię żądna szczegółów Żaboklicka.

– I to we własnym domu – wypaliła sklepowa. – Na środku tego wielkiego holu. Leżał z głową na schodach i miał rozszarpane gardło. Rozdarte wielkimi kłami. Znowu stwierdzili, że to na pewno jakieś zwierzę. Nawet nie jakieś, tylko dokładnie to samo, które miesiąc wcześniej zabiło chłopaka. Podobno potrafią ustalić takie rzeczy. A najdziwniejsze, że do domu przez całą noc nikt nie wchodził ani z niego nie wyszedł.

– A skąd to wiadomo?

– Bo Wójtowicz miał bardzo drogi, fikuśny alarm, co wszystko śledził i zapisywał. Kryśka Bożelakowa, ta, co sprzątała u Wójtowicza, a potem znalazła trupa, ciągle się żaliła, że nie potrafi sobie dać rady z całą tą elektroniką. Aparatura ciągle wyła, a jeśli nie wyła, to cichcem wzywała ochronę. Wójtowicz kiedyś trzymał psy, wredne dobermany, ale odkąd zainstalował sobie system bezpieczeństwa, wszystkie sprzedał.

– Nic dziwnego, że uważał – wtrąciła Magda. – Zamożny, mieszkał sam, z jednej strony jezioro, z drugiej las i bagna…

– Po mojemu to on się nie bał włóczęgów ani złodziei, tylko koleżków od ciemnych interesów. – Rączkowska ściszyła głos. – Kiedyś w Suwałkach wynajął moich synów, niby jakąś obstawę. Mieli na niego czekać w samochodzie pod hotelem. Udali mi się synkowie, nikt im w okolicy nie podskoczy i Wójtowicz dobrze o tym wiedział.

Magda skrzywiła się nieznacznie. Zdążyła nasłuchać się opowieści o latoroślach Rączkowskiej. Niedawno przed knajpą spuścili łomot zatrudnionemu na budowie hydraulikowi, chociaż podobno rzemieślnik nie był całkiem bez winy.

– Więc policja znowu nikogo nie podejrzewa? – zagadnęła, pragnąc skierować rozmówczynię na główny wątek opowieści.

– Chyba ducha – uśmiechnęła się złośliwie Rączkowska. – W zeszłym tygodniu był u mnie Piotrek Nowicki, nasz dzielnicowy. Znam go od małego, to spytałam, czy nie słyszał czegoś, jak był na komendzie w Suwałkach. Ale podobno sprawa trafiła aż do Białegostoku i tam pewnie utknęła. No bo kogo niby mają aresztować? Kogo łapać? Jakiegoś zwierzaka, co przenika przez ściany? Teraz to i ja zgadzam się ze starą Kucową. Zresztą wszyscy sądzą, że we wsi grasuje wilkołak. Nawet ksiądz proboszcz, chociaż głośno o tym nie powie. Że też pani nikt nic dotąd nie powiedział! A to właśnie pani, pani Magdo, nadstawia teraz karku.

– Ja tam, pani Mario, w żadne zjawy nie wierzę. – Żaboklicka usiłowała nadrabiać miną, ale jej buńczuczna wypowiedź wypadła nieco blado. – Zresztą mieszkam już trzeci miesiąc w domu nad jeziorem i jak widać, nawet nic nie wiem o żadnym potworze. Wszędzie spokój i cisza, że aż zęby bolą.

– I oby tak zostało – westchnęła nieco nieszczerze sklepowa. – Ale niech pani uważa. I dobrze drzwi pozamyka.

– A niby co to da, skoro ponoć drzwi to żadna przeszkoda dla upiora? – zadrwiła dziewczyna.

Do sklepu wtoczyło się dwóch miejscowych pijaczków, którzy poczęli wysupływać na ladę zachomikowane po kieszeniach drobniaki. Uwaga Rączkowskiej natychmiast skupiła się na nowych klientach, ponieważ uzbierana suma okazała się zbyt niska w stosunku do wartości butelki preferowanego przez kupców sikacza. Ciche „do widzenia!” Magdy utonęło w jazgocie podniesionych głosów, gdy ona sama chyłkiem wymknęła się ze sklepu.

– Skurczybyki – mruknęła, ładując zakupy do bagażnika.

Nie miała na myśli nikogo konkretnego. Raczej oberwało się całemu otoczeniu, które trwało aż dotąd w podstępnej zmowie milczenia. Poinformowanie pracownicy o ponurej historii domu nie leżało naturalnie w interesie Katarzyny Ołowik. Miejscowi mogli sądzić, że o wszystkim wie. Ale dlaczego żaden z pracowników nawet nie zająknął się o lokalnej legendzie? Przecież musieli znać historię tajemniczych zgonów, choćby dlatego, że kilku robotników pochodziło z sąsiednich miejscowości. Czyżby mieli swoją młodą „kierowniczkę” za idiotkę, która zlęknie się duchów?

Bardziej wściekła na źle ukierunkowaną dyskrecję bliźnich niż przejęta opowiadaniem sklepowej przebiła się samochodem przez błotniste koleiny, czerpiąc niezdrową satysfakcję z piłowania protestującego głośno silnika. Jednak droga przez zasnuty mżawką las dziwnie jej się tym razem dłużyła. A kiedy zajechała na podwórze, po raz pierwszy postanowiła zatrzasnąć za sobą wrota bramy wiodącej do posiadłości Wójtowicza. Jednak zadanie okazało się niewykonalne. Ciężkie kute skrzydła utkwiły w naniesionym na podjazd błocie jak przyspawane. Nie przejęła się zbytnio. Dotąd zawsze były otwarte, więc niby co się zmieni?

Dopiero kiedy objuczona pakunkami stanęła w mrocznym holu, poczuła, że może być źle. W wielkim domu panowała przygnębiająca cisza, w której każdy szelest lub stukot obcasów budził niepokojące echa.

To dziwne – pomyślała Magda – że echo nigdy nie mieszka razem z ludźmi. Pogłos rozchodzi się tylko w opuszczonych budynkach. Kryptach, piwnicach i katakumbach. Wystarczy jedna osoba śpiąca gdzieś w odległym pokoju, żeby przepłoszyć echo. Wcześniej nigdy go nie słyszałam.

Idąc do kuchni, starała się nie patrzeć na podstawę dębowych schodów, gdzie ponoć spoczęło okaleczone ciało poprzedniego właściciela. Po drodze zapalała światło, ale podpięte do prowizorycznej instalacji gołe żarówki świeciły słabo, niechętnie rozpraszając szarawy półmrok późnojesiennego popołudnia.

Początkowo zamierzała usmażyć sobie kiszkę ziemniaczaną, ale wrzuciła do mikrofalówki kartacze i przez parę minut rozkoszowała się łomotem i rzężeniem, które wydawała z siebie sfatygowana maszyna. Kiedy kuchenka oznajmiła gotowość radosnym „bim!”, natychmiast nastawiła ją ponownie. A potem jeszcze raz. W głośnym buczeniu urządzenia było coś uspokajająco normalnego, co koiło coraz bardziej napięte nerwy Magdy.

Zaniosła skwierczące cepeliny do jadalni. Przestronne pomieszczenie, znajdujące się w przecinającym zachodnią elewację wykuszu, z trzech stron otaczały wielkie okna, z których rozciągał się urzekający widok na jezioro. Dziewczyna uwielbiała ten pokój i cały tydzień wyobrażała sobie, jak konsumuje przy dębowym stole wykwintny posiłek, rozkoszując się rozległą panoramą, której nie dane jest podziwiać nikomu oprócz niej. Miała nadzieję, że przez chwilę poczuje się jak księżniczka, a nie budowlaniec.

Ale w rzeczywistości wszystko układało się nie tak. Po pierwsze cepeliny, choć smaczne i z chrupiącymi skwarkami, trudno uznać za wykwintny posiłek. Stynki wydawały się jakieś kwaśne. Jezioro przybrało ołowiany odcień, a groźne granatowe chmury kłębiące się ponad czarnym masywem wieńczącej przeciwległy brzeg Góry Zamkowej co chwila pluły deszczem. Wielkie krople, miotane wyjącym smętnie wichrem, spływały kaskadami po zakurzonych szybach i cały świat wydawał się zapłakany. A może udręczony? Przerażony?

Magda wstała od stołu i zaczęła szukać radia. Kiedy robotnicy pracowali, zawsze gdzieś głośno grało, nastawione na stację nadającą skoczne disco polo. Lecz teraz, jak na złość, przepadło. Wygrzebała więc z torebki telefon i słuchawki. Puściła ulubione nagranie i ukroiła sobie spory kawałek sękacza. Przeniosła się na ustawioną pod ścianą starą kanapę i półleżąc w demonstracyjnie niedbałej pozie, bez apetytu żuła ciasto. Po dłuższej chwili zdała sobie sprawę, że rozbrzmiewająca w uszach muzyka tylko jej przeszkadza, ponieważ cały czas usiłuje nasłuchiwać wyimaginowanych odgłosów płynących z głębi domu. Odłożyła słuchawki i włączyła głośnik. Pobzykująca w przygnębiającej ciszy melodyjka wydawała się jeszcze gorsza, więc Magda postanowiła skorzystać z ostatniej możliwości i zadzwonić do koleżanki. Wybrała numer i dopiero wtedy spostrzegła na ekranie mały napis: „Brak sygnału. Tylko połączenia alarmowe”.

Suwalski Park Krajobrazowy leży w rejonie silnej anomalii magnetycznej. Prawdopodobnie wywołują ją zalegające w głębi ziemi bogate złoża rud żelaza. A Szurpiły znajdują się w samym środku wzmiankowanej anomalii, więc sygnał radiowy płata różne figle. Czasem zanika na długie godziny. Magda przekonała się o tym fakcie natychmiast po przyjeździe, gdy bezskutecznie starała się skontaktować z szefową, krążąc z telefonem przy uchu po okolicy. Sygnał zawsze udawało się w końcu złapać na jakimś wzniesieniu, a przy dużym szczęściu nawet w innym kącie pomieszczenia, jednak wynik poszukiwań stanowił loterię. Z czasem owa powszechnie znana nieprzewidywalność łączności zaczęła przynosić niejakie korzyści. Wystarczyło wyłączyć telefon, aby uwolnić się od natarczywej kontroli ze strony przełożonej, a potem można było zwalić wszystko na anomalię magnetyczną. Tego dnia jednak młoda projektantka dałaby wiele za możliwość kontaktu ze światem.

Za oknami wczesny zmierzch błyskawicznie przeistaczał się w nieprzenikniony mrok pochmurnej nocy. Dziewczyna zdecydowała, że nieco wcześniej, niż zamierzała, zrealizuje kolejny punkt swego hedonistycznego planu. Czas udać się do sypialni.

Pokój, który zajmowała Magda, stanowił jedyny, lecz niezaprzeczalny bonus w jej dobrowolnym wygnaniu. Robotnicy z często zmieniających się ekip nocowali w dwóch zbiorowych sypialniach na parterze, urządzonych w dawnym salonie i przestronnym gabinecie. Na piętrze mieszkała tylko „kierowniczka”. Jej lokal nie należał do największych, ponieważ te bardziej reprezentacyjne padły już ofiarą wstępnych prac remontowych, czyli – konkretnie mówiąc – uległy całkowitej dewastacji. Za to był bardzo przytulny i praktycznie umeblowany. Miał dwa narożne okna, z których jedno wychodziło na las, a drugie na jezioro, choć nie roztaczał się z niego widok równie spektakularny, jak z okien jadalni. Nie widoki ani umeblowanie przesądzały wszakże o luksusie.

Otóż bezpośrednio z sypialni drzwi prowadziły do przestronnej łazienki, wyłożonej marmurowymi płytkami i wyposażonej w olbrzymie lustro, toaletkę, prysznic z biczami wodnymi oraz gigantyczną wannę z hydromasażem. Sęk w tym, że Magda nigdy jeszcze z owej wanny nie skorzystała. Problem stanowiły drugie drzwi prowadzące z łazienki bezpośrednio na korytarz, zamykane nie na przekręcany łazienkowy zameczek, ale na zwykły klucz. I ten klucz gdzieś zaginął, więc znając realia budowy, w każdej chwili należało się spodziewać wtargnięcia wiedzionego zapałem stachanowca – hydraulika, glazurnika lub malarza. A prace trwały od świtu do późnej nocy. Co ciekawe, kobieta zupełnie nie przejmowała się taką możliwością, biorąc prysznic w przeszklonej kabinie. Nie zaliczała się do przesadnie pruderyjnych i potrafiłaby raz dwa popędzić kota mimowolnemu podglądaczowi. Stojąc twardo na nogach, wiedziała, że panuje nad sytuacją. Zresztą jako dodatkowe zabezpieczenie podstawiała pod klamkę krzesło. Lecz nie wiedzieć czemu czułaby się strasznie głupio przyłapana przez robotników w pienistej kąpieli z bąbelkami.

Żaboklicka zgasiła światło w kuchni i zdecydowanym krokiem pomaszerowała do holu, który choć przestronny, wcale nie był taki wielki, jak wynikałoby z opowiadania Rączkowskiej. Owszem, przecinał dwie kondygnacje, a ciemne dębowe schody stylizowane na pałacowy antyk robiły wrażenie, jednak w porównaniu z pozostałymi pomieszczeniami, zwłaszcza gigantycznym salonem przypominającym salę balową, mógł uchodzić za klitkę. Miał jakieś pięć na sześć metrów, po jednej ścianie wiła się wachlarzowa klatka schodowa, w dwóch bocznych ścianach znajdowały się wysokie drzwi o masywnych futrynach prowadzące do salonu, gabinetu, korytarza i kuchni, zaś w czwartej dwa wąskie okna oraz dwuskrzydłowe drzwi wejściowe z górnym naświetlem wypełnionym kolorowymi szybkami. Te ostatnie otwierały się lekko i wyglądały na drewniane, jednak w rzeczywistości wewnątrz posiadały pancerną konstrukcję i sejfowy zamek z niezliczoną ilością zapadek. Nawet witraż osłaniała kuloodporna szyba. Wszystko to razem, w połączeniu z pretensjonalną i nieco tandetnie wykonaną angielską boazerią, sprawiało wrażenie pozbawionego gustu, nowobogackiego przepychu.

Projektantce podobała się tylko kamienna posadzka, którą jako jedyną zamierzała zachować w przyszłej aranżacji, choć właśnie jej los wydawał się najbardziej zagrożony. Podłogę wyłożono wielkimi nieregularnymi płytami wapienia jurajskiego, dobranego ze względu na zawartość malowniczych skamielin. Niestety, wapień jest dosyć miękki i bardzo źle znosił trudy przebudowy. Z początku Magda niemal codziennie własnoręcznie zabezpieczała posadzkę kartonami i folią, w końcu jednak musiała uznać swoje wysiłki za pozbawioną sensu syzyfową pracę. Pocieszył ją kamieniarz, który wykonawszy w kącie odkrywkę, stwierdził, że grubość płyt wynosi niemal dziesięć centymetrów i pozwala na ich wielokrotne szlifowanie w przyszłości. Więc jeżeli nikomu nie uda się poważnie wyszczerbić kamienia, na koniec budowy przywróci bez trudu posadzce jej pierwotny blask. Na razie jednak podłoga stanowiła obraz nędzy i rozpaczy. Pokrywała ją warstwa naniesionego błota i gipsowego pyłu, poprzecinana zawijasami nieregularnych smug w miejscach, gdzie robotnicy przeciągali jakieś ciężkie przedmioty.

Zazwyczaj, przechodząc przez hol, Magda poświęcała chwilę melancholijnej zadumy na kontemplację owej ruiny, podświadomie poszukując wzrokiem nienaprawialnych ubytków, ale tego dnia interesowały ją jedynie pancerne wejściowe drzwi. Z obsesyjną starannością sprawdziła, czy aby na pewno są dobrze zamknięte, po czym westchnęła lekko, spoglądając na kłąb wyrwanych ze ściany kabli, w miejscu gdzie zapewne mieścił się niegdyś panel alarmu. Choć przecież Wójtowiczowi alarm w niczym nie pomógł. W głębi duszy cieszyła się, że nie musi sprawdzać drzwi prowadzących do garażu. Droga do nich wiodła przez całą szerokość domu labiryntem ciasnych i mrocznych korytarzy. Drzwi mogły być otwarte, ale i tak nikt nie dostałby się tamtędy do środka, ponieważ automatyczna brama garażowa niedawno zacięła się na tyle skutecznie, że trzech tęgich chłopów nie zdołało jej poruszyć nawet o centymetr. Cały parter ostatni właściciel wyposażył zaś w najwyższej klasy okna antywłamaniowe, których czujący dziwną abominację do świeżego powietrza budowlańcy nigdy nie otwierali.

Nikt, przynajmniej nikt materialny, nie zdołałby zakłócić spokoju samotnej lokatorce. Pozostawało udać się jak co wieczór do sypialni. Jednak przy obecnym stanie nerwów Magdy wejście na piętro stanowiło pewne wyzwanie. Niemal cała pierwotna instalacja oświetleniowa została zdemontowana i zastąpiona przez elektryków jakąś prowizorką na czas budowy. Na klatce nie było wyłączników schodowych. Zazwyczaj dziewczyna nie przejmowała się drobnym utrudnieniem, gasiła światło w holu i szła na górę, licząc wygodne stopnie. Przy siedemnastym, ostatnim, zapalała światło na korytarzu i po sprawie. Ale tego dnia nie chciała przebywać w mroku ani minuty. Nie w holu. Z drugiej strony za wszelką cenę pragnęła sobie udowodnić, że durne bajanie sklepowej nie zrobiło na niej najmniejszego wrażenia. Przecież nie jestem głupią panikarą – powtarzała sobie.

Zgasiła lampy. Czerń aż zakłuła ją w oczy. No nie, jeszcze sobie nogę zwichnę i kto mi pomoże? – przebiegło jej przez myśl, więc skorzystała z racjonalnego wytłumaczenia i włączyła je z powrotem, oddychając z ulgą, gdy ciemność zrejterowała pod schody. W końcu nic się nie stanie, jeśli żarówka poświeci przez jedną noc – w dalszym ciągu usprawiedliwiała się w myślach. – A co, jeżeli nagle ktoś zapuka do drzwi i będę musiała lecieć na dół? Natychmiast przyszło jej do głowy, że takie pukanie w środku nocy na pewno nie zwiastowałoby niczego dobrego.

Szybko wbiegła po schodach, z nieznanych przyczyn przeskakując pierwszy stopień. Na górze bezwiednie obejrzała się za siebie, jakby musiała zyskać pewność, że żadna zła istota nie zmaterializowała się za jej plecami. Naturalnie nic się nie zmieniło, ale widziany z perspektywy galerii, zasnuty szarym całunem kurzu, hol emanował jakąś nieuchwytną grozą, niczym wnętrze cmentarnej krypty. Porzucając wszelkie pozory opanowania, Magda popędziła korytarzem, wzbijając przy tym tumany wszechobecnego gipsowego pyłu. Wpadła do sypialni i z ulgą przekręciła klucz w zamku. Bezpiecznie ukryta w znajomym wnętrzu, rozjaśnionym ciepłym blaskiem nocnej lampki, natychmiast zaczęła się besztać za dziecinny atak paniki.

Zdecydowanym krokiem weszła do łazienki. Zobaczywszy w wielkim lustrze swoją bladą twarz, posłała pod adresem odbicia soczyste przekleństwo.

– Jednak jestem idiotką – powiedziała. – Niewiele brakuje, żebym zaczęła piszczeć, jak te głupie cipy z horrorów klasy B.

Odkręciła mosiężny kran i wsypała do wanny cały pojemnik drogiej soli do kąpieli, którą już dawno nabyła w drogerii z myślą o nadchodzącej chwili rozpusty. Zanim zaczęła się rozbierać, odruchowo chwyciła stojące w kącie krzesło i przysunęła do drzwi, blokując oparciem klamkę. Gdy tylko uświadomiła sobie, że podyktowana nawykiem zapobiegliwość jest całkowicie zbędna, z łomotem odstawiła mebel na miejsce. W istocie wcale nie podobało jej się, że drzwi pozostaną niezabezpieczone, ale chciała w jakiś sposób ukarać ową nieakceptowaną, lękliwą część swojej osobowości.

Kąpiel okazała się rozkoszna. Nareszcie jakiś element weekendowych planów w pełni odpowiadał wyobrażeniom. Zabawa różnymi funkcjami jacuzzi zupełnie pochłonęła Żaboklicką, a jednostajny pomruk pompy przegnał nachalnie panoszącą się w opustoszałym domu ciszę.

Wszystko szło dobrze do momentu, gdy baraszkująca wśród pian miłośniczka spa zdecydowała się zanurkować w wodnej kipieli. Zatkała palcami nos, mocno zacisnęła powieki i rozluźniona opadła na dno wanny. Przyczajona wyobraźnia tylko czekała, aż odcięta od bodźców dziewczyna znajdzie się w jej władaniu. Na poczekaniu wykreowała mroczną postać, która pochylała się nad wanną, wyciągając szponiaste łapy po nieświadomą niczego ofiarę. Wizja była tak dojmująca, że Magda aż zachłysnęła się wodą w rozpaczliwej próbie jak najszybszego wydobycia się na powierzchnię. I tak prysnął czar ostatniej z zaplanowanych przyjemności.

Samotna lokatorka nie miała siły dłużej walczyć z narastającą paranoją. Nie bacząc, jak śmieszne mogłoby się wydawać jej zachowanie komuś postronnemu, starannie sprawdziła, czy obie pary drzwi w jej pokoju są zamknięte na klucz, zasłoniła szczelnie okna i skuliła się pod kołdrą, nie gasząc nocnej lampki. Nie liczyła na spokojny sen, jednak nieustanne napięcie wyczerpało ją do tego stopnia, że już po chwili zapadła w niespokojną drzemkę, a po kwadransie chrapała w najlepsze.

Ocknęła się w kompletnej ciemności. Miała niejasne wrażenie, że coś ją obudziło. Coś niepokojąco realnego. Nie dręczyły jej przecież żadne koszmary. Odruchowo wyciągnęła rękę i namacała wyłącznik lampy. Dopiero kiedy bezproduktywnie zaklikał, przypomniała sobie, że zostawiła zapalone światło. Przepaliła się żarówka albo zabrakło prądu. Ta druga możliwość była, niestety, aż nadto prawdopodobna. Prowizorki elektryków powodowały częste wybicia korków. Nie miała jednak ochoty wstawać z bezpiecznego łóżka, aby sprawdzić, co w istocie zaszło. A już na pewno nie zamierzała wędrować po ciemku przez pół domu, żeby zerknąć na korki. Tablica rozdzielcza znajdowała się piętro niżej w pomieszczeniu technicznym obok garażu.

Tak oto przedstawiały się okoliczności, które spowodowały, że zdolna projektantka wnętrz, Magda Żaboklicka, kuliła się w środku nocy pod kołdrą i wydana na pastwę rozigranej wyobraźni, przeklinała po równi gadatliwą sklepową oraz przebywającą ponad trzysta kilometrów dalej Katarzynę Ołowik. Minuty pełnego udręki nasłuchiwania ciągnęły się w nieskończoność, więc może nie należy się dziwić, że kiedy nagle gdzieś z głębi budynku dobiegł głośny łomot, Magda poczuła coś na kształt ulgi.

Skonfrontowana z rzeczywistym zagrożeniem dziewczyna bez wahania przystąpiła do działania. Ku własnemu zaskoczeniu przestała majaczyć o niematerialnych zjawach, lecz pomyślała o zupełnie realnych włamywaczach. Wprawdzie plac budowy nie stanowił łakomego kąska dla potencjalnych rabusiów, ale przecież wszędzie znajdzie się garstka obiboków, dla których wartym zachodu łupem okaże się rozklekotana wiertarka.

Żaboklicka zdecydowanym ruchem odrzuciła kołdrę i odszukała telefon leżący na nocnym stoliku. Włączyła ekran. Zegar wskazywał trzecią siedemnaście, a poniżej nadal wyświetlał się przeklęty napis: „Brak sygnału”. Jednak jego dalszy ciąg – „Tylko połączenia alarmowe” – rokował pewną nadzieję. Magda wybrała 112. A co, jeżeli mi się tylko wydawało? – pomyślała i wyobraziła sobie kpiące spojrzenia policjantów z patrolu. Zaraz jednak zorientowała się, że ma poważniejsze zmartwienie. Głośnik cicho pisnął i połączenie nie doszło do skutku. To samo powtórzyło się przy drugiej i trzeciej próbie. Żaden patrol się nie pojawi.

Najrozsądniej byłoby pozostać we w miarę bezpiecznej sypialni, ale postępowanie pompowanej przez długie godziny adrenaliną dziewczyny dalece odbiegało od racjonalności. Wstała i walnęła z furią w wyłącznik żyrandola. Naturalnie żadnej reakcji. A więc nawaliły korki. Same z siebie albo uszkodził je włamywacz. Magda znowu zaczęła gmerać w telefonie, aż odnalazła odpowiednią aplikację. Bezużyteczny komunikator zamienił się w przydatną latarkę. Snop jasnego światła dodał samozwańczej strażniczce otuchy.

Zdecydowanym ruchem przekręciła klucz w zamku, przełożyła telefon do lewej ręki, a prawą sięgnęła po kryształowy wazon. Zahaczyła małym palcem o klamkę i z rozmachem otworzyła drzwi, oświetlając korytarz. Każdy czający się w mroku intruz, nawet przybyły z otchłani zaświatów, niechybnie oberwałby w łeb ciężkim bibelotem, gdyby tylko się pokazał. Ale za drzwiami nikt się nie czaił, jeżeli pominąć sporych rozmiarów pająka wędrującego niespiesznie po zakurzonej podłodze. Człapiąc kapciami, Magda bez namysłu zagłębiła się w czeluść korytarza.

W ciasnym pokoju zaimprowizowana latarka wydawała się oślepiać, jednak w rzeczywistości jej blask nie sięgał dalej niż na kilka metrów. W dodatku wszędzie panowało przenikliwe zimno. Zapewne prądu nie było już od jakiegoś czasu, więc piec olejowy nie miał prawa działać i kaloryfery ostygły. Ale Magdzie wilgotny chłód nasunął skojarzenie z opowieściami o duchach. Widocznie poziom adrenaliny opadał i chwilowo stłumione irracjonalne lęki znowu dochodziły do głosu. Co ja najlepszego robię? – naszła ją refleksja. – Zachowuję się jak ci idioci z horrorów, którzy wbrew logice włażą do pełnej potworów piwnicy. Jednak siłą inercji postawiła jeszcze kilka kroków, aż znalazła się na wieńczącej klatkę schodową galeryjce.

Wstrzymując oddech, dziewczyna oświetliła hol. Zarys pomieszczenia ledwie majaczył w gęstej ciemności. Wątły promień ledowej żarówki wsiąkał w czerń, wydobywając z niej zaledwie rozmyte kontury przedmiotów. Choć na pierwszy rzut oka nie ujawnił żadnych śladów intruza, to po chwili wywołał pewną reakcję. Z zewnątrz, spoza pancernych drzwi, dobiegło głośne szuranie. Jakby ktoś pospiesznie przesuwał jakieś ciężkie przedmioty po posadzce ganku.

Fakt, że podejrzana aktywność ma miejsce poza budynkiem, ośmielił Żaboklicką. Najpewniej przywałęsało się jakieś zwierzę. Bezpański kundel albo jakiś oportunistyczny mieszkaniec lasu, bobrujący w poszukiwaniu pozostawionych przez ludzi resztek jedzenia. Bo raczej nie należało spodziewać się na tym odludziu włóczęgów nocujących na świeżym powietrzu. Zresztą stojąca tuż obok stara stodoła zapewniała dużo lepsze schronienie przed deszczem niż przewiewny ganek. Mimo wszystko – skoro samotna lokatorka podjęła się już niewdzięcznej roli ochroniarza – należałoby sprawdzić, z czym ma do czynienia. Taki łoś, na przykład, mógłby do rana poczynić niezłe spustoszenie.

Magda starała się pokonać schody jak najciszej, ale kłapiące głośno kapcie i poskrzypujące stopnice nie ułatwiały jej zadania. Jeżeli ktoś jednak czaił się za drzwiami, musiałby ją usłyszeć. Skoro podchody nie wypaliły, zrezygnowała z ostrożności i zdecydowanym krokiem przecięła hol. Skierowała snop światła w najbliższe z dwóch wąskich okien. Początkowo zobaczyła tylko odbitą w szybie plamę niebieskawego blasku. A potem nagle w zewnętrznej ciemności zmaterializował się najohydniejszy zwierzęcy pysk, jaki zdołałby uroić sobie chory umysł pogrążony w nocnym koszmarze. W ułamku sekundy zdążyła dostrzec czarne przepastne oczodoły, strzępy zmierzwionej sierści i sterczące z rozdziawionej paszczy mordercze kły. Potem zjawa zniknęła równie nagle, jak się pojawiła.

Przerażona dziewczyna zamarła. Szok przyprawił ją o dziwną halucynację. Miała wrażenie, że jej świadomość odłącza się od sparaliżowanego strachem ciała, aby z pozycji postronnego widza na chłodno obserwować całą sytuację.

Powietrze przeszywał przenikliwy pisk. Przecież to ja tak wrzeszczę! – zorientowała się po chwili. – No to brawka, głupia cipo.

2

Niski, łysawy mężczyzna pochylał się nad oświetlonym pojedynczą żarówką blatem zasłanego papierami biurka. Przed chwilą wydobył z piętrzącej się obok sterty kolejną książkę i z uwagą studiował zakreślony ołówkiem fragment tekstu.

W Prusach, Liwonii i na Litwie mieszkańcy doświadczają przez prawie rok cały wielkich szkód z powodu drapieżności wilków. (…) Nie uważają ich jednak za tak wielkie jak te, które ścierpieć muszą od ludzi przemienionych w wilki. W święto bowiem Narodzenia Pańskiego, tuż przed nastaniem nocy, w określonym miejscu, które między sobą umawiają, zbiera się moc wilków przemienionych z ludzi, którzy potem, tejże nocy, z niesłychaną dzikością rzucają się na ludzi oraz inne zwierzęta, które nie są z natury drapieżne, i srożą się tak, że mieszkańcy tych okolic większe ponoszą szkody od przemienionych niżeli od prawdziwych wilków. Dokładnie wiadomo, że oblegają z niezwykłą dzikością domostwa ludzi, którzy mieszkają w lasach, i próbują wyważać drzwi, aby pożreć zarówno ludzi, jak i inne stworzenia tam żyjące. Włamują się do piwnic i wypijają tam tony piwa i miodu, stawiając puste beczki jedną na drugiej pośrodku, w czym różnią się od prawdziwych, rodzonych wilków. Miejsce zaś, gdzie ponoć tej nocy odpoczywają, mieszkańcy owych ziem uważają za wieszcze…*

Mężczyzna odsunął na chwilę tłumaczenie fragmentu szacownego dzieła Olausa Magnusa z 1555 roku, aby zanotować coś na świstku papieru, po czym z uwagą kontynuował lekturę.

Pomiędzy Litwą, Kurlandią i Żmudzią jest pewien mur, pozostałość zniszczonego zamku, gdzie w określonej porze zbierają się tysiące owych, by wypróbować nawzajem swoją sprawność w skokach; kto zaś muru przeskoczyć nie zdoła, co zdarza się często otyłym, takiego tną i okładają biczami. Jest też wreszcie dowodnie stwierdzone, że pośród tłumu przemienionych są także magnaci tej ziemi i mężowie z najprzedniejszej szlachty**.

Raptem wytrwały czytelnik oderwał wzrok od pożółkłej strony i zaczął nasłuchiwać, zabawnie przekrzywiając głowę.

– Też to słyszałaś, myszko? – rzucił w kierunku ciemnego kąta, w którym od dłuższego czasu coś zawzięcie szurało. – Ktoś krzyczał. Jakaś przerażona kobieta. Chyba nareszcie jesteśmy na dobrym tropie!

Bez chwili namysłu poderwał się z krzesła i sięgnął do wieszaka. Chociaż w domku gościnnym ogrzewanie podłogowe pracowało pełną parą, nocny marek miał na sobie gruby sweter i ocieplane półbuty, jakby zawczasu szykował się do wyjścia. Narzucił tylko ciemny, sięgający kolan płaszcz, sprawdził mocną latarkę i pobiegł do drzwi. Zaraz jednak zawrócił, aby rozpłaszczywszy się na podłodze, wpełznąć pod łóżko.

– Przepraszam, mała. – Spod mebla dobiegł jego skruszony głos. – Byłbym o tobie zapomniał.

Na dworze panował mrok gęsty jak melasa. Intensywna mżawka przesycająca powietrze pogłębiała pierwsze wrażenie, nadając ciemności niemal materialną konsystencję. Tuż za progiem niski mężczyzna przystanął, aby włączyć halogenowy reflektorek. Na głowę naciągnął wydobytą z kieszeni czapeczkę, przypominającą skarpetę. Snop jasnego światła przesunął się po przesłoniętych okiennicami oknach sąsiednich domków. Stały rozrzucone nieco bezładnie na polance ciągnącej się wzdłuż gruntowej drogi. W pewnym oddaleniu lśniła lampa nad gankiem zbudowanego na niewielkim wzniesieniu domu Andrzeja Złocickiego, właściciela gospodarstwa. Jasny punkt, samotnie unoszący się ponad wymarłą okolicą, stanowił jedyne świadectwo istnienia cywilizacji. Nieliczne latarnie oświetlające centrum odległej o niecały kilometr wsi zasłonięte były przez wysokie morenowe wzgórza piętrzące się wokół jeziora.

Mieszkaniec wynajętej kwatery wiedział, że w razie kłopotów nie może liczyć na ewentualną pomoc gospodarza. Pan Andrzej, jak zwykle poza sezonem, poświęcał wolny czas na oddawanie się swojej pasji. Był znanym w środowisku „detektorowców” poszukiwaczem wojennych pamiątek. Przerobił nawet niewielki budynek gospodarczy na prywatne muzeum poświęcone drugiej wojnie światowej, pełne rzadkich artefaktów wydobytych z ziemi własnoręcznie lub pozyskanych na drodze wymiany. Ponieważ jego jedyny gość, którego nie odstraszyła późnojesienna aura, gorąco zapewniał, że doskonale sam sobie poradzi na gospodarstwie, gnany rządzą odkrywcy wyruszył w teren z zamiarem bobrowania na pobojowiskach aż do świąt Bożego Narodzenia. Zaś żona pana Andrzeja, aby uniknąć samotności, przeniosła się chwilowo do rodziny w Jeleniewie.

Jedyne prawdopodobne miejsce, z którego mogły dobiegać wrzaski przerażonej kobiety, stanowiła posesja Wójtowicza. Niski człowieczek doskonale znał ponurą sławę sąsiedniej posiadłości. Ba, nawet mógł uchodzić za eksperta, ponieważ od dwóch tygodni pilnie zbierał wszelkie plotki i pogłoski na temat mrocznej historii, która rozegrała się w jej progach. I niestrudzenie czekał na kolejny akt dramatu, który – jego zdaniem – powinien niebawem nastąpić. Gdy więc ów oczekiwany moment wreszcie nadszedł, poczuł się jak pies gończy na tropie i poskramiając uzasadniony lęk, pospieszył na spotkanie z Nieznanym.

Kiepska forma fizyczna uniemożliwiała mu obranie najkrótszej drogi, ponieważ wiązałoby się to z koniecznością sforsowania wysokiego parkanu. Aby dotrzeć do bramy, musiał okrążyć ogrodzenie, posuwając się zarośniętą ścieżką pośród gęstych chaszczy. Noc i niewidoczne wykroty nie ułatwiały zadania. Raz nawet zboczył z trasy i wylądował po kolana w gęstym błocku. Pas suchego gruntu oddzielający płot od bagniska był niewiele szerszy od samej ścieżki.

Kiedy w końcu dotarł do wrót, zdziwił się, że zastał je otwarte na oścież. Ów akt beztroski ze strony gospodarzy spotęgował jego niepokój. Nerwowo błyskając na boki latarką, wbiegł na ganek i załomotał w drzwi. Odpowiedziała mu cisza. Szarpnął za klamkę, ale dębowe skrzydła nawet nie drgnęły. Zbliżył twarz do okna i osłaniając czoło dłonią, próbował dostrzec coś w ciemnym wnętrzu. Gdy rozpłaszczył nos na szybie, dobiegł go cichy pisk, jakby ktoś z trudem stłumił okrzyk przerażenia.

– Halo, jest tam kto? – zawołał. – Proszę się nie bać, mieszkam po sąsiedzku. Przybiegłem, bo wydawało mi się, że słyszę jakieś krzyki.

W domu coś zaszurało.

– Pan Złocicki? – odezwał się drżący kobiecy głos.

– Nie, ja tylko wynajmuję kwaterę u pana Andrzeja. Jestem letnikiem – wyjaśnił.

– Letnikiem? – W pełnym zdumienia pytaniu wyczuł podejrzliwość.

– No, turystą – zniecierpliwił się człowieczek. – Wiem, że nie ma lata, ale tak się przecież mówi.

Zazgrzytał zamek i drzwi uchyliły się odrobinę. W szparze zamajaczył fragment bladej twarzy i jedno wytrzeszczone oko o szarej tęczówce.

– Jest pan sam?

– Sam jeden – przyznał przybysz. – W promieniu kilometra nikt więcej aktualnie nie mieszka, o ile wiem.

– Niczego pan nie widział na podwórzu? – spytała z wyczuwalnym napięciem ukryta za drzwiami osoba.

– Nie. A co mógłbym ewentualnie zobaczyć? Czyżby coś niezwykłego, odbiegającego od normy? – W tonie mężczyzny pojawiła się źle maskowana natarczywość.

– Proszę, niech pan wejdzie – westchnęła, cofając się od progu.

Nocny wędrowiec wkroczył do środka i uważnie zlustrował lokatorkę domu nad jeziorem. Miał przed sobą młodą, wysoką dziewczynę, której obfitych kształtów nie była w stanie zamaskować luźna nocna koszula. Nie sprawiała wrażenia puszystej, raczej odziedziczyła po przodkach masywną budowę. Jej sylwetka, choć potężna, posiadała klasyczne proporcje i mogła przypaść do gustu miłośnikom antycznej sztuki, jednak mocno odbiegała od współczesnych kanonów piękna. Kobieta przerastała przybysza o dobre piętnaście centymetrów, więc żeby zobaczyć jej twarz, musiał zadrzeć głowę. Na czubku imponującego ciała odkrył uroczą buzię o delikatnych rysach. Szare oczy przyjemnie kontrastowały z ciemną czupryną ostrzyżoną na praktycznego boba. Nieznajoma sprawiałaby całkiem sympatyczne wrażenie, gdyby nie trupia bladość lic i rozbiegane spojrzenie paranoika.

– Ja pana już widziałam – wypaliła. – Omal nie wpadł mi pan pod samochód przy sklepie Rączkowskiej.

– Przepraszam… – bąknął nieśmiało gość, ale dziewczyna natychmiast mu przerwała.

– Nie, to ja najmocniej przepraszam, zachowałam się okropnie, ale tak się zdenerwowałam, że przestałam nad sobą panować. Przecież mogłam pana potrącić.

– A pani mnie wtedy źle zrozumiała. Bo ja wcale nie mówiłem do pani. Zaraz wszystko wyjaśnię, ale proszę pozwolić, że się najpierw przedstawię. Waldemar Mrocz, redaktor miesięcznika „Nie z tego świata”.

– Magda Żaboklicka, projektantka tego pensjonatu.

Traf chciał, że obydwoje ociupinę rozminęli się z prawdą, podając swoje stanowiska. Magda zajmowała się jedynie aranżacją wnętrz i nie miała uprawnień do sporządzania projektów budowlanych, lecz zaprezentowała się jako autorka całej przebudowy. Natomiast Mrocz reporterem co najwyżej bywał w czasie wolnym od prawdziwej pracy.

Żaboklicka uważnie przyglądała się Waldemarowi. Wątły osobnik miał niewiele ponad sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, a i to jedynie w przypadku, gdyby ktoś życzliwie zechciał uwzględnić podejrzanie wysokie obcasy jego ubłoconych bucików. Jego wiek trudno było oszacować. Równie dobrze mógł liczyć czterdzieści, jak i pięćdziesiąt lat. Kiedy ściągnął z głowy dzierganą czapeczkę, dziewczyna spostrzegła, że przydługie, zaczesane do tyłu włosy nie znajdują właściwych warunków do egzystencji na jego ciemieniu, choć pomijając lokalną łysinkę, pozostawały ciemne i lśniące. Pociągłą twarz okalał krótko przystrzyżony zarost, czyniąc ją na pozór mizerniejszą, niż była w istocie, natomiast pod orlim nosem krzewił się bujny, meksykański wąs. Całości stylizacji dopełniał zbyt obszerny, sięgający kolan płaszcz, litościwie maskujący liczne niedoskonałości sylwetki. Jednym słowem: Waldemar w żaden sposób nie sprawdziłby się w roli modela. Mimo to raczej nie sprawiał wrażenia wariata. Co najwyżej ekscentryka.

Magdę ujęło ciepłe spojrzenie jego orzechowych oczu. Zwróciła też uwagę, z jaką emfazą podkreślił, przedstawiając się, literę „r” w nazwisku. Z łatwością potrafiła sobie wyobrazić, że w szkolnych czasach rówieśnicy, zwracając się do niego, często złośliwie pomijali tę głoskę.

– Przepraszam za to nieporozumienie z myszką. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby tak poufale zwracać się do obcej osoby – usprawiedliwiał się redaktor. – Starałem się po prostu uspokoić Kasię. Wszędzie ją ze sobą zabieram. Nawet teraz jest ze mną.

Gestem magika podsunął Magdzie pod nos lewy rękaw, wspinając się przy tym lekko na palce. Poczuła ostry zapach piżma i już wiedziała, o co chodziło Rączkowskiej.

– No pokaż się pani, myszko. – Głos Waldemara znowu rozbrzmiewał nutą przesłodzonej czułości.

Niewiele brakowało, a Żaboklicka zmieniłaby zdanie na temat poczytalności swojego gościa. Nie dość, że miał niewidzialną przyjaciółkę, to w dodatku ochrzcił ją imieniem, które budziło u niej bardzo przykre skojarzenia. Ale w tym momencie materiał płaszcza zafalował i w okolicach łokcia małego reportera pojawiło się wybrzuszenie, sunące szybko w kierunku mankietu. Niebawem z czeluści rękawa wychynęły zaciekle węszący różowy, nakrapiany nosek i nastroszone wąsiki. Potem ukazał się rudobrązowy łebek małego zwierzątka. Krótkie futerko wokół pyszczka było białe, tylko wokół ciekawskich ślepków przybierało czarną barwę, tworząc zarys maski, jaką w komiksach noszą złoczyńcy.

– Tchórzofretka! – zawołała zachwycona Magda.

Widok zabawnej, zawadiackiej mordki działał jak balsam na jej skołatane nerwy. Poczuła, że prześladujący ją niczym koszmar na jawie obraz upiornego pyska niebawem zniknie spod jej powiek, by stać się jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem.

Tymczasem stworzonko niespodziewanie rozciągnęło się w powietrzu jak włochata żelka i zacisnęło drobne ząbki na nosie dziewczyny.

– Aj! – pisnęła zaskoczona projektantka, odskakując do tyłu, choć uścisk nie był mocny, a ostre jak szpileczki kły nawet nie zarysowały skóry.

– Proszę się nie bać. – Waldemar zręcznie złapał futrzanego rozrabiakę, zanim ten zdążył wyskoczyć z rękawa, by spektakularnie plasnąć na kamienną podłogę. – Ona po prostu tak się wita. Taki cmok w nos. Zwykle uważa, żeby nie zrobić krzywdy. Najwyraźniej panią polubiła. Bo jak kogoś nie lubi, to się nie przywita, tylko czeka na okazję i znienacka gryzie po kostkach. A wtedy nie ma zmiłuj.

– A od czego zależy, czy kogoś lubi? – zainteresowała się Magda, pocierając swój lepki od tchórzofreciej śliny organ powonienia.

– Nie wiadomo. – Mały redaktor wzruszył ramionami. – Ale podejmuje decyzję w ułamku sekundy i za nic nie zmieni zdania. Skreślony osobnik może się jej miesiącami podlizywać, a i tak będzie miał pogryzione kostki. Natomiast pani już nigdy nie napadnie. Chce ją pani wziąć na ręce?

Podał dziewczynie Kasię, zwisającą biernie z jego dłoni niczym wałeczek ciepłego ciasta. Po chwili patrzył z satysfakcją, jak przedstawicielki dwóch gatunków wymieniają czułości. Choć dziesiątki pytań cisnęły mu się na usta, cierpliwie milczał.

Mrocz miał szereg wad i dziwactw, które nierzadko doprowadzały jego otoczenie do szału, ale nie sposób było odmówić mu wrażliwości. Zorientował się, że samotna lokatorka domu nad jeziorem przeżyła przed chwilą szok i znajduje się na krawędzi załamania nerwowego. Dlatego gestem magika wydobył tchórzofretkę z rękawa, pomimo że zazwyczaj niechętnie pozwalał obcym na poufałości ze swą małą przyjaciółką. Jednak wiedział z doświadczenia, że przepełniająca zwierzątko radość życia w niemal czarodziejski sposób oddziałuje na otoczenie.

Tchórzofretki, stanowiące odrębny, mocno cuchnący klan wśród łasicowatych, to zdeklarowani łotrzykowie i mordercy, ale także, niczym filmowi piraci, pozbawieni jakichkolwiek trosk optymiści, dla których każdy bandycki wyczyn stanowi źródło niewypowiedzianej uciechy. Nieważne przy tym, jak tragiczny finał, w wymiarze osobistym lub społecznym, ma przygoda. Futerkowych flibustierów upaja życie. Jednym słowem: śmiało można stwierdzić, że wśród nieprzeliczonej mnogości bożych stworzeń, nie ma szczęśliwszego bytu od najedzonej i traktowanej z należnym szacunkiem tchórzofretki. Zaś absolutne, nieposzukujące żadnego uzasadnienia szczęście jest w swej istocie zawsze niewinne. Jak to słusznie skwitował ów fakt pewien rozsądny kapłan odwiedzający parafian po kolędzie, gdy masując pogryzione przez Kaśkę kostki, wyrzekł sakramentalne: „Nie ma tu grzechu!”. Tak więc miętoszony przez Żaboklicką mały łobuz, jako nosiciel bezgrzesznej radości stanowiącej przymiot aniołów, po trosze przejawiał ich moc rozpraszania człowieczego smutku, zwątpienia i lęku.

W ciągu pięciu minut blade policzki dziewczyny zaróżowiły się, a szare oczy odzyskały blask. Kiedy jeszcze ściągnięte kąciki ust uniosły się w uśmiechu, Waldemar doszedł do wniosku, że wreszcie nadeszła pora, by zaspokoić własną ciekawość.

– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, co tu się właściwie wydarzyło? – zapytał, starając się nadać głosowi łagodne brzmienie. – Nie wygląda pani na osobę, która krzyczy bez przyczyny.

Magda z namysłem ściągnęła brwi i niespiesznym gestem oddała mu zwierzątko. Starała się zyskać na czasie. Nie chciała wyjść na wariatkę, która miewa zwidy. A czymże innym mógł być dostrzeżony w oknie potwór?

Redaktor, którego uwadze nie uszło wahanie dziewczyny, odezwał się uspokajającym tonem:

– Proszę pani, jestem reporterem pisma, które zajmuje się opisywaniem niezwykłych przypadków. Niewyjaśnionych, nienaturalnych zdarzeń z pogranicza rzeczywistości. Nie wszyscy traktują nas poważnie, ale to nie zmienia faktu, że takie zdarzenia mają miejsce. A ja rozmawiam z ich świadkami i często jestem jedyną osobą, która chce tych ludzi uważnie wysłuchać. Dlatego wiem, jak trudno jest się im otworzyć w obawie przed niezrozumieniem i kpinami. Więc nie powinna pani lękać się nadmiernego sceptycyzmu z mojej strony. Proszę po prostu powiedzieć, co się stało. Dodam, że do Szurpił sprowadziła mnie sprawa Wójtowicza. Zamieszkałem w pobliżu domu nad jeziorem, ponieważ miałem przesłanki, by sądzić, że ta tajemnicza historia będzie miała swój dalszy ciąg.

Żaboklicka podjęła decyzję. Kiedy relacjonowała swoje spotkanie ze zjawą, jej głos znowu zaczął się w niepokojący sposób załamywać. Na szczęście nie musiała wiele mówić. Przecież całe zdarzenie rozegrało się w mgnieniu oka.

– Sądzę, że miała pani wiele szczęścia – stwierdził Mrocz. Starał się nie okazywać zadowolenia, ale trudno było mu ukryć satysfakcję. Rzadko udawało się trafić na świadka, który w równie plastyczny sposób potrafiłby opisać wymykające się percepcji zjawisko. – Proponuję na wszelki wypadek zamknąć z powrotem drzwi i zadbać o jakieś światło. Ewentualnych śladów na ganku poszukamy, kiedy się rozwidni. Gdzie jest tablica elektryczna?

– Proszę mi dać latarkę, zaraz pana zaprowadzę. – Magda sama nie mogła uwierzyć, jak bardzo jej ulżyło, kiedy podzieliła się z kimś koszmarnym przeżyciem.

– Nie jest pani zimno? – zapytał z troską mały redaktor, kiedy przemieszczali się labiryntem mrocznych korytarzy. – Może narzuci pani mój płaszcz.

Projektantka nagle poczuła, że faktycznie przeraźliwie zmarzła. Aż do tej chwili zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy. Jednak nie miała ochoty zakładać cuchnącego płaszczyka. Zapach tchórzofretki nie przeszkadzał jej zbytnio, kiedy pieściła zwierzaka, ale owijanie się w śmierdzące piżmem ciuchy budziło odrazę.

– Dziękuję, zaraz pobiegnę się ubrać. Dziwne – powiedziała, przystając przed szafką rozdzielczą – wydawało mi się, że drzwiczki były zamknięte.

Mrocz przesunął dźwignię głównego wyłącznika. W pomieszczeniu gospodarczym z cichym szumem ruszył piec olejowy.

– Proszę poczekać w kuchni – zaproponowała Magda, wracając do oświetlonego holu. – Za chwilę wrócę i zrobię panu her…

Słowa zamarły jej na ustach. Kamienną posadzkę we wszystkich kierunkach przecinały krzyżujące się ślady ubłoconych buciorów. Wprawdzie śladów brudnych podeszew znalazłoby się w holu bez liku, ale te nie zdążyły jeszcze obeschnąć. Ktoś zostawił je dosłownie przed chwilą. Sprawcą nie mógł być jej gość, ponieważ Mrocz nie wchodził w głąb domu. Zresztą nosił buciki rozmiar czterdzieści.

– Odciski stóp – wyjąkała Magda. – Ktoś tu wchodził, kiedy spałam.

– Niech pani idzie założyć coś ciepłego, a ja się temu przyjrzę – nakazał redaktor. – Zapalenie płuc w niczym nam nie pomoże.

Kiedy roztrzęsiona projektantka wspięła się na schody, odetchnął z ulgą. Widok szerokich bioder i falującego pod cienką tkaniną biustu dziewczyny działał na Waldemara deprymująco. Czuł się zdominowany i przytłoczony przez nadmiar kobiecego ciała i próba okrycia go wytartym płaszczykiem nie do końca wynikała z troski.

Dochodzenie zaczął od starannego zmierzenia śladów wydobytą z kieszeni metrówką. Potem obszedł pomieszczenie, posuwając się wzdłuż ścian. Jednocześnie dokumentował wszystko, robiąc zdjęcia telefonem komórkowym wyposażonym w wysokiej klasy aparat. Kiedyś nosił ze sobą kamerę, ale zawsze kiedy działo się coś naprawdę interesującego, okazywało się, że nie ma jej pod ręką. Dlatego zainwestował w sprzęt, z którym współczesny człowiek nie rozstaje się nawet w toalecie.

Tropy zanikały, ponieważ ogrzewanie działało i temperatura rosła, szybko osuszając błoto, jednak starał się wykonywać czynności bez pośpiechu. Zanim z powrotem dotarł do miejsca, z którego rozpoczął wędrówkę, zdążyła wrócić Magda, ubrana w fioletowy dres.

– Drzwi na pewno były zamknięte? – zapytał raczej dla formalności.

– Trzy razy sprawdziłam przed pójściem spać – potwierdziła dziewczyna – a otworzyłam dopiero, kiedy pan zaczął się dobijać.

– Jednak ten ktoś trzy razy wchodził przez nie i wychodził – stwierdził beznamiętnie Mrocz. – Kto jeszcze oprócz pani ma klucze?

– Nikt. – Magda rozłożyła ręce. – Jest tylko jeden komplet.