Street racer - Jakub Pres - ebook

Street racer ebook

Jakub Pres

3,6

Opis

Dla street racerów nie liczy się nic poza zwycięstwem. Przekonaj się, do czego są zdolni, by po nie sięgnąć!

Uciekając przed kanadyjską policją, młody street racer, Jacques Shay, ma niewiele do stracenia. Szczęśliwie trafia do wysuniętego najbardziej na wschód stanu USA, Maine, gdzie zostaje ciepło przyjęty przez swoją przyjaciółkę, Vanessę Black. W Quittanen nawiązuje znajomości z ludźmi, dla których street racing jest największą pasją i sensem życia. Wkrótce Shay rozpoczyna karierę w wyścigach ulicznych, nie zdając sobie sprawy, że czekają tu na niego wyzwania, jakich nigdy nie byłby w stanie sobie nawet wyobrazić. Porachunki mafijne, mroczna przeszłość, ciągła rywalizacja i adrenalina, która działa jak narkotyk… W tym świecie przetrwają tylko najszybsi i najsprytniejsi.

„Street Racer” to wciągająca opowieść o pasji, miłości, przyjaźni i lojalności, której nie może pominąć żaden fan gier takich jak Need for Speed!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 646

Rok wydania: 2021

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (8 ocen)
3
1
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PRZEDMOWA

Czym jest Street racer? Jest to opowieść o tematyce bardzo rzadko poruszanej w świecie literatury, czyli o nielegalnych wyścigach ulicznych. To był jeden z głównych powodów, dla których w ogóle zabrałem się za tworzenie tej historii. Kilka lat temu zacząłem tworzyć własną kontynuację dwóch części gry Need for Speed – Most Wanted oraz Carbon, nie wiedząc jeszcze, że oficjalne już wyszły. Gdy się o tym dowiedziałem, to stwierdziłem, że czemu by nie napisać własnej historii. Pomysł na nią zrodził mi się dość szybko i błyskawicznie ewoluował. Do tego stopnia, że patrząc na to, jak książka miała wyglądać w lutym 2017 roku, a jak wygląda teraz, można powiedzieć, że doszło wręcz do rewolucji.

Nie pisałem jednak sam. Mój najbliższy przyjaciel bardzo mi pomógł, a nawet można powiedzieć, że napisał ze mną tę książkę. Większość wątków, zwłaszcza na początku, gdy chodziliśmy jeszcze razem do jednej szkoły, wymyślił właśnie on, za co byłem mu cholernie wdzięczny, podobnie jak wtedy, gdy uznał pierwszy fragment za interesujący (chyba był wówczas pijany), czym popchnął mnie do pociągnięcia całej historii. Sam początek… O matko! Od niemalże wszystkich, którym to wysłałem, dostałem zwrotkę z kategorycznym przymusem jej poprawienia. Z początku nie chciałem ich słuchać, ale jak sam po roku to przeczytałem, to stwierdziłem, że nie było innej możliwości. Za to, rzecz jasna, jestem im bardzo, wręcz dozgonnie, wdzięczny.

Street racer jest jednak tylko, mam nadzieję, wstępem do pięknej historii. Bardzo szybko wpadł mi do głowy pomysł na drugą część, a jeszcze szybciej na trzecią, i o ile zarys fabuły drugiego tomu od samego początku się praktycznie nie zmienił, o tyle trzeci ciągle ewoluuje. Na tym jednak nie planuję zakończyć, gdyż w głowie mam, przynajmniej na razie, masę pomysłów.

Tyle ich nie miałem na wstęp, który w tym miejscu zakończę i nie będę Cię, Drogi Czytelniku, zanudzał. Podziękuję Ci jednak, że zdecydowałeś się zakupić moje dzieło. Mam nadzieję, że czas, który na nie poświęcisz, nie będzie dla Ciebie stracony.

PROLOG

Wiadomość z ostatniej chwili! Poszukiwany jest street racer z Shawinigan, miasta leżącego u stóp parc national de la Maurice. Jeżeli ktoś widział jego ciemnogranatową mazdę z biało-żółtymi, plemiennymi winylami na boku karoserii oraz na masce, prosimy o niezwłoczny kontakt z naszą policją.

 

– Ech… – Blondyn średniego wzrostu wyciszył radio. – Rodzinne strony, a taki prezent mi robią… Cudownie! – Krzyknął, opadając na oparcie fotela. – I gdzie ja mam się teraz podziać? Nawet mi w sumie na rękę, że matka mnie z domu wyrzuciła, ale to jednak jej zawdzięczam ciebie, mx-5. – Chłopak wpatrywał się w logo mazdy na kierownicy, jakby mówił do kobiety. – Cóż, chyba pora wyjechać z Québecu i udać się… Nawet nie mam gdzie się podziać. Nikogo poza Kanadą nie mam. Poza Kanadą… Québekiem! – Oparł brodę o kierownicę. Czuł się bezradny.

Wydawało mu się, że jest w sytuacji bez wyjścia i jedyne, czego może oczekiwać, to rychłe zatrzymanie i osadzenie w pierdlu. Jego przemyślenia przerwał niespodziewany telefon.

Kto to dzwoni?

Spuścił nieco głowę, by oprzeć się czołem o kółko, niepewnie odbierając telefon, na którym wyświetlił mu się nieznany numer.

– Halo? – Zaczął nieśmiało, nie wiedząc, jakiej odpowiedzi może się spodziewać.

– No, na szczęście to ty – odezwał się głos z telefonu.

– Kto mówi? – odrzekł zdziwiony Jacques.

– Czyli minęło wystarczająco dużo czasu, by o mnie zapomnieć… Jacques, nie pamiętasz mnie?

– Skąd znasz moje imię? – spytał kompletnie skołowany.

– Ciemna maso, to ja, Vanessa.

– Aaa… – Klepnął się w czoło. – Matko bosko, nie rozpoznałem cię kompletnie… Brzmisz zupełnie inaczej niż pięć lat temu, gdy się rozstawaliśmy.

– Ty też, Shay.

– To jak mnie poznałaś?! – Odpowiedź dziewczyny go zaskoczyła.

– No przecież dzwoniłam na ten sam numer telefonu, który miałeś pół dekady temu. Kto mógł odebrać?

– W sumie racja. – Przyznał dziewczynie rację po chwili.

– Poza tym jest w twoim głosie nutka tego samego nastolatka. W każdym razie słyszałam, że masz problemy z glinami w Shawinigan.

– Skąd to wiesz? – Chłopak nie krył zdziwienia.

– U nas w wiadomościach też podali tę informację. Czuj się sławny! – dodała z ironią.

– Zajebista mi sława… Dobra, skoro dzwonisz, to masz jakąś sprawę.

– A i owszem, mam. Chcesz zacząć wszystko od nowa, z czystą kartą?

– O niczym innym teraz nie marzę. No, chyba że zedrzeć uśmieszek z twarzy Michaela Gravera. Oj, tego to ja pragnę ponad życie.

– Być może będziesz miał okazję. W każdym razie, przyjmujesz ofertę?

– Jak by nie patrzeć, nie mam nic do stracenia. Pewnie – odparł bez większego namysłu.

– To wysyłam ci w takim razie położenie Quittanen.

– Czego? – zdziwił się. Nigdy nie słyszał o takim miejscu.

– Takie miasto praktycznie na samym południu Maine.

– Na samym południu?! Przecież mi ta podróż z kilka godzin zajmie… – Westchnął nieco zrezygnowany, ponownie opadając na siedzenie.

– Nie masz wyjścia. Jeśli chcesz kontynuować ściganie w gronie choć jednego przyjaciela, to zapraszam w moje skromne progi. Podaję adres.

– Jasne. Czyli widzimy się za jakieś… sześć godzin?

– Zobaczymy, czy się w taką pogodę w tyle wyrobisz.

– Zawsze byłaś zadziorna. Dobra, odezwę się, jak będę w mieście.

– Szerokiej drogi.

– Dzięki.

Pogoda nie była tak straszna, jak ją oceniła Vanessa. Owszem – padał śnieg, a ciężkie, ciemne chmury już dawno przykryły zachodzące słońce, lecz nawet kilka dni temu, w pierwszych dniach 2017 roku, pogoda potrafiła bardziej napsuć krwi.

Na miejsce Jacques dojechał bez żadnych przygód. Pod wskazanym adresem czekała na niego Black, której widok zwalił go z nóg. Wysoka, o kruczoczarnych włosach do łokci, delikatnie wystających kościach policzkowych, zgrabna i niezwykle szczupła zrobiła na nim piorunujące wrażenie.

Jako że w Quittanen pogoda również nie rozpieszczała, dziewczyna założyła na siebie ciemnozieloną kurtkę z puchowym kapturem, czarne skórzane spodnie, a uwieńczyła to czarnymi butami na obcasie.

– Ale tym, że zaczęłaś pracę w modelingu, to już mogłaś się pochwalić – rzekł do niej od razu po wyjściu z samochodu z delikatnym, świadczącym o zakłopotaniu uśmiechem.

– Ty, że stałeś się pantoflem, też nie mówiłeś. – Stanęła w lekkim rozkroku i skrzyżowała ręce.

– Uszczypliwa jak zwykle.

– Mnie również miło cię widzieć – odpowiedziała, przytulając się do Jacques’a. – Jak minęła podróż?

– Na szczęście szybko. – Weszli do środka. – Szkoda, że już po północy, to się nie pościgam.

– Pościgałbyś się, tylko nie dziś. Nie mógłbyś.

– Słucham? – Zastygł przed drzwiami, które chwilę wcześniej zamknął.

– Co, coś niewyraźnie powiedziałam? – Vanessa odwróciła się do niego, zdejmując kurtkę. – Na razie na prawdziwe ściganie bym ci nie pozwoliła – sylabizowała, zdejmując buty.

– A to niby dlaczego? – pytał dalej zdziwiony Shay, zdejmując i wieszając swoją czarną kurtkę, nie odrywając wzroku od przyjaciółki.

– Każdy, kto przyjeżdża do miasta, jedzie coś w stylu evaluation race, by określić jego umiejętności.

– Jak to każdy? – Rozsznurowywał brązowe trzewiki. – I niby jak to w ogóle działa?

– Opowiem ci w środku.

Nim razem zasiedli w salonie, Vanessa udała się jeszcze do kuchni, by zagotować wodę na kawę. Jacques czekał już na nią w fotelu naprzeciwko kanapy, z założoną prawą nogą na lewą i złączonymi palcami dłoni na wysokości brzucha. Pośrodku stał okrągły stół z dębowego drewna. Black usiadła na środku kanapy, wpatrując się w swojego dobrego przyjaciela sprzed lat.

– No więc? Jak to działa? – zapytał. Postawił obie stopy na ziemi i pochylił się, kładąc jednocześnie ręce na kolana. Vanessa opadła na oparcie.

– Zazwyczaj każdego wieczoru, gdy pojawia się nowy kierowca, umawiany jest taki jeden lub dwa wyścigi. Nowi kierowcy, a ostatnio zbyt dużo się ich nie pojawia, nie mogą od razu zacząć się ścigać na Południu i piąć po szczeblach. Muszą pokazać swoją wartość. Zazwyczaj ja to umawiałam.

– Chwila, chwila… Ale to ja się też będę z jakimiś nowicjuszami ścigał? – W głosie Kanadyjczyka pojawiło się rozczarowanie.

– Co? Nie – szybko rozwiała jego wątpliwości. – Nie ma aż tylu nowych kierowców, którzy potrzebują szybkiej jazdy i rywalizacji. Zgaduję kilku znajomych, powiedzmy: w miarę szybkich, którzy mogą się ścigać tylko w tym regionie, i wówczas taki zawodnik jest oceniany.

– Aha, okej… Zaraz! Co to znaczy „którzy mogą się ścigać tylko w tym regionie”? To co, reszta dzielnic jest zablokowana?

– W pewnym sensie tak, ale nie żadnymi bramkami czy czymś w tym stylu. – Założyła lewą nogę na prawą. – Po prostu dopóki nie dostaniesz żadnych ofert wyścigów z innych regionów, nie możesz się tam ścigać. Jak dostaniesz, to okej, ale dopóki nie, zostajesz na Południu.

– Czaję… A jaka jest kolejność?

– Południe, Wschód, Północ, Zachód, Centrum. Zrozumiano?

– Oczywiście.

– Więc jeżeli dostaniesz oferty z innych regionów niż z tych, z których powinieneś dostać, lepiej ich nie przyjmuj, mówię serio. Samymi umiejętnościami ich nie pokonasz. Samochód też musisz mieć dobry.

– Jasne, zrozumiałem. Dobra, a co z moim wyścigiem wprowadzającym?

– Serio? „Evaluation” brzmi dużo lepiej.

– Czepiasz się. W każdym razie co z nim?

– Jak mówiłam, dzisiaj już nic nie będę w stanie załatwić, po prostu się rozgość. Jak chcesz, możesz się przejechać, by lepiej poznać miasto. Po jutrzejszym wyścigu dam ci pełny plan miasta, ale i tak się przejedź, by lepiej poznać ulice.

– Jasne. To do południa! – Chłopak wstał i zaczął kierować się do wyjścia.

– Chwila, chwila… Co ty robisz? – Spytała zdziwiona, widząc, że ten ubiera swoją kurtkę.

– No, jadę poznać miasto.

– Chyba cię pogrzało! Pojedziesz sobie jutro rano, na spokojnie.

– Czemu? – Jacques nic nie rozumiał.

– Jeszcze się pyta… Jest wieczór. A co się dzieje wieczorem? – Vanessa bawiła się w pytania retoryczne.

– No tak, ma to sens.

– No właśnie. Jeszcze się natkniesz na jakiś wyścig, a jako nowemu w mieście nie radziłabym ci tego robić. Dobra, wypocznij dobrze. Czeka cię jutro ciężki dzień. – Klepnęła się w uda, by po chwili wstać i udać się do kuchni, słysząc dźwięk gotującej się wody.

Vanessa zaparzyła kawę, a Jacques’owi przypomniało się, że nie wyciągnął bagaży. Szybko nałożył na siebie swoją czarną, skórzaną kurtkę, a po chwili pojawił się w drzwiach z dwiema walizkami.

– Byłam ciekawa, kiedy się zorientujesz – rzuciła z litościwym uśmiechem na twarzy dziewczyna, opierając się o ścianę z założonymi rękami, popijając espresso.

W trakcie delektowania się świeżo zaparzoną kawą Vanessa starała się nie mówić za dużo swemu przyjacielowi, aby ten sam mógł następnego dnia poznać miasto. Za to z radością na twarzy wspominali dziecięce lata i ból, jaki ich spotkał, gdy Black musiała wyprowadzić się z Kanady. Po kawie Vanessa zaprowadziła go do pokoju na piętrze. Nie był zbyt wielki, ale dla Jacques’a w zupełności wystarczający. Ciemnozielone ściany rozświetlane przez jasne światło lampy trafiły w jego gust. Łóżko stało przy ścianie naprzeciwko drzwi, a po lewej stronie od wejścia znajdował się mały balkon.

– Rozgość się – rzuciła dziewczyna.

– Jasne, tylko się umyję.

– Łazienkę masz na parterze. Od salonu idziesz w lewo i drugie drzwi – uprzedziła pytania rodaka.

– Dzięki.

Dodatkowych wskazówek nie potrzebował. Szybko się umył, a gdy szykował się do snu, przyszła do niego Vanessa. Po jej mowie ciała widać było onieśmielenie, lecz w głębi duszy cieszyła się, że znów widzi Jacques’a. On, zmęczony długą podróżą, niedługo po jej wyjściu zasnął.

***

Wstał wcześnie, tuż po ósmej. Ubrał się, zjadł śniadanie i ruszył w drogę.

Po kilku godzinach jazdy był zachwycony miastem, któremu, jak sam twierdził, śnieg dodawał uroku. Gdy już miał wracać, natknął się na radiowóz. Najgorszy z możliwych. Czerwono-biały mercedes mclaren slr należący do nowego sierżanta policji, Rocka.

Były łowca nagród spokojnie nakazał zatrzymać się Shay’owi. Ten, o dziwo dla policjanta, zrobił to i obniżył szybę.

Co on robi?– dziwił się Rock w duchu. Gość mający samochód jak ci wszyscy street racerzy daje się złapać? Dobra, i tak muszę do niego podejść.

Rock niepewnym krokiem podszedł do mazdy dopiero co zatrzymanego kierowcy. Jednak zaraz całe napięcie z niego zeszło, gdy dostrzegł osobę siedzącą za kółkiem. Wątły mężczyzna z krótkim blond jeżykiem na głowie, rozpiętej kurtce zimowej, a pod nią skórzanej, z czarnym T-shirtem z białą, płonącą czachą na środku, wywołał u niego śmiech i politowanie, zamiast spodziewanego strachu.

Kto to jest? – zdziwił się w pierwszej chwili. Tego gościa widzę pierwszy raz. Dobra, pora go przestraszyć.

– Oj, młody… – Policjant oparł się o uchyloną szybę. – Wybrałeś sobie fatalny dzień i porę na przejażdżkę po mieście… – Rozejrzał się dookoła, na chwilę nawet nie spoglądając na Jacques’a. – Nawet może i bym cię zaaresztował, ale ratuje cię jeden fakt. – Po raz pierwszy popatrzył na Shaya. – Za cholerę sobie ciebie nie przypominam, a ja takich świeżaków jak ty nie łapię.

– Bo to niewykonalne dla ciebie. Dopiero wczoraj tu przyjechałem. – Jacques nie odrywał wzroku od funkcjonariusza. – Zdziwiłbym się, gdybyś wiedział, kim jestem. A tak poza tym dlaczego nie łapiesz nowych kierowców?

– A co cię to tak interesuje? A może by tak zakończyć twoją podróż, nim się zacznie? – Sierżant popatrzył szyderczo na Kanadyjczyka. – Nim odpowiesz, opowiem ci, co się teraz stanie. Weźmiemy sobie twój samochód, rozbierzemy na części, sprawdzimy homologacje i inne tego typu duperele. Jeżeli coś znajdziemy, to panie – przeciągnął ostatnie słowo – marny twój los.

– Zaraz, co? – zapytał zaskoczony Shay.

– No rozbierzemy go na części. Nie dotarło?

– Łapy przecz od mojej mx-5!

– Synku, nie warcz mi tu. Jeszcze trochę poszczekasz, a faktycznie ci zabiorę ten wóz. Zjeżdżaj, nim faktycznie będę miał powód, by cię aresztować. – Powolnym krokiem odszedł od Kanadyjczyka.

Jacques’owi więcej nie było potrzebne. Z piskiem opon odjechał spod fontann.

Kto to jest? O nim mi Vanessa nie wspomniała… Dobra, wracam do kryjówki. Na razie starczy.

W mieszkaniu czekała na niego jedząca śniadanie Black. Zapytawszy, dlaczego się trzęsie, odpowiedział, że to tylko z zimna i żeby się nie martwiła.

Do wieczora, czyli do swojego evaluation race, nawet nie ruszał się z domu.

– Dobra, Jacques, już czas. – Dziewczyna zaczęła schodzić po schodach, nie odrywając wzroku od telefonu. – Startujecie za pół godziny spod włoskiej restauracji Sapori della Tradizione Italiana. Fajnie by było, żebyś się tam zjawił przed czasem.

– Yyy, co? – spytał zdezorientowany chłopak.

– No jeszcze się skupić nie może. – Spojrzała na niego gniewnie. – Shay! Rusz dupę i skoncentruj się! Ten wyścig decyduje o tym, czy jesteś wart jeżdżenia w tym mieście!

– Jasne, jasne. Dobra, to na razie – odpowiedział, ubierając skórzaną kurtkę.

– Trzymaj się i pokaż im, jak się jeździ.

Wystawiła rękę z zaciśniętą pięścią, by przybić żółwia. Jacques, po zasznurowaniu butów, przybił i z uśmiechem na twarzy, a także głodem ścigania w oczach, wyszedł z domu.

Pod wskazane miejsce przyjechał na ledwie dwie minuty przed startem. Obecni tam kierowcy szybko objaśnili mu trasę, dzięki czemu mogli zacząć niemalże punktualnie.

– No i metą są wieżowce, tuż po minięciu skrzyżowania ulic Rostwooda i Kennedy’ego. Jasne?

– Tak, zrozumiałem – odpowiedział niepewnie.

Ustawili się w jednym rzędzie. Jacques był najbardziej po prawej stronie. Start przeprowadził przyjaciel jednego z kierowców. Uniósł lewą rękę z otwartą dłonią i zaczął odliczanie. Gdy zacisnął pięść, zamaszyście nią machnął na znak startu. Ten przebiegł dość płynnie, a na czoło wysunął się kierowca nissana skyline gtr-r32. Na drugim miejscu jechał Jacques, utrzymując się na ogonie lidera. Za nimi kierowcy eclipse’a gts oraz rx-8 walczyli sami ze sobą, pozwalając liderom na rozstrzygnięcie wszystkiego we dwóch.

Jechali bardzo równym tempem. Shay przez pierwszy kilometr nie mógł znaleźć żadnej luki, a było to o tyle dziwne, że lider nawet nie blokował jego zamiarów. Wszystko przez ułożenie zakrętów. Na szybkich, długich łukach Kanadyjczyk nie miał czego szukać. Nawet przejeżdżając je idealnie i kopiując ruchy lidera, trudno było mu się za nim utrzymać. Wszystko za sprawą różnicy mocy, która działała na niekorzyść Jacques’a.

Ile koni ma ten nissan? Myślałem, że moje dwieście jak na początek nie jest złe.

Cały czas skupiony wpatrywał się w samochód przeciwnika.

W końcu jednak zaczął odrabiać straty. Oczywiście wtedy, gdy pojawiła się wolniejsza część trasy i ostre dohamowania. Wykorzystał lekkość swojej mazdy, małą moc i hamował znacznie później od kierowcy r32, zyskując niebagatelnie dużo czasu. Na szczęście do końca wyścigu nie było już długich prostych, więc teraz układ trasy sprzyjał zdecydowanie Jacques’owi. Starał się to wykorzystać, jednak tym razem lider nie zostawiał mu miejsca. Czas na atak skrócił się jeszcze bardziej, gdyż na ostatniej, dość długiej prostej zaczął się policyjny pościg.

Cudownie…– pomyślał Shay.

W istocie powinien się cieszyć. Policja zagrodziła liderowi drogę, co skrupulatnie wykorzystał. Jednak kierowca nissana nie dawał za wygraną. Dzięki temu, że dużo nie stracił, wciąż miał szansę odzyskać prowadzenie. Na to mu jednak Shay nie pozwolił. Minął linię mety jako pierwszy i zaczął uciekać przed trzema radiowozami.

Pościg mógł się zakończyć błyskawicznie. W zaledwie pięć minut od jego rozpoczęcia Shay był już trzy razy blisko schwytania.

Zaraz mnie złapią, a jestem w dupie… A to co?

Dostrzegł, że jedna z lamp ledwo się trzyma. Natychmiast podjął decyzję, skręcił lekko kierownicę i zahaczył o nią tyłem. Ku jego zdziwieniu i zadowoleniu jego mazda wyszła z uderzenia bez większych uszkodzeń, zyskując tylko wgniecenie w karoserii powyżej koła. Samemu zawieszeniu jednak nic się nie stało. Za to latarnia przewróciła się z hukiem i spadła, zatrzymując goniące go radiowozy.

– Jest! Ha, ha! Droga wolna! – wykrzyknął po spojrzeniu w lusterka, zmierzając czym prędzej do kryjówki.

***

Będąc kilkaset metrów przed kryjówką, dał znać Black, by otworzyła garaż. Wjechał perfekcyjnie, dzięki czemu Vanessa mogła od razu zamknąć masywne drzwi. Pozwolił sobie na krótką radość w samochodzie, po czym poszli do salonu. Usiadłszy na kanapie, Vanessa zaczęła klaskać.

– No, gratuluję! Lepiej na początek nabić reputacji sobie nie mogłeś – powiedziała dziewczyna.

– A dziękuję.

– Większość już słyszała. Dostałam kilka wiadomości od osób, których nawet do końca nie znam, że chcą się z tobą ścigać, także spodziewaj się jutro jakiegoś wyścigu. Może nawet dwóch…

– Jestem gotowy – rzucił szybko Shay.

– To dobrze. Tymczasem się wyśpij, zasłużyłeś na to. – Wyszła z salonu do swojego pokoju, zostawiając Jacques’a samego.

ROZDZIAŁ IPOCZĄTEK Z PRZYTUPEM

– Dzień dobry pani – Jacques przywitał się, biorąc kęs zrobionej przez siebie kanapki.

– Cześć, Jacqui – odpowiedziała Vanessa, całując go w policzek. – Dzięki, że tu przyniosłeś większość produktów.

– Nie ma sprawy. Jak się spało?

– A wiesz, nawet przyjemnie. W ogóle to smacznego. – Usiadła naprzeciwko przyjaciela i zaczęła smarować chleb masłem.

– Dzięki. Słuchaj, czy ty aby nie zapomniałaś mi o czymś wspomnieć?

– Hm? O czym? – Black nie ukrywała zdziwienia.

– No nie udawaj. Ścigasz się! – rzekł chłopak z entuzjazmem.

– Nie ścigam się! – odparła nie mniej zaskoczona.

– No jak to nie! Przecież twój wóz ma sportowy wygląd i malowanie!

Dziewczyna pokręciła głową i przełknęła kęs.

– Możesz tak nie krzyczeć? Takie malowanie mi się podobało, tyle. Trzy białe paski na masce, po trzy na każdym boku karoserii, dodatkowo ciemny, srebrny lakier. Dla mnie bomba.

– No dobra, okej. Tak tylko myślałem.

W końcu pęknie i się przyzna – dodał w myślach.

– Mam jeszcze jedną kwestię.

– No wal! – Spojrzała badawczo na Shaya, biorąc kolejny gryz kanapki.

– Jak tu wygląda sytuacja z policją?

– No generalnie się tam niby angażują, ale na Południu to nic wielkiego. Gorzej będziesz miał na Zachodzie. Jak zostaniesz tam zauważony – wskazała na niego wskazującym palcem prawej ręki, by ten wziął to sobie do serca – to możesz się spodziewać, że w trakcie pościgów zacznie cię gonić Rock.

– Rock… A więc to tak się nazywa. – Wziął łyk herbaty i oczekiwał informacji o policjancie od Vanessy.

– To nowy sierżant, dawniej pracował ja… Chwila… Czy ty go już spotkałeś?! – wykrzyczała wściekła.

– Luz, luz – starał się ją uspokoić. – Tak, widziałem go i co z tego?

– Jesteś tu ledwie dzień, a już mu się napatoczyłeś! Jak? Powiedz mi, jak, do jasnej cholery?!

– To było przy fontannach. – Jacques czuł się stłamszony. – Przejeżdżał, dał mi znak, żebym zjechał, że niby jakaś kontrola, a że nie chciałem na razie sobie grabić, to zjechałem.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo przejebane miałbyś, gdybyś spróbował mu uciec. Ale czekaj… To oznacza, że go widziałeś? – zapytała, oczekując nerwowo na odpowiedź.

– No niestety. Kobieto, gościu ma jakieś czterdzieści pięć centymetrów w bicku, wysportowany, choć blady, jakby tylko kilka razy widział słońce, prawie dwumetrowy… Wyglądem niesie postrach… I jeszcze te czarne włosy zakończone kitką…

– Powiem ci, że jesteś chyba pierwszą osobą, która rozmawiała z nim twarzą w twarz i wyszła z tego wolno.

– No, miałem szczęście, że w takim momencie przejeżdżał swoim mercem – ironizował.

– No… Zajebiste… – kontynuowała z ironią, ponownie siadając naprzeciwko Jacques’a. – W każdym razie: jakie plany na dziś?

– No miałem zamiar zaraz się pościgać…

– Chwila… Jak to zaraz? – zapytała po odłożeniu kubka. – W ciągu dnia? Oszalałeś?

– Nie. Czemu?

– Underground? Ściganie tylko po zmierzchu, te sprawy…

– Dostałem kilka wiadomości z zaproszeniem i na jedną przystałem.

– Z jednej strony to dobrze, że nie chcesz się obijać, ale z drugiej… Sama nie wiem, czy nie powinniśmy zaczekać do nocy… – Dziewczyna zaczęła bić się z myślami.

– Będzie dobrze, nie martw się – odrzekł Jacques, stając za nią. Starając się ją uspokoić, poklepał ją po plecach.

– A o której konkretnie jest ten wyścig? – Wzięła łyk herbaty.

– W samo południe, czyli za godzinę.

– Już jest jedenasta? – spytała zaskoczona Vanessa.

– Tak, a co?

– Nic, po prostu pytam.

– Okej… Na pewno? – zapytał podejrzliwie Shay.

– Tak. – Złapała prawą ręką za jego lewą dłoń i odwróciła głowę, by spojrzeć mu w oczy. – Na pewno.

– Skoro tak uważasz…

***

– Nasłuchałeś się muzyki? – Vanessa szturchnęła Jacques’a.

– Hm? – odpowiedział Shay, odsłaniając prawą ręką ucho.

Black powtórzyła pytanie.

– Energia we mnie buzuje! Jestem gotów na wyścig.

– Miło słyszeć. Dobra, jedź, bo się spóźnisz.

Pod wieżowcami zjawił się za pięć dwunasta.

– O, ktoś nadjeżdża – rzekł jeden z trójki kierowców czekających przy starcie.

Gdy ujrzeli samochód Shaya, byli lekko zaskoczeni. Wszak mx-5 nie widuje się praktycznie w ogóle w tych okolicach.

– Hej, poznajecie ten model? Gość jest chyba miłośnikiem japońskich klasyków – rzekł kierowca czarnej hondy civic si em1.

– A my to nie? – odrzekł kierowca białej hondy s2000, opierając się o maskę swojego samochodu.

– Ale my przynajmniej mamy sportowe wózki, a to się nawet nie umywa do naszych maszyn. – Właściciel civica popatrzył na samochody swoich rywali. – Czego się mamy bać? Samochodu, którym nikt się tu nie ściga? Ludzie… Pykniemy go i gościu wróci, skąd przyjechał.

Najcichszy był trzeci z nich, posiadacz czarnego nissana 240sx, z zielono-białym, postrzępionym winylem. Nie odezwał się ani słowem. Wyczuł, że Jacques może napsuć im sporo krwi.

Trasa wyścigu była następująca: początek to krótka prosta i lewy zakręt pod kątem prostym. Niemalże od razu odbijają w prawo, po czym czeka ich sekcja kilku długich łuków. Kończy się ona ostrym, lewym zakrętem. Następnie kilkusetmetrowa prosta i najbardziej wymagająca część trasy, na której można zyskać dużą przewagę, jak i stracić masę czasu. Ostatnią sekcję zaczyna długa prosta i kończy kilka następujących po sobie, ostrych wiraży i długich łuków. Metę oznaczało przekroczenie świateł.

– Dobra, chyba już nikt nie przyjedzie, to można ustalić stawkę, o jaką się ścigamy. Proponuję półtora kafla.

– Ile?! – pisnął Shay, słysząc ofertę kierowcy civica. To praktycznie wszystkie moje pozostałe fundusze.

Stał cały czas z otwartymi ustami, patrząc na bruneta w niebieskiej kurtce.

– Co, pękasz?

– W życiu. – Odwrócił się do kierowcy s2000. – Stoi.

– Żebyś takim chojrakiem był po wyścigu. Matthew! Zbierz od wszystkich kasę i leć na metę.

– Jasne, Trey.

Odjechał, a na ulicy Kennedy’ego kierowcy zaczęli ustawiać się w jednym rzędzie. Trzeba było szybko wystartować, gdyż akurat nikt nie przejeżdżał. Jacques ponownie stanął najbardziej po prawej. Teoretycznie był w najgorszej sytuacji, w przeciwieństwie do Treya, który stanął najbardziej po lewej. W środku obok niego pojawił się kierowca hondy civic, natomiast obok Jacques’a kierowca 240sx.

Jeden z widzów stanął między wozy. Szybko dał znak do startu, a kierowcy jeszcze szybciej puścili sprzęgło.

Do pierwszego zakrętu cała trójka była przed Jacques’em. Ten jednak spokojnie i cierpliwie wyczekiwał swojej szansy, dlatego przez początek wyścigu nawet nie zaatakował. Okazja pojawiła się już w połowie czwartego zakrętu. Zdecydowanie lepiej wszedł w lewy, dwuwierzchołkowy łuk i zdołał wyprzedzić kierowcę civica. Tuż przed nim znajdował się kierowca nissana, a na prowadzeniu, i to dość sporym, był Trey.

Nieubłagalnie zbliżała się najbardziej techniczna sekcja.

Ciekawe, jak sobie tu poradzi– rozmyślał w duchu Trey.

Długo na odpowiedź nie musiał czekać. Po trzech zakrętach Jacques był drugi, a w połowie zbliżył się do lidera na odległość mniejszą niż pół długości jego hondy.

Jak on to zrobił? – pojawiła się myśl, a nim się obejrzał, Shay był już na prowadzeniu.

Do końca sekwencji zyskał półtorej sekundy, a przewagę, pomimo znacznie mniejszej mocy, która na finiszu wyścigu była odczuwalna, utrzymał.

– Woo-hoo! Jest! Ale fajne uczucie… – ekscytował się Kanadyjczyk.

Po wyścigu przegrana trójka nie mogła dojść do tego, jak Jacques ich pokonał, jednak żaden Shayowi nie pogratulował, a przynajmniej nie od razu. Tuż przed odjazdem chłopaka zaczepił kierowca nissana.

– Hej, kolego! Stój!

Jacques usłyszał jego krzyk. Wyłączył silnik i obniżył przednią szybę.

– Uff, udało mi się cię zatrzymać. – Zdyszany oparł się o mazdę. – Jak to zrobiłeś?

– W Shawinigan jest masa takich krętych sekcji, więc to dla mnie chleb powszedni. – Na Jacques’u trasa wyścigu nie zrobiła większego wrażenia.

– Jesteś bardzo szybki. Może chciałbyś pojechać na piwko albo wrzucić coś na ruszt? Znam fajną knajpkę, jest praktycznie za rogiem.

– Hm… Okej.

– A postawisz? – Zaśmiał się delikatnie, wiedząc, jak niezręcznie wygląda cała sytuacja.

– No wiesz co… Albo w sumie… Niech będzie – stwierdził po namyśle Jacques. – Dopiero co cię oskubałem, więc też musisz mieć coś od życia – dodał z szyderczym uśmiechem.

W lokalu zamówili sobie po jednym piwie i zaczęli rozmowę.

– Jak się w ogóle nazywasz? – zaczął Shay, biorąc pierwszy łyk piwa.

– Colin Ross, dwadzieścia dwa lata.

– A skąd pochodzisz?

– Jestem w jakiejś tam części Brytyjczykiem. Matka mojej mamy przypłynęła do Stanów w połowie dwudziestego wieku za pracą. Ja urodziłem się w Brigantine w New Jersey.

– A co robisz w Quittanen?

– Słyszałem, że ścigają się tu jedni z najlepszych street racerów w obu amerykach, w związku z tym przyjechałem się przekonać i na razie się nie zawiodłem – niemal natychmiast odpowiedział Ross. – No poza tym pościgi policyjne, a tu ponoć nie należą one do najprostszych.

– Ciekawe, a skąd masz tego nissana?

– Kupiłem za dwadzieścia tysięcy, które zarobiłem, pracując jako mechanik w rodzinnym mieście, po czym wyjechałem ścigać się do Xinity. A co? Podoba się? – zapytał z lekką ekscytacją.

– Nieźle stuningowana wizualnie i pod względem osiągów też się wydaje spoko – odparł wymijająco Shay.

– I jest, tylko umiejętności trochę brakuje. Dobra, to teraz ty. Skąd pochodzisz?

– Na początek się przedstawię. Jacques Shay, dziewiętnaście lat. Chyba nietrudno wywnioskować, że jestem z Kanady, choć moja matka pochodzi z Francji.

– Jacques?

– Tak. W krajach francuskojęzycznych to bardzo popularne imię. Poza tym mama dała mi ten samochód na szesnaste urodziny.

Zza okna spojrzał na mazdę.

– A co z ojcem?

Jacques westchnął z powodu bólu w sercu. Wziął jeszcze jeden głęboki oddech, napił się trochę złocistego napoju i kontynuował.

– Ojca nigdy tak naprawdę nie poznałem. Zginął w 1999, dziewięć miesięcy po moich narodzinach, w katastrofie lotniczej, lecąc z moim bratem bliźniakiem na finał sezonu Premier League.

– Ou… Przepraszam. Ale czekaj… Leciał bez ciebie i matki? – zapytał zdziwiony Colin.

– Mama mówi, że byłem chory i było za późno, by ktoś od nas odkupił bilety, więc dwa przepadły.

– Ale czemu w ogóle poleciał? – Ross dociekał dalej.

– Moja matka mu pozwoliła. Potem nie mogła sobie tego darować, ponieważ strata była podwójna. Tamtej katastrofy nikt nie przeżył… Ten samochód… – Ponownie wyjrzał przez okno na swój wóz. – Ta mazda miata mx-5 to moja jedyna pamiątka po nim – dodał z drżącym głosem Jacques.

– Współczuję… – Wziął łyk piwa, by zebrać myśli. – Ale nigdy go nie widziałeś. Skąd to przywiązanie?

– Czasem czuje, że patrzy na mnie z góry. Ponadto mama mi mówiła, że kochał to auto jak ją samą.

– Rozumiem. – Ross zamilkł.

Nie kontynuowali rozmowy, tylko dokończyli piwo i wyszli z lokalu. Przed odjazdem Colin raz jeszcze zaczepił Jacques’a.

– Mam dla ciebie propozycję związaną z wyścigami.

– Jaką? – Ciekawość opanowała Shaya.

– Dostawałem ostatnio zaproszenia na wyścigi drużynowe, ale nie mogłem znaleźć partnera. Może miałbyś ochotę? – zapytał pełen nadziei.

– Drużynowe?

– Punktacja jest z góry ustalona i prosta, no chyba że wszyscy zgodzą się na jej zmianę. Za zwycięstwo jest dziesięć punktów, za drugie osiem, trzecie sześć, czwarte pięć i tak dalej. Na koniec wyścigu punkty się sumuje i duet z największą liczbą zgarnia kasę – wyjaśnił Ross.

– A, okej. No dobra, możemy pojechać, ale w związku z tym to i ja mam dla ciebie teraz propozycję. Może zamieszkamy pod jednym dachem?

– Odważna oferta.

– Wiem, ale dzięki temu praktycznie wszystko będziemy robić razem: nie będziemy musieli zwlekać, aż druga osoba odbierze telefon bądź odpowie na esemesa, a i dla nas obu będzie lepiej, jak po prostu będziemy trzymać się razem – dopowiedział Shay.

– W sumie, czemu nie. Mieszkasz sam?

– No nie, ale myślę, że łatwo uda mi się przekonać Vanessę.

– Skoro tak uważasz, to jedziemy – odpowiedział Colin, odchodząc do 240sx.

W kryjówce Black czekała na Shaya. Jacques nawet do niej nie napisał, że będzie miał gościa, więc w zasadzie postawił ją przed faktem dokonanym. Po przyjeździe kazał Rossowi chwilę poczekać, samemu udając się do salonu na rozmowę z Vanessą.

– I jak ci poszło? – Pytając, nie oderwała wzroku od telewizora.

– Pierwszy wyścig, pierwsza wygrana, pierwsze cztery i pół tysiąca zarobione – odpowiedział z dumą.

– No to gratuluję – ucieszyła się dziewczyna, tym razem spoglądając na Jacques’a.

– Dzięki. Tylko jest sprawa.

To był znak dla Colina, który chwilę później pojawił się w przejściu.

– Kto to jest? – Przemieszczała co chwilę wzrok z Jacques’a na Colina. – I czemu ma walizki? – spytała lekko przerażona.

– Pokonałem go dziś i był jedynym, który mi pogratulował. Potem wyskoczyliśmy na piwo i się lepiej poznaliśmy. Zaproponował mi też, byśmy utworzyli drużynę do wyścigów parami.

– Chodź na chwilę, Jacques – odpowiedziała stanowczo Vanessa, kierując się do kuchni. – Posłuchaj mnie. Bardzo się cieszę, że łapiesz znajomości i tak dalej, ale nie uważasz, że to przesada? – starała się mówić cicho, by Ross ich nie usłyszał.

– Dlaczego?

– Hm… Pomyślmy… – rzekła z ironią. – Może dlatego, że dopiero go poznałeś?

– Dobra, ale jest spoko gościem, naprawdę – zapewnił Jacques.

– Tak, widzę, że też dobrze wygląda. Prosty jeżyk, czarne włosy, wydaje się dobrze zbudowany…

– Ktoś się rozmarzył – przeciągnął ostatnie słowo, aby sprowokować Black.

– Ta, jasne.

– Widać to. To jak z nim?

– Hm… Niech będzie, niech zostanie. – Zgodziła się niechętnie Black, świadoma, że Jacques i tak siłą zatrzymałby Colina. – Chodź do niego.

Ross dalej stał, nie rozgaszczając się zbytnio.

– Posłuchaj: możesz zostać, tylko proszę cię, nie rób żadnych głupot, a będziemy żyć w harmonii. Jasne?

– Jasna sprawa. – Colin uśmiechnął się szelmowsko.

– Miło słyszeć. Dobra, ja muszę lecieć, bo się umówiłam na spotkanie.

– Okej, tylko gdzie ja będę spał?

– Pokój gościnny na górze jest twój.

– Gościnny?

– Nie narzekaj – odrzekła oschle, bardziej z przymusu niż z własnej woli, nie zamierzając patrzeć na nowego kompana swojego rodaka.

Jacques pomógł Colinowi wnieść bagaże i się rozpakować.

– Ross, co w ogóle z twoim starym mieszkaniem?

– I tak je tylko wynajmowałem. – Colin usiadł na łóżku. – Zadzwonię do gościa, że zrywam umowę i tyle.

Po rozpakowaniu bagaży wrócili do salonu i pijąc zrobioną przez Jacques’a kawę, delektowali się dźwiękami rocka.

Tuż przed dwudziestą dostali pierwszą ofertę wyścigu drużynowego.

– Jacques, kwadrans po dziesiątej przy fontannach. Jedziemy?

– Jeszcze się pytasz? Jasne!

– No i to mi się podoba.

***

Na start przybyli kilka minut po dwudziestej drugiej. Przy fontannach czekały trzy inne zespoły. Pierwszy z nich tworzyli kierowcy czarnych mitsubishi lancer evolution VII i VIII. Drugą błękitny, z żółtymi błyskawicami po bokach, peugeot 206 oraz ford focus, a trzecią czarno-zielony hyundai tiburon coupé oraz fiat 20v turbo.

– Czekamy jeszcze na kogoś? – spytał Colina Jacques, opierając się razem z nim o 240sx.

– Nie wiem właśnie. – Ross patrzył w kierunku startu. – Z drugiej strony nie ma jeszcze umówionej godziny, więc teoretycznie ktoś ma jeszcze czas.

I w istocie ktoś się zjawił. Była to dwójka z japońskiego zespołu, który mocno zachodził za skórę kierowcom na Południu.

– Cholera jasna… – Colin westchnął. – Jeszcze oni.

– Ross, kto to jest?

– Samych siebie nazywają Samurajami, ale każdy nazywa ich Kamikaze – wtrącił się kierowca hyundaia.

Więcej czasu na rozmowy nie było. Każdy zespół wyłożył dwa tysiące dolarów, a następnie po kolei ustawili się na starcie. Dodatkowo zmienili jeszcze nieco punktację, tak że do zgarnięcia było piętnaście punktów, za drugie dwanaście, do piątego miejsca ilość punktów zmniejszała się co dwa, a następnie o jeden. Dziesiąta pozycja dawała jeden punkt.

W pierwszym rzędzie acurą rsx oraz toyotą celicą rozepchali się Japończycy. W drugim obok lancera evo VIII ustawił się Colin. W trzecim z kolei Jacques z kierowcą hyundaia. Czwarty rząd przypadł fiatowi oraz peugeotowi, a ostatni kierowcom forda oraz evo VII.

Ruszyli.

Pierwsza prosta, najdłuższa zresztą na trasie, dawała sporą korzyść kierowcom obu mitsubishi. Wykorzystali przewagę w mocy swoich maszyn i wyszli kolejno na pierwsze i piąte miejsce. Jacques z Colinem w tym czasie spadli na czwarte i siódme, ale nie tracili nadziei. Spokojnie, z wyrachowaniem przejechali pierwszą sekcję i utrzymywali się za plecami rywali. W drugiej, zdecydowanie bardziej wymagającej, Jacques wykorzystał potencjał swojego samochodu. Przebił się aż na drugie miejsce, wyprzedzając po drodze Colina, który zachował swoją czwartą lokatę. Sytuacja jednak dalej była korzystniejsza dla kierowców mitsubishi, lecz chwilę później uległo to zmianie.

Swoja szansę wypatrzył Colin i zaatakował fiata na dojeździe do siedemnastego zakrętu. Mimo tego, że był po zewnętrznej i wchodził w zacieśniający się wiraż, poszedł bardzo pewnie i przebił się na trzecie miejsce.

Na tym dobre wieści by się skończyły, ponieważ na czwartą pozycję przesunął się drugi lancer. Jacques, widząc to, chciał za wszelką cenę przyspieszyć, jednakże na swoje nieszczęście, nie miał gdzie tego zrobić. Szansa pojawiła się niespodziewanie.

Wjazd do ostatniej sekcji lider przejechał piekielnie asekuracyjnie. Shay jechał za to bardzo agresywnie i na przedostatniej prostej siedział na zderzaku prowadzącego mitsubishi. Postawił wszystko na jedną kartę. Zapuścił soczysty divebombe, jednakże trochę przesadził i zanurkował za głęboko. Mimo to zdołał opanować samochód i wpasował się przed lancera. Do mety zostały dwa zakręty. Shay nie pozostawił w ich czasie złudzeń i wygrał wyścig.

Tak to się robi! – wykrzyknął w duchu, wystawiając jednocześnie uniesioną pięść poza uchylone okno samochodu w geście triumfu.

Colin utrzymał trzecie miejsce, co oznaczało wygraną ich duetu.

– Osiem tysięcy zarobione… Już niezła sumka.

– Racja, Jacques. Nie wiem jak ty, ale ja trochę zgłodniałem.

– Oj, też bym coś wrąbał. Po zwycięstwie wszystko lepiej smakuje.

– Niecały kilometr stąd jest restauracja V.G. Food. Jedziemy? – zaproponował Ross.

– Czemu nie?

Gdy w spokoju jedli kolację, na parkingu pod restauracją zjawili się Kamikaze, którzy nie potrafili przeboleć porażki. Zajęli miejsca piąte i szóste, jednak czuli się potężnie pokrzywdzeni przez los, w efekcie czego postanowili się wyżyć. Dostrzegli idealną okazję, gdyż przyuważyli mx-5 Jacques’a. Momentalnie zaczęli ją dewastować.

– To było pyszne… Dobra, zbierajmy się.

– Jasne… – Colin rozejrzał się, a następnie zaczął klepać po kieszeniach. – Cholera jasna… Zapomniałem kasy.

– Fuck, ja też.

– Możesz pójść? Masz w końcu bliżej samochód.

– No dopiero co ci piwo postawiłem… – zaoponował Shay.

– Oj idź i nie dyskutuj.

– Patrzcie go… Dobra, niech ci będzie.

Podchodząc do samochodu, nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– A co tu się odwala? – rzucił gniewnie w stronę Japończyków.

Wyglądali niepozornie. Wręcz wychudzeni bruneci w czarnych skórzanych kurtkach i dresach tego samego koloru na chwilę przestali uderzać mazdę Jacques’a trzymanymi w rękach metalowymi prętami.

– A nic, wyklepujemy tylko twój samochód. – Młodszy z nich wyszczerzył zęby.

– Wyklepać to wy sobie możecie mordy.

– Radziłbym ci tak nie mówić – zabrzmiało jak groźba.

Pod wpływem gniewu Shay zaatakował jednego z Japończyków. Nawet go trafił, a ten zwinął się z bólu. Drugi z nich jednak w tym czasie przypuścił salwę uderzeń w żebra, czym skutecznie unieruchomił Jacques’a.

Colin, martwiąc się, że jego kompan nie wrócił po przeszło trzech minutach, wyszedł z lokalu. Widząc sytuację przy mx-5, czym prędzej ruszył Jacques’owi na ratunek.

Japończykowi, którego uderzył Shay, wyprowadził prawy prosty centralnie w nos.

– Co to ma…

Drugi nie zdążył dokończyć, gdyż otrzymał w tym czasie trzy ciosy pod żebra.

– Ładnie to tak, frajerzy? – rzucił Ross, patrząc na Kamikaze z wściekłością.

– Twoja sprawa?

– A i owszem.

Obu dołożył jeszcze kilka ciosów w twarz i tułów, po czym zostawił ich zakrwawionych i skręcających się z bólu na parkingu.

– Jacques, nic ci nie jest? – zapytał Colin z zatroskaniem.

– Na szczęście nic mi nie połamali, ale za to mocno obili. – Klęczał zwinięty z bólu, przez który nie był w stanie się wyprostować.

– To dobrze. Zapłacę tylko i wracamy do kryjówki.

– A co z moją mazdą? – Shay martwił się o samochód.

– Zarzucę na hak holowniczy, spokojnie.

Przeniósł Shaya do swojego nissana, poszedł zapłacić, a następnie bezpośrednio udali się do kryjówki.

Vanessa przeraziła się, widząc, jak Colin wprowadza posiniaczonego Jacques’a do salonu. W nerwach zaczęła pytać Rossa, co się stało, a ten, starając się uspokoić dziewczynę, opowiedział jej o całej akcji.

– Idziesz na siłownię, Jacques. – Stanęła przed kanapą, wpatrując się w leżącego przyjaciela. – Nie może dochodzić do takich sytuacji!

– Jasne, tylko zanieście mnie do łóżka – wydusił z ogromnym bólem Shay.

Wzięli go pod pachy i wnieśli po schodach do pokoju. Chwilę później wrócili do salonu. Black martwiła się o przyjaciela, lecz jej zmartwienie przebijało się przez złość na niego, że ten przez tyle lat nic nie zrobił ze swoją wątłą budową ciała.

– A tyle razy mu mówiłam, żeby wziął się za siebie…

– Spokojnie. Gdyby był jeden, nic by mu się nie stało.

– Nie powiedziałabym… W ogóle, sam im dokopałeś? – spytała z wyraźnym podziwem w głosie.

– Ta. Nie spodziewali się tego zupełnie.

– Aha… Dzięki, że go uratowałeś.

– Hm? Nie ma sprawy. Musiałem się odwdzięczyć za dach nad głową.

– Jesteś porządnym człowiekiem. Przepraszam za początkowe wahania.

– Nie masz za co przepraszać. Każdy na twoim miejscu by tak się zachował. – Colin uśmiechnął się do Vanessy.

ROZDZIAŁ IIO JEDEN MOST ZA DALEKO

– Śniadanie goto… Ha, ha, ha! – zaśmiał się szczerze Ross. – Człowieku, co to ma być? Vann, Vann! Chodź zobaczyć! – krzyczał na cały głos Colin. – Kurwa, nie wierzę.

– O co ci chodzi? – W drzwiach pojawiła się Vanessa, przecierając oczy z niewyspania.

– Widzisz to? – Ross nie mógł przestać się śmiać.

– Powiem ci więcej: ja mu ten lód tam przyłożyłam. – Patrzyła na łóżko rodaka, nie spoglądając choćby na chwilę na Rossa.

– Ehm… Okej… – Colin się zmieszał. – W każdym razie… Chodźcie na śniadanie.

– Przecież jest wpół do dziesiątej – odburknął Shay, odwracając się plecami do przyjaciół. – Daj jeszcze pospać.

– Nie ma mowy. Po śniadanku od razu ruszamy na siłownię.

– Od razu?

– Jacques, to dla twojego dobra. Zresztą, też bym cię tam wysłała – Vanessa wtrąciła się do rozmowy.

– Ech, niech będzie. Dobra, pomóżcie mi tylko wstać.

– Wstać musisz sam – odparł Colin, mając nadzieję zmotywować tym swojego kompana.

– Pff, to żegnam. – Obrócił się na drugi bok, wywołując zupełnie odwrotny efekt od oczekiwanego.

– Nie zachowuj się jak rozpuszczony gówniarz, okej? Chcemy ci pomóc. – Black nie zamierzała odpuszczać.

– Dobra, Vann. – Zobaczywszy jej groźny wzrok, zrozumiał, że jedyne, co ugra, to tylko jeszcze mniej przyjemną pobudkę. – Już wstaję.

Nie przyszło mu to z łatwością, a dodatkowo skarżył się na przenikliwe zimno.

Jak zarządził Colin, tuż po śniadaniu udali się na siłownię. Jeszcze w garażu Jacques przeżył miłą niespodziankę. Nie spodziewał się, że jego mazda tak szybko znów będzie cieszyć jego oczy. Vanessa, widząc jego radość, rzuciła tylko: „Nie ma za co”, po czym Ross i Shay wyjechali na ulicę. Wchodząc do budynku siłowni, Colin przeżył miłe zaskoczenie.

– Mike? – zapytał niepewnie, widząc krótko ściętego, umięśnionego szatyna w białej, obcisłej koszulce, podkreślającej mięśnie, i krótkich, szarych spodenkach.

– Colin? – odrzekł tamten, odwracając się. – Stary, kopę lat! – Zbili grabę. – Kiedy my się widzieliśmy ostatni raz, mordo?

– No… Chyba z sześć lat minie, jak wyjechałem do Freehold się ścigać.

– Zmężniałeś. – Popatrzył z podziwem na Rossa.

– Dzięki. Ty za to nic a nic się nie zmieniłeś. No, może trochę przypakowałeś. – Ross szturchnął go pięścią w ramię.

– „Trochę”, he, he. A kim jest twój kolega? – Mike przypatrywał się Jacques’owi z uwagą.

– Słyszałeś o wydarzeniach z wczorajszej nocy spod Very Good Food? – zapytał Colin.

– Całe Południe o tym huczy. Co się tam dokładnie stało?

– Musiałem go ratować przed poważnym uszczerbkiem na zdrowiu.

– O, bohater widzę. – Mike się zaśmiał. – Dobra, ale co mu się stało?

– Poobijał się mocno i stwierdziłem, że wezmę go na siłownię.

– Kumam. Dobra, siłownia do waszej dyspozycji. Powiedz mu, że ze względu na naszą znajomość, pierwszy karnet ma za darmo.

– Ale to nie problem, spokojnie – wtrącił się Jacques i przedstawił. – Mogę zapłacić – dodał.

– Okej, jak wolisz.

Na początku Colin ustalił Jacques’owi rozgrzewkę.

– Co? Piętnaście pompek? W takim stanie?! – Shay zaczął użalać się nad sobą, mając nadzieję, że Ross się nad nim trochę zlituje.

– Oj, już nie użalaj się nad sobą. Dasz radę. – Ross pozostawał nieugięty, jednak tonem głosu starał się dodatkowo zmotywować kolegę. – Po pompkach brzuszki.

– Może jeszcze przysiady albo deseczka? – ironizował Shay, przygotowując się do ćwiczenia.

– Miałem ci odpuścić, ale skoro tak bar…

– Wiesz, co to jest pytanie retoryczne?

– Wiem, ale chciałem brnąć dalej. Rób, bo gadaniem nic nie zdziałasz.

Jacques wykonywał ćwiczenia z grymasem bólu. Po wykonaniu kilku ćwiczeń na początku rozgrzewki wydawał się mocno zmęczony.

– Masz skakankę. – Ross nie zamierzał się zatrzymywać.

– Hm? – złapał ją z rozbrajającym spojrzeniem Shay.

– Co ty myślałeś, że to cała rozgrzewka była? Poskacz tak z półtorej minuty.

– Zajebiście…

Skakanka nie wyszła mu najgorzej. Na koniec Colin wybrał deskę.

– Ja tylko żartowałem. – Jacques był już naprawdę zmęczony.

– Ale ja nie żartuję. No już. Czterdzieści pięć sekund, a potem się sam porozciągasz.

Po wykonaniu pełnej rozgrzewki zmęczenie jakby ustąpiło. Shay wydawał się nieco bardziej rześki niż po samych pompkach i brzuchach.

– Chodź na ławeczkę. Zaczniemy od czterdziestu kilogramów. Co pięć powtórzeń zwiększamy ciężar o 1 kg. Pasuje? – spytał Colin.

– Myślę, że dam radę.

Ostatecznie zrobili cztery niepełne serie. W trakcie ostatniej poczuł, że brakuje mu siły, i z pomocą Colina opuścił ciężar na podpórki. Ross dał Jacques’owi chwilę wytchnienia, w międzyczasie idąc już po hantle czwórki. Już po odpoczynku szły Shayowi całkiem sprawnie.

Na siłowni spędzili ogółem przeszło czterdzieści pięć minut. Jacques, kompletnie wyczerpany, omal nie zemdlał w szatni.

– Wow, wow. Trzymaj się. – Colin musiał go podeprzeć, by Shay się nie przewrócił.

– O kurde… – Kanadyjczyk sapał ze zmęczenia. – Dawno takiego wysiłku nie miałem.

– Z czasem się wprawisz. – Ross zmoczył ręcznik i położył przyjacielowi na głowie. – Jak ból?

– Na szczęście prawie go nie czuję. – Jacques próbował się uśmiechnąć.

– Czyli adrenalina jeszcze działa, dobrze wiedzieć. Leć się umyć.

– Umyję się w kryjówce. – Chwycił za butelkę wody, zsuwając ręcznik na kark.

– Mowy nie ma. Idź się umyć – zaprotestował Colin.

– Użyję dezodorantu.

– Ale dalej będziesz spocony.

– Stary, nie chce mi się tu myć – jęknął Jacques.

– A, rób jak chcesz. – Ross machnął ręką.

Śmierdzieć nie śmierdział, ale pomimo kilkukrotnego przetarcia czoła suchym ręcznikiem, pot ciągle spływał z Jacques’a. Przed wyjazdem Colin podał mu jeszcze magnezowej odżywki wymieszanej z wodą.

Na posiłek udali się do V.G. Food. Ross zamówił spory kawałek mięsa wołowego z bukietem surówek dla nich dwóch.

Po zjedzeniu pojechali do kryjówki. W połowie drogi zostali jednak zatrzymani przez… Kamikaze. Nie byli to jednak ci sami Japończycy. Było ich trzech: nieco bardziej umięśnieni, wyżsi, o jednakowych, długich i czarnych jak noc włosach i stosunkowo wąskich ustach. Ustawili się od najwyższego do najniższego. Wszyscy byli ubrani dokładnie tak samo: czarne skórzane kurtki z wizerunkami białych samurajów po obu stronach zamka, czerwone dresy i brązowe trapery. Na głowach czarne markowe czapki zachodzące na uszy.

– Ech, im to mało. Co robimy? – zapytał lekko zrezygnowany Ross przez telefon.

– Mam pewien plan, he, he, he… – odparł Shay, śmiejąc się coraz głośniej.

– Mam się bać?

– Najpierw wysłuchaj.

Colin początkowo uznał to za zbyt ryzykowane, ale presja czasu wywarła na nim akceptację. Żeby nie torować drogi, wspaniałomyślnie zjechali na pobliski parking i odeszli trochę od swoich maszyn.

– I co? Myśleliście, że to wam tak po prostu ujdzie płazem? Zadarliście z niewłaściwym gangiem – zaczął najwyższy z Kamikaze.

– To samo mogę powiedzieć o was – odrzekł pewny siebie Colin.

– Zaraz ci zmyję ten uśmieszek z twarzy – kontynuował. – Chwila, chwila, a ten gdzie lezie?

– Musi spuścić ciśnienie. Zrozumcie go. Od dwóch godzin tego nie robił, a sporo wypił… – tłumaczył kolegę Ross.

– Mało istotne – ponownie odezwał się najwyższy z trójki Japończyków. – W każdym razie radzę wam się przygotować na prawdziwą wojnę. No chyba, że wolicie się dogadać.

– Dogadać? W jaki sposób?

– Oddacie nam całą mamonę, dacie się zgnoić, poniżyć, takie tam. W zamian damy wam spokój. Co ty na to? – Wyszczerzył zęby.

– Hm, kusząca propozycja… Muszę ją przemyśleć – odrzekł Colin, starając się, by nie zabrzmiało to ironicznie.

– Decyduj się szybko! – dodał zniecierpliwiony drugi z Kamikaze.

W międzyczasie pojawił się Shay.

– Uh… Od razu poczułem, jak ciśnienie ze mnie schodzi.

– Bardzo nas to, kurwa, obchodzi. A ty się zdecydowałeś? – Ostatnie słowa największy z Japończyków skierował do Colina.

– Ta. Niech wam będzie. To o której?

– Najlepiej byłoby tu i teraz, ale mamy swoje sprawy na głowie, a i nasz szef nie będzie tracił na was czasu dzisiaj. Jutro dziesięć po dwudziestej trzeciej. Spróbujcie się wymigać, to nie będzie żadnej litości. – Ten sam podszedł do Colina i Jacques’a, starając się patrzeć im prosto w oczy.

– Nie będziemy sprawiać problemu. Sayonara!

Wrócili do swoich samochodów i spokojnie, nie tworząc podejrzeń, odjechali w stronę kryjówki.

– Zdążyłeś? – zaczął Colin.

– No ba. Załatwiłeś mi masę czasu. – Shay się uśmiechnął.

– Nie ma za co.

Japończycy szybko zorientowali się, co się stało. Wystarczyło tylko, że zobaczyli swoje samochody: mitsubishi lancera evolution VII, nissana sentrę, subaru imprezę gc-8. Wszystkie trzy czarne wozy, z trzema czerwonymi katanami, o ostrzach skierowanych w dół, po bokach, miały poprzebijane koła.

– Kuso! – krzyknęli wszyscy razem.

– Co za hańba…

– Xiao, zamknij pysk. Skoro tak się bawią, to my im nie pozostaniemy dłużni…

– Ryu, ale ja dopiero co kupiłem nowe opony! – odparł szybko Xiao.

– A myślisz, że my nie? Eizo, zadzwoń po kogoś – Ryu wydał rozkaz.

W tym samym czasie Jacques z Colinem wrócili do kryjówki.

– A wy co tacy szczęśliwi? – Vanessa wyszła z kuchni, słysząc otwierające się drzwi wejściowe.

– Nic takiego. Tylko… zrobiliśmy wała z Kamikaze! Ha, ha! – wykrzyknął rozradowany Shay.

– Co zrobili…

Prawie osunęła się na podłogę. Na szczęście Colin zdążył ją złapać.

– Hej, wszystko dobrze?

– Ze mną tak, ale z wami absolutnie nie. Powaliło was do reszty? Nie możemy sobie pozwolić na wojnę z nimi! – Wściekłość narastała w niej z każdą sekundą.

– Bez przesady. – Shay nie rozumiał wybuchu agresji u rodaczki.

– Nawet mnie nie denerwuj, Jacques. Ich jest z piętnastu. Piętnastu! A nas?! Ledwie troje… – Zatrzymała się na chwilę i wzięła kilka głębokich wdechów. – Dobra, powiedzcie mi, co wyście w zasadzie zrobili – rzuciła, siadając w fotelu i próbując się uspokoić.

– Wracając z siłowni, zagrodzili nam drogę. Zjechaliśmy na parking. Wówczas w głowie Jacques’a zrodził się pomysł, by poprzebijać im opony. Odeszliśmy z nimi na kilkanaście metrów i on poszedł wykonać swój plan. Ja wytłumaczyłem im, że musi iść za potrzebą.

– I tak po prostu go puścili? – z powątpiewaniem zapytała Vanessa.

– Tak. Bardziej skupili się na mnie.

– Hm… Nawet niezły ten plan, tylko wykonany na niewłaściwych osobach!

– Szczegół – bagatelizował Jacques.

– Jeszcze się przekonasz, jak kosztowny – odcięła się dziewczyna.

– A, Jacques, przypomniało mi się. Pojeździsz na rowerku stacjonarnym. Kondycję też wypada zrobić – wtrącił Ross.

– A skąd ty go weźmiesz? – zapytali zdziwieni Jacques i Vanessa.

– Przywiozłem rano, gdy jeszcze spaliście. Dobra, chodź.

– A ile będę musiał jechać?

– Czterdzieści pięć minut.

– Niech będzie.

Chce mnie zabić– lamentował w duchu chłopak.

***

W tym samym czasie pod swoją siedzibę dotarli Japończycy, którzy starali się przestraszyć Jacques’a i Colina.

– Wymyśliliście coś? – spytał przejęty i przestraszony całą sytuacją Eizo.

– Co, będziemy mu kłamać? – odrzekł chłodno Ryu, próbując przywrócić do pionu swojego kompana. – Powiemy mu prawdę. Zresztą i tak pewnie wszystko wie.

Po kilku minutach na parkingu zjawiła się czarna acura rsx type s. Należała do lidera gangu, Enka – bruneta z nastroszonymi, średniej długości włosami, przywdziewającego czarną skórzaną kurtkę i popalającego papierosa. Od razu do nich podszedł i spytał o efekty.

– No, żeby szefowi nie skłamać… – zaczął nieśmiało jeden z nich.

– No mów! – przerwał zniecierpliwiony.

– Ryu chciał powiedzieć, że… Wystąpiły pewne… – Eizo przejął inicjatywę.

– Powiecie mi, czy będzie się tak pieprzyć jak ze wszystkim? – przerwał im Enko, zaciągając się po chwili.

– Niestety nas zhańbili – dokończył z pokerową twarzą za przyjaciela Xiao.

– To by tłumaczyło, dlaczego wasze wozy przywożą lawety. W garażu powinno być jeszcze kilka kompletów opon. – Japończyk, by się trochę uspokoić, długo zaciągnął się papierosem, a następnie odwrócił się do całej trójki. – Czy wy naprawdę nic nie potraficie zrobić dobrze? Pieprzone sieroty!

– Wzięli nas z zaskoczenia – próbował tłumaczyć się Eizo.

– I to was niby tłumaczy?! Jak oni to w ogóle zrobili? – Znów odwrócił się do nich plecami, dodatkowo krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.

– Odeszliśmy od samochodów – zaczął Ryu. – Jeden z nich poszedł za potrzebą, a drugi z nami gadał. Ten pierwszy w rzeczywistości poszedł nam przebić opony.

Czemu ja z nimi nie współpracuję? Mają łeb na karku – stwierdził w duchu Enko.

– Pieprzone pierdoły. Beze mnie bylibyście niczym – dodał już głośno.

– To co teraz?

– Masz czelność pytać, Eizo? A w zasadzie… – Enko namyślił się chwilę. – Już wiem. Będziecie się z nimi ścigać i uprzykrzać im życie w wyścigach jak tylko się da. Może tego nie spieprzycie – rzucił na odchodne.

***

Jacques, kończąc jazdę, był kompletnie wycieńczony. Ledwo trzymał się na nogach.

– Os… tatni raz robisz mi ta… ki maraton… – rzekł do Colina, sapiąc ze zmęczenia.

– Jechałeś tylko na poziomie siedemnastym. Umyłbyś się wtedy, nie skorzystałbym z rowerka. Zresztą to wszystko dla twojego dobra.

– Jasne…

– Leć to teraz zrobić.

– O niczym innym nie marzę – odparł Shay.

Po prysznicu od razu poszedł spać.

Wstał przed czternastą. Schodząc, wyczuwał cudowne zapachy dobiegające z kuchni.

– Mmm… – Wszedł do kuchni. – A cóż to tak pięknie pachnie?

– Dziś na lekko, bo i tak jesteśmy już po dwóch dość sporych posiłkach. Razem z Vanessą zrobiliśmy krem z dyni dla niej, a dla nas mam ryż z kurczakiem – odparł Colin.

– Naprawdę? – rzekł zdziwiony. – Mój nos wskazuje na coś innego.

– No nie wiem, czy nie przesadziliśmy z przyprawami, ale to się okaże – sprostowała Vanessa.

Obiad smakował wszystkim, a w szczególności Jacques’owi. Delektował się każdym kęsem. Stwierdził, że ciężko mu sobie przypomnieć, czy jadł kiedykolwiek w życiu coś lepszego, mimo że były to zwykły ryż i kurczak z warzywami. Po obiedzie przejrzeli wiadomości, w których było parę zaproszeń na drużynówki. Ostatecznie zdecydowali się na dwie. Pierwsza była organizowana tuż po dwudziestej, a druga prawie półtorej godziny później.

***

Na starcie zjawiły się cztery zespoły. Prócz Colina, Jacques’a i Kamikaze, których reprezentowali Xiao i Ryu, pojawiły się Błyskawice oraz Gwiazdy Nocy, które stawiły się toyotą suprą oraz bmw z4. Na swoim czarnym lakierze na masce mieli płonącą gwiazdę ze złotymi konturami i czerwonym wypełnieniem. Na boku pojawił się ten sam wzór, o konturach w tym samym kolorze, ale o białym wypełnieniu i bez efektu płomieni, a zwykłego rozmycia świadczącego o niezwykłej prędkości.

Stanęli w dwóch rzędach. W pierwszym Kamikaze oraz Gwiazdy, a w drugim błyskawice i Jacques z Colinem. Trasą wyścigu było okrążenie dookoła fontann. Trzeba było zrobić dwie pętle.

Już na starcie szans swoim rywalom nie dali Kamikaze. Do pierwszego zakrętu wchodzili z przeszło półsekundową przewagą. Na miejsce trzecie i czwarte awansowali za to Shay i Ross, pozostawiając pozostałą czwórkę w tyle. Kamikaze do końca pierwszego okrążenia nie byli jednak w stanie oddalić się od goniących ich mx-5 oraz 240sx na ponad sekundę, ale Shay i Ross tracili na całej długości okrążenia. Doganiać zaczęli ich po pierwszych dwóch kilometrach drugiego kółka. Na prostych niestety różnica była zbyt wyraźna. Jedyną opcją ataku pozostawała więc sekcja pięciu wolnych zakrętów, następujących niemal bezpośrednio po sobie. Do tego czasu stracili kolejne pół sekundy.

To jednak ich nie zniechęciło. Po trzech zakrętach środkowej sekcji toru mocno zbliżyli się do Japończyków, a po kolejnych dwóch nawet udało im się wyprzedzić jednego z Azjatów, Ryu. Niestety na wyjście na prowadzenie zostawało jedno miejsce, czyli ostatnie dohamowanie. Na nieszczęście dla Shaya i Rossa po nim następował dwuwierzchołkowy zakręt w lewo, kolejny, ostry prawy i meta. Nie tracili jednak nadziei. W jakiś sposób utrzymali się za Xiao i zaryzykowali atak, a raczej zrobił to sam Jacques. Colin zreflektował się i odpuścił, skupiając się na utrzymaniu pozycji.

W tym czasie Shay zahamował przed zakrętem przeszło dziesięć metrów po swoim przeciwniku! To było czyste szaleństwo, ale mogło się udać, ponieważ Japończyk zostawił aż nadto miejsca Kanadyjczykowi. Był to jednak jego plan, który się nie powiódł. Gdy chciał wykonać kontrę, okazało się, że Jacques’owi udało się wyhamować na tyle, by uniemożliwić ten manewr. To jednak było i tak niewystarczające, gdyż Azjata miał znacznie lepszą przyczepność na wyjściu. Wszedł Jacques’owi na wewnętrzną i odebrał mu prowadzenie. Jak się okazało, nie był to koniec emocji. Xiao zablokował ten sam kierunek podczas ostatniego zakrętu, lecz Shay i tak zaryzykował od zewnętrznej. Por fuera1 nie wyszła mu jednak do końca. Gdy był pewien, że znalazł się na przedzie, niespodziewanie dla niego pojawiło się przed nim subaru Xiao.

– Nie, nie! – wykrzyknął, przyglądając się jedynie pędzącemu wrx. – No i świetnie… – Ze złości uderzył prawą ręką w kierownicę. – Półtora tysiaka stracone.

Nie było już miejsca na kontrę. Xiao minął linię mety jako pierwszy. Trzecie miejsce utrzymał Ross.

– Jednym jebanym punktem… Szlag by to trafił! – zaciskając zęby, krzyknął przez otwarte okno do Colina.

– Spokojnie, Jacques, to tylko półtora tysiąca.

– Tylko?! – oburzył się Kanadyjczyk.

– Przecież mamy przeszło czternaście.

– Ale budżet się pomnaża, a nie roztrwania…

– Przecież przed nami jeszcze jeden wyścig. Spokojnie – tonował nastroje przyjaciela Colin.

– Masz rację. – Shay wykonał kilka wdechów i wydechów. – Musimy się na nim skupić.

Niestety drugi wyścig wyszedł im jeszcze gorzej… Na ich szczęście kwota, którą musieli wpłacić za udział, pozostała bez zmian. Na starcie, tuż przy barze, do którego pojechali na piwo, prócz nich i Kamikaze zjawił się zespół Carolina Reapers. Pierwszy z nich prowadził nissana silvię s15, a drugi porsche caymana s.

– Ciekawe barwy mają… Czarna maska, czerwony lakier, biało-czarna błyskawica po obu stronach karoserii… Będzie ciekawie – rzucił do Colina Jacques.

– Skup się na wyścigu, a nie na ich barwach – odparował Ross.

Już od startu widać było różnice w osiągach, a niestety nie było w tym wyścigu krętej sekcji. Colin i Jacques starali się odrabiać do liderów na dohamowaniach, ale tylko marnowali tym opony. Shay jednak nie dawał za wygraną. Colin przesunął się w połowie trasy na piąte miejsce i utrzymywał je ze spokojem przed kierowcą porsche. Jacques natomiast jechał jak opętany. Znalazł się na trzecim miejscu, a na drugie awansował kilkaset metrów później.

Jak on to zrobił?!– dziwił się Ryu. On nie powinien mieć szans być w top trzy przy takiej stawce… Japończyk zaczął się denerwować.

Shay nie zamierzał na tym poprzestać. Zbliżył się do kierowcy lancera i coraz odważniej go podgryzał.

Jestem pod wrażeniem, ale teraz go zgubię.

Po prawym zakręcie, który wypluwał ich na prostą, użył nitra. Meta znajdowała się na jej końcu, przy wyjeździe z terenu Kamikaze. Jacques stracił i drugie miejsce, gdyż Xiao również wykorzystał podtlenek azotu na ostatnich metrach.

Shay i Ross szybko opuścili metę, udając się pod swoją kryjówkę. W niej Jacques nawet nie zamienił z nikim słowa. Umył się raz jeszcze i poszedł do swojego pokoju, zostawiając w salonie Colina i Vanessę.

– Ciężko znosi porażki… – wyjaśniła Rossowi, spoglądając w kierunku pokoju swojego przyjaciela. – Zawsze twierdzi, że to on jest winny tej sytuacji. Nigdy nie słyszałam z jego ust: „przegrałem, bo był po prostu lepszy”. To jest jego słabość. Nie potrafi uczyć się na porażkach i ich nie akceptuje.

– Dziś nawet go rozumiem – Colin usiadł naprzeciwko niej – bo przegrał przez moc samochodu, a to jest naprawdę deprymujące i irytujące.

– Uuu, to może go długo trzymać taki stan, przynajmniej dopóki ich nie pokonacie.

– Serio? – Ross spojrzał zaskoczony na Vanessę. – Przesadzasz chyba…

– W żadnym wypadku – zaprzeczyła Black. – Ale nie ma tego złego. Zawsze można kupić nowy silnik, a ja, dzięki znajomościom, załatwię wam pokaźną zniżkę, zwłaszcza że mam jednego bardzo zaufanego mechanika. On powinien mieć jakieś mocniejsze motory. Ile w ogóle wasze samochody mają koni?

– No mój ma dwieście dwadzieścia, a Jacques’a to nie wiem.

– Chyba mówił coś o dwustu. Na spokojnie znajdziecie mocniejsze w jego warsztacie, nie macie się co martwić.

– To zajebiście! Jutro w takim razie podjedziemy – zdecydował Colin.

– Swoją drogą: ile pieniędzy straciliście?

– Trzy tysiące.

– O, to i tak niedużo. Cóż, dobranoc. Śpij dobrze. – Black posłała Colinowi uśmiech i ruszyła w stronę swojej sypialni.

– Wzajemnie.

***

Następnego dnia atmosfera w kryjówce nie była zbyt ciepła, głównie przez Jacques’a, który wsłuchując się w I Hate Everything About You Three Days Grace, starał się w ogóle nie reagować na Colina i Vanessę. Nawet w trakcie wspólnego śniadania nie miał zamiaru ściągnąć słuchawek.

– On tak zawsze miał? – spytał dziewczynę lekko zmartwiony, ale i poirytowany Colin.

– Czasem aż nadto pokazuje, że jeszcze do pewnych rzeczy nie dorósł – odparła, nie patrząc na Rossa, zażenowana zachowaniem rodaka.

– Nie możemy tego tolerować, bo chłopak się nie zmieni.

– Wiem, ale u niego ciężko cokolwiek zmienić…

– Trzeba będzie spróbować – postanowił Ross.

Po śniadaniu szturchnął Jacques’a.

– No, przynajmniej na to reagujesz.

– O co ci chodzi? – Chłopak odsłonił prawe ucho.

– No jak to wygląda? Stary, nie masz dziesięciu lat. Porażki się zdarzają, są częścią rywalizacji. Nic z tym nie zrobisz.

– Ale oni nie są lepsi od nas! I to mnie, kurwa, irytuje…

– Możesz nie krzyczeć? – Ross delikatnie odsunął się od Jacques’a. – Nie są lepsi, ale mieli lepsze samochody. Gdyby pierwszy wyścig miał trzy okrążenia, wygralibyśmy. Gdyby drugi wczorajszy wyścig był choć trochę dłuższy, wyprzedziłbyś tego lancera i nawet nitro nic by mu nie dało. Szczęście i ułożenie trasy nam nie sprzyjało. Nic z tym nie zrobimy – Colin starał się wytłumaczyć mu wszystko na spokojnie, by ten sam mógł dojść do wniosku, że nie ma sensu długo rozpamiętywać porażek, niezależnie od ich stylu.

Jednak do Shaya nic nie docierało. Ciągle obstawał przy swoim, że to on robił coś źle.

– Człowieku, wytłumacz mi swoje rozumowanie. Czemu masz o to taki ból?

– Bo twierdzę, że pojechali żałosny wyścig, a my tego nie wykorzystaliśmy – odpowiedział Jacques.

– Jechałeś jak Senna w Monako2! Najwidoczniej nic więcej nie mogliśmy wskórać. Czemu jesteś obrażony na cały świat o wynik wyścigu?

– Jestem wściekły na siebie, że z tego nie skorzystałem.

– Colin, przestań. Nie mam zamiaru słuchać dyskusji między wami – wtrąciła się Vanessa. – Jedźcie na siłownię.

– Świetny pomysł – odparł kierowca nissana.

Nim wyszli, Black zatrzymała Rossa.

– Pamiętaj, by wstąpić z nim do Thomasa.

– Tego mechanika?

– Dokładnie. Uzgodniłam z nim wszystko i ma całkiem fajne podzespoły dla was.

– To świetnie.

***

Gdzie on jedzie?– dziwił się Shay, obserwując z tyłu Rossa.

– Colin, dokąd ty jedziesz? – Zadzwonił do swojego partnera.

– W takie jedno miejsce.

Pod warsztat przybyli kilka chwil później. Wchodząc, od razu zostali zaczepieni przez Thomasa.

– Jacques Shay i Colin Ross?

– Tak. Vanessa ci już o nas mówiła?

– Mniej więcej. – Mechanik odwrócił się do laptopa po słowach Colina. – Jesteście po nowe silniki?

– Czyli na pewno mówiła.

– Chwila. Colin, o co tu chodzi? Jakie silniki? – Jacques był całkowicie zdezorientowany.

– Dwieście koni to zdecydowanie za mało. Musimy znacznie wzmocnić nasze maszyny.