Pokój w Windzie - Eli M. - ebook

Pokój w Windzie ebook

Eli M.

0,0

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Tu nikt nie kocha normalnie.
Tu uczucia uzależniają, niszczą i powoli odbierają człowieczeństwo.
Granica między miłością a obsesją przestaje istnieć, a potrzeba bycia kochanym zamienia się w coś chorego. W coś niebezpiecznego.
Bo czasem miłość nie jest wyborem.
Czasem jest psychopatyczną obsesją, która potrafi zmienić człowieka w potwora.
To historia, której nie da się jedynie przeczytać.
Trzeba ją poczuć.
Każde napięcie. Każdy strach. Każde chore pragnienie.
Jak daleko można się posunąć… żeby zostać kochanym?

Eli M. tworzy historię pełne emocjonalnego napięcia obsesji i relacji balansujących na granicy pożądania oraz mroku. W swoich książkach odważnie pokazuje pragnienia, które potrafią zmienić człowieka w jego własny cień. Jej historię nie mają być jedynie czytane - mają być odczuwane. Każde spojrzenie, napięcie i każdą emocja mają sprawić że czytelnik poczuje bohaterów tak jak by stał obok nich.

Pokój w Windzie to jej debiutancka powieść dark romanse. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 290

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja: Magdalena Misuno

Korekta: Anna Strakowska

 

Projekt okładki: Tadeusz Bisewski

Grafika na okładce: Eli M.

 

Projekt graficzny środka: Tadeusz Bisewski

Skład: Tadeusz Bisewski

Korekta składu: Marek Sowa

 

 

Copyright ® by Eli M.

Copyright ® by Pan Wydawca

 

 

ISBN 978-83-68622-57-7

 

Wydanie 1

Gdańsk 2026

 

Pan Wydawca

 

panwydawca.pl

Eli M.

 

 

 

Pokój

w

Windzie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cztery osoby.

Cztery historie.

Cztery prawdy:

każda bolesna inaczej,

każda równie nieodwracalna.

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

Winda – mechaniczna przestrzeń: ciasna, zamknięta, pozbawiona światła dnia.

W niej pokój. Ściany nie zmetalu, lecz zciszy. Nie pachnie smarem, ale napięciem ipotem.

Drzwi nie zamykały się po to, by zawieźć kogoś na inne piętro. One zamykały się, by coś się zaczęło. Albo skończyło.

On nie prosił. On brał. Zawsze wmilczeniu. Każde spojrzenie było ostrzejsze niż słowo, akażdy dotyk przekraczał granice, które inni stawiali zlęku.

Cztery osoby. Cztery historie. Cztery prawdy: każda bolesna inaczej, każda równie nieodwracalna. Apożądanie? Było tam, zanim przyszli. Inie opuściło nikogo, nawet wtedy, gdy drzwi zamknęły się na dobre.

 

 

 

Lili

 

 

 

Stoję na przystanku imarznę. Palę papierosa, zaciągam się głęboko, czując, jak dym wypełnia moje płuca. Przede mną przemykają luksusowe samochody – eleganckie, błyszczące, doskonałe. Jakby pochodziły zinnej rzeczywistości. Rzeczywistości, do której nie należę. Patrzę na nie izadaję sobie to samo pytanie co zawsze. Dlaczego nie ja? Dlaczego to nie ja siedzę za kierownicą iczuję, że życie jest po mojej stronie? Dlaczego to mnie dotknęła bieda, chaos ito przeklęte dzieciństwo, które skończyło się szybciej niż powinno?

Jestem jedynaczką. Podobno jedynaczki mają wszystko. Są księżniczkami, uktórych stóp leży świat. Iprzez dziewięć lat naprawdę tak było. Miałam swój bajkowy świat. Żyliśmy wpięknym domu, jasnym, ciepłym, zogrodem imoim różowym pokojem, który wyglądał jak domek dla lalek.

Byłam księżniczką dla mojego ojca. Kochał mnie. Śmiał się ze mną. Byłam jego oczkiem wgłowie. Ojciec. Mój rycerz. Mój bohater. Śmiał się ze mną, zabierał na lody iplace zabaw. Nosząc mnie na barana, mówił, że nikt nigdy nie zrobi mi krzywdy.

– Tato, zsuwam się! – krzyczałam radośnie.

– Nie martw się kochanie, nie pozwolę ci spaść. Zawsze będziesz moją małą księżniczką – odpowiadał, chwytając mnie mocniej.

Mówił, że mnie kocha. Apotem… potem przyszedł ten dzień.

Ojciec odszedł do młodszej kobiety, pozostawiając po sobie pustkę, której nic nie było wstanie wypełnić. Ico gorsze, kochanka była wciąży. Choć ojciec bardzo mnie kochał, musiał odejść. Nie mógł zostawić kochanki, która spodziewała się potomstwa. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Byłam tylko dzieckiem, ale już wtedy czułam, że coś we mnie umarło, coś się skończyło. Nie chciałam uwierzyć, że mój doskonały rycerz mógł zrobić tak podłą rzecz. Moja mama też nie była wstanie się ztego otrząsnąć. Uważała, że to ona była winna rozpadu ich idealnego świata.

Później przyszły kolejne ciosy. Rok po odejściu ojca dowiedziałam się ojego chorobie. Bardzo ciężko zaniemógł iumarł na raka. Wtedy mój świat zawalił się po raz kolejny. Przestałam wierzyć wcokolwiek. Wszystko, co kiedyś było dobre, zniknęło na zawsze.

A potem przyszedł moment, który przelał czarę goryczy. Straciłyśmy nasz dom. Miejsce, które było całym moim światem. Pewnego dnia matka powiedziała mi, że nie stać nas na mieszkanie wtakim dużym domu wziętym na kredyt imusimy się wyprowadzić. Po śmierci ojca pozostała tylko jego renta, która nie wystarczała na spłatę raty. Nie rozumiałam tego. Jak to? Przecież tu dorastałam! Tu są moje zabawki, moje książki, mój różowy pokój. Dokąd pójdziemy?

Trafiłyśmy do obskurnej kamienicy wbiednej dzielnicy. Do świata, wktórym nikt nie miał łatwo. Gdzie ludzie zapieprzali od rana do nocy, żeby tylko mieć na czynsz iniewyszukane jedzenie. Gdzie na klatce schodowej śmierdziało wilgocią, asąsiadka zdołu wiecznie krzyczała na swojego faceta. To nie był mój świat. Nie umiałam się wnim odnaleźć. Byłam wszoku. Jeszcze wczoraj miałam własny ogród, huśtawkę idom, wktórym pachniało szarlotką. Ateraz spałam wciasnym pokoju, wktórym ściany były pokryte wykwitami wilgoci, zmuszona do słuchania kłótni sąsiadów, niosących się po całej kamienicy.

Matka próbowała nas utrzymać. Pracowała do granic wytrzymałości. Apotem wnaszym życiu pojawił się on. Nowy facet. Pasożyt. Siedział, pił, oglądał telewizję, gdy matka harowała, żeby mieć na czynsz ijego piwo. On był na rencie, ale dostawał marne grosze. Dogryzał mi, traktował mnie jak śmiecia, jak niepotrzebny mebel wdomu, który należał teraz do niego. Odpowiadałam mu. Oczywiście, że odpowiadałam. Nie dawałam sobą pomiatać. Kłóciłam się, wrzeszczałam. Ale to nic nie dawało. Matka miała już dość.

I tak skończyło się moje piękne życie.

Miałam wszystko. Apotem musiałam liczyć każdy grosz. Musiałam nauczyć się, jak to jest nie mieć nic. Jak to jest czuć się zbędnym. Nie chcę tak żyć! Nie chcę budzić się każdego dnia ztym bólem wpiersi, ztym samym uczuciem, że to życie nie jest moje, że to jakaś niekończąca się kara. Dlatego się nie zatrzymuję. Dlatego robię, co mogę, żeby nie skończyć jak oni. Bo ja się nie boję. Nie boję się świata, nie boję się ryzyka. Boję się tylko jednego – że obudzę się któregoś dnia izrozumiem, że zmarnowałam swoją szansę. Że zostałam tutaj na zawsze.

Dlatego teraz pracuję.

Zapieprzam, żeby mieć na studia, żeby wyrwać się ztego bagna, które mnie pochłaniało przez tyle lat. Nie mam nikogo, kto by mnie uratował. Nikt nie poda mi ręki. Patrzę na mijające mnie auta iwiem jedno: jeśli chcę coś mieć, muszę sobie sama na to zapracować, inaczej utknę tu do końca życia. Ato byłoby nie do zniesienia.

 

 

Nikolas

 

 

 

Jadę przez miasto swoim Ferrari. Silnik mruczy, asfalt sunie pod kołami, światła latarni odbijają się wszybie. Mijam ludzi, przystanki, ulice. Nic mnie nie obchodzi. Do czasu, aż widzę ją.

Zatrzymuję się przed pasami. Iwtedy to się dzieje. Ona. Nasze spojrzenia się krzyżują. Oszałamiająco piękna. Ale nie woczywisty sposób. Naturalna, delikatna, pozornie zwyczajna. Taka, która nigdy nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo jest pociągająca. Wystarczyło jedno spojrzenie ijuż wiem. Będzie moja. Nie mam co do tego wątpliwości. Przejeżdżam kawałek dalej, zatrzymuję samochód, obserwuję. Stoi na przystanku, wświetle ulicznej latarni. Wyciąga papierosa, próbuje go odpalić, ale zapalniczka odmawia posłuszeństwa. Drżące palce, lekkie napięcie na jej twarzy. Czuję, jak wzbiera we mnie coś niekontrolowanego. Już wiem, że ją chcę. To przeznaczenie.

Gdy wsiada do tramwaju, nie zastanawiam się ani chwili. Jadę za nią. Śledzę każdy jej ruch. Jej sylwetka kołysze się wrytm szarpnięć wagonu, odgarnia włosy ztwarzy, patrzy przez szybę. Nie zdaje sobie sprawy, że już jest częścią mojej historii. Po kilku przystankach wysiada. Patrzę, jak zatrzymuje się przed niewielką restauracją. Tanią. Zwyczajną. Idealną. Kelnerka. Uśmiecham się sam do siebie. Nie mogło być lepiej.

Za parę dni mam spotkanie zmoimi klientami. Ijuż wiem, gdzie się ono odbędzie. To nie szczęśliwy traf. Tak miało być.

Bo ja zawszę dostaję to, czego chcę.

 

 

Lili

 

 

 

Pracuję wrestauracji na skraju miasta. Wmiejscu, do którego ludzie przychodzą świętować, gdzie odbywają się wesela, bankiety, przyjęcia. Świat białych obrusów, lśniących kieliszków iśmiechu, który odbija się od kryształowych lamp, jak echo innego życia.

Pracuję zAleksem. Moim Aleksem. Przyjacielem od zawsze. Wychowywaliśmy się razem, jak rodzeństwo, jak para obcych, odrzuconych przez świat. Dzięki niemu nigdy nie czułam się naprawdę sama. Wdzieciństwie to ja byłam jego opoką, gdy chłopcy wyzywali go od ciot za te jego długie włosy isposób chodzenia. Dzieci są bezwzględne. Ale my byliśmy silni. Byliśmy „my” ireszta świata.

Czasem wydawało mi się, że Aleks czuje do mnie coś więcej. Patrzył na mnie tym swoim spojrzeniem, które znałam na pamięć. Ale to była tylko iluzja. Aleks był gejem. Nie mógł zakochać się we mnie. Nasza więź była czymś innym, głębszym, czystym, nierozerwalnym. Przeżyliśmy razem wiele. Szkołę. Porażki. Pierwsze prace. Pierwsze sekrety. Dzieliliśmy się wszystkim, dobrym izłym, upadkami iwzlotami. Wiedzieliśmy, że możemy sobie zaufać wpełni.

Wciąż pamiętam jedno zdarzenie zrestauracji, które do dziś mnie bawi. Zawsze byłam tą, która ryzykuje ibierze to, czego chce, zanim ktoś zdąży zapytać „dlaczego?”. Na jednym zwesel wylądowałam zpanem młodym wtoalecie. Impuls. Chwila. Oddech. Nic więcej. Aleks nas nakrył. Wjego oczach zamigotało coś, czego nie umiałam nazwać. Szok? Zażenowanie? Amoże rozczarowanie? Przez sekundę pomyślałam nawet, że chciałby do nas dołączyć, ale może to tylko moja wyobraźnia.

Moje życie wtedy było pozbawione trosk, zmartwień izahamowań. Wychodziłam zkażdej sytuacji obronną ręką, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

Aż pewnego dnia szef oznajmił, że wieczorem mamy przyjęcie dla bogatych biznesmenów. Samo to słowo „biznesmeni” sprawiało, że ściskało mnie wżołądku. Wiedziałam, jacy są. Aroganckie, napompowane własnym ego dupki, które myślą, że mogą kupić każdego.

Pracując wrestauracji, widziałam to wielokrotnie. Pokaźne napiwki, azaraz potem dłoń klepiąca mnie po tyłku. Czułam się wtedy jak trofeum – brudne, tanie, choć wzłotej oprawie. To doświadczenie utwierdziło mnie wtym, że ci, którzy mają pieniądze, często są nadętymi egoistami. Choć gdzieś wśrodku wiedziałam, że nie wszyscy są tacy, moje odczucia względem mężczyzn już od dawna nie były zbyt pozytywne.

Ojciec odszedł, gdy byłam dzieckiem. Zostawił mnie, moją matkę, nasz dom. Zdnia na dzień zniknął zmojego życia. Wraz znim ulotniła się moja wiara wto, że mężczyzna może dać cokolwiek poza rozczarowaniem.

Nie chciałam skończyć jak matka. Nigdy. Gdyby to zależało ode mnie, przyszłabym do pracy wdresie, bez makijażu, ztłustymi włosami. Żeby tylko im pokazać, że mam ich gdzieś. Że nie jestem kolejną idiotką, która robi zsiebie lalkę dla ich rozrywki. Ale nie mogłam. Musiałam być profesjonalna. Musiałam wyglądać jak trzeba.

Niechętnie stanęłam przed lustrem wszatni. Szczupła, proporcjonalna sylwetka. Kręcone blond włosy. Zielone oczy. Biust, który przyciągał spojrzenia. Patrzyłam na siebie izastanawiałam się, czy moje ciało to atut, czy klątwa, skazująca mnie na bycie obiektem obleśnych spojrzeń bogatych dupków. Włożyłam sukienkę: prostą, elegancką, dopasowaną, tak by nikt nie pomyślał, że stroję fochy. Do tego szpilki – niezbyt wygodne, ale pasujące do sukienki. Makijaż delikatny, ale wystarczający, by nie usłyszeć: „Wyglądasz na zmęczoną”. Zacisnęłam zęby iwyszłam na salę.

Luksusowe samochody podjeżdżały przed restaurację jak drapieżniki sunące bezszelestnie wmroku. Zich wnętrza wychodzili mężczyźni widealnie skrojonych garniturach, zzegarkami wartymi więcej niż moje życie. Ich uśmiechy były ostre, wyćwiczone, zimne. Poczułam, jak żołądek zaciska mi się tak mocno, że przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Chciałam, żeby ten wieczór się skończył, zanim na dobre się zaczął. Żeby oni zniknęli wswoich apartamentach, wrócili do żon ikochanek, zdala ode mnie. Ale wiedziałam, że to dopiero początek.

Ich spojrzenia przesuwały się po moim ciele jak palce. Natarczywe, wyrachowane, pewne siebie. Zawsze to samo: pieniądze, władza, przekonanie, że każda kobieta jest do kupienia. Zacisnęłam palce na tacy tak mocno, że zbielały mi knykcie.

I wtedy go zobaczyłam.

 

 

Aleks

 

 

 

Dorastałem wdzielnicy, gdzie powietrze pachniało kurzem, spalinami icodziennym przetrwaniem. Każdy dzień był walką ocoś więcej, olepsze jutro, oprzyszłość, oodrobinę nadziei, która wtakich miejscach ulatniała się szybciej niż poranna mgła.

W dużej sali sierocińca, wśród rzędów metalowych łóżek ustawionych jak żołnierskie szeregi, śniłem ojednym – że ktoś mnie kiedyś znajdzie. Nie potrzebowałem wiele. Wystarczyłoby, żeby ktoś spojrzał na mnie ipowiedział: „To on. To nasz chłopiec”.

I pewnego dnia pojawili się oni.

Ona: kobieta ooczach, wktórych było więcej ciepła, niż znał cały mój dotychczasowy świat. Jej głos był miękki, pachniała domem, choć jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy. Ion, milczący, trochę nieśmiały, jakby bał się, że szczęście, które właśnie trzyma wdłoniach, może się rozsypać jak rozbite szkło.

Adoptowali mnie. Powiedzieli, że długo czekali. Że modlili się, aż wkońcu pojawiłem się ja.

Aleks. Ich syn.

Nie mieliśmy wiele. Nasz dom był mały, ale pachniał pieczonym chlebem ibrzmiał dźwiękiem radia, które grało wkuchni, gdy mama szykowała śniadanie.

Tata był kierowcą tira, zawsze wdrodze, tysiące kilometrów od nas. Wracał zmęczony, ztwarzą spaloną słońcem, pachnąc rozgrzanym asfaltem. Nie mówił dużo, ale zawsze przywoził jakiś drobiazg: breloczek, kartkę, czekoladowego batonika.

Wtedy wiedziałem, że zawsze omnie pamięta.

Mama była moim światem.

Pracowała wsklepie spożywczym, awieczorami sprzątała biura, żebyśmy mieli na rachunki. Wracała późno ipo cichu, żeby mnie nie obudzić. Ale często nie spałem. Siedziałem przy stole, zkubkiem ciepłego mleka, słuchając dźwięku kroków na klatce schodowej.

Kiedy zamek wdrzwiach zgrzytał, czułem, jak moje serce przyspiesza. Wchodziła zmęczona, jej dłonie pachniały detergentem, awłosy chłodnym powietrzem nocy. Uśmiechała się, choć woczach miała cień.

„Wszystko dobrze, kochanie”, mówiła.

A ja kiwałem głową, udając, że wierzę.

Starałem się pomagać. Sprzątałem, odrabiałem lekcje, byłem grzeczny. Nie dlatego, że ktoś mnie zmuszał, ale dlatego, że chciałem zasłużyć na to, co dostałem. Na dom. Na miłość. Na ten jeden błysk, który kiedyś ujrzałem wjej oczach: „To on”.

Nie mieliśmy wiele, ale mieliśmy siebie.

A dla dziecka, które kiedyś czekało na rodziców pośród setek innych dzieci, to znaczyło wszystko. To był mój początek. Cichy, prosty, ale prawdziwy.

W szkole byłem tym, który zawsze stoi zboku.

Jak cień przyklejony do ściany, jak duch przemykający korytarzami, obecny, ale niewidzialny. Zeszyt wdłoni, głowa spuszczona, za wszelką cenę nie rzucać się woczy, żeby ci, których wzrok był tak pełen pogardy, nie zauważyli.

Nie należałem do żadnej paczki.

Nie miałem markowych butów, nowego telefonu, opowieści owakacjach, które trzeba było mieć, żeby istnieć. Byłem tym dziwnym, którego mijało się bez słowa. Nauczyciele kojarzyli mnie tylko wtedy, gdy sprawdzali obecność.

Nie sprawiałem problemów. Nie wychylałem się.

Jakby moja niewidzialność była jedynym sposobem, by przetrwać.

Czasem siadałem sam na parapecie na końcu korytarza. Udawałem, że czytam, ale wrzeczywistości tylko liczyłem minuty do dzwonka. Świat za oknem był jak film, wktórym nigdy nie dostałem roli. Marzyłem, żeby ktoś usiadł obok izapytał, czy wszystko wporządku. Ale nikt nie siadał.

W takich szkołach samotność była jak niewidoczny znak przynależności. Wypalona gdzieś pod skórą tym, którzy zbyt wcześnie dorośli, zbyt wiele widzieli, zbyt długo musieli udawać, że nic ich nie boli.

Słyszałem szepty za plecami, czasem śmiech, który gasł, gdy się odwracałem. Czułem spojrzenia, które mówiły: „on jest inny”. Aja tylko chciałem pasować. Chciałem, żeby ktoś zobaczył we mnie coś więcej niż dziwaka. Ale nikt nie widział. Aż do tamtego dnia.

Bo właśnie wtedy, kiedy byłem pewien, że wiem już wszystko opustce isamotności, zobaczyłem ją. Stała na chodniku naprzeciwko. Nowa, nieznana, zinnego świata. Nie wiedziałem jeszcze, że ten moment, tak zwyczajny, tak niepozorny, będzie punktem zwrotnym wmoim dotychczasowym życiu.

Nowi sąsiedzi.

Nowe możliwości.