Broken Oaths - Aleksandra R. Falco - ebook
NOWOŚĆ

Broken Oaths ebook

Aleksandra R. Falco

5,0

192 osoby interesują się tą książką

Opis

Aria Jones próbuje odzyskać spokój po bolesnej sytuacji, która zachwiała jej codziennością. Mimo ogromnego talentu i prestiżowego stypendium zmuszona jest walczyć o swoją przyszłość. Pracuje w bibliotece i usiłuje poukładać życie na nowo. Muzyka pozostaje jedyną przestrzenią, gdzie na kilka chwil może o wszystkim zapomnieć.

Connor Scott od lat buduje świat oparty na kontroli. Jako jeden z najpotężniejszych ludzi w świecie cyberbezpieczeństwa ma świadomość, że informacje są najcenniejszą walutą. Nie ufa nikomu i nie pozwala sobie na emocje – do czasu.

Kiedy drogi dwojga zupełnie obcych ludzi przypadkiem się przecinają, między nimi rodzi się uczucie, którego żadne z nich nie planowało.

Dla Arii to coś zadziwiająco prawdziwego.

Dla Connora coś, czego nie powinien chcieć.

On wie jednak o sprawach, do których ona nie została dopuszczona. Sekret sprzed lat łączy ich rodziny w sposób znacznie bardziej niebezpieczny, niż mogliby przypuszczać.

W rzeczywistości, w której każdy sekret ma swoją cenę, a przeszłość nigdy nie zostaje pogrzebana na zawsze, miłość może okazać się największą słabością.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 329

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia 😎
30
josephine_B

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka
20
SunaiConte

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam ❤️😌
20
madzialegmi

Nie oderwiesz się od lektury

no i to ja rozumiem, coś nowego, powiew świeżości no i ta chemia między nimi. Bosko
10



Co­py­ri­ght ©2026 by Alek­san­dra R. Fal­co

Wy­da­nie pierw­sze, 2026

Wy­da­nie wła­sne

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Ju­sty­na Szym­kie­wicz @daj.mi.slo­wo

Ko­rek­ta: Ka­ro­li­na Dró­żdż-Ba­det­ko, Ka­mi­la Po­la­ńska, Mar­ty­na Re­ster­na

Skład i ła­ma­nie: Mi­chał Bog­da­ński

Pro­jekt okład­ki i opra­wa wi­zu­al­na: Ka­mi­la Po­la­ńska @de­si­gn_y­our_co­ve­r_wi­th_me

ISBN: 978-83-981134-0-3

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej pu­bli­ka­cji nie może być po­wie­la­na, prze­cho­wy­wa­na ani roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez uprzed­niej zgo­dy au­to­ra, z wy­jąt­kiem cy­ta­tów wy­ko­rzy­sty­wa­nych w ce­lach re­cen­zji, omó­wień lub ana­liz, pod wa­run­kiem po­da­nia źró­dła

Dla tych, któ­rzy mu­sie­li się roz­sy­pać, żeby na­uczyć się skła­dać sie­bie na nowo.

Dla tych, któ­rzy ko­cha­li… mimo stra­chu i zo­sta­li… mimo bólu.

I dla tych, któ­rzy wci­ąż wie­rzą, że na­wet po naj­gor­szej bu­rzy za­wsze wyj­dzie sło­ńce.

Rozdział 1

Aria

To miał być zwy­kły dzień. Bu­dzik, osiem ki­lo­me­trów bie­gu po mo­krym as­fal­cie, szyb­ki prysz­nic i lek­kie śnia­da­nie. Za­ło­ży­łam ulu­bio­ne je­an­sy, mi­ęk­ki swe­ter i czar­ny płaszcz – deszcz w No­wym Jor­ku ostat­nio był co­dzien­no­ścią. Wło­sy zwi­ąza­łam, bo nie było sen­su wal­czyć z wil­go­cią.

Za­trza­snęłam drzwi, prze­su­nęłam dło­nią po wy­słu­żo­nym da­chu mo­je­go For­da i ru­szy­łam. So­bo­ta ozna­cza­ła do­dat­ko­wą zmia­nę w bi­blio­te­ce – pa­nią Lar­son roz­ło­ży­ła gry­pa, a ja mia­łam ra­chun­ki, kre­dyt stu­denc­ki i dłu­gi, któ­re mu­sia­łam ure­gu­lo­wać.

Po śmier­ci mamy było mi odro­bi­nę trud­no. Już wcze­śniej nie ży­ły­śmy na wy­so­kim po­zio­mie, bo to w tym mie­ście jest rzad­ko mo­żli­we, ale gdy jej za­bra­kło, a wszyst­ko spa­dło na moje bar­ki, mu­sia­łam zro­bić wszyst­ko, aby spu­ści­zna, któ­ra po niej zo­sta­ła, po­zo­sta­ła nie­tkni­ęta. Mój oj­ciec od lat nie pła­cił ali­men­tów. Tak w za­sa­dzie nie wiem, czy gdy­bym spo­tka­ła go na uli­cy, by­ła­bym w sta­nie go roz­po­znać. Raz uda­ło mi się ukrad­kiem po­dej­rzeć jego zdjęcie. Od tam­te­go mo­men­tu mi­nęło spo­ro cza­su, a mama rze­czy po nim skrzęt­nie po­cho­wa­ła albo spa­li­ła.

Od­kąd tyl­ko si­ęgam pa­mi­ęcią, pra­co­wa­ła na dwa eta­ty i do­ryw­czo po­ma­ga­ła w domu opie­ki, by ni­g­dy ni­cze­go nam nie bra­ko­wa­ło, a na­wet dzi­ęki temu nie było ko­lo­ro­wo. Gdy kosz­ty jej ho­spi­ta­li­za­cji po­chło­nęły wszyst­kie na­sze oszczęd­no­ści, a fir­ma ubez­pie­cze­nio­wa nie wy­pła­ci­ła mi jesz­cze na­le­żno­ści z po­li­sy na ży­cie, któ­rą mama opła­ca­ła przez kil­ka­na­ście lat, zo­sta­łam zmu­szo­na do po­zo­sta­nia w ro­dzin­nym domu, wśród ścian, któ­re wi­dzia­ły ka­żdą łzę ra­do­ści i bez­rad­no­ści przez ostat­nie dwa­dzie­ścia je­den lat. Jed­nak je­dy­ne, o czym pa­mi­ęta­łam w tym mo­men­cie, to jej ostat­nie chwi­le tu­taj. Le­ka­rze po­zwo­li­li nam wró­cić do domu, żeby te dni mo­gła spędzić w zna­jo­mym oto­cze­niu.

Z le­tar­gu wy­bu­dził mnie dźwi­ęk klak­so­nu. Zno­wu się wy­łączy­łam. Nie mo­głam nad tym za­pa­no­wać, to wszyst­ko było wci­ąż zbyt świe­że. Rana jesz­cze się nie za­skle­pi­ła.

Zer­ka­jąc na ze­ga­rek, stwier­dzi­łam, że zdążę jesz­cze we­jść do skle­pu po małe za­ku­py. 7-Ele­ven było po dro­dze.

W środ­ku pach­nia­ło wy­pie­ka­mi i świe­ży­mi owo­ca­mi. Ga­pi­łam się na pó­łki i w my­ślach po­wta­rza­łam: po­mi­do­ry, sa­ła­ta, ma­ka­ron, naj­ta­ńsza kawa. Wte­dy ktoś gwa­łtow­nie wpa­dł na mój wó­zek skle­po­wy, a ser­ce za­bi­ło mi moc­niej.

– Pani wy­ba­czy. – Tembr jego gło­su wy­wo­łał we mnie nie­spo­dzie­wa­ne uczu­cie. Po­czu­łam dziw­ne cie­pło w ca­łym cie­le. Mężczy­zna unió­sł brew, za­pew­ne cze­kał na moją re­ak­cję.

– Nic się nie sta­ło, to moja wina, sta­łam na środ­ku alej­ki. – Czu­łam, jak na po­licz­ki wkra­da mi się so­czy­sty ru­mie­niec. Mu­sia­łam ode­jść jak naj­szyb­ciej, po­trze­bo­wa­łam za­czerp­nąć po­wie­trza, któ­re nie by­ło­by prze­si­ąk­ni­ęte jego per­fu­ma­mi. – Ży­czę panu mi­łe­go dnia! I jesz­cze raz prze­pra­szam.

Niech szlag tra­fi moje do­bre wy­cho­wa­nie, po­win­nam od­wró­cić się i po pro­stu ode­jść. Aura tego nie­zna­jo­me­go po­chła­nia­ła wszyst­ko w ob­rębie kil­ku­na­stu me­trów.

Na­le­ża­ło uciec, za­nim zu­pe­łnie stra­ci­ła­bym gło­wę. Po­pchnęłam wó­zek w stro­nę kas. Ka­sjer­ka uśmiech­nęła się do mnie pó­łgęb­kiem. Ter­mi­nal za­ci­ął się na se­kun­dę i do­pie­ro po­tem przy­jął płat­no­ść.

– Dziś wszyst­ko wa­riu­je – mruk­nęła.

Zby­łam to mach­ni­ęciem ręki

– Hej! Po­cze­kaj! – usły­sza­łam za ple­ca­mi, gdy scho­wa­łam pa­ra­gon do kie­sze­ni płasz­cza i szyb­kim kro­kiem kie­ro­wa­łam się w stro­nę drzwi wy­jścio­wych.

Na par­kin­gu deszcz za­mie­nił się w gęstą mżaw­kę. Do­strze­głam czar­ne­go Mer­ce­de­sa G kla­sy. Na taki sa­mo­chód mógł so­bie po­zwo­lić tyl­ko ktoś, kto nie li­czy się z ceną. Po­my­śla­łam, że to na pew­no jego sa­mo­chód. Gdy­bym tyl­ko wte­dy wie­dzia­ła…

W bi­blio­te­ce za­pach pa­pie­ru dzia­łał jak bal­sam. Ka­ta­lo­gi, zwro­ty, krót­kie roz­mo­wy z czy­tel­ni­ka­mi – to była moja co­dzien­no­ść i bez­piecz­na przy­stań. Sta­ra­łam się ca­łko­wi­cie od­dać pra­cy, ale ob­raz nie­bie­skich tęczó­wek wra­cał ni­czym bu­me­rang, zu­pe­łnie jak głos, któ­ry brzmiał w mo­jej gło­wie jak echo…

O czwar­tej trzy­dzie­ści te­le­fon za­wi­bro­wał, wy­sy­ła­jąc po­wia­do­mie­nie z apli­ka­cji in­for­ma­cyj­nej. „Atak na ser­we­ry miej­skie. Część sys­te­mów w try­bie of­fli­ne, mo­żli­we wy­cie­ki da­nych”. Klik­nęłam od­ru­cho­wo, chcąc po­znać tre­ść. Ar­ty­kuł był krót­ki, bez żad­nych kon­kre­tów, zu­pe­łnie jak­by ktoś się spie­szył, żeby po­dać jako pierw­szy in­for­ma­cję opi­nii pu­blicz­nej. „Zwi­ęk­szo­na ak­tyw­no­ść w sie­ci”, „Wek­tor ata­ku nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia”, „Wspó­łpra­ca z pry­wat­nym sek­to­rem”. Zi­gno­ro­wa­łam to. W No­wym Jor­ku ta­kie aler­ty były na po­rząd­ku dzien­nym, tak samo jak te o strze­la­ni­nach.

Za­mknęłam bi­blio­te­kę po siód­mej wie­czo­rem. Me­ta­licz­ny szczęk zam­ka po­nió­sł się echem. Deszcz ustąpił, a uli­ce błysz­cza­ły w świe­tle lamp. Mi­nęłam kil­ku prze­chod­niów z pa­ra­so­la­mi, któ­rzy tak jak ja do­kądś się spie­szy­li.

W domu zdjęłam buty, od­wie­si­łam płaszcz i skie­ro­wa­łam się w stro­nę kuch­ni, gdzie wsta­wi­łam wodę na her­ba­tę. W mi­ędzy­cza­sie od­two­rzy­łam Mo­zar­ta – XI so­na­tę A-dur – żeby spró­bo­wać od­ci­ąć się od emo­cji tego dnia. Mu­zy­ka wy­pe­łnia­ła po­kój, a ja za­pi­sy­wa­łam w ze­szy­cie, by za­pła­cić prąd, spraw­dzić sta­tus wy­pła­ty z po­li­sy, wy­sta­wić ku­bły na śmie­ci. Zwy­kłe, co­dzien­ne spra­wy, o któ­rych nie mo­głam za­po­mnieć.

Le­żący obok mnie te­le­fon za­wi­bro­wał. Do­sta­łam po­wia­do­mie­nie z ban­ku: „Lo­go­wa­nie z no­we­go urządze­nia – je­śli to nie ty, zmień ha­sło”. Czym prędzej to zro­bi­łam, cho­ciaż wszyst­ko na po­zór wy­gląda­ło nor­mal­nie. Kie­dy chcia­łam odło­żyć ko­mór­kę, w rogu ekra­nu mi­gnęła iko­na syn­chro­ni­za­cji. Uzna­łam, że to za­pew­ne sła­by za­si­ęg przez po­go­dę. Wy­łączy­łam Wi-Fi i prze­łączy­łam się na dane ko­mór­ko­we.

Pó­źnym wie­czo­rem, tuż przed pó­jściem spać, za­sło­ni­łam okna w sa­lo­nie. Przez chwi­lę mia­łam wra­że­nie, że ktoś stoi przed moim do­mem. Cień mógł być od drze­wa, na któ­re pa­da­ło świa­tło ulicz­nej la­tar­ni, ale moje ser­ce i tak przy­spie­szy­ło. Sta­ra­łam się uci­szyć pędzące ni­czym wy­ści­gów­ka wi­zje.

Gdy za­sy­pia­łam, moje my­śli po­now­nie wró­ci­ły do nie­go. Do nie­bie­skich oczu wpa­tru­jących się we mnie, jak­by po­tra­fi­ły od­kryć ka­żdą ta­jem­ni­cę. Śmia­łam się sama do sie­bie z tego, jak ab­sur­dal­nie się za­cho­wu­ję, że tak bar­dzo po­ru­szy­ło mną przy­pad­ko­we spo­tka­nie z tam­tym mężczy­zną. Ale nie mo­głam wy­łączyć ani zmie­nić toru swo­ich roz­wa­żań. Po­zo­sta­ło mi je je­dy­nie za­ak­cep­to­wać.

W pó­łśnie usły­sza­łam krót­kie, ci­che „pik”.

Dźwi­ęk po­wia­do­mie­nia?

A może tyl­ko moja gło­wa, któ­ra od rana nie po­tra­fi­ła nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

To za­pew­ne nic ta­kie­go…

Rozdział 2

Connor

Rzad­ko kie­dy ro­bię za­ku­py sam. Za­zwy­czaj mam od tego lu­dzi, ale tego po­ran­ka coś mnie tknęło. Po­trze­bo­wa­łem kawy albo cze­go­kol­wiek, co po­sta­wi mnie na nogi po za­rwa­nej nocy. Dwie blon­dyn­ki, któ­re wró­ci­ły ze mną po im­pre­zie, wy­ssa­ły ze mnie reszt­ki ener­gii. Zwy­kle ta­kie przy­go­dy ko­ńczy­ły się jed­ną wiel­ką pust­ką, ale tym ra­zem do­dat­ko­wo to­wa­rzy­szy­ły mi ból gło­wy i roz­dra­żnie­nie.

Te­le­fon przy uchu brzęczał nie­prze­rwa­nie. Ryan na­wi­jał coś o ko­lej­nych pró­bach ata­ku na nasz ser­wer. Po­wi­nie­nem go słu­chać, ale by­łem zbyt roz­ko­ja­rzo­ny. Ka­żdy dzień w moim ży­ciu to wal­ka z ko­lej­ny­mi za­gro­że­nia­mi, a on do­sko­na­le wie­dział, że nie ma sen­su za­wra­cać mi gło­wy dro­bia­zga­mi. Jed­nak tym ra­zem w jego gło­sie brzmia­ła nuta pa­ni­ki. „Po­dej­rza­ne lo­go­wa­nia”. „Trans­fe­ry w tle”. „Ktoś grze­bie przy na­szych sys­te­mach”. Jed­nak kie­dy pa­dły sło­wa „wy­ciek da­nych”, krew we mnie za­wrza­ła.

I wte­dy, za­miast sku­pić się na tym, co wła­śnie usły­sza­łem, wpa­dłem na nią.

Drob­na syl­wet­ka. Za­sko­cze­nie w zie­lo­nych oczach wy­gląda­jących jak dwie za­klęte kro­ple szma­rag­du. Gdy­by nie moja szyb­ka re­ak­cja, upa­dła­by na podło­gę. Zła­pa­łem ją za ra­mio­na i uto­nąłem w jej spoj­rze­niu. Mia­ła w so­bie coś, co spra­wia­ło, że nie po­tra­fi­łem po­zwo­lić jej ode­jść bez sło­wa.

Smu­tek. Zmęcze­nie. I ta nie­śmia­ło­ść, któ­ra spra­wi­ła, że wy­gląda­ła jak ktoś, kto chce znik­nąć.

– Jezu, Con­nor, czy ty mnie w ogó­le słu­chasz?! – Głos Ry­ana wy­rwał mnie z tego dziw­ne­go transu.

– Od­dzwo­nię – wark­nąłem i roz­łączy­łem się, na­wet nie za­sta­na­wia­jąc nad kon­se­kwen­cja­mi.

Zo­ba­czy­łem, jak nie­zna­jo­ma ucie­ka w po­pło­chu, pcha­jąc swój wó­zek w stro­nę kas.

– Hej! Za­cze­kaj! – krzyk­nąłem, ale ona na­wet się nie obej­rza­ła. Zu­pe­łnie tak, jak­by sy­tu­acja w ogó­le się nie wy­da­rzy­ła.

Te­le­fon roz­dzwo­nił się po­now­nie. Tym ra­zem Ryan nie brzmiał jak ktoś, kto dra­ma­ty­zu­je.

– Prze­cież po­wie­dzia­łem, że od­dzwo…

– Wła­śnie w tym mo­men­cie ktoś wy­kra­da dane z ser­we­ra – prze­rwał mi. – To musi być ktoś z we­wnątrz. Wszy­scy mamy szy­fro­wa­ne to­ke­ny, a ślad po­cho­dzi z jed­ne­go z na­szych ter­mi­na­li. Po­trze­bu­ję cię w biu­rze.

– Będę za pięć mi­nut! – rzu­ci­łem, wy­bie­ga­jąc ze skle­pu.

– Je­stem już podłączo­ny, za­raz po­krzy­żu­ję im pla­ny. Cze­kam.

Wy­bie­głem na par­king, ale nie za­uwa­ży­łem ni­g­dzie nie­zna­jo­mej.

Mu­sia­ła już od­je­chać.

Wsia­dłem do Mer­ce­de­sa i z pi­skiem opon ru­szy­łem.

Nasz ma­ga­zyn nie przy­po­mi­nał już daw­nej sie­dzi­by mo­je­go ojca. On han­dlo­wał czy­mś na­ma­cal­nym, pro­stym. Ja roz­bu­do­wa­łem jego im­pe­rium w cy­fro­wą for­te­cę, ma­jąc w ga­rści wiel­kie szy­chy. W piw­ni­cach kry­ły się rzędy ser­we­rów i całe ścia­ny ekra­nów, pra­co­wa­li przy nich lu­dzie, któ­rzy wie­dzie­li, że za naj­mniej­sze po­tkni­ęcie mo­żna za­pła­cić naj­wy­ższą cenę. To była moja for­te­ca. Mój świat, w któ­rym dane i in­for­ma­cje sta­no­wi­ły wa­lu­tę bar­dziej cen­ną niż zło­to.

Ryan cze­kał już przy jed­nym z ter­mi­na­li. Twarz miał na­pi­ętą, a w jego spoj­rze­niu cza­iło się zde­ner­wo­wa­nie.

– To Ja­vier – po­wie­dział. – Nasz kie­row­ca. Lo­go­wał się do głów­ne­go kom­pu­te­ra i pod­pi­ął pen­dri­ve’a z opro­gra­mo­wa­niem. Ktoś do­brze ukrył szkod­ni­ka w tym opro­gra­mo­wa­niu, ale nie na tyle do­brze, że­by­śmy tego nie wy­kry­li.

Spoj­rza­łem na głów­ne­go po­dej­rza­ne­go. Sie­dział na krze­śle, spo­co­ny, bla­dy, a jego od­dech z ka­żdą mi­nu­tą co­raz bar­dziej przy­spie­szał. Wci­ąż pró­bo­wał uda­wać nie­win­ne­go, ale ręce drża­ły mu tak bar­dzo, że to go zdra­dza­ło.

– Dla­cze­go chcia­łeś wy­kra­ść dane? – za­py­ta­łem. Głos mia­łem spo­koj­ny, nie­mal obo­jęt­ny. W moim wy­pad­ku to nie był do­bry znak.

– Nie wiem, o czym mó­wisz – od­pa­rł, te­stu­jąc moją cier­pli­wo­ść. My­śla­łem, że lu­dzie z po­nad­prze­ci­ęt­nym IQ, któ­rych za­trud­nia­łem, są mądrzej­si, ale chy­ba się my­li­łem.

Ryan na­ci­snął kil­ka kla­wi­szy, a na ekra­nie po­ja­wi­ły się in­for­ma­cje. Ka­żdy nie­pro­szo­ny ruch w sie­ci, ka­żda go­dzi­na, ka­żde miej­sce nie­po­wo­ła­ne­go lo­go­wa­nia do na­szych sys­te­mów. Wszyst­ko po­da­ne na tacy.

– Masz ostat­nią szan­sę – rzu­ci­łem. – Dla kogo pra­cu­jesz?

– De­Ru­so – od­pa­rł. To na­zwi­sko było mi dziw­nie zna­jo­me. – Za­pła­cił mi po­dwój­nie, że­bym wła­mał się do two­je­go ser­we­ra i ukra­dł in­for­ma­cje, któ­re masz na nie­go i jego lu­dzi. Mu­sia­łem się zgo­dzić, te pie­ni­ądze są mi po­trzeb­ne, żeby od­zy­skać cór­kę. Moja była żona nie po­zwa­la mi się z nią spo­ty­kać – wy­chry­piał. – Za­pew­niał mnie, że ni­g­dy nie od­kry­jesz tego opro­gra­mo­wa­nia. Mu­sia­łem tyl­ko pod­pi­ąć pen­dri­ve’a pod głów­ny kom­pu­ter w fir­mie.

I te­raz wszyst­kie ele­men­ty ukła­dan­ki za­częły wska­ki­wać na swo­je miej­sca. Ode­zwa­ły się du­chy Kan­sas City.

Przez dzie­si­ęć lat zbu­do­wa­łem jesz­cze wi­ęk­szą po­tęgę niż mój oj­ciec przez nie­mal całe ży­cie. Prze­sta­łem się ba­brać w nie­le­gal­nym gów­nie i nie za­mie­rza­łem po­zwo­lić im prze­jąć mo­je­go biz­ne­su.

Na­zy­wam się Con­nor Scott. Mam trzy­dzie­ści dwa lata, a Nowy Jork jest moim mia­stem. Biz­nes zaś spu­ści­zną, któ­rą roz­bu­do­wa­łem dwu­krot­nie. I ni­g­dy jej nie od­dam. Ni­g­dy.

Na se­kun­dę spoj­rza­łem na Ja­vie­ra ina­czej. Wie­dzia­łem, co to zna­czy stra­cić ko­goś, kogo nie po­tra­fisz ochro­nić. Ale se­kun­do­we wspó­łczu­cie nie zmie­nia­ło fak­tu, że spró­bo­wał mnie okra­ść.

– Wiesz, wy­star­czy­ło, że przy­sze­dłbyś z tym do mnie. – Czu­łem, jak moje opa­no­wa­nie szlag tra­fia. Po raz ko­lej­ny mu­sia­łem sprzątać ba­ła­gan mo­je­go zma­rłe­go ojca. To dla­te­go te­raz wy­ko­ny­wa­łem wszyst­ko w bia­łych ręka­wicz­kach, aby nikt nie mógł mnie z ni­czym po­łączyć. – Je­stem do­brym pra­co­daw­cą i je­śli mój pra­cow­nik na to za­słu­gu­je, za­wsze otrzy­ma ode mnie po­moc. Ty jed­nak po­sta­no­wi­łeś sko­rzy­stać z in­nej opcji. – Wes­tchnąłem. – Kie­dy ma ci za­pła­cić?

– Dzi­siaj o pó­łno­cy. Mam się z nim spo­tkać pod Mo­stem Bro­okly­ńskim.

Przy­tak­nąłem. Za­sta­na­wia­łem się, co z nim zro­bić. Nie był mi już do ni­cze­go po­trzeb­ny. Zer­k­nąłem na Ry­ana, da­jąc mu znak, aby wy­ko­nał te­le­fon do lu­dzi, któ­rzy na na­sze ży­cze­nie sprząta­li ba­ła­gan albo przy­po­mi­na­li, że strach to po­tężne uczu­cie. Tym ra­zem zo­sta­wi­łem to im. Wie­dzie­li, co ro­bić. Ka­żdy, kto po­my­ślał o czy­mś po­dob­nym, miał świa­do­mo­ść, czym to się sko­ńczy.

– Tra­fi­łeś na dzień, w któ­rym nie mam cza­su. – Wsta­łem z krze­sła. – Ja­vier – zła­pa­łem go za ra­mię – za­pa­mi­ętaj so­bie moje sło­wa. Je­stem kró­lem No­we­go Jor­ku. Mnie się nie okra­da i nie oszu­ku­je.

– Dzi­ęku­ję… dzi­ęku­ję, – O mało nie po­ca­ło­wał mnie w dłoń. – Obie­cu­ję, że to się już ni­g­dy wi­ęcej nie po­wtó­rzy.

– Och, na pew­no się nie po­wtó­rzy. – Uśmiech­nąłem się ta­jem­ni­czo, jak­bym wie­dział o czy­mś, o czym on nie ma po­jęcia.

– Ale… nie ro­zu­miem.

– Już nie­ba­wem się do­wiesz, co mam na my­śli. – Skie­ro­wa­łem się w stro­nę wy­jścia, nie ogląda­jąc za sie­bie, lecz za­trzy­mał mnie głos Ry­ana:

– Za­pa­mi­ętaj dzi­siej­szą lek­cję na dłu­go. Bo gdy­byś tra­fił na mnie… – Urwał na mo­ment. – Nie zgi­niesz, ale do­sta­niesz na­ucz­kę. Do­ceń to i po wszyst­kim się spa­kuj. Ni­g­dy tu nie wra­caj. Za­po­mnij, że kie­dy­kol­wiek nas po­zna­łeś.

Cza­sem za­po­mi­na­łem, że z nas dwóch to Ryan jest bar­dziej po­ryw­czy. Choć obaj by­li­śmy tem­pe­ra­ment­ni, to ja za­wsze trzy­ma­łem emo­cje na krót­kiej smy­czy, pod­czas gdy on uwiel­biał kła­pać zęba­mi.

Zer­k­nąłem do tyłu i zo­ba­czy­łem jego cwa­niac­ki uśmiech.

– Uwiel­biam oglądać strach, gdy do­cie­ra do nich, że jed­nak nie pu­ści­my ich wol­no, jak my­śle­li. Choć my­śla­łem, że po­pa­trzy­my na jego przy­spie­szo­ny kurs lo­jal­no­ści.

Prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– Nie mam na to cza­su. Mu­sisz coś dla mnie zro­bić. – Wzi­ąłem bu­tel­kę wody i upi­łem łyk. – Znaj­dź dla mnie pew­ną dziew­czy­nę.

Brwi pod­je­cha­ły mu nie­mal do li­nii wło­sów.

– Jaką dziew­czy­nę? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem.

Opi­sa­łem mu sy­tu­ację ze skle­pu, a na jego twa­rzy ma­lo­wał się co­raz wi­ęk­szy szok i – ku mo­je­mu zdzi­wie­niu – roz­ba­wie­nie.

– A po co ci wie­dzieć, jak się na­zy­wa? I dla­cze­go sam nie mo­żesz tego zro­bić? – Skrzy­żo­wał ra­mio­na na tor­sie.

– Mo­żesz nie za­da­wać py­tań, na któ­re i tak nie do­sta­niesz od­po­wie­dzi? – Tra­ci­łem cier­pli­wo­ść, a ta roz­mo­wa za­czy­na­ła mnie męczyć. Było jesz­cze wcze­śnie, a ja już mia­łem dość tego dnia. – Mam za chwi­lę roz­mo­wę z bur­mi­strzem, któ­rej nie mogę prze­ło­żyć. Dla­te­go, jako do­bry szef, de­le­gu­ję za­da­nia – wy­ce­dzi­łem ci­cho.

– Do­bra, już do­bra. – Pod­nió­sł ręce, jak­bym mie­rzył do nie­go z bro­ni. – Daj mi go­dzi­nę, a do­star­czę ci ra­port.

Ka­żdy z nas od­sze­dł w swo­ją stro­nę – do ga­bi­ne­tów na gór­nym pi­ętrze bu­dyn­ku. Ja za­szy­łem się w swo­im biu­rze, żeby móc spo­koj­nie po­roz­ma­wiać. I je­dy­ne, o czym po­tra­fi­łem my­śleć, to pi­ęk­na isto­ta, któ­ra przy­pad­ko­wo po­ja­wi­ła się na mo­jej dro­dze.

Mu­sia­łem ją po­znać. Do­wie­dzieć się, co spra­wi­ło, że smu­tek za­go­ścił w tych pi­ęk­nych, zie­lo­nych oczach.

Kur­wa, ni­g­dy w ży­ciu żad­na ko­bie­ta nie za­in­te­re­so­wa­ła mnie do tego stop­nia, bym chciał po­znać i za­pa­mi­ętać jej imię. Wcze­śniej li­czy­ło się tyl­ko, czy jest chęt­na i ład­na, cho­ciaż na to ni­g­dy nie mo­głem na­rze­kać. Wo­kół mnie kręci­ły się mo­del­ki, cór­ki se­na­to­rów i wie­le in­nych pi­ęk­no­ści. Ni­g­dy nie mu­sia­łem się sta­rać. Wy­star­czy­ło, że oka­za­łem względ­ne za­in­te­re­so­wa­nie.

A te­raz na­gle za­pra­gnąłem wie­dzieć coś wi­ęcej?

Nie. To na pew­no cie­ka­wo­ść. Coś no­we­go. Bo prze­cież ile mo­żna ru­chać jed­ne i te same ko­bie­ty? Na tym eta­pie swo­je­go ży­cia za­li­czy­łem ka­żdą po­zy­cję, ka­żdą po­je­ba­ną ak­cję. Zro­bi­łem chy­ba wszyst­kie zbo­czo­ne rze­czy, o ja­kich mo­żna po­ma­rzyć. La­ski w moim oto­cze­niu pra­gnęły mo­je­go ku­ta­sa i port­fe­la. Ka­żda z nich my­śla­ła, że za­ma­cha mi sztucz­ny­mi cyc­ka­mi, a ja na dru­gi dzień przy­bie­gnę z pie­rścion­kiem, go­to­wy pla­no­wać wspól­ną przy­szło­ść.

Dla­cze­go mia­łem z tego nie ko­rzy­stać? Po stre­sie, któ­ry gro­ma­dził się we mnie ka­żde­go dnia, mu­sia­łem mieć ko­goś, przy kim mó­głbym od­re­ago­wać. Ce­cy­lia, któ­rą zna­łem od kil­ku lat, za ka­żdym ra­zem bar­dzo chęt­nie się mną zaj­mo­wa­ła. Jed­nak gdy za­uwa­ża­łem, że za­nad­to za­czy­na się do mnie zbli­żać, mu­sia­łem ją od­su­wać na kil­ka ty­go­dni, żeby my­śle­nie wró­ci­ło jej na wła­ści­we tory. Nie mia­łem za­mia­ru się że­nić. Ani te­raz, ani w naj­bli­ższej przy­szło­ści. A już na pew­no nie z Ce­cy­lią. Łączył nas biz­nes. Ja cze­goś od niej chcia­łem, ona ode mnie, a przy tym ko­rzy­sta­li­śmy z oka­zji i roz­ła­do­wy­wa­li­śmy ra­zem stres.

Moje roz­my­śla­nia prze­rwa­ło wtar­gni­ęcie Ry­ana, któ­ry nió­sł wy­pcha­ną tecz­kę. Po­ło­żył ją na biur­ku, uśmie­cha­jąc się przy tym trium­fal­nie.

– Oto two­ja ta­jem­ni­cza nie­zna­jo­ma.

– Aż tyle? – Pa­trzy­łem to na tecz­kę, to na przy­ja­cie­la.

– Zer­k­nij, a sam się prze­ko­nasz. Tym­cza­sem spa­dam, mam ro­bo­tę do zro­bie­nia.

– Pa­mi­ętaj, że to ja je­stem two­im sze­fem! Jaka to ro­bo­ta?

– Mu­szę za­dbać, by moje na­zwi­sko prze­trwa­ło. Dzwo­ni­ła Nina. Jak wi­dzisz, obo­wi­ąz­ki wzy­wa­ją. – Wy­szcze­rzył się, jak­by z po­wro­tem miał szes­na­ście lat, i wy­sze­dł, za­nim zdąży­łem sko­men­to­wać jego szcze­niac­kie za­cho­wa­nie.

Skur­czy­byk zna­la­zł so­bie ko­bie­tę ide­al­ną. Nie dość, że pi­ęk­ną i mądrą, to jesz­cze ak­cep­to­wa­ła tego po­je­ba w stu pro­cen­tach. Nie ukry­wam, że by­łem tro­chę za­zdro­sny, gdy mia­łem oka­zję zo­ba­czyć tych dwo­je ra­zem. Cza­sem na­cho­dzi­ła mnie też myśl, że gdy­by tra­fi­ła mi się part­ner­ka cho­ćby w po­ło­wie taka jak Nina, to sam by­łbym chęt­ny na ustat­ko­wa­nie się…

Otwo­rzy­łem tecz­kę.

Aria Jo­nes, uro­dzo­na 17 stycz­nia 1998 roku

Wie­dzia­łem, że skądś znam te zie­lo­ne ni­czym szma­rag­dy oczy.

Rozdział 3

Aria

Mi­nęły dwa ty­go­dnie od spo­tka­nia z ta­jem­ni­czym nie­zna­jo­mym, a jego ob­raz wci­ąż upar­cie po­wra­cał w mo­jej gło­wie. Nie zna­łam jego imie­nia, nie wie­dzia­łam nic o jego ży­ciu, a mimo to za­pa­dł mi w pa­mi­ęć moc­niej, niż chcia­łam przy­znać. Sta­ra­łam się nie roz­my­ślać o tym zbyt często, sku­pia­jąc się na pra­cy i na­uce. Dni mi­ja­ły mi w jed­no­staj­nym ryt­mie: do­dat­ko­we, let­nie za­jęcia na uczel­ni, bi­blio­te­ka, dom, cza­sem kawa z So­phie. Wró­ci­łam do co­dzien­nej ru­ty­ny, ale coś się zmie­ni­ło. Jak­by od tam­te­go wie­czo­ru wszyst­ko wy­bla­kło.

Tak też było i tego dnia. Ko­lej­ne spo­koj­ne po­po­łud­nie w bi­blio­te­ce. W słu­chaw­kach XI so­na­ta for­te­pia­no­wa A-dur Mo­zar­ta – czy­li utwór, któ­ry będę mu­sia­ła za­pre­zen­to­wać pod­czas eg­za­mi­nów. Ka­żdą wol­ną chwi­lę wy­ko­rzy­sty­wa­łam na na­ukę, a szczęśli­wie mój prze­ło­żo­ny przy­my­kał oko na to, że nie za­wsze sztyw­no trzy­mam się re­gu­la­mi­nu. Wie­dział, że nie wpły­wa to na ja­ko­ść mo­jej pra­cy.

Kil­ka razy prze­kła­da­łam jed­ną se­rię z pó­łki na pó­łkę, pró­bu­jąc lo­gicz­nie ją roz­mie­ścić, żeby i mnie, i czy­tel­ni­kom było ła­twiej ją zna­le­źć, gdy na­gle usły­sza­łam ci­chut­ki gło­sik za sobą.

– Prze­pra­szam pa­nią, gdzie znaj­dę pierw­szy tom Har­ry’ego Pot­te­ra?

Od­wró­ci­łam się i do­strze­głam dziew­czyn­kę, któ­ra na oko mia­ła może trzy­na­ście lat. Uśmiech­nęłam się do niej przy­ja­źnie.

– Je­steś za­cie­ka­wio­na Har­rym Pot­te­rem? – Kiw­nęła twier­dząco gło­wą. – Nie mo­głaś le­piej tra­fić. Je­stem jego naj­wi­ęk­szą i za­ra­zem naj­wier­niej­szą fan­ką – za­szcze­bio­ta­łam, chcąc roz­lu­źnić at­mos­fe­rę. Do­strze­głam, jak jej ra­mio­na opa­dły, więc uzna­łam, że chy­ba do­brze mi idzie. – I tak się skła­da, że tu jest – si­ęgnęłam do re­ga­łu – pro­szę. Ale mam je­den wa­ru­nek!

– Jaki? – Po­pa­trzy­ła na mnie skon­ster­no­wa­na.

– Jak sko­ńczysz czy­tać, to wróć do mnie i po­roz­ma­wia­my o two­ich od­czu­ciach. Je­stem bar­dzo cie­ka­wa, czy i to­bie spodo­ba się Ho­gwart. Co ty na to?

Oczy jej za­błysz­cza­ły.

– Zgo­da!

– Nie mogę się już do­cze­kać. – Skie­ro­wa­ły­śmy się do kon­tu­aru, gdzie na­bi­łam ksi­ążkę na jej kar­tę. – Ter­min masz do ko­ńca mie­si­ąca, choć mam ci­chą na­dzie­ję, że uda ci się prze­czy­tać to szyb­ciej i nim się obej­rzę, będzie­my sie­dzieć w tych ogrom­nych fo­te­lach przy we­jściu i roz­ma­wiać o chłop­cu, któ­re­go całe ży­cie zmie­ni­ło się po prze­czy­ta­niu jed­ne­go li­stu. – Po­sła­łam jej uśmiech.

– Dzi­ęku­ję. – Roz­pro­mie­ni­ła się, a moje ser­ce stop­nia­ło na wi­dok jej ra­do­ści z tak bła­hej spra­wy jak za­in­te­re­so­wa­nie, któ­re jej ofia­ro­wa­łam. – Do zo­ba­cze­nia.

Zer­k­nęłam na go­dzi­nę i uzna­łam, że po­win­nam się zbie­rać do domu. Po kil­ku go­dzi­nach w ko­ńcu nad­sze­dł ko­niec mo­jej zmia­ny. Zga­si­łam świa­tła, po­że­gna­łam się z ochro­nia­rzem i wy­szłam z bi­blio­te­ki. Od­wró­ci­łam się od drzwi i… wpa­dłam na ko­goś.

– Naj­moc­niej prze­pra­szam… – Urwa­łam, wi­dząc naj­pi­ęk­niej­sze tęczów­ki, któ­re śni­ły mi się nie­mal ka­żdej nocy od na­sze­go spo­tka­nia. – To pan…

– Też się cie­szę, że spo­ty­ka­my się po raz ko­lej­ny. – Uśmiech­nął się.

Do­strze­gam naj­słod­szą rzecz na świe­cie – do­łe­czek w pra­wym po­licz­ku.

Czy ten fa­cet musi być aż tak ide­al­ny?

Za­raz!

Jaki ide­al­ny?!

Prze­cież go nie zna­łam, na li­to­ść bo­ską, nie wie­dzia­łam na­wet, jak ma na imię. Od kie­dy sta­łam się taka pró­żna, że zwra­ca­łam uwa­gę tyl­ko na wy­gląd?

– Co pan tu robi? – za­py­ta­łam, roz­gląda­jąc się do­oko­ła.

By­li­śmy sami. Ob­le­ciał mnie strach, ale na­tych­miast go stłu­mi­łam. Uzna­łam, że znaj­du­je­my się w miej­scu pu­blicz­nym, a w środ­ku bu­dyn­ku jest Pe­ter, któ­ry za­czął noc­ną zmia­nę. Do­dat­ko­wo Pi­ąta Ale­ja za­wsze tęt­ni ży­ciem. Jak cały Nowy Jork.

Kie­dyś nie­na­wi­dzi­łam tego ci­ągłe­go po­śpie­chu, wiecz­nych kor­ków, ale z ka­żdym ro­kiem do­ce­nia­łam to co­raz bar­dziej. Gdy­by nie to mia­sto, nie mo­gła­bym pra­co­wać w naj­wi­ęk­szej bi­blio­te­ce ofe­ru­jącej set­ki ty­si­ęcy ksi­ążek z ka­żde­go ga­tun­ku. Nie mo­gła­bym stu­dio­wać – co praw­da nie na wy­ma­rzo­nej uczel­ni, ale mimo wszyst­ko nie na­rze­ka­łam.

Mia­łam na­dzie­ję, że gdy za­ko­ńczę w przy­szłym roku li­cen­cjat z naj­lep­szym wy­ni­kiem, będę się ubie­gać o naj­wy­ższe sty­pen­dium, któ­re umo­żli­wi mi zdo­by­cie ma­ster’s de­gree na wy­śnio­nej uczel­ni, dla­te­go też na­wet la­tem ro­bi­łam kur­sy, by we­jść w nowy se­mestr jak naj­bar­dziej przy­go­to­wa­ną.

Otrząsnęłam się z my­śli, gdy mężczy­zna po­now­nie się ode­zwał:

– My­ślę, że nie mu­si­my być tacy ofi­cjal­ni. – Pod­sze­dł do mnie z wy­ci­ągni­ętą ręką. – Con­nor.

Brzmie­nie jego gło­su w po­łącze­niu z tym męskim imie­niem spra­wi­ły, że ciar­ki prze­szły mi po ple­cach. Po chwi­li wa­ha­nia po­da­łam mu dłoń.

– Aria. – Po­trząsnęłam jego ręką. – Za­py­tam jesz­cze raz: co tu ro­bisz?

Kącik jego ust się unió­sł, zu­pe­łnie jak­by miał ura­czyć mnie ko­lej­nym znie­wa­la­jącym uśmie­chem.

– Prze­cho­dzi­łem obok i za­uwa­ży­łem, jak za­my­kasz drzwi. Nie mo­głem ode­jść bez przy­wi­ta­nia. – Po­pa­trzył mi w oczy i od­nio­słam wra­że­nie, jak­by chciał prze­wier­cić się nimi do mo­jej du­szy. – Ego­istycz­nie mu­szę przy­znać, że li­czy­łem też na roz­mo­wę, w któ­rej nie uciek­niesz po kil­ku se­kun­dach, tak jak to mia­ło miej­sce ostat­nim ra­zem.

Po­czu­łam, jak na moje po­licz­ki wkra­da się ru­mie­niec.

– Sko­ro te­raz już się zna­my i wy­mie­ni­li­śmy kil­ka zdań, któ­re mogą ucho­dzić za roz­mo­wę, to mo­że­my się ro­ze­jść. – Po­sła­łam mu cwa­niac­ki uśmiech.

Chy­ba nie spo­dzie­wał się ta­kiej od­po­wie­dzi – przez kil­ka se­kund pa­trzył na mnie w kom­plet­nym osłu­pie­niu, po czym wy­buch­nął śmie­chem.

– Masz ra­cję, ale te­raz chcia­łbym za­pro­sić cię na kawę.

Z tru­dem za­ma­sko­wa­łam za­sko­cze­nie.

– Sądzę, że spo­tka­nie tej sa­mej oso­by dwu­krot­nie w ta­kim mie­ście jak Nowy Jork to znak od wszech­świa­ta. Nie chcia­łbym ode­jść z po­czu­ciem, że omi­nął mnie miły wie­czór z za­chwy­ca­jącą ko­bie­tą.

– A może zro­bi­my tak: je­śli ja­ki­mś cu­dem wpad­nie­my na sie­bie jesz­cze raz, ca­łkiem przy­pad­kiem, to wte­dy pój­dzie­my na kawę? Sko­ro wszech­świat nam sprzy­ja, to na pew­no się spo­tka­my. – Nie wie­dzia­łam, co we mnie wstąpi­ło. Ni­g­dy nie by­łam taka od­wa­żna względem przy­ja­ciół, a co do­pie­ro ob­cych.

Mi­ęsień na jego szczęce drgnął i uzna­łam, że nie na rękę mu moja od­po­wie­dź. Nie sądzi­łam, że będzie drążył – w ko­ńcu fa­cet jego po­kro­ju za­pew­ne nie mógł się opędzić od chęt­nych pa­nie­nek.

Nie ro­zu­mia­łam tyl­ko jed­ne­go… Jak to mo­żli­we, że ten nie­zna­jo­my mężczy­zna sta­je na mo­jej dro­dze dwu­krot­nie w tak krót­kim cza­sie? Tak jak wspo­mi­nał, Nowy Jork nie sprzy­ja ta­kim przy­pad­kom. W ko­ńcu miesz­ka tu­taj po­nad osiem mi­lio­nów lu­dzi. A może… je­stem jego ofia­rą?

Mia­łam ocho­tę przy­bić so­bie men­tal­ną pi­ąt­kę w czo­ło. Chy­ba na­czy­ta­łam się zbyt wie­lu ksi­ążek z wąt­kiem po­rwa­nia, bo już to­tal­nie mi od­bi­ja­ło. Prze­cież mnie nie śle­dził – na li­to­ść bo­ską – spo­tka­li­śmy się w skle­pie i pod bi­blio­te­ką miej­ską. Rów­nie do­brze mógł to być ka­żdy inny prze­cho­dzień, na któ­re­go nie zwró­ci­ła­bym na­wet uwa­gi.

– Sko­ro tak sta­wiasz spra­wę… Ży­czę ci mi­łe­go wie­czo­ru. – Od­wró­cił się. – Miło było cię po­znać, Aria, i… mam na­dzie­ję: do zo­ba­cze­nia – rzu­cił przez ra­mię i od­sze­dł, a ja sta­łam w ca­łko­wi­tym szo­ku.

Nie sądzi­łam, że tak szyb­ko od­pu­ści.

Po­czu­łam lek­kie ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia, a prze­cież sama tego chcia­łam. Jesz­cze kil­ka se­kund wpa­try­wa­łam się w nik­nącą syl­wet­kę mężczy­zny, aż ru­szy­łam w stro­nę swo­je­go sa­mo­cho­du.

W dro­dze do domu po­dzi­wia­łam mie­ni­ące się świa­tła, któ­re chy­ba ni­g­dy nie ga­sną, i za­sta­na­wia­łam się, czy gdy­bym pod­jęła inną de­cy­zję, ża­ło­wa­ła­bym tak, jak ro­bi­łam to w tym mo­men­cie.

Wie­czo­rem, le­żąc w ciem­no­ściach swo­jej sy­pial­ni, to­wa­rzy­szy­ło mi dziw­ne uczu­cie by­cia ob­ser­wo­wa­ną…

Rozdział 4

Connor

Stwier­dzi­łem, że sko­ro pra­gnie się ze mną ba­wić, po­zwo­lę jej na to. Niech my­śli, że to ona tu­taj roz­da­je kar­ty. Bo ja, od­kąd tyl­ko zo­sta­wi­łem ją pod drzwia­mi bi­blio­te­ki, śle­dzi­łem ka­żdy jej ruch.

Z po­cząt­ku, ra­zem z Klau­sem, jed­nym z mo­ich naj­lep­szych lu­dzi od bez­pie­cze­ństwa, po­je­cha­li­śmy za nią do domu. Stra­te­gicz­ne za­par­ko­wa­nie po­zwo­li­ło mi ob­ser­wo­wać świa­tło w jej oknach, syl­wet­kę prze­miesz­cza­jącą się za za­sło­na­mi. Przez kil­ka­na­ście mi­nut nie dzia­ło się nic in­te­re­su­jące­go, więc od­pa­li­łem wła­ści­we pro­gra­my – po­łączy­łem się z jej urządze­nia­mi. Wy­star­czy­ło kil­ka klik­ni­ęć, by jej lap­top prze­ka­zy­wał ob­raz z ka­mer­ki na mój te­le­fon. Nie mu­sia­łem prze­cież sie­dzieć pod jej do­mem jak ja­kiś ama­tor.

Po chwi­li na ekra­nie ko­mór­ki po­ja­wi­ła się ona. Usia­dła na pa­ra­pe­cie przy oknie wy­cho­dzącym na ogró­dek, z ksi­ążką w dło­ni. Po­win­na bar­dziej uwa­żać. Fakt, że okno nie wy­cho­dzi­ło na uli­cę, nie ozna­czał jesz­cze pry­wat­no­ści. Zo­sta­wio­ny otwar­ty lap­top to za­pro­sze­nie. Wła­ma­nie się do sys­te­mu to ża­den pro­blem. Ka­żdy po­cząt­ku­jący by to zro­bił. Ona nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, jak ła­two mo­żna mieć do­stęp do ca­łe­go jej ży­cia. Sza­ra mysz­ka nie wie­dzia­ła, że w sie­ci nie ma ci­chych za­ka­mar­ków.

Na ra­zie nikt nie po­wi­nien się nią in­te­re­so­wać. Była bez­piecz­na. Ale to mo­gło się zmie­nić, kie­dy ktoś zo­ba­czy­łby ją u mo­je­go boku. Dla­te­go zle­ci­łem, by Klaus prze­jął obo­wi­ąz­ki jej pry­wat­ne­go ochro­nia­rza, cie­nia.

Nie za­po­wia­da­ło się, żeby gdzie­kol­wiek się wy­bie­ra­ła. Poza tym w ra­por­cie nie byli wspo­mnia­ni żad­ni zna­jo­mi oprócz prze­lot­nych zna­jo­mo­ści za­war­tych w szko­le i jed­nej przy­ja­ció­łki, któ­ra, cze­go się rów­nież do­wie­dzia­łem, spędza­ła wie­czór poza mia­stem, w domu swo­je­go bra­ta.

Po od­kry­ciu to­żsa­mo­ści Arii prze­pro­wa­dzi­łem szcze­gó­ło­wą ana­li­zę wszyst­kie­go, co tyl­ko jest z nią zwi­ąza­ne. Mu­sia­łem prze­cież wie­dzieć, z czym będę mieć do czy­nie­nia.

Zszo­ko­wał mnie brak wi­ęk­szej licz­by zna­jo­mych. Zu­pe­łnie jak­by podświa­do­mie nie chcia­ła na­wi­ązy­wać z ni­kim głęb­szym re­la­cji. A może to mat­ka po­kie­ro­wa­ła jej ży­ciem tak, aby nie zbli­ża­ła się do ob­cych? W ko­ńcu, mimo że roz­sta­ła się z jej oj­cem, nie mo­gła ca­łko­wi­cie wy­kre­ślić go z ich ży­cia, bo tym sa­mym na­ra­zi­ła­by swo­je je­dy­ne dziec­ko na nie­bez­pie­cze­ństwo. Za­dba­ła o wszyst­ko, czym znacz­nie uła­twi­ła mi za­da­nie.

Pod­je­cha­łem pod swój trzy­kon­dy­gna­cyj­ny dom, od­ci­ęty od resz­ty świa­ta. Za­par­ko­wa­łem sa­mo­chód obok po­zo­sta­łych i wsze­dłem do re­zy­den­cji. O tej go­dzi­nie Kla­ra, moja go­spo­sia, po­win­na być już w środ­ku.

W kuch­ni z za­do­wo­le­niem od­kry­łem przy­go­to­wa­ny dla mnie po­si­łek i kar­tecz­kę z in­for­ma­cją, że ju­tro przyj­dzie go­dzi­nę pó­źniej, bo musi za­pro­wa­dzić wnucz­ki do przed­szko­la. Ta ko­bie­ta była nie­sa­mo­wi­ta, nie dość, że pra­co­wa­ła dla mo­je­go ojca, od­kąd by­łem ma­łym chłop­cem, to po­sta­no­wi­ła prze­nie­ść się do mnie, gdy tyl­ko wy­pro­wa­dzi­łem się z ro­dzin­ne­go domu po sko­ńcze­niu stu­diów. Moja mat­ka od tam­te­go cza­su sama dba­ła o ojca, a gdy jego za­bra­kło, rów­nież nie po­trze­bo­wa­ła ni­ko­go do po­mo­cy. Obec­nie wi­ęk­szo­ść cza­su spędza­ła u swo­jej sio­stry, w Mia­mi.

Od za­wsze skru­pu­lat­nie sta­ra­łem się do­bie­rać oso­by, któ­re znaj­du­ją się w moim oto­cze­niu, któ­re do­pusz­czam do swo­je­go ży­cia. Pro­wa­dze­nie ta­kie­go ży­cia było nad wy­raz męczące, dla­te­go dom to mój azyl. Prze­strzeń, gdzie nie mu­sia­łem kon­tro­lo­wać ka­żde­go sło­wa. Kla­ra to jed­na z naj­bar­dziej za­ufa­nych mi osób, na tyle dys­kret­na, że sta­ra­ła się wy­cho­dzić, nim ja po­ja­wia­łem się w domu.

Z ko­bie­ta­mi było ina­czej. Wszyst­kie trak­to­wa­ły mnie jak śro­dek do celu. Chcia­ły dresz­czy­ku emo­cji, cia­ła, port­fe­la, wła­dzy. Ja da­wa­łem im to, cze­go pra­gnęły, i bra­łem, co chcia­łem w za­mian. Tyl­ko raz po­zwo­li­łem so­bie na za­ufa­nie. O raz za dużo. Od tam­tej pory trak­to­wa­łem ka­żdą spo­tka­ną ko­bie­tę jak na­rzędzie.

Prócz niej… Aria obu­dzi­ła we mnie nie­zna­ne do­tąd uczu­cia, być może dla­te­go, że bez względu na wszyst­ko w ko­ńcu by­śmy się spo­tka­li. Nie mo­głem od­mó­wić so­bie jej to­wa­rzy­stwa i nie za­mie­rza­łem cze­kać do wy­zna­czo­ne­go cza­su.

Od­grza­łem obiad. Kla­ra prze­szła tego dnia samą sie­bie, przy­go­to­wa­ła moje ulu­bio­ne da­nie, zu­pe­łnie jak­by szó­stym zmy­słem wie­dzia­ła, że będę po­trze­bo­wał ule­czyć moje ura­żo­ne ego po spek­ta­ku­lar­nej od­mo­wie Arii. Ma­ka­ron z ło­so­siem w so­sie śmie­ta­no­wym z po­mi­do­ra­mi i szpi­na­kiem nie­za­le­żnie od sy­tu­acji po­pra­wiał odro­bi­nę moje sa­mo­po­czu­cie. Oczy­wi­ście wo­la­łbym ostry seks, ale to nie wcho­dzi­ło w tym mo­men­cie w grę.

Usia­dłem przy sto­le, włączy­łem lap­to­pa, by po raz ostat­ni tego dnia skon­tro­lo­wać sys­tem prze­chwy­ty­wa­nia trans­mi­sji dy­plo­ma­tycz­nych. Ope­ra­cja trwa­ła całą dobę, w ko­ńcu po­li­ty­ka ni­g­dy nie śpi, a tym bar­dziej ci, któ­rzy nią ste­ru­ją z ukry­cia.

Je­śli chcesz mieć wpływ na układ sił w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku, mu­sisz wie­dzieć, kie­dy mil­czeć – i kie­dy pu­bli­ko­wać. Lub tak jak ja, kie­dy prze­chwy­ty­wać to, co naj­cie­kaw­sze.

A że tyl­ko ja mia­łem do­stęp do kom­plet­nych da­nych z sys­te­mu LEM­NI­SCA­TE – sa­te­li­tar­ne­go snif­fe­ra sy­gna­łów, naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ne­go sys­te­mu pod­słu­chów – wie­dzia­łem, że to, co na mnie cze­ka, może mi przy­nie­ść wie­le ko­rzy­ści.

Włączy­łem pod­gląd se­sji za­re­je­stro­wa­nej go­dzi­nę temu. Wi­deo nie było istot­ne – wy­star­czył dźwi­ęk. Roz­po­zna­łem gło­sy. Pre­zy­dent USA i prze­wod­ni­czący Chi­ńskiej Rady Bez­pie­cze­ństwa. Obaj spi­ęci, mó­wi­ący pó­łsłów­ka­mi. I bar­dzo do­brze – lu­dzie, któ­rzy się boją, mó­wią naj­wi­ęcej.

Wy­bra­łem nu­mer An­to­nia, mo­je­go tech­ni­ka od de­ko­do­wa­nia war­stwy za­bez­pie­czeń.

– Sze­fie – ode­brał, jak zwy­kle la­ko­nicz­ny.

– Przej­rza­ne wszyst­ko z dzi­siej­sze­go pa­kie­tu?

– Tak. Głów­na roz­mo­wa była za­szy­fro­wa­na po­dwój­nie, ale pu­ści­łem ją przez Fan­tom. Jest czy­sta.

– Co za­wie­ra?

– W skró­cie: USA te­stu­je wa­riant wi­ru­sa w la­bo­ra­to­rium w Ka­li­for­nii. Wspó­łpra­ca z Chi­na­mi po­le­ga na wy­mia­nie da­nych ge­ne­tycz­nych. Twier­dzą, że cho­dzi o „kon­tro­lę po­pu­la­cji stra­te­gicz­nej”.

Na mo­ment za­mil­kłem. Tego się spo­dzie­wa­łem, ale jed­no to do­my­sły. Co in­ne­go – do­wód.

An­to­nio wes­tchnął po­iry­to­wa­ny.

– Chcesz trans­kryp­cję czy sam prze­słu­chasz?

– Prze­ślij mi su­ro­wy plik. I przej­rzyj, czy nie ma od­nie­sień do pro­jek­tów sa­te­li­tar­nych z Hong­kon­gu.

– Już idzie. Coś jesz­cze?

– Nie. – Roz­łączy­łem się bez zbęd­nych po­że­gna­nia.

Po­pa­trzy­łem na ze­ga­rek. Kil­ka mi­nut po pó­łno­cy. Świat śpi.

A ja wła­śnie trzy­ma­łem go za gar­dło. Jak za­wsze.

Uda­łem się do ła­zien­ki. Zrzu­ci­łem ubra­nia i wsze­dłem pod prysz­nic, by zmyć z sie­bie mi­nio­ny dzień. Nie­spo­dzie­wa­nie przed ocza­mi po­ja­wił mi się ob­raz po­nęt­nej bru­net­ki o zie­lo­nych oczach i krągłych bio­drach. Po­czu­łem, jak mój ku­tas za­czy­na drgać.

– Nie te­raz, ko­le­go – mruk­nąłem, opie­ra­jąc się dło­ńmi o ścia­nę.

Cie­pły stru­mień wody spra­wił, że na­pi­ęcie po­wo­li za­częło zni­kać. Mo­je­go umy­słu nie chciał jed­nak opu­ścić wi­dok jej so­czy­stych, wi­śnio­wych ust.

Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzia­łem, jak mój ku­tas za­głębia się w nich i wcho­dzi głębo­ko w jej gar­dło. Wark­nąłem i chwy­ci­łem go moc­niej, niż było to ko­niecz­ne. Nie wa­li­łem so­bie, od­kąd sko­ńczy­łem szes­na­ście lat, ale naj­wi­docz­niej w tym mo­men­cie było to nie­unik­nio­ne. In­ne­go spe­łnie­nia nie mo­głem ocze­ki­wać, Ce­cy­lia wy­je­cha­ła, mia­ła ja­kieś spra­wy do za­ła­twie­nia, a nie mia­łem siły wy­cho­dzić na mia­sto w po­szu­ki­wa­niu chęt­nej la­ski. Me­to­dycz­nie po­ru­sza­łem dło­nią w górę i w dół, a moją gło­wę na­wie­dza­ły ró­żne sce­na­riu­sze z Arią w roli głów­nej. Już po chwi­li osi­ągnąłem spe­łnie­nie, a cia­ło choć odro­bi­ne się roz­lu­źni­ło.

Wy­sze­dłem spod prysz­ni­ca owi­ni­ęty je­dy­nie ręcz­ni­kiem. Przy­wy­kłem do spa­nia nago, więc tak też wsze­dłem do łó­żka, a ostat­nie, co za­re­je­stro­wa­łem, to jej cwa­niac­ki uśmiech, gdy pew­na sie­bie od­mó­wi­ła spo­tka­nia.

Skar­bie, wie­dzia­łem, że będzie­my się świet­nie ba­wić, a te­raz nie mogę się już tego do­cze­kać…

Może ta umo­wa wca­le nie była taka zła…

Rozdział 5

Aria

Nie­dzie­la to dzień tyl­ko dla mnie. Nie że­bym mia­ła całą rze­szę chęt­nych osób do spędza­nia ze mną cza­su, nie­mniej moja je­dy­na przy­ja­ció­łka cza­sem po­sta­na­wia­ła za­bu­rzyć mój ry­tu­ał: wpa­da­ła na kawę, wy­ci­ąga­ła mnie na spa­cer albo zwy­czaj­nie pra­gnęła spędzić kil­ka chwil w moim to­wa­rzy­stwie. Wte­dy obie sia­da­ły­śmy na we­ran­dzie z tyłu domu – pod wa­run­kiem, że po­go­da do­pi­sy­wa­ła – i za­czy­ty­wa­ły­śmy się w lek­tu­rach, cie­sząc swo­ją obec­no­ścią. To ten etap przy­ja­źni, kie­dy nie mu­sia­ły­śmy ci­ągle roz­ma­wiać. Wy­star­cza­ła nam wspól­na ci­sza.

Tego dnia, ze względu na jej nie­obec­no­ść, po­sta­no­wi­łam prze­je­chać się do Cen­tral Par­ku, by na­cie­szyć się chłod­niej­szą po­go­dą. Śro­dek lata w mie­ście pe­łnym dra­pa­czy chmur to ist­na ka­tor­ga, dla­te­go gdy tyl­ko żar prze­sta­wał lać się z nie­ba, sta­ra­łam się ko­rzy­stać z ka­żdej oka­zji. Nie mo­głam się do­cze­kać, aż ta pora roku prze­mi­nie, a ja będę mo­gła w pe­łni czer­pać z uro­ków je­sien­nych dni. Tak bar­dzo lu­bi­łam wte­dy czuć de­li­kat­ne pro­mie­nie mu­ska­jące moją twarz i lek­ki wie­trzyk nio­sący za­pach li­ści, że mo­gła­bym spędzać na dwo­rze całe dnie.

Prze­mie­rza­łam do­brze zna­ną ście­żkę o nie­rów­nej po­wierzch­ni, na któ­rej kil­ka razy o mały włos nie skręci­łam kost­ki. Roz­gląda­łam się do­oko­ła, po­dzi­wia­jąc kwit­nące kwia­ty i lu­dzi, któ­rzy – po­dob­nie jak ja – po­sta­no­wi­li wy­ko­rzy­stać nie­co chłod­niej­szy dzień.

My­śla­mi wró­ci­łam do Con­no­ra. Po­wi­nien wzbu­dzać we mnie lęk i nie­po­kój – w ko­ńcu po­ja­wił się wczo­raj pod moją pra­cą w spo­sób kom­plet­nie nie­ocze­ki­wa­ny. A jed­nak aura, jaka od nie­go biła, spra­wia­ła, że czu­łam się… bez­piecz­nie. Brzmi ab­sur­dal­nie, ale mia­łam wra­że­nie, jak­by na­praw­dę był mną za­in­te­re­so­wa­ny. I to nie­po­wierz­chow­nie. Wzbu­dzał we mnie za­ufa­nie, co samo w so­bie było dziw­ne i za­sta­na­wia­jące. Za­zwy­czaj stro­ni­łam od nie­zna­jo­mych. Już od dzie­ci­ństwa mia­łam pro­ble­my z na­wi­ązy­wa­niem kon­tak­tów, lecz tym ra­zem było ina­czej. Nie czu­łam nie­chęci, bar­dziej cie­ka­wo­ść.

Roz­ło­ży­łam na tra­wie koc, usia­dłam i wy­jęłam z tor­by ter­mos z her­ba­tą oraz ksi­ążkę. Tym ra­zem pa­dło na go­rący kow­boj­ski ro­mans. O tej po­rze park był nad­zwy­czaj spo­koj­ny. Kil­ku prze­chod­niów spa­ce­ro­wa­ło alej­ka­mi, ale nie było tłu­mów, mo­głam więc od­dać się lek­tu­rze, cie­sząc ci­szą, i ob­ser­wo­wać pta­ki, któ­re co­raz licz­niej po­ja­wia­ły się wśród ko­ron drzew.

Mój te­le­fon za­wi­bro­wał krót­kim po­wia­do­mie­niem. Spoj­rza­łam na ekran, ale nic tam nie do­strze­głam. Ani SMS-a, ani po­wia­do­mie­nia. Uzna­łam, że to może błąd apli­ka­cji, sieć znów wa­riu­je, jak to często w No­wym Jor­ku. Odło­ży­łam urządze­nie obok, sta­ra­jąc się nie przej­mo­wać, choć w gło­wie na mo­ment po­ja­wi­ło się dziw­ne uczu­cie, że ktoś na mnie pa­trzy.

Zer­k­nęłam z utęsk­nie­niem na prze­cho­dzącą obok ro­dzi­nę. Choć nie mia­ły­śmy z mamą ła­twe­go ży­cia, da­wa­ła z sie­bie wi­ęcej, niż mo­gła. I mimo że bra­ko­wa­ło nam wie­lu rze­czy, ona spra­wia­ła, że czu­łam, iż je­stem dla niej ca­łym świa­tem, i to mi wy­star­cza­ło.

Po kil­ku go­dzi­nach sie­dze­nia w jed­nej po­zy­cji wsta­łam z za­mia­rem po­wro­tu do domu. Nie spo­dzie­wa­łam się, że zro­bi­ło się już tak pó­źno. Sło­ńce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, nie­bo na­bie­ra­ło od­cie­ni po­ma­ra­ńczy i fio­le­tu. Ale tak wła­śnie bywa, gdy bo­ha­te­ro­wie ksi­ążek wci­ąga­ją cię do swo­je­go świa­ta – tra­cisz po­czu­cie cza­su.

Po do­tar­ciu do domu po­sta­no­wi­łam spędzić wie­czór w mo­żli­wie naj­przy­jem­niej­szy spo­sób: z kub­kiem go­rącej her­ba­ty i po­wtór­ką The No­te­bo­ok, za­po­wia­da­ną w te­le­wi­zji.

Ko­ńczy­łam wła­śnie swo­ją wie­czor­ną to­a­le­tę, gdy roz­brzmiał dźwi­ęk SMS-a. Zmarsz­czy­łam brwi, za­sta­na­wia­jąc się, kto mó­głby pi­sać do mnie o tej po­rze. Ekran te­le­fo­nu na chwi­lę za­mi­go­tał, jak­by miał pro­blem z podświe­tle­niem, po czym wy­świe­tli­ła się wia­do­mo­ść.

So­phie: Cze­ść, cza­row­ni­co! Za­po­mnia­łaś o swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ció­łce?

Uśmiech­nęłam się na wi­dok jej imie­nia.

Ja: Cze­ść, ro­pu­cho! Nie za­po­mnia­łam! By­łam w par­ku ;)

So­phie: Ach, niech zgad­nę… spędzi­łaś tam cały dzień.

Ja: Jak­by Ci to po­wie­dzieć…

So­phie: Je­steś nie­mo­żli­wa. My­śla­łam, że spędzi­my dzi­siaj ra­zem wie­czór i że dasz się wy­ci­ągnąć na drin­ka… Pro­szę ;)

Ja: Nie ma mowy! Wiesz, że ju­tro mam za­jęcia let­nie na uczel­ni.

So­phie: Prze­stań ma­ru­dzić! Za­jęcia masz do­pie­ro na 11 i będą trwa­ły je­dy­nie 3 go­dzi­ny :p

Ja: Czy za­wsze mu­sisz mieć ostat­nie zda­nie?

So­phie: Cóż, mó­wisz tak, jak­byś mnie nie zna­ła… Będę za 20 mi­nut. Le­piej, że­byś była wy­szy­ko­wa­na albo przy­naj­mniej ko­ńczy­ła się szy­ko­wać.

Ja: So­phie!

So­phie: Nie mogę pi­sać, bo wsia­dam wła­śnie do sa­mo­cho­du. Bu­zia­ki, wi­dzi­my się za chwi­lę!

Odło­ży­łam te­le­fon i wes­tchnęłam. Tej dziew­czy­nie na­praw­dę nie dało się prze­mó­wić do roz­sąd­ku. Do tej pory zmu­si­ła mnie jed­nak do wy­jścia do klu­bu tyl­ko trzy razy – wcze­śniej moją wy­mów­ką była cho­ro­ba mamy, któ­ra w ka­żdej chwi­li mo­gła po­trze­bo­wać po­mo­cy. Obec­nie, gdy mi­nęło już kil­ka mie­si­ęcy od jej śmier­ci, mu­sia­łam za­cząć żyć od nowa.

Zer­k­nęłam na ze­ga­rek i o mało nie do­sta­łam za­wa­łu. Ta ro­pu­cha będzie tu za mo­ment! Bie­giem wpa­dłam do sy­pial­ni, by po­szu­kać od­po­wied­nie­go ubio­ru. Oba­wia­łam się, że nic nie będzie wy­star­cza­jąco do­bre, by pó­jść w tym do miej­sca, w któ­rym wy­lądu­je­my.

Nie wie­dzia­łam jesz­cze, że prze­zna­cze­nie tak szyb­ko po­now­nie mi o so­bie przy­po­mni…

Rozdział 6

Connor

– Sze­fie. – Je­den z mo­ich pra­cow­ni­ków wsze­dł do biu­ra, na­wet nie pu­ka­jąc. Unio­słem brew, pa­trząc na nie­go. – Do domu, któ­ry mie­li­śmy ob­ser­wo­wać, pod­je­cha­ło ja­kieś BMW.

Po­czu­łem przy­pływ ad­re­na­li­ny i wy­rwa­łem mu ta­blet. Po po­wi­ęk­sze­niu ujęcia za­uwa­ży­łem pu­kiel blond wło­sów. To mu­sia­ła być jej przy­ja­ció­łka.

Wie­dzia­łem, że to, co ro­bię, od­kąd Aria po­ja­wi­ła się w moim ży­ciu, jest po­ni­żej kry­ty­ki, jed­nak nie mo­głem uda­wać, że nic się nie sta­ło. Gdy prze­zna­cze­nie skrzy­żo­wa­ło na­sze dro­gi, mu­sia­łem za­pew­nić jej bez­pie­cze­ństwo, bo o tym za­de­cy­do­wa­no bez mo­je­go udzia­łu. Nie by­łem ura­do­wa­ny, bo mia­łem wy­star­cza­jąco swo­ich pro­ble­mów na gło­wie. Nie­mniej gdy­by przy wy­pe­łnia­niu wa­run­ków umo­wy uda­ło mi się ją po­znać i zdo­być jej za­ufa­nie, sta­no­wi­ło­by to miły atut.

– Kto te­raz pil­nu­je jej domu?

– Klaus wła­śnie zmie­nił Se­ba­stia­na – od­pa­rł i roz­sia­dł się wy­god­nie na ka­na­pie.

Co­raz bar­dziej iry­to­wa­ło mnie po­de­jście mo­ich pra­cow­ni­ków. Za­cho­wy­wa­li się, jak­by­śmy prze­kro­czy­li ja­kąś nie­wi­dzial­ną li­nię po­mi­ędzy re­la­cją szef-pod­wład­ny i sta­li się kum­pla­mi.

– Może, kur­wa, jesz­cze na­pi­jesz się kawy? – za­grzmia­łem, pa­trząc, jak wsta­je z ka­na­py i idzie do drzwi.

Po chwi­li rów­nież wy­sze­dłem i skie­ro­wa­łem się na par­king.

– Co ty kom­bi­nu­jesz, mała? – wy­mam­ro­ta­łem pod no­sem, wy­bie­ra­jąc w tym sa­mym cza­sie nu­mer Klau­sa. – Mów – rzu­ci­łem krót­ko.

– Wy­gląda, że wy­bie­ra­ją się gdzieś na mia­sto. Naj­praw­do­po­dob­niej do klu­bu.

– Tak? A skąd mo­żesz to wie­dzieć?

– Wnio­sku­ję po ubio­rze, sze­fie – wy­mam­ro­tał.

Czu­łem, jak krew się we mnie za­go­to­wa­ła na samo to zda­nie. Cie­ka­wi­ło mnie, ja­kie mają pla­ny na ten wie­czór. Jed­no było pew­ne – ja­kie­kol­wiek by nie były, ja sta­nę się ich częścią.

– Trzy­maj się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Te dziew­czy­ny nie są głu­pie, za­uwa­żą, je­śli będziesz je­chał bez­po­śred­nio za nimi. Spo­tka­my się na miej­scu.

My­śla­łem, że spędzę miły wie­czór w domu, po raz pierw­szy od daw­na w ci­szy i spo­ko­ju. Gdy do­sta­łem SMS-a od Se­ba­stia­na z in­for­ma­cją, że dziew­czy­na wró­ci­ła do domu po kil­ku­go­dzin­nym czy­ta­niu w Cen­tral Par­ku – za­łączył też zdjęcia Arii le­żącej na kocu – po­sta­no­wi­łem, że nie będę się zbyt­nio na­rzu­cał i po­cze­kam kil­ka dni z na­szym ko­lej­nym „przy­pad­ko­wym” spo­tka­niem. Nie chcia­łem jej spło­szyć, tym­cza­sem mu­sia­łem zmie­nić swo­je pla­ny, bo ten mały upar­ciuch po­sta­no­wił się za­ba­wić. Po­łączy­łem się przez ra­dio i wy­bra­łem nu­mer Ry­ana.

– Sta­ry, nie dasz mi chwi­li wy­tchnie­nia na­wet w nie­dzie­lę? – mruk­nął.

– Zbie­raj dupę i bądź go­to­wy, spo­tka­my się w klu­bie. – Usły­sza­łem, jak od­dy­cha, więc nie za­ko­ńczył po­łącze­nia, jed­nak ta ci­sza była tak bar­dzo nie w jego sty­lu, że za­py­ta­łem: – Ogłu­chłeś?

– Będę go­to­wy za dzie­si­ęć mi­nut – od­po­wie­dział w ko­ńcu. Już mia­łem się roz­łączyć, gdy usły­sza­łem, jak mru­czy pod no­sem: – A mo­głem, kur­wa, zo­stać żo­łnie­rzem…

Za­śmia­łem się ci­cho. Z Ry­anem zna­li­śmy się nie­mal całe ży­cie i ni­g­dy na­wet nie wspo­mniał o zo­sta­niu żo­łnie­rzem. Cip­ka Niny za­bi­ja­ła mu chy­ba wszyst­kie sza­re ko­mór­ki, któ­rych już wcze­śniej nie miał zbyt wie­le. Ale nie mo­głem być szczęśliw­szy. Od­kąd po­znał Ninę, wi­dzia­łem, jak obec­ny od dzie­ci­ństwa mrok w jego spoj­rze­niu za­czy­na się roz­ja­śniać. I choć ni­g­dy nie zmie­ni za­wo­du i wci­ąż będzie się ba­brał ra­zem ze mną w tym gów­nie, to wie­dzia­łem, że dla niej pra­gnie być lep­szy.

Te­raz mia­łem przed sobą trud­ne za­da­nie. Już po tych dwóch ty­go­dniach ob­ser­wa­cji za­uwa­ży­łem, że Aria nie zbli­ża się do ni­ko­go. Ca­ły­mi dnia­mi prze­sia­du­je albo na uczel­ni, albo w bi­blio­te­ce, a wie­czo­ra­mi za­szy­wa się w domu. Trud­ne, ale nie nie­wy­ko­nal­ne. Na pew­no nie dla mnie.

Te­le­fon za­wi­bro­wał.

Klaus: Klub Vin­de­ro.

Mu­sia­łem przy­znać, że wy­bra­ły jed­ną z lep­szych miej­scó­wek w oko­li­cy. Sam dość często tam by­wa­łem. Brak tłu­mów, a klien­te­la na­le­ża­ła do tych obrzy­dli­wie bo­ga­tych. Vin­de­ro mia­ło też inną za­le­tę: w jego piw­ni­cach ist­niał pry­wat­ny blac­kro­om wy­ko­rzy­sty­wa­ny przez lu­dzi z bra­nży IT i fi­nan­sów do nie­le­gal­nych trans­ak­cji. Na po­zio­mie dark­ne­tu mó­wi­ło się, że przez Vin­de­ro prze­cho­dzą nie tyl­ko pie­ni­ądze, ale i dane.

Tam, po­nie­kąd, po­zna­łem Ce­cy­lię… Mia­łem tyl­ko na­dzie­ję, że tego wie­czo­ru nie będzie mia­ła ocho­ty na „przy­go­dy”. Nie by­łem w na­stro­ju na me­lo­dra­mat.

– Kur­wa – mruk­nąłem, po­cie­ra­jąc bro­dę.

Dla­cze­go wy­bra­ły aku­rat ten klub? Dziew­czy­na taka jak Aria zde­cy­do­wa­nie do nie­go nie pa­so­wa­ła.

Prze­ka­za­łem in­for­ma­cję Ry­ano­wi i do­da­łem gazu, żeby zna­le­źć się tam jak naj­szyb­ciej. Mu­sia­łem mieć wszyst­ko pod kon­tro­lą. Nie mógł spa­ść jej z gło­wy na­wet włos.

Ta jed­na noc tyl­ko przy­spie­szy to, co i tak było nie­unik­nio­ne…

Za­par­ko­wa­łem w wy­zna­czo­nej sek­cji dla VIP-ów, wy­sia­dłem i opa­rłem się o sa­mo­chód, cze­ka­jąc na przy­jazd przy­ja­cie­la. W mi­ędzy­cza­sie ukła­da­łem w gło­wie plan. Jak to ro­ze­grać? Ona nie mo­gła się jesz­cze do­wie­dzieć. Na to było za wcze­śnie. Sam, gdy od­kry­łem, kim na­praw­dę jest, po­trze­bo­wa­łem kil­ku dni, by oswo­ić się z tą my­ślą. A ona nie wie­dzia­ła na­wet jed­nej set­nej tego, co ja.

Z roz­my­ślań wy­rwał mnie dźwi­ęk pod­je­żdża­jącej tak­sów­ki. Wy­sia­dł z niej Ryan. Moje brwi po­wędro­wa­ły w górę.

– Zgu­bi­łeś swój sa­mo­chód? – za­py­ta­łem, pa­trząc na co­raz szer­szy uśmiech roz­ci­ąga­jący jego par­szy­wą gębę.

– Stwier­dzi­łem, że cho­ciaż je­den z nas po­wi­nien się dzi­siaj na­pić. – Po­ru­szył brwia­mi. – A sko­ro ty za­mie­rzasz się ba­wić w ochro­nia­rza, to po­my­śla­łem, że i mnie ode­skor­tu­jesz do domu. – Po­ka­zał całe uzębie­nie w cwa­nym uśmie­chu.

Wes­tchnąłem i po­kręci­łem z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. I po­my­śleć, że to ja tu­taj by­łem sze­fem.

Ru­szy­li­śmy w stro­nę drzwi. Ochro­niarz sto­jący na bram­ce od razu mnie roz­po­znał i wpu­ścił nas bez ko­lej­ki, mimo po­mru­ków nie­za­do­wo­le­nia cze­ka­jących lu­dzi.

Od razu ude­rzył mnie za­pach bo­gac­twa. Dro­gi al­ko­hol, per­fu­my, skó­rza­ne ka­na­py i ho­ke­ry, ci­ężki dym cy­gar. Ten klub był miej­scem spo­tkań nie tyl­ko obrzy­dli­wie bo­ga­tych, ale też lu­dzi, któ­rzy ob­ra­ca­li się w cy­ber­cie­niu mia­sta – fi­nan­si­stów, bro­ke­rów da­nych, po­śred­ni­ków z dark­ne­tu.

Nie mo­głem po­zwo­lić, by ktoś za­uwa­żył mój roz­bie­ga­ny wzrok, dla­te­go po­rzu­ci­łem po­my­sł prze­ska­no­wa­nia sali w po­szu­ki­wa­niu Arii. Było tu zbyt wie­lu mo­ich klien­tów, zbyt wie­le oczu, zbyt wie­lu tych, któ­rzy mo­gli­by za­cząć za­da­wać nie­od­po­wied­nie py­ta­nia.

Ski­nąłem tyl­ko Ry­ano­wi gło­wą. Po tylu la­tach przy­ja­źni i wspól­nej pra­cy ro­zu­mie­li­śmy się bez słów.

Usie­dli­śmy w na­szej sta­łej loży, dys­kret­nie prze­cze­su­jąc wzro­kiem wnętrze. Nie­ste­ty, ży­cie na ta­kim po­zio­mie spo­łecz­nym jak ja ozna­cza­ło, że by­łem sta­le na świecz­ni­ku. Po­ło­wa to­wa­rzy­stwa zer­ka­ła w na­szą stro­nę, a gdy do­łączy­ło do nas czte­rech mo­ich naj­lep­szych ochro­nia­rzy, już prak­tycz­nie wszy­scy się ga­pi­li.

Mężczy­źni z za­zdro­ścią i stra­chem, ko­bie­ty z po­żąda­niem i pra­gnie­niem sko­ńcze­nia z jed­nym z nas. A może z dwo­ma? Ró­żne rze­czy się ro­bi­ło, gdy by­li­śmy młod­si i mo­gli­śmy po­zwo­lić so­bie na wi­ęcej.

Na nasz sto­lik po­sta­wio­no whi­sky i dwie szklan­ki. Ryan na­wet nie po­cze­kał, aż kel­ner­ka odej­dzie – od razu chwy­cił za bu­tel­kę i roz­lał tru­nek. Pra­gnął unik­nąć wdzi­ęcze­nia się dziew­czy­ny, któ­ra za­pew­ne sama na­la­ła­by nam al­ko­ho­lu i spró­bo­wa­ła na­wi­ązać roz­mo­wę.

– Prze­cież pro­wa­dzę… – mruk­nąłem, roz­ma­so­wu­jąc na­pi­ęty mi­ęsień na szyi.

– Uwierz mi, przy­da ci się. – Kiw­nął bro­dą na coś za mo­imi ple­ca­mi.

Od­wró­ci­łem gło­wę. Szok, jaki mnie ogar­nął, był trud­ny do opi­sa­nia.

Sta­ła tam Aria. W czar­nej mini, bluz­ce z od­kry­ty­mi ple­ca­mi, na któ­rych błysz­czał de­li­kat­ny wi­sio­rek. Wy­gląda­ła zja­wi­sko­wo. I nie tyl­ko ja to za­uwa­ży­łem. Czu­łem, jak mój puls przy­spie­sza, a w ustach robi się su­cho. Na oślep si­ęgnąłem po szklan­kę i jed­nym hau­stem wy­pi­łem whi­sky, nie od­ry­wa­jąc oczu od bru­net­ki.

Sa­tys­fak­cja ści­snęła mnie w środ­ku. Wresz­cie będę miał oka­zję po­roz­ma­wiać z nią dłu­żej.

Prze­nio­słem spoj­rze­nie na jej przy­ja­ció­łkę. Wy­ra­źnie szu­ka­ła ofia­ry na tę noc. Nie chcąc zna­le­źć się w za­si­ęgu jej ra­da­ru, od­wró­ci­łem się i pod­nio­słem pu­stą szklan­kę w stro­nę Ry­ana z nie­mą pro­śbą o uzu­pe­łnie­nie bursz­ty­no­wym trun­kiem.

– Mó­wi­łem? – Za­śmiał się.

Stuk­nęli­śmy się szkłem i po­wo­li sączy­li­śmy szla­chet­ny al­ko­hol.

Po chwi­li wsta­łem, zdjąłem ma­ry­nar­kę i w akom­pa­nia­men­cie śmie­chu przy­ja­cie­la skie­ro­wa­łem się do baru. Dziew­czy­na sta­ła zwró­co­na do mnie ple­ca­mi, a jej ko­le­żan­ka na­chy­la­ła się nad bar­ma­nem, flir­tu­jąc bez skru­pu­łów.

Sta­nąłem za Arią i do­strze­głem, jak jej ra­mio­na się na­pi­na­ją. Od­su­nąłem jej wło­sy i na­chy­li­łem się do ucha.

– Wi­taj, pi­ęk­na.

Gwa­łtow­nie się od­wró­ci­ła, o mało nie tra­cąc rów­no­wa­gi. Jej oczy po­wi­ęk­szy­ły się dwu­krot­nie, a kie­dy mnie roz­po­zna­ła, wy­szep­ta­ła:

– To ty…

By­łem nie­mal pe­wien, że nie chcia­ła, że­bym to usły­szał.

– Mia­łem na­dzie­ję, że jesz­cze się spo­tka­my.

Na jej twarz wkra­dł się ru­mie­niec. Czu­łem, że będzie się świet­nie ba­wić – i że ja będę ba­wił się ra­zem z nią.

Moją uwa­gę od­ci­ągnął jed­nak inny wi­dok. Blon­dyn­ka w czer­wo­nej su­kien­ce sto­jąca po dru­giej stro­nie baru wpa­try­wa­ła się we mnie spoj­rze­niem, któ­re nor­mal­ne­go czło­wie­ka skło­ni­ło­by do na­tych­mia­sto­wej uciecz­ki.

Ce­cy­lia.

Kur­wa…

Będą kło­po­ty.

Rozdział 7

Aria

Czy ja śnię? Prze­cież to nie­mo­żli­we, że­bym mia­ła ta­kie szczęście i tak szyb­ko na nie­go wpa­dła. Nie­mniej, nie będę kła­mać, by­łam za­do­wo­lo­na, że zno­wu dane jest mi go zo­ba­czyć. Mężczy­zna, któ­re­go po­zna­łam tak nie­daw­no, za­przątał moje my­śli częściej, niż chcia­łam się przy­znać. Nie wie­dzia­łam, co ma w so­bie, że w jego obec­no­ści nie czu­łam tego stre­su, któ­ry zwy­kle to­wa­rzy­szył mi przy roz­mo­wie z chło­pa­kiem.

– Gdzie moje ma­nie­ry? – Zo­ba­czy­łam ta­jem­ni­czy uśmiech na jego twa­rzy, po czym prze­nió­sł wzrok na oso­bę za mną. – Con­nor Scott.