Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
192 osoby interesują się tą książką
Aria Jones próbuje odzyskać spokój po bolesnej sytuacji, która zachwiała jej codziennością. Mimo ogromnego talentu i prestiżowego stypendium zmuszona jest walczyć o swoją przyszłość. Pracuje w bibliotece i usiłuje poukładać życie na nowo. Muzyka pozostaje jedyną przestrzenią, gdzie na kilka chwil może o wszystkim zapomnieć.
Connor Scott od lat buduje świat oparty na kontroli. Jako jeden z najpotężniejszych ludzi w świecie cyberbezpieczeństwa ma świadomość, że informacje są najcenniejszą walutą. Nie ufa nikomu i nie pozwala sobie na emocje – do czasu.
Kiedy drogi dwojga zupełnie obcych ludzi przypadkiem się przecinają, między nimi rodzi się uczucie, którego żadne z nich nie planowało.
Dla Arii to coś zadziwiająco prawdziwego.
Dla Connora coś, czego nie powinien chcieć.
On wie jednak o sprawach, do których ona nie została dopuszczona. Sekret sprzed lat łączy ich rodziny w sposób znacznie bardziej niebezpieczny, niż mogliby przypuszczać.
W rzeczywistości, w której każdy sekret ma swoją cenę, a przeszłość nigdy nie zostaje pogrzebana na zawsze, miłość może okazać się największą słabością.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 329
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright ©2026 by Aleksandra R. Falco
Wydanie pierwsze, 2026
Wydanie własne
Redakcja i korekta: Justyna Szymkiewicz @daj.mi.slowo
Korekta: Karolina Dróżdż-Badetko, Kamila Polańska, Martyna Resterna
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Projekt okładki i oprawa wizualna: Kamila Polańska @design_your_cover_with_me
ISBN: 978-83-981134-0-3
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej zgody autora, z wyjątkiem cytatów wykorzystywanych w celach recenzji, omówień lub analiz, pod warunkiem podania źródła
Dla tych, którzy musieli się rozsypać, żeby nauczyć się składać siebie na nowo.
Dla tych, którzy kochali… mimo strachu i zostali… mimo bólu.
I dla tych, którzy wciąż wierzą, że nawet po najgorszej burzy zawsze wyjdzie słońce.
To miał być zwykły dzień. Budzik, osiem kilometrów biegu po mokrym asfalcie, szybki prysznic i lekkie śniadanie. Założyłam ulubione jeansy, miękki sweter i czarny płaszcz – deszcz w Nowym Jorku ostatnio był codziennością. Włosy związałam, bo nie było sensu walczyć z wilgocią.
Zatrzasnęłam drzwi, przesunęłam dłonią po wysłużonym dachu mojego Forda i ruszyłam. Sobota oznaczała dodatkową zmianę w bibliotece – panią Larson rozłożyła grypa, a ja miałam rachunki, kredyt studencki i długi, które musiałam uregulować.
Po śmierci mamy było mi odrobinę trudno. Już wcześniej nie żyłyśmy na wysokim poziomie, bo to w tym mieście jest rzadko możliwe, ale gdy jej zabrakło, a wszystko spadło na moje barki, musiałam zrobić wszystko, aby spuścizna, która po niej została, pozostała nietknięta. Mój ojciec od lat nie płacił alimentów. Tak w zasadzie nie wiem, czy gdybym spotkała go na ulicy, byłabym w stanie go rozpoznać. Raz udało mi się ukradkiem podejrzeć jego zdjęcie. Od tamtego momentu minęło sporo czasu, a mama rzeczy po nim skrzętnie pochowała albo spaliła.
Odkąd tylko sięgam pamięcią, pracowała na dwa etaty i dorywczo pomagała w domu opieki, by nigdy niczego nam nie brakowało, a nawet dzięki temu nie było kolorowo. Gdy koszty jej hospitalizacji pochłonęły wszystkie nasze oszczędności, a firma ubezpieczeniowa nie wypłaciła mi jeszcze należności z polisy na życie, którą mama opłacała przez kilkanaście lat, zostałam zmuszona do pozostania w rodzinnym domu, wśród ścian, które widziały każdą łzę radości i bezradności przez ostatnie dwadzieścia jeden lat. Jednak jedyne, o czym pamiętałam w tym momencie, to jej ostatnie chwile tutaj. Lekarze pozwolili nam wrócić do domu, żeby te dni mogła spędzić w znajomym otoczeniu.
Z letargu wybudził mnie dźwięk klaksonu. Znowu się wyłączyłam. Nie mogłam nad tym zapanować, to wszystko było wciąż zbyt świeże. Rana jeszcze się nie zasklepiła.
Zerkając na zegarek, stwierdziłam, że zdążę jeszcze wejść do sklepu po małe zakupy. 7-Eleven było po drodze.
W środku pachniało wypiekami i świeżymi owocami. Gapiłam się na półki i w myślach powtarzałam: pomidory, sałata, makaron, najtańsza kawa. Wtedy ktoś gwałtownie wpadł na mój wózek sklepowy, a serce zabiło mi mocniej.
– Pani wybaczy. – Tembr jego głosu wywołał we mnie niespodziewane uczucie. Poczułam dziwne ciepło w całym ciele. Mężczyzna uniósł brew, zapewne czekał na moją reakcję.
– Nic się nie stało, to moja wina, stałam na środku alejki. – Czułam, jak na policzki wkrada mi się soczysty rumieniec. Musiałam odejść jak najszybciej, potrzebowałam zaczerpnąć powietrza, które nie byłoby przesiąknięte jego perfumami. – Życzę panu miłego dnia! I jeszcze raz przepraszam.
Niech szlag trafi moje dobre wychowanie, powinnam odwrócić się i po prostu odejść. Aura tego nieznajomego pochłaniała wszystko w obrębie kilkunastu metrów.
Należało uciec, zanim zupełnie straciłabym głowę. Popchnęłam wózek w stronę kas. Kasjerka uśmiechnęła się do mnie półgębkiem. Terminal zaciął się na sekundę i dopiero potem przyjął płatność.
– Dziś wszystko wariuje – mruknęła.
Zbyłam to machnięciem ręki
– Hej! Poczekaj! – usłyszałam za plecami, gdy schowałam paragon do kieszeni płaszcza i szybkim krokiem kierowałam się w stronę drzwi wyjściowych.
Na parkingu deszcz zamienił się w gęstą mżawkę. Dostrzegłam czarnego Mercedesa G klasy. Na taki samochód mógł sobie pozwolić tylko ktoś, kto nie liczy się z ceną. Pomyślałam, że to na pewno jego samochód. Gdybym tylko wtedy wiedziała…
W bibliotece zapach papieru działał jak balsam. Katalogi, zwroty, krótkie rozmowy z czytelnikami – to była moja codzienność i bezpieczna przystań. Starałam się całkowicie oddać pracy, ale obraz niebieskich tęczówek wracał niczym bumerang, zupełnie jak głos, który brzmiał w mojej głowie jak echo…
O czwartej trzydzieści telefon zawibrował, wysyłając powiadomienie z aplikacji informacyjnej. „Atak na serwery miejskie. Część systemów w trybie offline, możliwe wycieki danych”. Kliknęłam odruchowo, chcąc poznać treść. Artykuł był krótki, bez żadnych konkretów, zupełnie jakby ktoś się spieszył, żeby podać jako pierwszy informację opinii publicznej. „Zwiększona aktywność w sieci”, „Wektor ataku nieznanego pochodzenia”, „Współpraca z prywatnym sektorem”. Zignorowałam to. W Nowym Jorku takie alerty były na porządku dziennym, tak samo jak te o strzelaninach.
Zamknęłam bibliotekę po siódmej wieczorem. Metaliczny szczęk zamka poniósł się echem. Deszcz ustąpił, a ulice błyszczały w świetle lamp. Minęłam kilku przechodniów z parasolami, którzy tak jak ja dokądś się spieszyli.
W domu zdjęłam buty, odwiesiłam płaszcz i skierowałam się w stronę kuchni, gdzie wstawiłam wodę na herbatę. W międzyczasie odtworzyłam Mozarta – XI sonatę A-dur – żeby spróbować odciąć się od emocji tego dnia. Muzyka wypełniała pokój, a ja zapisywałam w zeszycie, by zapłacić prąd, sprawdzić status wypłaty z polisy, wystawić kubły na śmieci. Zwykłe, codzienne sprawy, o których nie mogłam zapomnieć.
Leżący obok mnie telefon zawibrował. Dostałam powiadomienie z banku: „Logowanie z nowego urządzenia – jeśli to nie ty, zmień hasło”. Czym prędzej to zrobiłam, chociaż wszystko na pozór wyglądało normalnie. Kiedy chciałam odłożyć komórkę, w rogu ekranu mignęła ikona synchronizacji. Uznałam, że to zapewne słaby zasięg przez pogodę. Wyłączyłam Wi-Fi i przełączyłam się na dane komórkowe.
Późnym wieczorem, tuż przed pójściem spać, zasłoniłam okna w salonie. Przez chwilę miałam wrażenie, że ktoś stoi przed moim domem. Cień mógł być od drzewa, na które padało światło ulicznej latarni, ale moje serce i tak przyspieszyło. Starałam się uciszyć pędzące niczym wyścigówka wizje.
Gdy zasypiałam, moje myśli ponownie wróciły do niego. Do niebieskich oczu wpatrujących się we mnie, jakby potrafiły odkryć każdą tajemnicę. Śmiałam się sama do siebie z tego, jak absurdalnie się zachowuję, że tak bardzo poruszyło mną przypadkowe spotkanie z tamtym mężczyzną. Ale nie mogłam wyłączyć ani zmienić toru swoich rozważań. Pozostało mi je jedynie zaakceptować.
W półśnie usłyszałam krótkie, ciche „pik”.
Dźwięk powiadomienia?
A może tylko moja głowa, która od rana nie potrafiła normalnie funkcjonować.
To zapewne nic takiego…
Rzadko kiedy robię zakupy sam. Zazwyczaj mam od tego ludzi, ale tego poranka coś mnie tknęło. Potrzebowałem kawy albo czegokolwiek, co postawi mnie na nogi po zarwanej nocy. Dwie blondynki, które wróciły ze mną po imprezie, wyssały ze mnie resztki energii. Zwykle takie przygody kończyły się jedną wielką pustką, ale tym razem dodatkowo towarzyszyły mi ból głowy i rozdrażnienie.
Telefon przy uchu brzęczał nieprzerwanie. Ryan nawijał coś o kolejnych próbach ataku na nasz serwer. Powinienem go słuchać, ale byłem zbyt rozkojarzony. Każdy dzień w moim życiu to walka z kolejnymi zagrożeniami, a on doskonale wiedział, że nie ma sensu zawracać mi głowy drobiazgami. Jednak tym razem w jego głosie brzmiała nuta paniki. „Podejrzane logowania”. „Transfery w tle”. „Ktoś grzebie przy naszych systemach”. Jednak kiedy padły słowa „wyciek danych”, krew we mnie zawrzała.
I wtedy, zamiast skupić się na tym, co właśnie usłyszałem, wpadłem na nią.
Drobna sylwetka. Zaskoczenie w zielonych oczach wyglądających jak dwie zaklęte krople szmaragdu. Gdyby nie moja szybka reakcja, upadłaby na podłogę. Złapałem ją za ramiona i utonąłem w jej spojrzeniu. Miała w sobie coś, co sprawiało, że nie potrafiłem pozwolić jej odejść bez słowa.
Smutek. Zmęczenie. I ta nieśmiałość, która sprawiła, że wyglądała jak ktoś, kto chce zniknąć.
– Jezu, Connor, czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – Głos Ryana wyrwał mnie z tego dziwnego transu.
– Oddzwonię – warknąłem i rozłączyłem się, nawet nie zastanawiając nad konsekwencjami.
Zobaczyłem, jak nieznajoma ucieka w popłochu, pchając swój wózek w stronę kas.
– Hej! Zaczekaj! – krzyknąłem, ale ona nawet się nie obejrzała. Zupełnie tak, jakby sytuacja w ogóle się nie wydarzyła.
Telefon rozdzwonił się ponownie. Tym razem Ryan nie brzmiał jak ktoś, kto dramatyzuje.
– Przecież powiedziałem, że oddzwo…
– Właśnie w tym momencie ktoś wykrada dane z serwera – przerwał mi. – To musi być ktoś z wewnątrz. Wszyscy mamy szyfrowane tokeny, a ślad pochodzi z jednego z naszych terminali. Potrzebuję cię w biurze.
– Będę za pięć minut! – rzuciłem, wybiegając ze sklepu.
– Jestem już podłączony, zaraz pokrzyżuję im plany. Czekam.
Wybiegłem na parking, ale nie zauważyłem nigdzie nieznajomej.
Musiała już odjechać.
Wsiadłem do Mercedesa i z piskiem opon ruszyłem.
Nasz magazyn nie przypominał już dawnej siedziby mojego ojca. On handlował czymś namacalnym, prostym. Ja rozbudowałem jego imperium w cyfrową fortecę, mając w garści wielkie szychy. W piwnicach kryły się rzędy serwerów i całe ściany ekranów, pracowali przy nich ludzie, którzy wiedzieli, że za najmniejsze potknięcie można zapłacić najwyższą cenę. To była moja forteca. Mój świat, w którym dane i informacje stanowiły walutę bardziej cenną niż złoto.
Ryan czekał już przy jednym z terminali. Twarz miał napiętą, a w jego spojrzeniu czaiło się zdenerwowanie.
– To Javier – powiedział. – Nasz kierowca. Logował się do głównego komputera i podpiął pendrive’a z oprogramowaniem. Ktoś dobrze ukrył szkodnika w tym oprogramowaniu, ale nie na tyle dobrze, żebyśmy tego nie wykryli.
Spojrzałem na głównego podejrzanego. Siedział na krześle, spocony, blady, a jego oddech z każdą minutą coraz bardziej przyspieszał. Wciąż próbował udawać niewinnego, ale ręce drżały mu tak bardzo, że to go zdradzało.
– Dlaczego chciałeś wykraść dane? – zapytałem. Głos miałem spokojny, niemal obojętny. W moim wypadku to nie był dobry znak.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparł, testując moją cierpliwość. Myślałem, że ludzie z ponadprzeciętnym IQ, których zatrudniałem, są mądrzejsi, ale chyba się myliłem.
Ryan nacisnął kilka klawiszy, a na ekranie pojawiły się informacje. Każdy nieproszony ruch w sieci, każda godzina, każde miejsce niepowołanego logowania do naszych systemów. Wszystko podane na tacy.
– Masz ostatnią szansę – rzuciłem. – Dla kogo pracujesz?
– DeRuso – odparł. To nazwisko było mi dziwnie znajome. – Zapłacił mi podwójnie, żebym włamał się do twojego serwera i ukradł informacje, które masz na niego i jego ludzi. Musiałem się zgodzić, te pieniądze są mi potrzebne, żeby odzyskać córkę. Moja była żona nie pozwala mi się z nią spotykać – wychrypiał. – Zapewniał mnie, że nigdy nie odkryjesz tego oprogramowania. Musiałem tylko podpiąć pendrive’a pod główny komputer w firmie.
I teraz wszystkie elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca. Odezwały się duchy Kansas City.
Przez dziesięć lat zbudowałem jeszcze większą potęgę niż mój ojciec przez niemal całe życie. Przestałem się babrać w nielegalnym gównie i nie zamierzałem pozwolić im przejąć mojego biznesu.
Nazywam się Connor Scott. Mam trzydzieści dwa lata, a Nowy Jork jest moim miastem. Biznes zaś spuścizną, którą rozbudowałem dwukrotnie. I nigdy jej nie oddam. Nigdy.
Na sekundę spojrzałem na Javiera inaczej. Wiedziałem, co to znaczy stracić kogoś, kogo nie potrafisz ochronić. Ale sekundowe współczucie nie zmieniało faktu, że spróbował mnie okraść.
– Wiesz, wystarczyło, że przyszedłbyś z tym do mnie. – Czułem, jak moje opanowanie szlag trafia. Po raz kolejny musiałem sprzątać bałagan mojego zmarłego ojca. To dlatego teraz wykonywałem wszystko w białych rękawiczkach, aby nikt nie mógł mnie z niczym połączyć. – Jestem dobrym pracodawcą i jeśli mój pracownik na to zasługuje, zawsze otrzyma ode mnie pomoc. Ty jednak postanowiłeś skorzystać z innej opcji. – Westchnąłem. – Kiedy ma ci zapłacić?
– Dzisiaj o północy. Mam się z nim spotkać pod Mostem Brooklyńskim.
Przytaknąłem. Zastanawiałem się, co z nim zrobić. Nie był mi już do niczego potrzebny. Zerknąłem na Ryana, dając mu znak, aby wykonał telefon do ludzi, którzy na nasze życzenie sprzątali bałagan albo przypominali, że strach to potężne uczucie. Tym razem zostawiłem to im. Wiedzieli, co robić. Każdy, kto pomyślał o czymś podobnym, miał świadomość, czym to się skończy.
– Trafiłeś na dzień, w którym nie mam czasu. – Wstałem z krzesła. – Javier – złapałem go za ramię – zapamiętaj sobie moje słowa. Jestem królem Nowego Jorku. Mnie się nie okrada i nie oszukuje.
– Dziękuję… dziękuję, – O mało nie pocałował mnie w dłoń. – Obiecuję, że to się już nigdy więcej nie powtórzy.
– Och, na pewno się nie powtórzy. – Uśmiechnąłem się tajemniczo, jakbym wiedział o czymś, o czym on nie ma pojęcia.
– Ale… nie rozumiem.
– Już niebawem się dowiesz, co mam na myśli. – Skierowałem się w stronę wyjścia, nie oglądając za siebie, lecz zatrzymał mnie głos Ryana:
– Zapamiętaj dzisiejszą lekcję na długo. Bo gdybyś trafił na mnie… – Urwał na moment. – Nie zginiesz, ale dostaniesz nauczkę. Doceń to i po wszystkim się spakuj. Nigdy tu nie wracaj. Zapomnij, że kiedykolwiek nas poznałeś.
Czasem zapominałem, że z nas dwóch to Ryan jest bardziej porywczy. Choć obaj byliśmy temperamentni, to ja zawsze trzymałem emocje na krótkiej smyczy, podczas gdy on uwielbiał kłapać zębami.
Zerknąłem do tyłu i zobaczyłem jego cwaniacki uśmiech.
– Uwielbiam oglądać strach, gdy dociera do nich, że jednak nie puścimy ich wolno, jak myśleli. Choć myślałem, że popatrzymy na jego przyspieszony kurs lojalności.
Przewróciłem oczami.
– Nie mam na to czasu. Musisz coś dla mnie zrobić. – Wziąłem butelkę wody i upiłem łyk. – Znajdź dla mnie pewną dziewczynę.
Brwi podjechały mu niemal do linii włosów.
– Jaką dziewczynę? – zapytał z niedowierzaniem.
Opisałem mu sytuację ze sklepu, a na jego twarzy malował się coraz większy szok i – ku mojemu zdziwieniu – rozbawienie.
– A po co ci wiedzieć, jak się nazywa? I dlaczego sam nie możesz tego zrobić? – Skrzyżował ramiona na torsie.
– Możesz nie zadawać pytań, na które i tak nie dostaniesz odpowiedzi? – Traciłem cierpliwość, a ta rozmowa zaczynała mnie męczyć. Było jeszcze wcześnie, a ja już miałem dość tego dnia. – Mam za chwilę rozmowę z burmistrzem, której nie mogę przełożyć. Dlatego, jako dobry szef, deleguję zadania – wycedziłem cicho.
– Dobra, już dobra. – Podniósł ręce, jakbym mierzył do niego z broni. – Daj mi godzinę, a dostarczę ci raport.
Każdy z nas odszedł w swoją stronę – do gabinetów na górnym piętrze budynku. Ja zaszyłem się w swoim biurze, żeby móc spokojnie porozmawiać. I jedyne, o czym potrafiłem myśleć, to piękna istota, która przypadkowo pojawiła się na mojej drodze.
Musiałem ją poznać. Dowiedzieć się, co sprawiło, że smutek zagościł w tych pięknych, zielonych oczach.
Kurwa, nigdy w życiu żadna kobieta nie zainteresowała mnie do tego stopnia, bym chciał poznać i zapamiętać jej imię. Wcześniej liczyło się tylko, czy jest chętna i ładna, chociaż na to nigdy nie mogłem narzekać. Wokół mnie kręciły się modelki, córki senatorów i wiele innych piękności. Nigdy nie musiałem się starać. Wystarczyło, że okazałem względne zainteresowanie.
A teraz nagle zapragnąłem wiedzieć coś więcej?
Nie. To na pewno ciekawość. Coś nowego. Bo przecież ile można ruchać jedne i te same kobiety? Na tym etapie swojego życia zaliczyłem każdą pozycję, każdą pojebaną akcję. Zrobiłem chyba wszystkie zboczone rzeczy, o jakich można pomarzyć. Laski w moim otoczeniu pragnęły mojego kutasa i portfela. Każda z nich myślała, że zamacha mi sztucznymi cyckami, a ja na drugi dzień przybiegnę z pierścionkiem, gotowy planować wspólną przyszłość.
Dlaczego miałem z tego nie korzystać? Po stresie, który gromadził się we mnie każdego dnia, musiałem mieć kogoś, przy kim mógłbym odreagować. Cecylia, którą znałem od kilku lat, za każdym razem bardzo chętnie się mną zajmowała. Jednak gdy zauważałem, że zanadto zaczyna się do mnie zbliżać, musiałem ją odsuwać na kilka tygodni, żeby myślenie wróciło jej na właściwe tory. Nie miałem zamiaru się żenić. Ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. A już na pewno nie z Cecylią. Łączył nas biznes. Ja czegoś od niej chciałem, ona ode mnie, a przy tym korzystaliśmy z okazji i rozładowywaliśmy razem stres.
Moje rozmyślania przerwało wtargnięcie Ryana, który niósł wypchaną teczkę. Położył ją na biurku, uśmiechając się przy tym triumfalnie.
– Oto twoja tajemnicza nieznajoma.
– Aż tyle? – Patrzyłem to na teczkę, to na przyjaciela.
– Zerknij, a sam się przekonasz. Tymczasem spadam, mam robotę do zrobienia.
– Pamiętaj, że to ja jestem twoim szefem! Jaka to robota?
– Muszę zadbać, by moje nazwisko przetrwało. Dzwoniła Nina. Jak widzisz, obowiązki wzywają. – Wyszczerzył się, jakby z powrotem miał szesnaście lat, i wyszedł, zanim zdążyłem skomentować jego szczeniackie zachowanie.
Skurczybyk znalazł sobie kobietę idealną. Nie dość, że piękną i mądrą, to jeszcze akceptowała tego pojeba w stu procentach. Nie ukrywam, że byłem trochę zazdrosny, gdy miałem okazję zobaczyć tych dwoje razem. Czasem nachodziła mnie też myśl, że gdyby trafiła mi się partnerka choćby w połowie taka jak Nina, to sam byłbym chętny na ustatkowanie się…
Otworzyłem teczkę.
Aria Jones, urodzona 17 stycznia 1998 roku
Wiedziałem, że skądś znam te zielone niczym szmaragdy oczy.
Minęły dwa tygodnie od spotkania z tajemniczym nieznajomym, a jego obraz wciąż uparcie powracał w mojej głowie. Nie znałam jego imienia, nie wiedziałam nic o jego życiu, a mimo to zapadł mi w pamięć mocniej, niż chciałam przyznać. Starałam się nie rozmyślać o tym zbyt często, skupiając się na pracy i nauce. Dni mijały mi w jednostajnym rytmie: dodatkowe, letnie zajęcia na uczelni, biblioteka, dom, czasem kawa z Sophie. Wróciłam do codziennej rutyny, ale coś się zmieniło. Jakby od tamtego wieczoru wszystko wyblakło.
Tak też było i tego dnia. Kolejne spokojne popołudnie w bibliotece. W słuchawkach XI sonata fortepianowa A-dur Mozarta – czyli utwór, który będę musiała zaprezentować podczas egzaminów. Każdą wolną chwilę wykorzystywałam na naukę, a szczęśliwie mój przełożony przymykał oko na to, że nie zawsze sztywno trzymam się regulaminu. Wiedział, że nie wpływa to na jakość mojej pracy.
Kilka razy przekładałam jedną serię z półki na półkę, próbując logicznie ją rozmieścić, żeby i mnie, i czytelnikom było łatwiej ją znaleźć, gdy nagle usłyszałam cichutki głosik za sobą.
– Przepraszam panią, gdzie znajdę pierwszy tom Harry’ego Pottera?
Odwróciłam się i dostrzegłam dziewczynkę, która na oko miała może trzynaście lat. Uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie.
– Jesteś zaciekawiona Harrym Potterem? – Kiwnęła twierdząco głową. – Nie mogłaś lepiej trafić. Jestem jego największą i zarazem najwierniejszą fanką – zaszczebiotałam, chcąc rozluźnić atmosferę. Dostrzegłam, jak jej ramiona opadły, więc uznałam, że chyba dobrze mi idzie. – I tak się składa, że tu jest – sięgnęłam do regału – proszę. Ale mam jeden warunek!
– Jaki? – Popatrzyła na mnie skonsternowana.
– Jak skończysz czytać, to wróć do mnie i porozmawiamy o twoich odczuciach. Jestem bardzo ciekawa, czy i tobie spodoba się Hogwart. Co ty na to?
Oczy jej zabłyszczały.
– Zgoda!
– Nie mogę się już doczekać. – Skierowałyśmy się do kontuaru, gdzie nabiłam książkę na jej kartę. – Termin masz do końca miesiąca, choć mam cichą nadzieję, że uda ci się przeczytać to szybciej i nim się obejrzę, będziemy siedzieć w tych ogromnych fotelach przy wejściu i rozmawiać o chłopcu, którego całe życie zmieniło się po przeczytaniu jednego listu. – Posłałam jej uśmiech.
– Dziękuję. – Rozpromieniła się, a moje serce stopniało na widok jej radości z tak błahej sprawy jak zainteresowanie, które jej ofiarowałam. – Do zobaczenia.
Zerknęłam na godzinę i uznałam, że powinnam się zbierać do domu. Po kilku godzinach w końcu nadszedł koniec mojej zmiany. Zgasiłam światła, pożegnałam się z ochroniarzem i wyszłam z biblioteki. Odwróciłam się od drzwi i… wpadłam na kogoś.
– Najmocniej przepraszam… – Urwałam, widząc najpiękniejsze tęczówki, które śniły mi się niemal każdej nocy od naszego spotkania. – To pan…
– Też się cieszę, że spotykamy się po raz kolejny. – Uśmiechnął się.
Dostrzegam najsłodszą rzecz na świecie – dołeczek w prawym policzku.
Czy ten facet musi być aż tak idealny?
Zaraz!
Jaki idealny?!
Przecież go nie znałam, na litość boską, nie wiedziałam nawet, jak ma na imię. Od kiedy stałam się taka próżna, że zwracałam uwagę tylko na wygląd?
– Co pan tu robi? – zapytałam, rozglądając się dookoła.
Byliśmy sami. Obleciał mnie strach, ale natychmiast go stłumiłam. Uznałam, że znajdujemy się w miejscu publicznym, a w środku budynku jest Peter, który zaczął nocną zmianę. Dodatkowo Piąta Aleja zawsze tętni życiem. Jak cały Nowy Jork.
Kiedyś nienawidziłam tego ciągłego pośpiechu, wiecznych korków, ale z każdym rokiem doceniałam to coraz bardziej. Gdyby nie to miasto, nie mogłabym pracować w największej bibliotece oferującej setki tysięcy książek z każdego gatunku. Nie mogłabym studiować – co prawda nie na wymarzonej uczelni, ale mimo wszystko nie narzekałam.
Miałam nadzieję, że gdy zakończę w przyszłym roku licencjat z najlepszym wynikiem, będę się ubiegać o najwyższe stypendium, które umożliwi mi zdobycie master’s degree na wyśnionej uczelni, dlatego też nawet latem robiłam kursy, by wejść w nowy semestr jak najbardziej przygotowaną.
Otrząsnęłam się z myśli, gdy mężczyzna ponownie się odezwał:
– Myślę, że nie musimy być tacy oficjalni. – Podszedł do mnie z wyciągniętą ręką. – Connor.
Brzmienie jego głosu w połączeniu z tym męskim imieniem sprawiły, że ciarki przeszły mi po plecach. Po chwili wahania podałam mu dłoń.
– Aria. – Potrząsnęłam jego ręką. – Zapytam jeszcze raz: co tu robisz?
Kącik jego ust się uniósł, zupełnie jakby miał uraczyć mnie kolejnym zniewalającym uśmiechem.
– Przechodziłem obok i zauważyłem, jak zamykasz drzwi. Nie mogłem odejść bez przywitania. – Popatrzył mi w oczy i odniosłam wrażenie, jakby chciał przewiercić się nimi do mojej duszy. – Egoistycznie muszę przyznać, że liczyłem też na rozmowę, w której nie uciekniesz po kilku sekundach, tak jak to miało miejsce ostatnim razem.
Poczułam, jak na moje policzki wkrada się rumieniec.
– Skoro teraz już się znamy i wymieniliśmy kilka zdań, które mogą uchodzić za rozmowę, to możemy się rozejść. – Posłałam mu cwaniacki uśmiech.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi – przez kilka sekund patrzył na mnie w kompletnym osłupieniu, po czym wybuchnął śmiechem.
– Masz rację, ale teraz chciałbym zaprosić cię na kawę.
Z trudem zamaskowałam zaskoczenie.
– Sądzę, że spotkanie tej samej osoby dwukrotnie w takim mieście jak Nowy Jork to znak od wszechświata. Nie chciałbym odejść z poczuciem, że ominął mnie miły wieczór z zachwycającą kobietą.
– A może zrobimy tak: jeśli jakimś cudem wpadniemy na siebie jeszcze raz, całkiem przypadkiem, to wtedy pójdziemy na kawę? Skoro wszechświat nam sprzyja, to na pewno się spotkamy. – Nie wiedziałam, co we mnie wstąpiło. Nigdy nie byłam taka odważna względem przyjaciół, a co dopiero obcych.
Mięsień na jego szczęce drgnął i uznałam, że nie na rękę mu moja odpowiedź. Nie sądziłam, że będzie drążył – w końcu facet jego pokroju zapewne nie mógł się opędzić od chętnych panienek.
Nie rozumiałam tylko jednego… Jak to możliwe, że ten nieznajomy mężczyzna staje na mojej drodze dwukrotnie w tak krótkim czasie? Tak jak wspominał, Nowy Jork nie sprzyja takim przypadkom. W końcu mieszka tutaj ponad osiem milionów ludzi. A może… jestem jego ofiarą?
Miałam ochotę przybić sobie mentalną piątkę w czoło. Chyba naczytałam się zbyt wielu książek z wątkiem porwania, bo już totalnie mi odbijało. Przecież mnie nie śledził – na litość boską – spotkaliśmy się w sklepie i pod biblioteką miejską. Równie dobrze mógł to być każdy inny przechodzień, na którego nie zwróciłabym nawet uwagi.
– Skoro tak stawiasz sprawę… Życzę ci miłego wieczoru. – Odwrócił się. – Miło było cię poznać, Aria, i… mam nadzieję: do zobaczenia – rzucił przez ramię i odszedł, a ja stałam w całkowitym szoku.
Nie sądziłam, że tak szybko odpuści.
Poczułam lekkie ukłucie rozczarowania, a przecież sama tego chciałam. Jeszcze kilka sekund wpatrywałam się w niknącą sylwetkę mężczyzny, aż ruszyłam w stronę swojego samochodu.
W drodze do domu podziwiałam mieniące się światła, które chyba nigdy nie gasną, i zastanawiałam się, czy gdybym podjęła inną decyzję, żałowałabym tak, jak robiłam to w tym momencie.
Wieczorem, leżąc w ciemnościach swojej sypialni, towarzyszyło mi dziwne uczucie bycia obserwowaną…
Stwierdziłem, że skoro pragnie się ze mną bawić, pozwolę jej na to. Niech myśli, że to ona tutaj rozdaje karty. Bo ja, odkąd tylko zostawiłem ją pod drzwiami biblioteki, śledziłem każdy jej ruch.
Z początku, razem z Klausem, jednym z moich najlepszych ludzi od bezpieczeństwa, pojechaliśmy za nią do domu. Strategiczne zaparkowanie pozwoliło mi obserwować światło w jej oknach, sylwetkę przemieszczającą się za zasłonami. Przez kilkanaście minut nie działo się nic interesującego, więc odpaliłem właściwe programy – połączyłem się z jej urządzeniami. Wystarczyło kilka kliknięć, by jej laptop przekazywał obraz z kamerki na mój telefon. Nie musiałem przecież siedzieć pod jej domem jak jakiś amator.
Po chwili na ekranie komórki pojawiła się ona. Usiadła na parapecie przy oknie wychodzącym na ogródek, z książką w dłoni. Powinna bardziej uważać. Fakt, że okno nie wychodziło na ulicę, nie oznaczał jeszcze prywatności. Zostawiony otwarty laptop to zaproszenie. Włamanie się do systemu to żaden problem. Każdy początkujący by to zrobił. Ona nie zdawała sobie sprawy, jak łatwo można mieć dostęp do całego jej życia. Szara myszka nie wiedziała, że w sieci nie ma cichych zakamarków.
Na razie nikt nie powinien się nią interesować. Była bezpieczna. Ale to mogło się zmienić, kiedy ktoś zobaczyłby ją u mojego boku. Dlatego zleciłem, by Klaus przejął obowiązki jej prywatnego ochroniarza, cienia.
Nie zapowiadało się, żeby gdziekolwiek się wybierała. Poza tym w raporcie nie byli wspomniani żadni znajomi oprócz przelotnych znajomości zawartych w szkole i jednej przyjaciółki, która, czego się również dowiedziałem, spędzała wieczór poza miastem, w domu swojego brata.
Po odkryciu tożsamości Arii przeprowadziłem szczegółową analizę wszystkiego, co tylko jest z nią związane. Musiałem przecież wiedzieć, z czym będę mieć do czynienia.
Zszokował mnie brak większej liczby znajomych. Zupełnie jakby podświadomie nie chciała nawiązywać z nikim głębszym relacji. A może to matka pokierowała jej życiem tak, aby nie zbliżała się do obcych? W końcu, mimo że rozstała się z jej ojcem, nie mogła całkowicie wykreślić go z ich życia, bo tym samym naraziłaby swoje jedyne dziecko na niebezpieczeństwo. Zadbała o wszystko, czym znacznie ułatwiła mi zadanie.
Podjechałem pod swój trzykondygnacyjny dom, odcięty od reszty świata. Zaparkowałem samochód obok pozostałych i wszedłem do rezydencji. O tej godzinie Klara, moja gosposia, powinna być już w środku.
W kuchni z zadowoleniem odkryłem przygotowany dla mnie posiłek i karteczkę z informacją, że jutro przyjdzie godzinę później, bo musi zaprowadzić wnuczki do przedszkola. Ta kobieta była niesamowita, nie dość, że pracowała dla mojego ojca, odkąd byłem małym chłopcem, to postanowiła przenieść się do mnie, gdy tylko wyprowadziłem się z rodzinnego domu po skończeniu studiów. Moja matka od tamtego czasu sama dbała o ojca, a gdy jego zabrakło, również nie potrzebowała nikogo do pomocy. Obecnie większość czasu spędzała u swojej siostry, w Miami.
Od zawsze skrupulatnie starałem się dobierać osoby, które znajdują się w moim otoczeniu, które dopuszczam do swojego życia. Prowadzenie takiego życia było nad wyraz męczące, dlatego dom to mój azyl. Przestrzeń, gdzie nie musiałem kontrolować każdego słowa. Klara to jedna z najbardziej zaufanych mi osób, na tyle dyskretna, że starała się wychodzić, nim ja pojawiałem się w domu.
Z kobietami było inaczej. Wszystkie traktowały mnie jak środek do celu. Chciały dreszczyku emocji, ciała, portfela, władzy. Ja dawałem im to, czego pragnęły, i brałem, co chciałem w zamian. Tylko raz pozwoliłem sobie na zaufanie. O raz za dużo. Od tamtej pory traktowałem każdą spotkaną kobietę jak narzędzie.
Prócz niej… Aria obudziła we mnie nieznane dotąd uczucia, być może dlatego, że bez względu na wszystko w końcu byśmy się spotkali. Nie mogłem odmówić sobie jej towarzystwa i nie zamierzałem czekać do wyznaczonego czasu.
Odgrzałem obiad. Klara przeszła tego dnia samą siebie, przygotowała moje ulubione danie, zupełnie jakby szóstym zmysłem wiedziała, że będę potrzebował uleczyć moje urażone ego po spektakularnej odmowie Arii. Makaron z łososiem w sosie śmietanowym z pomidorami i szpinakiem niezależnie od sytuacji poprawiał odrobinę moje samopoczucie. Oczywiście wolałbym ostry seks, ale to nie wchodziło w tym momencie w grę.
Usiadłem przy stole, włączyłem laptopa, by po raz ostatni tego dnia skontrolować system przechwytywania transmisji dyplomatycznych. Operacja trwała całą dobę, w końcu polityka nigdy nie śpi, a tym bardziej ci, którzy nią sterują z ukrycia.
Jeśli chcesz mieć wpływ na układ sił w dwudziestym pierwszym wieku, musisz wiedzieć, kiedy milczeć – i kiedy publikować. Lub tak jak ja, kiedy przechwytywać to, co najciekawsze.
A że tylko ja miałem dostęp do kompletnych danych z systemu LEMNISCATE – satelitarnego sniffera sygnałów, najbardziej zaawansowanego systemu podsłuchów – wiedziałem, że to, co na mnie czeka, może mi przynieść wiele korzyści.
Włączyłem podgląd sesji zarejestrowanej godzinę temu. Wideo nie było istotne – wystarczył dźwięk. Rozpoznałem głosy. Prezydent USA i przewodniczący Chińskiej Rady Bezpieczeństwa. Obaj spięci, mówiący półsłówkami. I bardzo dobrze – ludzie, którzy się boją, mówią najwięcej.
Wybrałem numer Antonia, mojego technika od dekodowania warstwy zabezpieczeń.
– Szefie – odebrał, jak zwykle lakoniczny.
– Przejrzane wszystko z dzisiejszego pakietu?
– Tak. Główna rozmowa była zaszyfrowana podwójnie, ale puściłem ją przez Fantom. Jest czysta.
– Co zawiera?
– W skrócie: USA testuje wariant wirusa w laboratorium w Kalifornii. Współpraca z Chinami polega na wymianie danych genetycznych. Twierdzą, że chodzi o „kontrolę populacji strategicznej”.
Na moment zamilkłem. Tego się spodziewałem, ale jedno to domysły. Co innego – dowód.
Antonio westchnął poirytowany.
– Chcesz transkrypcję czy sam przesłuchasz?
– Prześlij mi surowy plik. I przejrzyj, czy nie ma odniesień do projektów satelitarnych z Hongkongu.
– Już idzie. Coś jeszcze?
– Nie. – Rozłączyłem się bez zbędnych pożegnania.
Popatrzyłem na zegarek. Kilka minut po północy. Świat śpi.
A ja właśnie trzymałem go za gardło. Jak zawsze.
Udałem się do łazienki. Zrzuciłem ubrania i wszedłem pod prysznic, by zmyć z siebie miniony dzień. Niespodziewanie przed oczami pojawił mi się obraz ponętnej brunetki o zielonych oczach i krągłych biodrach. Poczułem, jak mój kutas zaczyna drgać.
– Nie teraz, kolego – mruknąłem, opierając się dłońmi o ścianę.
Ciepły strumień wody sprawił, że napięcie powoli zaczęło znikać. Mojego umysłu nie chciał jednak opuścić widok jej soczystych, wiśniowych ust.
Oczami wyobraźni widziałem, jak mój kutas zagłębia się w nich i wchodzi głęboko w jej gardło. Warknąłem i chwyciłem go mocniej, niż było to konieczne. Nie waliłem sobie, odkąd skończyłem szesnaście lat, ale najwidoczniej w tym momencie było to nieuniknione. Innego spełnienia nie mogłem oczekiwać, Cecylia wyjechała, miała jakieś sprawy do załatwienia, a nie miałem siły wychodzić na miasto w poszukiwaniu chętnej laski. Metodycznie poruszałem dłonią w górę i w dół, a moją głowę nawiedzały różne scenariusze z Arią w roli głównej. Już po chwili osiągnąłem spełnienie, a ciało choć odrobine się rozluźniło.
Wyszedłem spod prysznica owinięty jedynie ręcznikiem. Przywykłem do spania nago, więc tak też wszedłem do łóżka, a ostatnie, co zarejestrowałem, to jej cwaniacki uśmiech, gdy pewna siebie odmówiła spotkania.
Skarbie, wiedziałem, że będziemy się świetnie bawić, a teraz nie mogę się już tego doczekać…
Może ta umowa wcale nie była taka zła…
Niedziela to dzień tylko dla mnie. Nie żebym miała całą rzeszę chętnych osób do spędzania ze mną czasu, niemniej moja jedyna przyjaciółka czasem postanawiała zaburzyć mój rytuał: wpadała na kawę, wyciągała mnie na spacer albo zwyczajnie pragnęła spędzić kilka chwil w moim towarzystwie. Wtedy obie siadałyśmy na werandzie z tyłu domu – pod warunkiem, że pogoda dopisywała – i zaczytywałyśmy się w lekturach, ciesząc swoją obecnością. To ten etap przyjaźni, kiedy nie musiałyśmy ciągle rozmawiać. Wystarczała nam wspólna cisza.
Tego dnia, ze względu na jej nieobecność, postanowiłam przejechać się do Central Parku, by nacieszyć się chłodniejszą pogodą. Środek lata w mieście pełnym drapaczy chmur to istna katorga, dlatego gdy tylko żar przestawał lać się z nieba, starałam się korzystać z każdej okazji. Nie mogłam się doczekać, aż ta pora roku przeminie, a ja będę mogła w pełni czerpać z uroków jesiennych dni. Tak bardzo lubiłam wtedy czuć delikatne promienie muskające moją twarz i lekki wietrzyk niosący zapach liści, że mogłabym spędzać na dworze całe dnie.
Przemierzałam dobrze znaną ścieżkę o nierównej powierzchni, na której kilka razy o mały włos nie skręciłam kostki. Rozglądałam się dookoła, podziwiając kwitnące kwiaty i ludzi, którzy – podobnie jak ja – postanowili wykorzystać nieco chłodniejszy dzień.
Myślami wróciłam do Connora. Powinien wzbudzać we mnie lęk i niepokój – w końcu pojawił się wczoraj pod moją pracą w sposób kompletnie nieoczekiwany. A jednak aura, jaka od niego biła, sprawiała, że czułam się… bezpiecznie. Brzmi absurdalnie, ale miałam wrażenie, jakby naprawdę był mną zainteresowany. I to niepowierzchownie. Wzbudzał we mnie zaufanie, co samo w sobie było dziwne i zastanawiające. Zazwyczaj stroniłam od nieznajomych. Już od dzieciństwa miałam problemy z nawiązywaniem kontaktów, lecz tym razem było inaczej. Nie czułam niechęci, bardziej ciekawość.
Rozłożyłam na trawie koc, usiadłam i wyjęłam z torby termos z herbatą oraz książkę. Tym razem padło na gorący kowbojski romans. O tej porze park był nadzwyczaj spokojny. Kilku przechodniów spacerowało alejkami, ale nie było tłumów, mogłam więc oddać się lekturze, ciesząc ciszą, i obserwować ptaki, które coraz liczniej pojawiały się wśród koron drzew.
Mój telefon zawibrował krótkim powiadomieniem. Spojrzałam na ekran, ale nic tam nie dostrzegłam. Ani SMS-a, ani powiadomienia. Uznałam, że to może błąd aplikacji, sieć znów wariuje, jak to często w Nowym Jorku. Odłożyłam urządzenie obok, starając się nie przejmować, choć w głowie na moment pojawiło się dziwne uczucie, że ktoś na mnie patrzy.
Zerknęłam z utęsknieniem na przechodzącą obok rodzinę. Choć nie miałyśmy z mamą łatwego życia, dawała z siebie więcej, niż mogła. I mimo że brakowało nam wielu rzeczy, ona sprawiała, że czułam, iż jestem dla niej całym światem, i to mi wystarczało.
Po kilku godzinach siedzenia w jednej pozycji wstałam z zamiarem powrotu do domu. Nie spodziewałam się, że zrobiło się już tak późno. Słońce chyliło się ku zachodowi, niebo nabierało odcieni pomarańczy i fioletu. Ale tak właśnie bywa, gdy bohaterowie książek wciągają cię do swojego świata – tracisz poczucie czasu.
Po dotarciu do domu postanowiłam spędzić wieczór w możliwie najprzyjemniejszy sposób: z kubkiem gorącej herbaty i powtórką The Notebook, zapowiadaną w telewizji.
Kończyłam właśnie swoją wieczorną toaletę, gdy rozbrzmiał dźwięk SMS-a. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, kto mógłby pisać do mnie o tej porze. Ekran telefonu na chwilę zamigotał, jakby miał problem z podświetleniem, po czym wyświetliła się wiadomość.
Sophie: Cześć, czarownico! Zapomniałaś o swojej najlepszej przyjaciółce?
Uśmiechnęłam się na widok jej imienia.
Ja: Cześć, ropucho! Nie zapomniałam! Byłam w parku ;)
Sophie: Ach, niech zgadnę… spędziłaś tam cały dzień.
Ja: Jakby Ci to powiedzieć…
Sophie: Jesteś niemożliwa. Myślałam, że spędzimy dzisiaj razem wieczór i że dasz się wyciągnąć na drinka… Proszę ;)
Ja: Nie ma mowy! Wiesz, że jutro mam zajęcia letnie na uczelni.
Sophie: Przestań marudzić! Zajęcia masz dopiero na 11 i będą trwały jedynie 3 godziny :p
Ja: Czy zawsze musisz mieć ostatnie zdanie?
Sophie: Cóż, mówisz tak, jakbyś mnie nie znała… Będę za 20 minut. Lepiej, żebyś była wyszykowana albo przynajmniej kończyła się szykować.
Ja: Sophie!
Sophie: Nie mogę pisać, bo wsiadam właśnie do samochodu. Buziaki, widzimy się za chwilę!
Odłożyłam telefon i westchnęłam. Tej dziewczynie naprawdę nie dało się przemówić do rozsądku. Do tej pory zmusiła mnie jednak do wyjścia do klubu tylko trzy razy – wcześniej moją wymówką była choroba mamy, która w każdej chwili mogła potrzebować pomocy. Obecnie, gdy minęło już kilka miesięcy od jej śmierci, musiałam zacząć żyć od nowa.
Zerknęłam na zegarek i o mało nie dostałam zawału. Ta ropucha będzie tu za moment! Biegiem wpadłam do sypialni, by poszukać odpowiedniego ubioru. Obawiałam się, że nic nie będzie wystarczająco dobre, by pójść w tym do miejsca, w którym wylądujemy.
Nie wiedziałam jeszcze, że przeznaczenie tak szybko ponownie mi o sobie przypomni…
– Szefie. – Jeden z moich pracowników wszedł do biura, nawet nie pukając. Uniosłem brew, patrząc na niego. – Do domu, który mieliśmy obserwować, podjechało jakieś BMW.
Poczułem przypływ adrenaliny i wyrwałem mu tablet. Po powiększeniu ujęcia zauważyłem pukiel blond włosów. To musiała być jej przyjaciółka.
Wiedziałem, że to, co robię, odkąd Aria pojawiła się w moim życiu, jest poniżej krytyki, jednak nie mogłem udawać, że nic się nie stało. Gdy przeznaczenie skrzyżowało nasze drogi, musiałem zapewnić jej bezpieczeństwo, bo o tym zadecydowano bez mojego udziału. Nie byłem uradowany, bo miałem wystarczająco swoich problemów na głowie. Niemniej gdyby przy wypełnianiu warunków umowy udało mi się ją poznać i zdobyć jej zaufanie, stanowiłoby to miły atut.
– Kto teraz pilnuje jej domu?
– Klaus właśnie zmienił Sebastiana – odparł i rozsiadł się wygodnie na kanapie.
Coraz bardziej irytowało mnie podejście moich pracowników. Zachowywali się, jakbyśmy przekroczyli jakąś niewidzialną linię pomiędzy relacją szef-podwładny i stali się kumplami.
– Może, kurwa, jeszcze napijesz się kawy? – zagrzmiałem, patrząc, jak wstaje z kanapy i idzie do drzwi.
Po chwili również wyszedłem i skierowałem się na parking.
– Co ty kombinujesz, mała? – wymamrotałem pod nosem, wybierając w tym samym czasie numer Klausa. – Mów – rzuciłem krótko.
– Wygląda, że wybierają się gdzieś na miasto. Najprawdopodobniej do klubu.
– Tak? A skąd możesz to wiedzieć?
– Wnioskuję po ubiorze, szefie – wymamrotał.
Czułem, jak krew się we mnie zagotowała na samo to zdanie. Ciekawiło mnie, jakie mają plany na ten wieczór. Jedno było pewne – jakiekolwiek by nie były, ja stanę się ich częścią.
– Trzymaj się w bezpiecznej odległości. Te dziewczyny nie są głupie, zauważą, jeśli będziesz jechał bezpośrednio za nimi. Spotkamy się na miejscu.
Myślałem, że spędzę miły wieczór w domu, po raz pierwszy od dawna w ciszy i spokoju. Gdy dostałem SMS-a od Sebastiana z informacją, że dziewczyna wróciła do domu po kilkugodzinnym czytaniu w Central Parku – załączył też zdjęcia Arii leżącej na kocu – postanowiłem, że nie będę się zbytnio narzucał i poczekam kilka dni z naszym kolejnym „przypadkowym” spotkaniem. Nie chciałem jej spłoszyć, tymczasem musiałem zmienić swoje plany, bo ten mały uparciuch postanowił się zabawić. Połączyłem się przez radio i wybrałem numer Ryana.
– Stary, nie dasz mi chwili wytchnienia nawet w niedzielę? – mruknął.
– Zbieraj dupę i bądź gotowy, spotkamy się w klubie. – Usłyszałem, jak oddycha, więc nie zakończył połączenia, jednak ta cisza była tak bardzo nie w jego stylu, że zapytałem: – Ogłuchłeś?
– Będę gotowy za dziesięć minut – odpowiedział w końcu. Już miałem się rozłączyć, gdy usłyszałem, jak mruczy pod nosem: – A mogłem, kurwa, zostać żołnierzem…
Zaśmiałem się cicho. Z Ryanem znaliśmy się niemal całe życie i nigdy nawet nie wspomniał o zostaniu żołnierzem. Cipka Niny zabijała mu chyba wszystkie szare komórki, których już wcześniej nie miał zbyt wiele. Ale nie mogłem być szczęśliwszy. Odkąd poznał Ninę, widziałem, jak obecny od dzieciństwa mrok w jego spojrzeniu zaczyna się rozjaśniać. I choć nigdy nie zmieni zawodu i wciąż będzie się babrał razem ze mną w tym gównie, to wiedziałem, że dla niej pragnie być lepszy.
Teraz miałem przed sobą trudne zadanie. Już po tych dwóch tygodniach obserwacji zauważyłem, że Aria nie zbliża się do nikogo. Całymi dniami przesiaduje albo na uczelni, albo w bibliotece, a wieczorami zaszywa się w domu. Trudne, ale nie niewykonalne. Na pewno nie dla mnie.
Telefon zawibrował.
Klaus: Klub Vindero.
Musiałem przyznać, że wybrały jedną z lepszych miejscówek w okolicy. Sam dość często tam bywałem. Brak tłumów, a klientela należała do tych obrzydliwie bogatych. Vindero miało też inną zaletę: w jego piwnicach istniał prywatny blackroom wykorzystywany przez ludzi z branży IT i finansów do nielegalnych transakcji. Na poziomie darknetu mówiło się, że przez Vindero przechodzą nie tylko pieniądze, ale i dane.
Tam, poniekąd, poznałem Cecylię… Miałem tylko nadzieję, że tego wieczoru nie będzie miała ochoty na „przygody”. Nie byłem w nastroju na melodramat.
– Kurwa – mruknąłem, pocierając brodę.
Dlaczego wybrały akurat ten klub? Dziewczyna taka jak Aria zdecydowanie do niego nie pasowała.
Przekazałem informację Ryanowi i dodałem gazu, żeby znaleźć się tam jak najszybciej. Musiałem mieć wszystko pod kontrolą. Nie mógł spaść jej z głowy nawet włos.
Ta jedna noc tylko przyspieszy to, co i tak było nieuniknione…
Zaparkowałem w wyznaczonej sekcji dla VIP-ów, wysiadłem i oparłem się o samochód, czekając na przyjazd przyjaciela. W międzyczasie układałem w głowie plan. Jak to rozegrać? Ona nie mogła się jeszcze dowiedzieć. Na to było za wcześnie. Sam, gdy odkryłem, kim naprawdę jest, potrzebowałem kilku dni, by oswoić się z tą myślą. A ona nie wiedziała nawet jednej setnej tego, co ja.
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk podjeżdżającej taksówki. Wysiadł z niej Ryan. Moje brwi powędrowały w górę.
– Zgubiłeś swój samochód? – zapytałem, patrząc na coraz szerszy uśmiech rozciągający jego parszywą gębę.
– Stwierdziłem, że chociaż jeden z nas powinien się dzisiaj napić. – Poruszył brwiami. – A skoro ty zamierzasz się bawić w ochroniarza, to pomyślałem, że i mnie odeskortujesz do domu. – Pokazał całe uzębienie w cwanym uśmiechu.
Westchnąłem i pokręciłem z niedowierzaniem głową. I pomyśleć, że to ja tutaj byłem szefem.
Ruszyliśmy w stronę drzwi. Ochroniarz stojący na bramce od razu mnie rozpoznał i wpuścił nas bez kolejki, mimo pomruków niezadowolenia czekających ludzi.
Od razu uderzył mnie zapach bogactwa. Drogi alkohol, perfumy, skórzane kanapy i hokery, ciężki dym cygar. Ten klub był miejscem spotkań nie tylko obrzydliwie bogatych, ale też ludzi, którzy obracali się w cybercieniu miasta – finansistów, brokerów danych, pośredników z darknetu.
Nie mogłem pozwolić, by ktoś zauważył mój rozbiegany wzrok, dlatego porzuciłem pomysł przeskanowania sali w poszukiwaniu Arii. Było tu zbyt wielu moich klientów, zbyt wiele oczu, zbyt wielu tych, którzy mogliby zacząć zadawać nieodpowiednie pytania.
Skinąłem tylko Ryanowi głową. Po tylu latach przyjaźni i wspólnej pracy rozumieliśmy się bez słów.
Usiedliśmy w naszej stałej loży, dyskretnie przeczesując wzrokiem wnętrze. Niestety, życie na takim poziomie społecznym jak ja oznaczało, że byłem stale na świeczniku. Połowa towarzystwa zerkała w naszą stronę, a gdy dołączyło do nas czterech moich najlepszych ochroniarzy, już praktycznie wszyscy się gapili.
Mężczyźni z zazdrością i strachem, kobiety z pożądaniem i pragnieniem skończenia z jednym z nas. A może z dwoma? Różne rzeczy się robiło, gdy byliśmy młodsi i mogliśmy pozwolić sobie na więcej.
Na nasz stolik postawiono whisky i dwie szklanki. Ryan nawet nie poczekał, aż kelnerka odejdzie – od razu chwycił za butelkę i rozlał trunek. Pragnął uniknąć wdzięczenia się dziewczyny, która zapewne sama nalałaby nam alkoholu i spróbowała nawiązać rozmowę.
– Przecież prowadzę… – mruknąłem, rozmasowując napięty mięsień na szyi.
– Uwierz mi, przyda ci się. – Kiwnął brodą na coś za moimi plecami.
Odwróciłem głowę. Szok, jaki mnie ogarnął, był trudny do opisania.
Stała tam Aria. W czarnej mini, bluzce z odkrytymi plecami, na których błyszczał delikatny wisiorek. Wyglądała zjawiskowo. I nie tylko ja to zauważyłem. Czułem, jak mój puls przyspiesza, a w ustach robi się sucho. Na oślep sięgnąłem po szklankę i jednym haustem wypiłem whisky, nie odrywając oczu od brunetki.
Satysfakcja ścisnęła mnie w środku. Wreszcie będę miał okazję porozmawiać z nią dłużej.
Przeniosłem spojrzenie na jej przyjaciółkę. Wyraźnie szukała ofiary na tę noc. Nie chcąc znaleźć się w zasięgu jej radaru, odwróciłem się i podniosłem pustą szklankę w stronę Ryana z niemą prośbą o uzupełnienie bursztynowym trunkiem.
– Mówiłem? – Zaśmiał się.
Stuknęliśmy się szkłem i powoli sączyliśmy szlachetny alkohol.
Po chwili wstałem, zdjąłem marynarkę i w akompaniamencie śmiechu przyjaciela skierowałem się do baru. Dziewczyna stała zwrócona do mnie plecami, a jej koleżanka nachylała się nad barmanem, flirtując bez skrupułów.
Stanąłem za Arią i dostrzegłem, jak jej ramiona się napinają. Odsunąłem jej włosy i nachyliłem się do ucha.
– Witaj, piękna.
Gwałtownie się odwróciła, o mało nie tracąc równowagi. Jej oczy powiększyły się dwukrotnie, a kiedy mnie rozpoznała, wyszeptała:
– To ty…
Byłem niemal pewien, że nie chciała, żebym to usłyszał.
– Miałem nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
Na jej twarz wkradł się rumieniec. Czułem, że będzie się świetnie bawić – i że ja będę bawił się razem z nią.
Moją uwagę odciągnął jednak inny widok. Blondynka w czerwonej sukience stojąca po drugiej stronie baru wpatrywała się we mnie spojrzeniem, które normalnego człowieka skłoniłoby do natychmiastowej ucieczki.
Cecylia.
Kurwa…
Będą kłopoty.
Czy ja śnię? Przecież to niemożliwe, żebym miała takie szczęście i tak szybko na niego wpadła. Niemniej, nie będę kłamać, byłam zadowolona, że znowu dane jest mi go zobaczyć. Mężczyzna, którego poznałam tak niedawno, zaprzątał moje myśli częściej, niż chciałam się przyznać. Nie wiedziałam, co ma w sobie, że w jego obecności nie czułam tego stresu, który zwykle towarzyszył mi przy rozmowie z chłopakiem.
– Gdzie moje maniery? – Zobaczyłam tajemniczy uśmiech na jego twarzy, po czym przeniósł wzrok na osobę za mną. – Connor Scott.
