Osiem - Radka Třeštíková - ebook
NOWOŚĆ

Osiem ebook

Radka Třeštíková

3,7

179 osób interesuje się tą książką

Opis

W praskim Lasku Diablickim zostaje postrzelona młoda kobieta. Nieprzytomna trafia do szpitala, a policja nie potrafi znaleźć sprawcy. Podejrzany jest narzeczony, przyjaciółka, a nawet rodzina, w której ofiara pilnowała dzieci. Osiem nie jest jednak typową powieścią kryminalną. Powaga miesza się tu z groteska, banał z oryginalnością, fundamentalne pytania z błahymi odpowiedziami, a całość jest doprawiona intrygującą i nietypową narracją. Nie może zatem dziwić, ze mamy do czynienia z jednym największych czeskich bestsellerów ostatnich lat.

Ponad 100 000 sprzedanych egzemplarzy jest gwarancja świetnej literackiej rozrywki!

Autorka posiada charakterystyczny, czysty, wciągający, wręcz hipnotyczny styl z humorem, delikatna skłonnością do hiperboli i dosadnym językiem. Jest mistrzynią skrótów myślowych oraz długich zdań. Nie boi się żadnych tabu i potrafi mówić o nich wprost, trafnie, zwięźle, bez upiększeń i bez ogródek.Vladimira Sumberova

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 538

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Miłość jest jak woda,

PRAWIE KONIEC

POCZUCIA WINY

– Musimy ją stąd przenieść – mówi pielęgniarka oddziałowa. Jej głos jest donośny i stanowczy jak trzaskanie biczem, bo ona tak mówi zawsze.

Ordynator podnosi wzrok znad dokumentów.

– Prawie o tym zapomniałem. Kiedy to się zacznie? – pyta cicho, mówienie głośno w pomieszczeniu, w którym ktoś śpi, wydaje mu się niestosowne, nie chce obudzić pacjentki, choć przecież czeka na jej przebudzenie i nic nie ucieszyłoby go bardziej.

– W czwartek.

– Ten za tydzień?

– Nie, najbliższy.

Oboje spoglądają na łóżko.

– Jutro panią przeniesiemy, dobrze? – postanawia ordynator i z jakiejś niewiadomej przyczyny dodaje na końcu zdania znak zapytania. Przecież pacjentce jest obojętne, gdzie będzie leżeć, jeśli muszą tu pomalować, to niech sobie malują, ona i tak nie widzi tych pożółkłych ścian, ma zamknięte oczy i wygląda na spokojną, jakby tylko spała, a przynajmniej takie wrażenie odnosi Julia, kiedy odwiedza ją po południu z dziećmi. Trzyma ją za rękę i wciąż czeka, aż poczuje na dłoni ruch jej palców, muśnięcie, ledwo odczuwalne, jak kiedy słaby wiatr głaszcze zasłonę przez otwarte okno, ale znów nie pojawia się nawet najmniejszy powiew. Pomimo to Julia nie puszcza ręki i cicho opowiada o porannych wydarzeniach. Nie stało się nic nadzwyczajnego, ale siedzenie tu w milczeniu wydaje się jej dziwne, równie dobrze mogłaby w ogóle tu nie przyjeżdżać, więc opisuje te dzisiejsze drobnostki ze wszystkimi szczegółami. Ma ogromne wyrzuty sumienia, choć przecież niepotrzebnie, to nie jej wina, ona tego nie chciała, przecież ona kocha Miszę, nawet teraz, po tym wszystkim, wciąż ją kocha, gdyby nie kochała, to nie siedziałaby tutaj.

– Bruno stłukł kubek, jeden z tych czterech, które kupiłyśmy wtedy na targu, pamiętasz? A Meda posoliła mu herbatę… specjalnie.

– Niczego nie soliłam, sam ją sobie posolił – broni się Meda.

– Pourqoui?

– Bo jest głupi.

– Parlez français!

– Dlaczego?

Julia macha ręką, nie chce się tym teraz zajmować, ostatnio nie ma do Medy nerwów, ostatnio nie ma nerwów do niczego, wszystko się rozpadło, wszystko jest zniszczone. Jak ten ceramiczny kubek w kropki, którego Julia już nigdzie nie odkupi i nie da się go zlepić. Przeminęło.

– Mamo, czy ona śpi? – pyta Bruno, siada na łóżku Miszy i przygląda się jej z bliska uważnie, a nawet dotyka palcem czubka jej nosa.

– Tak, śpi, i zejdź z tego łóżka, tak się nie robi! – strofuje go Julia. Boi się, że Bruno odłączy Miszy jakąś ważną rurkę. Rozlega się dźwięk, chyba to nic groźnego, nie brzmi jak alarm, po prostu zwykły sygnał, ale kobieta i tak znów rozkazuje synowi, by zszedł, natychmiast!

– To dlaczego do niej mówisz, skoro śpi? Przecież cię nie słyszy.

Julia w zamyśleniu przechyla głowę na bok.

– Bo myślę, że nas słyszy.

– Nie rozumiem.

– Nie szkodzi – mówi Julia, a potem przypomina sobie o tych orchideach, które przyniosła. Wstaje, podnosi kwiaty z parapetu, na który je odłożyła, i wciska do trzech różowych róż, które już są w wazonie na szafce nocnej, bo żadnego innego wazonu niż ten na szafce nocnej tu nie ma. Julia podnosi go i przestawia na stół, bo tam, przy oknie, jest dużo więcej światła.

– Ludzie w śpiączce słyszą – poucza tymczasem Meda Brunona i dodaje, że tak mówił tata, a tata na pewno wie najlepiej, tata wie o tych sprawach wszystko, tata wie wszystko o wszystkim.

Bruno jest zaskoczony.

– W jakiej śpiączce?

Przecież mama powiedziała, że Misza śpi, to samo mówił też tata, i że kiedy się obudzi, znów będzie zdrowa, że musi sobie odpocząć i nabrać sił, że jest chora, o śpiączce nikt nic nie mówił. I co to w ogóle jest?

Meda przewraca oczami, dlaczego akurat ona musi mieć tak głupiego brata?

– Parlez français, entre vous! – upomina ich Julia.

– Dlaczego nie możemy rozmawiać ze sobą po czesku? – dziwi się Meda.

– Bo za chwilę zapomnicie cały francuski.

– No i?

– Kiedyś będziecie tego żałować.

– Na pewno nie – odcina się Meda.

– Będziecie.

– Nie będziemy.

– Bruno, idź lepiej na korytarz, ty też, Medo, zaraz do was przyjdę. – Julia wygania ich, wciskając przy tym Medzie do ręki pieniądze, na pewno jest tam jakiś automat z jedzeniem lub piciem, niech sobie coś kupią, jej jest to dziś obojętne. – Tylko nie coca-colę! – woła jeszcze, zanim zamkną się za nimi drzwi, więc aż tak obojętne nie jest to jej nawet dzisiaj.

– Dlaczego? – pyta Julia głośno, kiedy zostaje w pokoju sama. – Daliśmy ci wszystko… Wszystko – powtarza i brzmi to jak wyrzut. Michaela jej nie słyszy, a może słyszy, ale nie potrafi tego okazać nawet nieznacznym ruchem, nawet westchnięciem. Niczym.

Julia przysuwa się bliżej.

– Przecież było nam tak pięknie, tak dobrze, a ty wszystko zepsułaś… Wszystko! – Znów to powtarza i znów brzmi to jak wyrzut. – Nie wiem, czy w ogóle powinnam chcieć, żebyś się obudziła – przyznaje po chwili ciszy, ale wciąż siedzi, nie może zmusić się do wyjścia, wciąż patrzy na Miszę i wciąż trzyma ją za rękę, uświadamia sobie nawet, że płyną jej przy tym z oczu łzy, więc wyciera je grzbietem dłoni i smarka głośno w chusteczkę. – Cholera, widzisz, do czego mnie doprowadziłaś? – mówi i po raz trzeci brzmi to jak wyrzut, potem rozlega się energiczne pukanie i wchodzi Maks. Wygląda na zaskoczonego i wkurzonego. Dlaczego, do diabła, Julia tu przychodzi i w dodatku ciągnie ze sobą jeszcze dzieci?

– Väntar du på mig? – pyta.

Julia obraca się i jest tak samo zaskoczona jak Maks.

– Ja czy ona?

– Oczywiście, że ty.

– Nie, naprawdę nie czekałam tu na ciebie.

– Szkoda. – Maks się uśmiecha i całuje Julię w policzek. Jak gdyby nigdy nic.

– Co tu robisz? – szepcze ona.

– Chciałem ją zobaczyć. Jak się ma?

– Wciąż tak samo.

– A ty?

Julia dotyka swojego lewego ramienia.

– Masz na myśli to?

– Mam na myśli wszystko.

– Ręka boli już mniej.

– Potem ją obejrzę – obiecuje Maks i podchodzi bardzo blisko łóżka Miszy. Najpierw sprawdza monitor pokazujący bicie serca, ciśnienie krwi, ciśnienie wewnątrzczaszkowe i ciśnienie perfuzyjne mózgu, a dopiero potem spogląda na śpiącą Michaelę. Ma ochotę pocałować ją w czoło, ale nie może tego zrobić przy Julii, więc udaje, że kontroluje cewnik żylny, żeby mieć pretekst przynajmniej do przelotnego dotyku, potem podsuwa sobie drugie krzesło i siada przy łóżku tak jak Julia. Siedzą tam obok siebie jak w ławce szkolnej, jakby ktoś miał ich oceniać. Piątka za to, że przyszli. Trója za wcześniejsze zachowanie.

– Obudzi się? – pyta Julia po chwili. Przecież Maks musi to wiedzieć.

– Mam nadzieję – mówi Maks i nawet nie patrząc na Julię dodaje, że tak byłoby najlepiej dla wszystkich.

– Dla mnie też?

– Oczywiście jeśli umrze, to…

– Nie mów tego – przerywa mu Julia.

– Musi się obudzić. Po prostu musi.

– Widziałeś te jej włosy?

– Widziałem, już wcześniej. – Maks delikatnie potrząsa głową, jakby próbował wyrzucić z niej niektóre wspomnienia.

– I co o tym myślisz?

– Nic. Co miałbym myśleć?

– Jasne, ty nigdy o niczym nie myślisz, wszystko jest ci obojętne, a potem takie są efekty. – Zdenerwowana Julia wskazuje palcem na Miszę.

– Czyli to moja wina? Naprawdę chcesz, żebym czuł się jeszcze gorzej, niż już się z tego powodu czuję, do cholery?

Julia kręci głową i znów zaczyna płakać.

– Przestań, dzieciaki opychają się za drzwiami czekoladą, a ty tu siedzisz i ryczysz. Chodź – mówi Maks, bierze Julię pod rękę i wyprowadza ją na korytarz.

– Umarła? – krzyczy przerażona Meda na widok płaczącej mamy i podpierającego ją ojca, przecież nie podpierałby jej, gdyby Misza nie umarła, a mama nie płacze prawie nigdy, czyli tak, czyli umarła…

– Nie umarła – uspokaja ją tata, a potem proponuje, żeby poszli razem na pizzę. Na miły wspólny obiad. Jak kiedyś. Jak rodzina. Ich czworo. Jak gdyby nic się nie stało.

– Taaak, pizza! – krzyczy Bruno, choć nie jest pewny, czy po tej całej czekoladzie i coca-coli coś jeszcze zmieści się mu w brzuchu, Julia głaszcze męża po ramieniu, a potem wszyscy wychodzą ze szpitala.

Janek zatrzymuje się przed drzwiami wskazanymi przez pielęgniarkę oddziałową, chwyta klamkę, a potem ogarnia go zwątpienie, nie chce tam wchodzić z Alicją, chce znów być z Miszą sam na sam, ale dziś jak na złość spotkał Alicję tuż przed budynkiem S1, więc idą do Miszy razem.

– Co jest? – pyta Alicja, a w jej głosie słychać rozdrażnienie. Dobrze wie, że Janek nie chce z nią tam wchodzić, to wcale nie był przypadek, że go tam dziś spotkała, ona tam na niego czekała. Na recepcji w siłowni jakiś dziewczęcy głos powiedział jej, że Janek wyszedł na przerwę obiadową, a telefon miał wyłączony. „Pewnie nie chciał mnie okłamywać" – myśli Alicja, ale nie można powiedzieć, żeby to ją pocieszyło, wszystko jest jakieś takie do dupy, wszystko jest inaczej, niż wyobrażała sobie na początku.

– Nic – mówi Janek i puka, bardziej z grzeczności, wiadomo, że Misza mu nie otworzy, a potem oboje wchodzą do środka.

Janek od razu sięga po krzesło i przysuwa je do łóżka Miszy, a Alicja podchodzi do stolika przy oknie, na którym stoi wazon pełen kwiatów.

– To od ciebie? – pyta Janka i brzmi to jak wyrzut, oczywiście, że są od niego, kto inny przyniósłby Miszy różowe róże? Ale czy to ważne, co kto komu przyniósł? W porównaniu z tym, że ktoś w tym pomieszczeniu właśnie walczy o życie, reszta jest przecież nieistotna. – To od ciebie? – pyta znów, trochę głośniej.

Janek odwraca się i kręci głową, chociaż tak, są od niego, to znaczy nie wszystkie, on przyniósł Miszy trzy różowe róże, ale teraz w wazonie jest jeszcze pięć orchidei, na pewno przyniósł je ten facet, a to Janka tak wkurza, że robi się cały czerwony.

Załgany kłamca, Alicja musi zacisnąć zęby, żeby mu nie wygarnąć.

– Nie ściemniaj – obwinia go szeptem i nie dodaje nic więcej, bo co mogłaby zyskać takimi komentarzami? Nie chce kłócić się z Jankiem, chce być najlepszą kobietą na świecie, chce, żeby ją kochał, żeby kochał ją dużo bardziej niż Michaelę! Wypakowuje z papieru mały słonecznik i wciska go między te wszystkie róże i orchidee, to już wcale nie wygląda ładnie, w tym wąskim wazonie jest za dużo kwiatów i w ogóle do siebie nie pasują, ale przecież nie weźmie tego słonecznika z powrotem do domu, zresztą Misza i tak najbardziej lubi słoneczniki, zawsze mówiła, że ten kwiat jest do niej podobny, że mają taką samą twarz, a teraz, kiedy ścięła i zafarbowała włosy, podobieństwo naprawdę jest uderzające.

– Dlaczego zmieniła kolor włosów? – pyta Alicja i przysuwa swoje krzesło do Janka. Ci dwoje również siedzą jak w ławce szkolnej. Piątka za to, że przyszli. Trója za wcześniejsze zachowanie.

– Nie wiem.

– W ogóle jej to nie pasuje.

– Zajmujesz się pierdołami – oświadcza Janek i podchodzi do okna. Nie może siedzieć obok Alicji i jednocześnie patrzeć na Miszę, po prostu nie da rady.

– Mam tu siedzieć i milczeć?

– Tak. Tak byłoby najlepiej.

– W takim razie mogłam w ogóle nie przychodzić.

„Racja, mogłaś" – myśli Janek, ale nic nie mówi, zresztą nie musi, Alicja wie, o czym akurat myśli, i dobrze wie, że jej obecność mu przeszkadza, że Misza wciąż stoi, czy raczej leży między nimi i że dopóki będzie żyła, będzie między nimi stać czy leżeć, nieważne, do diabła, po prostu będzie między nimi. Powinna była umrzeć, powinna była od razu umrzeć i byłby spokój.

– Nie będzie ci przeszkadzać, jeśli otworzę okno? – pyta Janek po chwili.

– Mnie? Nie. Jest tu straszny zaduch.

– Słabo ci?

– Trochę.

Janek podchodzi do umywalki i bierze szklankę, która na niej stoi, całkiem czystą i nietkniętą szklankę, bo Misza nie ma siły wstać i dotknąć jej, nalewa wodę.

– Masz, napij się, musisz dużo pić – zachęca Alicję, nagle taki troskliwy, ale zawsze jest taki, tyle że Misza odciąga jego uwagę, to jej wina, że wszystko się im rozpada, czy raczej że nie udaje się im niczego wybudować, choćby dwóch klocków na sobie, a potem trzeciego, Alicja nie pragnie niczego więcej.

– Dziękuję – uśmiecha się, a kiedy pije, patrzy przez dno na Miszę niemal zwycięsko.

– Lepiej?

– Tak.

– Przynieść ci coś do jedzenia?

Alicja kręci głową, nie chce teraz jeść, ale Janek mimo to wstaje i wychodzi, bo skoro nie może porozmawiać z Miszą, nie może jej dotknąć, to nie ma po co tu być, a nie może rozmawiać z Miszą, nie może nic, kiedy siedzi tu Alicja. Ona obserwuje każdy jego ruch, jakby chciała go na czymś przyłapać, czy raczej nie chciała.

– Gdybyś się nie obudziła, wszystkim byłoby łatwiej – mówi Alicja, kiedy Janek znika na korytarzu, i przysuwa swoje krzesło do łóżka. Nawet chwyta Miszę za rękę, choć po takich słowach jest to dość niestosowne. Patrzy na jej zastygłą twarz, która bez uśmiechu w ogóle nie jest podobna do twarzy Miszy, a przez głowę przelatują jej te wszystkie wspólne lata, miłe chwile, mnóstwo śmiechu i bardzo dużo miłości, a Alicja szybko odgania to od siebie, nie chce o tym myśleć, przecież zrobiła tylko to, co musiała, i już nigdy nie da się tego cofnąć, więc na cóż jej teraz żal?

Drzwi delikatnie skrzypią i ktoś wchodzi do środka, Alicja spodziewa się, że to Janek z jedzeniem, ale to nie Janek, tylko pielęgniarka, która przyszła umyć Miszę.

– Poczekam na zewnątrz – szepcze Alicja, nagle szepcze, a przecież dotychczas mówiła normalnie, i przepuszcza pielęgniarkę do łóżka.

– Może pani zostać. To pani koleżanka?

Alicja jest zaskoczona.

– Tak.

– To miło, że pani przyszła, wprawdzie tego nie widać, ale wizyty pomagają najbardziej, może jej pani na przykład puszczać ulubioną muzykę, czytać lub opowiadać, cokolwiek. Jedna nasza młoda pacjentka, już dawno, obudziła się, kiedy mama umalowała jej twarz. Może to był przypadek, ale ja zawsze mówię, że wszystko jest jakoś powiązane.

– Misza się nie malowała.

– Podaję tylko przykład. – Pielęgniarka się uśmiecha, myjąc Miszy bezwładne ramiona, szyję i całą górną połowę ciała, potem próbuje obrócić ją delikatnie na bok, żeby umyć też plecy. Alicja ma wrażenie, że powinna coś zrobić, jakoś przytrzymać Miszę, pomóc pielęgniarce, bezwładne ciało na pewno jest ciężkie, choć Misza ma drobną posturę, ale mimo to stoi osłupiała i nie może się ruszyć. Wreszcie po raz pierwszy się rozpłakuje.

Pielęgniarka się odwraca.

– Przepraszam, powinnam była przewidzieć, że to panią poruszy.

Alicja pociąga nosem.

– To nie pani wina.

„Tylko moja, tylko i wyłącznie moja" – chciałaby dodać i płacze dalej, nie może zatrzymać łez, ta słona lawina całkowicie ją przygniotła, Alicja utknęła pod nią i nie wie, gdzie jest góra, a gdzie dół, nie może oddychać, spanikowana wybiega na korytarz, tam nareszcie robi się jej trochę lepiej, troszeczkę.

– Coś się stało? – pyta Janek, całkiem spokojnie i chłodno, jakby czekał, aż się to stanie, aż to się skończy? W ręce trzyma kanapkę pełnoziarnistą i banany w czekoladzie, bo Alicja lubi te pełnoziarniste rzeczy, a banany w czekoladzie je w ostatnich tygodniach na okrągło. Janek przez kilka sekund stoi całkowicie sparaliżowany mieszanym uczuciem, które najbardziej przypomina ulgę. Koniec.

– Nic – łka Alicja. Nic się nie stało. Albo nie: stało się wszystko.

Janek wzdycha.

– Jezu, tak się wystraszyłem – mówi głośno, chyba żeby przekonać też samego siebie, potem kładzie te dwie rzeczy na kolanach Alicji i znów wchodzi do pokoju Miszy, chce wykorzystać to, że teraz może chociaż przez kilka minut pobyć z Miszą sam na sam, ale w środku jest jakaś pielęgniarka, która akurat myje jej gąbką nogi.

– Dzień dobry – mówi kobieta.

– Dobry.

– Pan też jest jej kolegą?

Janek ogląda się na drzwi, żeby upewnić się, że nie stoi za nim Alicja i że są zamknięte, potem kręci głową.

– Narzeczonym.

Po raz pierwszy mówi to na głos i czuje się wyjątkowo, wyjątkowo pięknie. Misza nie będzie należeć do nikogo innego, Misza jest jego!

– Nie wiedziałam, że Misza jest zaręczona. To dobrze.

Pielęgniarka uśmiecha się do Miszy i głaszcze ją po włosach, potem okrąża łóżko i próbuje przewrócić ją na drugi bok.

– Pomogę pani – proponuje Janek i szybko podbiega, w ogóle go nie mdli jak przedtem Alicję, a w jego dotyku jest olbrzymia czułość. Delikatnie przesuwa palce po ramieniu Miszy, szepcze, że wszystko znów będzie dobrze, a potem zauważa, że Misza ma za lewym uchem malutki tatuaż. Ale Misza nigdy nie chciała żadnych tatuaży, a igieł bała się jak diabeł krzyża.

– Gotowe – wzdycha pielęgniarka.

Janek nie reaguje, myśli o tym, co właśnie zobaczył.

– Już może pan ją położyć.

– Przepraszam.

– W porządku. Zostawię was samych, żebyście mogli porozmawiać – mówi pielęgniarka, zbiera swoje rzeczy i wychodzi, ale potem wchodzi Alicja, więc Janek nie mówi Miszy wszystkiego, co chciałby jej powiedzieć, a poza tym jest tak wściekły z powodu tego tatuażu, że woli milczeć.

– Idziemy? – pyta Alicja po chwili ciszy.

– Dokąd? – odpowiada zdezorientowany Janek, bo naprawdę nie wie. Nie wie, co ma robić.

Alicja wstaje, teraz już naprawdę się wkurzyła.

– Jeśli chcesz, to z nią tu zostań – prycha, nawet nie żegna się z Miszą i wybiega na korytarz.

Janek dogania ją dopiero na parkingu, bo przecież on musiał pożegnać się z Miszą.

– Przestań wariować – mówi i chwyta Alicję za ramię. Nie chce być teraz sam, trochę łatwiej jest być z kimś.

Alicja otwiera auto i zamierza wsiąść, ale Janek przyciąga ją do siebie i całuje, dawno jej tak nie całował, może nawet nigdy. Alicja jest zaskoczona, ale miło, tak miło, że pozwala Jankowi wcisnąć się na tylne siedzenie i sama ściąga majtki spod długiej sukienki, wprawdzie w ogóle nie ma nastroju na seks, ale chce wreszcie pokonać Miszę.

– Delikatnie – sapie, bo Janek nie jest zbyt delikatny, chce ukarać Alicję i chce ukarać Miszę, ją przede wszystkim, jakby już sama nie ukarała się wystarczająco.

– Pojechałbym nad morze, gdzieś daleko – mówi Janek w drodze do domu, wbijając wzrok w jezdnię, za nic nie spojrzy na Alicję, więc nie wiadomo, czy chce wyjechać z nią, czy po prostu tchórzliwie przed tym wszystkim uciec?

– Byłoby pięknie – mówi Alicja, bo nie wie, co innego mogłaby w takiej chwili powiedzieć, bez wahania pojechałaby z Jankiem na kraj świata, ale coś cieknie jej po udzie, czy to nie krew, czy wszystko jest w porządku? Misza leży w szpitalu z dziurą po kuli w głowie, czy wszystko może jeszcze być w porządku, czy nie poszło w diabły?

– Na tydzień? – Janek kontynuuje swoją myśl.

– Co na tydzień?

– Karaiby.

– Ze mną?

– Jasne, że z tobą.

– Dobra – zgadza się Alicja, siada na prawym boku i uśmiecha się pomimo bólu, potem dyskretnie sięga sobie między nogi, to nie krew, acha, dobrze, oboje potrzebują odpoczynku, muszą wyjechać, zmazać całą przeszłość, jakby nigdy nie istniała, i zacząć żyć jakoś normalnie. Jak para, jak rodzina. Oni troje.

WSZYSCY JĄ UWIELBIAJĄ

– Czyli co mamy? – pyta pułkownik Malina i siada z pozostałymi do stołu, potem się rozgląda. – Brzydulo?

Było jasne, że znów poprosi Iwanę, Iwana jest tu jedyną kobietą, co z tego, że wie o całej sprawie najwięcej, wstaje i wychodzi.

– Dzięki.

– No jasne.

– Czyli co mamy? – pyta znów Malina.

– Niewiele – odpowiada major Nowotny, wciska klawisz na klawiaturze, a na płótnie za jego plecami pojawia się Michaela, uśmiechnięta jak zawsze, a wszyscy faceci w pomieszczeniu przyglądają się jej z ciekawością.

– Niezła – nie wytrzymuje kapitan Karaś.

– Michaela Mróz, dwadzieścia pięć lat, urodzona w Ostrawie, dorastała w domu dziecka, nie ma żadnej rodziny, zameldowana w Pradze, dzielnica Nusle.

– Dobrze. Co dalej?

Major Nowotny odkasłuje i zaczyna opowiadać całą sprawę od początku, bo Malina zazwyczaj nie pamięta poprzednich meldunków, a potem tylko niepotrzebnie spowalnia.

– Została postrzelona w sobotę rano w Lasku Diablickim, na miejscu zbrodni znaleziono broń palną, kaliber dziewięć milimetrów, zarejestrowaną na Pawła Wiertyszkę, dwa tygodnie temu zgłosił kradzież. Na broni znaleziono odciski palców Michaeli Mróz.

– Na broni znaleziono odciski Michaeli Mróz? – dziwi się Malina.

– Tak – potwierdza Nowotny i kontynuuje. – Z broni wystrzelono trzykrotnie, Michaela Mróz została trafiona jedną kulą w ciemię z odległości około pięciu metrów, znaleziono dwie łuski, każdą w innym miejscu, tutaj te miejsca są zaznaczone – mówi i podaje pułkownikowi fotografię z miejsca zbrodni.

– Tę trzecią ktoś zabrał?

Nowotny kiwa głową.

– Prawdopodobnie tak, my przeszukaliśmy teren.

– Dobrze, dziękuję. Świadkowie?

– Brak. Tylko rowerzysta Józef… – Nowotny zaczyna przeglądać papiery, a tymczasem z kuchni wraca Iwana.

– Kaczorek – uzupełnia kobieta. Stawia przed pułkownikiem Maliną kubek z kawą i karton mleka, dobrze wie, że on nie pije czarnej i że najchętniej wlewa sobie mleko sam. – Ale nie widział napastnika, pojawił się tam, kiedy było już po sprawie, nie słyszał nawet strzałów, więc wszystko musiało stać się dużo wcześniej. Znalazł Michaelę Mróz w trawie, leżała twarzą ku niebu, choć rana postrzałowa znajdowała się z tyłu, na ciemieniu.

– Czy mogła obrócić się sama?

Iwana wyciąga z kieszeni chustkę i szybko smarka.

– W tym stanie raczej nie, poza tym miała ściągniętą kominiarkę.

– Kominiarkę? – pyta Karaś.

– Do biegania. Niektórzy ich używają.

– Mogła ją sobie przecież ściągnąć sama, jeszcze zanim się to stało.

– Raczej nie, jest przestrzelona, a według lekarzy ktoś udzielał Michaeli pierwszej pomocy.

– Pewnie ten Kaczorek, nie?

– Twierdzi, że był w stanie tylko wezwać karetkę.

– Czyli próbował ratować sprawca – wtrąca się do rozmowy Malina.

Iwana wzrusza ramionami, nie rozumie, dlaczego miałby to robić.

– Dlaczego miałby to robić? – dziwi się też Karaś, ale on ciągle się czemuś dziwi, więc to bez znaczenia, skoro ktoś taki mógł zostać kapitanem, to ja też mogę, myśli Iwana.

– Nie wiem – przyznaje Malina. – Byliście już na tych Nuslach?

– Jasne. Przy okazji: mieszka tam koleżanka ofiary, u której ofiara jest zameldowana, ale pani Tomesz twierdzi, że nigdy tak naprawdę z nią nie mieszkała. Ofiara ma wynajęte lokum na Żiżkowie.

– Tam też byliście?

– Tak, to małe, ale dość luksusowe mieszkanko, wynajęła je niedawno i zapłaciła za rok z góry, w gotówce.

– To dość nietypowe. Czy właścicielowi nie wydało się to podejrzane?

Nowotny wzrusza ramionami.

– Raczej się ucieszył, że ma kasę od razu.

– Racja. A sąsiedzi?

– Nikt o niej nic nie wie, bo pojawiła się tam niedawno. Według pani z mieszkania obok Michaela zawsze grzecznie mówiła dzień dobry, ale wyglądała na bałaganiarę – mówi Iwana.

– Bałaganiarę?

– Tak, po przeprowadzce zostawiła jakieś pudła na klatce schodowej, wystawiała tam też worki ze śmieciami, chociaż śmietniki są na podwórzu, a te kilka kroków by jej nie zabiło, mówiła ta pani.

Malina macha ręką, jakby odganiał muchę, naprawdę nie pojmuje, po co Brzydula zapisuje te wszystkie bzdury.

– Jakiś partner?

– W portfelu miała zdjęcie paszportowe mężczyzny, to mógł być jej chłopak, ale chyba się rozeszli, a potem ona znalazła sobie nowe mieszkanie, według słów właściciela zapewniała, że będzie mieszkać tam sama.

– No, to mógłby być dobry ślad – przytakuje głową Malina. – Zrobił to ktoś, kto znał Michaelę Mróz, to nie wygląda na przypadkowe przestępstwo jakiegoś psychopaty. Co jeszcze? Praca? Musimy dowiedzieć się o niej jak najwięcej.

– Z danych z komputera wynika, że szukała pracy jako tłumaczka szwedzkiego i…

– Szwedzkiego?

– Tak, zamieściła życiorys, szwedzki i francuski, ale w czasie przed tym strasznym zdarzeniem najprawdopodobniej nie była nigdzie zatrudniona.

– Nie miała pracy, ale zapłaciła czynsz za rok z góry?

– Tak. Dziwne, co?

– Spróbujcie sprawdzić, skąd wzięła pieniądze, przesłuchajcie właściciela broni, tego… Jak się…

– Wiertyszkę – przypomina Nowotny.

– No, Wiertyszkę, i znajdźcie tego faceta ze zdjęcia. Brzydulo?

Iwana podnosi głowę znad notatnika.

– Jeszcze kawy?

Pułkownik się uśmiecha.

– Nie. Będzie pani pracować nad tą sprawą z Nowotnym.

– Poważnie?

– Tak, i proszę tego nie spieprzyć. Jutro oczekuję od was obojga kolejnego raportu i nie zapomnijcie sprawdzić motywu rasowego, dziennikarze nie dadzą nam z tym spokoju.

– Rozkaz!

– Rozkaz!

Malina kończy naradę i kiwa ręką do Nowotnego, żeby poszedł z nim na korytarz. Iwana wciąż siedzi, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Jej pierwsza prawdziwa sprawa. Ona na pewno tego nie spieprzy, postara się, będzie lepsza niż Columbo, Poirot i Kojak, lepsza niż Nowotny, lepsza niż wszyscy, ona to rozwiąże, na pewno, tyle że nikt nie będzie jej wierzyć, bo jest kobietą, niezbyt ładną, i do tego trochę grubą.

– Co się tak krzywisz?

– Brzydula? Serio? – szepcze Nowotny, ale Iwana i tak go słyszy, przecież Nowotny stoi z Maliną za drzwiami, które wciąż są otwarte.

– Ładna babka tylko by cię rozpraszała, z ostatnią, którą ci przydzieliłem, wziąłeś ślub.

– Po co te wycieczki do prehistorii?

Malina macha ręką.

– Musi się wdrożyć.

– Najpierw musi schudnąć.

– To idźcie razem pobiegać.

– Bardzo zabawne – odgryza się Nowotny i idzie do swojego gabinetu.

Iwana słyszy jeszcze, jak pułkownik się przygłupio śmieje i woła za Nowotnym, że to nie był żart. Cała radość z pierwszej sprawy nagle znika, nagle siedzi tu jak siedem grubych nieszczęść, wyciąga z kieszeni kolejną chusteczkę i smarka. Pieprzony Nowotny i pieprzona wiosna.

Nowotny przyjeżdża do komisu samochodowego dokładnie o wpół do czwartej, to jest pora, na którą umówił się z Pawłem Wiertyszką, a Paweł już na niego czeka. Z daleka macha Nowotnemu i pokazuje, gdzie ma zaparkować.

– Takie wam teraz dają? – pyta Paweł, patrząc na poobijanego forda.

– Nie, to mój prywatny – mówi Nowotny i wyciąga odznakę z bocznej kieszeni. – Major Nowotny.

– Jasne, wiem. Wiertyszka – mówi Paweł i podaje majorowi rękę.

– Nie zajmę panu dużo czasu.

– Świetnie, chodzi o tę moją spluwę, nie?

– Tak, dokładnie. Zgłosił pan kradzież dwa tygodnie temu. Skąd została skradziona?

– Ze schowka.

– Ze schowka?

– Tak. W aucie.

– A wie pan, że jako właściciel broni jest pan zobowiązany do trzymania jej pod nieustannym nadzorem i zabezpieczenia jej przed zgubieniem i kradzieżą?

– Wiem, mówili mi o tym u was od razu, jak to zgłaszałem. Będą mnie przez to gdzieś ciągać, nie?

– Bez wątpienia będą pana przez to gdzieś ciągać – potwierdza Nowotny. – Czy może mi pan powiedzieć, jak to się stało?

– Sam nie wiem – przyznaje Paweł. – Po prostu tam zajrzałem, a spluwy nie było, więc to zgłosiłem.

– Zgadza się, dwudziestego marca o trzeciej po południu.

– Skoro tak pan twierdzi. Wie pan, nigdy nie noszę spluwy przy sobie, po prostu mam ją w schowku, gdyby coś, i co jakiś czas sprawdzam, czy tam jest, poza tym w ogóle z niej nie…. no, nie korzystam.

– Czyli nie wie pan nawet, kiedy dokładnie została skradziona – mówi Nowotny i słychać, że jest już wkurzony. Po co ten debil kupuje sobie broń, skoro nawet nie wie, z jakimi obowiązkami się to wiąże?

– Co do dnia to nie.

– Czy mogę zobaczyć pański samochód?

– Jasne – mówi Paweł i przechodzi kilka metrów dalej na drugą stronę małego parkingu, gdzie stoi jego złoty land rover.

– To ten? – pyta Nowotny.

Paweł otwiera drzwi, a potem schowek przy fotelu pasażera.

– Tu była.

– Czy z auta zginęło coś jeszcze?

– Nie.

– Zgłosił pan, że to nie było włamanie.

– Tak, zgadza się, nie było ani draśnięcia.

– Czy jeździ nim ktoś jeszcze?

– Nie.

– Nawet żona?

– Ma swój, mniejszy. Nie lubi kierować tymi wielkimi krowami, a ja i tak bym jej go nie pożyczył. – Paweł głaszcze samochód po masce jak konia wyścigowego po grzbiecie.

– Rozumiem, nikomu innemu go pan nie pożyczał?

Paweł na chwilę traci pewność siebie, ale Nowotny tego nie zauważa, potem Paweł odkasłuje i mówi, że nie.

– A kumple z komisu?

– Niczego by mi nie zabrali, za bardzo się mnie boją – śmieje się Paweł, ale w ogóle nie brzmi to jak żart, najwyraźniej mówi poważnie.

Nowotny wyciąga z wewnętrznej kieszeni dżinsowej marynarki zdjęcie, a zanim pokaże je Pawłowi, informuje go, że bronią zarejestrowaną na jego nazwisko popełniono czyn karalny.

– Zna ją pan?

Paweł przez chwilę wpatruje się w zdjęcie, ale właściwie w ogóle nie musiałby się w nie wpatrywać, oczywiście, że zna Michaelę.

– Tak, to Misza – mówi. – Chwila, chyba nie próbuje mi pan zasugerować, że to ma jakiś związek z moją zgubioną spluwą, nie?

– Owszem, ma.

– O kurwa – wzdycha Paweł i rozgląda się.

Nowotnemu przebiega przez głowę, że Wiertyszka może próbować uciec, a także to, że powinien wezwać posiłki, ale Wiertyszka nigdzie nie ucieka, wciąż stoi przed Nowotnym i wygląda na zaskoczonego, więc Nowotny się rozluźnia, potrafi przecież rozpoznać sytuacje, w których poradzi sobie sam, a to jest jedna z nich.

– Skąd pan zna Michaelę Mróz? – pyta spokojnie.

– Co?

– Skąd pan zna Michaelę Mróz?

Paweł mruga, patrzy na Nowotnego i po strasznie długiej chwili, a przynajmniej tak wydaje się Nowotnemu, mówi, że to była dziewczyna Janka.

– Ale od razu mówię, że rozeszli się spokojnie, proszę niczego nie wymyślać.

– Ja niczego nie wymyślam – kłamie Nowotny, bo oczywiście różne myśli przychodzą mu do głowy, potem wyciąga z kieszeni zdjęcie paszportowe i pokazuje je Pawłowi.

Paweł kiwa głową.

– Tak, to on.

– Jego pełne nazwisko?

– Jan Tomesz.

– Długo się panowie znają?

– Z Jankiem? Tak. Od zawsze.

– Czy może pan być dokładniejszy?

– No… Od zawsze, chyba od urodzenia, nasze mamy poznały się na porodówce, jeśli ta informacja może panu w czymś pomóc.

– Aha. Czyli można powiedzieć, że naprawdę dobrze zna pan pana Tomesza – podsumowuje Nowotny.

– Dokładnie.

– Często się spotykacie?

– Tak. Dość często. Co środę na squashu i w piątek rano na siłowni, niedawno byliśmy wszyscy na kolacji.

– Co to znaczy wszyscy?

– No Janek z tą swoją i ja z żoną, bo mieliśmy opiekunkę. Żanecie żadna niania nie wydaje się wystarczająco dobra, zawsze wynajduje jakieś emerytki, żebym ich nie przeleciał ani nie zrobił nic podobnego, a potem skarży się, że są staromodne, kurwa, dziwiłbym się, gdyby nie były – śmieje się Paweł.

– Powiedział pan „Janek z tą swoją", czy to znaczy, że pan Tomesz się ożenił?

– Tak, hajtnął się.

Nowotnemu coś się przypomina i kartkuje notatki kilka stron do tyłu.

– Czy jego żona nie nazywa się przypadkiem Alicja Tomesz?

– Przypadkiem tak.

– To koleżanka Michaeli Mróz, prawda?

– Tak, chociaż właściwie już chyba nie, nie wiem, baby nie wybaczają sobie takich spraw.

– Ma pan na myśli fakt, że wyszła za jej byłego chłopaka?

– Jasne, dokładnie ten fakcik mam na myśli.

– Rozumiem. Kiedy ostatnio widział pan pana Tomesza? – wypytuje dalej Nowotny, a jednocześnie szybko kartkuje notatnik znów w przód na pustą stronę, musi to zapisać, ale Wiertyszce akurat dzwoni telefon.

– Przepraszam, ale to bardzo ważna rozmowa, muszę odebrać – wyjaśnia Paweł i odchodzi kilka kroków na bok, niepotrzebnie, bo ryczy tak głośno, że Nowotny i tak wszystko słyszy.

– W piątek wieczorem będziesz to mieć, tak… Mówię, że w piątek, głuchy jesteś? Q siedem, srebrne, jasne, chciałeś srebro, masz srebro, kurwa, jak obiecałem, to dotrzymuję, nie? O ósmej u ciebie, cześć. – Paweł chowa telefon do kieszeni spodni i wraca do Nowotnego. – Przepraszam, to był jeden dobry klient, nie lubi czekać na swoje zakupy.

– Nie ma sprawy, proszę mi powiedzieć, kiedy ostatnio widział pan pana Tomesza?

– W środę na tym squashu, znów przegrał, potem wypiliśmy piwko i poszliśmy do domu.

– Nie spotkaliście się w piątek rano na siłowni?

– Nie. Musiałem jechać do Niemiec po to srebrne audi.

– A czy może mi pan powiedzieć, gdzie pan był w sobotę dwudziestego piątego marca rano między godziną siódmą a dziewiątą?

– W sobotę, tak?

– Tak, w sobotę dwudziestego piątego rano.

– No, to gdybym… Moment, byłem na Ladronce, Żaneta nas tam wysłała.

– Was?

– No mnie i syna, chciała od nas odpocząć, a ja według niej potrzebuję ruchu… Ostatnio ciągle mi mówi, jaki jestem gruby, wcześniej jej to nie przeszkadzało.

– Czy pański syn może potwierdzić, że byliście tam razem?

– Raczej nie, nie ma jeszcze nawet roku, przez cały czas spał, w domu ryczy jak tur, ale kiedy tylko włoży się go do wózka, jest cisza… No ale moment, czy muszę mieć alibi?

– Tak byłoby dla pana lepiej.

– Jestem, kurwa, podejrzany czy co?

– Tego nie powiedziałem, to są standardowe procedury, muszę po prostu sprawdzić kilka faktów – uspokaja go Nowotny, a potem przypomina sobie o czymś. – Czy z tego squasha lub przy innej okazji wiózł pan kiedyś pana Tomesza swoim autem?

– Janka?

– Tak, Jana Tomesza.

– Kiedyś na pewno.

– A czy pan Tomesz wiedział, że ma pan w schowku broń?

Paweł jest zaskoczony, a Nowotny tym razem zauważa to zaskoczenie, zatem tak, wiedział, a po chwili Paweł potwierdza, że pokazywał tę broń Jankowi, to przecież normalne, to przecież nic nie znaczy, jeśli Nowotny myśli, że to Janek ukradł tę broń, to na pewno nie!

– Wykluczone.

– Jest pan pewien?

– Dzień dobry – mówi młoda dziewczyna na recepcji.

– Dobry.

– Jest pan umówiony na trening?

Nowotny kręci głową.

– Szukam Jana Tomesza, pracuje tu, prawda?

– Tak, ale teraz jest zajęty, musi pan poczekać.

– Jak długo?

– Dwadzieścia minut.

– Dobrze, poczekam.

– Napije się pan kawy?

Nowotny zerka na zegarek, jest za dwadzieścia siódma.

– Tak, poproszę.

– Może pan usiąść na kanapie.

Nowotny patrzy w kierunku, który wskazała mu ta młoda dziewczyna i od razu tam idzie. Przez przeszkloną ścianę obser wuje Jana Tomesza, który z zaangażowaniem pokazuje swojej klientce – czy tak nazywa się kobiety na siłowni? – pod jakim kątem ma mieć ramiona i jak ma zgiąć nogi, co za bzdura, naprawdę ktoś może chcieć zapłacić za coś takiego siedem stów? Recepcjonistka przynosi Nowotnemu kawę i podaje mu ją do ręki, bo nie ma jej gdzie postawić.

– To naprawę kosztuje siedem stów?

– Co pan ma na myśli?

– No to ćwiczenie z trenerem.

– Z Jankiem?

– A co za różnica?

Recepcjonistka wyjaśnia mu, że oczywiście to duża różnica, bo Janek to wyjątkowy trener i bierze za godzinę tysiąc koron.

– A na czym polega ta wyjątkowość?

– Oprócz ćwiczeń doradza z dietą, ma świetne wyniki, wszyscy jego klienci wyraźnie schudli już po kilku miesiącach.

– Skoro całą kasę wydali na trenera i nie mieli co jeść, to się nie dziwię – śmieje się Nowotny ze wzrokiem utkwionym w Tomeszu, tysiąc koron, ja pierdolę.

Dokładnie o siódmej klientka kończy ćwiczyć i wychodzi, Nowotny odkłada filiżankę na ladę recepcji i wbiega do środka, recepcjonistka krzyczy za nim, że w takim obuwiu nie można, ale jak nie można, skoro już tam jest.

– Fajna praca, przez cały dzień patrzy pan na dziewczyny – rzuca wesoło.

Janek się odwraca.

– Nie skarżę się.

– Major Nowotny – przedstawia się Nowotny i wyciąga odznakę. – Ma pan chwilę?

– Tak, już skończyłem.

– Zajmuję się próbą morderstwa Michaeli Mróz.

– Tak, wiem.

– Żona pewnie już panu mówiła.

– Tak, mówiła, że byliście u nas.

Nowotny siada na jedną z ławek do ćwiczeń.

– Mogę na tym siedzieć?

– Jasne, możemy to przesunąć.

– Już nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem na siłowni.

Janek się uśmiecha.

– Jeśli pan chce, mogę pana potrenować.

– Za tysiaka za godzinę, tak?

– Dzisiaj to już w Pradze normalna cena.

Zdziwiony Nowotny unosi brwi.

– Naprawdę? W takim razie żałuję, że poszedłem do policji.

– Zawsze może pan zmienić pracę – mówi Janek i wyciera grzbietem dłoni spocone czoło, ale Nowotny nie jest pewien, czy jego rozmówca był już taki spocony, czy zaczął się pocić dopiero podczas tego przesłuchania.

– Racja – wzdycha. – Dlaczego pańska żona nie powiedziała mi, że jesteście małżeństwem?

– Nie wiem, może pan o to nie pytał.

– Hm. Czy może mi pan powiedzieć, co wiąże pana z panią Mróz, oprócz tego, że poślubił pan jej najlepszą koleżankę?

– Czy to jest zabronione?

Nowotny podnosi obie dłonie.

– Ja nie widzę w tym nic złego.

– Pewnie pan myśli, że jestem jakimś gnojkiem, ale… było inaczej.

– Tak, zawsze wszystko jest inaczej – sapie Nowotny ze zmęczenia i rezygnuje z pociągnięcia uchwytu przyrządu do ćwiczeń, który ma za plecami.

– Na początek musi pan zmniejszyć obciążenie – wyjaśnia Janek, pochyla się ku wieży przyrządu i zaczyna zmieniać wagę. Cieszy się, że przez chwilę nie musi patrzeć na detektywa, czy raczej że on nie może przez chwilę tak podejrzliwie patrzeć na niego.

– W porządku, chciałem tylko spróbować po tylu latach, niech pan to zostawi.

Janek się prostuje.

– Proszę spróbować teraz, teraz się uda.

Nowotny próbuje i rzeczywiście, udało się.

– To chyba obciążenie dla dziewczyn, co?

– Prawie – uśmiecha się Janek. – Ale niektóre dziewczyny są bardzo silne.

– To mnie pan uspokoił. Żona nie jest zazdrosna?

– Nie. Dlaczego?

– Moja by była. Była zazdrosna o wszystkie kobiety, najbardziej o moje eks, na szczęście ona też już wkrótce będzie moją eks.

Janek nic nie mówi, nie wie, co na to powiedzieć, rozumie, że Nowotny nie musi zwierzać mu się ze swoich prywatnych problemów i że chodzi mu tylko o to, żeby wyciągnąć z Janka coś o Miszy i o Alicji, o ich przyjaźni, ale on nie zrobi mu tej frajdy i nie da się na to nabrać.

– Chyba wybrał pan dobrą żonę.

– O tak.

– A pańska znajomość z Michaelą Mróz? – Nowotny powtarza swoje pierwsze pytanie.

– Co z nią?

– No, jaka jest?

– Żadna.

– Żadna?

– Tak… Żadna.

– Kiedy się rozstaliście?

– Jakoś w zimie.

– I nie spotykaliście się od tego czasu?

– Spotykaliśmy, mieszkała u mnie, zanim się wyprowadziła.

– Na Żiżkowie.

– Dokładnie.

Nowotny spogląda do notatek.

– Pod koniec lutego.

Janek znów wyciera czoło grzbietem ręki, ten detektyw zaczyna mu działać na nerwy.

– No proszę, widzę, że pan już wszystko wie.

– Gdybym wiedział wszystko, to by mnie tu nie było. Czy Michaela ma jakichś wrogów?

– Raczej nie. Jest bardzo wesoła i miła, ludzie ją lubią, chyba wszyscy oprócz mojej mamy – dodaje Janek i natychmiast żałuje, nie musiał tego mówić, ten policjant od razu się do tego przyczepi.

– Pańska matka jej nie lubi?

– Nie przepada za nią.

– Dlaczego?

– Musiałby pan zapytać ją – radzi mu Janek i od razu żałuje również tego, przecież nie chce, żeby gliny zawracały głowę jego matce, a teraz na pewno będą jej zawracać głowę. – Myślę, że było tak z powodu… – Janek pokazuje na twarz, po prostu nie potrafi tego powiedzieć na głos, nigdy nie powiedział tego na głos o swojej matce, bo jeśli to powie, stanie się prawdą jeszcze bardziej, niż już tą prawdą jest.

– A, jasne – rozumie Nowotny. – Nie miała innych wrogów z tego powodu?

– Czasem ktoś gadał bzdury w tramwaju i tak dalej, ale rzadko, ona była, to znaczy jest, ona jest bardzo piękna, więc wszyscy jakoś znosili to, że jest też… trochę inna – mówi Janek, a potem spogląda na zegar ścienny.

– Śpieszy się pan?

– Obiecałem żonie, że będę w domu najpóźniej o ósmej.

– Często zostaje pan tu tak długo?

– Tak, pracuję co wieczór, w dzień ludzie są w pracy, więc nie mam wyjścia... Albo późno wieczorem, albo wcześnie rano, taki dziwny czas pracy, no.

– Rozumiem. Nie będę już pana zatrzymywać.

– Dziękuję – mówi Janek i ucieszony podaje Nowotnemu rękę. W sumie nie było to takie straszne, jak się spodziewał, chyba nawet go nie podejrzewają, skoro nikt nie pyta, gdzie był w sobotę rano. Nie musi się niczego bać.

– Czy może mi pan jeszcze powiedzieć, gdzie pan był w sobotę dwudziestego piątego marca wcześnie rano? – krzyczy do niego Nowotny z progu. Janek zamiera obrócony do Nowotnego plecami, to tylko chwila, ale te kilka sekund wystarcza Nowotnemu, żeby postawić przy Tomeszu wykrzyknik.

– U mamy – wzdycha Janek i patrzy Nowotnemu prosto w oczy. Teraz już tego nie uniknie, teraz już na pewno gliny przesłuchają matkę.

– Wcześnie rano? Dlaczego?

– Czasem tam sypiamy, żeby nie była ciągle sama.

– My, czyli pan i pańska żona?

– Tak, zazwyczaj jeździmy tam razem, tyle że Alicji ostatnio często robi się niedobrze, więc wtedy została w domu – przyznaje Janek.

– Aha. Czyli całą sobotę spędził pan z matką?

– Nie, wyszedłem około dziesiątej, o jedenastej miałem klienta. Zrobiłem mamie jajecznicę z ogórkami, które przyniosłem, moja żona sama je kisi, a mamie bardzo smakują, są naprawdę dobre.

– Wierzę.

– Potem razem zjedliśmy śniadanie i pojechałem do pracy, może to pan sprawdzić tu na recepcji. – Janek wskazuje Monikę stojącą za szybą i uśmiecha się do niej. Gdyby była tu Iwana, wydałoby się jej podejrzane, że świeżo żonaty facet uśmiecha się tak do obcej kobiety, ale Nowotny nie zawraca sobie tym głowy, potrzebuje dowodów, a takie rozważania ma gdzieś.

– Nie trzeba, w to wierzę, chodzi mi raczej o czas między siódmą a dziewiątą, co konkretnie pan wtedy robił? – przypomina Jankowi.

– Konkretnie to spałem.

– A mama? Ona też konkretnie spała?

– Też.

– Gdzie tak właściwie mieszka pańska matka?

– W Diablicach – przyznaje Janek, bo nie ma sensu kłamać, i tak by to sobie sprawdzili, a kłamstwem pogorszyłby tylko swoją sytuację.

– Cóż za zbieg okoliczności – mówi Nowotny zgodnie z oczekiwaniami i dopisuje w notesie przy nazwisku Janka kolejny duży wykrzyknik.

Iwana wciska dzwonek z napisem Alicja Martinek i Michaela Mróz – dlaczego pani Tomesz jeszcze tego nie zmieniła? – i szybko smarka, żeby nie musiała smarkać w środku. Po chwili słyszy głos pani Tomesz, mówi, że ma przyciągnąć klamkę, a potem popchnąć, Iwana przyciąga, a potem popycha, ale bez skutku.

– Musi pani chwilkę poczekać – radzi jej mężczyzna stojący z boku. Iwana czeka i znów popycha.

– Dziękuję. Pan też wchodzi?

Mężczyzna kręci głową.

– Nie, czekam na syna, moja była nie chce, żebym wjeżdżał po niego na górę, pewnie tam kogoś ma.

– Aha – mówi Iwana i czuje się trochę dziwnie, że ten obcy facet jej o tym opowiada, przecież to nie jej sprawa, zamyka mu drzwi przed nosem i biegnie do windy. Dopiero po chwili uświadamia sobie, że nie wie, na którym piętrze mieszkają Tomeszowie, a nawet gdyby wiedziała, i tak poszłaby schodami, bo jeśli będzie ciągle jeździć windą, to nigdy nie schudnie. Pierwsze, drugie, trzecie piętro, tam spotyka kobietę z małym chłopcem, dopiero na czwartym czeka na nią Alicja Tomesz.

– Dzień dobry – wita się z nią.

Iwana od razu wyciąga z plecaka odznakę, bo czasem o niej zapomina i nie chce, by znów się jej to przytrafiło, głupie przyzwyczajenie – kiedy pracowała w straży miejskiej, nie musiała niczego pokazywać.

– Porucznik Iwana Brzydula – przedstawia się, ledwie łapiąc oddech, i podsuwa odznakę Alicji przed twarz.

– Proszę wejść. – Alicja przesuwa się, żeby wpuścić Brzydulę, biedaczka, z takim nazwiskiem pewnie nie żyje się jej łatwo. – Czy mogłaby pani ściągnąć buty? Dam pani kapcie.

– Mogłabym – sapie Iwana i ściąga tenisówki, nawet się przy tym nie schyla, zostawia je zasznurowane, tylko lewy but zsuwa o prawy, wprawdzie się od tego niszczą, każdy to wie, mama Iwany bez wątpienia, ale tak jest wygodniej i szybciej, a Iwana po tej wspinaczce nie ma przez chwilę ochoty na żadne zbyteczne ruchy.

– Nigdy nie prosiłam gości, żeby to robili – przeprasza Alicja, wyraźnie czuje się trochę zawstydzona. – Ale Janek, mój mąż, jest przyzwyczajony do porządku.

– Rozumiem, też lubię porządek – kłamie Iwana, bo bałagan w jej domu i tak nikogo nie interesuje.

– No, Janek aż do przesady, ale to nieistotne. Proszę usiąść, jest pani głodna? Właśnie zrobiłam sałatkę.

– Nie, dziękuję – odmawia Iwana, wprawdzie jest głodna, ale nie chce jeść na służbie, to byłoby niestosowne, nie są koleżankami, które wyszły razem na obiad, przyszła tu z powodu próby morderstwa, a pani Tomesz może zostać podejrzaną, Iwana widziała już mnóstwo takich morderstw z zazdrości, w serialach się od nich roi. – Dlaczego nie powiedziała pani majorowi Nowotnemu, że były partner Michaeli Mróz jest pani mężem?

– Nie pytał o to – odpowiada Alicja spokojnie i wychodzi do małej kuchni połączonej z pokojem dziennym, właściwie jest to jedno pomieszczenie, ale ciekawie przedzielone barem, więc wygląda jak dwa pomieszczenia. – Kiedy nie jem regularnie, robi mi się strasznie niedobrze! – woła, a po chwili przynosi do pokoju dużą miskę pełną sałatki i dwie małe miski. Iwana czuje jeszcze większy głód niż przedtem.

– Mam nadzieję, że nie zataja pani przed nami żadnych innych ważnych informacji – mówi tak trochę niepotrzebnie i odsuwa się od tej sałatki, żeby nie musieć na nią ciągle patrzeć. Siedzi tuż obok wielkiego pluszowego kota, którego Tomeszowie mają tu prawdopodobnie zamiast poduszki. – Ładny kot – chwali go tak mimochodem, w ogóle jej ten kot nie interesuje, ale musi wywołać atmosferę, w której pani Tomesz zacznie mówić, kiedy ćwiczyli to w szkole, wszystko wydawało się jakieś łatwiejsze, na pewno nikt nie wpadał tam w płacz tak jak teraz pani Tomesz. – Czy coś się stało? – dziwi się Iwana i wyciąga z kieszeni paczkę chusteczek higienicznych, ma alergię prawie na wszystko, najbardziej na pyłki, więc chusteczki ma zawsze przy sobie.

Alicja smarka i ma bardzo smutną minę, Iwana myśli, że pewnie zdechł jakiś kot lub coś w tym stylu, ale jeśli to nie ma związku ze śledztwem, to nie jej sprawa, a ze śledztwem na pewno nie ma to żadnego związku, chociaż w szkole uczyli ją, że sprawdzać trzeba absolutnie wszystko.

– Miała pani kota?

Alicja milczy, patrzy gdzieś w dal, a potem niemal niezauważalnie kiwa głową, czyli tak, czyli miała kota, a ten kot zdechł, ale nie ma to ze śledztwem nic wspólnego, nie trzeba dalej rozgrzebywać tej rany. – Przepraszam, przykro mi – przeprasza Iwana, choć tak naprawdę w ogóle nie jest jej przykro, szczerze mówiąc, cieszy się, że nie ma tu żadnego żywego kota.

– W porządku, płaczę teraz nawet na reklamach proszku do prania.

– Aha – mówi Iwana na znak, że rozumie, ale nie rozumie niczego. Nie ma dzieci, nie jest w ciąży i nawet nic takiego nie planuje, więc nie może zrozumieć takich aluzji, a teraz, kiedy wie, że w tym mieszkaniu był kot, dostaje jeszcze większego kataru, swędzą ją oczy i głowa.

Tymczasem Alicja spokojnie nakłada sobie sałatkę i pyta, czy w śledztwie pojawiło się coś nowego, czy już wiedzą, kto to Miszy zrobił.

– Coś strasznego – wzdycha.

Iwana nie jest pewna, które szczegóły może jej wyjawić, więc na wszelki wypadek nie wyjawia niczego i mówi, że nic nie wiedzą, potem zagląda do notesu, w którym ma zapisane pytania do pani Tomesz, próbuje nie myśleć przy tym o tych wszystkich obrzydliwych alergenach wszędzie wokół, i czyta pierwsze pytanie.

– Czy mogłaby pani opisać swoją znajomość z Michaelą Mróz?

– My… byłyśmy przyjaciółkami. Najlepszymi przyjaciółkami. Misza była jak moja młodsza siostra, dbałam o nią, pomagałam jej… Byłyśmy bratnimi duszami, wie pani, co mam na myśli.

– Nawet po tym, jak zaczęła pani chodzić z panem Tomeszem? – pyta Iwana dość ostro, nie ma nastroju na patyczkowanie się z panią Tomesz, chce to szybko zakończyć i zwijać się stąd, nawet gdyby przez to nie dowiedziała się nic konkretnego, bo nie może wysiedzieć na kanapie pełnej sierści, musi wstać, po prostu musi, chociaż wygląda to tak, że chce mieć przewagę nad panią Tomesz, a Alicja robi się przez to czujna i uważa na każde swoje słowo.

– Nie, potem już nie. To zepsuło naszą przyjaźń – mówi i albo naprawdę jest jej z tego powodu przykro, albo dobrze to udaje, ale chyba tak dobrze by nie udawała.

Iwana ma ochotę spytać, co skłoniło Alicję do wyjścia za chłopaka swojej najlepszej przyjaciółki, ale tak jakoś czuje, że to również nie jest jej sprawa, chociaż mogłoby to mieć jakiś związek ze śledztwem. Myśli o tym przez chwilę, a potem odpuszcza ten temat. Co mogło ją do tego skłonić? Po prostu zakochała się w Tomeszu, zdarza się.

– Na pewno pani nie zje? – próbuje znów Alicja i nabiera sobie do miski kolejną porcję sałatki.

Iwana kręci głową.

– Ani trochę? Jest z kurczakiem.

Kurczak! Och, mniam. Iwana zjadła od rana tylko kromkę chleba słonecznikowego, tak cienką, że prawie widziała przez nią, jak Nowotny prześmiewczo patrzy na jej plan żywieniowy, ale teraz i tak kręci głową.

– Jest pani bardzo miła, ale dziękuję. Kiedy ostatnio widziała pani Michaelę Mróz?

– Jakieś dwa tygodnie temu, ale dokładnie pani nie powiem, nie mam pamięci do takich spraw, chyba że zapisałam to w kalendarzu.

– A czy może pani do niego zajrzeć?

– Oczywiście. – Alicja odkłada miskę, wyciera usta serwetką, a potem idzie do sąsiedniego pokoju, drzwi zostawia uchylone, ale tylko trochę, taki wąski pasek, przez który nie da się zbytnio zajrzeć do środka, ale mimo to Iwana widzi, że na łóżku leży walizka, może i Iwana jest gruba, ale wzrok ma dobry. Czy Alicja się dokądś wybiera?

– Akurat kupiliśmy łóżeczko – mówi Alicja chyba bardziej sama do siebie i przegląda swój różowy kalendarz. Wracając do fotela, znajduje to, czego szukała. – Tu, dziewiętnastego marca, zaprosiłam ją na kawę, żeby wreszcie powiedzieć jej o mnie i o Janku, wie pani, mówiłyśmy sobie wszystko, nie chciałam wciąż jej okłamywać, a Janek nie chciał z nią o tym rozmawiać.

– Czy gdzieś się pani wybiera? – pyta Iwana.

Alicja ogląda się z powrotem do sypialni.

– Tak, na urlop.

– Na długo?

– Na dwa tygodnie. Na Saint Lucia. Czy ma pani coś przeciwko?

Iwana kręci głową, choć nie jest pewna, czy nie powinna tego skonsultować z Nowotnym, czy właśnie nie wyraziła zgody na ucieczkę podejrzanej, a właściwie dwojga podejrzanych, ale Nowotny w ogóle nie chce z nią rozmawiać o śledztwie, nie chce z nią rozmawiać o niczym, więc po co miałaby do niego dzwonić?

– Zatem po raz ostatni widziała się pani z Michaelą dziewiętnastego – czyta po sobie z notesu.

– Tak.

– A pani mąż? – pyta, drapiąc się po przedramionach i po karku, kaszle, zaczyna mieć problemy z oddychaniem.

– Co mój mąż?

– Jak często widywał się z Michaelą?

Alicja prycha, najwyraźniej ten temat jest dla niej nieprzyjemny.

– Nie mam pojęcia, nie kontroluję go, wie pani, oni byli razem bardzo długo, musiał poukładać to sobie w głowie, proszę zrozumieć, że Misza mieszkała u niego aż do marca, dla nikogo to nie był łatwy czas.

– Czy chce pani przez to powiedzieć, że ich rozstanie nie przebiegło bez problemów?

Alicja przypomina sobie twarz Janka całą we krwi.

– Nie. Przebiegło.

– Dobrze. Według naszych informacji Michaela Mróz nie pracowała, ale zapłaciła za wynajem mieszkania w gotówce za rok z góry. Nie wie pani, skąd wzięła na to pieniądze? To dość duża kwota.

Alicja wzrusza ramionami.

– Przecież wcześniej Misza miała pracę, więc pewnie je zarobiła.

Iwana znów zaczyna kaszleć. Przeprasza.

– Gdzie jest toaleta?

– W przedpokoju, drugie drzwi po prawej.

– Dziękuję. – Iwana wybiega, w toalecie gorączkowo szuka leku przeciwhistaminowego, a kiedy go rozgryza, robi się jej lepiej. Opuszcza deskę klozetową, siada na niej i czeka, aż atak alergii minie, a przy tym patrzy na ścianę, na tablicę pełną zdjęć. Alicja lepi z gliny wazon, Alicja na ściance wspinaczkowej, Alicja na kursie ratowniczym, Alicja z kotem, tym kudłatym potworem, Alicja ćwiczy, Alicja maluje, Alicja tańczy, wygląda na to, że Alicja robi absolutnie wszystko, tuż przed wyjściem Iwana zahacza wzrokiem o jedno zdjęcie mniej więcej pośrodku, Alicja na strzelnicy dumnie wskazuje na papierową sylwetkę mężczyzny, rozstrzelaną na strzępy.

– Mówiła pani, że Misza miała pracę? – przypomina Iwana, kiedy wraca do pokoju.

– Tak, pracowała jako opiekunka w jednej rodzinie, mogę dać pani do nich kontakt.

Iwana bierze długopis i zapisuje adres, który dyktuje pani Tomesz, a przy tym myśli, jak ucieszy się major, że ma chociaż to, bo poza tym nie ma z tego przesłuchania nic – oprócz dziwnego odczucia – zupełnie nic.

– Czy może mi pani jeszcze powiedzieć, gdzie pani była w sobotę dwudziestego piątego marca między siódmą a dziewiątą rano?

– To ten dzień, kiedy postrzelono Miszę?

– Tak, to ten dzień.

– Jak ktoś mógł zrobić coś takiego, tak potwornego? – pyta Alicja dramatycznie, aż zbyt dramatycznie, notuje Iwana, a potem powtarza pytanie.

– W domu, źle się czułam, więc spałam, obudziłam się dopiero koło dziesiątej, kiedy zadzwoniła do mnie policja, w ogóle nie docierało do mnie, co się stało, coś potwornego – powtarza Alicja tak samo dramatycznie jak przed chwilą.

Iwana czeka, czy w oczach pani Tomesz pojawią się łzy, ale nie pojawiają się, ani jedna, próba zamordowania najlepszej przyjaciółki to przecież nie reklama proszku do prania.

– Napije się pan kawy? Albo herbaty? – pyta Julia, kiedy detektyw siada w jej kuchni.

– Dziękuję, wystarczy woda.

Julia sięga na górną półkę szafki po szklankę i ledwo słyszalnie syczy z bólu, ale mimo to Nowotny to słyszy, ma oczy i uszy tak czujne, że nic mu nie umknie.

– Coś panią boli? – pyta.

– Ciągle. Jak nie to, to tamto. – Julia macha ręką i nalewa wodę do szklanki. – Z kranu… nie szkodzi?

– Jasne, że nie.

Julia stawia szklankę na stole, a potem obraca się w stronę pokoju dziennego, z którego dobiega głośna muzyka.

– Medo, czy mogłabyś ściszyć? – woła.

– Proszę się nie przejmować, też mam dzieci, jestem przyzwyczajony do hałasu – uśmiecha się Nowotny, a potem się rozgląda. – Zawsze marzyłem o takiej kuchni.

– Naprawdę? Mnie wciąż wydaje się taka zimna, nie gotuje mi się tu dobrze.

– Mnie się podoba, czysta, praktyczna, bez ozdóbek poupychanych w każdym wolnym miejscu.

– Mogę dać panu numer do pani, która to projektowała, jak ona się nazywa…

Nowotny macha ręką.

– Nieważne, teraz muszę przede wszystkim znaleźć sobie nowe mieszkanie.

– Aha. Medo!

– Proszę dać jej spokój… naprawdę.

– To Michaela ją tym zainteresowała… mam na myśli muzykę, ciągle śpiewała i tańczyła, dzięki niej zawsze było wesoło.

Julia na chwilę się rozmarza, a potem szybko mruga, jakby chciała odpędzić łzy, przynajmniej Nowotny ma takie wrażenie, ale może ona tylko udaje. Kobiety potrafią się rozpłakać, kiedy tylko się im zachce, ta jego ciągle płacze w sądzie.

– Wie pani, co się jej stało? – pyta trochę zniechęconym głosem, bo zawsze, kiedy pomyśli o rozwodzie, ma zepsuty cały dzień.

– Tak, czytałam w gazetach.

Nowotny wyciąga notes i długopis.

– Jak długo u państwa pracowała?

– Około dziewięciu miesięcy.

– Na cały etat?

– Tak, spędzała tu dużo czasu, czasem od rana do wieczora, oczywiście to przekładało się na odpowiednie wynagrodzenie.

– Czy myśli pani, że miała powody, by szukać innej pracy?

Julia wzrusza ramionami.

– Nie wiem, nigdy się nie skarżyła, była jak członek rodziny, wszyscy bardzo ją lubiliśmy… Dalej lubimy.

– Czyli nie mieli państwo z nią żadnych zatargów?

– Czasem z powodu jakichś drobnostek… Nic ważnego.

Nowotny szybko coś notuje, a potem podnosi wzrok.

– Kiedy ostatnio widziała pani Michaelę?

– Kilka dni temu, w szpitalu. Wie pan, mój mąż jest lekarzem, sprawdził, w którym szpitalu leży.

– Aha. A przedtem?

Julia się zastanawia, a tymczasem do kuchni wbiega Bruno, szuka czegoś do jedzenia.

– To dziecko nas kiedyś zje – przeprasza Julia Nowotnego i idzie podgrzać Brunonowi parówkę, którą sobie zażyczył, potem musi jeszcze starannie zrobić drewnianą łyżką dziurę w rogaliku, bo od kiedy przeprowadzili się do Czech, dzieci upierają się, żeby wciskać im parówkę do środka, wcześniej nawet nie przyszłoby im to do głowy.

– Kto to? – dziwi się Bruno, jego parówka podgrzewa się w garnku, a on patrzy na Nowotnego.

– Qui est-ce! – poprawia go Julia, a potem mówi, że to pan policjant.

– Prawdziwy?

– Reel! – znów poprawia go Julia.

– Ale nie ma pan munduru.

– Racja, nie mam.

– Więc nie jest pan prawdziwy.

Nowotny wyciąga odznakę i pokazuje ją Brunonowi.

– Jestem, patrz.

– O, mogę pożyczyć?

Julia kręci głową i mówi, że na pewno nie, ale Nowotny podaje ją chłopcu, żeby sprawić mu przyjemność. Ma syna w takim wieku i pewnie będzie go widywać tylko kilka razy w miesiącu, jeśli w ogóle. Bruno się cieszy, dziękuje – po francusku – i od razu biegnie do Medy, krzyczy, że w kuchni jest policjant, prawdziwy, a on dostał odznakę, a ona nie!

– Nie wiem, czy będzie chciał ją panu oddać – wzdycha Julia.

– Niech mnie pani nie straszy – uśmiecha się Nowotny, a potem znów pyta, kiedy po raz ostatni widziała Michaelę Mróz. – Oczywiście poza tą wizytą w szpitalu.

– Pod koniec lutego – mówi Julia. – Mój mąż wrócił wtedy do domu… Wie pan, był prawie rok służbowo we Francji. Jest kardiochirurgiem.

– W marcu już się panie nie widziały?

Julia kręci głową i wyciąga z szuflady drewnianą łyżkę do gotowania.

– Przepraszam, muszę w tym zrobić dziurę, koszmar, jakby nie mógł zjeść normalnie.

– Moje dzieci też uwielbiają hot dogi, mamy nawet w domu specjalną maszynkę.

– Mamo?

Julia się odwraca.

– Tak?

– Dlaczego Bruno ma prawdziwą odznakę policyjną? – pyta wkurzona Meda.

– Bo pan kapitan był tak miły, że mu ją pożyczył.

– Major.

– Przepraszam. Major.

Meda patrzy na Nowotnego, a potem bezkompromisowo oświadcza, że ona też chce odznakę.

– Medo!

– Niestety mam tylko jedną – rozczarowuje ją Nowotny.

Meda zaciska wargi. Głupi Bruno dostaje odznakę, a ona nic, to nie fair.

– To coś innego – oświadcza.

– Co?

– Pistolet!

– Medo!

– Pistolet! – powtarza Meda z przesadnym francuskim akcentem, choć teraz w ogóle nie chodzi o to, czy mówi po czesku czy po francusku, a ona dobrze o tym wie, tylko kpi sobie z mamy, a Julia dobrze to wie, bo Meda ciągle jej to robi. Nowotny zaczyna się śmiać.

– Naprawdę nie mogę pożyczyć ci broni.

– Bo jej pan nie ma.

– Mam, ale nie mogę ci jej pożyczyć.

– Gdyby pan miał, to by ją pan pokazał.

– Nie mogę jej pokazywać na zawołanie.

– Czyli jej pan nie ma – śmieje się z niego Meda, a po kilku sekundach zwycięsko maszeruje do pokoju dziecięcego z czarną kaburą, oczywiście pustą, ale nie szkodzi, kabura i tak jest dużo lepsza niż odznaka! Nowotny patrzy na nią i szczerze go cieszy, że sprawił tej dziewczynce taką przyjemność, jego córka jest niewiele starsza, a on będzie mógł sprawiać jej przyjemność tylko kilka razy w miesiącu, jeden miesiąc wakacji i co drugi rok na Boże Narodzenie.

– Nie wiem, czy będzie chciała ją panu oddać – powtarza Julia i odkłada łyżkę.

– Niech mnie pani nie straszy – uśmiecha się Nowotny, a potem zagląda do notesu. – Czyli w marcu nie widziała się pani z Michaelą?

– Nie, miała urlop.

– Aha. Rozumiem. Czy Michaela ma tu jakieś swoje rzeczy osobiste?

– Nie, nie ma tu nic.

– Nie sypiała tu?

– Bruno! Parówka!

– W rogaliku? – krzyczy Bruno, bo jeśli nie jest w rogaliku, to on jej nie zje.

– Tak, w rogaliku, chodź – uspokaja go Julia, a potem znów siada obok Nowotnego. – Sypiała, kiedy było to konieczne z powodu dzieci, czasem.

– Ale nie mieszkała tu na stałe?

– Nie, w żadnym razie, nawet by się tu nie zmieściła.

– A nie wie pani, gdzie w takim razie mieszkała?

– No, ze swoim chłopakiem, gdzieś na Letnej.

– Z Janem Tomeszem?

Julia wzrusza ramionami.

– Nie wiem, jak się nazywa, Misza zawsze mówiła o nim Jasiek, ale nie opowiadała o nim za wiele, myślę, że ją bił.

– Jan Tomesz bił Michaelę?

– Nie wiem, czy ten jej Jaś to Tomesz – przypomina Julia, sprawia wrażenie rozdrażnionej, nie lubi powtarzać wszystkiego sto razy.

– Przepraszam – mówi Nowotny. – Czyli twierdzi pani, że Michaelę bił jej chłopak?

– Tak mówiła Michaela, czasem z tego powodu zostawała u nas na noc, chyba się go bała.

– Rozumiem. Czy może mi pani jeszcze powiedzieć, gdzie pani była w sobotę dwudziestego piątego marca między siódmą a dziewiątą rano?

– W sobotę dwudzie… Czy to dzień, kiedy to się stało?

– Tak. – Nowotny uważnie przygląda się Julii, potrafi poznać, kiedy ludzie kłamią, a Julia dotychczas większość czasu spędziła przy meblach kuchennych, walcząc z tym rogalikiem, nie widział porządnie jej oczu, widzi je dopiero teraz.

– Pan mnie podejrzewa? Przecież to absurd – śmieje się, ale Nowotny widzi, że Julia czegoś się boi.

– O co mógłbym panią podejrzewać?

– O nic, nigdy bym nie skrzywdziła Michaeli, była dla mnie jak córka, spokojnie mogłaby nią być.

Nowotny słyszy w głosie Julii coś, co przykuwa jego uwagę.

– To brzmi, jakby ta jej młodość w jakiś sposób pani przeszkadzała.

– Nie przeszkadzała. Dlaczego miałaby przeszkadzać? Świetnie rozumiała się z dziećmi… dużo lepiej niż ja.

Nowotny znów to słyszy. Nie umie tego opisać, to tylko nieznaczna zmiana głosu, nic więcej, a może tylko to sobie wmawia, może chce podejrzewać panią Miler, bo lepiej jest mieć jakiegoś podejrzanego niż nie mieć nic.

– Taka opiekunka to marzenie – mówi i naprawdę tak myśli, gdyby miał taką opiekunkę, może by się nie rozwodził.

– Tak, to prawda – potwierdza Julia, a Nowotny słyszy to w jej głosie po raz trzeci, teraz jest już pewien, że sobie tego nie wmawia, tylko nie wie, o co w tym chodzi.

– Wróćmy do tej soboty. Czy może mi pani powiedzieć, gdzie pani była między siódmą a dziewiątą rano? – Nowotny znów patrzy Julii prosto w oczy, to jest decydująca chwila, tyle że do kuchni znów wbiega to dziecko z tym cholernym hot dogiem, twierdzi, że jest źle zrobiony, parówka nie jest porządnie wciśnięta do środka, wystaje bardziej, niż powinna, a na obronę Brunona trzeba przyznać, że z rogalika rzeczywiście wystaje ponad połowa parówki.

– Ja z tobą zwariuję – wzdycha Julia, wstaje, znów podchodzi do blatu i znów stoi plecami do Nowotnego, kiedy mówi, że w sobotę była w domu.

– Sama?

– Z mężem.

– Z dziećmi też? – dopytuje Nowotny, dzieci nie potwierdziłyby takich skomplikowanych kłamstw, one powiedziałyby prawdę.

– Dzieci były w zielonej szkole, wróciły dopiero po południu – mówi Julia, wciskając przy tym parówkę z taką siłą, że ją łamie. – Cholera – krzyczy i ciska ją na podłogę, potem uświadamia sobie, że Nowotny to obserwuje, podnosi ją, a Brunonowi cicho, ale stanowczo mówi, że nie ma nastroju na te jego wymysły i że albo to zje tak, jak jest, albo niech nie je, jej to obojętne. Bruno bierze hot doga i wychodzi, a Julia wreszcie patrzy na Nowotnego.

– Wie pan, to była ich pierwsza noc poza domem, nie mamy babć, u których moglibyśmy je zostawiać, denerwowałam się bardziej niż dzieci, one bardzo się cieszyły.

No dobra, teraz mówi prawdę, ale na co się to zda Nowotnemu? Jego nie interesują jakieś zielone szkoły, ale ta scena przed chwilą, ta zdecydowanie była warta uwagi, zapisuje w notatniku, że Julia jest histeryczką, jedna głupia parówka i od razu wpada w szał, gdyby była tu Iwana, nie zapisałaby sobie nic takiego, ale Nowotny to facet, a do tego właśnie się rozwodzi, on dopisał do tego nawet trzy wykrzykniki.

– Czyli w domu. Z mężem – podsumowuje i wreszcie zamyka notes.

Julia nic nie mówi, czeka, aż Nowotny wstanie i wyjdzie, przecież odpowiedziała już na wszystkie pytania, nie chce mówić nic więcej, ale Nowotny wciąż tam siedzi i wpatruje się w nią, jakby próbował wypatrzeć jakąś prawdę, czy raczej kłamstwo. Julia nie wytrzymuje i odwraca wzrok.

– Skoczę do dzieciaków po te pańskie rzeczy.

– Dobrze. To miło z pani strony – wzdycha Nowotny i czeka, słyszy kłótnię, krzyk i kroki, do kuchni wchodzi Bruno, Meda, a za nimi Julia. Bruno i Meda patrzą w podłogę, a Julia wyczekująco na nich.

– Co się dzieje?

– Bruno wyrzucił pańską kaburę przez okno – mówi Julia, bo Bruno płacze i sam nie powiedziałby ani słowa.

– Aha, no to… A dlaczego?

– Bo wyrzuciłam tę jego odznakę – mówi Meda na obronę brata.

– To była moja odznaka – uściśla Nowotny.

Meda gorliwie przytakuje głową.

– Oui, c'était votre badge.

– Medo, nie wkurzaj mnie! – ostrzega ją Julia.

– A gdzie je wyrzuciliście?

– Dans la cour. Dans les buissons – mamrocze Meda.

– Co? – Nowotny nie zna francuskiego i nie rozumie, dlaczego te dzieci nie mogą, do cholery, mówić normalnie po czesku.

– Na podwórze. W krzaki – tłumaczy mu Julia. – Pójdę tam z panem, bo drzwi są zamknięte – dodaje, a dzieciom mówi, że jak wróci, porozmawia sobie z nimi o tym.

– Czy Michaela też mówiła po francusku? – przychodzi do głowy Nowotnemu w windzie.

– Nie, nie mówiła.

– A po szwedzku?

Julia jest zaskoczona. Dlaczego Nowotny o to pyta?

– Nie wiem – odpowiada po chwili, przecież nie musi wszystkiego wiedzieć i wszystkiego mu mówić, ale Nowotny patrzy jej teraz prosto w oczy i dobrze wie, że Julia coś przed nim ukrywa.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej